Playlist Everyday - Moja Muzyczna Kronika
Myślą przewodnią bloga jest dzielenie się moimi gustami muzycznymi z innymi, w duchu starego dobrego last.fm. Prezentuję na nim krótkie, cotygodniowe podsumowania aktualnie słuchanej muzyki, rankingi i zestawienia połączone jakimś tematem przewodnim. Do każdego postu staram się dołączyć link do dedykowanej mu playlisty na Spotify. Zapraszam do lektury szczególnie miłośników ciężkich brzmień - rocka i metalu.
poniedziałek, 14 września 2026
07.09-13.09.2026
sobota, 12 września 2026
Roine Stolt - Playlista Tematyczna
Jakiś czas temu przy okazji artykułu o płytach śpiewanych w innych językach niż angielski (i polski) wspomniałem o swojej fascynacji szwedzką sceną progresywną, w tym między innymi latami 70-ymi. Dziś pragnę pociągnąć dalej ten temat, choć obiecuję, że dobijemy na pewno też do współczesności. Chciałbym bowiem przedstawić Wam artystę, który od 50 lat jest jedną z głownych postaci skandynawskiego rocka progresywnego. Panie i Panowie, Roine Stolt!
Na początek garść faktów z biografii muzyka. Roine Stolt urodził się 5 września 1956 roku w Uppsali, co oznacza, że nie tak dawno skończył 70 lat. Swą przygodę z muzyką zaczął natomiast jeszcze przed 15-ymi urodzinami jako basista w lokalnych zespołach rockowych.
W 1973 roku został gitarzystą zespołu Orexis a już rok później dołączył do Kaipy, z którą nagrał trzy pierwsze płyty, do dziś uważane za kanon skandynawskiego prog-rocka, zwłaszcza dzięki umiejętnemu łączeniu elementów symfonicznych, art-rockowych i szwedzkiej muzyki ludowej. Po pięciu udanych latach ich drogi jednak się rozeszły. Kaipa pod wodzą Hansa Lundina wydała jeszcze dwa albumy i zawiesiła działalność a Stolt sformował nowy zespół o nazwie Fantasia. Po nagraniu dwóch albumów, muzyk skupił się jednak na działalności solowej. Swoje muzyczne pasje realizował m.in. jako gitarzysta sesyjny, koncertowy, producent (w ramach własnej wytwórni Foxtrot Music) czy aranżer. Obracał się wówczas w bardzo szerokim spektrum gatunków muzycznych, od rocka symfonicznego przez blues, jazz, funk czy pop. Taki właśnie miks muzyki popularnej i wyszukanego rocka możemy usłyszeć na jednej z jego solowych płyt pod tytułem The Lonely Heartbeat.
Najważniejszym jednak albumem z tego okresu działalności muzyka był powstały na fali progresywnego odrodzenia The Flower King. Położył on podwaliny pod zespół nazwany od tytułu płyty The Flower Kings, który przez kolejne kilkadziesiąt lat aż do dziś głównym obszarem muzycznej ekspresji Roine Stolta. Jest już kolejny możemy prześledzić artystyczne ewolucje muzyka choć u podwalin "kwietnych królów" leżała chęć powrotu do starej dobrej Kaipy lat 70.
Która nota bene wróciła w 2002 roku i to ze Stoltem na pokładzie. Wydana wówczas płyta Notes from the past pokazała zespół w odnowionym składzie na niezwykle malowniczą, bogato aranżowaną i po prostu magiczną muzykę. Minęło kilka lat i Roine znów rozstał się ze swym pierwszym zespołem. Nie było to jednak całkowicie zakończenie tej historii. W 2014 powstała Kaipa da Capo, w której składzie obok Stolta znaleźli się Ingemar Bergmann i Tomas Errikson, oryginalni członkowie zespołu z pierwszego okresu działalności. Wspólnie wydali jeden album, tak jak przed laty w całości po szwedzku.
