piątek, 13 marca 2026

Tarja, Anette & Floor - Playlista Tematyczna

 


To już kolejny artykuł poświęcony trzem wokalistom tego samego zespołu. Do tej pory jednak skupiałem się tylko na Panach Piosenkarzach. Korzystając jednak z marca, miesiąca w którym obchodzimy Dzień Kobiet, postanowiłem zmienić ten stan rzeczy. A czy jest bardziej znany metalowy zespół z kobiecym wokalem, mający za sobą współpracę z trzema wokalistkami niż Nightwish? Myślę, że to zdanie jest zbędne, ale jeśli ktoś przez ostatnie 20 lat mieszkał w piwnicy bez dostępu choćby do radia to przypomnę, że dziś będzie o Tarji Turunen, Anette Olzon i Floor Jansen.

1. Tarja Turunen - urodziła się 17 sierpnia 1977 roku w Kitee, przy samej granicy z Rosją. Od 6 roku życia uczyła się śpiewu, gry na flecie i pianinie. Podczas nauki w szkole średniej dołączyła do założonego przez jej kolegę Tuomasa Holopainena zespołu Nightwish. Był to przełomowy moment i dla niej i dla całego świata symfonicznego metalu. Sięgający trzech oktaw wokal, power metalowa szybkość i symfoniczne aranże stały się znakiem rozpoznawczym coraz bardziej popularnego zespołu. Z czasem elementy symfoniczne i "przebojowość" coraz bardziej dominowały nad metalowym rdzeniem ale każdy kolejny album z miejsca pokrywał się złotem. Pojawiały się też jednak coraz większe tarcia wewnątrz kapeli, które doprowadziły do usunięcia wokalistki ze składu. Forma, na jaką zdecydował się lider czyli list otwarty zostawiony w garderobie Tarji pozostawiała wiele do życzenia ale jak można w nim było przeczytać, prawda i racja leżała gdzieś pośrodku obu zwaśnionych stron. Od 2005 roku Tarja kontynuowała muzyczną karierę jako solistka. Zaowocowało to kilkoma albumami, czasem utrzymanymi w metalowej stylistycez innym razem bardziej okolicznościowym (zimowe, świąteczne piosenki czy covery). Przez cały ten czas okazjonalnie pojawiała się jako gość specjalny na płytach innych wykonawców. Najbardziej znaną kooperacją z tego okresu jest utwór nagrany razem z Within Temptation na ich album pt. Hydra. W ostatnich latach szerokim echem obiła się zaś trasa koncertowa, w którą Tarja ruszyła wraz z dawnym kolegą z zespołu (też już zresztą poza Nightwishem), charyzmatycznym Marko Hietalą. Analizując karierę pani Turunen-Cabuli można powiedzieć, że dała sobie radę poza zespołem ale wydaje mi się, że trochę nie wykorzystała swojego potencjału. A Nightwish? Cóż, sięgnął po wokalistkę że Szwecji o całkiem innym profilu. Była nią:

2. Anette Olzon - pochodząca ze Szwecji artystka przyszła na świat 21 czerwca 1971 roku w muzykalnej rodzinie. Od dzieciństwa zajmowała się śpiewem, ćwiczyła też grę na oboju. Jej pierwszy zespół, do którego dołączyła w wieku 17 lat grał głównie covery. Prawdziwym więc debiutem Anette była współpraca z melodic/hard rockowym Alyson Avenue, gdzie szybko stała się główną wokalistką. Grupa reprezentowała bardzo popularną w Skandynawii scenę AOR. Wspólnie nagrali dwa dość dobrze przyjęte, zwłaszcza w Japonii (!) albumy. Gdy jednak okazało się, że Nightwish szuka wokalistki a nagrane przez Anette (przy udziale kolegów z dotychczasowej kapeli) demo spotkało się z uznaniem Tuomasa i reszty, piosenkarka musiała w całości poświęcić się współpracy z (już) żywą legendą fińskiego metalu. Początki nie były łatwe. Częste porównania do Tarji, dysponującej jednak bardziej wszechstronnymi umiejętnościami wokalnymi (choć trochę słabszą wymową angielskiego co znalazło odbicie w tzw. misheard lyrics) musiały być dla niej trudne. Najlepszą obroną jest jednak atak i ja osobiście uważam, że Anette poradziła sobie z presją a dwa nagrane z nią albumy i tak kładą na łopatki późniejsze dokonania Nightwish, a monumentalne Imaginaerum w niczym nie ustępuje klasykom z Tarją za mikrofonem. Wszystko co dobre, szybko się kończy. W 2012 roku podczas trasy koncertowej w USA z nie do końca jasnych przyczyn została zastąpiona przez Floor Jansen. Oficjalnie rozstano sie za porozumieniem, dla dobra obu stron. Sama wokalistka nie kryła jednak rozgoryczenia i żalu do lidera zespołu, który już po raz drugi okazał się nie do końca fair wobec koleżanki z kapeli. W następnych latach kariera Anette nie wyhamowała a ona sama angażowała się w wiele interesującyh projektów muzycznych. Poza solowymi albumami warto wymienić dwa krążki nagrane wspólnie z byłym gitarzystą Sonaty Arctici, Janim Litmainenem (jako zespół The Dark Element) utrzymane w symfoniczno/powerowej stylistyce. Anette całkiem udanie też wskoczyła w buty Jorna Lande, nagrywającego do tej pory w melodic metalowym duecie z Rusellem Allenem. Pod skrzydłami znanej z takich kolaboracji wytwórni Frontiers wydali już dwa krążki a w przygotowaniu jest trzeci. Najciekawsze są jednak gościnne występy wokalistki, wśród któych znajdziemy i death/doomowe Swallow the Sun, industrial metalowy Pain czy pop-rockowe The Rasmus. Idę o zakład, że nagrany z tym ostatnim singiel October & April nie raz mieliście okazję słyszeć w mainstreamowych rozgłośniach radiowych. 

3. Floor Jansen - artystka, która przed dołączeniem do Nightwish miała już za sobą dośc długą i bogatą karierę. Co ciekawe, ta urodzona w 1981 roku wokalistka jest najmłodszą z całej trójki. Początkowo zaśpiewała z zespołem jako zastępstwo za Anette, która z różnych przyczyn (m.in. wg lidera zespołu) nie była w stanie dokończyć trasy promującej Imagniaerum. Fani zespołu tę wiadomość przyjęli z radością, liczyli bowiem, że operująca sopranem dramatycznym artystka przywróci zespołowi w pełni symfoniczny charakter jaki mieli za czasów Tarji. Zaczęło się obiecująco, choć Endless Forms to była płyta "bezpieczna", typowa raczej dla ery Anette ale choćby Alpenglow dość szybko stał sie jednym z moich ulubionych utworów zespołu. Potem jednak nie było wcale lepiej. Dziwniej tak ale nie lepiej. Zespół próbował niby czegoś nowego ale mam wrażenie, że Tuomas trochę w swych wizjach pogubił się. Mimo wszystko Human. :II: Nature trzeba oddać, że przyświeca jej jakaś idea, choć realizacja jej nie wyszła najlepiej, to Yesterwynde z małymi wyjątkami dla mnie jest niesłuchalna. Wielka szkoda, bo mam poczucie, że możliwości Floor są na obu tych płytach zupełnie nie wykorzystane. Nie wspominając już o tym, że z power metalowych korzeni Nightwisha zupełnie już nic nie zostało. Także w przypadku Floor mam duży dysonans, bo docenić trzeba jej działalność w gothic-metalowym After Forever czy później w ReVamp, jej współpracę z Ayreonem czy choćby gościnny występ na przedostatniej płycie Avantasii, na której była jednym z najjaśniejszych punktów. 


