poniedziałek, 3 sierpnia 2026

27.07-02.08.2026

 


Drodzy Czytelnicy! Część z Was pewnie na własnej skórze doświadczyło takiego edukacyjnego tworu jak "gimnazjum". Mnie kojarzy się ono z 12-oma klasami w każdym roczniku (od a do l, nigdy wiecej tyle nie widziałem), malowaniem markerem przez starszych kolegów kotów, wąsów i innych hmm części ciała na czole pierwszakom i chociażby sztuką pisania rozprawek. W tamtych czasach lubiłem rozpoczynać rozprawki od jakiejś ciekawostki luźno związanej z tematem ale w sposób zaskakujący prowadzacy do tezy, którą potem trzeba było potwierdzić lub, co było chyba ciekawsze, obalić. Ostatnio zdałem sobie sprawę, że moje poniedziałkowe wpisy przypominają czasem właśnie rozprawkę. Czy w jakiś sposób mnie to przeraziło? Raczej nie, prędzej zanitrygowało. Tak czy siak, sensem powyższego wprowadzenia jest tylko zapewnienie Was, że dziś napiszę po prostu o muzyce, której w ostatnim tygodniu słuchałem najczęściej.

Po pierwsze REZN - psychodeliczno stoner/doomowa ekipa z Chicago, którą poznałem przy okazji premiery płyty Chaotic Divine z 2020 roku. Od tamtej pory śledzę jej poczynania regularnie a kilka miesięcy temu mogliście być świadkami mojej podróży przez kolejne pozycje w dyskografii Amerykanów. W lipcu zespół do tej podróży dodał kolejną stację - Cycles in Infinite Dream i w ten sposób uziemił mnie w swych onirycznych realiach na długi, długi czas. Mógłbym w tym miejscu rozpływać się w zachwytach nad płytą ale mam świadomość, że słowa nie oddadzą w pełni atmosfery i emocji emanujących z każdego z dziewięciu utworów. To trzeba usłyszeć na własne uszy i do tego Was mocno zachęcam.

Obecnie podróżuję natomiast przez katalog zespołu, który prezentuje zupełnie odmienna wizję doom metalu. Wizję, którą sam współtworzył a nawet dał nazwę całemu epic doom metalowi. Począwszy od legendarnego Epicus Doomicus Metallicus co tydzień słucham kolejnych płyt Candlemass, dochodząc obecnie do Psalms for the Dead, trzeciej i ostatniej z Robertem Lowe za mikrofonem. Najważniejsza refleksja z tego, a w zasadzie z dwóch poprzednich też, tygodnia jest taka, że zespół z panem Robertem nie nagrał ani jednej złej płyty. Okres 2006-12 można uznać za pewną stabilizację i brzmienia i działalności grupy, powrotu do klasycznego epic doomu uzupełnionego o pojedyncze bardziej dynamiczne, przywodzące na myśl powerowe galopady momenty. Moim ulubionym utworem z "Psalmów" jest właśnie takie intensywne Dancing in the Temple (Of the Mad Queen Bee) choć i w wolniejszych rejestrach wysoką jakość udaje się utrzymać a najlepszym przykładem jest The Sound of Dying Demons. Na dzisiejszej playliście znajdziecie też Siren Song, nie działający może aż tak na moją wyobraźnię ale bardzo reprezentatywny dla całości obrazu.

Kolejny przedstawiciel doom metalu w dzisiejszym podsumowaniu, włoskie Grivo to znowu hipnotyzujący doom przełamany eterycznością shoegaze'u, dzialający na zmysły nie smutkiem i ciężarem lecz właśnie taką mgiełką tajemniczości, która otacza zewsząd i przyprawia o gęsią skórkę. Tak jest i w przypadku tytułowego Impose jak i zamykającego album, mojego ulubionego Heaven Howls.

