poniedziałek, 1 czerwca 2026

25.05-31.05.026

 


Witam wszystkich w ten poniedziałek, dla mnie już niestety pracujący. Nim jednak jeszcze na dłużej wsiąknę w tę szarą, deszczową, krakoską rzeczywistość, podsumujmy sobie ostatni urlopowy tydzień.

Większa część tego tygodnia upłynęła mi w ciepłej i słonecznej Chorwacji, natomiast większość słuchanej w tym czasie muzyki była zdecydowanie mroczniejsza i bardziej melancholijna. Zacznijmy może od krótkiej wzmianki o Dracnonian. In Somnolent Ruin to jedna z najlepszych doom metalowych płyt tego roku - idealnie balansująca między intensywnością emocji i przytłaczającą ciężkością brzmienia. 

Równie przytłaczająca jest Durere, kolejna płyta death/doomowej supergrupy Clouds. Po zeszłotygodniowym obcowaniu z melancholijną Destin, mam wrażenie, że tu muzyka staje się bardziej surowa, niepokojąca, wręcz "ostateczna". Niemniej jednak, czas przy niej spędzony jest niezwykłym doznaniem i cieszę się, że w końcu uzupełniam braki w moim muzycznym "wykształceniu".

Kontynuuję też jeszcze jeden zwyczaj z tamtego tygodnia. Przypomniawszy i przeżywszy raz jeszcze mój ukochany Epicus Doomicus Metallicus poszedłem krok dalej, do drugiej płyty Candlemass. Nightfall to ważna płyta w dyskografii legendarnej formacji, pierwsza z Messiahem Marcolinem za mikrofonem. Muzycznie to naturalne rozwinięcie motywów z debiutu ale wokal Messiaha, pełen wycieczek w wyższe rejestry czy prawie operowych zagrywek dodaje do niej pewnej chaotycznej demoniczności, stając się na długie lata jednym ze znaków rozpoznawczych zespołu i wzorem do naśladowania dla rzeszy młodszych epic doom metalowych muzyków. 

Po death i epic doomie czas na stonerową wariację na temat. W tej kategorii działo się naprawdę sporo, zwłaszcza od piątku. Mamy bowiem (i mam nadzieję uwielbiamy) nowe krążki Monolord (Neverending) i Elder (Through Zero). Oba hipnotyzujące, psychodeliczne i jakkolwiek to brzmi nastrojowe. 

W ostatnich kilku, kilkunastu dniach mieliśmy też premiery dwóch arcyciekawych zespołów z naszego rodzimego podwórka, nawiązujących w jakiś sposób do stoner/doomowej estetyki. Co prawda warszawski Hypnosaur określa swoją muzykę mianem "jurassic punku" ale nie sposób dostrzec w niej elementów przesyconego gruzem rock'n'rolla i psychodelicznej atmosfery. Ja takie eksperymenty jak na Afterlife biorę w ciemno. Drugą ze wspomnianych premier jest debiut projektu Damask, za którym stoi znany z Sautrus Weno Winter. W duecie z Andrianem Jegorowem proponują twórczość wymykającą się standardowym klasyfikacjom. Folk, doom, occult rock - takie połączenia stają się powoli naszą narodową specjalnością (a dba o to oczywiście niezastąpiony Filip Sarniak - vide TOŃ, Źrenice). Three Times Ten to naprawdę dobrze wykorzystane (niejeden już raz) 35 minut z życia.

Czas na nieco starszą płytę, odkrytą dzięki kwietniowej liście Doom Charts. The Admiral Sir Cloudesley Shovell na początku zaintrygował mnie głównie nazwą. Nie kryję, że był to główny powód, dla którego zapoznałem się z ich piątym albumem, zatytułowanym The Trouble With The Shovell. Zapoznałem i przede wszystkim polubiłem. Osiem kawałków pełnych brzęczących gitar, ochrypłego wokalu i dusznej, tawernianej atmosfery mija szybko i od razu palec sam wędruje do przycisku repeat.

W poprzednim tygodniu, wspominając o zespole The Ghoulstars pisałem, że ich muzyka kojarzy mi się trochę z m.in. Bloody Hammers. To fakt i tak mocno te skojarzenia na mnie wpłynęły, że sięgnąłem po katalog rzeczonej kapeli. Padło na Lovely Sort of Death, płytę z 2016 roku, dotychczas trochę przeze mnie pomijaną. Dziś ciężko mi powiedzieć, czemu bo okazuje się, że to kapitalne, przebojowe połączenie hard rockowej energii z doomowo-horrorową tematyką. Z jednej strony ma się wrażenie, że to typowo halloweenowa muzyka, z drugiej w ciepłe, majowe wieczory wchodzi równie dobrze a dwa pochodzące z tego krążka utwory - Messalina i Astral Traveler były w ogóle najczęściej słuchanymi przeze mnie obecnie kawałkami. 

Dobrze, teraz możemy przejść na jaśniejszą stronę mocy. Nim jednak wnikniemy w AOR, hard-rock czy power metal zatrzymajmy się gdzieś w pół drogi. Przy industrial metalowym projekcie Petera Tagtgrena, który przewija się u mnie okresowo od pewnego czasu. PAIN znam już od liceum i jak widać lubię do niego wracać, czy chodzi o klasyki w rodzaju Bye/Die z płyty Dancing With the Dead (mojej ulubionej) czy nowsze, jak choćby Call Me z 2016 roku, w której gościnnie usłyszeć możemy Joakima Broden z Sabaton

A więc power. Tu sprawa jest jasna, bo prawie cały mój czas skradła Ondine, druga płyta prog-powerowego Dimhav. Dłuższe niż standardowe, kunsztownie zaaranżowane i umiejętnie prowadzone by nie znudzić słuchacza kompozycje perfekcyjnie dopełniają się z wokalem samego Daniela Heimana, który mam nadzieję, zostanie już z zespołem na zawsze. Posłuchajcie sobie choćby The Sunken Star czy wciągającego jak wir morski Call of the Deep by zrozumieć o czym mówię. Dla milośników powera pozycja obowiązkowa.

Następnie, dwie udane EP-ki znanych i lubianych włoskich kapel, czyli Rites of Disclosure folk/powerowego Elvenkinga (i tu ten pierwiastek powera jest wyraźniejszy niż na dwóch ostatnich LP) i A Clockwork Reverie prog/powerowego Vision Divine z wracającym z klasą Michele Luppim. Solidne porcje melodyjnego i dynamicznego grania, szkoda tylko, że nie dłuższe.

