W zeszły poniedziałek podsumowywałem tydzień określony przeze mnie mianem misz-maszu. Cóż, siedem dni później czas na jeszcze bardziej chyba zróżnicowany gatunkowo artykuł.
Zacznę może jednak tradycyjnie - od mojego ulubionego power metalu. Rok bieżący jak na razie nie zawodzi i obfituje w wiele ciekawych premier, także wśród debiutantów. Najlepszym przykładem jest Turn to the Light międzynarodowego projektu Godspear, który potrafi w galopady a melodie udekorowane charakterystycznym głosem Konstantina Naumenko to prawdziwa uczta dla uszu. To właśnie drugi na trackliście So They Say jest najczęściej aktualnie słuchanym przeze mnie numerem.
Mijają kolejne tygodnie od premier odpowiednio drugiego i trzeciego albumu islandzkiego Power Paladin i szwedzkiego Evermore a ja mogę tylko rzec, że skandynawski power prezentuje świetną formę. Nie zdziwię się, gdy przynajmniej jeden (a może i dwa) z tych krążków trafi do rankingu najlepszych płyt tego roku. I to nie tylko w swojej kategorii.
W piątek premierę miał też nowy album grupy Victorius. World War Dinosaur w dalszym ciągu eksploruje dinozaurobotowe lore, przywodzące na myśl pierwszy sezon Power Rangers. Trochę tylko w tym wszystkim jest coraz więcej "cheese'u" a mniej porywających solówek, zapadających w pamieć hymnów i miażdżacych galopad. Robi się bardziej cyfrowo i komputerowo a trochę mniej w tym "ducha". Płyty słucha się szybko, nawet bardzo ale po odsłuchu nie zostaje w głowie tyle co choćby przy kapitalnym Space Ninjas From Hell. Ale to jest trochę pułapka, w którą wpadają zespoły okupujące dość wąskie nisze - gatunkowe lub tematyczne.
Mam wrażenie, że podobna przypadłość zaczyna pomału trapić niemiecki Powerwolf. Od Sacrament of Sin kazda kolejna płyta wydaje się być pisana według tych samych schematów. Na szczęście i Call of the Wild i Wake Up the Wicked bronia się rozmachem, melodiami i klimatem, to czuć już tą powtarzalność. Stąd z takim zamiłowaniem wracam do początków ich działalności, w tym do najbliższego memu sercu (bo pierwszemu poznanemu) concept albumu Lupus Dei. To tu znajdziemy chociażby taki koncertowy killer jak When The Moon Shines Red, do zapoznania z którym serdeczenie zapraszam. Szkoda tylko, że choć byłem na ich koncertach i w 2016 i 2024, to nigdy go na żywo nie usłyszałem...
W minionym tygodniu dokończyłem też power metalową trylogię Mariusa Danielsena. Trzecia część Legend of Valley Doom to płyta świetna i kto wie, czy nawet momentami nie stawiłbym ja wyżej od debiutu. Na pewno obsada jest z dotychczasowych części najbogatsza, gdyż obok starej gwardii w postaci świetnego jak zawsze Daniela Heimana mamy też Alessandro Contiego, Marco Pastorino czy Ralfa Scheepersa - taki power metalowy creme de la creme ;) Na dzisiejszą playlistę wrzuciłem trzy moje absolutnie ulubione numery, z których każdy to soczysta, powerowa galopada.
Pozostając po stronie "melodyjnych" gatunków dwa zdania poświęcę twórcom hard-rockowo/glamowo/AOR-owym. Tu oczywistym wyborem jest zadziorna i "niegrzeczna" Chez Kane z trzecim krążkiem pt. Reckless (tytuł świetnie oddaje charakter wokalistki). Nie można tez nie wspomnieć o wydanej przed kilkoma dniami nowej płycie weteranów z Hardline. Nie osłuchałem się jeszcze dość dobrze z Shout ale wydany wcześniej na singlu utwór tytułowy trzyma poziom. Warto wspomnieć, że niedługo zespół odwiedzi po raz pierwszy Polskę więc będzie szansa posłuchać tego na zywo (choć ja już niestety mam inne, nieprzekładalne plany na ten dzień...)
