Dzisiejsze podsumowanie tygodnia udało mi się podzielić na pięć tematycznych a w zasadzie gatunkowych bloków. W każdym z nich znajdziemy zarówno nowości płytowe jak również krążki mniej lub bardziej przyprószone "winylową" siwizną. Zatem bez zbędnego wydłużania przejdźmy do opisywania.
Pierwszy blok to gatunek obecnie dominujący na moich playlistach. Były w tym roku miesiące mniej power metalowe ale ten trend zdecydowanie zaczął się odwracać. Tak też w minionym tygodniu słuchałem łącznie kilkunastu nagranych w tej stylistyce płyt.
Nowości przygotowali dla nas muzycy Crystal Eyes, Avaland i Dawn of Destiny. Pierwszy z nich na Thunder God gra klasyczny dla siebie surowy heavy/power z wpadającymi w ucho melodiami. Chemical Poetry francuskiego Avaland to pewne pozytywne zaskoczenie, ponieważ do tej pory nie było nam zbytnio po drodze. Zespół grał elegancko i melodyjnie ale nie potrafił mnie zachwycić. Tym razem już pierwsze single trafiły w moje gusta a album jako całość zyskuje z każdym odsłuchem. Niestety odwrotnie mam z DoD i ich Ashes Over Tomorrow. Po serii świetnych i bardzo dobrych płyt chyba trafił im się średniak. Nie skreślam jednak całkiem ich jedenastej płyty, bo są tam też udane numery. Może potrzeba mi (i im) trochę więcej czasu? Nie zawodzą mnie na pewno październikowe albumy następujących zespołów - Dragonland, Gloryhammer, Bogusław Balcerak's Crylord i Temperance. W dalszym ciągu potrafię czerpać przyjemność z ich symfonicznego, podniosłego, czasem trochę przerysowanego ale zagranego z pasją powera. Mocną stroną każdego z nich są wybitni instrumentaliści choć i w kwestii wokalu to zdecydowanie pierwsza liga. A gdy jeszcze lider zespołu i gra na gitarze i śpiewa to mamy do czynienia z prawdziwym człowiekiem renesansu. Już się domyśliliście, że chodzi o Marco Pastorino z Temperance? Tak się składa, że Marco w przeciągu kilku tygodni wydał dwie świetne płyty i ta pod szyldem Fallen Sanctuary jest chyba nawet lepsza od Arcani. Poza tym odświeżyłem sobie Birth of Light niemieckiego AEON GODS czyli jedną z najlepszych powerowych płyt roku. Absolutną klasyką gatunku jest debiut Masterplan, na którym Jorn Lande pokazuje pełnię swojego wokalnego kunsztu a gdy jeszcze w utworze Heroes partneruje mu Michael Kiske efekt jest powalający. Nic dziwnego że kilka lat później ten patent powtórzył z podobnym skutkiem Tobias Sammet na reaktywowanej Avantasii. Trochę niedocenianym zespołem był moim zdaniem brytyjski Power Quest. Stylistycznie zbliżony do Freedom Call na swym koncie miał tak istotne dla rozwoju gatunku albumy jak Wings of Forever i Magic Never Dies choć też ich ostatnie, wydane w 2017 Sixth Dimension trzymało wysoki poziom i fani mogli liczyć na odrodzenie kapeli. Niestety tak się nie stało ale i tak po spuściznę Power Quest sięgam zawsze z niesłabnącą radością.
Kategoria doom metal nawet jeśli nieduża, zawyczaj jest najbardziej zróżnicowana. Niektóre style usamodzielniły się na tyle i wykształciły własną filozofię grania, że obecnie można traktować je jako całkowicie autonomiczne podgatunki metalu. Spójrzmy jak ich rozkład prezentuje się dziś. Mamy więc epicki Fvneral Fvkk i ich upragnioną drugą płytę pt. Indecent Idols. Marszowe tempa, klasztorna atmosfera, elementy chóralnych zaśpiewów i ciężkie uderzenia sekcji rytmicznej ponownie pozwalają zatracić się w tych muzycznych misteriach bez reszty. Jeśli jednak ponad monumentalne riffy stawiacie shoegaze'owe przestrzenie z pewnością zaciekawi Was Shedfromthebody. We Fly Into Windows to kolejny interesujący rozdział w katalogu pani Savikko, w którym doomgaze'owa eteryczność przeplata się z black'ową mizantropią i dreampopową subtelnością. Psychodela i stoner rock to przepis na doom metal (a może doomrock?) spod znaku Sleepwulfa. Ich dyskografia póki co ogranicza się tylko do dwóch pozycji ale każda z nich to kamieniarskie delicje. Wszystkie możliwe doomowe schizmy i herezje splata w sobie nasze polskie backbone. Retoryka religijna jest tu użyta nieprzypadkowo, ponieważ Ama Nesciri to Concept album opowiadający o duchowej podróży i szukaniu sensu w oparciu o różne systemy religijne. Czy podróż wędrowca zakończy się sukcesem nie powiem ale mogę uchylić rąbka tajemnicy i napisać, że muzykom artystyczny sukces udało się osiągnąć w 100 procentach. Na naszym muzycznym podwórku ciekawą pozycję zajmuje Wij. Nie całkiem metal ale już nie rock, z jednej strony proto-, drugiej jak przystało na rasową awangardę ciągle poszerzający granice artystycznego wyrazu. Nie inaczej rzecz ma się na nowym, trzecim już długograju. Zespół nadal szuka nowych form, eksploruje jakieś ścieżki by później z nich wrócić i przeskoczyć na całkiem inne, ciągle ewoluując. W tym też może kryje się sens tytułu tej plyty. Protisty, inaczej pierwotniaki to prymitywne formy życia ale nie zapominajmy że prawdopodobnie wszystkie wyższe królestwa istot żywych wyewoluowały z drobnych jednokomórkowych eukariontów.
