piątek, 26 czerwca 2026

Wiosna 2026 - Podsumowanie Kwartału

 


Ciężko uwierzyć, że już dwa pierwsze kwartały nowego roku znikają w mrokach dziejów. Drugi z nich, wiosenny był u mnie trochę jak przysłowiowy kwiecień - przeplatał trochę zimowego, mrocznego doomu i psychodelii a letnimi, pogodnymi power metalem i aor-em, dodając do tego jeszcze trochę innych muzycznych frontów atmosferycznych. Najważniejsze jednak, że póki co był to chyba najlepszy artystycznie okres w tym roku a wiele z wydawnictw, o których za chwilę opowiem może spokojnie czekać na miejsce na liście albumów roku. 


NAJCZĘŚCIEJ SŁUCHANY UTWÓR

Draconian - Cold Heavens - po cichu liczyłem, że zapowiadany od dłuższego czasu nowy album szwedzkich death/doom/gothic metalowców będzie czymś pięknym w swej melancholii ale nie byłem przygotowany na to, że już pierwszy singiel wyrwie mnie z butów swoim ładunkiem emocjonalnym, niespotykaną dotąd mocą i siłą głosu wracającej po latach przerwy na swoje miejsce za mikrofonem Lisę Johansson. Tak energicznego, pełnego pasji i tragizmu numeru w swojej dyskografii jak dotąd Szwedzi nie mieli.


NAJLEPSZE ALBUMY KWARTAŁU

Ostatnie miesiące to zdecydowanie u mnie czas zadoomy i to od tego gatunku zaczniemy podsumowanie najlepszych płyt ostatnich trzech miesięcy. Nie będzie zaskoczeniem, gdy wymienię w tym gronie In Somnolent Ruin zespołu Draconian - wrażenia, jakie wywiera na mnie ich muzyka dobrze opisałem już powyżej.  W podobnym klimacie tworzą też francuskie Angellore, fińskie Hanging Garden i portugalskie A Dream of Poe a ich najnowsze dzieła, odpowiednio Nocturnes, Isle of Bliss i Katabasis: A Marriage Among Ashes również są warte uwagi ze względu na umiejętność łączenia grobowego ciężaru z romantyczną melodyką. Nie można pominąć też bardziej stonerowej gałęzi doom metalu, w której króluje szwedzki Monolord i jego najnowsza płyta pt. Neverending. Jestem pod wrażeniem jak można stałe ewoluować brzmienie pozostając wiernym swojej własnej stylistyce. Miłym zaskoczeniem, choć trochę górskim z uwagi na koniec działalności było Infinite Illumination heavy/doomowego Spirit Adrift. Wśród płyt mniej lub bardziej powiązanych z doom metalem umieściłbym Śnienie lubelskich Źrenic, choć pełno tu innych inspiracji - od psychodelii po folk, stoner czy nawet (w utworze Sam) poezję śpiewaną. Nic jednak nie przebije wbijających się w mózg z każdą kolejną nutą Innych, drugiego z najczęściej słuchanych ostatnio przede mnie kawałków. Mamy tu murowanego kandydata do tytułu debiut roku. 

Tak jak maj/czerwiec należały bardziej do doom metalu, tak okres od końca marca do połowy maja upłynął mi pod znakiem AOR/hard rocka/hair metalu i był to świetny czas. Pełne soczystych gitar, mocnego rytmu i przebojowych melodii plyty nowej królowej glam metalu Chez Kane (Reckless), legend gatunku zza oceanu takich jak Tyketto (Closer to the Sun) i Hardline (Shout) czy przedstawiciela coraz bardziej dominującej w AOR skandynawskiej sceny (Creye i zaskakująco udany krążek IV: Aftermath) były idealnym ładunkiem energii do przerwania wiosennego marazmu i, niczym przyroda, powrotu do życia. 

Rzadziej pisze ostatnio w poniedziałkowych postach o power metalu, było jednak w poprzednich miesiącach też sporo udanych krążków. Najbardziej polubiłem chyba efekt współpracy kanadyjsko-ukraińskiej w postaci projekty Godspear (z boskim Naumenką na wokalu) i ich pierwszego pełniaka pt. Turn to the Light. Ogólnie ten wiosenny power przychodził do mnie z różnych, mniej popularnych w gatunku kierunków. Weźmy choćby drugie wydawnictwo islandzkiego Power Paladin, pełne epickiego, symfonicznego grania w klimatach fantasy. Oczywiście tak reprezentatywne dla powera kraje jak Niemcy czy Szwecja również w tyle nie zostały. Mournbraid szwedzkiego, bardzo klasycznego Evermore i The Heart Remains at Home na skroś niemieckiego (bo czy inna nacja potrafi tak sprawnie łączyć hard rock, heavy i power metal) Kingsmash zapewniły mi godziny rozrywki na solidnym poziomie.

W tym całym powerowo, AORowo, doomowym zamieszaniu udało się nie przepaść kilku artystom ze zgoła innego środowiska. Rock gotycki w pogańskich klimatach kolejny raz dowiózł brytyjki Inkubus Sukkubus a o wieczory pełne muzycznych kontemplacji zadbali proggerzy z Kolm i Green Carnation.

W każdym podsumowaniu kwartału obowiązkowo znajduje się kącik z zespołami i płytami, o których sobie przypomniałem po latach lub odkrywałem całkiem na nowo. Tym razem bank rozbił Anthrax, najbardziej niedoceniany z Wielkiej Czwórki Thrashu. Dosłownie przepadłem w tym pełnym luzu i dystansu graniu, o jakie wzbogacili swój gatunek lecz dopiero wydany w "chudych latach 90-ych" Sound of the White Noise, wnoszący bardzo mocną inspirację groove metalem do repertuaru kapeli pokazał w pełni jej wielkość. Kurczę, za samo Only dałbym się pokroić ;) Inne muzyczne wspominki, które warto wymienić to Alternative 4, pierwsza tak nomen omen alternatywna płyta Anathemy czy trylogia Legend of Valley Doom Mariusa Danielsena, która już niedługo powinna zmienić się w tetralogię. Dla wielbicieli power metalowych oper pozycja absolutnie obowiązkowa.


NAJWIĘKSZE ZASKOCZENIE

Cóż, nie będę ukrywał że od kilku dni żyję ogłoszeniem, że Edguy, jeden z dwóch moich ulubionych zespołów wraca by dopisać ostatni rozdział swej historii. Jestem ciekaw objętości tego rozdziału i po cichu liczę też na nową, pożegnalną płytę. Przed oczami mam album zatytułowany po prostu Edguy, na którym za kompozycje odpowiadają po równo wszyscy członkowie bandu. W jakiś sposób byłoby to obejściem deklaracji Sammeta o "creative breaku". Ehh... Inne zaskoczenia to, bardziej pozytywne - powrót Creye do grania z sercem po trochę na siłę dociążonej trójce i slodko-gorzkie - pożegnalny album Spirit Adrift, o którym już wyżej pisałem.


NAJWIĘKSZE ROZCZAROWANIE

W tej kategorii nie było może płyt, które odrzucałyby całkiem od słuchania ale te dwie, i których napiszę po prostu jak na stojących za nimi artystów były co najwyżej "średnie". Najwięcej uwag mam do Venom, pionierów tak thrash jak i black metalu. Wydawałoby się że po nawiązującej do klasycznego Black Metal okładce i pierwszym singlu o wiele mówiącym tytule Lay Down Your Soul, Into Oblivion będzie triumfalnym powrotem do czasów surowego nwobhm. W rzeczywistości jednak dostaliśmy zestaw mało zajmujących kawałków, z których nawet silna nuta nostalgii nie potrafiła wykrzesać jakiegoś ognia. Płyta może nie do zwrotu ale do przesłuchania i  odłożenia na półkę. Drugą płytą, która wyraźnie blednie przy swoich poprzedniczkach jest World War Dinozaur niemieckiego Victorius. Jest niby szybko, jeszcze bardziej campowo niż wcześniej ale wyraźnie widać, że formuła dino-powera się wyczerpuje. Nie ma tu tego luzu, lekkości i zabawy jaką dawała mi (miłośnikowi lore Power Rangers) EPka Legend of the Power Saurus czy pierwszy LP Space Ninjas From Hell. Co prawda można tu jeszcze znaleźć fajne i wciągające utwory, takie jak choćby Golden Glory ale jedna kompozycja na dwanaście to trochę mierny wynik. Stać ich na pewno na więcej.

