poniedziałek, 2 marca 2026

23.02-01.03.2026

 


Ciekawy tydzień za nami. W sam piątek pojawiło się aż 7 nowych albumów, z którymi planowałem się zapoznać. Dawno takie obfitości nie zaznaliśmy. Niestety, też po raz kolejny czasu w weekend na słuchanie aż tak wiele nie miałem. Zobaczmy więc, którym albumom udało się przebić do dzisiejszego podsumowania a pamiętajcie też, że prócz nowości dość często sięgam też po sprawdzone nuty z przeszłości.

Najczęściej i najchętniej w przekroju całego tygodnia zasłuchiwałem się w premierach z poprzedniego piątku. Power metalowe Aeon Gods, przenoszące nas na Reborn to Light w czasie do starożytnego Egiptu i "odkopana po latach" przez pasjonatów płyta progresywnego tria Abraham-Baker-Lyndon to w swoich kategoriach pozycje udane i zajmujące na dłużej. Pochodzace z tych krązków, odpowiednio Flames of Ember Dawn i More than a Feeling znalazły się też w pierwszej trójce ulubionych utworów zeszłego tygodnia. 

Do tej trójki też niespodziewanie wskoczył Lion Rampant argentyńskiego folk-power metalowego Skiltron. Jest to szybka kompozycja, w której ważną rolę odgrywają dudy - bo tak, motywem przewodnim kapeli jest historia i kultura Szkocji. Takie połączenie wychodzi im niezwykle zgrabnie, więc jeśli lubicie motywy ludowe w powerowych galopadach to zachęcam do zapoznania się z całą dyskografią.

Tak samo sytuacja ma się z hiszpańskim Mago de Oz. Tu także celtycka ludowość miesza się z heavy/power metalem spod znaku Iron Maiden i Helloween. Jakiś czas temu wróciłem do mojej ulubionej płyty zespołu - wydanej w 2000 roku, podwójnej Finisterra. Jest to wydawnictwo pełne niezwykle mocno zapadających w pamięć numerów, czy to melodyjna i rytmiczna Fiesta Pagana, nastrojowy choć z kopytem La danza del fuego czy epicka, ponad 7-minutowa uczta dźwiękowa w postaci El Que Quiera Entender Que Entienda. To właśnie od Finisterry zaczęła się moja miłość do "czarodziejów" i trwa w niezmienionej formie (choć zespół przeszedł niejedną ważną zmianę) do dnia dzisiejszego.

Od kilku tygodni roznieciłem też w sobie iskrę do klasyki power metalowego grania, jeszcze z lat 90-ych. Sprawcą tego zamieszania jest album Theater of Salvation nieaktywnego już niestety od kilku lat Edguy. Jest to album pełen magii, mistycznego klimatu, dźwięcznych klawiszy i ostrych gitar, szalonej perkusji ale i spokojniejszych, bardziej epickich numerów. Do tej ostatniej grupy należy właśnie utwór tytułowa, 14-minutowa suita, w podniosłym stylu dopełniająca dzieła jakim jest cała płyta. 

Przygotowując swoje podsumowanie ostatniego roku pisałem sporo o Blackbriar ale jeden z obserwatorów uzmysłowił mi, że w 2025 pojawił się co najmniej jeden symfoniczno-metalowy album mogący rywalizować z A Thousand Little Deaths. Mowa o Storyteller, czwartym długograju szwajcarskiego Deep Sun. Już w styczniu czyniłem starania by się z nim zapoznać ale dopiero ostatni tydzień sprawił, że dałem im w pełni szansę się wykazać. Z jakim efektem? Jak najbardziej pozytywnym. Przebojowy utwór tytułowy, sporo nastrojowych brzmień i trochę powerowej estetyki to bardzo zgrabny miks. 

Power metal z melodyjnym death metalem łączy za to ekipa, odpowiadająca za jedną z tych kilku wspomnianych na wstępie premier. Gladenfold już wcześniej budził moje zainteresowanie, zbierając świetne opinie za poprzednie wydawnictwo. Nigdy jakoś jednak, poza krótkimi fazami, nie wsiąkłem w ich muzykę na dłużej. Dziś jednak wiem, że przy nowiutkiej Soulbound nie będę się nudził przez wiele, wiele dni. Jest w niej coś, co nomen omen wiąże nam duszę, może Wam też uda się to odkryć.

