piątek, 20 marca 2026

Zima 2026 - Podsumowanie Kwartału

 


Dzień dobry wszystkim w ten słoneczny dzień. Nie jest to jeszcze Dzień Wagarowicza ale może i lepiej, ja nie zamierzam bumelować i zapraszam na podsumowanie mijającej właśnie zimy.


NAJCZĘŚCIEJ SŁUCHANY UTWÓR

Sands of Eternity - 6000 - trafiłem na ten zespół zupełnie przypadkowo. Zaciekawiony wpisem na innym muzycznym blogu wyszukałem tytułowy utwór z płyty The Six Thousand w internecie, wcisnąłem play i wyszedłem z psem na spacer. Grudniowa noc, siarczysty mróz a w mojej głowie rozpętało się prog-powerowe szaleństwo. Takiej epickiej, stopniowo rozpędzającej się muzyki było mi trzeba. Tej samej nocy słuchałem jej w kółko i gdybym tylko poznał ją wcześniej to z miejsca trafiłaby do mojej rocznej topki.


NAJLEPSZE ALBUMY KWARTAŁU

Zima nie kojarzy się nam zbytnio z power metalem. To jednak w tym gatunku objawiło nam się sporo świetnych premier. Wspomniana powyżej płyta greckiego Sands of Eternity co prawda jest dzieckiem bardzo późnej jesieni ale u mnie było to niesamowicie udane otwarcie Nowego Roku. Nieszablonowe, epickie ale i melodyjne granie, w taki właśnie trochę szorstki grecki sposób pochłaniało mnie przez pierwsze tygodnie roku a i teraz lubię do niej wrócić. Nie mogę też nie wspomnieć o wydanych odpowiednio pod koniec stycznia i lutego The Ember Eye Pt. II: The Portal of Truth szwedzkiego Vandor i Reborn to Light miłośników starożytnych mitologii z Aeon Gods. Nie można też zapomnieć o mocniej wpadającym w melodeath Gladenfold, którego album Soulbound to również jedna z najlepszych premier ostatnich kilku tygodni.

Zimowe wieczory, przy słumionym świetle lampki nocnej, gorącej czekoladzie i ciepłym kocu to też dobry czas na refleksję czy kontemplację zawiłości muzyki, zwłaszcza progresywnej. W tym czasie najważniejszą premierą był Woodcut, pierwszy concept album w długiej historii legendy gatunku, zespołu Big Big Train. W miejsce długich i skomplikowanych kompozycji, muzycy postawili na krótsze, bardziej piosenkowe formy przeplatane licznymi muzycznymi interludiami, uzyskując chyba zamierzony efekt. Album ciekawi od pierwszej do ostatniej nuty. Pod tym względem niewiele ustępuje mu The Orphan Epoch jednoosobowego projektu comsograf, wydany co prawda dobre pół roku temu ale po pojawieniu się w streamingach sięgnąłem po niego raz jeszcze. I z podobnym, jak najlepszycm skutkiem. Nie spodziewałem się też że porządnego przedstawiciela progresywnego rocka znajdę w dalekiej Malezji. Każdy rockowy podróżnik powinien sobie obczaić twórczość projektu Martin Vengadesan and the Stalemate Factor a zwlascza ostatni akt pod tytułem The Rook's Siege. Intrygującą historię ma natomiast Where Do We Go From Here - jedyny krążek prog-rockowej supergrupy Abraham-Baker-Lyndon, nagrany wiele lat temu a wydany dopiero teraz, dzięki zaangażowaniu kilku pasjonatów z... tak, z naszego kraju.

Polska muzyka alternatywna zresztą też wydała tej zimy niejedną ciekawą płytę. Szczególną sympatią zapałałem do dwóch. Pierwsza to W lustrach anten, na której około-oświęcimski Zaułek pokazuje swoje własne podejście do poetyckiego, trochę shoegaze'owo rozmytego a trochę buntowniczego rocka. Jeśli chodzi o drugą pozycję, są nią Oceany - piąte już wydawnictwo w dorobku grupy Resoraki, którego mocną stroną jest umiejętność malowania pełnych emocji, choć nieoczywistych muzycznych pejzaży, czasem bardziej bezpośrednich, czasem ukrytych pod subtelnymi metaforami. 

W Warszawie odbywa się od kilku lat impreza o nazwie December's doom. A czy January, February i March w Muzycznej Kronice też były pełne doomu? Jak najbardziej, choć nie w takiej ilości jak powera. Grzech jednak byłoby nie wspomnieć o czarnogórskim Dvoeverie, wyraźnie inspirujących się "iconowymi" Paradajsami (album Byrdcynn). Bardzo udany powrót zaliczyli też eteryczni death/doomowy z Enshine na Elevation i prezentujący romantyczną odmianę gotyku For My Pain..., o których jeszcze wspomnę dwa słowa potem.

Z pozostałych gatunków szczególnie warte uwagi jest Cold Night For Aligators, które w sumie ciężko zaliczyć do jednego gatunku. Prog, math czy alternative metal zagrany w baaardzo chłodnym stylu ma to coś, co intryguje i nie pozwala się oderwać nawet na chwilę. Sporo też thrashowałem w tym okresie i wiem, że najgorętszym tematem wśród miłośników tego podgatunku była nowa płyta Kreatora. Ja, i powtarzam po raz kolejny, nieoczekiwałem od Krushers of the World żadnego przełomu a to co dostałem tych oczekiwań nie zawiodło. Dobra, solidna płyta ale bez przebłysku geniuszu, który mimo równie długiej kariery w XXI wieku nadal udziela się nowojorskiemu Overkill. Dla przykładu podam chociażby krążek The Electric Age, będący moim absolutnie numerem jeden w całej dyskografii tej grupy.

Odchodząc już całkiem od nowości dodam tylko że koniec grudnia aż do połowy lutego poświęciłem na wyprawie w kosmos z dyskografią hard-rockowego, przebojowego Cats in Space.


NAJWIĘKSZE ZASKOCZENIE

Największym zaskoczeniem był zdecydowanie powrót fińskiej gothic metalowej grupy For My Pain... Jeszcze w 2023 roku pisałem o nich w artykule o "Bohaterach Jednego Albumu" a tu cyk, w styczniu 2026 roku wychodzi druga płyta zatytułowana Buried Blue i jest to powrót z wielką klasą. Kilkanaście lat jakie upłynęły od debiutu w niczym nie złagodził zdolności muzyków do zamykania w swej twórczości prawdziwej mrocznej melancholii.


NAJWIĘKSZE ROZCZAROWANIE

Nie było ich tak wiele (i za takie nie uważam wcale Krushers... wiadomego zespołu). Myślę jednak, że po tylu latach nałogowego słuchania muzyki człowiek już na etapie wybierania płyt do przesłuchania robi sobie konkretną selekcję, stąd trudniej o duże rozczarowania. Z drugiej strony są artyści od których oczekiwałem więcej i dobrym przykładem jest symfoniczno-metalowe Edenbridge. Ich nowa płyta Set the Dark on Fire zaczyna się od epickiego, pełnego mocy The Ghostship Diaries a później stopniowo ten ogień znika w ciemnościach. Innym przykładem może być Soen, kiedyś powiew świeżości w prog-metalowym świecie a dziś uznana kapela grająca swoje. Swoje i nic więcej. Rozczarowały mnie też dwa pierwsze single promujące nowego Exodusa ale kilka dni temu pojawił się Promise You This, który sieknął mnie mocno więc całego Goliatha nie spisuję jeszcze na straty.


NAJWIĘKSZE ODKRYCIA

W zasadzie o każdym z nich już pisałem wcześniej, bo i power metalowe Sands of Eternity i wielogatunkowe Cold Night for Aligators zostały już przeze mnie w samych superlatywach scharakteryzowane. Jest jednak debiutująca dosłownie przed chwilą kapela, która może być odkryciem roku w polskim rockowo-metalowym niezalu i wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że kolejne podsumowania - tygodnia, miesiąca, kwartału a może i roku będą należały do nich. Mowa oczywiście o lubelskich (choć z sandomierskimi akcentami jeśli dobrze zgaduję) Źrenicach! 