Warto dać też szansę debiutowi Leatherwitch, czyli formacji założonej przez Martę Gabriel po rozwiązaniu Crystal Viper. I choć ta muzyka jest bliższa speed/heavy metalowi niż euro-powerowi to na First Spell nie brakuje zapadających w ucho melodii a miłą niespodzianką jest cover Ride the Sky z pierwszej płyty Helloween. I to ma właśnie sens, bo gdybym miał porównać Frist Spell do jakiegoś klasyka, byłoby nim Walls of Jericho

W zeszłym tygodniu odświeżyłem sobie też mój ulubiony album hard rockowego Eclipse. O ile jednak w poprzednim podsumowaniu znalazła się tylko wzmianka o Paradigm, tak teraz mogę napisać, że wszystkie emocje, które miałem słuchając go w 2019 roku odżyły na nowo a z racji, że ta muzyka jest tak energetyzująca i pobudzająca do działania, wtórowałem z pasją Erikowi w śpiewaniu takich bangerów jak Viva La Victoria, The Masquerade czy When the Winter Ends. Wszystkie trzy znajdziecie na playliście, możecie więc pośpiewać z nami ;)

Z takich wspominek trafiło mi się też kilka sesji z różnymi płytami AOR-owego Giant, zwłaszcza z pochodzącą z 1992 roku Time to Burn, na której znajdziemy jeden z ich najlepszych numerów czyli I'll Be There (When It's Over).

Jak już pisałem na wstępie, byłem na urlopie. Sporo czasu w Chorwacji spędziłem za kółkiem, krążąc między Zadarem, Splitem a Plitwicami. Żeby umilić czas też pozostałym podróżnikom, sięgałem bo lepiej tolerowaną przez małżonkę muzykę. Stąd w dzisiejszym podsumowaniu znalazło się miejsce na klasyczne i przede wszystkim, lubione przez nas oboje zespoły (hard)-rockowe. A są to AC/DC (nieśmiertelne T.N.T.) i Bon Jovi z moim ulubionym albumem Slippery When Wet na czele. 

Przyszedł czas na kończący artykuł akapit. W nim bez niespodzianek. Zachęcam do odsłuchu cotygodniowej playlisty, podzielenia się swoimi podsumowaniami i wrażeniami z muzycznych (i nie tylko podróży) a także życzę Wam miłego dnia i udanego całego tygodnia.

Playlista: 31.05.2026

niedziela, 31 maja 2026

Maj 2026 - Podsumowanie Miesiąca

 


Jak pewnie zauważyliście, zmieniłem nieco schemat publikowania postów na Facebooku. Playlistonosz wskoczył na piątek a Piosenka na Niedzielę stała się Piosenką na Sobotę. Wszystko dlatego, by dziś, pisząc podsumowanie miesiąca mieć już prawie cały maj za sobą. Jaka więc była ta moja majowa muzyka? Wystarczy zerknąć na listę najchętniej słuchanych w tym okresie zespołów a prezentuje się ona następująco:

Draconian - szwedzcy wirtuozi death/doom/gothic metalu nowe albumy wydają ostatnio co 5-6 lat. Jeśli jednak będą to tak poetycko piękne w swej melancholii dzieła jak Im Somnolent Ruin będę czekał cierpliwie 

Inkubus Sukkubus - od neo-pogańskiego folku do klasycznego rocka gotyckiego. 28-a płyta zespołu nie zaskakuje ale też nie zawodzi. Brytyjczycy grają swoje a ja nadal biorę to w ciemno

Kingsmash - jedno z odkryć miesiąca. Typowo niemiecki styl będący wypadkową hard rocka, heavy metalu i powera serwowany w porządny, nie budzący podejrzeń o zbyt bliskie naśladownictwo sposób 

PAIN - side-project Petera Tägtgrena z Hypocrisy, u mnie zaś numer jeden jeśli chodzi o działalność szwedzkiego muzyka. Ostatni album wydali co prawda 2 lata temu ale ja mijający właśnie miesiąc poświęciłem na szybką przebieżkę przez moje ulubione albumy industrialnych metalowców 

Creye - czwarty album pochodzącej ze Szwecji kapeli emanuje luzem i radością z gry, czego brakło na wydanej trzy lata temu "trójce". Jeśli lubicie melodyjne, optymistyczne hard rockowe granie polecam Waszej uwadze tego użytkownika 

Anthrax - podobno biały szum pomaga się skoncentrować, wyciszyć przed snem etc. Może i tak ale nie w przypadku tak właśnie zatytułowanej płyty najbardziej niedocenianego z Wielkiej Czwórki Thrash Metalu, która młóci mi w głowie kolejny już miesiąc 

Barren Earth - podwójny smutek, po pierwsze muzyczny bo jak to w doom metalu bywa, przesycone są nim kompozycje fińskiego zespołu a po drugie, gdyż zespół już jakiś czas temu zawiesił działalności i nie słyszałem żadnej plotki na temat zmiany tego stanu rzeczy

Rexoria - do trzech razy sztuka mówi polskie przysłowie. I czasem się sprawdza, ponieważ Fallen Dimension był trzecim albumem (z czterech w ich katalogu) szwedzkiej heavy/powerowej kapeli do którego podchodziłem i w końcu coś między nami zaiskrzyło. Dość mocno nawet.

Angellore - można nagrać album, na którym znajdzie się tylko 5 utworów. Z tej piątki każdy może być trochę inny, czasem nawet zaskakująco eksplorujący nowe dźwiękowe rewiry a jednocześnie trzymać się swojego stylu. Ta sztuka udała się doom metalowcom z Francji na ich najnowszym krążku o wiele mówiącym tytule Nocturnes.

Zespół Sztylety - dla odmiany coś noise-rockowego i po polsku. Wszystkie Rany Niezabliźnione to udana mieszanka młodzieńczego buntu z charakterystyczną już bardziej dla człowieka trzydziestoletniego ( ;) ) nostalgią.

The Ghoulstars - fińska kapela, która niespodziewanie wskoczyła do mojego muzycznego rozkładu dnia. Westernowy hard rock z lekko gotyckim sznytem trafi na pewno w gusta słuchaczy lubujących się w takich zespołach jak Desperadoz, Ghoultown czy Bloody Hammers. Czyli do mnie ;)

Trochę tak po piłkarsku wyróżniłem powyżej 11-tu artystów. Oczywiście tych, którzy pomogli mi przejść przez maj było więcej. Nadal kręciły się u mnie kandydatki do płyty roku w swoich kategoriach, czyli nowe albumy hard-rockowej petardy Chez Kane czy debiut power metalowego Godspear. Nie można też zapominać o solidnych krążkach, którym uraczyli nas tak hołdujący latom 80-ym hair metalowcy pokroju Crashdiet jak i pamiętający dobrze ten czas (przynajmniej częściowo) muzycy hard rockowego Hardline. Na koniec jeszcze słówko o cosplay-metalowym (tak nazywam ten nurt power metalu) Hans&Valter, którzy uraczyli nas już drugą "pełnometrażówką", trochę groteskową, trochę patetyczną - gdzie problem?