NAJWIĘKSZE ODKRYCIA

Cóż. Ten akapit podzielę na odkrycie de novo i odkrycie na nowo ;) Pierwszym jest Kingsmash, zespół którego w "zielonej platformie" słucha miesięcznie 234 osoby. Szkoda bo jeśli lubicie niemieckie granie w stylu Accept to i ci panowie muszą Wam przypaść do gustu. Na nowo natomiast odkryłem pirate metalowy Blazon Stone. Przestałem ich śledzić w zasadzie już po premierze drugiego krążka (czyli w 2015 roku) i z własnej winy przegapiłem kilka naprawdę udanych płyt. Udało mi się jednak nadrobić zaległości a wszystko dzięki czteroutworowej EPce Tresure Hunt, której premierę (grudzień '25) też przegapiłem :p Mam jednak nadzieję, że po kilku wiosennych artykułach, w których ciepło wypowiadam się na ten temat, Cedric wybaczy mi to niedopatrzenie.


OCZEKIWANA NA PRZYSZŁOŚĆ

Regularnie (co 3 miesiące ;) ) wrzucam tu listę albumów, na których premierę czekam z największym utęsknieniem. Niech zatem tradycji stanie się zadość a to rzeczone krążki:

Moonspell - Far From God - 03.07 (choć trochę z niepokojem)

Black Sites - From Eternity - 15.07

Rezn - Cycles In The Infinite Dream - 24.07

Xandria - Eclipse - 07.08

Triosphere - Oceans Above, Stars Below - 28.08

Kamelot - Dark Asylum - 28.08

Besvärjelsen - Til Glömskan Ad Oblivionem - 28.08

KingCrown - Moonfall - 04.09

Green Lung - Necropolitan - 11.09

Anthrax - Cursum Perficio - 18.09

Metalite - Discovery - 25.09

The Ocean - Solaris - 25.09


PODSUMOWANIE 

Podsumowanie aż 93 dni słuchania muzyki bez pominięcia choćby jednego artysty nie jest łatwe. Pomyślmy jednak co by było gdybyśmy mieszkali na Marsie, gdzie wiosna trwa aż 194 sole. Mam jednak nadzieję, że każdemu oddałem choć odrobinę niezwykłych doznań, jakie zapewniała mi ich muzyka. Każdą z tych chwil, każdą z niesamowitych nut postarałem się zamknąć w dołączonej do artykułu playliście. Życzę Wam wszystkim miłego odsłuchu, dziękuję za kolejną spędzoną wspólnie wiosnę i oczywiście pytam o Wasze podsumowania a także, parafrazując tytuł płyty polskiego Exodus, nadzieje-niepokoje na przyszłość. 

Kłaniam się, Wasz Kronikarz.

Playlista: Wiosna 2026


poniedziałek, 22 czerwca 2026

15.06-21.06.2026

 


Witam wszystkich w pierwszy w pełni letni dzień a zarazem pierwszy dzień nowego tygodnia. To oznaczać może tylko jedno - przygotujcie się na kolejne muzyczne podsumowanie.

Znów będzie mocno doomowo, jakby na przekór upalnym, słonecznym dniom, choć niejeden z artystów, o których napiszę umie kreować prawdziwie duszne klimaty. Zaczniemy jednak od piękna utkanego z melancholii, rozpaczy i bólu jakim jest najnowsza płyta szwedzkiego Draconian. In Somnolent Ruin to kwintesencja twórczości zespołu - mieszanka gothic, death i doom metalu z nutą symfonicznego nokturnu. Płyta, której słuchać można bez końca.

Kilka lat temu zespół Khemmis wypuścił EP-kę pt. Doomed Heavy Metal - jest to o tyle znacząca informacje, ponieważ właśnie w takim kierunku ewoluowała przez lata ich muzyka. Wydana 10 dni temu piąta płyta, zatytułowana po prostu Khemmis ma w sobie bowiem i sporo doomowej melancholii, typowej dla epic doomu majestatyczności ale jest i sporo heavy metalowego ognia, przyspieszeń tempa (choć ostrożnych i w pełni kontrolowanych) ale w tym wszystkim nie zmienia się jedno - zdolność kreowania takich melodii, że człowiek słucha z zapartym tchem i czuje jakby przenosił się do innego, odwzorowanego po raz kolejny na świetnej okładce, świata.

Kolejny tydzień zanurzam się w dźwięki płynące z Transience nagranej przez epic doomowe Mirror of Deception. Tym razem najwięcej czasu poświęciłem zamykającej krążek kompozycji Meander i jej majestatycznemu i malowniczemu nurtowi.

Po drugiej stronie doomowego spektrum mamy kilka ciekawych stonerowych pozycji - dwie nowości i jeden klasyk gatunku. Może jednak obecnie określanie Elder tym mianem to nadmierne uogólnienie, bo Through Zero jak i jej poprzedniczki przedstawiają nam zespół z bardziej psychodeliczno, prog-rockowej strony. Jak dla mnie każda z tych odsłon jest jednak warta uwagi a kwestię otagowania zostawmy muzycznym purystom. Tu liczą się głównie emocje a tych takie kawałki jak choćby Sight Unseen zapewniają aż nadto. Jeśli chodzi o drugi album - tytuł Neverending może sugerować albo dłużące się w nieskończoność kompozycje albo krążek, którym zainteresowanie nie kończy się ani po 5-ym, ani 10-ym ani n-tym odsłuchu. Jak jest z tym wydawnictwem chyba nie muszę tłumaczyć. Słucham, słucham i oderwać się nie umiem. 

Teraz klasyka. Pamiętacie mój piątkowy artykuł o albumach ze smokiem na okładce? Rzutem na taśmę trafiła do niego Mournful Cries - czwarta pozycja w dyskografii Saint Vitus. Kapela, która uważana jest za jedną z pierwszych doom metalowych w ogóle, mocno przez lata inspirowała się wczesnym Black Sabbath ale sama również wywarła duży wpływ na młodszych artystów ze wskazaniem szczególnie na scenę psychodeliczno-stonerową. Na Mournful Cries udało im się po trochu upchnąć każdego z tych elementów, co w efekcie końcowym dało i nieźle bujającą, hipnotyzującą i ciężką, pełną mroku całość.

Jeśli mowa o pionierach doom metalu grzech nie wymienić Candlemass. A ja, jak już nieraz przy okazji innych kapel, robię sobie cotygodniowe tournee po ich dyskografii. Nadszedł czas na kontrowersyjny Chapter VI, który de facto jest piątym studyjnym (nie licząc Live z 1990) albumem zespołu. Wielu fanów w tamtym okresie odrzuciło płytę, głównie ze względu na zastąpienie charyzmatycznego Messiaha Marcolina Thomasem Vikströmem a także coraz bardziej widoczne power metalowe wpływy. Powiem Wam, że ja ten album po prostu bardzo lubię, choć nadal ciężko mi odnaleźć w nim te rzekomo powerowe inspiracje. Riffy wielu utworów bardziej przypominają thrash przełomu lat 80-ych i 90-ych, tempo jest szybsze i bardziej agresywne, melodie nie tak hymniczne ale kurcze, to jak Vikström interpretuje Julie Laughs No More, Aftermath czy bardziej tradycyjnie doomowe The Ebony Throne sprawia, że wcale nie tęsknię za Messiahem. Ale może spojrzenie na Chapter VI z blisko trzydziesto-paroletnim dystansem sprawia, że nie podchodzę do niego z nieporzebnymi uprzedzeniami. 

Na koniec doomowej sekcji jeszcze jedna całkiem świeża premiera - Mors Certa, Hora Incerta naszego rodzimego Starless Void. Z wszystkich wcześniej wymienionych mamy tu chyba najwięcej surowego, death czy black-metalowego sznytu i ta mieszanka robi swoje. Punktem szczytowym krążka są znane już z singla, śpiewane po polsku Mgły Nocnych Mar ale uwierzcie, pozostałe sześć numerów to też pełen plugawej, dusznej atmosfery gruzowy doom.

Polska scena muzyczna ma obecnie jeszcze więcej do zaoferowania. Czy słyszeliście może o projekcie Echo Zero? Jeśli nie to nadrabiajcie zaległości bo to najświeższa perełka poetycko-dekadenckiej krakowskiej sceny bm. Ich debiutancki krążek nosi tytuł E0 i jest w pełni concept albumem, którego głównym wątkiem jest odkrycie pod lodami Arktyki dziwnej anteny, będącej prawdopodobnie reliktem obcej cywilizacji. Jak dalej potoczy się akcje? Sprawdźcie sami. A jeśli ktoś, tak jak kolega Puszka szuka ciekawych post-metalowych concept albumów to E0 jest absolutnym must-have.

Na dokładkę wrzucam jeszcze utwór Błękitne folk-metalowego Przesilenie z zaznaczeniem, że w ich utworach ten "folk" nie jest tylko ozdobnikiem do raczej metalowego grania ale przenika każdy akord swoją atmosferą i ludową filozofią.

