Jak co poniedziałek przedstawiam najnowszy muzyczny raport i towarzyszącą mu playlistę. Wstęp krótki, bo muzyki dużo więc to jej należy się najwięcej miejsca.
Zacznijmy może od premier, nie tak licznych jak tydzień temu ale jednak bardzo dla mnie ważnych. The Ocean, niemiecki prog/post-metalowy kolektyw wydał właśnie nowy krążek, pierwszy po znacznych zmianach personalnych i pierwszy, od dłuższego czasu, swym konceptem wykraczający poza "geologiczną serię". W sumie, ekipa Robina Stapsa doszła na poprzedniej płycie do czwartorzędu więc cóż im pozostało? Może ruszyć do gwiazd? Tak zrobili i to w sposób najblizszy memu sercu. Solaris nie bez powodu kojarzy się z najsłynniejszym dziełem Lema, choć lider grupy wzorował się na filmie Tarkowskiego z 1972 roku, który poznał przed przeczytaniem książki (co czasem bywa naprawdę błogosławieństwem). Co sądzę o tej płycie? Posłuże się pewną analogią. Album jest jak "ocean" na tytułowej planecie, obie strony próbują nawiązać kontakt lecz nie jest to takie proste. W przeciwieństwie jednak do literacko-filmowego pierwowzoru, udało mi się znaleźć wspólny język z muzyką i z dnia na dzień zanurzam się w nią coraz głębiej.
Kosmiczno-cybernetyczna atmosfera unosi się też nad nowym krążkiem szwedzkiego Metalite. Muzycznie to całkiem inny świat, bo mamy tu głównie nasycony elektroniką, melodyjny power metal. Przyznam się, że trzy ostatnie albumy zespołu bardzo mi się podobały, choć każdy kolejny wydawał się o kilka procent słabszy od wcześniejszego. Trochę też czułem, że Discovery będzie kontynuować ten trend a gdy wybrane do promocji single nie zachwyciły mój lęk narastał. Szczęśliwie single nie były najlepszymi numerami na płycie. Na ten moment na pewno Neon Rain dobrze mi siedzi a w gronie kandydatów do wyróżnienia czeka jeszcze kilka kolejnych. Czy uda się im wyciągnać całość do poziomu Expedition One lub A Virtual World? Jeszcze zobaczymy ale szansa jest i to niemała.
Od czasu wydania pierwszej Avantasii metal opery kojarzą się głównie z power metalem. Ten gatunek lubuje się także we wszelkiego rodzaju fantastyce i coraz częściej sięga też po gry video. Te wszystkie elementy łączy w sobie projekt Johannesa Frykholma aka Skyblazera o nazwie Dreamseeker. A Trigger in Time, Pt.I to muzyczna wariacja na temat jednego z najlepszych jRPG w historii - Chrono Trigger. Czy będzie to też jedna z najlepszych metal oper w historii? Po pierwszych kilku odsłuchach jest naprawdę dobrze. Raz, że dobór gości ciekawy i są tu bardzo zdolni wokaliści choć może mniej rozpoznawalni niż u Sammeta, dwa - symfoniczno-powerowe kompozycje słuchają się świetnie, nie dłużą, nie nużą nadmiarem elementów narracyjnych. Po prostu jest w punkt.Szczerze mówiąc, nie był to krążek jakoś mocno przeze mnie oczekiwany ale zdaje się, że trafiło mi się kolejne "odkrycie roku".
Z piątkowych premier zaciekawił mnie też trzeci album fińskiego Confusion Field. W ostatnich latach zdarzało mi się słuchać pojedynczych utworów projektu, za który odpowiada Tomi Kankainen ale nie przeradzało się to w bliższą znajomość z całą jego twórczością. Tym razem jednak, gdy w czwartek wrzucałem na singlową playlistę najnowszy numer Tomiego coś się zmieniło. Conjuring Conflict przykuł moją uwagę na dłużej a w piątek, gdy byłem już po pierwszym odsłuchu całego Resilience Remains, poczułem, że taki nieco chłodny, ciężki prog może być idealną propozycją na nadchodzące coraz chłodniejsze dni i dłuższe wieczory. Szczególnie ujął mnie piąty na płycie Is That All, który wrzucam na dzisiejszą playlistę.
