piątek, 6 marca 2026

Turbo - Koncert Specjalny w Klubie Studio - Setlista

 


Są takie trasy koncertowe, które mają ustaloną z góry setlistę. Czasami jest kilka utworów, które są grane zamiennie w zależności od gigu lub życzenia publiczności. Są też i takie, którym prócz standardowych wydarzeń towarzyszą koncerty specjalne. I tak było w minioną sobotę w Klubie Studio, gdzie w ramach promocji zeszłorocznego albumu Blizny pojawiło się poznańskie Turbo. Gdy tylko znalazłem informację o koncercie i formie, jaką przybierze wiedziałem, że muszę tam być. Sam zespół znam od dawna, za sprawą utworu Dorosłe dzieci kojarzyłem już sprzed konwersji w metalheada ale dopiero zapoznanie z całą płytą, która prócz rzeczonej kompozycji tytułowej i krótkiego lecz poruszającego Pozornego życia aż kipiała od heavy-metalowej sprawiło, że oszalałem na punkcie ich muzyki. Krok po kroku poznawałem następne płyty, czasem lżejsze jak Smak Ciszy, czasem soczyste jak Kawaleria czy "rzeźnickie" jak Ostatni Wojownik. Przyznam się, że ciężko mi było wybrać jakąś słabszą pozycję, bo praktycznie każda z nich, i z Kupczykiem i Struszczykiem na wokalu miała w sobie coś wyjątkowego. Tylko wpadające już w death metal Dead End i One Way jakoś nie potrafiły mnie przekonać ale po sobocie może to się zmienić. A dlaczego? O tym jak i o wielu innych ciekawostkach dowiecie się z poniższej relacji z najbardziej niezwykłego koncertu na jakim byłem. 

Wszystko zaczęło się o 19:15. Według rozpiski miała być punkt 19 ale cóż. Jadąc z Wieliczki trzeba się przygotować na korki od Ronda Grunwaldzkiego aż po Most Dębnicki, nie ryzykowałem też z parkowaniem blisko samego klubu. Od razu po skręcie w Reymonta wypatrzyłem wolne miejsce i dalej poszedłem piechotą. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności, Turbo również zaczęło z poślizgiem i z setlisty pominąłem tylko Intro zapowiadające Nowy Rozdział. Zgodnie z zapowiedziami w trakcie pierwszej części koncertu usłyszeliśmy po raz pierwszy na żywo cały album Blizny, uznany przez AntyRadio za Płytę Rocku 2025. W okresie popremierowym słuchałem jej dość często, miałem kilka swoich ulubionych kawałków ale w moim podsumowaniu rocznym nie znalazła miejsca. Dziś trochę żałuję, bo w wersji koncertowej jest tam mnóstwo heavy/speed/thrash metalowych petard. Zespół zapowiadał udział wielu specjalnych gości. Od początku na scenie Tomkowi Struszczykowi towarzyszył brat, Bartosz i to jego głos słyszeliśmy w W.W.W.W. Szczerze mówiąc liczyłem po cichu na występ Piotra Cugowskiego, który śpiewa ten duet w oryginale, tak jak i na drugiego z Braci, Wojciecha w jednym z moich ulubionych numerów - Do domu. Cugowskich nie ma ale i tak było zarąbiście. Bo właśnie w Do domu pojawiła się poraz pierwszy dama polskiego gotyckiego rocka, Anja Orthodox. Przyznam, że na całej płycie nie ma chyba bardziej pasującego do niej utworu, ten poetycki tekst, porównania tak zahaczające o gotycką estetykę wpasowały się bardzo dobrze do jej niskiego, refleksyjnego głosu. To zresztą nie był jej jedyny występ tamtego wieczoru ale o tym za chwilę. Po pełniącym rolę outro, dwuminutowym Spokojnym zespół zarządził 15 minut przerwy a ja już nastawiłem się na Kawalerię! I co? I psikus, i to jaki.

Turbo wróciło na scenę w odmienionym składzie, w tle pojawiła się grafika z płyty, której jakoś bardzo nie kojarzyłem a gdy już zagrali, zaczęła się rzeź. Jacek Zema za mikrofonem, prócz niego na scenie Krzysztof Pistelok z Namora (a przede wszystkim z Kata z Romanem) i Mirosław Muzykant pokazali nam najcięższe oblicze kapeli. Naprawdę nie spodziewałem się utworów z wspomnianem już na wstępie płyty Dead End. Zagrali a ja wkręciłem się w to, zwłaszcza w drugą z kolei Enola Gay. Potem do Jacka dołączył Tomek i przyszła kolej Miecz Beruda z Ostatniego Wojownika i dwa numery z Awatara. Nie była to lubiana przeze mnie Arrmia ale i tak panowie pokazali, że ta płyta miała duży potencjał i tylko nie miała szczęścia do czasów, w których się pojawiła. Gdyby jeszcze udało się namówić do zaśpiewania jednego z numerów oryginalnego wokalistę to byłaby niezapomniana chwila. Następnie przeszliśmy do chwili ze Strażnikiem Światła, pierwszym krażkiem, na którym śpiewał Tomek. I tu też niespodzianka, bo usłyszeliśmy Przestrzeń - Światło, pochodzący z digipackowego wydania albumu. Oryginalny (choć nie pierwszy) wokalista Turbo nie pojawił się przy okazji Awatara ale w końcu nadszedł moment, na który wielu z nas czekało. Legenda polskiego metalu, głos znany nie tylko miłośnikom ciężkiego grania - Grzegorz Kupczyk przejął specjalnie przygotowany dla niego mikrofon. I zaczął się ogień! No może nie od razu, choć Jaki był ten dzień wszedł do repertuaru niejednego harcerskiego zastępu i pewnie śpiewa się go przy ognisku, ale muzycznie ma inne zalety niż jazda i do przodu. Śpiewali go wszyscy, Tomek grał na gitarze a Grzegorz roztaczał swą magię. A potem był Szalony Ikar i szaleństwo na całego. W tej części koncertu usłyszeliśmy jeszcze kilka klasycznych numerów z lat 80-ych, trochę z zaskoczenia niegrany chyba nigdy wcześniej na żywo This War Machine z Piątego Żywiołu (czyli już pełna XXI wieku) a tuż przed przerwą Grzegorz wraz z Anją odśpiewali majestatyczne Otwarte Drzwi Do Miasta, nieco symboliczne, biorąc pod uwagę, że to ostatnia pozycja na trackliście Tożsamości, ostatniej płyty nagranej z Kupczykiem