Jak widać, historia zespołu nie jest prosta. Jakkolwiek by jednak nie oceniać postawy wokalistek czy samego lidera kapeli, wspólnie udało im się stworzyć jedną z najbardziej rozpoznawalnych i wpływowych grup symfoniczno metalowych. Na poniższej playliście, zgodnie z tradycją znajdziecie 15 utworów Nightwish, po pięć dla każdej artystki oraz również 15 utworów innych projektów, w których panie brały lub nadal biorą udział przy tym łącznie z występami gościnnymi. Jeśli jesteście gotowi na symfoniczną ucztę, po przeczytaniu artykułu kliknijcie play. Dajcie też znać, które dokonania zespołu i poszczególnych wokalistek są Wam najbliższe. 


Playlista: Tarja, Anette & Floor

02.03-08.03.2026

 


Za nami kolejny tydzień 2026 roku a przed nami drugie, tym razem już w pełni marcowe podsumowanie. Po raz kolejny dostaliśmy garść wartych uwagi premier ale na szczęście, tym razem okoliczności mi sprzyjały, więc byłem w stanie dobrze się im przysłuchać. Nadrobiłem też zaległości z końcówki lutego, stąd dzisiejsza playlista jest dość zróżnicowana, choć nie jest oparta tylko o nowości. Zobaczcie sami.

Największy wpływ na mnie miał niewątpliwie specjalny koncert Turbo, jaki odbył się 28 lutego w Klubie Studio. Mieliście zresztą okazję zapoznać się z relacją z wydarzenia. Pisałem w niej, że zaraz po premierze polubiłem Blizny ale dopiero teraz po wysłuchaniu w całości na żywo, ten najnowszy krążek legendy polskiego metalu przemówił do mnie ze zdwojoną siłą. Pasja, energia, melodie i bardzo dobrze punktujące aktualne problemy teksty w pełni zasługują na uznanie fanów i krytyków, z jakim spotkał się ten krążek.

Takiego bardzo mocno zakorzenionego w tradycji heavy metalu grania było zresztą u mnie więcej. W moje muzyczne ucho wpadła między innymi legenda US powera - Jag Panzer, obecny na scenie od 1981 roku a także reprezentant nowej fali tradycyjnego heavy metalu, również pochodzący z miłującego pokój i sprawiedliwość kraju - Mega Colossus, którego nowa płyta Watch Out! wyszła przed tygodniem. 

Na pograniczu hard rocka, klasycznego heavy i z lekkim mrugnięciem w stronę 80s hair metalu funkcjonuje ameyrkańska supergrupa Black Swan. Paralyzed to ich trzeci krążek i powiem szczerze, nomen omen Ameryki nie odkryli ale jest to przykład solidnego rzemiosła i autentycznej radości z tworzenia muzyki. Jeśli lubicie te klimaty to podrzucam Wam kilka utworów ekipy.

Do estetyki lat 80-ych odwołuje się też mocno niemieckie Violet. Dwa lata temu oszalałem na ich punkcie za sprawą singla Angelina (Talk to Me), więc ucieszyło mnie, że właśnie ukazała się ich EP-ka Silhouettes. Jest to zbiór utworów, które nie znalazły się na żadnym albumie studyjnym plus kilka wersji koncertowych ale to nic. Słucha się tego bardzo przyjemnie a Dangerous You, choć nie zrobił aż takiego wrażenia jak rzeczona Angelina, to z miejsca stał się kawałkiem, który co najmniej raz każdego dnia muszę przesłuchać.

Wymienieni powyżej artyści odwołują się do lat 80-ych a Blonz to już prawdziwie ejtisowa, hair metalowa petarda. Wydali tylko jeden album ale utwory, jakie na nim się znalazły w niczym nie ustępują przebojom głównych przedstawicieli nurtu, takim jak Warrant, Poison czy Motley Crue. Warto posłuchać, troche jako ciekawostkę, trochę po prostu dla energicznej i bardzo chwytliwej muzyki.

To zresztą nie koniec melodyjnego, przebojowego grania na dziś. Starbenders - glam rockowa rewelacja ostatnich kilku lat jest świeżo po premierze krążka numer 4. The Beast Goes On kontynuuje zapoczątkowany w 2016 roku styl, łącząc łatwo wpadające w ucho melodie, głośne gitary i erotyczno-romantyczne liryki z charakterystycznym dla tego nurtu barwnym wizerunkiem scenicznym. 

W poszukiwaniu rockowych przebojów warto czasem cofnąć się do poprzednich dekad. W moim przypadku były to lata 70-e i muzyka nowofalowego zespołu The Cars. Ich największym przebojem jest oczywiście Just What I Needed, które po raz pierwszy usłyszałem w wersji scoverowanej przez glam metalowe Poison. Co ciekawe, utwór ten, w wersji na XIX-wieczną dworską orkiestrę trafił do soundtracka czwartego sezonu serialu Bridgertonowie. Trzeba jednak pamiętać, że na tym jednym przeboju kariera The Cars nie skończyła się a choćby taki utwór jak Touch and Go również zasługuje na pamięć i uznanie słuchaczy.

Czas trochę przełamać tę melodyjno-cukierkową tendencję. Na początek power metal, i to taki klasyczny, nie nadmiernie cukierkowy właśnie. O Vandor piszę już od ponad miesiąca i mi się nie nudzi. The Ember Eye pt. II dobrze znosi próbę czasu a co jakiś czas coraz to inny numer wskakuje na 1 miejsce, wśród odsłuchiwanych. Dziś proponuję Why Do I Remember Me? - szybki, melodyjny ale mający w sobie pewną nutę nostalgii i refleksji. Dobrze broni się też drugi krążek Aeon Gods, choć z nim jestem jeszcze bardziej na świeżo niż z Vandorem. Są jednak krążki, które robią wow w pierwszym tygodniu a potem nagle iskra wypala się. Na szczęście Reborn to Light nie należy do tego grona, a Flames of Ember Dawn płoną pełną mocą.

Nie odpuszczałem też hiszpańskim "magikom", tłukąc nadal epicką Finisterrę. Jeśli zastanawiacie się czy rozpocząć przygodę z folk/powerowym Mago de Oz to tę płytę rekomenduję jako pierwszą. I nie dlatego, że ja sam od niej zacząłem ich słuchać, tylko po prostu jest to kwintesencja ich specyficznego stylu.

Jedną z moich ulubionych płyt ostatnich kilku tygodni staje się powoli Soulbound fińskiego Gladenfold. Jak nikomu innemu udaje im się łączyć taki bardzo kamelotowy power metal z melodyjnym death metalem w stylu środkowego Soilwork. Mamy więc szybkie numery, ciekawe melodie i gdzieniegdzie mocniejsze, ekstremalne wstawki. Ogółem jednak na pierwszy plan wybija się specyficzna nastrojowość i eteryczna romantyczność, co najlepiej widać For My Queen i Ghostlike - moich ulubionych utworach z płyty.

Coraz bardziej zanurzając się w metalowe ekstrema otwieram wrota do Krainy Doom Metalu. Jest to świat niezmiernie zróżnicowany a panujący w nim mrok i smutek może mieć i psychodeliczne i pogrzebowe podłoże. Z tej pierwszej grupy wyróżnić trzeba nasz rodzimy Weedpecker. Ich piąta płyta wylądowała na 1. miejscu lutowego zestawienia Doom Charts a to nie lada wyczyn a zarazem nie znosząca sprzeciwu rekomendacja. A płyta to niezwykła. Jej odsłuch maluje w mojej głowie następujący obraz - ostatnie lato młodości, północ, leśna polana, w popiołach z ogniska żarzy się ostatnia iskra, cichną ostatnie szepty a władzę nad okolicą przejmuje natura - piękna ale i niebezpieczna w swej nieobliczalności.