Na pograniczu hard rocka i metalu (w zależności od tego jak true jesteśmy) plasuje się nu metal. Gatunek jak się okazuje dość szeroki i otwarty na różne inne, nowoczesne inspiracje. I choć może nic z takiego czystego nju nie słuchałem, to można do tej grupy zaliczyć Static-X. Dużo więcej tu industrialu, elementów rapu czy electropopu (tak czuję) to jednak płyta Shadow Zone ma w sobie coś, co potrafi na dłużej przyciągnąć.
Jedyną w swoim rodzaju muzykę gra na pewno brytyjski Skindred. Wg Wikipedii łączą oni ze sobą metal, punk, reggae, dancehall i drum'n'bass (ło matko...). Brzmieniowo jednak najlepiej określić ich mianem reggae lub ragga metalu. Lata temu miałem fazę na płytę Roots, Rock, Riot ale później nie śledziłem ich kariery. W piątek wydali płytę You Got This, którą z ciekawości sobie odpaliłem i kurza twarz, dałem się ponieść. Industrialowe rytmy, karaibski flow, rap przełamywany wpadającymi w ucho melodiami. Coś jakże innego od mojej muzycznej rutyny a może właśnie czegoś takiego było mi trzeba? Nie spodziewałem się, a jednak "I Got This" :P
Zupełnie też nie spodziewałem się, że w poprzedni weekend nową i jak się okazuje, pożegnalną płytę wyda heavy/doomowy Spirit Adrift. Było co prawda ogłaszane przy okazji premiery niealbumowego singla, Eternal Celestial Energy, że długograj ukaże się w tym roku ale dokładna data była totalnym zaskoczeniem. Stąd też dopiero od poniedziałku udało mi się poświęcić więcej czasu temu krażkowi i jest to ten rodzaj albumu, którym można się żegnać z duma i podniesioną głową. Choć nastrój i okoliczności towarzyszące Infinite Illumination nie należą do najszczęśliwszych. Problemy rodzinne i zdrowotne, walka z przeciwnościami losu, upadanie i wstawanie, poświęcenie i wypalenie - czuć to każdą sekundą, każdym riffem i każdym wydartym z głębi duszy słowem. I można tu prawić wzniosłe frazesy, klepać po plecach i powtarzać, że jeszcze się wszystko ułoży. Ale czasem lepiej po prostu usiąść i posłuchać...
Emocje tak namacalne a jednak tak ulotne niczym babie lato wypełniają też A Dark Poem Part II: Sanguis grupy Green Carnation. Jest tu doom metalowa melancholia i prog-rockowa nastrojowość, snute przez gitarę opowieści czasem wzmocnione sa bardziej ekstremalnymi formami wyrazu, nie tracąc jednak nic ze swej spójności.
Bardzo spójny w swej różnorodności jest też nowy krążek amerykańskiego Kolm. Nowczesny rock progresywny, w którym znajdzie się miejsce i na syntezatory i cieższe, iście metalowe fragmenty - tak w skrócie można opisać Yugen. Jednocześnie jest to płyta łatwo trafiająca do słuchacza (duża w tym zasługa melodyjnych, przystępnych wokali) i bogata w artystyczne smaczki, zapraszająca do kolejnych seansów, w celu dostrzeżenia nowych wątków, warstw i interpretacji. Ja to zaproszenie z ochotą przyjałem, a Wy?