Kolejna przerwa i w końcu czas na danie dnia. Kawaleria Szatana to jedna z najważniejszych płyt w historii polskiego metalu i usłyszeć ją w całości na żywo w wykonaniu Turbo i Kupczyka przez lata pozostawało w sferze marzeń. I tu zespół znów zrobił mi psikusa, zaczynając co prawda od Komety Halleya ale za mikrofonem stał Tomek. I zaśpiewał perfekcyjnie. Potem pałeczkę przejął starszy z wokalistów, na scenę wszedł związany przed laty z zespołem gitarzysta Andrzej Łysów a my dostaliśmy dwa szybkie killery. Dłoń Potwora i Sztuczne Oddychanie to dwa z trzech utworów z tej płyty, do których najczęściej wracam. W Wybacz Wszystkim Wrogom na scenę wróciła Anja Orthodox i pokazała moc i ostrość głosu, jakiej w twórczości Closterkeller nie uświadczymy. Lider zespołu, Wojciech Hoffman pokazał swój gitarowy kunszt w instrumentalnych Bramach Galaktyk, które jak się okazało były nomen omen bramami do obu części Kawalerii, gdzie znów solidarnie obowiązkami podzielili się obaj wokaliści. Wiem, że początkowo liczyłem na cały set z Kupczykiem ale teraz myślę, że to była dobra decyzja. Kawaleria to nasze wspólne metalowe dziedzictwo a przyjemnie było widzieć na scenie, że obu muzyków łączą dobre relacje i że po tylu latach od rozstania nie ma złej krwi między Wojtkiem a Grzegorzem. To też takie symboliczne połączenie starego z nowym, klasyki jaką jest Kawaleria z nowością reprezentowaną przez Blizny. Szaleństwo trwało jeszcze kilkanaście minut po ostatnim akordzie z rzeczonej płyty. W utworze Mówili Kiedyś  zaprezentowali nam się, nieobecni dotychczas Jakub Kędziora i Bartek Hoffmann a rolę wokalisty przejęli basista Bogusz Rutkiewicz (w zespole od 1983) i perkusista Mariusz Bobkowski a Tomek Struszczyk podzielił się z nami swoimi perkusyjnymi umiejętnościami. W następnym utworze wszystko wróciło do normy a my mieliśmy okazję wysłuchać epickiego Może tylko płynie czas, który uważam za jeden z najlepszych z płyty Piąty Żywioł.

Na tym koncert miał się zakończyć, choć nikt nie myślał, że poznaniacy opuszczą Kraków bez zagrania Dorosłych Dzieci. Zgodnie z przewidywaniami kapela wróciła ale pierw zaprezentowała nam tytułowy numer z agresywnej, thrashmetalowej płyty Ostatni Wojownik. I tu Grzegorz "Wpi**ol" Kupczyk z Tomkiem "Rzezią" Struszczykiem rozwalili system. A potem pojawiła się delikatna gitara i słowa, które przeszły do legendy polskiej muzyki. Są dni, kiedy mówię dość... Tak to panowie spróbowali zrobić nas w konia, próbując coverować Lady Pank. Kiedy już jednak śmiechy ustały, dostaliśmy w końcu Dorosłe Dzieci i to zagrane i zaśpiewane wspólnie przez wszystkich zaproszonych gości. I oczywiście publiczność. I tak oto, tuż przed północą zakończył się koncert, o którym organizatorzy pisali, że potrwa 3 godziny. Jak dla mnie to trwał o kolejne 3 godziny za mało, w katalogu Turbo jest bowiem jeszcze tyle interesującego kontentu, że można by grać w nieskończoność. Ale i tak, powiedzcie sami, czy byliście na koncercie, na którym jeden artysta zagrał aż 35 utworów? Ja byłem zachwycony, reszta publiczności też a o zainteresowaniu, jakie wzbudziło to wydarzenie, niech świadczy fakt, że wyprzedano wszystkie przygotowane bilety. To pokazuje, że muzyka rockowa i metalowa żyje i ma się dobrze i wierzę, że przyjdzie kiedyś taki czas, że przedstawiciel rodzimej sceny wypełni stadiony. Choć, szczerze mówiąc, ja osobiście wolę raczej atmosferę takiego klubowego koncertu, wszystko jest bardziej namacalne i autentyczne. Tak jak emocje, jakie z sobą wyniosłem. Na koniec, żeby choć odrobinę tego wieczoru zachować od zapomnienia, przygotowałem playllistę z niemal wszystkimi zagranymi numerami. Choć takiej atmosfery z jaką zetknąłem się w sobotę żadna studyjna wersja nie ma szans. 

Dzięki wielkie Turbo za ten wieczór i oby do rychłego zobaczenia!

Playlista: Turbo w Klubie Studio - Koncert Specjalny

poniedziałek, 2 marca 2026

23.02-01.03.2026

 


Ciekawy tydzień za nami. W sam piątek pojawiło się aż 7 nowych albumów, z którymi planowałem się zapoznać. Dawno takie obfitości nie zaznaliśmy. Niestety, też po raz kolejny czasu w weekend na słuchanie aż tak wiele nie miałem. Zobaczmy więc, którym albumom udało się przebić do dzisiejszego podsumowania a pamiętajcie też, że prócz nowości dość często sięgam też po sprawdzone nuty z przeszłości.

Najczęściej i najchętniej w przekroju całego tygodnia zasłuchiwałem się w premierach z poprzedniego piątku. Power metalowe Aeon Gods, przenoszące nas na Reborn to Light w czasie do starożytnego Egiptu i "odkopana po latach" przez pasjonatów płyta progresywnego tria Abraham-Baker-Lyndon to w swoich kategoriach pozycje udane i zajmujące na dłużej. Pochodzace z tych krązków, odpowiednio Flames of Ember Dawn i More than a Feeling znalazły się też w pierwszej trójce ulubionych utworów zeszłego tygodnia. 

Do tej trójki też niespodziewanie wskoczył Lion Rampant argentyńskiego folk-power metalowego Skiltron. Jest to szybka kompozycja, w której ważną rolę odgrywają dudy - bo tak, motywem przewodnim kapeli jest historia i kultura Szkocji. Takie połączenie wychodzi im niezwykle zgrabnie, więc jeśli lubicie motywy ludowe w powerowych galopadach to zachęcam do zapoznania się z całą dyskografią.

Tak samo sytuacja ma się z hiszpańskim Mago de Oz. Tu także celtycka ludowość miesza się z heavy/power metalem spod znaku Iron Maiden i Helloween. Jakiś czas temu wróciłem do mojej ulubionej płyty zespołu - wydanej w 2000 roku, podwójnej Finisterra. Jest to wydawnictwo pełne niezwykle mocno zapadających w pamięć numerów, czy to melodyjna i rytmiczna Fiesta Pagana, nastrojowy choć z kopytem La danza del fuego czy epicka, ponad 7-minutowa uczta dźwiękowa w postaci El Que Quiera Entender Que Entienda. To właśnie od Finisterry zaczęła się moja miłość do "czarodziejów" i trwa w niezmienionej formie (choć zespół przeszedł niejedną ważną zmianę) do dnia dzisiejszego.