Majestatycznie gra też kanadyjski Sundecay ale czytając moje cotygodniowe podsumowania pewnie już o tym wiecie. 

W dyskografii REZN mam dwa ulubione krążki, które zdecydowanie wybijają się nad pozostałe. Pierwszy to Chaotic Divine, którego słuchałem w zeszłym tygodniu. Drugim jest Solace, czyli jego bezpośredni następca. Tu psychodeliczny stoner doom z 

Wczoraj obchodziliśmy Dzień Kobiet, może więc wspomnieć teraz o hiszpiańskiej Hela, za mikrofonem której stoi Raquel Navarro. To już trzecia wokalistka zespołu a A Reign to Conquer to czwarty album stoner/doomowców. Mimo zmian personalnych niezmienny pozostaje poziom komponowanych utworów, które wciągają, pozwalają się rozmarzyć ale i poczuć psychodeliczny niepokój. I za to właśnie najbardziej lubię Crystal Bridge et al.

Wolniej i niżej czyli Lower and Slower to tytuł nowego wydawnictwa Żabiego Lorda. Ten kultowy już w naszych kręgach zespół przygotował specjalną EP-kę, na której mamy ponownie nagrane utwory z poprzednich płyt z pewnym małym bonusem. Kluczem jest tu tytuł, bowiem każdy kawałek został specjalnie przearanżowany by wyciągnąć z niego jeszcze więcej ciężaru, mroku i smolistego gruzu. Szczególnie fajnie wyszło to z Road Raisin, w konsekwencji otrzymując chyba pierwszy przykład sludgened blues metalu.

Czas teraz jednak na najcięższy, najwolniejszy i najbardziej podniosły doom metal. Gruzińskie Ennui odkryłem szykując playlistę do artykułu o nieznanych i niedocenianych przedstawicielach funeral doom metalu. Już wtedy zwrócili moją uwagę ale dopiero premiera Qroba, najnowszej płyty kwintetu utwierdziła mnie w przekonaniu, że obecnie to jeden z czołowych przedstawicieli nurtu. Ich muzyka budzi we mnie podobne emocje co lata temu Angels of Distress - klasyk gatunku autorstwa Shape of Despair. Jest to dla mnie pewien stały punkt, do którego odnoszę każdą inną funerałową płytę, więc takie porównanie to u mnie najwyższa forma uznania! 

Zgoła odmienny rejon Krainy Doomu, można by rzec peryferyjny okupuje Star Beast. Kanadyjczycy preferują stoner rockowe, a może nawet stoner rock'n'rollowe granie. Krótkie, 2-3 minutowe utwory, obowiązkowy fuzz w gitarach i psychodeliczna atmosfera - tak było na debiucie, tak jest i na jeszcze ciepłej drugiej płycie. 

Teraz mały kącik progresywny a w nim między innymi Big Big Train ze swym nowym albumem pt. Woodcut a także wchodzący momentami w prog-metalowe rejony projekt Age of Distraction, którego najnowszym dziełem jest 23-minutowa EPka Choose Your Side, której najmocniejszym punktem jest rozbudowany utwór tytułowy.

Na zakończenie jeszcze odrobina polskiej muzyki. Zaułek i jego pełnometrażowy debiut W Lustrach Anten to stały bywalec moich głośników. Teraz pojawiło się w nich też pele-mele bo taką przewrotną nazwę nosi nowy album krakowskiego Lor. Co my tu mamy? W sumie to z czego dziewczyny są znane - trochę popu, trochę rocka, nutka folku i romantyzmu. Jak zwykle dobrze wypada też warstwa tekstowa. Słuchając pele-mele ma się poczucie, że tak powinna wyglądać grana w popularnych radiach muzyka - przystępna, przebojowa ale niepozbawiona wyższych wartości artystycznych. 

A jak powinna wyglądać dzisiejsza playlista? Wystarczy kliknąć w link poniżej. Mam nadzieję, że znajdziecie tam coś dla siebie. Dajcie też znać jak Wam minął tydzień!

piątek, 6 marca 2026

Turbo - Koncert Specjalny w Klubie Studio - Setlista

 


Są takie trasy koncertowe, które mają ustaloną z góry setlistę. Czasami jest kilka utworów, które są grane zamiennie w zależności od gigu lub życzenia publiczności. Są też i takie, którym prócz standardowych wydarzeń towarzyszą koncerty specjalne. I tak było w minioną sobotę w Klubie Studio, gdzie w ramach promocji zeszłorocznego albumu Blizny pojawiło się poznańskie Turbo. Gdy tylko znalazłem informację o koncercie i formie, jaką przybierze wiedziałem, że muszę tam być. Sam zespół znam od dawna, za sprawą utworu Dorosłe dzieci kojarzyłem już sprzed konwersji w metalheada ale dopiero zapoznanie z całą płytą, która prócz rzeczonej kompozycji tytułowej i krótkiego lecz poruszającego Pozornego życia aż kipiała od heavy-metalowej sprawiło, że oszalałem na punkcie ich muzyki. Krok po kroku poznawałem następne płyty, czasem lżejsze jak Smak Ciszy, czasem soczyste jak Kawaleria czy "rzeźnickie" jak Ostatni Wojownik. Przyznam się, że ciężko mi było wybrać jakąś słabszą pozycję, bo praktycznie każda z nich, i z Kupczykiem i Struszczykiem na wokalu miała w sobie coś wyjątkowego. Tylko wpadające już w death metal Dead End i One Way jakoś nie potrafiły mnie przekonać ale po sobocie może to się zmienić. A dlaczego? O tym jak i o wielu innych ciekawostkach dowiecie się z poniższej relacji z najbardziej niezwykłego koncertu na jakim byłem. 

Wszystko zaczęło się o 19:15. Według rozpiski miała być punkt 19 ale cóż. Jadąc z Wieliczki trzeba się przygotować na korki od Ronda Grunwaldzkiego aż po Most Dębnicki, nie ryzykowałem też z parkowaniem blisko samego klubu. Od razu po skręcie w Reymonta wypatrzyłem wolne miejsce i dalej poszedłem piechotą. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności, Turbo również zaczęło z poślizgiem i z setlisty pominąłem tylko Intro zapowiadające Nowy Rozdział. Zgodnie z zapowiedziami w trakcie pierwszej części koncertu usłyszeliśmy po raz pierwszy na żywo cały album Blizny, uznany przez AntyRadio za Płytę Rocku 2025. W okresie popremierowym słuchałem jej dość często, miałem kilka swoich ulubionych kawałków ale w moim podsumowaniu rocznym nie znalazła miejsca. Dziś trochę żałuję, bo w wersji koncertowej jest tam mnóstwo heavy/speed/thrash metalowych petard. Zespół zapowiadał udział wielu specjalnych gości. Od początku na scenie Tomkowi Struszczykowi towarzyszył brat, Bartosz i to jego głos słyszeliśmy w W.W.W.W. Szczerze mówiąc liczyłem po cichu na występ Piotra Cugowskiego, który śpiewa ten duet w oryginale, tak jak i na drugiego z Braci, Wojciecha w jednym z moich ulubionych numerów - Do domu. Cugowskich nie ma ale i tak było zarąbiście. Bo właśnie w Do domu pojawiła się poraz pierwszy dama polskiego gotyckiego rocka, Anja Orthodox. Przyznam, że na całej płycie nie ma chyba bardziej pasującego do niej utworu, ten poetycki tekst, porównania tak zahaczające o gotycką estetykę wpasowały się bardzo dobrze do jej niskiego, refleksyjnego głosu. To zresztą nie był jej jedyny występ tamtego wieczoru ale o tym za chwilę. Po pełniącym rolę outro, dwuminutowym Spokojnym zespół zarządził 15 minut przerwy a ja już nastawiłem się na Kawalerię! I co? I psikus, i to jaki.