Tak więc maj już praktycznie za nami, przed nami czerwiec, który jak widać po liście piątkowych premier zaczyna się z hukiem (toczącego się gruzu). Nim jednak na dobre zagłębimy się we wszystkie Eldery, Monolordy i Skórzane Wiedźmy dajcie znać jak prezentują się Wasze podsumowania. A pod niedzielny obiad tradycyjnie miesięczna playlista.

Playlista: Maj 2026







sobota, 30 maja 2026

18.05-24.05.2026

 


Dobar dan! Pozdrawiam Was ze słonecznego Zadaru i zapraszam na szybkie podsumowanie ostatniego tygodnia. Z racji małej ilości czasu Muzyczna Kronika przyjmuje dziś postać Muzycznego Telegramu, bądź Muzycznej Pocztówki. Postaram się jednak o każdym z najczęściej słuchanych artystów wspomnieć choć jednym zdaniem. A więc zaczynamy:

Najlepsza epic doom metalowa płyta w historii? Ciężko powiedzieć ale to debiutowi (a prywatnie mojej ulubionej płycie) Candlemass ten nurt zyskał swoją nazwę. Epicus Doomicus Metallicus na zawsze!

Melancholia nasycona ciężarem, mrok przeplatający się z niepokojem i rozpaczą a niski, death metalowy growling z krystalicznie czystym kobiecym wokalem - tak można scharakteryzować dwie wybitne premiery maja - In Somnolent Ruins szwedzkiego Draconian i Nocturnes francuskiego Angellore.

Mijają tygodnie a ja nadal odkrywam coś nowego na Katabasis doom metalowego A Dream of Poe. Tym razem zauroczyła mnie Lamia, swą niemalże neo-progową melancholijną spiewnością.

Od artykułu nt Mikko Kotamäki'ego po dyskografię Clouds? Można i tak. Ja z wiadomych przyczyn eksplorację zacząłem od Destin i odkryłem tam jeszcze kilka momentów równie intensywnych i pięknych jak Fields of Nothingness.

Wśród stoner/doomowy premier ostatnich tygodni najmocniej przemawia do mnie Skull Servant i jego Seven Trumpets, łącząc hipnotyzujące psychodeliczne melodie z momentami zahaczającymi o sludge pyłem i ciężarem.

Trochę pogańskiej magii w folkowo/gotyckim wydaniu jak zwykle dostarcza mi Inkubus Sukkubus - od kilkunastu dni za sprawą kolejnej solidnej płyty jaką jest niewątpliwie Eternal Monsters.

Refleksje, wzruszenia i wyciszenia to coś, czego zawsze dostarcza mi niemiecki Sylvan - czy pod postacią przejmującego concept albumu Posthumous Silence czy lżejszego, niemalże piosenkowego Presets. Od dawna jest to jeden z moich ulubionych neo-progowych składów i cieszy mnie, że po dłuższej przerwie wróciłem do częstego obcowania z ich muzyką.

Na punkcie Sound of the White Noise, wydanej w 1993 roku płyty Anthrax mam fioła od dłuższego czasu i mogę z pełną świadomością napisać, że obok ReLoad Mety i Necroshine Overkilla jest to moja ulubiona 'thrash related' płyta z lat 90-ych. 

Sięgałem też po zdecydowanie jaśniejszą stronę gitarowej muzyki. Nowy album szwedzkiego Creye to zgrabnie zagrany, przyjemny dla ucha AOR. Trochę czasu znalazłem również dla nowej królowej melodyjnego hard rocka - Chez Kane jest jak w jednej ze swych piosenek - too dangerous ale i tak "I cannot stop". 

Po wielokrotnym odsłuchaniu (i oczywiście polubieniu) tegorocznej płyty Tyketto przyszedł czas na moment z klasyką, czyli wydany w 1991 debiutancki Don't Come Easy, który zasługuje by wymieniać go obok takich albumów jak Slippery When Wet czy Cherry Pie.

Ostatnio wspominałem o nowej fali skandynawskiego hair metalu. Do tego nurtu zalicza się zdecydowanie szwedzkie Eclipse a album Paradigm (od którego zacząłem przygodę z kapelą Erika Martensona) to prawdziwa kopalnia gitarowych przebojów.

Ze Skandynawii przenieśmy się na Dziki Zachód, bo Ghoulstars choć fiński to sprawnie miksuje klimat country & western z horror punkiem i heavy metalem a słuchając ich debiutu człowiek czuje się jak na seansie filmów Tarantino.

Jeśli chodzi o power metal to tutaj grały same nowosci. Po pierwsze Dimhav i płyta Ondine, tym razem tematycznie marynistyczna ale nadal z tym samym Danielem Heimanem za mikrofonem, który udowadnia że choć od wygaszenia działalności Lost Horizon minęły już dekady, w rozbudowanych prog-powerowych kompozycjach czuje się znakomicie. Następnie Elvenking i swoisty suplement do trylogii Reader of the Runes - EPka Rites of Disclosure, gdzie obok kilku nowych utworów dostajemy garść ciekawych coverów. 

I jeszcze jedna power metalowa EPka. Clockwork Reverie to pierwsze nagranie Vision Divine z powracającym po 17 latach Michele Luppim. Bardzo udane choć jest niedosyt, że to tylko 4 nowe kompozycje.

I to wszystko. Taka skrótowa forma nie oznacza, że Wy nie możecie się rozpisać. Czekam na Wasze podsumowania a poniżej zostawiam link do playlisty. Enjoy!