OCZEKIWANA NA PRZYSZŁOŚĆ

Patrzę sobie teraz na listę płyt, na które najbardziej czekam i mam taką refleksję, że po thrashowy/powerwolf/progresywnej zimie czeka nas również powerowa ale zdecydowanie bardziej zadoomana wiosna. Choć myślę, że jak zwykle trafi się ktoś spoza mojej prywatnej muzycznej bańki i nawet jeśli nie wywróci w pełni stolika to chociaż patelni nie ukradnie ;)

Power Paladin - Beyond The Reach Of Enchantment - 27.03

Victorius - World War Dinosaur - 17.04

A Dream Of Poe - Katabasis: A Marriage Among Ashes - 24.04

Fuzzing Nation - Under the Sun - IV. 2026

Black Sites - For Eternity - 06.05

Crashdïet - Art Of Chaos - 08.05

Draconian - In Somnolent Ruin - 08.05

Elder - Through Zero - 29.05

Evergrey - Architects Of A New Weave - 05.06

Triosphere Oceans Above, Stars Below - TBA


PODSUMOWANIE

To wszystko na dziś. Żegnamy więc zimę i śmiało patrzymy w stronę nadchodzącej wiosny. Niech przyniesie nam dużo dobrej muzyki, nie tylko flower power metalu ale też soczystego doomu i barwnego jak łąka w kwietniu prog-rocka. A gdy coraz dłuższymi wieczorami dzień chylił będzie się do snu, poprośmy o odrobinę sennego shoegaze'a i eterycznego dreampopu. A ja, jak zwykle pod koniec artykułu zostawiam playlistę z 40-ma najchętniej słuchanymi przeze mnie w ostatnich trzech miesiącach utworami i pytam jak Wam upłynęły te ostatnie trzy miesiące.


Playlista: Zima 2026


poniedziałek, 16 marca 2026

09.03-15.03.2026

 


Tydzień polski w Mojej Muzycznej Kronice już za nami. Tak można go w sumie ocenić, bo nawet na obowiązkowej tygodniowej playliście na 30 utworów aż 11 nagrali rodzimi artyści. I to właśnie od nich zaczniemy dzisiejsze podsumowanie.

Dziewczyny z krakowskiego lor to od kilku lat mój ulubiony wykonawca muzyki bliskiej mainstreamowi, choć stoję na stanowisku, że gdybyśmy mieli tylko taki mainstream to zdecydowanie częściej słuchałbym największych rozgłośni radiowych. Elementy rockowe, popowe i folkowe przeplatają się tu w różnych proporcjach, teksty w sposób nadzwyczaj trafny opowiadają o najbliższych człowiekowi emocjach a melodie potrafią zagnieździć się w głowie na długo. Aktualnie sporo czasu spędzam przy jeszcze świeżej pele-mele, z której polecam Wam do odsłuchu aż 4 numery - romantyczne, subtelne i (zwłaszcza co-star) przewrotne. 

Również 4 utwory na dzisiejszej playliście pochodzą z dyskografii zespołu o zgoła odmiennej prowieniencji. Turbo to znana chyba wszystkim legenda polskiego metalu. Od 28 lutego i ich koncertu w Krakowie wracam do tej muzyki bardzo regularnie. Co ciekawe, spodziewałem się, że będę katował głównie przełomową Kawalerię Szatana a to najnowszy krążek, młodsze o 39 (!) lat Blizny, również odegrany wówczas w całości, nie może mi wyjść nadal z głowy. Ale to nie wszystko. Wspomniany event przypomniał mi też o istnieniu płyty Awatar, najbardziej chyba kontrowersyjnej w dyskografii poznańskiej ekipy. Nielubiana zbytnio przez ówczesnego wokalistę, dla innych za nowoczesna, dla innych za komercyjna - gdy zapoznać się z nią bliżej, okazuje się, że ma swoje plusy. I jest ich sporo. Czytałem kiedyś wywiad z liderem zespołu, Wojciechem Hoffmanem, w którym mówił, że zawsze starał się trzymać światowych trendów, iść do przodu. Tak też było z wydanym w 2001 roku albumem, który dla fanów Turbo był nie przymierzając tym, czym Diabolus dla wyznawców Slayera. Jak mogliście przeczytać tu niecały rok temu, ja slayerowego "diabełka" polubiłem, coraz bardziej zaczynam się też przekonywać do turbowego Awatara. Jest w nim jakaś taka pierwotna energia, hałas i melodyka, która potrafi do mnie przemówić.

Pozostali polscy wykonawcy, o których dziś pragnę wspomnieć to m.in. Resoraki mające na koncie nowy album, wydane na początku lutego Oceany. Początkowo byłem pod wrażeniem epickich, w całości wyrecytowanych Ośmiu minut po wybuchu Słońca ale po kilku tygodniach znajomości to jednak Mróz i drzewo morwy ze swym poetyckim tekstem, prawie namacalnym chłodem i melancholią stał się absolutnym numerem jeden. 

Następnie mamy rasowe psychobilly i warszawski Psycho Beets. Może ktoś z Was pamięta moje wpisy z początku działalności tej strony ale wspominałem w nich, że najbardziej lubię ten gatunek w wersji z kobiecym wokalem. Niestety ostatnio muzyka ta przeżywa spory regres. Zespoły kończą działalność lub zmierzają w stonę punku czy hardcore'a. Na szczęście mamy polskiego przedstawiciela tego nurtu a za mikrofonem nie stoi jedna, a dwie utalentowane wokalistki. Cieszy mnie to niezmiernie a dostępny od piątku w streamingach drugi album kapeli zatytułowany Horrendum coraz częściej gości w moich głośnikach.

Drugie wydawnictwo na swym koncie od kilku dni ma też space rockowy duet Piglets DDeep Forest. Dwa lata temu narobili trochę zamieszania płytą DDeep in Time, której teksty oscylowały wokół mechaniki kwantowej i innych czysto fizycznych pojęć. Teraz wracają z nowym krążkiem zatytułowanym DDeep in Soul i ten tytuł ma sens. Muzyka na nim zawarta, mimo swej zdawałoby się  oszczędnej formy i treści potrafi poruszyć duszę. Ile tam melancholii, nostalgii, nieukojonego żalu i rozpaczy. Kilkunastominutowe kompozycje niosą z sobą taki ładunek, że nim się człowiek obejrzy a już mija ta godzina z hakiem i trzeba zaczynać odsłuch od początku. I mimo tych wszystkich trudnych emocji, nie można się temu oprzeć.

Kącik polski już za nami, teraz czas na "international level". To oczywiście żart z długą historią, uważam bowiem że nasz rock i metal w niczym nie ustępuje zagranicznemu. Ale fakt, faktem, w kategorii power metalu nasi zachodni i północni sąsiedzi mają większe osiągnięcia i dłuższą historię.
Niemieckie Aeon Gods, szwedzki Vandor czy fiński Gladenfold - cała trójka wydała w tym roku bardzo udane albumy, do których wracam bardzo często i z wielką przyjemnością. 

Do tego grona próbuje od dwóch tygodni przebić się inna fińska kapela - Metal de Facto. Cieszę się, że mogłem w końcu więcej czasu poświęcić drugiej części Land of the Rising Sun, poświęconemu kulturze Japonii albumowi, wydanemu 6ego marca. Podobnie jak jedynka jest przyjemna w odsłuchu, można pomachać głową do takich bangerów jak Gojira ale mimo wszystko, serce nadal najmocniej bije przy debiutanckim Imperium Romanum z 2019 roku. 