Melancholii ciąg dalszy, choć już w nieco lżejszej formie. Kilka tygodni temu swoją premierę miała druga część The Tarot of the Bohemians portugalskiego Heavenwood. Obie częsci dzieli aż dziesięć lat ale na szczęście moje zainteresowanie twórczością Ricardo Diasa przez ten czas nie osłabło i nową płytę przywitałem z zadowoleniem. I tak zostało, bo słucha się jej bardzo przyjemnie, nie straciła nic z gotyckiego klimatu poprzedniczki a miejscami udało się nawet ten nastrój nawet bardziej podrasować. Spośród 10-ciu nawiązujących tytułami do postaci z tarota kompozycji najbardziej podoba mi się The Moon i to ją znajdziecie na dzisiejszej playliście.

Swój niezwykły klimat ma też AM Universum, piąta i moja ulubiona (obok Eclipse) płyta Amorphis. Jak pewnie wiecie, wydana na jesieni Borderlines jakoś do mnie nie trafiła (nie przeszła kontroli granicznej :P ) ale do piątki i czasów Pasi Koskinena wracam bardzo chętnie i daję się ponieść romantycznej, trochę space i prog-rockowej magii jaką oferują Veil of Sin, Shatters Within, Alone i każda inna z pozostałych siedmiu punktów tracklisty. Pure magic.

Wiele osób myli gothic z symfonicznym metalem, zwłaszcza jeśli na wokalu mamy operującą klasycznym wokalem kobietę. Holenderski Blackbriar do miana gotyckiego nie aspiruje ale jako symphonic sprawdza się świetnie, co potwierdza na EP-ce Our Cursed Sleep, będącej swego rodzaju suplementem do ubiegłorocznego A Thousand Little Deaths. Przypominam, że tamten album trafił do mojej topki za 2025 rok więc oczekiwania wobec nowych 4 utworów miałem wysokie. Dziś, po kilku odsłuchach czuję, że to był dobrze spędzony czas a czy obronią się "po latach" - czas (właśnie) pokaże.

Krótki akapit na temat rocka gotyckiego i mojego ulubionego Inkubus Sukkubus. Pragnę poinformować Państwa, że Eternal Monsters jest ze mną kolejny tydzień i kolejny pochodzący z niego utwór coraz mocniej do mnie przemawia. Tym razem jest nim otwierający album She's A Killer, idealnie pasujący do maniery i osobowości wokalnej Candii.

Ostatnio wróciło mi zainteresowanie zespołami z lat 70-ych, czy to będących forpocztą zwiastującą nadejście heavy metalu czy nieco zapomnianych przedstawicieli tak popularnego wówczas rocka psychodelicznego, symfonicznego i progresywnego (niepotrzebne skreślić). Niezastąpionym wsparciem jest w tych wysiłkach blog Rockowy Zawrót Głowy, dostarczający wielu ciekawych inspiracji. W zeszłym tygodniu zaciekawiony czytanym miesiące temu artykułem o Jade Warrior zmobilizowałem się w końcu do zapoznania z twórczością jadeitowego wojownika. Pan Zbyszek pisał o nich, że to jeden z najbardziej oryginalnych i niezwykłych zespołów założonych w Anglii w roku 1970. Trudno się z nim nie zgodzić, bo też zakres inspiracji jakim ulegali muzycy jest baaardzo szeroki - od psychodelii po muzykę etniczną, blisko-, dalekowschodnią ale i afrykańską. To wszystko sprawiło, że po początkowym sensorycznym szoku dałem się pochłonąć. I choć na ten moment, najbliżej mi do s/t debiutu z 1971 roku to i na późniejszych krążkach można znaleźć sporo świetnych numerów. Te najczęściej przeze mnie słuchane, z progresywno-hard-rockowym A Prenormal Day in Brighton na czele znajdziecie oczywiście na dzisiejszej playliście.

Neo-progowy Castanarc też pochodzi z Anglii ale jest co najmniej o dekadę młodszy. W przciwieństwie jednak do nieaktywnego już od kilkunastu lat starszego kolegi, Powell, Holiday et al nadal nagrywają i wydają płyty z nową muzyką. Taką jest Forged by the Sun, o którym pisałem już tydzień temu. Ciekawa, złożona i spokojna w swoim bogactwie artystycznym muzyka idealnie sprawdza się wieczorem, gdy dzieci już śpią a człowiek może sobie siąść na tarasie i wsłuchać się w takie Ceasefire for the innocent, nie interferując w żaden sposób z dźwiękami otaczającej go przyrody. I to jest w tym wszystkim najpiękniejsze. 

Z cięższego progu mamy Evergrey i Architects of the New Weave - solidny, interesujący i taki evergreyowy po prostu.

Na koniec został power metal, który kolejny rok gdy przychodzą wakacje jest jakby słabiej u mnie reprezentowany. Może jednak najbliższe premiery zmienią ten stan rzeczy. Z ostatnio wydanych płyt najciekawiej jawił mi się debiut szwedzkiego Shadowborne zatytułowany Heaven's Falling. Ze względu na barwę głosu wokalistki Eiry Shadowborne nasuwały mi się pewne porównania z Battle Beast, jednak z o wiele mocniejszym naciskiem na power a nie na disco metal. Dodatkowym smaczkiem są liczne inspiracje do prozy G.R.R. Martina ze słynnym (choć serialowym, w książkach niepotwierdzonym jeszcze - a może nigdy?) Hold the Door na czele. Pytanie, czy premiera albumu na dwa dni przed premierą 3. sezonu House of the Dragon była celowo tak zaplanowana? Ja tak czy siak planuję i oglądać serial i słuchać Shadowborne bo ten swój power szyją naprawdę fajnie.

Drugim przedstawicielem powera jest projekt Fallen Sanctuary, za którym kryją się Marco Pastorino i Georg Neuhauser. Ich wydana w 2022 roku Terranova była moim zdaniem debiutem roku a wydane do tej pory single zapowiadające nowy krążek - znany już Wam (mam nadzieję) Master of the Sea i świeżutki, kilkudniowy Nothing Can Keep Us Apart zaostrzają apetyt na drugi taki majstersztyk. Oby ta forma się utrzymała do września a będzie mocny kandydat do płyty roku.

W sumie tego roku zostaje już coraz mniej. Ja za to zostawiam Wam link do playlisty i życzę miłego odsłuchu. Miło mi też będzie skonfrontować moje podsumowania, odkrycia i refleksje z Waszymi więc nie bójcie się komentować i wywoływać mnie do tablicy ;) Miłego dnia!

Playlista: 21.06.2026

piątek, 19 czerwca 2026

Albumy Ze Smokiem Na Okładce - Playlista Tematyczna

 


Już za kilka dni premiera trzeciego sezonu "Rodu Smoka". Jak pewnie już wiecie, jestem wielkim miłośnikiem fantastyki a proza G.R.R. Martina, choć nie należy u mnie do ścisłego topu, rozbudza wyobraźnię swoimi niedopowiedzeniami - w zasadzie nadal nie wiemy jak skończy się naprawdę Pieśń Lodu i Ognia a i historia Targaryenów w dalszym ciągu kryje wiele tajemnic. Z tej okazji postanowiłem przygotować artykuł, w którym przedstawię Wam kilkanaście ciekawych, nie zawsze dobrze znanych płyt, których okładki ozdobione są podobiznami najpiękniejszych i najbardziej majestatycznych stworzeń, jakie dały nam mity, baśnie i fantasy. Żeby uniknąć jednak tendencyjności i nieco podważyć tezę, że smoki to domena głównie power metalu postanowiłem udział tego najbliżej związanego z fantasy gatunku do 50%. Myślę, że sama playlista zyska na tej różnorodności a zarazem uda mi się dotrzeć też do gruzowo, thrashowo, aor-owej części obserwującej mnie społeczności. Tyle na wstępie. Zatem dracarys i do dzieła!