Playlista: 24.05.2026

piątek, 22 maja 2026

Gianinni, Lione, Luppi - Playlista Tematyczna

 


Cześć wszystkim, czas na piątkowy tematyczny artykuł. Inspiracji do jego napisania miałem kilka. Najważniejsza z nich to dzisiejsza premiera EP-ki A Clockwork Reverie włoskiego prog-powerowego Vison Divine, na której po raz pierwszy od kilkunastu lat usłyszymy głos Michele Luppi'ego. Druga to pojawiające się w internecie głosy, że swój drugi album szykuje power metalowa supergrupa The 7th Guild, której przewodzą metalowi triumwirowie - Tomi Fooler ze Skeletoon, Ivan Gianini -były wokalista Vision Divine właśnie i następca samego Fabio Lione w Rhapsody of Fire - Giacomo Voli. Fabio, który był, nie zgadniecie, oryginalnym wokalistą Vision Divine. Czy też macie wrażenie, że włoska scena power metalowa przypomina ilością crossoverów kinowe uniwersum Marvela? Pytanie retoryczne. Przejdźmy jednak do sedna, czyli krótkich opisów każdego z trzech wokalistów, stojących w ciągu ostatnich 28 lat za mikrofonem w Vision Divine.

Fabio Lione - urodzony 9 października 1973 roku muzyk jest jednym z najbardziej znanych i rozpoznawalnych power metalowych wokalistów, choć przez lata można było go też usłyszeć w bardziej progresywnych i hard rockowych klimatach. Sam twierdzi, że inspirowały go m.in. takie zespoły jak Queen czy Europe i to od coverowania tychże zaczynał swą przygodę z muzyką. W moich artykułach pojawia się po raz kolejny ale cóż, rok w Muzycznej Kronice bez postu o Fabio to rok stracony. Jeśli chodzi o Vision Divine to można go uznać, obok Olafa Thorsena za jednego z dwóch założycieli. Nawet nazwa zespołu nawiązuje do ich obu - Divine miał być tytułem solowej płyty Olafa a Vision to pierwsza nazwa Labyrinth, w którym wcześniej obaj występowali. Fabio w kapeli pojawiał się zresztą dwukrotnie, za każdym razem nagrywając po dwa albumy. Za pierwszym razem odszedł w trakcie nagrań do trzeciego krążka, nie mogąc pogodzić ze sobą czasowo występów z Vision Divine i zdobywającym światowy rozgłos Rhapsody. Za drugim razem pojawił się w momencie, gdy RoF zawiesił na kilkanaście miesięcy działalność w związku z konfliktem z ówczesnym wydawcą (firmą Joeya DiMayo z Manowar). Z tego drugiego okresu pochodzi moja ulubiona płyta VD, utrzymany w klimacie dystopijnego sci-fi Destination Set to Nowhere. Gdy druga przygoda Fabio z zespołem dobiegła końca, jego miejsce zajął równie charyzmatyczny gardłowy:

Ivan Gianini. Ten urodzony w styczniu 1982 roku muzyk pierwszy raz wpadł mi w ucho w roku 2013 wraz z czwartą płytą symfoniczno power metalowego Derdian. Można powiedzieć, że to jego głos wprowadził zespół 2 całkiem nową erę, gdy po zakończeniu trylogii New Era [sic!] zaczęli wychodzić tematycznie poza ramy nakreślone przez starszych kolegów z Rhapsody. Limbo i rok młodszy od niego Human Reset to obok trzeciej Nowej Ery moje ulubione albumy zespołu. I choć Gianinni opuścił zespół w 2015 roku to po dwóch latach wrócił w jego szeregi i wspólnie nagrali kolejne dwa krążki, których najnowszy to tematyczny powrót do świata znanego z New Era.  Ale wróćmy do Vision Divine. Z zespołem Olafa Thorsena Ivan występował przez 6 lat a jego dziedzictwo to dwa dobrze przyjęte przez publiczność i krytyków płyty. W 2024 roku ukazał się również debiut międzynarodowego power metalowego projektu Violet Eternal, który swego czasu gościł u mnie regularnie a rok później pierwszy album wspomnianej już na wstępie supergrupy The 7th Guild. Widać, że w życiu artysty był to intensywny okres i być może jego odejście, dość nagłe, z VD związane było z chęcią skupienia się na innych projektach. Mimo tego, zaskakujące dla wszystkich zakończenia, nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło. Otworzyło to bowiem drogę do drugiego w historii zespołu powrotu a jego sprawcą został...

Michele Luppi, najlepiej wykształcony (dyplom  na Vocal Institute of Technology) całej trójki. Ten urodzony 7 kwietnia 1974 roku wokalista i klawiszowiec karierę muzyczną zaczynał w Mr. Pig - cover bandzie, nie zgadniecie, amerykańskiego Mr. Big. Później udzielał się jako muzyk, kompozytor i producent współpracując z wieloma znanymi hard-rockowymi artystami. W sierpniu 2003 roku dołączył do Vision Divine, gdy zespół pracował nad swoją trzecią płytą, Stream of Consciousness. Potem przyszły jeszcze dwie, Perfect Machine i 25th Hours, uważane dziś przez fanów za "klasyczne albumy zespołu". Artysta był w tym okresie dość zapracowany. W 2008 roku, w chwili swojego odejścia z Vision Divine miał już na koncie solową płytę, rozpoczętą współpracę z zespołem Los Angeles (w składzie m.in. Gregg Giuffria) a później założył chociażby melodic metalowy Killing Touch. Ważnym okresem w jego karierze była też współpraca z Whitesnake. Trwała ona dobre 10 lat a Luppi pełnił tam rolę klawiszowca i wokalisty wspomagającego. W 2010 roku pełnił rolę wokalisty podczas trasy koncertowej power metalowego Thaurorod a rok później dołączył do prog/powerowego Secret Sphere. Z tą kapelą związany był do 2020 roku, gdy jego miejsce zajął ponownie Roberto Messina. Jak widać nie tylko Vision Divine lubi powroty. A propos powrotów to wszyscy byli na pewno ciekawi jak ten comeback Luppi'ego do VD będzie wyglądać. Ja osobiście uważam po pierwszym odsłuchu A Clockwork Reverie, że może to być początek drugiej, wróć! Długiej i pięknej przygody.

Teraz jeszcze krótki akapit na temat playlisty. Jak zwykle w przypadku tego typu artykułów mamy po 10 utworów z każdym artystą, pięć z katalogu Vision Divine i pięć z innych zespołów i gościnnych występów. Każdy z wokalistów bowiem dość często udzielał się też na albumach innych kapel. W przypadku Fabio wybrałem tym razem jego bardziej progresywne współprace a jeśli chodzi o Ivana i Michele możecie się spotkać z kilkoma numerami z opisywanego przeze mnie przez 2 ostatnie miesiące Muzycznego Uniwersum Braci Danielsenów (czyli Eunomia i Legend of Valley Doom). Nic tylko słuchać!