Wiem, że przeszedłem już do prog-rocka ale ten Green Carnation mi tak jakoś emocjonalnie mocno rezonował z klimatem Spirit Adrift. Wrócę jeszcze na chwilę do doom metalu a w zasadzie do stoner/doomu. Bardzo fajnego stoner/doomu bo prowadzonego przez wyrwane rodem z lat 70-ych organy Hammonda. Fangus to zespół z Qubecu w Kanadzie a więc z rejonu bardziej znanego z grup neo-progresywnych niż kamieniarskich. Panowie jednak w swojej lidze radzą sobie świetnie i mogę powiedzieć, że to jedno z moich najciekawszych odkryć w tym gatunku w ostatnim półroczu. Polecam więc jak najbardziej album Emerald Dream - 4 miejsce w kwietniowym DoomCharts nie przyznaje się za ładny uśmiech ;)
Mówiąc o odkryciach. Jednym z najważniejszych w zeszłym roku był u mnie (i u niektórych kolegów po fachu) zespół Astronoid. Ich ostatnie dzieło zatytułowane Stargod w dwa miesiące od premiery przebiło się do mojej topki za cały 2025 a przecież są i redaktorzy, u których zebrało najwyższe laury. Był to mój pierwszy kontakt z muzyką post-metalowo/shoegazeowo zespołu. Od pewnego czasu więc planowałem odsłuch wcześniejszych krążków i tym własnie sposobem siegnąłem po starszy o trzy lata Radiant Bloom. To co się rzuca w uszy od razu, to większa eteryczność kosztem przebojowości, od której Stargod aż kipiał (choć nadal to była taka subtelna przebojowość). Bardziej intensywnie też pracuje perkusja, wspierając wszechobecne ściany dźwięku. W tej właśnie pracy sekcji rytmicznej można upatrywać pewnych thrashowych naleciałości, choć trzeba się mocno wsłuchać. Sami muzycy jednak tak właśnie określają swoją twórczość - dream thrash a to chyba właśnie autor powinien najlepiej wiedzieć, co autor [sic!] miał na myśli.
To był dream thrash. Teraz czas na prawdziwie rasoy thrash, czyli wchodzący w skład Wielkiej Czwórki Anthrax. Już ostatnio pisałem, że wędruję sobie po dyskografii zespołu, skacząc od klasyków po nowocześniejsze (i już nie tak czysto thrashowe) albumy. Ten rozstrzał w ostatnim tygodniu był zresztą dość pokaźny, bo najwięcej czasu spędziłem przy "dwójce" czyli Spreding the Disease z 1985 roku i późniejszej o, bagatela, 26 lat Worship Music. Co ważne, obie cenię i chętnie do nich wracam.
Żeby potwierdzić tezę o misz-maszu czas na wyjątkowo sporadycznie goszczący u mnie gatunek. Metalcore był dla mnie od zawsze taką lżejszą wersją melodeathu, z agresywnymi wokalami przeplatanymi czystymi partiami ale gitary i perkusja nie miały aż takiej intensywności niż w goteburskim brzmieniu. Zdarzają się jednak kapelę, które grając metalcore z pasją i zaangażowaniem zwracają moją uwagę. Jednym z nich jest warszawskie Deadly Nightshade, które nie tak dawno wydało swoją debiutancką EP-kę. Fatum Ultimum to 22 minuty muzyki agresywnej, trochę połamanej a kiedy trzeba wystarczająco ale też nie nadmiernie melodyjnej. Wśród sześciu, a w zasadzie czterech bo dwa to krótkie minutowe "etiudy" numerów szczególnie wyróżniłby Never Let You z fajnym zwolnieniem w refrenie, rozdzielającym brutalizm od refleksji. Podsumowując, nawet jeśli zazwyczaj omijacie metalcore to dla chłopaków zróbcie wyjątek, bo czuję, że dużo dobrego jeszcze przed nimi.
Na sam koniec ekipa o bardzo niecodziennej nazwie The Neptune Power Federation. Wielu z Was może widzi ją po raz pierwszy ale na łamach Muzycznej Kroniki ten australijski ansambl gościł już w marcu '24 przy okazji poprzedniej płyty Goodnight My Children. 10 kwietnia światło dzienne ujrzał zaś najnowszy krążek grupy, Mondo Tomorrow - zobaczcie, kolejna premiera, której się nie spodziewałem i kolejna, która zostanie chyba ze mną na dłużej. Co mogę powiedzieć o tej płycie? Brzmieniowo nadal mamy tu psychodeliczny, okultystyczny hard-rock, który spodoba się na pewno wielbicielom Lucifer , Coven czy Blood Ceremony. Ja te trzy zespoły lubię więc na pewno będę się w Mondo... zasłuchiwał.
Tak wygląda mój, wzbogacony o kolejne nuty, muzyczny ratatouille. Jestem ciekaw, jak Wam minął tydzień. Czy raczej mono-gatunkowo czy równie lub nawet bardziej różnorodnie jak mi. Czekam na podsumowania, kolaże i refleksje Wasze :) Playlista jak zwykle poniżej.