Od kilku tygodni roznieciłem też w sobie iskrę do klasyki power metalowego grania, jeszcze z lat 90-ych. Sprawcą tego zamieszania jest album Theater of Salvation nieaktywnego już niestety od kilku lat Edguy. Jest to album pełen magii, mistycznego klimatu, dźwięcznych klawiszy i ostrych gitar, szalonej perkusji ale i spokojniejszych, bardziej epickich numerów. Do tej ostatniej grupy należy właśnie utwór tytułowa, 14-minutowa suita, w podniosłym stylu dopełniająca dzieła jakim jest cała płyta. 

Przygotowując swoje podsumowanie ostatniego roku pisałem sporo o Blackbriar ale jeden z obserwatorów uzmysłowił mi, że w 2025 pojawił się co najmniej jeden symfoniczno-metalowy album mogący rywalizować z A Thousand Little Deaths. Mowa o Storyteller, czwartym długograju szwajcarskiego Deep Sun. Już w styczniu czyniłem starania by się z nim zapoznać ale dopiero ostatni tydzień sprawił, że dałem im w pełni szansę się wykazać. Z jakim efektem? Jak najbardziej pozytywnym. Przebojowy utwór tytułowy, sporo nastrojowych brzmień i trochę powerowej estetyki to bardzo zgrabny miks. 

Power metal z melodyjnym death metalem łączy za to ekipa, odpowiadająca za jedną z tych kilku wspomnianych na wstępie premier. Gladenfold już wcześniej budził moje zainteresowanie, zbierając świetne opinie za poprzednie wydawnictwo. Nigdy jakoś jednak, poza krótkimi fazami, nie wsiąkłem w ich muzykę na dłużej. Dziś jednak wiem, że przy nowiutkiej Soulbound nie będę się nudził przez wiele, wiele dni. Jest w niej coś, co nomen omen wiąże nam duszę, może Wam też uda się to odkryć.

Inną premierą, której udało mi się przesłuchać więcej niż 1-2 razy była hiszpańska Hela. A Reign to Conquer przyciąga uwagę już samą okładką ale zawartość albumu, 45 minut nastrojowego stoner/doomu z kobiecym wokalem też robi robotę. 

Świat kobiecego doom metalu zelektryzowała na pewno wieść, że nowy krążek przygotowuje Draconian, gdzie ponownie za mikrofonem stoi Lisa Johansson. Celebrując te nowiny postanowiłem przypomnieć sobie ostatni nagrany z nią krążek - A Rose for the Apocalypse, kryjący w sobie jeden z najlepszych moim zdaniem kawałków zespołu - przejmujący Deadlight.

Część z Was może już zorientowała się, że z tygodnia na tydzień odświeżam sobie stopniowo dyskografię REZN, zespołu, który ostatecznie otworzył mnie na świat psychodelicznego stoner doomu. Odpowiadała za to płyta Chaotic Divine, od pierwszego odsłuchu miażdżąc mi jaźń klimatem, ciężarem i przekosmicznym saksofonem. I choć katalog REZN liczy już 5 (a nawet 6) pozycji to numer 3 uważam, uważałem i chyba będę uważał za najdoskonalszą próbkę ich talentu.

Pora na ostatnią z opisywanych dziś przeze mnie nowości (pozostałe muszę porządniej nadrobić w tym tygodniu). Black Swan to hard-rockowo/heavy metalowy sklad złożony z dobrze znanych w środowisku muzyków. Reb Beach, Jeff Pilson, Matt Star czy Robin McAuley - słysząc te nazwiska można sobie już wyobrazić z jakim graniem zetkniemy się na Paralyzed. Jest moc i mówię to całkiem poważnie, bo zamiast pudelmetalowych imprezowych hitów dostajemy ogniste, siarczyste gitary i mocną, dynamiczną pracę perkusji. 

Nigdy w sumie nie ukrywałem, że hair metal darzę niemałą sympatią. Często też lubię pogrzebać w muzycznych archiwach by znaleźć wykonawców mniej znanych ale tworzących bardziej autentyczną muzykę. Tak było i w tym tygodniu, gdy na jednej z facebookowych grup wpadłem na trop grupy Blonz, znanej z tego, że wszyscy muzycy byli blondynami :P No i z jednej, jedynej płyty zatytułowanej po prostu... Blonz. Co na niej mamy? Energiczne, przebojowe i odpowiednio głośne nuty, w sam raz do jazdy autem i headbangingu (niekoniecznie jednocześnie, bezpieczeństwo na pierwszym miejscu). Jeśli macie ochotę na taki radosny metal (czy też bardziej hard rock) to polecam!

Jedną z moich ulubionych hard rockowych grup jest Ten. Pewnie już o tym wiecie, kilka razy w lutym zdarzyło mi się o nich wspominać. Dziś dodam tylko, że jak mnie złapała na nich ochota tak trzyma dalej a ostatnie siedem dni spędzałem głównie przy trzech albumach - dwóch klasykach czyli X i The Name of the Rose i mojej ulubionej, pierwszej jaką poznałem, inspirowanej literaturą grozy i fantasy Gothicą.

W przypadku Big BigTrain zrobiłem sobie przerwę od wydanego w lutym Woodcut na rzecz starszych płyt. Szczególnie zajęła mnie pierwsza nagrana z Davidem Longdonem za mikrofonem czyli majestatyczny Underfall Yard ale i Dandelion Clock ze sporo późniejszej Common Ground dość często wypełniał mi ciszę swoim urzekającym pięknem. 

Piękna nie było za to w Bastard Nation, moim ulubionym utworze z mocno przesiąkniętej groove metalem płyty W.F.O. nowojorskich weteranów thrashu z Overkill. Nie oznacza to, że numer nie ma swojego uroku, bo kurczę, potrafi utkwić w głowie na dłuuugo.

To tyle na dziś w pierwszym marcowym podsumowaniu tygodnia. Pod spodem jak zwykle playlista w komentarzach miejsce na dzielenie się Waszymi topkami. Jaj zawsze jestem otwarty na Wasze polecenia, choć teraz zmykam nadrabiać weekendowe zaległości. Trzymajcie się!

Playlista: 01.03.2026

piątek, 27 lutego 2026

Luty 2026 - Podsumowanie Miesiąca

 




Jutro kończy się miesiąc ale ilość planów jakie mam na sobotę czy niedzielę może trochę wikłać mi pracę nad podsumowaniem miesiąca. Pozwólcie więc, że trochę awansem przedstawię Wam najczęściej słuchanych w tym okresie wykonawców, wraz z krótkim komentarzem, za co ich aż tak polubiłem.