I ostatnie zdanie na dziś - piszcie, które płyty lub pojedyncze utwory z katalogu panów Gianinni, Lione i Luppi lubicie najbardziej.

poniedziałek, 18 maja 2026

11.05-17.05.2026

 


Dzień dobry! W tym roku mieliśmy już różne tygodnie ale Aor-owo/death doomowy przytrafił mi się chyba po raz pierwszy. Czy ja to sprawka? Zaraz się przekonacie.

Po pierwsze Draconian, klasyka melancholijnego, gotyckiego death/doomu. In Somnolent Ruin to ich pierwsza płyta od 6 lat i pierwsza po powrotnej zmianie na stanowisku wokalistki. Moja przygoda z tą kapelą zaczęła się jeszcze w czasach Lisy i choć, pokochałem Heike w każdej jej odsłonie to ucieszyła mnie informacja, że po jej odejściu to właśnie oryginalna wokalistka wraca do zespołu. I jest to powrót triumfalny. Nowa płyta może nie ma w sobie tej eteryczności jaką gwarantował głos Heike ale Lisa z drugiej strony ma w sobie moc, którą najpełniej pokazuje w singlowym Cold Heavens. Ta rozpaczliwa desperacja, rozdzierający serce ból świetnie pasują do bardzo ekspresywnej, tym razem, muzyki. Niezwykłych kompozycji jest tu zresztą więcej. Anima z post-rockowym vibem dzięki gościnnemu występowi Daniela Anghede czy zaśpiewana z desperackim wyrzutem I Gave You Wings potrafią wciągnąć na długo. 

Tydzień później, czyli w ten piątek światło dzienne ujrzała płyta Nocturnes francuskiego Angellore. Już wcześniej pisałem o jednym z zapowiadających ją numerów, ponad 10-minutowym Falling Birds. Polubiłem ten utwór od pierwszego odsłuchu i zastanawiałem się czy cały album będzie utrzymany w tym, klasycznym death/doomowym klimacie czy jednak muzycy zaskoczą nas większą ilością gotyckiego rocka jak w pierwszym singlu. Ostatecznie wyszło tak 70/30 dla death/doomu, bo pozostałe 3 utwory to monumentalne, melancholijne kompozycje ale z fragmentami lżejszymi i większą obecnością czystego męskiego wokalu obok tradycyjnego duetu 'piękna i bestia'. W tym wszystkim jednak udało się zachować ducha Angellore i to jest najważniejsze.

Następnie mamy dwa zespoły oscylujące wokół death doomu, które już zakończyły bądź zawiesiły działalność - melodyjnie progresywny Barren Earth, na którego dwóch pierwszych płytach śpiewał bohater mojego piątkowego postu - Mikko Kotamäki i bardziej depresyjno-post rockowe Ghost Brigade, którego Disembodied Voices to jeden z moich ulubionych doom metalowych utworów ever. 

Wróciłem też do tegorocznej premiery, wydanej w zeszłym miesiącu Isle of Bliss fińskiego Hanging Garden, który po raz kolejny umiejętnie balansuje między melancholijnym death doomem (np Eternal Trees of Turquis) i nastrojowym gotykiem (dla odmiany Beneath the Fallen Sky). 

Przy całej sympatii dla death/doomu nie zapomniałem też całkowicie o jego dusznej, gruzowej odmianie. Tu wyróżnić trzeba Seven Trumpets - pierwszy studyjny dlugograj (po serii EPek i koncertówce) Skull Servant. Śledzę ich poczynania już od kilku lat i muszę przyznać, że dowieźli solidną porcję psychodelicznego stonera.

Nowy album zapowiedział za to ciekawym i wciągającym singlem brytyjski Green Lung. Evil in this House ma ten charakterystyczny dla nich okultystyczny sznyt choć klimatem bardziej zbliża się do powieści grozy niż pogańskiego folku jak przy okazji ostatniego krążka. Mówimy jednak o zespole, który śpiewał też o starych bogach czym puszczał oczko do miłośników prozy Lovecrafta więc 'wszystko zostaje w rodzinie'.

Teraz czas na inny zespół który na polu rocka gotyckiego i mrocznego, pogańskiego folku działa już przeszło 30 lat a tegoroczna płyta, Eternal monsters jest 28 w ich dyskografii.  Płytą, która rewolucji w brzmieniu grupy nie przynosi ale nie tego oczekuje obecnie od Inkubus Sukkubus. Czekałem na połączenie romantyzmu z mistycyzmem, gitar i syntezatorów z dzwonami w sekcji rytmicznej i przede wszystkim na nastrojowe melodie prowadzone wiecznie młodym głosem pani McKormack. 

Nie mogłem się też powstrzymać od ponownego zapadnięcia w Śnienie z lubelskimi Źrenicami. Ich połączenie psychodelii, doomu, stonera i folku to murowany kandydat do tytułu debiut roku a Inni znajdzie się z pewnością w pierwszej piątce najczęściej słuchanych w 2026-ym utworów. 

Z premierowych albumów moją ciekawość wzbudził debiut zespołu Ghoulstars, głównie ze względu na swoją horrorową estetykę. Po przesłuchaniu kilku utworów wiedziałem, że jestem w domu. Takiego połączenia horrobilly'owych Ghoultown z hard rockowym okultyzmem a la Bloody Hammers szukałem od dawna. Jest w tym i dynamika i slasherowo-westernowy klimat podane w dopracowanej choć nieco szalonej formie. Czy po kilku miesiącach The Dark Overlords of the Universe utrzyma się w mojej bibliotece czy będzie tylko chwilową ciekawostką - jeszcze się okaże. Na razie wchodzi aż miło.

Teraz druga połowa tygodnia czyli AOR i wszystko co w rocku, hard rocku i metalu przebojowe i melodyjne.  Tu palma pierwszeństwa należy się kapeli, która dała początek nurtowi zwanemu nową falą skandynawskiego hair metalu. Jak wiadomo chodzi o Crashdiet, którego najnowsza płyta kręci się u mnie nieprzerwanie już drugi tydzień. Art of Chaos jest godna swojej nazwy, bo choć nie ma tu jakiejś death metalowej łomotaniny ani połamanych dźwięków czy częstych zmian tempa, to czuć że kapeli daleko do uporządkowanego, analitycznego podejścia do muzyki. Jest głośno, jest przebojowo, jest hedonistycznie i to w tym wszystkim jest właśnie najlepsze. To muzyka do radosnego headbangingu i skakania po mieszkaniu z wyimaginowaną gitarą w ręku. 

Nadal często sięgam po nowe degreed, głównie za sprawą openera w postaci One Helluva Ride. Ten numer to prawdziwa hard rockowa, a może powinienem powiedzieć speed rockowa jazda bez trzymanki. 