Pora na melodyjne, gitarowe granie czyli zarówno AOR (tu jedna z płyt roku czyli Unbridled grupy Pride of Lions) jak i melodyjne hard'n'heavy (czy ktoś jeszcze używa tej nazwy?) reprezentowany przez szwajcarskie Crystal Ball. W przypadku tej drugiej ekipy muszę przyznać że na Reset wrócili do solidnej dyspozycji i choć czasami ma się wrażenie, że utworom brakuje nieco mocy (lata temu zespół ocierał się o power metal) to i tak można sobie pozwolić na odrobinę headbangingu przy takim Fire In Your Heels.
W obszarze rocka progresywnego proponuję podział geograficzny. Akurat w tym przypadku rzut oka na mapę Europy może nam co nieco o stylu danego artysty podpowiedzieć. Weźmy np The Flower Kings - legenda szwedzkiej sceny czyli prog symfoniczny z silnym folkowym pierwiastkiem. Bogate aranżacje, szerokie instrumentarium, kunsztowne poligonie to znak rozpoznawczy ekipy Roine Stolta od lat. Hope to ich 18 krążek i wcale tej, zdawałoby się niemal pewnej rutyny tu nie czuć. Co więcej, moim skromnym zdaniem jest lepiej niż na ubiegłorocznym Love, który trochę tracił na "bezpiecznym" podejściu. HOPE składa się w sumie z dwóch wieloczęściowych suit i kilku krótszych "piosenek". Mnie szczególnie ujęła druga połowa albumu a zwłaszcza 5 i 6 część suity The Gods of Rome.
Pallas to legenda rocka neo-progresywnego, jeden z grona pretendentów do miana Wielkiej Czwórki gatunku. I, trochę głupio przyznać, zespół za rzadko przeze mnie eksplorowany. Oczywiście znam taki minimalny must have jeśli chodzi o ich twórczość ale zawsze była ona gdzieś na peryferiach mojego progresywnego mikrokosmosu. Postanowiłem zmienić ten stan rzeczy A premiera najnowszego albumu mogła być ku temu idealną okazją. I tak, A Song For Tomorrow ma w sobie coś co z wolna wciąga coraz głębiej. Kompozycje nie są bombastyczne, krzykliwe ale swoją konsekwencją, wyrafinowaniem i umiejętnym przekazywaniem emocji mocno wchodzą do głowy i serca.
W przypadku FatherSon mamy do czynienia z klasycznym crossover progiem. Znany z Millenium, Framauro i tRKprojekt Ryszard Kramarski już po raz drugi łączy siły z synem Michałem i serwuje nam inteligentną, przyjemną w odbiorze muzykę. Pharmakon może nie jest dziełem przełomowym ale zyskuje jako przykład ciekawego międzypokoleniowego muzycznego dialogu.
Został nam jeszcze thrash (tak jakby). O Trivium mówi się nieraz, że gra metalcore choć było też jednymi z pierwszych, którzy po chudych latach 90-ych przypomnieli ludziom w USA. Dziś grupa szykuje kolejny krążek a zapowiadający go numer tytułowy Crown in The Grave z odsłuchu na odsłuch coraz bardziej mi się podoba. Brytyjski Xentrix natomiast, to przedstawiciel pierwszej generacji thrashu, wyróżniający się od samego początku charakterystyczną melodyką. Po kilkudziesięciu latach na scenie nie stracili umiejętności a nawet więcej, zachowując odpowiednią porcję agresji nadal potrafią zarzucić zaraźliwą linią melodyczną. Szacunek panowie!
Jak zawsze na koniec artykułu "gorąca prośba" o dożylnie się swoimi przemyśleniami, podsumowaniami i polecajkami a poniżej link do playlisty. Są tam najczęściej słuchane przeze mnie w minionym tygodniu utwory. Może któryś z nich Wam się spodoba?