Roine Stolt zaangażowany jest też w kilka progresywnych supergrup - Translatlatic, obok takich tuzów gatunku jak Neal Morse czy Mike Portnoy oraz The Sea Within, gdzie partnerują mu m.in. Jonas Reingold i Daniel Glidenlöw. Tego typu ciekawych współprac jest zresztą więcej - duet z Jonem Andersonem, projekt Agents of Mercy z chociażby Nadem Sylvanem czy udział w nagraniach płyt The Tangent i Karmakanic, trasy koncertowe u boku Steve'a Hacketta i wiele wiele innych.
Niewielki ułamek każdej z nich choć mam nadzieję że reprezentatywny dla stylu każdej grupy spróbowałem zawrzeć na playliście, którą dołączam do tego artykułu. Jej tytuł The Best Of nie jest przesadny, ponieważ Pan Artysta to zdecydowanie najlepszy z najlepszych w swoim gatunku. A Wy, drodzy czytelnicy, czy macie swoje ulubione albumy, na których słychać gitarę, bas, wokal lub producencką dłoń naszego dzisiejszego bohatera? Czekam na wasze komentarze i propozycje do odsłuchu.
Playlista: The Best of Roine Stolt
poniedziałek, 7 września 2026
31.08-06.09.2026
Pierwszym singlem promujacym najnowszy album szwedzkiego Besvarjelsen było Didn't Come to Party. Parafrazując ten tytuł, ja dziś też na przyjęcie nie zapraszam ale mam nadzieję, że lektura niniejszego podsumowania i odsłuch playlistowej "tygodniówki" przyniesie Wam tyle dobrej zabawy co niejedno "party". Zatem let's go.
Właśnie, Besvarjelsen, pochodząca ze Sztokholmu grupa narobiła swym nowym LP niemałego zamieszania. Dość powiedzieć, że Till Glomskam ad Oblivionem wygrało sierpniowe zestawienie Doom Charts. I zero zaskoczenia, bowiem jest to świetny przykład płyty mającej w sobie tyle samo psychodelicznego fuzzu co rock'n'rollowego pazura a głos Lei Amlang Alazam niesiony stonerowo-bluesowymi gitarami wbija się do mózgu nieubłaganie, hipnotyując i przyprawiając o bardzo przyjemne drżenie. Prócz wspomnianego singla, do najjaśniejszych punktów płyty należą też drugi "przebój" w postaci Accelerating Hearts czy bardziej majestatyczne Battles. Już dla tych trzech kawałków warto sięgnąć po album ale zapewniam, ciężko znaleźć na nim tzw "fillery".
Fani ciężkiej psychodelii i doom metalu znają też na pewno najnowszy krążek amerykańskiego REZN. Cycles in the Infinite Dream jest z nami już dobrych kilka tygodni ale cały czas ma w sobie coś, co sprawia, że nawet przy n-tym odsłuchu odkrywamy jakieś nowe smaczki a coraz to inny utwór staje się dla nas tym "naj". Jeśli o mnie chodzi, to na pierwsze miejsce wróciło Escher ale też w łaski wkradła się zamykająca krążek Terra Preta.
W zeszłym tygodniu zamknałem też kilkumiesięczną eksploracje dyskografii Candlemass, robiąc sobie jeszcze raz małe resume ulubionych płyt mistrzów epickiego doomu. Do odtwarzacza trafiały więc przede wszystkim przełomowy Epicus..., najlepszy z Messiahem Ancient Dreams i najlepszy z Robertem Lowe Death Magic Doom a także ostatni długograj - Sweet Evil Sun, który wprowadził "świeczki" do grona moich absolutnie uwielbianych wykonawców.
Odchodząc już od stonera i doomu ale pozostając wśród relfeksyjno-melancholijnej muzyki nie sposób nie wspomnieć o katowickim trio przeprosiny i ich fonograficznym debiucie zatytułowanym femme. Łącząc ze sobą cechy rocka alternatywnego, shoegaze'u i emo panowie potrafią wyczarować niezwykle subtelne i wrażliwe obrazy, choć kiedy trzeba dodają też szczyptę agresji, złości i rozpaczy. Ta poetyckość najwspanialej wybrzmiewa w księżycowych pustkowiach, gdzie muzyczny minimalizm tym bardziej wzmacnia liryczny przekaz utworu.