1. Rhapsody - Symphony of Enchanted Lands (1998) - wydane rok wcześniej Legendary Tales były na pewno przełomem w świecie, trochę przygasającego wówczas power metalu. Wprowadzenie elementów symfonicznych, osadzenie tekstów w wymyślonym świecie fantasy, podniosłe, potężne melodie dały impuls wielu młodym muzykom do zakładania własnym powerowych kapel. Mimo wszystko jednak dopiero ta płyta ugruntowała pozycję ekipy z Triestu i przyniosła grane po dzis dzień (przez wszystkie offspringi zespołu) bangery, wśród których Emerald Sword to kompozycja, która unieśmiertelniła swych twórców jeszcze za życia

2. Rhapsody of Fire - Dark Wings of Steel (2013) - jedna z bardziej kontrowersyjnych płyt w dorobku włoskiego zespołu. Pierwsza nagrana bez Luci Turilli'ego, pierwsza niebędąca częścią sagi fantasy i pierwsza z tak ponurą, mało bajkową okładką. Kolor smoka zaprojektowanego przez Felipe Machado Franco koresponduje z muzyką, która w miejsce przymiotnika epic proponuje romantic, w miejsce patetic zaś melancholic. Na krążku aż roi się od emocji dotychczas nie poruszanych przez zespół a kompozycje zachwycają przede wszystkim swym klimatem a nie jak do tej pory, nieco jednak przerysowywanym patosem. 

3. Trivium - In the Court of the Dragon (2021) - ostatni jak do tej pory długograj amerykańskiej kapeli, której muzyka balansuje na granicy metalcore i thrash metalu. Płyta jak najbardziej udana, choć bez większych stylistycznych niespodzianek ale myślę, że po znacznym złagodzeniu brzmienia, jakie panowie zaprezentowali na Silence in the Snow fani wolą raczej żeby już "nie było żadnych eksperymentów"

4. Flotsam & Jetsam - I Am the Weapon (2024) - Amerykanie przygotowują się właśnie do premiery nowego albumu, ja dziś pragnę natomiast przypomnieć ich poprzednie dzieło, które darzę pewnego rodzaju sentymentem. To dzięki tej płycie wróciłem do częstszego obcowania z muzyką kapeli. I choć nie ma już tutaj aż takiego thrashowego gniewu jak w początkach ich kariery, to w swojej speed/power/thrashowej niszy czują się nadal dobrze i mam nadzieję, że nadchodzące Rats in the Temple nie będzie niemiłym wyjątkiem

5. Bloodbound - War of Dragons (2017) - druga i zdecydowanie naj, najlepsza część "smoczej trylogii" szwedzkich power metalowców, inspirowanej między innymi światem Gry o Tron. Ta płyta jest rzeczywiście niczym wojna smoków, pełna ognia, pasji, dramaturgii a jej odsłuch od deski do deski to prawdziwa galopada do utraty tchu. Pure epic!

6. Twilight Force - Tales of Ancient Prophecies (2014) - jeżeli grasz symfoniczny power metal w klimatach fantasy a na okladce przedstawiono ziejącego ogniem smoka, nie uciekniesz przed porównaniem z Rhapsody. Masz wtedy dwa wyjścia - albo niczym epigon powielać utarte schematy albo rozwinąć twórczo i tchnąć w nie choćby iskierkę własnej osobowości. Myślę, że szwedzkim cosplayerom udało się to drugie a magia jaka bije od ich debiutu utrzymuje mnie w swej mocy do dziś

7. Howling Giant - Glass Future (2023) - jest to pierwsza płyta amerykańskich stoner/doom/psychodelic metalowców, którą poznałem dzięki serwisowi Doom Charts. Już wtedy zachwycił mnie ten trochę kosmiczny, duszny klimat, zdolność do pisania hipnotyzujących melodii i szukania nieoczywistych nieraz rozwiązań twórczych. I właśnie ten space-progowy pierwiastek jest dodatkowym atutem jaki skrywa w sobie Glass Future

8. Merlin - The Mortal (2019) - tu natomiast mamy w pełni "moje własne odkrycie" (choć zakładam, że któraś ich płyta trawiła do doomchartsowego zestawienia). Psychodeliczny stoner doom z niezwykle sugestywnymi partiami saksofonu był dla mnie jednym z pierwszych kontaktów z muzycznym gruzem i jak się pewnie domyślacie, nie zawrócił mnie z obranej drogi. A co zrobił później sam Merlin? Długo by opowiadać ;)

9. Axxis - Doom of Destiny (2007) - album, do którego wracam regularnie, choć w tym roku stuknie mu już 19 lat. Co poradzić mogę jednak na to, że spośród 15 zróżnicowanych stylistycznie pozycji w katalogu niemieckiej ekipy ta, kipiąca wręcz od power metalowej energii płyta jest ich zdecydowanym opus magnum.

10. Heavens Gate - Livin' in Hysteria (1991) - nieco zapomniana płyta zapomnianego zespołu, choć w momencie wydanie Heavens Gate było obok Helloween, Running Wild czy Rage jednym z pionierów i motorów napędowych niemieckiej sceny power metalowej. Przez kilkanaście lat istnienia wydali kilka ciekawych albumów ale to właśnie "dwójka" uważana jest za klasykę gatunku. Z ciekawostek, z kapelą od początku związany był znany producent i współpracownik Tobiasa Sammeta przy jego Avantasii - Sascha Paeth

11. Allen/Lande - The Showdown (2010) - dwóch niezwykłych wokalistów, dwa walczące smoki na okładce autorstwa Rodney'a Matthewsa i 11 melodyjnych, metalowych kawałków, za które odpowiada Magnus Karlsson. Czy mógłby być inny kandydat do tego zestawienia? 

12. Ten - Spellbound (1999) - czwarta płyta jednej z moich ulubionych hard-rockowych kapel. Dowodzona przez obdarzonego niezwykle intrygującym, aksamitnym głosem Gary'ego Hughesa na swoim koncie ma kilka ciekawych wydawnictw, które możnaby określić mianem concept-albumów. Ten krążek nie ma co prawda jednego motywu przewodniego ale wart jest uwagi chociażby jako pierwszy ilustrowany przez hiszpańskiego artystę Luisa Royo

13. Evertale - Of Dragons and Elves (2013) - krążek przesiąknięty smokami pod każdym względem. Jest "dragon" w tytule, jest na okładce (znów Felipe Machado Franco) a cała płyta to concept album oparty o serię fantasy pt. Dragonlance osadzoną w jednym ze światów gry fabularnej Dungeons&Dragons (którą znam i uwielbiam). Muzycznie natomiast mamy tu ciężki i surowy ale szybko zapadający w pamięć power metal

14. Draconicon - Dark Side of Magic (2021) - trafiłem na tę płytę całkiem przypadkowo w grudniu zeszłego roku, zwabiony majestatycznym smokiem na okładce. Jeśli śledziliście wówczas Muzyczną Kronikę to wiecie, że "siadło". Myślę, że każdy miłośnik power metalu powinien raz na jakiś czas sięgnąć po taką właśnie, mroczniejszą wersję swojej ulubionej muzyki

15. Saint Vitus - Mournful Cries (1988) - pozycja, której pierwotnie miało tu nie być. Przeglądając dyskografię znanych mi zespołów (a jest ich spoooro) zwróciła moją uwagę hybryda czerwonego smoka i trójgłowej hydry i nazwa zespołu, którego katalog od lat obiecuję sobie nadrobić. Czy więc to był zwykły zbieg okoliczności czy przeznaczenie - ciężko stwierdzić. Liczy się fakt, że od Dragon Time po pozostałe pięć utworów - wkręcam się w ten klimat coraz mocniej. Jest gruz!

16. Elle Tea - Travelling (2026) - vintage'owy heavy metal autorstwa multiinstrumentalisty Leonardo Trevisana, który również odpowiada za cały artwork na płycie. Pojawią się może rozbieżne zdania na temat przedstawionego na okładce gada - czy to już smok czy raczej wariacja nt pterodaktyla, ważne jednak by ocena muzycznej zawartości była spójna. Czyli jak najlepsza.

Szesnaście płyt, kilka różnych gatunków i jedna, najważniejsza cecha wspólna - smok na okładce. Choć po namyśle muszę zaznaczyć, że łączy je jeszcze jedno - wciągająca, ciekawa muzyka którą odkryć można bez wychodzenia z domu (i zbierania drużyny). W tym celu wybrałem po cztery najciekawsze moim zdaniem kompozycje z każdeg wyżej wymienionego wydawnictwa. Mam nadzieję, że odsłuch poniższej playlisty będzie dla Was taką chwilą magii w oczekiwaniu na nadchodzący, jeszcze szybciej niż 3 sezon HotD weekend. 

Playlista: Dragon Albums 

poniedziałek, 15 czerwca 2026

08.06-14.06.2026

 


Poniedziałek, 15 czerwca - zapraszam na muzyczne podsumowanie tygodnia. Ten prosty, teleexpresowy wstęp nie oznacza oczywiście, że dalsze akapity będą równie skąpe. W tym wszystkim liczy się jednak muzyka, więc to jej oddaję głos.