Mniej power a bardziej melodic metalowy jest drugi album projektu Angus McSIX (and the All-Seeing Astral Eye). Choć sam Angus jest tu tylko w nazwie, bowiem miejsce Thomasa Winklera, oryginalnego Angusa (i tego McSIX i McFyfe z Gloryhammer) zastąpił jego "młodszy brat" książe Adam. I to utwór prezentujący nowego głównego bohatera, I Am Adam McSIX po pierwszych odsłuchach zapadł mi najmocniej w pamięć.

Czas na metal zagłady, choć jak pokazał ostatni tydzień, doom metal to nie jest gatunek zagrożony wyginięciem. Najważniejszym wydarzeniem minionych dni była premiera Cold Heavens pierwszego singla zapowiadającego najnowszy krążek Draconian i zarazem pierwszego po powrocie Lisy Johansson do roli wokalistki. Pytałem w czwartek na Facebooku, który z singli niemal na pewno trafi do podsumowania tygodnia. Odpowiedź może być tylko jedna. Ta ciężka i melancholijna kompozycja, z pełnym dramaturgi występem Lisy rozgniata na miazgę.

Wielu z moich kolegów po fachu zasłuchiwało się ostatnio nowym krążkiem grupy Black Lung. Ja się niestety nie przekonałem ale, że natura nie znosi próżni to zachwyciłem się inną kapelą z "płucami" w nazwie. I nie, nie są to "zielone płuca", które tez uwielbiam ale pochodzące z odległej Pensylwanii Purple Lung. W skrócie można ich muzykę opisać jako epicki, fantasy stoner/doom, trochę może i w stylu Castle Rat, choć ja bym bardziej poszedł w kierunku bardziej stonerowej wersji Smoulder. Sprawdźcie zresztą sami, na playlistę trafiły dwa utwory kwartetu. 

Rok 2023 zdecydowanie należał do stoner/doomowego REZN. Najpierw świetnie przyjęta płyta Solace (jedna z dwóch najlepszych ever) a następnie, po kilku miesiącach równie intrygujący splut z Vinnum Sabbathi. Na Silent Future możemy zobaczyć bardziej eteryczne, czasem nawet zahaczające o ambient oblicze zespołu, głównie za sprawą drugiej odpowiedzialnej za wydawnictwo grupy. Vinnum Sabbathi specjalizuje się w instrumentalnych stoner/doomowo/psychodelicznych pasażach, co w połączeniu z hipnotyzującymi melodiami REZN daje nam niezwykłe połączenie.

Z pozostałych przedstawicieli doom metalu leciał oczywiście też "wolniejszy i głębszy" Froglord ze swoją charytatywną EP-ką, z której zysk przeznaczony zostanie na wspieranie dzikiej przyrody. Było też trochę dłuższych i bardziej majestatycznych doomów w wykonaniu gruzińskim funerałów z Ennui i kanadayjskich psychodelików z Sundecay, którzy epickością kompozycji mogliby konkurować z takimi tuzami epic doomu jak choćny The Atlantean Kodex.

Jeśli chodzi o black metal, to wrócił chwilowo do łask ale nie w czystej formie. Dwie kapele, po które ostatnio sięgałem usadowiły się po zdecydowanie przeciwległych stronach czarno-metalowego spektrum. Z jednej strony belgijskie Ancient Rites i epicki, symfoniczny pagan/folk/viking black z wydaną w 2001 roku Dim Carcosa na czele a z drugiej ukraiński Semargl, który na (mojej ulubionej) Ordo Bellictum Satanas odchodzi już od surowego blacku w stronę tego, co na kolejnej płycie przyjmie w pełni kształt "satanic pop metalu".  

Pop metalem nazywno kiedyś hair metal, pewnie ze względu na ilość radiowych przebojów jakie generowali przedstawiciele nurtu. Przebojowo i w duchu lat 80-ych gra też niemieckie Violet i to ich najnowsza EP-ka pt. Silhouettes broni honoru melodyjnego, gitarowego grania w dzisiejszym artykule.

Muzyczne odbicie dzisiejszego podsumowania jak zwykle prezentuje dołączona do wpisu playlista. Miłego odsłuchu i czekam na Wasze podsumowania :)


piątek, 13 marca 2026

Tarja, Anette & Floor - Playlista Tematyczna

 


To już kolejny artykuł poświęcony trzem wokalistom tego samego zespołu. Do tej pory jednak skupiałem się tylko na Panach Piosenkarzach. Korzystając jednak z marca, miesiąca w którym obchodzimy Dzień Kobiet, postanowiłem zmienić ten stan rzeczy. A czy jest bardziej znany metalowy zespół z kobiecym wokalem, mający za sobą współpracę z trzema wokalistkami niż Nightwish? Myślę, że to zdanie jest zbędne, ale jeśli ktoś przez ostatnie 20 lat mieszkał w piwnicy bez dostępu choćby do radia to przypomnę, że dziś będzie o Tarji Turunen, Anette Olzon i Floor Jansen.

1. Tarja Turunen - urodziła się 17 sierpnia 1977 roku w Kitee, przy samej granicy z Rosją. Od 6 roku życia uczyła się śpiewu, gry na flecie i pianinie. Podczas nauki w szkole średniej dołączyła do założonego przez jej kolegę Tuomasa Holopainena zespołu Nightwish. Był to przełomowy moment i dla niej i dla całego świata symfonicznego metalu. Sięgający trzech oktaw wokal, power metalowa szybkość i symfoniczne aranże stały się znakiem rozpoznawczym coraz bardziej popularnego zespołu. Z czasem elementy symfoniczne i "przebojowość" coraz bardziej dominowały nad metalowym rdzeniem ale każdy kolejny album z miejsca pokrywał się złotem. Pojawiały się też jednak coraz większe tarcia wewnątrz kapeli, które doprowadziły do usunięcia wokalistki ze składu. Forma, na jaką zdecydował się lider czyli list otwarty zostawiony w garderobie Tarji pozostawiała wiele do życzenia ale jak można w nim było przeczytać, prawda i racja leżała gdzieś pośrodku obu zwaśnionych stron. Od 2005 roku Tarja kontynuowała muzyczną karierę jako solistka. Zaowocowało to kilkoma albumami, czasem utrzymanymi w metalowej stylistycez innym razem bardziej okolicznościowym (zimowe, świąteczne piosenki czy covery). Przez cały ten czas okazjonalnie pojawiała się jako gość specjalny na płytach innych wykonawców. Najbardziej znaną kooperacją z tego okresu jest utwór nagrany razem z Within Temptation na ich album pt. Hydra. W ostatnich latach szerokim echem obiła się zaś trasa koncertowa, w którą Tarja ruszyła wraz z dawnym kolegą z zespołu (też już zresztą poza Nightwishem), charyzmatycznym Marko Hietalą. Analizując karierę pani Turunen-Cabuli można powiedzieć, że dała sobie radę poza zespołem ale wydaje mi się, że trochę nie wykorzystała swojego potencjału. A Nightwish? Cóż, sięgnął po wokalistkę że Szwecji o całkiem innym profilu. Była nią:

2. Anette Olzon - pochodząca ze Szwecji artystka przyszła na świat 21 czerwca 1971 roku w muzykalnej rodzinie. Od dzieciństwa zajmowała się śpiewem, ćwiczyła też grę na oboju. Jej pierwszy zespół, do którego dołączyła w wieku 17 lat grał głównie covery. Prawdziwym więc debiutem Anette była współpraca z melodic/hard rockowym Alyson Avenue, gdzie szybko stała się główną wokalistką. Grupa reprezentowała bardzo popularną w Skandynawii scenę AOR. Wspólnie nagrali dwa dość dobrze przyjęte, zwłaszcza w Japonii (!) albumy. Gdy jednak okazało się, że Nightwish szuka wokalistki a nagrane przez Anette (przy udziale kolegów z dotychczasowej kapeli) demo spotkało się z uznaniem Tuomasa i reszty, piosenkarka musiała w całości poświęcić się współpracy z (już) żywą legendą fińskiego metalu. Początki nie były łatwe. Częste porównania do Tarji, dysponującej jednak bardziej wszechstronnymi umiejętnościami wokalnymi (choć trochę słabszą wymową angielskiego co znalazło odbicie w tzw. misheard lyrics) musiały być dla niej trudne. Najlepszą obroną jest jednak atak i ja osobiście uważam, że Anette poradziła sobie z presją a dwa nagrane z nią albumy i tak kładą na łopatki późniejsze dokonania Nightwish, a monumentalne Imaginaerum w niczym nie ustępuje klasykom z Tarją za mikrofonem. Wszystko co dobre, szybko się kończy. W 2012 roku podczas trasy koncertowej w USA z nie do końca jasnych przyczyn została zastąpiona przez Floor Jansen. Oficjalnie rozstano sie za porozumieniem, dla dobra obu stron. Sama wokalistka nie kryła jednak rozgoryczenia i żalu do lidera zespołu, który już po raz drugi okazał się nie do końca fair wobec koleżanki z kapeli. W następnych latach kariera Anette nie wyhamowała a ona sama angażowała się w wiele interesującyh projektów muzycznych. Poza solowymi albumami warto wymienić dwa krążki nagrane wspólnie z byłym gitarzystą Sonaty Arctici, Janim Litmainenem (jako zespół The Dark Element) utrzymane w symfoniczno/powerowej stylistyce. Anette całkiem udanie też wskoczyła w buty Jorna Lande, nagrywającego do tej pory w melodic metalowym duecie z Rusellem Allenem. Pod skrzydłami znanej z takich kolaboracji wytwórni Frontiers wydali już dwa krążki a w przygotowaniu jest trzeci. Najciekawsze są jednak gościnne występy wokalistki, wśród któych znajdziemy i death/doomowe Swallow the Sun, industrial metalowy Pain czy pop-rockowe The Rasmus. Idę o zakład, że nagrany z tym ostatnim singiel October & April nie raz mieliście okazję słyszeć w mainstreamowych rozgłośniach radiowych. 

3. Floor Jansen - artystka, która przed dołączeniem do Nightwish miała już za sobą dośc długą i bogatą karierę. Co ciekawe, ta urodzona w 1981 roku wokalistka jest najmłodszą z całej trójki. Początkowo zaśpiewała z zespołem jako zastępstwo za Anette, która z różnych przyczyn (m.in. wg lidera zespołu) nie była w stanie dokończyć trasy promującej Imagniaerum. Fani zespołu tę wiadomość przyjęli z radością, liczyli bowiem, że operująca sopranem dramatycznym artystka przywróci zespołowi w pełni symfoniczny charakter jaki mieli za czasów Tarji. Zaczęło się obiecująco, choć Endless Forms to była płyta "bezpieczna", typowa raczej dla ery Anette ale choćby Alpenglow dość szybko stał sie jednym z moich ulubionych utworów zespołu. Potem jednak nie było wcale lepiej. Dziwniej tak ale nie lepiej. Zespół próbował niby czegoś nowego ale mam wrażenie, że Tuomas trochę w swych wizjach pogubił się. Mimo wszystko Human. :II: Nature trzeba oddać, że przyświeca jej jakaś idea, choć realizacja jej nie wyszła najlepiej, to Yesterwynde z małymi wyjątkami dla mnie jest niesłuchalna. Wielka szkoda, bo mam poczucie, że możliwości Floor są na obu tych płytach zupełnie nie wykorzystane. Nie wspominając już o tym, że z power metalowych korzeni Nightwisha zupełnie już nic nie zostało. Także w przypadku Floor mam duży dysonans, bo docenić trzeba jej działalność w gothic-metalowym After Forever czy później w ReVamp, jej współpracę z Ayreonem czy choćby gościnny występ na przedostatniej płycie Avantasii, na której była jednym z najjaśniejszych punktów. 


Jak widać, historia zespołu nie jest prosta. Jakkolwiek by jednak nie oceniać postawy wokalistek czy samego lidera kapeli, wspólnie udało im się stworzyć jedną z najbardziej rozpoznawalnych i wpływowych grup symfoniczno metalowych. Na poniższej playliście, zgodnie z tradycją znajdziecie 15 utworów Nightwish, po pięć dla każdej artystki oraz również 15 utworów innych projektów, w których panie brały lub nadal biorą udział przy tym łącznie z występami gościnnymi. Jeśli jesteście gotowi na symfoniczną ucztę, po przeczytaniu artykułu kliknijcie play. Dajcie też znać, które dokonania zespołu i poszczególnych wokalistek są Wam najbliższe. 


Playlista: Tarja, Anette & Floor

02.03-08.03.2026

 


Za nami kolejny tydzień 2026 roku a przed nami drugie, tym razem już w pełni marcowe podsumowanie. Po raz kolejny dostaliśmy garść wartych uwagi premier ale na szczęście, tym razem okoliczności mi sprzyjały, więc byłem w stanie dobrze się im przysłuchać. Nadrobiłem też zaległości z końcówki lutego, stąd dzisiejsza playlista jest dość zróżnicowana, choć nie jest oparta tylko o nowości. Zobaczcie sami.

Największy wpływ na mnie miał niewątpliwie specjalny koncert Turbo, jaki odbył się 28 lutego w Klubie Studio. Mieliście zresztą okazję zapoznać się z relacją z wydarzenia. Pisałem w niej, że zaraz po premierze polubiłem Blizny ale dopiero teraz po wysłuchaniu w całości na żywo, ten najnowszy krążek legendy polskiego metalu przemówił do mnie ze zdwojoną siłą. Pasja, energia, melodie i bardzo dobrze punktujące aktualne problemy teksty w pełni zasługują na uznanie fanów i krytyków, z jakim spotkał się ten krążek.

Takiego bardzo mocno zakorzenionego w tradycji heavy metalu grania było zresztą u mnie więcej. W moje muzyczne ucho wpadła między innymi legenda US powera - Jag Panzer, obecny na scenie od 1981 roku a także reprezentant nowej fali tradycyjnego heavy metalu, również pochodzący z miłującego pokój i sprawiedliwość kraju - Mega Colossus, którego nowa płyta Watch Out! wyszła przed tygodniem. 

Na pograniczu hard rocka, klasycznego heavy i z lekkim mrugnięciem w stronę 80s hair metalu funkcjonuje ameyrkańska supergrupa Black Swan. Paralyzed to ich trzeci krążek i powiem szczerze, nomen omen Ameryki nie odkryli ale jest to przykład solidnego rzemiosła i autentycznej radości z tworzenia muzyki. Jeśli lubicie te klimaty to podrzucam Wam kilka utworów ekipy.

Do estetyki lat 80-ych odwołuje się też mocno niemieckie Violet. Dwa lata temu oszalałem na ich punkcie za sprawą singla Angelina (Talk to Me), więc ucieszyło mnie, że właśnie ukazała się ich EP-ka Silhouettes. Jest to zbiór utworów, które nie znalazły się na żadnym albumie studyjnym plus kilka wersji koncertowych ale to nic. Słucha się tego bardzo przyjemnie a Dangerous You, choć nie zrobił aż takiego wrażenia jak rzeczona Angelina, to z miejsca stał się kawałkiem, który co najmniej raz każdego dnia muszę przesłuchać.

Wymienieni powyżej artyści odwołują się do lat 80-ych a Blonz to już prawdziwie ejtisowa, hair metalowa petarda. Wydali tylko jeden album ale utwory, jakie na nim się znalazły w niczym nie ustępują przebojom głównych przedstawicieli nurtu, takim jak Warrant, Poison czy Motley Crue. Warto posłuchać, troche jako ciekawostkę, trochę po prostu dla energicznej i bardzo chwytliwej muzyki.

To zresztą nie koniec melodyjnego, przebojowego grania na dziś. Starbenders - glam rockowa rewelacja ostatnich kilku lat jest świeżo po premierze krążka numer 4. The Beast Goes On kontynuuje zapoczątkowany w 2016 roku styl, łącząc łatwo wpadające w ucho melodie, głośne gitary i erotyczno-romantyczne liryki z charakterystycznym dla tego nurtu barwnym wizerunkiem scenicznym. 