Vandor - za szybki, melodyjny, epicki ale nie nadmiernie cukierkowy power metal w stylu starej, dobrej, europejskiej szkoły. 

Big Big Train - za kolejną porcję muzyki subtelnej i refleksyjnej, mającej coś do przekazania i zaprezentowania swoimi dźwiękami i układającymi się w jeden, dotyczący roli artysty koncept

Zaułek - za jednocześnie chłodny i pełen pasji, subtelny i ironiczny, baśniowy i "miejski" rock alternatywny z nutą shoegaze'u, cold wave'a i elektroniki

Nightstalker - za "najnowszą płytę Black Sabbath" bo trudno uwolnić się od wrażenia, że panowie wzorce czerpane od mistrzów wzięli głęboko do serca i twórczo rozwinęli

Greyhawk - za pokazanie, że nawet obracając się w ramach tradycyjnego heavy/us powera można stworzyć muzykę, w która nie tyle jest zakorzeniona w przeszłości, co tę przeszłość ackeptuje i odpowiednio modernizuje by zadowolić współczesnego słuchacza

Abraham-Baker-Lyndon - za nostalgiczny, "piosenkowy" neo-prog typowy dla lat 90-ych - wszak wydana niedawno Where Do We Go From Here nagrana została już kilkanaście lat temu i dzięki polskiej OSKAR Records ujrzała światło dzienne

Wazzara - za eteryczną atmosferę i nastrój tajemniczości jaki udało się wykreować dzięki post-black metalowej/blackgaze'owej estetyce na kolejnej, ciekawej płycie szwajcarskiego zespołu

Shoo Bee Doom - za heavy metalowy dancing jaki fundują nam swoją zapatrzoną w tradycję swingu debiutancką płytą

Aeon Gods - za to, że na swojej drugiej płycie miłośnicy starożytnej mitologii z Niemiec nie tylko powtarzają schematy, które zagrały na "jedynce" ale i potrafią je twórczo rozwinąć

Sundecay - za potężny, przygniatający i epicki doom metal, który przetacza się po słuchaczu niczym walec, rozbija emocjonalnie na kawałki ale po wszystkim człowiek wychodzi scalony i z poczuciem niezwykłego katharsis

Ten - za całokształt twórczości tego bardzo interesującego hard-rockowego zespołu, a w szczególności za klasykę gatunku w postaci debiutu, szczerego, łatwo wpadającego w ucho i sygnalizującego już pomału, w jakim kierunku pójdzie twórczość Gary'ego i ekipy

Resoraki  - za Oceany, nowy album, na którym rock alternatywny bardzo dobrze przenika się z progresją, za sześć ciekawych utworów ale przede wszystkim za Osiem minut po wybuchu słońca - epicką kompozycję, która swym spokojnym ale nieubłaganym zwiastowaniem apokalipsy powala z nóg

Wymieniona dwunastka, to oczywiście tylko ci najbardziej wyróżniający się. Nie mogę nie wspomnieć też o moich thrash metalowych idolach czyli Overkill. Dużo emocji dał mi też odsłuch nowego albumu slow-core'owego Great Ooze czy EP-ki prog-rockowo-metalowego Spherical trochę może zawiodło za to symfoniczno metalowe Edenbridge (choć i tu trafiła się perełka). Jak zawsze sporo było u mnie powera, tak tego najbardziej znanego i klasycznego (Theater of Salvation Edguya), nowoczesnego choć o bardzo klasycznym rodowodzie (dosłownie) w postaci Induction czy naładowanego dudami i szkockim duchem, choć tworzenego w Argentynie przez zespół Skiltron.

Luty był to naprawdę fajny muzycznie czas i jeśli chcecie raz jeszcze przeżyć ze mną te wszystkie emocje, zostawiam Wam playlistę z trzydziestką najczęściej słuchanych utworów. Mam nadzieję, że Wam się spodobają. Czekam też na Wasze podsumowania, komentarze czy last-fm-owe kolaże.

Playlista: Luty 2026

poniedziałek, 23 lutego 2026

16.02-22.02.2026

 


Zakończony wczoraj tydzień przyniósł mi tylko dwie interesujące premiery. Nie oznacza to oczywiście, że muzycznie się nudziłem. Zobaczmy więc przy których płytach  najprzyjemniej spędzałem ostatnio czas.

Greyhawk - Warriors of Greyhawk - gdy Cruz del Sur wydaje jakaś płytę, jedno jest pewne - będzie epicko. I tak jest też tutaj - a wszystko w stylu amerykańskiego heavy/powera

Overkill - W.F.O. - album zaliczany do grona tych, dzięki którym thrash metal przetrwał lata 90e. Mocny wpływ groove metalu, ciężar, hałas i ten dudniący bas robią swoje

Mago de Oz - Finisterra - moja ulubiona płyta hiszpańskich folk/power metalowców i jeden z niewielu podwójnych albumów w ich dyskografii który trzyma równy poziom od początku do końca 

Wazzara - Arbor - nowa płyta post-black metalowego zespołu, na czele którego stoi Barbara Brawand, równocześnie bardziej ekstremalna i bardziej eteryczna od udanej i l uubianej przeze mnie poprzedniczki 

Abraham-Baker-Lyndon - Where Do We Go From Here - wspólna płyta uznanych w świecie prog-rocka muzyków czekała 16 lat na publikację. Dobrze się stało, bo jest to muzyka, której słucha się naprawdę przyjemnie 

Aeon Gods - Reborn to Light - niemieccy piewcy prastarych bóstw wracają z nowym albumem. Tematycznie to zmiana Mezopotamii na Egipt, stylistycznie po staremu - symfoniczny power nagrany i zagrany z rozmachem

Nightstalker - Return From The Point of No Return - stoner/doom którego nie powstydziłby się Black Sabbath ze swych najlepszych lat

Big Big Train - Woodcut - ciekawy concept, ciekawa płyta choć w ostatnim tygodniu głównie słucham jednej kompozycji - Counting Stars ze swym spokojnym ale trafiającym w czułe punkty duszy klimatem

Shoo Bee Doom - Devil's Dance - znacie swing metal? Teraz już tak i mam nadzieję, że tak jak mi dajecie się wciągnąć w "diabelskie tany"

Vandor - The Ember Eye Part II: The Portal Of Truth - Szwecja znana jest z solidnej power metalowej sceny i trzecia płyta Vandora jest tego dobrym potwierdzeniem

REZN - Calm Black Water - trochę zaniedbywałem drugą płytę tej stoner/doomowej kapeli ale gdy głębiej się w nią wsłuchałem poczułem cały ten przytłaczający ciężar, niczym ciśnienie na dnie oceanu - bo też i nautycka tematyka tutaj dominuje

Edguy - Theater of Salvation - power metal lat 90-ych miał w sobie to coś, tę niezwykłą magię która jakoś ulotniła się w połowie pierwszej dekady obecnego stulecia

Great Ooze - The Vast and Howling Wilderness - psychodeliczne, slowcore'owe granie, w którym czuje się silne echa klasyki gatunku z lat 60. i 70.