A muzyki było sporo i to dość zróżnicowanej - gatunkowo i czasowo. Dominował jednak nadal świeżutki jak kwiaty na 1 listopada doom metal. Zauważyliście pewnie, że ostatnie kilka tygodni jest bardzo łaskawe dla miłośników tej odmiany metalu. Melancholijne uniesienia przeżywamy m.in. dzięki szwedzkiemu Draconian i płycie In Somnolent Ruin, pełnej pasji, mroku i tragizmu. Obecnie jest to zdecydowanie najczęściej słuchany przeze mnie krążek. Cofnąłem się jednak też w czasie o ponad 20 lat i przypomniałem sobie ich debiutancki Where Lovers Mourn, bardziej surowy ale równie urzekający a A Slumber Did My Spirit Seal leciało u mnie chyba równie często co Cold Heavens czy I Gave You Wings. Cieszy fakt, że zespół z tak długim stażem potrafi przez cały ten czas utrzymać zdolność do tworzenia muzyki, która poruszy nawet najbardziej zatwardziałe serce.

Kolejną doomową płytą, na którą czekałem od dawna i która w żadnym wypadku mnie nie zawiodła jest piąty długograj amerykańskiego Khemmis. Od płyty, której tytuł jest równocześnie nazwą kapeli mozna oczekiwać pewnego rodzaju manifestu programowego lub, z drugiej strony, pewnego podsumowania działalności. Myślę, że panowie osiągnęli i jedno i drugie. Mamy tu bowiem "klasyczną" dla nich odmianę doom metalu, gdzie elementy epickie łączą się z nawiązaniami do klasycznego heavy, odrobiną stonerowego klimatu i fragmentami zagranymi i zaśpiewanymi w bardziej agresywnym tonie. Nie ma tu może zbyt wielu innowacji ale jest 100% Khemmis w Khemmis i tego słucha się po prostu kapitalnie.

Mam ostatnio ogólnie jakąś słabość do epickiego doomu, bo czwarty tydzień z rzędu eksploruję dyskografię Candlemass. Zgodnie z llinią czasową sięgnąłem teraz po Tale of Creation, płytę ważną, gdyż dla wielu album ten wieńczy pierwszy, klasyczny okres działalności grupy. Ostatni (jak wtedy myślano) album z Marcolinem za mikrofnem, ostatni tak czysto epic doomowy (choć już z nutami us powera) i ostatni z obrazem XIX-wiecznego malarza na okładce (tym razem Gustav Dore w miejsce Thomasa Cole). Co mogę jeszcze rzec o tej płycie - nie wyjdę poza opinię tłumu, bo po prostu Tale of Creation dobrym albumem jest.

Kawał dobrego epic doomu znajdziecie też na Transience niemieckiego Mirror of Deception. Już od pierwszych dźwięków otwierającego krążek Death, Deliver Us możemy poczuć tę wzniosłą atmosferę, wsłuchać się w majestatyczne melodie i unosić wraz z nimi nad kolejnymi muzycznymi krajobrazami. 

Tak jak w przypadku wyżej opisanych albumów doceniam ich spójność i wierność zasadom gatunku lub własnym paradygmatom, tak Neverending, najnowszy album stoner/doomowego Monolord coraz bardziej mnie zaskakuje. Z jednej strony mamy takie czysto-monolordowe Oozing Wound a z drugiej trafiamy na zahaczającą o melodyjny rock The Masque. Na płycie jest zresztą jeszcze więcej kontrastów a ich odkrywanie, konfrontowanie i ostatecznie akceptowanie to moim zdaniem integralna część odsłuchu. Taka, która sprawia, że Neverending można słuchać, nomen omen, w nieskończoność.

Tak rozpisuję się nad doom metalem a może powiem kilka słów o zespole, bez którego być może tego gatunku, jak i metalu w ogóle by nie było? I nie, nie chodzi o Black Sabbath. Tzw. proto-metalowa scena lat 70-ych wydała na świat niejeden ciekawy twór i choć większość nie jest znana poza gronem muzycznych archeologów, tym bardziej warto o nich pisać. Takim właśnie zespołem jest szkocki Iron Claw, działający w latach 1969-74 (z późniejszymi krótkimi reunionami). Muzycy pozostawili po sobie całkiem pokaźny materiał, w którym wyraźnie słychać wpływy rocka psychodelicznego, progresywnego hard rocka czy mających dopiero nadejść doom i heavy metalu. Nic dziwnego, że brytyjski magazyn Classic Rock zaliczył ich do grona "zaginionych pionierów heavy metalu". Polecam!

W połowie lat 70-ych jednym z reprezentantów rodzimej sceny progresywnego tudzież psychodelicznego hard rocka była lubelska Budka Suflera. Jak jej kariera potoczyła się później, zwłaszcza po '97 wszyscy wiemy. Nie wszyscy jednak kojarzą wydaną w 2003 roku płytę Jest, zawierającą bardzo przekrojowy materiał z (ówcześnie) 30 lat działalności kapeli. Warto zwrócić szczególnie uwagę na dwie pierwsze kompozycje - To Moja Pieśń i Taniec Cieni, gdyż tak ciężko Budka nie zagrała już nigdy. Do trójki moich ulubionych numerów z tej płyty zalicza się też Każdy ma swoją tajemnicę, gitarowy i przebojowy (choć na rynku przesyconym obecnością i sukcesami Suflerów takowym nigdy nie został). 

Dziś mija tydzień od premiery nowego albumu brytyjskiej grupy Castanarc. Co prawda Forged by the Sun to tylko trzy kompozycje ale biorąc pod uwagę długość typową dla progresywnego rocka, dostajemy blisko 40 minut barwnej, wciągającej i przyjemnej muzyki. W moje gusta idealnie wpasował się drugi na liście Ceasefire for the innocent, w którym wszystkie cechy neo-progu zostały oddane w idealnych (13-minutowych) proporcjach.

Bardzo mocno wpadł mi w ucho pierwszy singiel zapowiadający nową płytę Xaviera Phideaux. Hey Humanity to melodyjna, neo-progowa kompozycja z mądrym, zmuszającym do refleksji tekstem. Cieszę się, że następca wydanego aż 8 lat temu Infernal jest już w drodze bo twórczość pana Xaviera to absolutnie mój prog-rockowy top.

Z odsłuchu na odsłuch coraz mocniej doceniam to, co prog-metalowcy z Evergrey zaprezentowali na Architects of the New Weave. Ciekawa ale nieprzekombinowana muzyka, pięknie interpretujący ją głos Toma Englunda i jakby dopełniające dziełan grafiki Matiasa Norrena. Dzieło, zdawałoby się kompletne. I może nie jest tak, że każda z 12-u pozycji na trackliście to muzyczna perełka ale jest tu zdecydowanie kilka wyróżniających się nut i dla spotkania z nimi warto dać się przeprowadzić przez mniej udane (choć i tak trzymające pewien stabilny poziom) fragmenty. 

Trochę z nostalgii sięgnałem też do dyskografii zespołu, który określić można było mianem progresywnego power/thrash metalu - choć szufladkowanie Nevermore zawsze uważałem za duże uproszczenie. Ale do sedna, sięgnąłem i jak zwykle na dłużej zatrzymałem się przy moim ulubionym Dead Heart in a Dead World. Wszystko na tej płycie do siebie pasuje, uzupełnia z niezapomnianym wokalem Warrela Dane'a. Ciekawe jakie będzie to nowe Nevermore bez zmarłego w 2017 roku wokalisty. Póki co pozostaje nam gdybanie i (tak jak w moim przypadku) przeglądanie dotychczasowego katalogu.

Elementy progresji znaleźć też można w muzyce Call the Fraud. Nowy album groove-metalowców jak zawsze prezentuje dość szeroki wachlarz pomysłów i inspiracji, z takim samym, solidnym, efektem jak w przypadku poprzedników.

Przy mocnej dominacji doom metalu i muzyki progresywnej trochę na drugi plan zszedł power metal. Trochę to efekt braku jakichś przełomowych premier - serio, ostatnia warta uwagi płyta ukazała się 2-2,5 miesiąca temu. Natura jednak próżni nie znosi więc wypełniłem ją sobie muzyką sprzed 10 a nawet 20 lat. Po pierwsze jeden z najlepszym albumów Iron Savior, czyli wspominany już w zeszłym tygogniu The Landing - pełen powerowych bangerów i heavy metalowych hymnów. Po drugie również niemiecka Chinchilla, aktywna przede wszystkim w latach 97-04 (choć w Encyclopedia Metallum mają nadal status Active). Ich płyty to taka kapsuła czasu, w której zamknięto wszystkie zalety (i część wad ale to cii...) europejskiego powera przełomu wieków - szybkość, melodie, gitarowo-klawiszowy patos i ten wokal, tak nieraz przypominający śpiew Tobiasa Sammeta na pierwszych płytach Edguy. No, nie da się takiej muzyki nie lubić. I choć przez ostatnie 20 lat power metal stawił czoła pewnym kryzysom, wyewulował (w różnych, nie zawsze trafionych kierunkach) to jednak druga połowa lat 90-ych i pierwsza dwutysięcznych jest tym magicznym złotym wiekiem euro-powera.