Tydzień temu pisałem o tym, że jak sięgam po black metal to najcześciej polski. I to się nadal zgadza, bo Martwimy Rtęci nadal regularnie napełnia mnie swym dekadentyzmem. Drugą jednak prawidłowością w mojej relacji z bm jest pewna skłonność do artystów wychodzących poza kanony gatunku i eksplorujący te sfery, w której blackowi najbliżej do shoegaze'u (a przecież jest tylko punktów stycznych kilka, choć dostrzeżenie ich zabrało mi naprawdę kilka lub kilkanaście lat). Takim właśnie post-blackowym tudzież blackgaze'owym wykonawcą jest angielski Cairiss. Moi obserwatorzy z FB już wczoraj mogli dowiedzieć się, że zaledwie w niecałe trzy dni jakie minęły od pierwszego kontaktu z ich muzyką, udało im się wskoczyć do czołówki najczęściej odtwarzanych artystów. Jest to sprawka płyty Wilderness, mającej w zeszły piątek swą premierę. Jest na niej tylko sześć kompozycji ale każda z nich to mnóstwo emocji, miksu delikatności i brutalności, niepokoju i błogości idealnie podkreślanych przez wokalny dualizm - od blackowego ochrypłego screamu po operowe soprany.

W świecie progresji utrzymuje się moje zanteresowanie nowymi albumami Black Sites (For Eternity, gdzie usłyszeć możemy też wpływy heavy, thrash czy nawet doom metalu) i The Tirith, którego Quetzalcoatl prócz cięższych momentów ma w sobie też coś z neo-progowej łagodności. Czekając natomiast na nowy album niemieckiego The Ocean, wszak z płyty na płytę bardziej prog-metalowego niż post-hardcore'owego, sięgnąłem po moją ulubioną płytę "kolektywu", czyli Phanerozoic I: Paleozoic. Dodajmy do tego jeszcze sentymentalną wycieczkę w postaci wieczornych seansów z utworem Theodora in Green and Gold, brytyjskiego Big Big Train i mamy cztery różne, fascynujące oblicza progresywnego grania.

Najdłuższą jednak podróżą mijającego tygodnia, bo aż o 55 lat wstecz były odsłuchy debiutanckiego albumu szwajcarskiej kapeli Toad. Płyta zatytułowana po prostu Toad to przykład wyśmienitego, brudnego hard rocka lat 70-ych a otwierającego ją Cotton Wood Hill mimo ponad 8-minut słucha się z wypiekami na twarzy i niesłabnącym zainteresowaniem. To też kolejny dowód na to, że muzyczna archeologia może być wspaniałą pasją.

Teraz krótka notatka, można rzec "muzyczny telegram". Nowy Radogost jest świetny i w kategorii polskiego folk metalu nie widzę w tym roku lepszej płyty niż Dziedzictwo Ognia

Już za 10 dni w Krakowie koncert daje jedna z legend thrashu, zespół Testament. Wybieram się na to wydarzenie, stąd przypominam sobie różne albumy Chucka Billy'ego i spółki. Tym razem wybór padł na The Formation of Damnation, który był pierwsza płytą zespołu, jaką poznałem w czasie, gdy jako metalowy neofita chciałem poznać każdy możliwy podgatunek. Do wielu zespołów i nurtów później już nie wracałem ale Testament jest ze mną do dziś a do ich dziesiątego krażka mam duży sentyment. Lubię w nim też swoistą melodykę, przywodzącą na myśl nieco goteburską szkołę melodeathu, zjawisko dość chyba częste w thrashu przełomu I i II dekady XXI wieku.

Teraz czas na zdecydowanie bardziej melodyjny kącik a zaczynamy go od AOR-owego Pride of Lions. Wiecie, że ich nowa płyta pt. Unbridled mocno mi siadła i potrafię słuchać jej na okrągło. W zeszłym tygodniu sięgnałem jednak tez po starszą o 9 lat Fearless, jedną z trzech najlepszych w całej dyskografii grupy dowodzonej przez panów Peterika i Hitchcocka.