Ejtisowe geny potrafili utrzymać w sobie też muzycy Hardline. Co prawda kapela powstała już w latach 90-ych ale muzycznie i duchowo mocno sięgała do poprzedniej dekady. Nie inaczej jest na najnowszej płycie zatytułowanej Shout, w pełnej melodyjnych i rytmicznych hard rockowych killerów. W tym tygodniu najczęściej słuchałem dwóch "o miłości" – Candy Love i Mother Love. 

Wokalista Hardline - Johnny Gioeli gości na dzisiejszej playliście jeszcze w jednej roli - nomen omen gościa w zamykającej nowy album power metalowej Rexorii power balladzie Heart of Sorrow. Ciekawy pomysł z zostawieniem tego typu kompozycji na koniec - taki moment jak po treningu gdy można wreszcie spowolnić oddech po intensywnych ćwiczeniach. A muzyka z Fallen Dimension na siłownię nadaje się idealnie. 

Kolejny tydzień gości u mnie też niemiecki Kingsmash i jego pierwszy longplay zatytułowany The Heart Remains at Home . Pokrótce można określić ich jako typowy dla naszych zachodnich sąsiadów miks hard rocka z heavy/power metalem. 

To nie wszystkie mariaże hard rocka z power metalem. Czy pamięta ktoś album Tinnitus Sanctus grupy Edguy? Na tym krążku Tobiasz Sammet z zespołem coraz mocniej zaczęli eksperymentować z brzmieniem, próbując uciec od klasycznego euro-powera. Udawało się to ze zmiennym szczęściem ale akurat ta płyta, gdzie słychać wyraźne inspiracje hard rockiem czy proto-metalem lat 70-ych (brudne gitary, organy Hammonda, bardziej poważne choć nadal groteskowe teksty) ma w sobie coś wyjątkowego (czego brakło na kolejnej Age of the Joker). Z jednej strony cieszyłem się gdy na Space Police wrócili do stylu z czasów Hellfire Club, z drugiej gdzieś tam jest we mnie niezaspokojona ciekawość co by było gdyby nie zarzucili tego akurat kierunku rozwoju. Na pocieszenie zostaje mi taki epicki Dragonfly, w którym prócz nowych dla zespołu elementów czuć echa innego hymnu, Vain Glory Opera. 

Wracając na chwilę do Rexoria, muszę powiedzieć że zawsze słuchając ich mam wrażenie, że barwa głosu wokalistki kogoś mi przypomina. W końcu jednak udało mi się ustalić kogo. Otóż jest to Federica de Boni z włoskiej heavy/power metalowej grupy White Skull. Zadowolony z tego odkrycia postanowiłem przypomnieć sobie moje ulubione utwory kapeli i stąd na dzisiejszej playliście znajdziecie chociażby poświęconą Evicie Peron Lady of Hope i muzyczny ale i życiowy manifest w postaci Ad Maiora Semper. 

Na koniec krótki thrash metalowy akcent. A w zasadzie już raczej groove metalowy.  Nie umiem tego wytłumaczyć ale w ostatnich tygodniach Sound of the White Noise siadł mi jak mało która płyta Anthrax i dużo chętniej sięgam po nią niż po klasyki pokroju Among the Living. Kilka dni temu ukazał się też (w końcu) nowy singiel amerykańskiej ekipy ale jeszcze nie wyrobiłem sobie na jego temat zdania. Na razie jest ok ale zobaczymy po kilku kolejnych odsłuchach.

Ok a teraz ja chciałbym zobaczyć Wasze kolaże i krótkie sprawozdania z ostatniego tygodnia. Czy będą jakieś crossovery czy się raczej stylistycznie rozminiemy? Każdą odpowiedź i tak będzie poprawna. A użytkownikom "zielonej platformy" zostawiam tradycyjnie tygodniówkową playlistę.




piątek, 15 maja 2026

Mikko Kotamäki - Playlista Tematyczna

 

Witajcie czytelnicy! Jeśli dobrze liczę, jest to już 15-y artykuł w całości poświęcony jednemu, konkretnemu muzykowi. Żeby uszczegółowić statystyki dodam jeszcze, że 6 z nich powiązanych było głównie z power metalem, 3 z rockiem/metalem progresywnym, 3 z hard rockiem i AOR (w tym Bjorn Strid równie mocno związany z melodeathem) a tylko dwa skupiały się na muzykach doom metalowych. W związku z tym, by wyrównać te dysproporcje, zważywszy na dość wyraźną obecność tego typu muzyki w mojej biblioteczce mam przyjemność zaprezentować Wam sylwetkę i muzykę Mikko Kotamäki'ego - jednego z najbardziej rozpoznawalnych wokalistów związanych z death/doom-ową sceną. 

Zacznijmy od notki biograficznej, choć nawet w Encyclopedia Metallum informacje o artyście są dość lakoniczne. Mikko urodził się 24 grudnia 1984 roku. Pierwsze kroki w świecie muzyki metalowej stawiał najprawdopodobniej już jako 14-latek w black metalowym Funeris Nocturum, pod pseudonimem Trmnt.xes lub po prostu Torment. Zaczynając od szybkiego i surowego blacku grupa przechodziła przez bardziej nasycony thrashem death metal by swój żywot zakończyć wydaniem płyty niemalże industrialnej. W 2004 roku z zespołu odeszli Mikko i grający na klawiszach Aleksi Munster a pozostali muzycy nie kontynuowali działalności z nowymi członkami.

W tym samym czasie Mikko był już związany z melodeathowym Enter My Silence, z którym nagrał wydaną w 2001 roku debiutancką Remotecontrolled Scythe

Od 2001 roku był już też członkiem zespołu, z którego kojarzy go pewnie najwięcej miłośników ciężkiego grania. Rok wcześniej Jukka Raivio założył bowiem grający death/doom Swallow the Sun. Zespół znany ze swojego melancholijnego stylu, kształtowanego przez ponad 20 lat i 9 albumów, stopniowo łagodzących ale jednocześnie wzbogacających brzmienie. 

W 2004 roku Mikko przyjął nowy przydomek i jako Goat Tormentor zaangażował się w projekty bliskie black metalowi. Najpierw w duecie z Atvarem jako fińskojęzyczna Verivala, w której odpowiadał nie tylko za wokal ale i gitary czy perkusje. Rok później rozpoczął zaś trwającą sześć lat przygodę z Alghazanth. Jej świadectwem są dwie symfoniczno blackowe płyty.