Moda ma to do siebie, że co jakiś czas wraca. Ostatnie lata na pewno można uznać za renesans klasycznego heavy metalu, co znalazło nawet odzwierciedlenie w próbie nazwania tego vintage'owego nurtu ''NWOTHM". Jednym z moich ulubionych przedstawicieli tej kategorii jest projekt Elle Tea, swoją trzecią już płytą długogrającą pt. Travelling udowadnia, że jeśli marzymy o podróży w czasie do lat 80-ych i ery autentycznego, granego z pasją heavy to kapitan Trevisan jest najlepszym przewodnikiem. Osiem utworów - od szybkiego The Eye of the Storm po spokojny, refleksyjny Vanish gwarantuje nam mnóstwo dobrej zabawy, headbangingu i "sing-along-ingu". Czego chcieć więcej od heavy metalu?

Jeszcze dalej w swoich vintage'owych inspiracjach cofnęła się Sian Greenaway. Była wokalistka stoner/doomowego Alunah (pisałem o nich tydzień temu) w 2024 roku zaczęła nową muzyczną przygodę pod szyldem Bobbie Dazzle. Jej pierwsza płyta, Fandabidozi to jedyny w swoim rodzaju psychodeliczny glam rock z dodatkowym atutem w postaci (niczym u Jethro Tull) solówek i przygrywek na flecie. Dodając do tego hippisowski antruaż uzyskała niezwykle mocno oddziałujący na słuchacza efekt, którego moc wcale nie słabnie wraz z upływającym czasem. A że wiadomo już, że idzie nowe to tym bardziej warto sobie przypomnieć (lub zapoznać z) Fandabidozi.

Na koniec jeszcze folk-metalowe odkrycie ostatnich tygodni czyli polskie Przesilenie. Ich debiutancki Kołowrót nie może wyjść mi z głowy a kolejne utwory rywalizują ze sobą o miejsce tego ulubionego. W tym tygodniu palma pierwszeństwa należy się muzycznej gawędzie pt. Błękitne, pełnej przygody, niepokoju i tej typowej dla ludowych baśni filozofii - uważaj o co i kogo prosisz, bo nie zawsze marzenia warte są swej ceny...

Są jednak marzenia, o które warto walczyć i takich Wam życzę. A na cały nadchodzący tydzień zostawiam Wam niniejszą playlistę i proszę Was o to samo - nie musi być playlsita ale będzie mi miło za każde podzielenie się Waszymi muzycznymi fascynacjami.

Playlista: 14.06.2026  

 

piątek, 12 czerwca 2026

Muzyczna Mapa Świata - Kanada

 


Z okazji rozpoczęcia 23-ch Mistrzostw Świata w Piłce Nożnej, rozgrywających się na boiskach Meksyku, Kanady i Stanów Zjednoczonych postanowiłem wrócić częściowo do formatu Muzycznej Mapy Świata i przygotować przegląd zespołów z kraju, który z tej całej trójki darzę największą sympatią. Chodzi oczywiści o, nawiązując do Arkadego Fiedlera, pachnącą żywicą Kanadę. Jest to kraj wiadomo, z kolonialną przeszłością, należący do Brytyjskiej Wspólnoty Narodów lecz w tym wszystkim nowoczesny i progresywny (przynajmniej w ostatnich kilku dziesięcioleciach). Co ciekawe, jest to w ogóle drugie, po Rosji największe państwo świata, choć jego gęstość zaludnienia, szczególnie w terytoriach subpolarnych nie zwala z nóg. Liczbą ludności nieznacznie tylko przewyższa Polskę (41,9mln vs 36,5mln), dla nas jednak liczy się to, że wśród tych kilkudziesięciu milionów trafiają się miłośnicy gitarowego grania i to o nich, i dla nich, jest ten wpis. Wybrałem do niego 13 (z drobnym wyjątkiem) wykonawców, których albo uwielbiam albo po prostu uważam za intrygujące i warte "przekazania dalej". A czemu 13? To takie nawiązanie do podziału administracyjnego Kanady, który wyróżnia 10 pół-autonomicznych prowincji i 3 zarządzane przez rząd federalny terytoria. Podobnie jak w przypadku Muzycznej Mapy Krakowa, nie miałem ambicji przygotowywać po 1 przedstawicielu każdej z nich, większość mieszkańców (i zespołów) skupia się bowiem na południu, przy granicy z USA.

Moxy - jeden z głównych przedstawicieli kanadyjskiego hard rocka lat 70-ych, zaliczany nieraz do grona kapel proto-metalowych. Do Muzycznej Kronik trafił za sprawą artykułów Zbyszka z Muzyczny Zawrót Głowy, którego z tego miejsca serdecznie pozdrawiam 

Rush - legendarne prog-rockowe trio, aktywne od końca lat 60-ych, stale rozwijające swoje brzmienie. Niedawno wrócili do aktywności koncertowej, czy będzie też nowy krążek? Póki co takie pogłoski nie krążą 

This Love is Drone - bardzo ciekawy zespół, grający bardzo mocno nasycony syntezatorami stoner/doom. Ich pierwsze dokonania w całości były instrumentalne, ostatnio pojawia się coraz więcej stonerowego, przesterowanego wokalu i brzmi to naprawdę obiecująco 

Dagger - hair metal najczęściej kojarzy nam się z Sunset Strip i klubami słonecznej Kalifornii. Mniej osób zna kanadyjską scenę, która wydała na świat niejedną ciekawą (i czasem nawet bardziej autentyczną) kapelę. W dzisiejszym artykule będzie ich kilka a Dagger choć najmniej z nich znany zdecydowanie ma wiele do zaoferowania miłośnikom gatunku

Smoulder - kanadyjski choć aktualnie rezydujący w Finlandii zespół jest obecnie jednym z najbardziej znanych reprezentantów swojego kraju w kategorii epic doom metal. Duża w tym zasługa charyzmatycznego wokalu Sarah Ann Kitteringham i "us-powerowej" dynamiki

Viathyn/Panthalassan - swego czasu Viathyn był u mnie jednym z najciekawszych zespołów prog power metalowych. Długie kompozycje, nieszablonowe rozwiązania melodyjne i folkowe wstawki sprawiły, że obcowanie z płytą Cynosure, te dobrych kilkanaście lat temu, było naprawdę wartościowym czasem. Niestety czekanie na jej następczynię przeciągało się ale finalnie, choć już pod inną nazwą i jako one-man project Jacoba Wrighta, dostaliśmy jeszcze ciekawszą, bardziej rozbudowaną i tym mocniej oddziałującą na zmysły muzykę 

Voivod - od agresywnego thrashu po elektroniczne, space metalowe pasaże - muzyczne odyseje zespołu z Quebecu udowadniają, że w metalu progresywnym już nie tylko sky a space is the limit

Annihilator - muzyczny kameleon, okresami pełnoprawny zespół, czasem jednoosobowy projekt Jeffa Watersa, raz soczyście thrashowy, innym razem radio-friendly rockowy czy industrialnie/groove'owy. W każdej z tych odsłon ciekawy i bezpośredni a o to w metalu chyba chodzi 

Blood Ceremony - na pograniczu tradycyjnego doom metalu i ciężkiej psychodelii lat 70-ych istnieje niezwykła muzyczna nisza. Jednym z zasiedlających ją zespołów jest ta kanadyjska grupa, która łącząc demoniczny, kobiecy wokal z równie złowieszczym fletem i pogańskimi inspiracjami potrafi wyekstrahować z nich kwintesencję occult rocka

Harem Scarem - jeden z niewielu zespołów powstałych na fali zachłyśnięcia się przebojowym i (nie bójmy się tego powiedzieć) komercyjnym hair metalem z Zachodniego Wybrzeża, który do dziś jest aktywny i może poszczycić się regularnie wydawanymi płytami dobrze przyjętymi zarówno przez publiczność jak i krytyków 

Huis - zespół założony jako side-project w 2009 roku przez Michele St Pere'a z Mystery przez lata działalności i 4 niezwykle albumy stał się pełnoprawnym partnerem i dopełnieniem starszej i bardziej utytułowanej formacji

Lee Aaron - niegdyś Metal Queen, dziś nadal wiedząca jak grać dobrego, melodyjnego rocka. Kanadyjska wokalistka zarówno w zmysłowej stylistyce hair metalu jak i dojrzalszej, blues rockowej odsłonie pociąga muzycznym wdziękiem jak nikt

Mystery - jeden z moich ulubionych prog-rockowych zespołów, który dzięki neoprogowej melodyce i misternej, art-rockowej konstrukcji utworów udowadnia że w tym gatunku można znaleźć złoty środek między formą a treścią 

Mam nadzieję, że taki przekrój przez rockowo-metalową mapę Kanady zaciekawi Was i zainspiruje do zgłębiania tematu. Pamiętajcie, że choć mniej znana od południowego sąsiada, kraina klonowego liścia potrafi zaskoczyć. Nie tylko zresztą muzyką ;) Na playliście znajdziecie po trzy najbardziej znane lub najbardziej przeze mnie lubiane utwory każdego z wykonawców. Piszcie, który z nich najbardziej Wam się spodoba i oczywiście dzielcie własnymi kanadyjskimi odkryciami.