W poszukiwaniu rockowych przebojów warto czasem cofnąć się do poprzednich dekad. W moim przypadku były to lata 70-e i muzyka nowofalowego zespołu The Cars. Ich największym przebojem jest oczywiście Just What I Needed, które po raz pierwszy usłyszałem w wersji scoverowanej przez glam metalowe Poison. Co ciekawe, utwór ten, w wersji na XIX-wieczną dworską orkiestrę trafił do soundtracka czwartego sezonu serialu Bridgertonowie. Trzeba jednak pamiętać, że na tym jednym przeboju kariera The Cars nie skończyła się a choćby taki utwór jak Touch and Go również zasługuje na pamięć i uznanie słuchaczy.

Czas trochę przełamać tę melodyjno-cukierkową tendencję. Na początek power metal, i to taki klasyczny, nie nadmiernie cukierkowy właśnie. O Vandor piszę już od ponad miesiąca i mi się nie nudzi. The Ember Eye pt. II dobrze znosi próbę czasu a co jakiś czas coraz to inny numer wskakuje na 1 miejsce, wśród odsłuchiwanych. Dziś proponuję Why Do I Remember Me? - szybki, melodyjny ale mający w sobie pewną nutę nostalgii i refleksji. Dobrze broni się też drugi krążek Aeon Gods, choć z nim jestem jeszcze bardziej na świeżo niż z Vandorem. Są jednak krążki, które robią wow w pierwszym tygodniu a potem nagle iskra wypala się. Na szczęście Reborn to Light nie należy do tego grona, a Flames of Ember Dawn płoną pełną mocą.

Nie odpuszczałem też hiszpańskim "magikom", tłukąc nadal epicką Finisterrę. Jeśli zastanawiacie się czy rozpocząć przygodę z folk/powerowym Mago de Oz to tę płytę rekomenduję jako pierwszą. I nie dlatego, że ja sam od niej zacząłem ich słuchać, tylko po prostu jest to kwintesencja ich specyficznego stylu.

Jedną z moich ulubionych płyt ostatnich kilku tygodni staje się powoli Soulbound fińskiego Gladenfold. Jak nikomu innemu udaje im się łączyć taki bardzo kamelotowy power metal z melodyjnym death metalem w stylu środkowego Soilwork. Mamy więc szybkie numery, ciekawe melodie i gdzieniegdzie mocniejsze, ekstremalne wstawki. Ogółem jednak na pierwszy plan wybija się specyficzna nastrojowość i eteryczna romantyczność, co najlepiej widać For My Queen i Ghostlike - moich ulubionych utworach z płyty.

Coraz bardziej zanurzając się w metalowe ekstrema otwieram wrota do Krainy Doom Metalu. Jest to świat niezmiernie zróżnicowany a panujący w nim mrok i smutek może mieć i psychodeliczne i pogrzebowe podłoże. Z tej pierwszej grupy wyróżnić trzeba nasz rodzimy Weedpecker. Ich piąta płyta wylądowała na 1. miejscu lutowego zestawienia Doom Charts a to nie lada wyczyn a zarazem nie znosząca sprzeciwu rekomendacja. A płyta to niezwykła. Jej odsłuch maluje w mojej głowie następujący obraz - ostatnie lato młodości, północ, leśna polana, w popiołach z ogniska żarzy się ostatnia iskra, cichną ostatnie szepty a władzę nad okolicą przejmuje natura - piękna ale i niebezpieczna w swej nieobliczalności.

Majestatycznie gra też kanadyjski Sundecay ale czytając moje cotygodniowe podsumowania pewnie już o tym wiecie. 

W dyskografii REZN mam dwa ulubione krążki, które zdecydowanie wybijają się nad pozostałe. Pierwszy to Chaotic Divine, którego słuchałem w zeszłym tygodniu. Drugim jest Solace, czyli jego bezpośredni następca. Tu psychodeliczny stoner doom z 

Wczoraj obchodziliśmy Dzień Kobiet, może więc wspomnieć teraz o hiszpiańskiej Hela, za mikrofonem której stoi Raquel Navarro. To już trzecia wokalistka zespołu a A Reign to Conquer to czwarty album stoner/doomowców. Mimo zmian personalnych niezmienny pozostaje poziom komponowanych utworów, które wciągają, pozwalają się rozmarzyć ale i poczuć psychodeliczny niepokój. I za to właśnie najbardziej lubię Crystal Bridge et al.

Wolniej i niżej czyli Lower and Slower to tytuł nowego wydawnictwa Żabiego Lorda. Ten kultowy już w naszych kręgach zespół przygotował specjalną EP-kę, na której mamy ponownie nagrane utwory z poprzednich płyt z pewnym małym bonusem. Kluczem jest tu tytuł, bowiem każdy kawałek został specjalnie przearanżowany by wyciągnąć z niego jeszcze więcej ciężaru, mroku i smolistego gruzu. Szczególnie fajnie wyszło to z Road Raisin, w konsekwencji otrzymując chyba pierwszy przykład sludgened blues metalu.

Czas teraz jednak na najcięższy, najwolniejszy i najbardziej podniosły doom metal. Gruzińskie Ennui odkryłem szykując playlistę do artykułu o nieznanych i niedocenianych przedstawicielach funeral doom metalu. Już wtedy zwrócili moją uwagę ale dopiero premiera Qroba, najnowszej płyty kwintetu utwierdziła mnie w przekonaniu, że obecnie to jeden z czołowych przedstawicieli nurtu. Ich muzyka budzi we mnie podobne emocje co lata temu Angels of Distress - klasyk gatunku autorstwa Shape of Despair. Jest to dla mnie pewien stały punkt, do którego odnoszę każdą inną funerałową płytę, więc takie porównanie to u mnie najwyższa forma uznania! 

Zgoła odmienny rejon Krainy Doomu, można by rzec peryferyjny okupuje Star Beast. Kanadyjczycy preferują stoner rockowe, a może nawet stoner rock'n'rollowe granie. Krótkie, 2-3 minutowe utwory, obowiązkowy fuzz w gitarach i psychodeliczna atmosfera - tak było na debiucie, tak jest i na jeszcze ciepłej drugiej płycie. 

Teraz mały kącik progresywny a w nim między innymi Big Big Train ze swym nowym albumem pt. Woodcut a także wchodzący momentami w prog-metalowe rejony projekt Age of Distraction, którego najnowszym dziełem jest 23-minutowa EPka Choose Your Side, której najmocniejszym punktem jest rozbudowany utwór tytułowy.

Na zakończenie jeszcze odrobina polskiej muzyki. Zaułek i jego pełnometrażowy debiut W Lustrach Anten to stały bywalec moich głośników. Teraz pojawiło się w nich też pele-mele bo taką przewrotną nazwę nosi nowy album krakowskiego Lor. Co my tu mamy? W sumie to z czego dziewczyny są znane - trochę popu, trochę rocka, nutka folku i romantyzmu. Jak zwykle dobrze wypada też warstwa tekstowa. Słuchając pele-mele ma się poczucie, że tak powinna wyglądać grana w popularnych radiach muzyka - przystępna, przebojowa ale niepozbawiona wyższych wartości artystycznych. 