Sundecay - The Blood Lives Again - epicki, przytłaczający i psychodeliczny doom metal, rozkręcający się z każdym kolejnym utworem by "zmieść nas z planszy" przejmującym finałem 

Ten - X - udany debiut jednego z najciekawszych hard-rockowych składów (z delikatną nutką progresji) 

Running Wild - The Brotherhood - na tym albumie znajdziemy Pirate Song, pierwszy utwór zespołu jaki kiedykolwiek słyszałem. Pozostałe 9 nie zapada już tak w pamięć to dla samej "pieśni piratów" warto czasem do niego wrócić 

Soen - Reliance - można powiedzieć, że to typowy album Soen, co może być zarówno plusem jak i minusem - w tym tygodniu u mnie na plus

Skiltron - Into the Battleground - celtycki power metal z Argentyny który za sprawą Lion Rampant zwrócił moją uwagę już lata temu. I nadal fajnie tego posłuchać.

To już wszystko na dziś. Trochę późno ale mam nadzieję, że zaciekawi Was i dacie znać, jak Wam minęły ostatnie dni. A poniżej playlista:

Playlista: 22.02.2026

piątek, 20 lutego 2026

Mój Top 30 Ulubionych Zespołów Prog-Rockowych - Top Lista

 


Kilkoro z Was zauważyło, że wśród ulubionych płyt ostatniego roku brakowało przedstawicieli progresywnego rocka a jedynym progresywnym krążkiem był prog-metalowy Chasing Rabbits debiutującego Humming Whale. Nie znaczy to jednak wcale, że miłość do prog-rocka gdzieś się we mnie wypaliła. Dzisiejszym wpisem postanowiłem rozniecić ją na nowo a przy okazji może zachęcić też Was do większej eksploracji tego muzycznego świata. Przed Wami więc lista 30 najbardziej przeze mnie lubianych i cenionych zespołów grających rocka progresywnego. Wybór nie był prosty, gdyż równie dobrze mógłbym sformowac kolejną 30-tkę ale to miał być właśnie ten top of the top. Mam nadzieję, że nikt nie poczuje się urażony a tymczasem przejdźmy już do sedna. Tradycyjnie zaczniemy od miejsca 30-ego by powoli przesuwać się do "największych miłości". Zatem, start!

30. Spherical - rockowo-metalowa poezja - myślę, że ten opis z profilu zespołu najlepiej oddaje charakter ich muzyki

29. Cobalt Wave - jeden z ciekawszych debiutów zeszłego rocku, muzyka zimna, przemyślana i pełna nieokreślonego niepokoju

28. Frost* - neo-progresywna supergrupa składająca się z muzyków znanych m.in. z Areny, Kino czy IQ

27. Pinn Dropp - warszawska ekipa grająca nieco cięższą wersję prog-rocka, rozsławiona za sprawą udziału (i to z dużymi sukcesami) wokalisty Mateusza Jagiełło w ostatnim Voice of Poland. Ja mogę jednak powiedzieć, że "znałem ich zanim stali się znani"

26. Exodus - tak, tylko ten polski, powiązany z Muzyką Młodej Generacji symfoniczno-art rockowy klejnot przełomu lat 70-ych i 80-ych. Niestety nie przetrwał starcia z wielkim boomem polskiego rocka

25. The Tangent - okresowo zespół, okresowo bardziej solowy projekt Andy'ego Tillsona znany z zamiłowania do rozbudowanych form ale potrafiący też zagrać krócej, konkretniej i z odpowiednią dozą cynicznych refleksji

24. Pattern-Seeking Animals - kolejna supergrupa, tym razem złożona z muzyków mających w CV występy w zespole Spock's Beard. Ich celem jest muzyka progresywna i złożona ale nie tracąca nic ze swej melodyjności i bezpośredniości

23. Cosmograf - neo-progowy, jednoosobowy projekt multiinstrumentalisty Robina Armstronga. W zeszłym roku ukazała się już 10-ta płyta wydana pod tym szyldem, z miejsca zyskując uznanie krytyków i słuchaczy (w tym moje)

22. tRKproject - jeden z wielu projektów Ryszarda Kramarskiego, legendy polskiej sceny progresywnej. Na uwagę zasługuje plejada muzyków goszczących na kolejnych płytach i ich tematyka, konsekwentnie sięgająca po dzieła światowej literatury, choć nieraz interpretująca je na swój własny sposób

21. Andareda - weterani polskiego rocka progresywnego i choć nowy materiał średnio wypuszczają raz na 10 lat to za każdym razem jest to prawdziwa uczta dla uszu

20. IZZ - symfoniczno-progresywny kolektyw ze Stanów Zjednoczonych, grający nietuzinkową, wielowarstwową muzykę, wyróżniający się też instrumentarium w skład którego wchodzą m.in. dwa stanowiska perkusyjne

19. IQ - jedna z legend gatunku i obok bardziej znanego choć jakoś wciąż omijanego przeze mnie Marillion pierwszy zespół tworzący w nurcie, który później nazwano rockiem neo-progresywnym

18. Magic Pie - norweska kapela łącząca w swej muzyce elementy symfonicznego i progresywnego rocka, na koncie mają już 6 dobrze ocenianych albumów ale moje serce najmocniej nadal bije do debiutanckiej Motions of Desire

17. Barock Project - jak sama nazwa wskazuje, myślą przewodnią tej włoskiej ekipy jest wpisanie elementów klasycznego progu z lat 70-ych w struktury rodem z muzyki klasycznej, ze wskazaniem właśnie na barok - efekt wg mnie niezwykle intrygujący

16. Kaprekar's Constant - jeśli przez crossover prog rozumiemy czerpanie inspiracji z przeróżnych gatunków i stylów muzycznych, jest to idealny opis dla twórczości londyńskiego zespołu. Dodajmy do tego jeszcze umiejętność snucia wciągających historii i mamy połączenie, które kategorycznie zasługuje na większy rozgłos i uznanie słuchaczy

15. Karnataka - jedyne w swoim rodzaju połączenie eteryczności, filmowego rozmachu, celtyckich wątków, pełnych emocji gitar i nie mniej urzekających damskich wokali to znaki wyróżniające zespołu, za sterami którego od lat stoi basista Ian Jones

14. Comedy of Errors - szkocki zespół zaliczany do grona neo-progresywnych choć z wyraźnym symfonicznym pierwiastkiem. Świetnie radzą sobie zarówno w dłuższych, wymagających skupienia formach jak i kilkuminutowych, urocznych miniaturach