Turbo wróciło na scenę w odmienionym składzie, w tle pojawiła się grafika z płyty, której jakoś bardzo nie kojarzyłem a gdy już zagrali, zaczęła się rzeź. Jacek Zema za mikrofonem, prócz niego na scenie Krzysztof Pistelok z Namora (a przede wszystkim z Kata z Romanem) i Mirosław Muzykant pokazali nam najcięższe oblicze kapeli. Naprawdę nie spodziewałem się utworów z wspomnianem już na wstępie płyty Dead End. Zagrali a ja wkręciłem się w to, zwłaszcza w drugą z kolei Enola Gay. Potem do Jacka dołączył Tomek i przyszła kolej Miecz Beruda z Ostatniego Wojownika i dwa numery z Awatara. Nie była to lubiana przeze mnie Arrmia ale i tak panowie pokazali, że ta płyta miała duży potencjał i tylko nie miała szczęścia do czasów, w których się pojawiła. Gdyby jeszcze udało się namówić do zaśpiewania jednego z numerów oryginalnego wokalistę to byłaby niezapomniana chwila. Następnie przeszliśmy do chwili ze Strażnikiem Światła, pierwszym krażkiem, na którym śpiewał Tomek. I tu też niespodzianka, bo usłyszeliśmy Przestrzeń - Światło, pochodzący z digipackowego wydania albumu. Oryginalny (choć nie pierwszy) wokalista Turbo nie pojawił się przy okazji Awatara ale w końcu nadszedł moment, na który wielu z nas czekało. Legenda polskiego metalu, głos znany nie tylko miłośnikom ciężkiego grania - Grzegorz Kupczyk przejął specjalnie przygotowany dla niego mikrofon. I zaczął się ogień! No może nie od razu, choć Jaki był ten dzień wszedł do repertuaru niejednego harcerskiego zastępu i pewnie śpiewa się go przy ognisku, ale muzycznie ma inne zalety niż jazda i do przodu. Śpiewali go wszyscy, Tomek grał na gitarze a Grzegorz roztaczał swą magię. A potem był Szalony Ikar i szaleństwo na całego. W tej części koncertu usłyszeliśmy jeszcze kilka klasycznych numerów z lat 80-ych, trochę z zaskoczenia niegrany chyba nigdy wcześniej na żywo This War Machine z Piątego Żywiołu (czyli już pełna XXI wieku) a tuż przed przerwą Grzegorz wraz z Anją odśpiewali majestatyczne Otwarte Drzwi Do Miasta, nieco symboliczne, biorąc pod uwagę, że to ostatnia pozycja na trackliście Tożsamości, ostatniej płyty nagranej z Kupczykiem

Kolejna przerwa i w końcu czas na danie dnia. Kawaleria Szatana to jedna z najważniejszych płyt w historii polskiego metalu i usłyszeć ją w całości na żywo w wykonaniu Turbo i Kupczyka przez lata pozostawało w sferze marzeń. I tu zespół znów zrobił mi psikusa, zaczynając co prawda od Komety Halleya ale za mikrofonem stał Tomek. I zaśpiewał perfekcyjnie. Potem pałeczkę przejął starszy z wokalistów, na scenę wszedł związany przed laty z zespołem gitarzysta Andrzej Łysów a my dostaliśmy dwa szybkie killery. Dłoń Potwora i Sztuczne Oddychanie to dwa z trzech utworów z tej płyty, do których najczęściej wracam. W Wybacz Wszystkim Wrogom na scenę wróciła Anja Orthodox i pokazała moc i ostrość głosu, jakiej w twórczości Closterkeller nie uświadczymy. Lider zespołu, Wojciech Hoffman pokazał swój gitarowy kunszt w instrumentalnych Bramach Galaktyk, które jak się okazało były nomen omen bramami do obu części Kawalerii, gdzie znów solidarnie obowiązkami podzielili się obaj wokaliści. Wiem, że początkowo liczyłem na cały set z Kupczykiem ale teraz myślę, że to była dobra decyzja. Kawaleria to nasze wspólne metalowe dziedzictwo a przyjemnie było widzieć na scenie, że obu muzyków łączą dobre relacje i że po tylu latach od rozstania nie ma złej krwi między Wojtkiem a Grzegorzem. To też takie symboliczne połączenie starego z nowym, klasyki jaką jest Kawaleria z nowością reprezentowaną przez Blizny. Szaleństwo trwało jeszcze kilkanaście minut po ostatnim akordzie z rzeczonej płyty. W utworze Mówili Kiedyś  zaprezentowali nam się, nieobecni dotychczas Jakub Kędziora i Bartek Hoffmann a rolę wokalisty przejęli basista Bogusz Rutkiewicz (w zespole od 1983) i perkusista Mariusz Bobkowski a Tomek Struszczyk podzielił się z nami swoimi perkusyjnymi umiejętnościami. W następnym utworze wszystko wróciło do normy a my mieliśmy okazję wysłuchać epickiego Może tylko płynie czas, który uważam za jeden z najlepszych z płyty Piąty Żywioł.

Na tym koncert miał się zakończyć, choć nikt nie myślał, że poznaniacy opuszczą Kraków bez zagrania Dorosłych Dzieci. Zgodnie z przewidywaniami kapela wróciła ale pierw zaprezentowała nam tytułowy numer z agresywnej, thrashmetalowej płyty Ostatni Wojownik. I tu Grzegorz "Wpi**ol" Kupczyk z Tomkiem "Rzezią" Struszczykiem rozwalili system. A potem pojawiła się delikatna gitara i słowa, które przeszły do legendy polskiej muzyki. Są dni, kiedy mówię dość... Tak to panowie spróbowali zrobić nas w konia, próbując coverować Lady Pank. Kiedy już jednak śmiechy ustały, dostaliśmy w końcu Dorosłe Dzieci i to zagrane i zaśpiewane wspólnie przez wszystkich zaproszonych gości. I oczywiście publiczność. I tak oto, tuż przed północą zakończył się koncert, o którym organizatorzy pisali, że potrwa 3 godziny. Jak dla mnie to trwał o kolejne 3 godziny za mało, w katalogu Turbo jest bowiem jeszcze tyle interesującego kontentu, że można by grać w nieskończoność. Ale i tak, powiedzcie sami, czy byliście na koncercie, na którym jeden artysta zagrał aż 35 utworów? Ja byłem zachwycony, reszta publiczności też a o zainteresowaniu, jakie wzbudziło to wydarzenie, niech świadczy fakt, że wyprzedano wszystkie przygotowane bilety. To pokazuje, że muzyka rockowa i metalowa żyje i ma się dobrze i wierzę, że przyjdzie kiedyś taki czas, że przedstawiciel rodzimej sceny wypełni stadiony. Choć, szczerze mówiąc, ja osobiście wolę raczej atmosferę takiego klubowego koncertu, wszystko jest bardziej namacalne i autentyczne. Tak jak emocje, jakie z sobą wyniosłem. Na koniec, żeby choć odrobinę tego wieczoru zachować od zapomnienia, przygotowałem playllistę z niemal wszystkimi zagranymi numerami. Choć takiej atmosfery z jaką zetknąłem się w sobotę żadna studyjna wersja nie ma szans. 