Playlista: Canadian Rock & Metal

poniedziałek, 8 czerwca 2026

01.06-07.06.2026

 


Przed nami pierwsze czerwcowe podsumowanie tygodnia. Tydzień pogodowo zróżnicowany, od upalnego słońca po nagłe uderzenia deszczu i chłodu. W piątek nawet zanosiło się na burzę ale "przeszła bokiem". Muzycznie też można powiedzieć, że było u mnie podobnie, trafił się nawet grom z jasnego nieba ;)

Ale powolutku. A jak powoli to może zaczniemy od doomu, gdyż ten gatunek nadal dominuje w moich odtwarzaczach. Jest to sprawka między innymi nowej płyty szwedzkiego Monolord, która swym tradycyjnie surowym choć nieco odświeżonym i bardziej dynamicznym brzmieniem, wzmocnionym dodatkowo niezwykle melodyjnym wokalem Thomasa Jägera zaprasza w niekończącą się psychodeliczną podróż. Od otwierającego płytę, krótkiego Iodine aż po wieńczący dzieło utwór tytułowy ma się poczucie obcowania z dźwiękami, które rezonują z ukrytymi w głębi duszy emocjami. 

Dynamicznie i epicko do doom metalu podchodzi też na nowej płycie brytyjski Godthrymm. Założona przez byłych muzyków My Dying Bride kapela zwróciła moją uwagę już przy okazji premiery poprzedniego albumu, wydanego w 2023 Distortions ale dopiero na Reflections udało im się w pełni do mnie przemówić. Duża w tym zasługa urozmaiconego brzmienia - sąsiadują tu ze sobą i sentymentalne, klawiszowe ballady z intensywnym death/doomem (Endure My Skin z gościnnym wokalem samego Aarona Stainthorpe's) czy iście trashowymi galopami (druga część Trenches Deep mogłaby trafić spokojnie na krażki Megadeth czy Sodom). Przy całej tej różnorodności muzykom udało się utrzymać spójny charakter materiału, co jest dodatkowym atutem tego trwającego niecałe 50 minut wydawnictwa.

To nie wszystko na dziś w kategorii epic doom, już bowiem za 3, 2, 1 wzmianka o Ancient Dreams legendarnego Candlemass. Spytacie pewnie skąd pomysł na to odliczane? Prosta sprawa - jest to trzecia płyta zespołu, druga nagrana z Marcolinem na wokalu i pierwsza, która przychodzi mi na myśl, gdy ktoś wspomni o tym utalentowanym wokaliście. Jego pełna ekspresji interpretacja Mirror, Mirror sprawia, że jest to jeden z moich ulubionych utworów w całej dyskografii Candlemass. A wszak to tylko jeden z kilku świetnych kompozycji, w jakie obfituje ta płyta.

Dzięki wydanej niedawno przez Last Cathedral Records kompilacji The Silent Remains przesłuchałem w końcu najnowszą płytę niemieckiego Mirror of Deception i mogę ją Wam z czystym sumieniem polecić. Transcience ma w sobie wszystko to, co w epic doomie najlepsze - podniosłą atmosferę, odpowiednią dawkę mroku i majestatyczne melodie, o których ciężko powiedzieć, że wpadaja w ucho. One wbijają się w nie z siłą tarana rozbijającego zamkowe mury. Sprawdźcie zresztą sami - na playliście znajdziecie dwa najlepsze moim zdaniem numery z tej płyty.

W bardziej gotyckich i agresywniejszych klimatach w dalszym ciągu polecam Waszej uwadze przepiękne w swym tragizmie płyty portugalskiego A Dream of Poe (Katabasis) i Draconian (In Somnolent Ruin), od których naprawdę ciężko jest się oderwać. Poszerzyłem też swoją znajomość dyskografii Clouds o kolejne dwa krążki - Doliu i Departe. Naprawdę już przestaję się dziwić, że wydawnictwa zespołu od lat regularnie trafiały do czołówki plebiscytów na doomowe płyty roku.

A skoro już przy plebiscytach jesteśmy. Czy wiecie, że Afterlife jurassic punkowców z Hypnosaur trafił na majową listę Doom Charts, i to na 14 miejscu? Gratulacje dla chłopaków, bo to naprawdę kawał dobrego, dynamicznego i pociągającego grania, akceptowalnego i dla miłośników stonera, fuzzu i gruzu jak i tych, co to "słuchają wszystkiego". 

Kilka słów należy się też stonerowcom z Alunah, którzy kilka dni temu wydali pierwsze oficjalne nagranie z Daist Savage za mikrofonem. Embers of Belief to nagrany wspólnie z Samavayo split a po stronie Alunah mamy dwa premierowe kawałki i dwa koncertowe wykonania kilku starszych kompozycji. Przyznam się, że po niespodziewanym odejściu Sian Greenaway z zespołu, jego przyszłość była dla mnie zagadką. Dziś mogę napisać, że jestem już spokojny, bo Daisy w roli frontwoman czuje się swobodnie, wnosi inną magię niż Sian (i dobrze, to nie talent show tylko prawdziwa muzyka) a fragmenty La Pucelle śpiewane po francusku to creme de la creme całego splitu.

Na koniec tej, dość długiej wszak sekcji pt. doom i jemu podobne, dwa "szlacheckie" zespoły. Szlacheckie w nazwie, bo muzykę grają surową, autentyczną i raczej buntowniczą niż wygładzoną niczym serwetki na lordowskich stołach. The Admiral Sir Coudesley Shovell jest już Wam znany - kawał solidnego heavy-psychu wyraźnie inspirowanego latami 70-ymi. Drugim jest kapela, która inspirowała nie tylko "Admirała" ale i całą rzeszę kapel, później identyfikujących się jako hard-rockowe i metalowe. Sir Lord Baltimore to legenda proto-metalu a ich debiut, Kingdom Come z 1970 roku powinien być obowiązkową lekturą dla każdego specjalizującego się w ciężkich brzmieniach muzyka. 

Vintage to też pojęcie, jakim można określić projekt Elle Tea. Stojący za nim Leonardo Trevisan jest miłośnikiem klasycznego heavy metalu i wyraz temu daje już na trzeciej długogrającej płycie, zatytułowanej Travelling. Dzięki bandcampowi zapoznałem się z nią już jakiś czas temu i oczywiście bardzo polubiłem, teraz zaś, gdy trafiła na streamingi zajmie również należne jej miejsce na moich playlistach. Mam nadzieję, że polubicie ją tak samo jak ja oraz, że sięgniecie po poprzednie dzieła artysty, który spełnia się na nich nie tylko jako muzyk ale i ilustrator.

Inspiracje tradycyjnym heave i speed metalem to też sedno albumu pt. First Spell, debiutanckiej płyty zespołu Leatherwitch. Na jego czele stoi znana z Crystal Viper Marta Gabriel i muzycznie można ją traktować jako kontynuację kryształowej żmii, choć w bardziej surowym, speed metalowym wydaniu. Bardzo udanym wydaniu.

Wspomnianą przed chwilą płytę wieńczy utwór Walls of Jericho/Ride the Sky - cover zespołu Helloween. Tak się składa, że jeden z ojców power metalu niedawno obchodził 33 rocznicę wydanie swojego piątego albumu. Chameleon co prawda z powerem ma mało wspólnego, bardziej jest to radio-friendly hard-rock i jakoś chętnie do niego nie wracam. Tym razem zrobiłem wyjątek i z zaskoczyłem sam siebie, bo dynamiczny First Time i aor-owy When the Sinner całkiem mi siadły. Nie jest to jednak prawdziwy Helloween i, parafrazując opinię Weikatha nt znacznie lepszego ale też nie klasycznego The Dark Ride, jest to płyta tworu, który wyrósł w środku zespołu i po kilku latach pokazał światu jako "solowy Kiske".