13. Huis - kanadyjska grupa założona w 2009 roku, wyraźnie jednak inspirowana klasycznym graniem z lat 70-ych choć dzięki gitarze Michela St. Pierra nie brak im też tej charakterystycznej neo-progowej melodyjności. Na koncie mają 4 albumy z premierowym materiałem, z których każdy to co najmniej solidna porcja ciekawej muzyki

12. Phideaux - lider zespołu Xavier Phideaux opisuje ich muzykę jako psychodeliczny, progresywny rock gotycki. Brzmi niecodziennie ale uwierzcie, elementy każdego z tych stylów, choć w różnych proporcjach można znaleźć na każdej pozycji z ich obszernego katalogu 

11. Styx - grupa obecna na scenie od lat 70-ych, balansująca między hard rockiem, prog-rockiem i AOR-em, choć ich ostatnie kilka albumów to już pełnoprawna muzyka progresywna - bogate harmonie wokalne, kunszt instrumentalny i spajające to wszystko ze sobą motywy przewodnie w warstwie tekstowej

10. Knight Area - holenderska kapela, która przez lata balansowała między rockiem a metalem, zawsze jednak kładąc duży nacisk na dopracowane, pełne emocji kompozycje i zapadające w pamięć melodię. Wielka szkoda, że z końcem '23 roku zakończyła się ich historia

9. The Flower Kings - początkowo solowy projekt Roine Stolta, jednego z najbardziej utalentowanych szwedzkich muzyków prog-rockowych rozwinął się w działający już ponad 30 lat i odpowiedzialny za 17 pełnych bogato aranżowanej, urozmaiconej muzyki zespół

8. RPWL - ten niemiecki reprezentant rocka neo-progresywnego przeszedł długą drogę od nadmierniej nieraz wierności "floydowskiej" religii do mającego swój własny styl, intelektualny, subtelny i niezwykle wciągający. lidera sceny

7. Kaipa - legenda szwedzkiego rocka, początkowo tworząca tez w tym języku. Od wydanej w 2002 roku (po 20-letniej przerwie) Notes from the Past przeszła w większości na język Szekspira a muzycznie do kunsztownego, zdobionego instumentami ludowymi, symfoniczno-progresywnego folk-rocka. Na szczególną uwagę zasługuje też wokalny duet jaki od lat tworzą Aleena Gibson i Patrik Lundstrom - słucha się ich z największą przyjemnością

6. Galahad - kolejna legenda brytyjskiego neo-proga i jeden z ojców założycieli nurtu. Wokal Stuarta Nicholsona i gitary Lee Abrahama potrafią zakląć magię nawet w najprostszej melodii, a jak to w progu bywa, zdecydowanie więcej tu dłuższych, mniej oczywistych kompozycji, które chłonie się całą powierzchnią umysłu i duszy

5. Budka Suflera - kapela znana powszechnie ze swoich pop-rockowych przebojów a przecież w swej pokaźnej dyskografii ma niejedną progresywną płytę. Przez 40 (lub jak chcą niektórzy 50) lat istnienia przeszła podobną drogę jak niejedna zachodnia ikona rocka progresywnego - od ponurego, ciężkiego i ambitnego grania przez fascynację psychodelią, elektroniką aż po pozycję niekwestionowanej gwiazdy estrady. I może właśnie w tym rozbracie z rockowymi ideami, o czym często wspomina pan Cugowski, późniejsze próby powrotu do rockowego grania (płyta Jest) trafiły w muzyczną "próżnię"... Na szczęście jest sporo albumów, do których przyjemnie się wraca a i czasem nóżka potupie też i do Takiego tanga

4. Sylvan - jeden z najdłużej istniejących niemieckich zespołów neo-progresywnych. Ich znakiem rozpoznawczym jest dość mocne brzmienie kreowane wspólnie przez gitary i klawisze a także charakterystyczny wokal Marco Glühmanna. W swym katalogu mają wiele świetnych albumów, z czego najbardziej przejmujący jest koncepcyjny Posthumous Silence poruszający problem samobójstwa i przeżyć z jakimi muszą się mierzyć wszyscy dotknięci tą tragedią

3. Mystery - najwybitniejszy i najbardziej chyba znany przedstawiciel kanadyjskiej sceny neo-progresywnej. Mało która ekipa potrafi zamknąć tyle, nieraz trudnych emocji w spokojnej, przyjemnej dla ucha i wydawałoby się relaksującej muzyce. Ten dysonans, jak również ton z jakim gitara St. Piere'a prowadzi linie melodyjne w połączeniu z charakterystycznym wokalem (każdego z trzech wokalistów, jacy mieli przyjemność współpracować z zespołem) zamienia zwyczajne "słuchanie" muzyki na udział w jedynym w swoim rodzaju, muzycznym (nomen omen) misterium

2. Arena - kolejna legendarna kapela z Wysp Brytyjskich a przy okazji zespół, bez którego nie zanurzyłbym się w świat rocka progresywnego. To od kontaktu z The Visitor zaczęła się moja fascynacja neo-progiem i jak widać, trwa do dziś. Przez te lata zespół ewoluował, przychodzili nowi instrumentaliści, zmieniała się obsada mikrofonu ale każdy kolejny album niezmiennie oferował minuty i godziny pełne ambitnej, dobrze przygotowanej i jeszcze lepiej zagranej muzyki

1. Big Big Train - absolutny numer jeden. Od pierwszego odsłuchu singla Theodora In Green and Gold do zakochania się w muzyce tej brytyjskiej kapeli minęło dosłownie 5 minut i 38 sekund. Następnie zaczęło się wyczekiwanie na premierę Grand Tour i stopniowe zapoznawanie ze starszym materiałem a moje uwielbienie dla ich twórczości rosło w tempie wykładniczym. Ten piękny sen urwał się 20 listopada 2021 roku, gdy tragiczną śmiercią zmarł wieloletni wokalista David Longdon. Od tego czasu każdy odsłuch Proper Jack Froster przepełnia mnie melancholią, choć to niby tylko piosenka o zimowych wspomnieniach z dzieciństwa. Nie mogę jednak nie usłyszeć w "one more run then home" jakiejś formy pożegnania, jakby David zostawiał nam swój muzyczny testament, choć nagrywając ten numer nikt nie spodziewał się jaki czeka go los. Zespół nie poddał się jednak i aktualnie z Alberto Bravinem na wokalu nagrali już dwa ciekawe krążki a o najnowszym z nich, koncepcyjnym Woodcut możecie poczytać w moich ostatnich podsumowaniach tygoodnia. I oby tak dalej!