Dzięki wielkie Turbo za ten wieczór i oby do rychłego zobaczenia!

Playlista: Turbo w Klubie Studio - Koncert Specjalny

poniedziałek, 2 marca 2026

23.02-01.03.2026

 


Ciekawy tydzień za nami. W sam piątek pojawiło się aż 7 nowych albumów, z którymi planowałem się zapoznać. Dawno takie obfitości nie zaznaliśmy. Niestety, też po raz kolejny czasu w weekend na słuchanie aż tak wiele nie miałem. Zobaczmy więc, którym albumom udało się przebić do dzisiejszego podsumowania a pamiętajcie też, że prócz nowości dość często sięgam też po sprawdzone nuty z przeszłości.

Najczęściej i najchętniej w przekroju całego tygodnia zasłuchiwałem się w premierach z poprzedniego piątku. Power metalowe Aeon Gods, przenoszące nas na Reborn to Light w czasie do starożytnego Egiptu i "odkopana po latach" przez pasjonatów płyta progresywnego tria Abraham-Baker-Lyndon to w swoich kategoriach pozycje udane i zajmujące na dłużej. Pochodzace z tych krązków, odpowiednio Flames of Ember Dawn i More than a Feeling znalazły się też w pierwszej trójce ulubionych utworów zeszłego tygodnia. 

Do tej trójki też niespodziewanie wskoczył Lion Rampant argentyńskiego folk-power metalowego Skiltron. Jest to szybka kompozycja, w której ważną rolę odgrywają dudy - bo tak, motywem przewodnim kapeli jest historia i kultura Szkocji. Takie połączenie wychodzi im niezwykle zgrabnie, więc jeśli lubicie motywy ludowe w powerowych galopadach to zachęcam do zapoznania się z całą dyskografią.

Tak samo sytuacja ma się z hiszpańskim Mago de Oz. Tu także celtycka ludowość miesza się z heavy/power metalem spod znaku Iron Maiden i Helloween. Jakiś czas temu wróciłem do mojej ulubionej płyty zespołu - wydanej w 2000 roku, podwójnej Finisterra. Jest to wydawnictwo pełne niezwykle mocno zapadających w pamięć numerów, czy to melodyjna i rytmiczna Fiesta Pagana, nastrojowy choć z kopytem La danza del fuego czy epicka, ponad 7-minutowa uczta dźwiękowa w postaci El Que Quiera Entender Que Entienda. To właśnie od Finisterry zaczęła się moja miłość do "czarodziejów" i trwa w niezmienionej formie (choć zespół przeszedł niejedną ważną zmianę) do dnia dzisiejszego.

Od kilku tygodni roznieciłem też w sobie iskrę do klasyki power metalowego grania, jeszcze z lat 90-ych. Sprawcą tego zamieszania jest album Theater of Salvation nieaktywnego już niestety od kilku lat Edguy. Jest to album pełen magii, mistycznego klimatu, dźwięcznych klawiszy i ostrych gitar, szalonej perkusji ale i spokojniejszych, bardziej epickich numerów. Do tej ostatniej grupy należy właśnie utwór tytułowa, 14-minutowa suita, w podniosłym stylu dopełniająca dzieła jakim jest cała płyta. 

Przygotowując swoje podsumowanie ostatniego roku pisałem sporo o Blackbriar ale jeden z obserwatorów uzmysłowił mi, że w 2025 pojawił się co najmniej jeden symfoniczno-metalowy album mogący rywalizować z A Thousand Little Deaths. Mowa o Storyteller, czwartym długograju szwajcarskiego Deep Sun. Już w styczniu czyniłem starania by się z nim zapoznać ale dopiero ostatni tydzień sprawił, że dałem im w pełni szansę się wykazać. Z jakim efektem? Jak najbardziej pozytywnym. Przebojowy utwór tytułowy, sporo nastrojowych brzmień i trochę powerowej estetyki to bardzo zgrabny miks. 

Power metal z melodyjnym death metalem łączy za to ekipa, odpowiadająca za jedną z tych kilku wspomnianych na wstępie premier. Gladenfold już wcześniej budził moje zainteresowanie, zbierając świetne opinie za poprzednie wydawnictwo. Nigdy jakoś jednak, poza krótkimi fazami, nie wsiąkłem w ich muzykę na dłużej. Dziś jednak wiem, że przy nowiutkiej Soulbound nie będę się nudził przez wiele, wiele dni. Jest w niej coś, co nomen omen wiąże nam duszę, może Wam też uda się to odkryć.

Inną premierą, której udało mi się przesłuchać więcej niż 1-2 razy była hiszpańska Hela. A Reign to Conquer przyciąga uwagę już samą okładką ale zawartość albumu, 45 minut nastrojowego stoner/doomu z kobiecym wokalem też robi robotę. 

Świat kobiecego doom metalu zelektryzowała na pewno wieść, że nowy krążek przygotowuje Draconian, gdzie ponownie za mikrofonem stoi Lisa Johansson. Celebrując te nowiny postanowiłem przypomnieć sobie ostatni nagrany z nią krążek - A Rose for the Apocalypse, kryjący w sobie jeden z najlepszych moim zdaniem kawałków zespołu - przejmujący Deadlight.

Część z Was może już zorientowała się, że z tygodnia na tydzień odświeżam sobie stopniowo dyskografię REZN, zespołu, który ostatecznie otworzył mnie na świat psychodelicznego stoner doomu. Odpowiadała za to płyta Chaotic Divine, od pierwszego odsłuchu miażdżąc mi jaźń klimatem, ciężarem i przekosmicznym saksofonem. I choć katalog REZN liczy już 5 (a nawet 6) pozycji to numer 3 uważam, uważałem i chyba będę uważał za najdoskonalszą próbkę ich talentu.

Pora na ostatnią z opisywanych dziś przeze mnie nowości (pozostałe muszę porządniej nadrobić w tym tygodniu). Black Swan to hard-rockowo/heavy metalowy sklad złożony z dobrze znanych w środowisku muzyków. Reb Beach, Jeff Pilson, Matt Star czy Robin McAuley - słysząc te nazwiska można sobie już wyobrazić z jakim graniem zetkniemy się na Paralyzed. Jest moc i mówię to całkiem poważnie, bo zamiast pudelmetalowych imprezowych hitów dostajemy ogniste, siarczyste gitary i mocną, dynamiczną pracę perkusji. 

Nigdy w sumie nie ukrywałem, że hair metal darzę niemałą sympatią. Często też lubię pogrzebać w muzycznych archiwach by znaleźć wykonawców mniej znanych ale tworzących bardziej autentyczną muzykę. Tak było i w tym tygodniu, gdy na jednej z facebookowych grup wpadłem na trop grupy Blonz, znanej z tego, że wszyscy muzycy byli blondynami :P No i z jednej, jedynej płyty zatytułowanej po prostu... Blonz. Co na niej mamy? Energiczne, przebojowe i odpowiednio głośne nuty, w sam raz do jazdy autem i headbangingu (niekoniecznie jednocześnie, bezpieczeństwo na pierwszym miejscu). Jeśli macie ochotę na taki radosny metal (czy też bardziej hard rock) to polecam!