O miłości pisać i śpiewać w sumie można na różne sposoby. W taki bardzo pozytywny sposób robi to Pride of Lions w utworze I'll Be Your Rock, pochodzacym z wydanej w lipcu płyty Unbridled. W kategorii AOR jest to jedna z moich ulubionych piosenek wydanych w tym roku a i cały album zapewne będzie wysoko w całorocznych podsumowaniach.
Jeśli sa jeszcze wśród czytelników strony osoby, które nie do końca rozumieją co to ten cały AOR, od razu wyjaśniam że obecnie tak nazywa się melodyjne i przebojowe rockowe bądź hard-rockowe granie. Z takiego ostrzejszego, melodyjnego hard rocka mam też dziś dla Was coś jeszcze - pochodzący z Atlanty zespół Kickin Valentina, którego nowy krazek Anthems of the Underground zwrócił moją uwagę szczególnie za sprawą singlowego Silver Moon, dynamicznego i łatwo wpadającego w ucho bangera.
W kwestii power metalu udało mi się, mam nadzieję, z nawiązką nadrobić czas spędzony z norweskim Triosphere i ich naprawdę solidnym krazkiem Oceans Above, Stars Below. Dwanaście lat po genialnym The Heart of the Matter zespół nadal jest w stanie wykrzesać z siebie wysokiej klasy proggujący power metal a pełniąca również rolę basistki Ida Haukland znów wkłada w swój głos tyle samo drapieżności co emocji. Słucha się tego albumu szybko i przyjemnie a melodie takich kawałków jak Of Tyrants, Shorelines czy Cadence of Chaos wibrują w głowie jeszcze jakis czas po zdjęciu słuchawek. Tak, zdecydowanie warto było czekać tak długo na nowy materiał tej ekipy, choć mam nadzieję, że kolejne wydawnictwo pojawi się zdecydowanie szybciej ;)
Węgierska scena power metalowa zrodziła kiedyś niesamowity zespół jakim był Wisdom. Informacja o zawieszeniu/zakończeniu działalności zasmuciła mnie mocno ale po kilku latach mogę powiedzieć z radością, że w kraju "bratanków" znów działa sztosowa powerowa kapela a nazywa się Burning Sun. Kwartet z Debreczyna ma na swym koncie już trzy albumy studyjne ale to dzięki ostatniemu z nich, Power to Survive poznałem ich twórczość i słucham namiętnie z tygodnia na tydzień, zwłaszcza niosącego piękne przesłanie Light of the World.
Oba wyżej wspomniane krążki jak i ostatnia część neoklasycystycznej trylogii wydanej pod szyldem Marc Garau's Magic Opera zatytułowana The Final Flight to według mnie najlepsze powerowe płyty ostatnich 2-3 miesięcy i nie zmieniła tego niestety najnowsza odsłona Kamelot. Dark Asylum jest co prawda przyzwoite, bardzo dobrze zagrane ale brakuje jej tego nienazwanego, nieokreślonego "czegoś" co sprawia, że dany album jaśnieje nieco mocniejszym blaskiem niż tuzin pozostałych, tego nomen omen "light of the world"...
Dwa tygodnie temu pisałem artykuł o rockowych i metalowych trylogiach, wspominając między innymi o epic/speed/power metalowym zespole Virgin Steele. Tak się właśnie składa, że od tamtej pory coraz częściej sięgam (po długiej, długiej przerwie) po The Marriage of Heaven and Hell (obie części) i czerpię z ich odsłuchu naprawdę sporo przyjemności. Wokal deFeisa to złoto i kazdy fan metalu powinien go choć raz usłyszeć. Serio.
Teraz pora na nieco agresywniejsza odmianę metalu, czyli thrash, choć zdaniem wielu Flotsam & Jetsam ma w sobie teraz więcej ze speedu czy nawet powera. To są jednak tylko etykietki a Rats in the Temple to kawał świentego, szybkiego i ostrego grania. Melodie są i dobrze, bo dzięki nim takie perełki jak The Ghost Behind My Door, Absolution czy Harvesting the Hate miażdżą jeszcze mocniej. Jest to album, który potrafi uzależnić a po 56 minutach i 24 sekundach słuchania masz ochotę na kolejne 56, 112, 178 etc... I to jest kurcze piękne!