Z albumów o tydzień starszych najczęściej słuchałem oczywiście The Gathering of Dreams, drugiego wydawnictwa symfoniczno-powerowego Fallen Sanctuary. Na ten moment to jeden z najlepszych reprezentantów swego gatunku w tej połowie roku (obok Power to Survive węgierskiego Burning Sun). Szybkość, melodie, przejmujące teksty i ten duet Pastorino/Neuhauser - czy można prosić o więcej?
W końcu więcej czasu spędziłem też z debiutem włoskiej grupy Aletheya. Chance to Reborn ma w sobie coś pierwotnie autentycznego, co przywodzi na myśl początek lat 2000-ych. Kompozycje są starannie zaaranżowane, utrzymany balans między symfonią a metalem, między melodią a ciężarem, dzięki czemu siła muzyki bierze się z energii i dynamizmu a nie tych wszystkich, nieraz naprawdę "over-the-top" ozdobników. A to, zwłaszcza w symfonicznym powerze nie zawsze proste do osiągnięcia.
Od kilku tygodni chwalę Of Tyrants z katalogu norweskiego Triosphere, jednocześnie wspominając o wydanej przed laty jej poprzedniczce The Heart of the Matter. W tym tygodniu postanowiłem słuchać ich na zmianę a efekty w postaci ulubionych kawałków z każdej z nich znajdziecie na playliście. Wiecie też, że mieszanymi uczuciami darzę najnowszą Xandrię, choć jest tam kilka udanych (i jedna świetna) kompozycji. Jako całość Eclipse jednak blednie przy klasycznych albumach grupy. Jeden z nich właśnie, czwartą Salome - The Seventh Veil zacząłem sobie przypominać i znów poczułem się jak kilkunastolatek eksplorujący jeszcze mu nieznane królestwa i krainy metalu. Jasne, że to był całkiem inny świat a umysł "neofity" bywa mniej krytyczny niż kogoś z bagażem wielu lat doświadczeń, jednak pewnych emocji ani czas ani większa świadomość nie jest w stanie stłumić. A w przypadku Salome nigdy bym na to nie pozwolił.
Wśród rożnych opinii nt Cursum Perficio staram się trzymać bardzo racjonalnego myślenia. Anthrax to niewątpliwie zespół zasłużony w historii metalu. Wielka Czwórka Thrashu na pewno mu się należy (choć nie wszyscy tak sądzą) a i w latach 90-ych potrafił zaproponować coś innego i wartościowego. Cursum też ma w sobie sporo dobrej muzyki ale na rewolucje nikt chyba nie liczył? Myślę, że można tę płytę nazwać solidną robotą i nawet jeśli bywa czasem nierówna, to czas przy niej spędzony to przyjemne kilkadziesiąt minut.
Przez ostatnie dwa tygodnie słucham sobie też dreamgaze'owego Soft Science - raz częsciej, raz rzadziej ale ich płyta pt. Sand zawsze gdzieś tam jest i szepcze do ucha, eterycznym głosem Katie Haley bym włączył Spinning i kolejne dziewięc z umieszczonych na krążku utworów. I ja ulegam z nieskrywaną radością.
Od końca sierpnia na rynku pojawiło się też kilka bardzo mocnych stonerowo-psychodeliczno-doomowych krązków. O Besvarjelsen piszę regularnie i na pewno wrzucę Till Glomskam na listę najlepszych płyt roku, coraz częściej też w tej kategorii myślę o Necropolitan angielskiego Green Lung. Oba albumy mają w sobie pewien rock'n'rollowy pierwiastek, który nie przeszkadza a tylko dodatkowo wzmacnia już i tak silne hipnotyczno-okultystyczne wątki.