A jak powinna wyglądać dzisiejsza playlista? Wystarczy kliknąć w link poniżej. Mam nadzieję, że znajdziecie tam coś dla siebie. Dajcie też znać jak Wam minął tydzień!

piątek, 6 marca 2026

Turbo - Koncert Specjalny w Klubie Studio - Setlista

 


Są takie trasy koncertowe, które mają ustaloną z góry setlistę. Czasami jest kilka utworów, które są grane zamiennie w zależności od gigu lub życzenia publiczności. Są też i takie, którym prócz standardowych wydarzeń towarzyszą koncerty specjalne. I tak było w minioną sobotę w Klubie Studio, gdzie w ramach promocji zeszłorocznego albumu Blizny pojawiło się poznańskie Turbo. Gdy tylko znalazłem informację o koncercie i formie, jaką przybierze wiedziałem, że muszę tam być. Sam zespół znam od dawna, za sprawą utworu Dorosłe dzieci kojarzyłem już sprzed konwersji w metalheada ale dopiero zapoznanie z całą płytą, która prócz rzeczonej kompozycji tytułowej i krótkiego lecz poruszającego Pozornego życia aż kipiała od heavy-metalowej sprawiło, że oszalałem na punkcie ich muzyki. Krok po kroku poznawałem następne płyty, czasem lżejsze jak Smak Ciszy, czasem soczyste jak Kawaleria czy "rzeźnickie" jak Ostatni Wojownik. Przyznam się, że ciężko mi było wybrać jakąś słabszą pozycję, bo praktycznie każda z nich, i z Kupczykiem i Struszczykiem na wokalu miała w sobie coś wyjątkowego. Tylko wpadające już w death metal Dead End i One Way jakoś nie potrafiły mnie przekonać ale po sobocie może to się zmienić. A dlaczego? O tym jak i o wielu innych ciekawostkach dowiecie się z poniższej relacji z najbardziej niezwykłego koncertu na jakim byłem. 

Wszystko zaczęło się o 19:15. Według rozpiski miała być punkt 19 ale cóż. Jadąc z Wieliczki trzeba się przygotować na korki od Ronda Grunwaldzkiego aż po Most Dębnicki, nie ryzykowałem też z parkowaniem blisko samego klubu. Od razu po skręcie w Reymonta wypatrzyłem wolne miejsce i dalej poszedłem piechotą. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności, Turbo również zaczęło z poślizgiem i z setlisty pominąłem tylko Intro zapowiadające Nowy Rozdział. Zgodnie z zapowiedziami w trakcie pierwszej części koncertu usłyszeliśmy po raz pierwszy na żywo cały album Blizny, uznany przez AntyRadio za Płytę Rocku 2025. W okresie popremierowym słuchałem jej dość często, miałem kilka swoich ulubionych kawałków ale w moim podsumowaniu rocznym nie znalazła miejsca. Dziś trochę żałuję, bo w wersji koncertowej jest tam mnóstwo heavy/speed/thrash metalowych petard. Zespół zapowiadał udział wielu specjalnych gości. Od początku na scenie Tomkowi Struszczykowi towarzyszył brat, Bartosz i to jego głos słyszeliśmy w W.W.W.W. Szczerze mówiąc liczyłem po cichu na występ Piotra Cugowskiego, który śpiewa ten duet w oryginale, tak jak i na drugiego z Braci, Wojciecha w jednym z moich ulubionych numerów - Do domu. Cugowskich nie ma ale i tak było zarąbiście. Bo właśnie w Do domu pojawiła się poraz pierwszy dama polskiego gotyckiego rocka, Anja Orthodox. Przyznam, że na całej płycie nie ma chyba bardziej pasującego do niej utworu, ten poetycki tekst, porównania tak zahaczające o gotycką estetykę wpasowały się bardzo dobrze do jej niskiego, refleksyjnego głosu. To zresztą nie był jej jedyny występ tamtego wieczoru ale o tym za chwilę. Po pełniącym rolę outro, dwuminutowym Spokojnym zespół zarządził 15 minut przerwy a ja już nastawiłem się na Kawalerię! I co? I psikus, i to jaki.

Turbo wróciło na scenę w odmienionym składzie, w tle pojawiła się grafika z płyty, której jakoś bardzo nie kojarzyłem a gdy już zagrali, zaczęła się rzeź. Jacek Zema za mikrofonem, prócz niego na scenie Krzysztof Pistelok z Namora (a przede wszystkim z Kata z Romanem) i Mirosław Muzykant pokazali nam najcięższe oblicze kapeli. Naprawdę nie spodziewałem się utworów z wspomnianem już na wstępie płyty Dead End. Zagrali a ja wkręciłem się w to, zwłaszcza w drugą z kolei Enola Gay. Potem do Jacka dołączył Tomek i przyszła kolej Miecz Beruda z Ostatniego Wojownika i dwa numery z Awatara. Nie była to lubiana przeze mnie Arrmia ale i tak panowie pokazali, że ta płyta miała duży potencjał i tylko nie miała szczęścia do czasów, w których się pojawiła. Gdyby jeszcze udało się namówić do zaśpiewania jednego z numerów oryginalnego wokalistę to byłaby niezapomniana chwila. Następnie przeszliśmy do chwili ze Strażnikiem Światła, pierwszym krażkiem, na którym śpiewał Tomek. I tu też niespodzianka, bo usłyszeliśmy Przestrzeń - Światło, pochodzący z digipackowego wydania albumu. Oryginalny (choć nie pierwszy) wokalista Turbo nie pojawił się przy okazji Awatara ale w końcu nadszedł moment, na który wielu z nas czekało. Legenda polskiego metalu, głos znany nie tylko miłośnikom ciężkiego grania - Grzegorz Kupczyk przejął specjalnie przygotowany dla niego mikrofon. I zaczął się ogień! No może nie od razu, choć Jaki był ten dzień wszedł do repertuaru niejednego harcerskiego zastępu i pewnie śpiewa się go przy ognisku, ale muzycznie ma inne zalety niż jazda i do przodu. Śpiewali go wszyscy, Tomek grał na gitarze a Grzegorz roztaczał swą magię. A potem był Szalony Ikar i szaleństwo na całego. W tej części koncertu usłyszeliśmy jeszcze kilka klasycznych numerów z lat 80-ych, trochę z zaskoczenia niegrany chyba nigdy wcześniej na żywo This War Machine z Piątego Żywiołu (czyli już pełna XXI wieku) a tuż przed przerwą Grzegorz wraz z Anją odśpiewali majestatyczne Otwarte Drzwi Do Miasta, nieco symboliczne, biorąc pod uwagę, że to ostatnia pozycja na trackliście Tożsamości, ostatniej płyty nagranej z Kupczykiem

Kolejna przerwa i w końcu czas na danie dnia. Kawaleria Szatana to jedna z najważniejszych płyt w historii polskiego metalu i usłyszeć ją w całości na żywo w wykonaniu Turbo i Kupczyka przez lata pozostawało w sferze marzeń. I tu zespół znów zrobił mi psikusa, zaczynając co prawda od Komety Halleya ale za mikrofonem stał Tomek. I zaśpiewał perfekcyjnie. Potem pałeczkę przejął starszy z wokalistów, na scenę wszedł związany przed laty z zespołem gitarzysta Andrzej Łysów a my dostaliśmy dwa szybkie killery. Dłoń Potwora i Sztuczne Oddychanie to dwa z trzech utworów z tej płyty, do których najczęściej wracam. W Wybacz Wszystkim Wrogom na scenę wróciła Anja Orthodox i pokazała moc i ostrość głosu, jakiej w twórczości Closterkeller nie uświadczymy. Lider zespołu, Wojciech Hoffman pokazał swój gitarowy kunszt w instrumentalnych Bramach Galaktyk, które jak się okazało były nomen omen bramami do obu części Kawalerii, gdzie znów solidarnie obowiązkami podzielili się obaj wokaliści. Wiem, że początkowo liczyłem na cały set z Kupczykiem ale teraz myślę, że to była dobra decyzja. Kawaleria to nasze wspólne metalowe dziedzictwo a przyjemnie było widzieć na scenie, że obu muzyków łączą dobre relacje i że po tylu latach od rozstania nie ma złej krwi między Wojtkiem a Grzegorzem. To też takie symboliczne połączenie starego z nowym, klasyki jaką jest Kawaleria z nowością reprezentowaną przez Blizny. Szaleństwo trwało jeszcze kilkanaście minut po ostatnim akordzie z rzeczonej płyty. W utworze Mówili Kiedyś  zaprezentowali nam się, nieobecni dotychczas Jakub Kędziora i Bartek Hoffmann a rolę wokalisty przejęli basista Bogusz Rutkiewicz (w zespole od 1983) i perkusista Mariusz Bobkowski a Tomek Struszczyk podzielił się z nami swoimi perkusyjnymi umiejętnościami. W następnym utworze wszystko wróciło do normy a my mieliśmy okazję wysłuchać epickiego Może tylko płynie czas, który uważam za jeden z najlepszych z płyty Piąty Żywioł.