Tak jak tydzień temu, tak teraz również zanurzałem się w najlepszym moim zdaniem krążku Slayera czyli Seasons in the Abyss ale sięgnąłem również po legendę kanadyjskiej sceny, jednego z pionierów space metalu czyli zespół Voivod. Do odtwarzacza trafiał jednak głównie czysto thrashowy, surowy i ciężki debiut zatytułowany The Killing Technology. I choć zawsze fascynowała mnie ewolucja brzmienia zespołu to debiut jest chyba płytą, do której wracam najczęściej.
Na koniec kącik progresywny a w nim, jak to mówią, samo dobro. Dobro, na które czekałem z niecierpliwością. Na trzecią część A Dark Poem norweskiego Green Carnation z ciekawością rozbudzoną dwoma, bardzo dobrymi poprzedniczkami a na drugą płytę Castle Mountain Moon zatytułowaną A Layman's Guide to Unobtainum w napięciu, czy Niemcom uda się dorównać niezwykłemu debiutowi. W obu przypadkach nagrodą za niecieprliwość była wspaniała muzyczna uczta, której ślad znajdziecie na dzisiejszej playliście.
Dodajmy do tego jeszcze AutoMoto Animus amerykańskiego Phideaux i jej "ponowną" (czyli streamingową) premierę i mamy progresywny dream team. Ja co prawda najnowszej płyty pana Xaviera słuchałem dzięki bandcampowi już na początku czerwca ale jej pojawienie się na "zielonej platformie" dało mi impuls by znów sięgnąć po te niezwykle eklektyczne i wciągające dźwięki.
Mam też nadzieję, że muzyka, o której dziś pisałem też Was wciągnie i często będziecie tu wracać po nowości, polecajki i muzyczne archeologiczne odkrycia. Ja też zawsze jestem otwarty na Wasze sugestie i gdy tylko czas pozwala, staram się regularnie z nimi zapoznawać. Dlatego też, tym goręcej zachęcam do podzielenia się Waszymi podsumowaniami tygodnia. Poniżej zaś tradycyjnie, odnośnik do playlisty. Miłego odsłuchu!
piątek, 4 września 2026
Sierpień 2026 - Podsumowanie Miesiąca
poniedziałek, 31 sierpnia 2026
24.08-30.08.2026
I cyk, kolejny tydzień za nami, czas więc na jego podsumowanie i playlistę z moimi aktualnie ulubionymi utworami. Zapraszam!
Ostatni w pełni sierpniowy tydzień tego roku był pierwszym po długiej przerwie, obfitujacym w pokaźną liczbę premier. Wiele z nich było przeze mnie od dawna wyczekiwanych, niektóre wpadły całkiem przypadkiem zabierając nieco "czasu antenowego" dotychczasowym pewniakom. Stąd ostateczny obraz dzisiejszego wpisu nawet mnie samego nieco zaskoczył. Zacznijmy może właśnie od nowości płytowych. Spośród albumów, które światło dzienne ujrzały w piątek przede wszystkim wyróznić muszę Till Glömskan Ad Oblivionem szwedzkiego Besvarjelsen. Jej tytuł, oznaczający tak po szwedzku jak i łacinie "do zapomnienia" jest dość przewrotny. Zawartym na niej psychodelicznym doom'n'rollem (tak bym najprościej okreslił ich obecny styl) naprawdę można zasłuchiwać się bez opamiętania i zdecydowanie nie jest to album "do zapomnienia" od razu po wyłączeniu odtwarzacza. Ma w sobie coś co wciąga, hipnotyzuje i domaga się więcej i więcej. Bardzo dobre wrażenie zrobił też na mnie nowy krązek weteranów thrashu Flotsam & Jetsam. Co prawda po latach ich styl przeniósł się bardziej w stronę drapieżnego speed metalu, nie uwazam tego jednak za wadę. Co więcej, to w tej dynamice i szybkości a także wwiercających się do głowy melodiach kryje się sekret Rats in the Temple. Nie będzie nadużyciem, jeśli powiem że ostatnie kilkanaście miesięcy to nadzwyczaj owocny czas dla miłośników