Jedną z moich ulubionych hard rockowych grup jest Ten. Pewnie już o tym wiecie, kilka razy w lutym zdarzyło mi się o nich wspominać. Dziś dodam tylko, że jak mnie złapała na nich ochota tak trzyma dalej a ostatnie siedem dni spędzałem głównie przy trzech albumach - dwóch klasykach czyli X i The Name of the Rose i mojej ulubionej, pierwszej jaką poznałem, inspirowanej literaturą grozy i fantasy Gothicą.

W przypadku Big BigTrain zrobiłem sobie przerwę od wydanego w lutym Woodcut na rzecz starszych płyt. Szczególnie zajęła mnie pierwsza nagrana z Davidem Longdonem za mikrofonem czyli majestatyczny Underfall Yard ale i Dandelion Clock ze sporo późniejszej Common Ground dość często wypełniał mi ciszę swoim urzekającym pięknem. 

Piękna nie było za to w Bastard Nation, moim ulubionym utworze z mocno przesiąkniętej groove metalem płyty W.F.O. nowojorskich weteranów thrashu z Overkill. Nie oznacza to, że numer nie ma swojego uroku, bo kurczę, potrafi utkwić w głowie na dłuuugo.

To tyle na dziś w pierwszym marcowym podsumowaniu tygodnia. Pod spodem jak zwykle playlista w komentarzach miejsce na dzielenie się Waszymi topkami. Jaj zawsze jestem otwarty na Wasze polecenia, choć teraz zmykam nadrabiać weekendowe zaległości. Trzymajcie się!

Playlista: 01.03.2026

piątek, 27 lutego 2026

Luty 2026 - Podsumowanie Miesiąca

 




Jutro kończy się miesiąc ale ilość planów jakie mam na sobotę czy niedzielę może trochę wikłać mi pracę nad podsumowaniem miesiąca. Pozwólcie więc, że trochę awansem przedstawię Wam najczęściej słuchanych w tym okresie wykonawców, wraz z krótkim komentarzem, za co ich aż tak polubiłem.

Vandor - za szybki, melodyjny, epicki ale nie nadmiernie cukierkowy power metal w stylu starej, dobrej, europejskiej szkoły. 

Big Big Train - za kolejną porcję muzyki subtelnej i refleksyjnej, mającej coś do przekazania i zaprezentowania swoimi dźwiękami i układającymi się w jeden, dotyczący roli artysty koncept

Zaułek - za jednocześnie chłodny i pełen pasji, subtelny i ironiczny, baśniowy i "miejski" rock alternatywny z nutą shoegaze'u, cold wave'a i elektroniki

Nightstalker - za "najnowszą płytę Black Sabbath" bo trudno uwolnić się od wrażenia, że panowie wzorce czerpane od mistrzów wzięli głęboko do serca i twórczo rozwinęli

Greyhawk - za pokazanie, że nawet obracając się w ramach tradycyjnego heavy/us powera można stworzyć muzykę, w która nie tyle jest zakorzeniona w przeszłości, co tę przeszłość ackeptuje i odpowiednio modernizuje by zadowolić współczesnego słuchacza

Abraham-Baker-Lyndon - za nostalgiczny, "piosenkowy" neo-prog typowy dla lat 90-ych - wszak wydana niedawno Where Do We Go From Here nagrana została już kilkanaście lat temu i dzięki polskiej OSKAR Records ujrzała światło dzienne

Wazzara - za eteryczną atmosferę i nastrój tajemniczości jaki udało się wykreować dzięki post-black metalowej/blackgaze'owej estetyce na kolejnej, ciekawej płycie szwajcarskiego zespołu

Shoo Bee Doom - za heavy metalowy dancing jaki fundują nam swoją zapatrzoną w tradycję swingu debiutancką płytą

Aeon Gods - za to, że na swojej drugiej płycie miłośnicy starożytnej mitologii z Niemiec nie tylko powtarzają schematy, które zagrały na "jedynce" ale i potrafią je twórczo rozwinąć

Sundecay - za potężny, przygniatający i epicki doom metal, który przetacza się po słuchaczu niczym walec, rozbija emocjonalnie na kawałki ale po wszystkim człowiek wychodzi scalony i z poczuciem niezwykłego katharsis

Ten - za całokształt twórczości tego bardzo interesującego hard-rockowego zespołu, a w szczególności za klasykę gatunku w postaci debiutu, szczerego, łatwo wpadającego w ucho i sygnalizującego już pomału, w jakim kierunku pójdzie twórczość Gary'ego i ekipy

Resoraki  - za Oceany, nowy album, na którym rock alternatywny bardzo dobrze przenika się z progresją, za sześć ciekawych utworów ale przede wszystkim za Osiem minut po wybuchu słońca - epicką kompozycję, która swym spokojnym ale nieubłaganym zwiastowaniem apokalipsy powala z nóg

Wymieniona dwunastka, to oczywiście tylko ci najbardziej wyróżniający się. Nie mogę nie wspomnieć też o moich thrash metalowych idolach czyli Overkill. Dużo emocji dał mi też odsłuch nowego albumu slow-core'owego Great Ooze czy EP-ki prog-rockowo-metalowego Spherical trochę może zawiodło za to symfoniczno metalowe Edenbridge (choć i tu trafiła się perełka). Jak zawsze sporo było u mnie powera, tak tego najbardziej znanego i klasycznego (Theater of Salvation Edguya), nowoczesnego choć o bardzo klasycznym rodowodzie (dosłownie) w postaci Induction czy naładowanego dudami i szkockim duchem, choć tworzenego w Argentynie przez zespół Skiltron.

Luty był to naprawdę fajny muzycznie czas i jeśli chcecie raz jeszcze przeżyć ze mną te wszystkie emocje, zostawiam Wam playlistę z trzydziestką najczęściej słuchanych utworów. Mam nadzieję, że Wam się spodobają. Czekam też na Wasze podsumowania, komentarze czy last-fm-owe kolaże.

Playlista: Luty 2026

poniedziałek, 23 lutego 2026

16.02-22.02.2026

 


Zakończony wczoraj tydzień przyniósł mi tylko dwie interesujące premiery. Nie oznacza to oczywiście, że muzycznie się nudziłem. Zobaczmy więc przy których płytach  najprzyjemniej spędzałem ostatnio czas.

Greyhawk - Warriors of Greyhawk - gdy Cruz del Sur wydaje jakaś płytę, jedno jest pewne - będzie epicko. I tak jest też tutaj - a wszystko w stylu amerykańskiego heavy/powera

Overkill - W.F.O. - album zaliczany do grona tych, dzięki którym thrash metal przetrwał lata 90e. Mocny wpływ groove metalu, ciężar, hałas i ten dudniący bas robią swoje

Mago de Oz - Finisterra - moja ulubiona płyta hiszpańskich folk/power metalowców i jeden z niewielu podwójnych albumów w ich dyskografii który trzyma równy poziom od początku do końca 

Wazzara - Arbor - nowa płyta post-black metalowego zespołu, na czele którego stoi Barbara Brawand, równocześnie bardziej ekstremalna i bardziej eteryczna od udanej i l uubianej przeze mnie poprzedniczki 

Abraham-Baker-Lyndon - Where Do We Go From Here - wspólna płyta uznanych w świecie prog-rocka muzyków czekała 16 lat na publikację. Dobrze się stało, bo jest to muzyka, której słucha się naprawdę przyjemnie 

Aeon Gods - Reborn to Light - niemieccy piewcy prastarych bóstw wracają z nowym albumem. Tematycznie to zmiana Mezopotamii na Egipt, stylistycznie po staremu - symfoniczny power nagrany i zagrany z rozmachem