Czystym power metalem jest za to jeden z moich ulubionych albumów Iron Savior (zespołu, który też jest niejako z Helloween związany ale to nie czas na kolejne dygresje). The Landing ukazał się w 2011 roku i przez kolejne 8-9 lat żadna inna płyta załogi Pieta Sielka nie miała do niego podjazdu. Dziesięć (a z into nawet jedenaście) prawdziwiych power, speed i heavy metalowych hymnów rozsadzało dysk od środka, tak jak i uszy słuchacza. Do dziś, gdy myślę o moich ulubionych piosenkach Iron Savior do głowy przychodzą mi z marszu (nomen omen) March of Doom, Hall of the Heroes i jeszcze kilka innych z tej płyty. W tym tygodniu wróciłem do niej "na chwilę" i to wystarczyło by zdominować powerową część dzisiejszego artykułu.

Miłym zaskoczeniem jest dla mnie płyta X, czyli jak nietrudno się domyślić, dziesiąta pozycja w dyskografii christian powerowetj Narnii. Po naprawdę średnio udanym Ghost Town panowie odzyskali formę. Może nie jest to jeszcze przysłowiowy "international level" ale choćby takiego Remedy (SOS) słucha się z przyjemnością (czego o wcześniejszym krążku napisać za bardzo nie mogę).

Wśród wielu stylów i nurtów muzycznych, znalazło się u mnie miejsce też na rock gotycki w wersji neopogańsko-okultystycznej czyli uwielbiany przeze mnie od lat Inkubus Sukkubus i płytę Eternal Monsters, którą uwielbiam od... 40 dni ;) i wciąż mnie zaskakuje (np. utworem Angel of Your Love, początkowo trochę przeoczonym). 

 Co jeszcze? Nowy album prog-metalowego Evergrey, Architects of the New Wave potrzebuje u mnie trochę czasu by się "przegryzł" ale powoli zaczyna między nami iskrzyć, choćby dzięki singlowemu The World is on Fire. Dobrze prezentuje się też Unpleasant Destructive, najnowsze dzieło groove metalowego Call the Fraud, jak zawsze zróżnicowane i dobrze zbalansowane. 

Na wstępie wspomniałem o "gromie z jasnego nieba", czas więc rozwinąć myśl. Wiadomo, że chodzi o nagłe i niespodziewane odkrycie, którym tym razem jest krążek Kołowrót folk metalowego Przesilenia. Jest to kolejny rodzimy zespół tworzący w tym nurcie z bardzo interesującym kobiecym wokalem. W przypadku Przesilenia jest on i trochę liryczny, i melancholijny ale potrafi też zaniepokoić, zwłaszcza w wersji szeptanej. Z racji, że na Kołowrót trafiłem kilka dni temu i jeszcze się w pełni w niego nie zagłębiłem zostawiam Wam na plejce jedynie utwór tytułowy ale zapewniam, im dalej w czerwiec (i bliżej letniego "przesilenia") tym tej muzyki na pewno pojawi się więcej.

I to już wszystko. Poniżej znajdziecie link do wspomnianej już w kilku miejscach playlisty, będącej muzyczną ilustracją dzisiejszego artykułu. Tradycyjnie życzę miłego odsłuchu i zachęcam do przyłączenia się do cotygodniowego resumee Waszych muzycznych zwyczajów. 

Playlista: 07.06.2026

piątek, 5 czerwca 2026

Peter Tägtgren - Playlista Tematyczna

 


Dwa dni temu swoje 56-e urodziny obchodził prawdziwy metalowy człowiek renesansu. Wokalista, perkusista, gitarzysta, klawiszowiec, kompozytor i producent. Jednym słowem Peter Tägtgren. Myślę, że to, i moje ostatnie zamiłowanie do industrial metalowego PAIN, najlepszy pretekst by dzisiejszy artykuł poświęcić jemu i tworzonej przez niego muzyce.

Peter urodził się 3 czerwca 1970 roku w Ludwice, w szwedzkim regionie Dalarna. Początkowo, bo już w wieku 9 lat kształcił się w grze na perkusji by później rozwinąć swój wachlarz umiejętności o gitarę, bas czy klawisze. Jego pierwszy zespół o nazwie Conquest działał w latach 80-ych ale zostało po nim jedynie kilka demówek. Później artysta przeniósł się do Stanów Zjednoczonych, gdzie zetknął się m.in. z muzykami Malevolent Creation włączył w prężenie rozwijającą scenę death metalową. Doświadczenie nabyte w trakcie pobytu w USA zaowocowało powstaniem zespołu Hypocrisy, jednego z dwóch najważniejszych projektów w życiu artysty. Założony w 1991 roku z czasem nieco złagodził swoje brzmienie i stał się jednym z czołowych przestawicieli szwedzkiego melodic death metalu. Kapela jest aktywna do dziś i na koncie ma już 13 albumów studyjnych. 

W 1996 roku powstał, początkowo jako side a aktualnie jeden z dwóch main-projectów Tägtgrena industrial metalowy PAIN. Ideą jaka przyświecała artyście było połączenie heavy metalu z elektroniką lat 80-ych i współczesnym (na lata 90-e) techno. Początkowo projekt czysto hobbystyczny rozrósł się zdecydowanie poza wydany w 1997 roku s/to debiut w takie utwory jak Shut Your Mouth czy Same Old Songs zrobiły dużo zamieszania na szwedzkich listach przebojów. Mimo, że jest to oficjalnie działalność w pełni jednoosobowa, Peter ma swój zespół koncertowy z którym regularnie rusza w trasy. W przeszłości supportowali choćby fiński Nightwish.

Rok po debiucie PAIN w artystycznym życiu Petera pojawiło się kolejne wyzwanie, grindcore'owy Lock Up, z którym współpracował przez 4 lata i wziął udział w nagraniu dwóch płyt. Swoich sił artysta próbował też w stylistyce black metalowej (The Abyss, War). Koncertował też i nagrał jeden album z death metalową supergrupą Bloodbath. Jako gitarzysta wspierał też na trasach koncertowych legendę szwedzkiego black metalu - Marduk i eurodance'owego (choć z metalowymi korzeniami) artystę ukrywającego się pod pseudonimem E-Type.

Co ważne, swoje muzyczne idee Peter realizował nie tylko jako muzyk czy kompozytor ale zajął się też produkcją albumów swoich zespołów. Od 1995 roku działa jego prywatne studio The Abyss, w którym swoje albumy nagrywała cała rzesza znanych w świecie metalu kapel, w tym Sabaton, Dynazty, Children of Bodom, Therion, Dimmu Borgir czy Marduk. Śladem po tych współpracach są m.in. liczne gościnne występy naszego dzisiejszego bohatera - i w roli gardłowego i instrumentalisty. Wśród nich najmocniej od zawsze przemawia do mnie Gott Mit Uns z jednego z najlepszych albumów Sabatonu (Carolus Rex) ale nie zapominajmy też o The Alliance of Hellhoundz, napakowanym gwiazdami numerze thrashowego Destruction czy Synagoga Satanae z Monotheist, comebackowego krążka ojców black i doom metalu z Celtic Frost. Młodsi czytelnicy powinni też kojarzyć go z udziału w sesji nagraniowej najnowszego Exodusa, gdzie użyczył swojego głosu w trzecim na trackliście The Change of Me. 

Na koniec wspomnę jeszcze o wieloletniej kolaboracji z wokalistą Rammstein, Tillem Lindemannem przy jego solowych albumach. Peter odpowiadał na nich w całości za songwriting a także nagrywał wszystkie instrumenty. Współpraca zakończyła się w 2020 roku w nie do końca jasnych okolicznościach. Obaj muzycy podobno czuli niezwykłą chemię w trakcie pracy studyjnej ale trasy koncertowe ich od siebie oddalili. Jak było naprawdę ciężko stwierdzić ale obaj raczej dobrze na tym wyszli. Till dalej działał pod szyldem Lindemann, wywoływał skandale, szokował i dobrze się bawił a Peter wrócił do regularnej pracy przy Pain, co bardzo mnie ucieszyło a jego najnowszy krążek - I Am z 2024 roku w pełni spełnił moje oczekiwania.

A jakie, moi drodzy czytelnicy jest Wasze zdanie o Panu Tägtgrenie? Które albumy z jego udziałem (w każdej możliwej roli) są Wam najbliższe? Jeśli macie problem z podjęciem decyzji, może pomoże Wam odsłuch playlisty, na której zebrałem najlepsze moim zdaniem utwory sygnowane nazwiskiem Tägtgren. Miłego odsłuchu i czekam na komentarze.

A na koniec krótki cytat - Bye, Bye, Leave me alone! ;)

Najpopularniejsze