thrash metalu a odpowiadają za to właśnie nadal brzmiące świeżo i intensywnie kapele z długim stażem na scenie. Legendą w swoim gatunku jest też Kamelot, choć przyznam, że od czasu odejścia (a nawet pod koniec jego obecności w grupie) Roya Khana nie zawsze utrzymywał równy poziom. Wydany w 2023 roku The Awakening był jednak dla mnie ostatecznym przebudzeniem i wyjściem z cienia rzucanego przez klasyczne albumy. Toni Karevik zbłysnął w końcu w pełni, pokazując więcej "siebie" niż Roya (a ja Karevika z płyt Seventh Wonder ubóstwiałem zawsze). Liczyłem więc, że podobnie będzie na Dark Asylum. I co? Ciężko póki co powiedzieć. Na pewno jest to krążek, który potrzebuje więcej czasu by się w niego wgryźć i odkryć wszystkie ukryte smaczki. Na ten moment powiem tylko tyle, że zespół zagrał swoje, choć co ciekawe, po trzech dniach słuchania najbardziej w pamięć zapadł mi One Last Masquerade z gościnnym wokalem Tobiasa Sammeta, momentami niebezpiecznie podobny do Twisted Mind - utworu Avantasii nagranego w duecie z... Royem Khanem.
Wspomniałem o nowościach, które trafiły do mnie przypadkiem i narobiły sporego zamieszania. Taką płytą okazało się femme katowickiego zespołu przeprosiny. Ekipa określa swój styl jako m.in. emo (i to 5-a fala!), screamo czy shoegaze czyli w większości są to gatunki, o którym mam niewielkie lub żadne pojęcie. A jednak coś między nami zagrało i to do tego stopnia, że sam się łapie na tym jak nucę księzycowe pustkowia (bardzo radiowe ale i jakże poetyckie) lub doszukuje się w jej dotyku śladów alcesto-podobnego blackgaze'u. Może właśnie ta terra incognita, jaką był dla mnie styl zespołu tym bardziej zauroczyła, zaintrygowała i zachwyciła prostego, rockowo-metalowego Muzycznego Kronikarza?
Zobaczymy jak długo utrzyma się sympatia do w/w albumów. Nie słabnie natomiast żar jaki wywołuje u mnie Power to Survive, najnowsze dzieło węgierskich power metalowców z Burning Sun. Jest to płyta mocno zakorzeniona w tradycji euro-powera, rozpędzona i pękająca wręcz od ilości świetnych melodii. Ktoś powie, że wszystko to już było. Ja mu odpowiem, że trzeba jednak mieć nie lada talent by ze zdawałoby się "ogranych" schematów wyciągnąć coś jeszcze, coś co sprawi, że nie sposób oderwać się od kompozycji. Od początku do końca słucha się jej z przyjemnością a w ostatnich dniach szczególnie ujęło mnie Light of the World. Wiem, że jest to, jak i cały album, element szerszej opowieści osadzonej w klimacie fantasy ale gdy słyszę "in my dark hours you're beside me (...) you are the Light of the World" nie sposób nabrać wrażenia, że jest to niezwykłe wyznanie miłości - uczucia, które nigdy nie gaśnie i pozwala pokonać nawet najgęstsze ciemności. A Wy jak to intereptujecie?
Zostańmy jeszcze przy power metalu, ponieważ odświeżyłem sobie ostatnio jeden z klasyków gatunku - No World Order niemieckiego Gamma Ray. W oczekiwaniu na nową solową płytę Kaia Hansena czuję, przyznam się, pewien żal i nostalgię do w/w zespołu a rzeczona płyta to wg mnie jedna z najlepszych pozycji w ich katalogu. Od rozpędzonych, przebojowych hymnów takich jak Follow Me po jedną z najpiękniejszych power metalowych ballad - Lake of Tears ten album oferuje to, co najlepsze w swoim gatunku. To, czego brakło mi na ostatnim Helloweenie i czego, obawiam się, w takiej intensywności nie poczuję na zbliżającym się Born with the Hammer...
