Wśród powiedzonego o miesiącach tylko marzec i kwiecień są przedstawiane jako mieszanka różnych zjawisk klimatycznych, lata i zimy, ciepła i zimna. A przecież wrzesień też jest miesiącem przełomowym, czasem przemian i kontrastów. W tym roku ten mechanizm znalazł również odbicie w muzyce, której słuchałem. Tu również mamy istotną zmianę gatunkowych proporcji i jeszcze większą różnorodność. Żeby nie pozostać gołosłownym, zapraszam więc na przegląd najczęściej słuchanych przeze mnie w tym miesiącu artystów.
1. Galahad - klasyk rocka neo-progresywnego, wierny podstawowym ideałom "progresji" stale poszukujący czegoś nowego i niecodziennego. Wrzesień spędziłem na przeglądzie różnych pozycji w bogatej dyskografii brytyjskiej ekipy i potwierdzam, czy w wersji tradycyjnej i bardziej metalowej czy akustycznej, jest to prog najwyższych lotów
2. Castle Mountain Moon - debiut tej niemieckiej formacji wydany dwa lata temu był miłą niespodzianką w świecie progresywnego rocka. Na swoim drugim albumie zespół potwierdza zdolność do komponowania utworów potrafiących przykuć ale i utrzymać na długo uwagę słuchacza - a to właśnie o takie "unobtainium" w sztuce chyba najtrudniej
3. Phideaux - miano najbardziej eklektycznej płyty należy się bez dwóch zdań AutoMoto Animus. Jej tytuł można różnie interpretować ale moim zdaniem, choć jest tu odrobina chłodnej, mechanicznej elektroniki, emocjonalna głębia i progresywna dusza są wręcz namacalne
4. Green Lung - gdyby Lovecraft żył w naszych czasach i był Brytyjczykiem, pisałby pewnie teksty dla Green Lung. Necropolitan to niesamowita płyta w klimatach miejskich legend i nomen omen opowieści niesamowitych
5. Besvarjelsen - kiedy stoner/doom romansuje z rock and rollem może wyjść z tego albo arcydzieło albo cringe. Norweskiej ekipie na szczęście udało się to pierwsze a ja po kilku tygodniach od premiery nie mogę zapomnieć o Till Glomskam...
6. Triosphere - warto było czekać tyle lat na nowy album tej progresywno-power metalowej grupy. Of Tyrants jest i odpowiednio ciężki i odpowiednio szybki, melodyjny i zróżnicowany a utwór tytułowy to prawdziwy "earworm"
7. Pattern-Seeking Animals - Grimalkin światło dzienne ujrzał półtora roku po swej poprzedniczce. W przypadku tej super-grupy nie jest to nic nadzwyczajnego, tak jak i zawarta na płycie muzyka - ambitna a jednocześnie przyjemna w odbiorze
8. Flotsam & Jetsam - zawsze tuż za Wielką Czwórką, choć mam takie wrażenie, że czas i nieuchronna ewolucja brzmienia były dla nich łaskawsze niż w przypadku niektórych "większych nazw". Gdzieś na pograniczu thrashu, speed i power metalu kapela z Arizony znalazła swój własny styl - agresywny, dynamiczny i (to nie wada!) wpadający w ucho
9. Anthrax - polubiłem Cursum Perficio może dlatego, że dostałem dokładnie to, czego się spodziewałem. Wiem, że podobnie pisałem na początku roku o Kreatorze ale wydaje mi się, że ekipa Scotta Iana zaprezentowała bardziej organiczną i głębszą muzykę
10. Fallen Sanctuary - Marco Pastorino pisząc w tandemie z Georgiem Neuhauserem materiał na drugi album ich wspólnego projektu zrobił sobie pod górkę, nie wiem bowiem czy jego macierzyste Temperance przebije teraz poziom zaprezentowany na The Gathering of Dreams. Świetna płyta i miło mieć poczucie, że samemu też dołożyło się małą cegiełkę do jej powstania.
11. KingCrown - wokal Jo Amore poznałem przy okazji albumu Insurrection francuskiego Nightmare. Ta płyta do dziś pozostaje dla mnie jego najlepszym dziełem ale od kilku lat, już w ramach KingCrown pokazuje, że jest w stanie się zbliżyć do tego poziomu na dość niewielką odległość. Moonfall jest tego dobrym przykładem
12. Soft Science - nie samym metalem człowiek żyje, rock też czasem bywa zbyt hałaśliwy. Wtedy warto zwrócić się ku bardziej eterycznym dźwiękom. We wrześniu taką przeciwwagą dla ciężkiego grania był właśnie dreamgaze'owy kwartetu z Sacramentu - jedno z odkryć miesiąca!
To była moja "wcale-nie-parszywa" dwunastka. Poza tym czas umilały mi, choć nieco rzadziej dwa odmienne oblicza power metalu - symfoniczne i bombatyczne od węgierskiego Burning Sun i progresywne i mniej kolorowe w wykonaniu DGM. Bardzo fajną muzykę, psychodeliczno-okultystycznego rock'n'rolla udało mi się też odkryć za sprawą Beaux Gris Gris & The Apocalypse a surrealistyczny misz-masz proto-metalu, hard i stoner rocka po raz kolejny, za sprawą zapowiadających nowy longplay singli dostarczał Wij. Oczywiście nie zapomniałem też o bohaterach poprzednich miesięcy, stąd na wrześniowej playliście nie zabrakło też drobnego akcentu z Unbridled, najnowszej płyty formacj Pride of Lions, płyty lipca, płyty lata a może i płyty roku? Właśnie, playlista - poniżej znajdziecie link do plejki, na którą wrzuciłem trzydzieści najczęściej słuchanych przeze mnie we wrześniu utworów. Tak jak powyższe zestawienie, jest dość zróżnicowana ale dzięki temu mam pewność, że każdy z Was znajdzie na niej coś dla siebie. A gdy już zapoznacie się z artykułem i włączycie play zapraszam do podzielenia się Waszymi podsumowaniami. Czekam z niecierpliwością!