Na tym koncert miał się zakończyć, choć nikt nie myślał, że poznaniacy opuszczą Kraków bez zagrania Dorosłych Dzieci. Zgodnie z przewidywaniami kapela wróciła ale pierw zaprezentowała nam tytułowy numer z agresywnej, thrashmetalowej płyty Ostatni Wojownik. I tu Grzegorz "Wpi**ol" Kupczyk z Tomkiem "Rzezią" Struszczykiem rozwalili system. A potem pojawiła się delikatna gitara i słowa, które przeszły do legendy polskiej muzyki. Są dni, kiedy mówię dość... Tak to panowie spróbowali zrobić nas w konia, próbując coverować Lady Pank. Kiedy już jednak śmiechy ustały, dostaliśmy w końcu Dorosłe Dzieci i to zagrane i zaśpiewane wspólnie przez wszystkich zaproszonych gości. I oczywiście publiczność. I tak oto, tuż przed północą zakończył się koncert, o którym organizatorzy pisali, że potrwa 3 godziny. Jak dla mnie to trwał o kolejne 3 godziny za mało, w katalogu Turbo jest bowiem jeszcze tyle interesującego kontentu, że można by grać w nieskończoność. Ale i tak, powiedzcie sami, czy byliście na koncercie, na którym jeden artysta zagrał aż 35 utworów? Ja byłem zachwycony, reszta publiczności też a o zainteresowaniu, jakie wzbudziło to wydarzenie, niech świadczy fakt, że wyprzedano wszystkie przygotowane bilety. To pokazuje, że muzyka rockowa i metalowa żyje i ma się dobrze i wierzę, że przyjdzie kiedyś taki czas, że przedstawiciel rodzimej sceny wypełni stadiony. Choć, szczerze mówiąc, ja osobiście wolę raczej atmosferę takiego klubowego koncertu, wszystko jest bardziej namacalne i autentyczne. Tak jak emocje, jakie z sobą wyniosłem. Na koniec, żeby choć odrobinę tego wieczoru zachować od zapomnienia, przygotowałem playllistę z niemal wszystkimi zagranymi numerami. Choć takiej atmosfery z jaką zetknąłem się w sobotę żadna studyjna wersja nie ma szans. 

Dzięki wielkie Turbo za ten wieczór i oby do rychłego zobaczenia!

Playlista: Turbo w Klubie Studio - Koncert Specjalny

poniedziałek, 2 marca 2026

23.02-01.03.2026

 


Ciekawy tydzień za nami. W sam piątek pojawiło się aż 7 nowych albumów, z którymi planowałem się zapoznać. Dawno takie obfitości nie zaznaliśmy. Niestety, też po raz kolejny czasu w weekend na słuchanie aż tak wiele nie miałem. Zobaczmy więc, którym albumom udało się przebić do dzisiejszego podsumowania a pamiętajcie też, że prócz nowości dość często sięgam też po sprawdzone nuty z przeszłości.

Najczęściej i najchętniej w przekroju całego tygodnia zasłuchiwałem się w premierach z poprzedniego piątku. Power metalowe Aeon Gods, przenoszące nas na Reborn to Light w czasie do starożytnego Egiptu i "odkopana po latach" przez pasjonatów płyta progresywnego tria Abraham-Baker-Lyndon to w swoich kategoriach pozycje udane i zajmujące na dłużej. Pochodzace z tych krązków, odpowiednio Flames of Ember Dawn i More than a Feeling znalazły się też w pierwszej trójce ulubionych utworów zeszłego tygodnia. 

Do tej trójki też niespodziewanie wskoczył Lion Rampant argentyńskiego folk-power metalowego Skiltron. Jest to szybka kompozycja, w której ważną rolę odgrywają dudy - bo tak, motywem przewodnim kapeli jest historia i kultura Szkocji. Takie połączenie wychodzi im niezwykle zgrabnie, więc jeśli lubicie motywy ludowe w powerowych galopadach to zachęcam do zapoznania się z całą dyskografią.

Tak samo sytuacja ma się z hiszpańskim Mago de Oz. Tu także celtycka ludowość miesza się z heavy/power metalem spod znaku Iron Maiden i Helloween. Jakiś czas temu wróciłem do mojej ulubionej płyty zespołu - wydanej w 2000 roku, podwójnej Finisterra. Jest to wydawnictwo pełne niezwykle mocno zapadających w pamięć numerów, czy to melodyjna i rytmiczna Fiesta Pagana, nastrojowy choć z kopytem La danza del fuego czy epicka, ponad 7-minutowa uczta dźwiękowa w postaci El Que Quiera Entender Que Entienda. To właśnie od Finisterry zaczęła się moja miłość do "czarodziejów" i trwa w niezmienionej formie (choć zespół przeszedł niejedną ważną zmianę) do dnia dzisiejszego.

Od kilku tygodni roznieciłem też w sobie iskrę do klasyki power metalowego grania, jeszcze z lat 90-ych. Sprawcą tego zamieszania jest album Theater of Salvation nieaktywnego już niestety od kilku lat Edguy. Jest to album pełen magii, mistycznego klimatu, dźwięcznych klawiszy i ostrych gitar, szalonej perkusji ale i spokojniejszych, bardziej epickich numerów. Do tej ostatniej grupy należy właśnie utwór tytułowa, 14-minutowa suita, w podniosłym stylu dopełniająca dzieła jakim jest cała płyta. 

Przygotowując swoje podsumowanie ostatniego roku pisałem sporo o Blackbriar ale jeden z obserwatorów uzmysłowił mi, że w 2025 pojawił się co najmniej jeden symfoniczno-metalowy album mogący rywalizować z A Thousand Little Deaths. Mowa o Storyteller, czwartym długograju szwajcarskiego Deep Sun. Już w styczniu czyniłem starania by się z nim zapoznać ale dopiero ostatni tydzień sprawił, że dałem im w pełni szansę się wykazać. Z jakim efektem? Jak najbardziej pozytywnym. Przebojowy utwór tytułowy, sporo nastrojowych brzmień i trochę powerowej estetyki to bardzo zgrabny miks. 

Power metal z melodyjnym death metalem łączy za to ekipa, odpowiadająca za jedną z tych kilku wspomnianych na wstępie premier. Gladenfold już wcześniej budził moje zainteresowanie, zbierając świetne opinie za poprzednie wydawnictwo. Nigdy jakoś jednak, poza krótkimi fazami, nie wsiąkłem w ich muzykę na dłużej. Dziś jednak wiem, że przy nowiutkiej Soulbound nie będę się nudził przez wiele, wiele dni. Jest w niej coś, co nomen omen wiąże nam duszę, może Wam też uda się to odkryć.

Inną premierą, której udało mi się przesłuchać więcej niż 1-2 razy była hiszpańska Hela. A Reign to Conquer przyciąga uwagę już samą okładką ale zawartość albumu, 45 minut nastrojowego stoner/doomu z kobiecym wokalem też robi robotę. 

Świat kobiecego doom metalu zelektryzowała na pewno wieść, że nowy krążek przygotowuje Draconian, gdzie ponownie za mikrofonem stoi Lisa Johansson. Celebrując te nowiny postanowiłem przypomnieć sobie ostatni nagrany z nią krążek - A Rose for the Apocalypse, kryjący w sobie jeden z najlepszych moim zdaniem kawałków zespołu - przejmujący Deadlight.