Po raz kolejny polecam też kopalnię przebojów o nazwie Battle Beast. Jeśli szukacie melodyjnego metalu, czasem dynamicznego, czasem rytmicznego z silnym kobiecym wokalem i odrobiną disco, industrialu czy electro - praktycznie każda z siedmiu płyt fińskiej ekipy będzie jak znalazł.
Bardzo dużo czasu poświęcałem ostatnio na płytę Grimalkin, za którą stoi progresywny dream team zwany Pattern-Seeking Animals. Muzycy wchodzący w skład zespołu doświadczenie zbierali w różnych uznanych ekipach poruszających się po zróżnicowanych nurtach rocka i metalu progresywnego. Doświadczenia te procentują na każdej kolejnej płycie, które wydają z zaskakującą regularnością co 1-2 lata. I, o dziwo, im krócej pracują nad danym albumem tym lepszy efekt osiągają. Tak bowiem Grimalkin dużo mocniej przemawia do mnie od zeszłorocznego Friend of All Creatures, choć do poziomu Spooky Action at the Distance odrobinę mu jeszcze brakuje. Niemniej jednak, mogę śmiało zaliczyć szóste wydawnictwo ekipy do jednej z najciekawszych prog-rockowych płyt tego roku.
Takich kandydatek jest zresztą więcej. Dziś pozwolę sobie przytoczyć jeszcze tylko jedną a mianowicie Quetzalcoatl brytyjskiego The Tirith, do obecności której w moich cotygodniowych podsumowaniach zdążyliście się już pewnie przyzwyczaić. Dancing with Vampires is not very wise ale gdzie w grę wchodzą emocje, logika nie ma wstępu ;)
Na samym początku wspomniałem o doom'n'rollu. Nie wiem czy taki gatunek istnieje ale jak wiecie, doom metal ma wiele twarzy (może nawet więcej niż Grey ;) ). Spośród nich nie słabnie moja sympatia do psychodeliczno-stonerowego REZN i ich świetnej nowej płyty, tak samo jak do słowackiego Zemetras, będącego "słowiańską" odpowiedzią na Windhand. Duszno, surrealistyczne klimaty i bujające rytmy nigdy mi się nie znudzą.
Ptaszki śpiewają też, że w przyszłym roku nowy album wydaje Candlemass. Dobrze się składa, bo akurat kończę eksplorację ich dyskografii przypomnieniem sobie o zeszłorocznej EPce pt. Black Star. Mamy na niej dwa covery i dwa premierowe nagrania, po które nadal sięga się z przyjemnością.
Na zakończenie jeszcze trzy albumy z trzech całkiem innych "parafii". Folk-metalowy Radogost i jego dekadencko/pogańskie Dziedzictwo Ognia, łatwo wpadający w ucho Unbridled aor-owej grupy Pride of Lions i, dla kontrastu, mój ulubiony krążek Slayera - Seasons In The Abyss, gdzie znana z poprzedniczek agresja trochę może wyhamowuje a odrobina melodii potrafi całkiem przyjemnie zaskoczyć.
A jak Wam minął ten tydzień? Co Was zachwyciło, oczarowało, rozłożyło na łopatki etc? Piszcie w komentarzach, gdzie również znajdziecie link do najnowszej playlisty.
piątek, 28 sierpnia 2026
Moje Ulubione Muzyczne Trylogie - Playlista Tematyczna
Nie wiem jak Wy ale ja mam tak często, że w głowie roi się mnóstwo ciekawych pomysłów, które wciąż czekają na realizację. I choć te myśli snują się po zakamarkach świadomości, brakuje jednak impulsy by wdrożyć je w życie. Tak też mam z moimi playlistami tematycznymi. O wartych uwagi albumowych trylogiach myślałem już chyba od pół roku ale zawsze coś innego okazywało się ważniejsze. Na szczęście zbliżająca się wielkimi krokami premiera trzeciej części A Dark Poem prog-metalowego Green Carnation stała się bodźcem do działania. Tak więc mam ogromną przyjemność zaprezentować Wam szesnaście różniących się gatunkowo ale podobnie interesujacych muzycznych trylogii:
poniedziałek, 24 sierpnia 2026
17.08-23.08.2026
Witam państwa już z Polski ale jeszcze urlopowo. A jak każdy prawdziwy Polak na urlopie, Mam mnóstwo rzeczy do zrobienia w domu więc dzisiejsze podsumowanie przeprowadzimy w trybie ekspresowym. Tak więc oto artyści, których w ostatnim tygodniu słuchałem najczęściej.