Nightstalker - Return From The Point of No Return - stoner/doom którego nie powstydziłby się Black Sabbath ze swych najlepszych lat

Big Big Train - Woodcut - ciekawy concept, ciekawa płyta choć w ostatnim tygodniu głównie słucham jednej kompozycji - Counting Stars ze swym spokojnym ale trafiającym w czułe punkty duszy klimatem

Shoo Bee Doom - Devil's Dance - znacie swing metal? Teraz już tak i mam nadzieję, że tak jak mi dajecie się wciągnąć w "diabelskie tany"

Vandor - The Ember Eye Part II: The Portal Of Truth - Szwecja znana jest z solidnej power metalowej sceny i trzecia płyta Vandora jest tego dobrym potwierdzeniem

REZN - Calm Black Water - trochę zaniedbywałem drugą płytę tej stoner/doomowej kapeli ale gdy głębiej się w nią wsłuchałem poczułem cały ten przytłaczający ciężar, niczym ciśnienie na dnie oceanu - bo też i nautycka tematyka tutaj dominuje

Edguy - Theater of Salvation - power metal lat 90-ych miał w sobie to coś, tę niezwykłą magię która jakoś ulotniła się w połowie pierwszej dekady obecnego stulecia

Great Ooze - The Vast and Howling Wilderness - psychodeliczne, slowcore'owe granie, w którym czuje się silne echa klasyki gatunku z lat 60. i 70.

Sundecay - The Blood Lives Again - epicki, przytłaczający i psychodeliczny doom metal, rozkręcający się z każdym kolejnym utworem by "zmieść nas z planszy" przejmującym finałem 

Ten - X - udany debiut jednego z najciekawszych hard-rockowych składów (z delikatną nutką progresji) 

Running Wild - The Brotherhood - na tym albumie znajdziemy Pirate Song, pierwszy utwór zespołu jaki kiedykolwiek słyszałem. Pozostałe 9 nie zapada już tak w pamięć to dla samej "pieśni piratów" warto czasem do niego wrócić 

Soen - Reliance - można powiedzieć, że to typowy album Soen, co może być zarówno plusem jak i minusem - w tym tygodniu u mnie na plus

Skiltron - Into the Battleground - celtycki power metal z Argentyny który za sprawą Lion Rampant zwrócił moją uwagę już lata temu. I nadal fajnie tego posłuchać.

To już wszystko na dziś. Trochę późno ale mam nadzieję, że zaciekawi Was i dacie znać, jak Wam minęły ostatnie dni. A poniżej playlista:

Playlista: 22.02.2026

piątek, 20 lutego 2026

Mój Top 30 Ulubionych Zespołów Prog-Rockowych - Top Lista

 


Kilkoro z Was zauważyło, że wśród ulubionych płyt ostatniego roku brakowało przedstawicieli progresywnego rocka a jedynym progresywnym krążkiem był prog-metalowy Chasing Rabbits debiutującego Humming Whale. Nie znaczy to jednak wcale, że miłość do prog-rocka gdzieś się we mnie wypaliła. Dzisiejszym wpisem postanowiłem rozniecić ją na nowo a przy okazji może zachęcić też Was do większej eksploracji tego muzycznego świata. Przed Wami więc lista 30 najbardziej przeze mnie lubianych i cenionych zespołów grających rocka progresywnego. Wybór nie był prosty, gdyż równie dobrze mógłbym sformowac kolejną 30-tkę ale to miał być właśnie ten top of the top. Mam nadzieję, że nikt nie poczuje się urażony a tymczasem przejdźmy już do sedna. Tradycyjnie zaczniemy od miejsca 30-ego by powoli przesuwać się do "największych miłości". Zatem, start!

30. Spherical - rockowo-metalowa poezja - myślę, że ten opis z profilu zespołu najlepiej oddaje charakter ich muzyki

29. Cobalt Wave - jeden z ciekawszych debiutów zeszłego rocku, muzyka zimna, przemyślana i pełna nieokreślonego niepokoju

28. Frost* - neo-progresywna supergrupa składająca się z muzyków znanych m.in. z Areny, Kino czy IQ

27. Pinn Dropp - warszawska ekipa grająca nieco cięższą wersję prog-rocka, rozsławiona za sprawą udziału (i to z dużymi sukcesami) wokalisty Mateusza Jagiełło w ostatnim Voice of Poland. Ja mogę jednak powiedzieć, że "znałem ich zanim stali się znani"

26. Exodus - tak, tylko ten polski, powiązany z Muzyką Młodej Generacji symfoniczno-art rockowy klejnot przełomu lat 70-ych i 80-ych. Niestety nie przetrwał starcia z wielkim boomem polskiego rocka

25. The Tangent - okresowo zespół, okresowo bardziej solowy projekt Andy'ego Tillsona znany z zamiłowania do rozbudowanych form ale potrafiący też zagrać krócej, konkretniej i z odpowiednią dozą cynicznych refleksji

24. Pattern-Seeking Animals - kolejna supergrupa, tym razem złożona z muzyków mających w CV występy w zespole Spock's Beard. Ich celem jest muzyka progresywna i złożona ale nie tracąca nic ze swej melodyjności i bezpośredniości

23. Cosmograf - neo-progowy, jednoosobowy projekt multiinstrumentalisty Robina Armstronga. W zeszłym roku ukazała się już 10-ta płyta wydana pod tym szyldem, z miejsca zyskując uznanie krytyków i słuchaczy (w tym moje)

22. tRKproject - jeden z wielu projektów Ryszarda Kramarskiego, legendy polskiej sceny progresywnej. Na uwagę zasługuje plejada muzyków goszczących na kolejnych płytach i ich tematyka, konsekwentnie sięgająca po dzieła światowej literatury, choć nieraz interpretująca je na swój własny sposób

21. Andareda - weterani polskiego rocka progresywnego i choć nowy materiał średnio wypuszczają raz na 10 lat to za każdym razem jest to prawdziwa uczta dla uszu

20. IZZ - symfoniczno-progresywny kolektyw ze Stanów Zjednoczonych, grający nietuzinkową, wielowarstwową muzykę, wyróżniający się też instrumentarium w skład którego wchodzą m.in. dwa stanowiska perkusyjne

19. IQ - jedna z legend gatunku i obok bardziej znanego choć jakoś wciąż omijanego przeze mnie Marillion pierwszy zespół tworzący w nurcie, który później nazwano rockiem neo-progresywnym

18. Magic Pie - norweska kapela łącząca w swej muzyce elementy symfonicznego i progresywnego rocka, na koncie mają już 6 dobrze ocenianych albumów ale moje serce najmocniej nadal bije do debiutanckiej Motions of Desire

17. Barock Project - jak sama nazwa wskazuje, myślą przewodnią tej włoskiej ekipy jest wpisanie elementów klasycznego progu z lat 70-ych w struktury rodem z muzyki klasycznej, ze wskazaniem właśnie na barok - efekt wg mnie niezwykle intrygujący

16. Kaprekar's Constant - jeśli przez crossover prog rozumiemy czerpanie inspiracji z przeróżnych gatunków i stylów muzycznych, jest to idealny opis dla twórczości londyńskiego zespołu. Dodajmy do tego jeszcze umiejętność snucia wciągających historii i mamy połączenie, które kategorycznie zasługuje na większy rozgłos i uznanie słuchaczy

15. Karnataka - jedyne w swoim rodzaju połączenie eteryczności, filmowego rozmachu, celtyckich wątków, pełnych emocji gitar i nie mniej urzekających damskich wokali to znaki wyróżniające zespołu, za sterami którego od lat stoi basista Ian Jones