Kolejne lata przyniosły jeszcze krótki epizod w Empyrean Bane, zakończony nagraniem jednego dema i kilkuletni staż w Barren Earth, zespole, do którego ostatnio wróciłem po kilku latach przerwy. Wokal Mikko można usłyszeć na pierwszych demach kapeli i dwóch pierwszych płytach, z których debiute - Curse of the Red River to świetny przykład połączenia elementów melodeathu z doomowymi nastrojami. Do dziś potrafi mnie wciągnąć na długie godziny.

Pozostałe dwa zespoły, z którymi Kotamäki nagrywał regularnie płyty to death/doom/gothic metalowe Kuolemanlaakso (4 longplaya) i death/blackowe Hedonihil (debiut z 2019 roku).

Jak się pewnie domyślacie, Mikko ma na koncie też garść gościnnych występów. Wśród nich najciekawsze są współprace z m.in. legendarnymi Clouds, znanym Wam z moich ostatnich podsumowań melodic doomowym Hanging Garden,death doomowcami z Shores of Null czy z absolutną fińską rewelacją dla dzieci - zespołem Heavisaurus

W ostatnim roku natomiast, świat metalu zelektryzowała wieść, że Mikko Kotamäki wziął udział w trasie koncertowej z legendą doom metalu, brytyjskim My Dying Bride, zastępując (jako gość specjalny) samego Aarona Steinthorpe'a, którego kontakty z zespołem dość mocno napięły się, bądź jak uważa jedna ze stron - nadmiernie rozluźniły się. Obecnie nie wiadomo do końca jak potoczą się losy umierającej panny młodej ale jeśli Mikko miałby na stałe stanąć za mikrofonem myślę, że dam im szansę. Przez szacunek dla artysty jak i dla legendy My Dying Bride.

Podsumowując, widzicie sami, że Mikko może pochwalić się ciekawą karierą i dużą liczbą nagranych płyt, z czego niektóre weszły już na stałe do kanonu doom metalu. Jego zainteresowania wybiegają jednak poza tę niszę i myślę, że eksploracja innych, mniej znanych dzieł wokalisty będzie dla Was ciekawym doznaniem. Ja już nie mogę się doczekać gdy włączę play w przygotowywanej do tego artykułu playliście. A na niej już tradycyjnie utwory nagrane przez artystę z różnymi projektami - i jako główny gardłowy i w ramach gościnnego udziału. Miłego odsłuchu i dajcie znać, który utwór śpiewany przez Mikko jest Waszym ulubionym!

Playlista: The Best of Mikko Kotamäki

poniedziałek, 11 maja 2026

04.05-10.05.2026

 


Poniedziałek przywitał mnie istną nawałnicą - zarówno obowiązków zawodowych jak i bardziej przyziemnie, ulewnym deszczem który nawiedził Małopolskę.W chwilach wytchnienia piszę więc to podsumowanie, szukając odpowiedzi na jedno pytanie - czy ostatnie siedem dni były równie intensywne muzycznie? 

Na pewno jak grom z jasnego nieba spadła na mnie płyta The Heart Remains at Home niemieckiego zespołu Kingsmash. Nigdy wcześniej o nim nie słyszałem bo i też rzeczony album jest ich pełnometrażowym debiutem. A co na nim się mieści, ze tak mnie wzięło? Prawdziwie niemiecka muzyka - miks hard rocka, heavy i power metalu. Taki solidny jak niemiecka stal - nie ma tu miejsca na dzwoneczkowe klawisze, jest mocna perkusja, ostre gitary i mało śpiewny ale pasujący do muzyki, surowy falset. O skali tego zjawiska niech zaświadczy fakt, że od momentu pierwszego odsłuchu utwór Sparrow przesłuchałem już ponad 20 razy. 

Przyjemnie zaskoczyła mnie power metalowa Rexoria, gdyż jej poprzednie albumy jakoś nie potrafiły mnie do siebie przekonać. Na szczęście najnowsze wydawnictwo - Fallen Dimension ma w sobie to coś i w przeciwieństwie do poprzedników po pierwszym odsłuchu zostaje mi w głowie coś więcej niż tylko jeden utwór. 

Od razu śpieszę z wyjaśnieniem, że pomimo mojego zachwytu nad utworem So They Say, debiutancki album grupy Godspear ma w sobie również kilka innych bardzo udanych kompozycji. W tym tygodniu szczególnie zamiłowanie poczułem do podniosłego ale i dynamicznego Of Glorious Past

Skoro już mowa o epickim, teatralnym wręcz power metalu cofnąłem się w czasie o kilka lat by ostatecznie zamknąć muzyczne uniwersum rodu Danielsen i sięgnąłem po drugą część The Chronicles of Eunomia. Szybkie i melodyjne kompozycje, klimat magii i miecza a także umiejętny dobór gości specjalnych sprawiają że jest to świetna propozycja dla wszystkich czekających na mającą niedługo nadejść czwartą część Legend o Dolinie Zagłady.

Opowieść jest także sednem najnowszej epki symfoniczno metalowego zespołu Whiteabbey. Trilogy II: Sweet Revenge oparta jest o historię Fabryki Czekolady Willy Wonky, rozsławionej przez dwa kasowe filmy. Przyznam się, że pochodzącym z Irlandii Północnej muzykom udało się oddać ten wcale nie tak bajkowy (jak pewnie wiecie i co tytuł też sugeruje) klimat. 

Wracamy do zjawisk atmosferycznych w przebiegu dzisiejszego podsumowania. To co bowiem zrobiła ze mną długo oczekiwana, nowa płyta Draconian można określić dosłownie krajobrazem po burzy. Ta przytłaczająca melancholia, atmosfera nie tyle smutku ile rozpaczy ale i gniewu, który tak wybrzmiewa w mocnym jak nigdy głosie Lisy w znanym już z singla Cold Heavens. To jednak nie wszystko, album jest urozmaicony i choćby Anima, gdzie swój gotycko-postrockowy pierwiastek po raz kolejny dodaje Daniel Anghede to drugi koniec doomowego spektrum. Nie można też zapomnieć o growlingu i poetyckich tekstach Andersa Jacobssona, które dopełniają tego (śmiertelnego) piękna.

Zespołem w niczym nieustępującym Szwedom, choć mniej znanym jest fiński Red Moon Architect. Rok temu wydali udany album October Decay ale ja tym razem odświeżyłem sobie drugi w ich katalogu Fall z 2015 z subtelnym choć przejmującym, klawiszowym This Won't Fade.