Tak właśnie prezentuje się pierwsza 30-tka moich ulubionych prog-rockowych artystów. Do artykułu dołączam oczywiście playlistę, na której znajdziecie aż 50 utworów wyżej wymienionych wykonawców. Jeśli jesteście gotowi na ponad 4h ambitnej ale jednoczeście melodyjnej, pełnej emocji i instrumentalnego kunsztu muzyki wciśnijcie po prostu play. Może któryś z zespołów na stałe wejdzie do Waszej biblioteki? Tego właśnie Wam życzę!

Playlista: My Top 30 Prog-Rock Bands

poniedziałek, 16 lutego 2026

09.02-15.02.2026

 


Czesi śmieją się z nas, że mówimy Dzień dobry a w Polsce żaden dzień nie jest dobry. Może coś w tym jest, bo zwłaszcza poniedziałkowe poranki do takich nie należą. Ale poniedziałek to też czas muzycznego podsumowania tygodnia, na które serdecznie zapraszam. Może wspólnie trochę sobie poprawimy nastrój?

Zacznijmy więc od doom metalu (he he). Ostatnio rzadziej sięgałem po ten gatunek metalu, częściej jak już to wybierałem dsbm czy inne formy "atmosferycznego" metalu. Przyszedł jednak czas na zmianę a to za sprawą kilku bardzo dobrych albumów. Przede wszystkim w końcu sięgnąłem po krążek, który szeroko wzmiankowany był wśród najlepszych z zeszłego roku, czy to w rankingach Doom Charts czy naszych rodzimych muzycznych blogerów i redaktorów (np. 6-te miejsce u Puszka FM). O jaki krążek chodzi? Oczywiście o Return From the Point of No Return greckiego Nightstalker. Jest to niesamowita dźwiękowa podróż, duszna, psychodeliczna, trochę bluesowa a przy tym wszystkim niesamowicie "sabbathowa". Już sam wokal nasuwa podobieństwa z Księciem Ciemności ale i podkład dźwiękowy zdecydowanie mógłby trafić na jeden z pierwszych albumów Black Sabbath. Nie wiem sam czemu tak długo odkładałem zapoznanie się z tym niezwykłym wydawnictwem. Biję się w pierś i deklaruje, że jak wrócić do regularnego słuchania stoner/doomu to tylko z "powrotem z miejsca bez powrotu".

W sumie jak już o powrotach. Na fali stonerowego odrodzenia odświeżyłem sobie też Let it Burn, debiut amerykańskiego kwartetu REZN. Klasyka psychodelicznego, ezoterycznego i odpowiednio przybrudzonego doom metalu pochłonęła mnie tak samo jak lata temu, gdy dopiero poznawałem ich twórczość. Wake, Harvest the Void - to tylko dwa przykłady dźwiękowych rytuałów od których nie sposób się oderwać. Podrzucam je na playlistę i liczę, że Was też wciągną na długie, wieczorne godziny.

Z doom metalowych nowości warto poświęcić czas na zapoznanie się z nową płytą zespołu Sundecay. The Blood Lives Again miało swoją premierę w ten piątek i jest to długogrający debiut Kanadyjczyków. Internety piszą o nich jako o psychodelicznym doom metalu, ja jednak w konstrukcji utworów, ich długości i nacisku na odpowiednio przygniatający klimat śmiałbym zaliczyć ich nawet do epickiej gałęzi metalu zagłady. Wystarczy włączyć sobie ostatni na trackliście Will Dusk Defy Dawn by zrozumieć o czym mówię. Zresztą, zostawmy etykiety statystykom, niech wybrzmią emocje a tych na albumie na pewno nie brakuje.

Na pograniczu stonera, psychodelii czy depresyjnego rocka (a może po prostu slowcore'a?) znajdziemy taki niezwykłe ansambl jak Great Ooze. Pod sam koniec stycznia ta pochodząca z Seattle kapela wydała płytę zatytułowaną The Vast and Howling Wilderness a w tę środę w najnowszym Grzybo Braniu mogliśmy usłyszeć pochodzący z niej kawałek Ben's Garage, który zrobił na mnie niesamowite wrażenie. Od tego czasu słucham ich codziennie a rzeczonego numeru nawet po kilka razy. Z jednej strony niespieszne tempo, dobrze budowany klimat, stopniowanie napięcia a z drugiej jednak intensywny ładunek emocjonalny. Obok takiej kompozycji nie sposób przejść obojętnie. Co więcej, pozostale 7 numerów też ma się czym pochwalić. Nic tylko słuchać.

Gatunkiem muzycznym, który w pierwszych tygodniach bieżącego roku gościł u mnie zdecydowanie częściej niż zwykle jest za to thrash metal. Nowy Kreator, Megadeth, klasyczne krążki Xentrix - było tego sporo. W tym tygodniu też o nim nie zapomniałem, choć nieco zmienił się zestaw wykonawców. Nadal co prawda machałem głową na złamanie karku do The Electric Age Overkilla - jednej z najlepszych thrashowych płyt XXI wieku i absolutnego TOP 3 jeśli chodzi o deyskografię ekipy Bobbiego Blitza. Szybkość, agresja, hałas - ta płyta nie zwalnia nawet na chwilę a po ostatnim akordzie chce się jeszcze i jeszcze. Szaleńcze tempa to też specjalność reprezentanta młodszej generacji thrashu. Na założony w 2002 roku, północnoirlandzki Gama Bomb trafiłem przypadkiem w 2011 roku i od tego czasu co kilka lat lubię wskoczyć w ich surrealistyczny, rozpędzony świat. Tym razem, prócz najbardziej lubianej Tales from the Grave in Space sięgałem również po nieco nowszą, liczącą sobie 8 lat płytę Speed Between Lines z takim killerem jak Bring out the Monster na czele.

A wiecie jak trafiłem na wyżej wymienioną kapelę? Chciałem na laście wyszukać Gamma Ray i "coś mi się kliknęło nie tak". Power metalu nie było ale i tak było "zaje**ście". A propo powera, to słuchałem ostatnio właśnie sporo klasyki gatunku z lat 90-ych i dwutysięcznych - chociażby Land of the Free II rzeczonego Gamma Ray czy nigdy-nie-nudzącego się Theater of Salvation ich rodaków z Edguy. Świetna muzyka i szkoda tylko, że widoków na coś nowego z obu obozów niestety nie ma...

Na szczęście są muzycy, którzy dumnie niosą chorągwie power metalu a jedną z nich jest heavy/powerowy Greyhawk. Ich power jest taki mocno amerykański (nie powinno to dziwić skoro są z Seattle) ale na równi z ciężarem i szybkością dbają też o warstwę melodyczną. Wychodzi im to bardzo zgrabnie a wydana w piątek Warriors of Greyhawk to płyta z rodzaju tych, które potrafią zaciekawić na dłużej. Tego życzę i Wam i sobie.