14. Comedy of Errors - szkocki zespół zaliczany do grona neo-progresywnych choć z wyraźnym symfonicznym pierwiastkiem. Świetnie radzą sobie zarówno w dłuższych, wymagających skupienia formach jak i kilkuminutowych, urocznych miniaturach

13. Huis - kanadyjska grupa założona w 2009 roku, wyraźnie jednak inspirowana klasycznym graniem z lat 70-ych choć dzięki gitarze Michela St. Pierra nie brak im też tej charakterystycznej neo-progowej melodyjności. Na koncie mają 4 albumy z premierowym materiałem, z których każdy to co najmniej solidna porcja ciekawej muzyki

12. Phideaux - lider zespołu Xavier Phideaux opisuje ich muzykę jako psychodeliczny, progresywny rock gotycki. Brzmi niecodziennie ale uwierzcie, elementy każdego z tych stylów, choć w różnych proporcjach można znaleźć na każdej pozycji z ich obszernego katalogu 

11. Styx - grupa obecna na scenie od lat 70-ych, balansująca między hard rockiem, prog-rockiem i AOR-em, choć ich ostatnie kilka albumów to już pełnoprawna muzyka progresywna - bogate harmonie wokalne, kunszt instrumentalny i spajające to wszystko ze sobą motywy przewodnie w warstwie tekstowej

10. Knight Area - holenderska kapela, która przez lata balansowała między rockiem a metalem, zawsze jednak kładąc duży nacisk na dopracowane, pełne emocji kompozycje i zapadające w pamięć melodię. Wielka szkoda, że z końcem '23 roku zakończyła się ich historia

9. The Flower Kings - początkowo solowy projekt Roine Stolta, jednego z najbardziej utalentowanych szwedzkich muzyków prog-rockowych rozwinął się w działający już ponad 30 lat i odpowiedzialny za 17 pełnych bogato aranżowanej, urozmaiconej muzyki zespół

8. RPWL - ten niemiecki reprezentant rocka neo-progresywnego przeszedł długą drogę od nadmierniej nieraz wierności "floydowskiej" religii do mającego swój własny styl, intelektualny, subtelny i niezwykle wciągający. lidera sceny

7. Kaipa - legenda szwedzkiego rocka, początkowo tworząca tez w tym języku. Od wydanej w 2002 roku (po 20-letniej przerwie) Notes from the Past przeszła w większości na język Szekspira a muzycznie do kunsztownego, zdobionego instumentami ludowymi, symfoniczno-progresywnego folk-rocka. Na szczególną uwagę zasługuje też wokalny duet jaki od lat tworzą Aleena Gibson i Patrik Lundstrom - słucha się ich z największą przyjemnością

6. Galahad - kolejna legenda brytyjskiego neo-proga i jeden z ojców założycieli nurtu. Wokal Stuarta Nicholsona i gitary Lee Abrahama potrafią zakląć magię nawet w najprostszej melodii, a jak to w progu bywa, zdecydowanie więcej tu dłuższych, mniej oczywistych kompozycji, które chłonie się całą powierzchnią umysłu i duszy

5. Budka Suflera - kapela znana powszechnie ze swoich pop-rockowych przebojów a przecież w swej pokaźnej dyskografii ma niejedną progresywną płytę. Przez 40 (lub jak chcą niektórzy 50) lat istnienia przeszła podobną drogę jak niejedna zachodnia ikona rocka progresywnego - od ponurego, ciężkiego i ambitnego grania przez fascynację psychodelią, elektroniką aż po pozycję niekwestionowanej gwiazdy estrady. I może właśnie w tym rozbracie z rockowymi ideami, o czym często wspomina pan Cugowski, późniejsze próby powrotu do rockowego grania (płyta Jest) trafiły w muzyczną "próżnię"... Na szczęście jest sporo albumów, do których przyjemnie się wraca a i czasem nóżka potupie też i do Takiego tanga

4. Sylvan - jeden z najdłużej istniejących niemieckich zespołów neo-progresywnych. Ich znakiem rozpoznawczym jest dość mocne brzmienie kreowane wspólnie przez gitary i klawisze a także charakterystyczny wokal Marco Glühmanna. W swym katalogu mają wiele świetnych albumów, z czego najbardziej przejmujący jest koncepcyjny Posthumous Silence poruszający problem samobójstwa i przeżyć z jakimi muszą się mierzyć wszyscy dotknięci tą tragedią

3. Mystery - najwybitniejszy i najbardziej chyba znany przedstawiciel kanadyjskiej sceny neo-progresywnej. Mało która ekipa potrafi zamknąć tyle, nieraz trudnych emocji w spokojnej, przyjemnej dla ucha i wydawałoby się relaksującej muzyce. Ten dysonans, jak również ton z jakim gitara St. Piere'a prowadzi linie melodyjne w połączeniu z charakterystycznym wokalem (każdego z trzech wokalistów, jacy mieli przyjemność współpracować z zespołem) zamienia zwyczajne "słuchanie" muzyki na udział w jedynym w swoim rodzaju, muzycznym (nomen omen) misterium

2. Arena - kolejna legendarna kapela z Wysp Brytyjskich a przy okazji zespół, bez którego nie zanurzyłbym się w świat rocka progresywnego. To od kontaktu z The Visitor zaczęła się moja fascynacja neo-progiem i jak widać, trwa do dziś. Przez te lata zespół ewoluował, przychodzili nowi instrumentaliści, zmieniała się obsada mikrofonu ale każdy kolejny album niezmiennie oferował minuty i godziny pełne ambitnej, dobrze przygotowanej i jeszcze lepiej zagranej muzyki

1. Big Big Train - absolutny numer jeden. Od pierwszego odsłuchu singla Theodora In Green and Gold do zakochania się w muzyce tej brytyjskiej kapeli minęło dosłownie 5 minut i 38 sekund. Następnie zaczęło się wyczekiwanie na premierę Grand Tour i stopniowe zapoznawanie ze starszym materiałem a moje uwielbienie dla ich twórczości rosło w tempie wykładniczym. Ten piękny sen urwał się 20 listopada 2021 roku, gdy tragiczną śmiercią zmarł wieloletni wokalista David Longdon. Od tego czasu każdy odsłuch Proper Jack Froster przepełnia mnie melancholią, choć to niby tylko piosenka o zimowych wspomnieniach z dzieciństwa. Nie mogę jednak nie usłyszeć w "one more run then home" jakiejś formy pożegnania, jakby David zostawiał nam swój muzyczny testament, choć nagrywając ten numer nikt nie spodziewał się jaki czeka go los. Zespół nie poddał się jednak i aktualnie z Alberto Bravinem na wokalu nagrali już dwa ciekawe krążki a o najnowszym z nich, koncepcyjnym Woodcut możecie poczytać w moich ostatnich podsumowaniach tygoodnia. I oby tak dalej!

Tak właśnie prezentuje się pierwsza 30-tka moich ulubionych prog-rockowych artystów. Do artykułu dołączam oczywiście playlistę, na której znajdziecie aż 50 utworów wyżej wymienionych wykonawców. Jeśli jesteście gotowi na ponad 4h ambitnej ale jednoczeście melodyjnej, pełnej emocji i instrumentalnego kunsztu muzyki wciśnijcie po prostu play. Może któryś z zespołów na stałe wejdzie do Waszej biblioteki? Tego właśnie Wam życzę!

Playlista: My Top 30 Prog-Rock Bands

Najpopularniejsze