Część z Was może już zorientowała się, że z tygodnia na tydzień odświeżam sobie stopniowo dyskografię REZN, zespołu, który ostatecznie otworzył mnie na świat psychodelicznego stoner doomu. Odpowiadała za to płyta Chaotic Divine, od pierwszego odsłuchu miażdżąc mi jaźń klimatem, ciężarem i przekosmicznym saksofonem. I choć katalog REZN liczy już 5 (a nawet 6) pozycji to numer 3 uważam, uważałem i chyba będę uważał za najdoskonalszą próbkę ich talentu.

Pora na ostatnią z opisywanych dziś przeze mnie nowości (pozostałe muszę porządniej nadrobić w tym tygodniu). Black Swan to hard-rockowo/heavy metalowy sklad złożony z dobrze znanych w środowisku muzyków. Reb Beach, Jeff Pilson, Matt Star czy Robin McAuley - słysząc te nazwiska można sobie już wyobrazić z jakim graniem zetkniemy się na Paralyzed. Jest moc i mówię to całkiem poważnie, bo zamiast pudelmetalowych imprezowych hitów dostajemy ogniste, siarczyste gitary i mocną, dynamiczną pracę perkusji. 

Nigdy w sumie nie ukrywałem, że hair metal darzę niemałą sympatią. Często też lubię pogrzebać w muzycznych archiwach by znaleźć wykonawców mniej znanych ale tworzących bardziej autentyczną muzykę. Tak było i w tym tygodniu, gdy na jednej z facebookowych grup wpadłem na trop grupy Blonz, znanej z tego, że wszyscy muzycy byli blondynami :P No i z jednej, jedynej płyty zatytułowanej po prostu... Blonz. Co na niej mamy? Energiczne, przebojowe i odpowiednio głośne nuty, w sam raz do jazdy autem i headbangingu (niekoniecznie jednocześnie, bezpieczeństwo na pierwszym miejscu). Jeśli macie ochotę na taki radosny metal (czy też bardziej hard rock) to polecam!

Jedną z moich ulubionych hard rockowych grup jest Ten. Pewnie już o tym wiecie, kilka razy w lutym zdarzyło mi się o nich wspominać. Dziś dodam tylko, że jak mnie złapała na nich ochota tak trzyma dalej a ostatnie siedem dni spędzałem głównie przy trzech albumach - dwóch klasykach czyli X i The Name of the Rose i mojej ulubionej, pierwszej jaką poznałem, inspirowanej literaturą grozy i fantasy Gothicą.

W przypadku Big BigTrain zrobiłem sobie przerwę od wydanego w lutym Woodcut na rzecz starszych płyt. Szczególnie zajęła mnie pierwsza nagrana z Davidem Longdonem za mikrofonem czyli majestatyczny Underfall Yard ale i Dandelion Clock ze sporo późniejszej Common Ground dość często wypełniał mi ciszę swoim urzekającym pięknem. 

Piękna nie było za to w Bastard Nation, moim ulubionym utworze z mocno przesiąkniętej groove metalem płyty W.F.O. nowojorskich weteranów thrashu z Overkill. Nie oznacza to, że numer nie ma swojego uroku, bo kurczę, potrafi utkwić w głowie na dłuuugo.

To tyle na dziś w pierwszym marcowym podsumowaniu tygodnia. Pod spodem jak zwykle playlista w komentarzach miejsce na dzielenie się Waszymi topkami. Jaj zawsze jestem otwarty na Wasze polecenia, choć teraz zmykam nadrabiać weekendowe zaległości. Trzymajcie się!

Playlista: 01.03.2026

piątek, 27 lutego 2026

Luty 2026 - Podsumowanie Miesiąca

 




Jutro kończy się miesiąc ale ilość planów jakie mam na sobotę czy niedzielę może trochę wikłać mi pracę nad podsumowaniem miesiąca. Pozwólcie więc, że trochę awansem przedstawię Wam najczęściej słuchanych w tym okresie wykonawców, wraz z krótkim komentarzem, za co ich aż tak polubiłem.

Vandor - za szybki, melodyjny, epicki ale nie nadmiernie cukierkowy power metal w stylu starej, dobrej, europejskiej szkoły. 

Big Big Train - za kolejną porcję muzyki subtelnej i refleksyjnej, mającej coś do przekazania i zaprezentowania swoimi dźwiękami i układającymi się w jeden, dotyczący roli artysty koncept

Zaułek - za jednocześnie chłodny i pełen pasji, subtelny i ironiczny, baśniowy i "miejski" rock alternatywny z nutą shoegaze'u, cold wave'a i elektroniki

Nightstalker - za "najnowszą płytę Black Sabbath" bo trudno uwolnić się od wrażenia, że panowie wzorce czerpane od mistrzów wzięli głęboko do serca i twórczo rozwinęli

Greyhawk - za pokazanie, że nawet obracając się w ramach tradycyjnego heavy/us powera można stworzyć muzykę, w która nie tyle jest zakorzeniona w przeszłości, co tę przeszłość ackeptuje i odpowiednio modernizuje by zadowolić współczesnego słuchacza

Abraham-Baker-Lyndon - za nostalgiczny, "piosenkowy" neo-prog typowy dla lat 90-ych - wszak wydana niedawno Where Do We Go From Here nagrana została już kilkanaście lat temu i dzięki polskiej OSKAR Records ujrzała światło dzienne

Wazzara - za eteryczną atmosferę i nastrój tajemniczości jaki udało się wykreować dzięki post-black metalowej/blackgaze'owej estetyce na kolejnej, ciekawej płycie szwajcarskiego zespołu

Shoo Bee Doom - za heavy metalowy dancing jaki fundują nam swoją zapatrzoną w tradycję swingu debiutancką płytą

Aeon Gods - za to, że na swojej drugiej płycie miłośnicy starożytnej mitologii z Niemiec nie tylko powtarzają schematy, które zagrały na "jedynce" ale i potrafią je twórczo rozwinąć

Sundecay - za potężny, przygniatający i epicki doom metal, który przetacza się po słuchaczu niczym walec, rozbija emocjonalnie na kawałki ale po wszystkim człowiek wychodzi scalony i z poczuciem niezwykłego katharsis

Ten - za całokształt twórczości tego bardzo interesującego hard-rockowego zespołu, a w szczególności za klasykę gatunku w postaci debiutu, szczerego, łatwo wpadającego w ucho i sygnalizującego już pomału, w jakim kierunku pójdzie twórczość Gary'ego i ekipy

Resoraki  - za Oceany, nowy album, na którym rock alternatywny bardzo dobrze przenika się z progresją, za sześć ciekawych utworów ale przede wszystkim za Osiem minut po wybuchu słońca - epicką kompozycję, która swym spokojnym ale nieubłaganym zwiastowaniem apokalipsy powala z nóg

Wymieniona dwunastka, to oczywiście tylko ci najbardziej wyróżniający się. Nie mogę nie wspomnieć też o moich thrash metalowych idolach czyli Overkill. Dużo emocji dał mi też odsłuch nowego albumu slow-core'owego Great Ooze czy EP-ki prog-rockowo-metalowego Spherical trochę może zawiodło za to symfoniczno metalowe Edenbridge (choć i tu trafiła się perełka). Jak zawsze sporo było u mnie powera, tak tego najbardziej znanego i klasycznego (Theater of Salvation Edguya), nowoczesnego choć o bardzo klasycznym rodowodzie (dosłownie) w postaci Induction czy naładowanego dudami i szkockim duchem, choć tworzenego w Argentynie przez zespół Skiltron.

Luty był to naprawdę fajny muzycznie czas i jeśli chcecie raz jeszcze przeżyć ze mną te wszystkie emocje, zostawiam Wam playlistę z trzydziestką najczęściej słuchanych utworów. Mam nadzieję, że Wam się spodobają. Czekam też na Wasze podsumowania, komentarze czy last-fm-owe kolaże.

Playlista: Luty 2026

Najpopularniejsze