Inną premierą, której udało mi się przesłuchać więcej niż 1-2 razy była hiszpańska Hela. A Reign to Conquer przyciąga uwagę już samą okładką ale zawartość albumu, 45 minut nastrojowego stoner/doomu z kobiecym wokalem też robi robotę. 

Świat kobiecego doom metalu zelektryzowała na pewno wieść, że nowy krążek przygotowuje Draconian, gdzie ponownie za mikrofonem stoi Lisa Johansson. Celebrując te nowiny postanowiłem przypomnieć sobie ostatni nagrany z nią krążek - A Rose for the Apocalypse, kryjący w sobie jeden z najlepszych moim zdaniem kawałków zespołu - przejmujący Deadlight.

Część z Was może już zorientowała się, że z tygodnia na tydzień odświeżam sobie stopniowo dyskografię REZN, zespołu, który ostatecznie otworzył mnie na świat psychodelicznego stoner doomu. Odpowiadała za to płyta Chaotic Divine, od pierwszego odsłuchu miażdżąc mi jaźń klimatem, ciężarem i przekosmicznym saksofonem. I choć katalog REZN liczy już 5 (a nawet 6) pozycji to numer 3 uważam, uważałem i chyba będę uważał za najdoskonalszą próbkę ich talentu.

Pora na ostatnią z opisywanych dziś przeze mnie nowości (pozostałe muszę porządniej nadrobić w tym tygodniu). Black Swan to hard-rockowo/heavy metalowy sklad złożony z dobrze znanych w środowisku muzyków. Reb Beach, Jeff Pilson, Matt Star czy Robin McAuley - słysząc te nazwiska można sobie już wyobrazić z jakim graniem zetkniemy się na Paralyzed. Jest moc i mówię to całkiem poważnie, bo zamiast pudelmetalowych imprezowych hitów dostajemy ogniste, siarczyste gitary i mocną, dynamiczną pracę perkusji. 

Nigdy w sumie nie ukrywałem, że hair metal darzę niemałą sympatią. Często też lubię pogrzebać w muzycznych archiwach by znaleźć wykonawców mniej znanych ale tworzących bardziej autentyczną muzykę. Tak było i w tym tygodniu, gdy na jednej z facebookowych grup wpadłem na trop grupy Blonz, znanej z tego, że wszyscy muzycy byli blondynami :P No i z jednej, jedynej płyty zatytułowanej po prostu... Blonz. Co na niej mamy? Energiczne, przebojowe i odpowiednio głośne nuty, w sam raz do jazdy autem i headbangingu (niekoniecznie jednocześnie, bezpieczeństwo na pierwszym miejscu). Jeśli macie ochotę na taki radosny metal (czy też bardziej hard rock) to polecam!

Jedną z moich ulubionych hard rockowych grup jest Ten. Pewnie już o tym wiecie, kilka razy w lutym zdarzyło mi się o nich wspominać. Dziś dodam tylko, że jak mnie złapała na nich ochota tak trzyma dalej a ostatnie siedem dni spędzałem głównie przy trzech albumach - dwóch klasykach czyli X i The Name of the Rose i mojej ulubionej, pierwszej jaką poznałem, inspirowanej literaturą grozy i fantasy Gothicą.

W przypadku Big BigTrain zrobiłem sobie przerwę od wydanego w lutym Woodcut na rzecz starszych płyt. Szczególnie zajęła mnie pierwsza nagrana z Davidem Longdonem za mikrofonem czyli majestatyczny Underfall Yard ale i Dandelion Clock ze sporo późniejszej Common Ground dość często wypełniał mi ciszę swoim urzekającym pięknem. 

Piękna nie było za to w Bastard Nation, moim ulubionym utworze z mocno przesiąkniętej groove metalem płyty W.F.O. nowojorskich weteranów thrashu z Overkill. Nie oznacza to, że numer nie ma swojego uroku, bo kurczę, potrafi utkwić w głowie na dłuuugo.

To tyle na dziś w pierwszym marcowym podsumowaniu tygodnia. Pod spodem jak zwykle playlista w komentarzach miejsce na dzielenie się Waszymi topkami. Jaj zawsze jestem otwarty na Wasze polecenia, choć teraz zmykam nadrabiać weekendowe zaległości. Trzymajcie się!

Playlista: 01.03.2026

Najpopularniejsze