Battle Beast - przekrojowo przez całą dyskografię - przebojowy metal z nutą powera ale i ejtisowych, tanecznych rytmów
Pride of Lions - AORowe piosenki mistrza Peterika o miłości i innych emocjach - w sam raz na romantyczny wypad z małżonką
Black Sites - amerykański progresywny groove metal, gdzie melodie nie słodzą nadmiernie a instrumentalna ekwilibrystyka nie przeszkadza w odbiorze
Mlecze - bo bedroom pop to nie proste piosenki o cin-cin ale pełne melancholii i osobistych treści bolesne muzyczne wyznania
Duszno i EPka zostań/wyjdź czyli cztery nowe shoegaze'owe perełki warszawskiej ekipy
Candlemass i pora na Sweet Evil Sun, jedną z trzech moich ulubionych płyt i tę konkretną, która że słuchacza zmieniła mnie w fanatyka
Debiutujący niedawno Zemetras, czyli stoner/doom po słowacku. Myślę że takiego poziomu odurzającej psychodelii nasi południowi sąsiedzi nie byliby w stanie osiągnąć śpiewając po angielsku
Brytyjczycy z The Tirith udowadniają natomiast, że rock progresywny to niekoniecznie ciągle wytyczanie nowych ścieżek ale i umiejętne wybieranie tych już wydeptanych. A ta elektryczność to największa zaleta płyty Quetzalcoatl.
Rockowe supergrupy to zawsze trochę taki win or lose. Na szczęście Pattern-Seeking Animals należą do tej pierwszej grupy, co udowadniają kolejnym dobrym albumem
Jak pobyt we Włoszech to może coś włoskiego. W piątek pisałem o lokalnej scenie power metalowej więc jej przedstawiciel jest - Marc Garau's Magic Opera ze swym symfobiczno-neoklasycystycznym stylem. Zmobilizowałem się też w końcu do zapoznania z legendą rock progressivo italiano czyli Premiata Forneria Marconi i ich debiutem Storia Di Un Minuto, pokazującym oryginalne dla Płw. Apenińskiego podejście do tematu.
Historia prog-rocka to też mnóstwo dziś zapomnianych kapel z lat 70-ych. Od dwóch tygodni chronię od zapomnienia amerykański symfoniczno/art-rockowy Ethos
A wracając do powera, mocna nowość od Burning Sun. Szybkość, podniosłe i melodyjne refreny a w jednym utworze sam Herbie Langhans. Polecam!
Dynazty też umie w power metal, choć z płyty na płytę coraz go mniej. Jednak Titanic Mass ma w sobie sporo takiego grania i generalnie tutejsze galopady lubię najmocniej.
Pokoncerowo Testament i New Order, który przeżywa u mnie swoisty renesans. A wszystko dzięki zagranemu na wejście Into the Pit.
Jest jeszcze Wij i jego nowy splot, czyli Sznur - Tuja znów śpiewa czysto a tekst jak zwykle wymaga dłuższego "rozplątywania".
Na koniec Xandria i utwór Masquerade. Z nowej płyty lubię go najbardziej, choć jednak czuć, że to nie ten poziom co Wonders...
Cóż, już po muzycznym Teleexpressie, czekam na Wasze podsumowania a dla użytkowników "zielonej" platformy dodatkowo związana z artykułem playlista.
Najpopularniejsze
-
W dzisiejszym artykule chciałbym podzielić się moimi ulubionymi płytami z gatunku, który kiedyś (dobre 14-15 lat) był dla mnie ważny, lecz...
-
Podobno najtrudniej zarobić pierwszy milion a potem już idzie z górki. Niektórzy mówią też, że tę pierwszą bańkę trzeba po prostu ukraść, ...
-
Po artykułach poświęconym nieznanym i niedocenianym kapelom hair i power metalowym czas na gatunek z drugiej strony mojego muzycznego spek...