Z nowym Edenbridge mam tak, że przez kilka dni słucham bardzo chętnie, potem na kilka dni zapominam o istnieniu Set the Dark on Fire by znów powrócić do tego symfoniczno-metalowego uniwersum. Zeszły tydzień miał więcej tych "drugich dni" a ja utwierdziłem się w przekonaniu, że choć jako całość płyta w ziemię nie wgniata to za sam opener w postaci epickiego The Ghostship Diaries należy się Austriakom duży plus.

Pora na jedyny w dzisiejszym artykule concept album. Warto wspomnieć, że też jak dotąd jedyny w dyskografii prog-rockowego Big Big Train. Woodcut to dzieło ambitne, składające się z 16-tu kompozycji dających łącznie 65 minut muzyki - zarówno refleksyjnej jak i dramatycznej, wyciszającej jak i budzącej pewien "jaskółczy" niepokój. Czuć, że muzycy włożyli w proces twórczy wiele serca i emocji a że tematem przewodnim albumu jest życie artysty, można traktować go też jako pewną metaforę własnych losów a wiemy, że ta legenda brytyjskiej sceny mierzyła się z różnymi przeciwnościami. Wciaż jednak trwała, wciąż tworzyła, rzeźbiąc w drewnie czasu swój artystyczny manifest. 

Niepokój to też jedna z emocji jaka towarzyszy odsłuchowi Oceanów. Na swej najnowszej płycie alternatywno/progresywne Resoraki umieściły niezwykłą kompozycję - Osiem minut po wybuchu słońca, o której pisałem już nie raz. Są jednak na płycie też inne utwory, może nie tak przytłaczające ale równie zaskakujące inteligentnymi tekstami i dźwiękowymi pejzażami. Wśród nich coraz bardziej wkręcam się w mający w sobie coś psychodelicznego Mróz i drzewo morwy. "Gorąco" polecam.

Podobnie rzecz się ma z W lustrach anten alt-rockowego Zaułka. Ktoś powie, że to tylko 27 minut muzyka a ja mu na to, że mało kto w 27 minutach potrafi zawrzeć tyle emocji, marzeń i przemyśleń. Mamy tu i zadziorność i trochę elektroniki, odrobinę dreampopowej subtelności i shoegaze'owej eteryczności. Przystępując do odsłuchu sami nie wiemy kiedy z 27 minut robi się 54, 81, 108 i tak dalej i tak dalej...

Dobra, mieliśmy już doom, power, thrash, psychodelię, alternatywę i progresję. A co powiecie na trochę swing metalu? Tak, dobrze słyszycie. Shoo Bee Doom to kapela, która wymyśliła swój własny gatunek metalu. Jak inaczej bowiem nazwać połączenie bigbandowych dęciaków z hard-rockowymi gitarami? Do tego mocno jazzujący wokal Eden Levin i mamy muzyczną podróż w czasie z lat 20-ych XXI do lat 20-ych XX wieku. Bardzo intrygującą podróż!

Tym nieco tanecznym akcentem zamykam dzisiejsze podsumowanie. Nie zapomnijcie podzielić się Waszymi statystykami, kolażami czy po prostu refleksami. Miłego dnia i miłego odsłuchu dzisiejszej playlisty. Link tam gdzie zawsze:

Playlista: 15.02.2026

piątek, 13 lutego 2026

Mattias Noren - Playlista Tematyczna

 


Kilka dni temu zespół Evergrey ogłosił wydanie swojego nowego, piętnastego już albumu zatytułowanego Architects Of A New Weave. Jednocześnie ujawniono okładkę płyty i poinformowano, że za jej powstanie odpowiedzialność wziął, współpracujący już wcześniej z legendą prog-metalu Mattias Noren. Tak się składa, że już w zeszłym roku myślałem nad artykułem i playlistą poświęcona jego twórczości. W końcu nadeszła więc najlepsza ku temu chwila. 

Na początek jak zwykle kilka słów o bohaterze dzisiejszego artykułu. Mattias Noren urodził się 12 października 1973 roku i jest szwedzkim artystą grafikiem, właścicielem firmy ProgArt Media. Przez ponad 20 lat swojej kreatywnej aktywności przyłożył się do powstania stukilkudziesięciu albumów muzycznych, zarówno nagranych przez tych najbardziej znanych jak i rzesze bardziej undergroundowych artystów. Przez te lata wypracował też swój własny, unikatowy styl operując w rozmytych barwach, półcieniach i mglistych plamach światła. Jego obrazy są jednocześnie dramatyczne i zagadkowe, teatralne i fotorealistyczne. Jak sam mówi, do każdego dzieła stara się podchodzić na nowo, jednakże obecnie bardzo często wykorzystuje technikę akwareli, może niezbyt popularną w ciężkich gatunkach muzyki ale dzięki temu wyróżniającą go z tłumu innych grafików.

Kiedy przystępowałem do pisania artykułu, kojarzyłem Mattias głównie z rockiem i (a nawet przede wszystkim) metalem progresywnym. Wspomniałem już o Evergrey ale była też Knight Arena, Cloudscape czy zeszłoroczny album IHLO. Gdy jednak zgłębiłem się w jego port-folio odkryłem tam też dużo płyt power metalowych, niektórych już dziś zapomnianych a lata temu dość często mi towarzyszących. W momencie wróciły wspomnienia i powiem Wam, że było to bardzo miłe doświadczenie. Zdziwiłem się też, że artysta współpracował też z zespołami symfoniczno-metalowymi takimi jak Epica czy (akurat często przeze mnie ostatnio słuchane) Dawn of Destiny. Trafił się nawet dark ambient w postaci norweskiego projektu [ówt kri]. Grafiki Norena jak widać dobrze korespondują ze stylem muzyki, którą ilustrują a to chyba najlepsze podsumowanie jego twórczości.

Przygotowując dzisiejszą playlistę początkowo opierałem się tylko na liście zilustrowanych albumów z oficjalnej strony artysty. Jak jednak możemy tam przeczytać, to tylko selekcja najciekawszych prac a ja jednak lubię zgłębiać temat z, nomen omen, kronikarską dokładnością. Po dokładnym riserczu na metal archives lista wydawnictw zwiększyła się dwu a nawet trzykrotnie. Chcąc być wierny tradycji i podrzuci Wam po 1 utworze z każdej płyty ozdobionej grafiką Mattiasa Norena poszedłem prawdziwego potwora, liczącego aż 146 pozycji. Daje to w sumie ponad 12 godzin muzyki. Polecam słuchać w trybie losowym ale od czasu do czasu rzucić też okiem na artwork. Pamiętajcie bowiem, że okładka to integralna część płyty i nieraz podkreśla lub uzupełnia to co muzycy chcą nam przekazać przy pomocy dźwięków. 

To tyle na dziś. Miłego odsłuchu i piszcie w komentarzach, która z okładek przygotowanych przez Mattiasa Norena podoba Wam się najbardziej.


Najpopularniejsze