Na łamy Muzycznej Kroniki powrócił też Froglord, tym razem przy okazji debiutu Amphibian Ascending. Było w tym nieco przypadku, szukałem bowiem płyt do zaplanowanego na październik artykułu (nic więcej nie zdradzę) a to wydawnictwo pasowało do niego jak ulał. Na chybił trafił wybrałem Pesticide i kurcze, co ja przez ostatnie kilka lat miałem w głowie, że jakoś głębiej w ten krążek nie wchodziłem. Ile tu bagiennej duchoty, ile prawdanej grozy, ile zachłannie przeżerających się przez umysł melodii. Nic dziwnego, że wywyższony na debiucie Żabi Lord przez kolejne lata kontynuuje swój triumfalny marsz.
Jak już pewnie wiecie z piątkowego wpisu, czekam z utęsknieniem na nowe albumy Wija i Fvneral Fvkk. Każdy z zespołów zaprezentował już po dwa single z odpowiednio Protistów i Indecent Idols, które tylko ten apetyt nasiliły. Jeśli uda się ten poziom rozciągnąć na pozostałe kompozycje o wysokie miejsca w kończących rok podsumowaniach będę spokojny.
Jedną z najlepszych płyt tego roku jest Woodcut, wydany w lutym pierwszy concept album w dyskografii prog-rockowego Big Big Train. Jego historia toczy się wokół rzeźbiącego w drewnie artysty i uwierzcie, w każdym utworze jestem w stanie poczuć niezwykłą staranność z jaką rzeźbiarz wycina kolejne warstwy drewna, najostrzejszym nożem (vide The Sharpest Blade), pewną ręką i ze spokojnym umysłem.
Rock progresywny to niezwykle urozmaicone i bogate środowisko muzyczne, do którego ostatnimi czasy znów sięgam regularnie. Przyczyniło się do tego kilka świetnych premier, wśród których szczególnie wyróżnić muszę A Layman's Guide To Unobtainum niemieckego Castle Mountain Moon. Najczęściej na stronie piszę o melodyjnym i jak na prog-rock "przebojowym" utworze tytułowym ale obecnie zauroczyła mnie pierwsza część kompozycji Maps, refleksyjna, spokojna, mocno neo-progowa.
Od neo-progu zaczynał zespół Galahad, jednak z legend gatunku, by potem coraz bardziej wzbogacać swoje brzemienia przez elementy tak elektroniki jak i metalu. W tym tygodniu towarzyszyły mi aż trzy płyty tej brytyjskiej grupy, każda prezentująca nieco inne oblicze. Były to Sleepers - kwintesencja neo-progu, ciężka i epicka Empires Never Last i Quiet Storms - okoliczne wydawnictwo, prezentujące wybrane klasyki zespołu w delikatniejszych, akustycznych aranżacjach (brawo szcególnie za przejmującą interpretację Guarding Angel). Po jednym przedstawicielu każdej z nich znajdziecie na dołączonej do artykułu playliście.
Na koniec jeszcze glam metalowa Cinderella i jej blues rockowa płyta Heartbreak Station. Brzmi dziwnie? Może trochę przesadziłem, bo przy "trójce" te bluesowe elementy dopiero zaczynały dominować, nie przysłaniając jeszcze energii i przebojowości typowej dla lat 80-ych. Z drugiej strony, Heartbreak Station na pewno zyskuje na urozmaiceniu brzmienia i patrząc obiektywnie, może jest najambitniejszą propozycją ekipy Toma Keifera? W mojej ocenie nie przebije jednak dwóch poprzedniczek, natomiast w ramach poszerzania horyznotów warto się z nią zapoznać.
Moja Muzyczna Kronika to miejsce, które mam nadzieje pomaga Wam odkrywać nową muzykę. Sam też staram się czerpać jak najwięcej z Waszych rekomendacji. Stąd jednocześnie zachęcając do lektury i odsłuchu playlistowej "tygodniówki", proszę o Wasze podsumowania minionego tygodnia - czy w formie kolażu, playlisty czy zwykłego komentarza, każda aktywność będzie mile widziana :)