Miłośnicy takiego właśnie gotyckiego podejścia do doom czy też może death/doom metalu mają ostatnio dużo powodów do radości? Nie brzmi to doomowo, może do satysfakcji? Inną warta uwagi płytą jest Katabasis portugalskiego A Dream of Poe, z tą różnicą że tu growling sąsiaduje z męskim, czystym, wręcz momentami aksamitnym i emocjonalnym głosem.

Ostatnio znalazłem też czas na dwa zespoły, które już dokonały (bądź zawiesiły na czas nieokreślony) swego muzycznego żywota. Jednym z nich był progresywny melodeath/doomowy Barren Earth z a drugim wywodzący się również z death/doomu i stopniowo wplatający coraz więcej post-rockowych elementów Ghost Brigade. Oba z Finlandii, oba potrafiące kreślić niepokojące, mizantropijne pejzaże.

Nadszedł czas na kolejny grom z jasnego nieba, tym razem stonerowego. Jakiś czas temu pisałem Wam o odsłuchiwaniu całej dyskografii amerykańskiego REZN. Psioczyłem wtedy trochę na ich ostatnie dzieło, choć jak pewnie pamiętacie udało nam się w końcu polubić. Burden ukazało się rok po poprzedniej płycie i trochę było czuć zmęczenia materiału. Ale cóż to. W środę nagle pojawił się utwór Cloudfall a z nim zapowiedź kolejnego krążka. I niech mnie, widać że ekipa dobrze wykorzystała ostatnie kilka lat. Jest tu wszystko co w tej psychodelicznej, stonerowego jeździe najlepszej, włączając w to niesamowicie sugestywną melodię która wpada od razu do głowy.

Co jeszcze? Chociażby najbardziej industrialny Moonspell czyli The Butterfly Effect. Różne opinie krążą nt tego albumu, ja jednak mam wrażenie, że w tym chłodnym, nieco mechanicznym, zdehumanizowanym stylu czuć moonspellowy gotyk choć podany w nietypowej ale wcale nie gorszej formie. 

A jaka tam muzyczna pogoda w Kraju nad Wisłą? Raczej nie bezchmurnie, bo ani noise rockowy Zespół Sztylety ani nastrojowy hurdy gurdy metal, grany przez Michalinę Malisz z zespołem Lyrre to nie jest najbardziej pogodna muzyka. Ma jednak inne zalety i tak odpowiednio Wszystkie Rany Niezabliźnione i Nothing Is Promised to odpowiednio gorzkie autorefleksje podlane buntem i muzyczne studium niepewności i ulotności z lekko średniowiecznym w formie ale nie treści sznytem.

Bardzo ciekawie prezentuje się debiutancki dlugograj thrash metalowego Fantom. Na Breathtaking... panowie wyraźnie odwołują się do klasyki gatunku ale robią to w przemyślany sposób, tworząc amalgamat większości nurtów jakimi od lat 80-ych po czasy nam współczesne płynął thrash. Jest nawet tam miejsce na swoistą power balladę w postaci Wooden Weapon ale i na różne muzyczne żarciki (jak choćby wariacja na temat surf rocka w jednym z singlowych numerów). W skrócie krążek, który rodzimej scenie zdecydowanie ujmy nie przynosi.

Jedni odwołują się do klasyki metalu, inni są tą klasyką. Już się pewnie domyślacie że jestem po odsłuchu i nowego Venom i Darkthrone, czyli kapel które kładły podwaliny pod współczesny black metal, choć albo nigdy go nie grały w tej najbardziej znanej formie lub nie grają już od dawna. Jednak nadal jest między nimi wiele podobieństw, choć nie poradzili sobie z zadaniem nagrania nowego albumu jednakowo. Venom niestety prócz wyraźnych odwołań do legendarnej już płyty Black Metal nie proponuje na Into Oblivion nic ciekawego. Samo Lay Down Your Soul (tak, aż tak wyraźne odwołanie) nie uratuje krążka, na którym pozostałe 12 pozycji zlewa się ze sobą. Co innego norweski duet, który przez lata aktywności przechodził od progresywnego deathu po brudny, surowy black by potem zachłysnąć się crist punkiem i w końcu zatoczyć krąg i coraz bardziej wpadając w proto, lub może właśnie pre-historic metalowe klimaty. I kurczę, w każdej z tych odsłon radzą sobie wyjątkowo a Venoma cóż, tym razem zjadają na śniadanie.

Jedną z zalet prowadzenia muzycznego bloga jest znajdowanie zespołów, o których mało kto słyszał. Albo może właśnie ta zdolność sprawia, że w końcu zaczynamy dzielić się naszymi odkryciami że światem? Nie ma co tego jakoś mocno rozkminiać. Ważne, że takie odkrycia się zdarzają a tym razem był nim nowojorski Melidian, grający melodyjny hard rock/AOR. W 1989 roku wydali oni swój jedyny album, Ready to Rock pełen gitarowych, melodyjnych i pełnych rock'n'rollowego wigoru kawałków. Ja przy ich hard rockowych hymnach bawiłem się bardzo dobrze i do tego samego zachęcam Was.

Moi czytelnicy wiedzą, że wirusowy hair metal nie umarł wraz z końcem rzeczonej dekady. Zwłaszcza w Skandynawii w drugiej dekadzie nowego stulecia zaczęło działać wiele zespołów inspirujących się tą sceną, co zostało nawet ochrzczone mianem new wave of scandinavian hair metal. Sztandarowym przykładem jest szwedzki Crashdiet, niosący mimo wielu przeciwności dumnie w górze chorągiew glam metalu na kolejnej udanej płycie zatytułowanej Art of Chaos. 

Nadal chętnie sięgałem też po inną szwedzką melodyjną kapelę - Creye i ich czwartą płytę. Łagodniejsi, bardziej jednak AORowi niż Crashdiet ale również potrafiący wbić się do głowy swoimi przebojowymi melodiami. I co ważne, w kontekście przekombinowanej nieco IIIki - tym razem z dużym luzem i lekkością, taką powiem nawet autentycznością a to w muzyce rockowej najważniejsze.

Okej, miałem pisać w przerwach w pracy - jest 23 z hakiem i w końcu się wyrobiłem. Wrzucam więc Wam też link do playlisty, może komuś potrzeba energetycznego hard rocka, epickiego powera lub melancholijnego doomu na drugą część nocy lub następny dzień - wystarczy kliknąć play. Wszystkich też zachęcam do pochwalenia się swoimi statystykami odsłuchów z minionego tygodnia. G'nite!

Playlista: 10.05.2026

Najpopularniejsze