A gdzie power metal? Ktoś spyta? Spokojnie, jest tu a nawet w większych ilościach niż w ostatnich kilku tygodniach. Dziś reprezentują go cztery zespoły, z których palma pierwszeństwa przypada zdecydowanie ekipie Marca Garau. Od 2019 roku były już klawiszowiec Derdian, rozwija własny projekt muzyczny pod nazwą Marc Garau's Magic Opera. Już ich poprzednie płyty były świetnie oceniane przez krytyków i publiczność, klasyfikując się wysoko w różnych zestawieniach typu "best of...". Mi zawsze jednak brakowało czasu, by porzadnie przysiąść do tej muzyki. Gdy w końcu obiecałem sobie, że zacznę śledzić ich poczynania i na bieżąco odsłuchiwać kolejne albumy, pojawił się The Final Flight i... ogłoszenie, że to rzeczywiście ostatni "lot" projektu pana Marca. Szkoda, bo album jest świetny i takiego pożegnania życzyłbym niejednej zasłużonej kapeli. Symfoniczny, neoklasycystyczny w pełnym tego słowa znaczeniu power metal - dynamiczny, podniosły, melodyjny i pięknie nawiązujący do twórczości wielu klasycznych kompozytorów (nie tylko wiedeńskich). Słuchając Magic Opera przypominają mi się wypowiedzi Luci Turillego, który zainicjował ten "neoklasycystyczny power" próbując grać na gitarze klawiszowe partytury Vivaldiego, Pagniniego czy Bacha. Tu czuć tę muzykę klasyczną przekonwertowaną na współczesne, metalowe brzmienia. Słowa uznania należą się też wokaliście - Antonowie Darusso, obdarzonemu mocnym, ochrypłym falsetem (jakkolwiek to brzmi). Głos tego pana znany mi jest w sumie też od kilkunastu lat, stoi on bowiem na czele innej włoskiej powerowej grupy - Wings of Destiny, mającej na koncie kilka świetnych krążków. Po jeden z nich, Kings of Terror sięgnąłem ostatnio niejako przy okazji i cóż, emocje wróciły a utwór tytułowy wylądował wśród najczęściej słuchanych w tym tygodniu. Przypadek? Nie sądzę. 

The Final Flight premierę miał 24 lipca a kilka dni temu światło dzienne ujrzał Aetherbound fińskiego Dreamtale, zespołu który mieliście okazję poznać za sprawą starszego o kilkanaście lat albumu Epsilon. Pisałem o nim jakiś czas temu, wspominając m.in. o charakterystycznym głosie Erkkiego Seppanena. Od kilku już lat skład zespołu jest inny ale nadal regularnie koncertują i nagrywają płyty. Wspomniany Aetherbound to już drugie wydawnictwo ery post-seppanen i co mogę o nim powiedzieć. Po kilku odsłuchach płyta wydaje się podobać, czuć że to Dreamtale zwłaszcza na koniec, gdy dostajemy kolejny w ich dorobku power metalowy song z mocno mechanicznym, elektronicznym beatem (Thunderpath dostępny na dzisiejszej playliście) ale czy to wystarczy, by zbliżyć się do wspomnianego Epsilon czy ostatniego z Erkkim Seventhian... - czas pokaże.

Wiem natomiat, że jednym z powerowych debiutów roku jest Heaven's Falling szwedzkiego Shadowborne i szczerze zdziwię się, jeśli u kolegów bloggerów specjalizujących się w tym nurcie muzyki metalowej nie będzie wysoko w kończących rok rankingach. U mnie miejsce ma niemal pewne.

Ostatni akapit to zwykle w rozprawce miejsce podsumowania przedstawionych argumentów, konfrontacji ich ze sobą i ostatecznego potwierdzenia lub zaprzeczenia głównej tezy utworu. W Muzycznej Kronice zaś to miejse, w którym zachęcam do odsłuchu playlisty, zapraszam do dyskusji i czekam na Wasze podsumowania. Może tak być? ;) 


Playlista: 02.08.2026

 

piątek, 31 lipca 2026

Lipiec 2026 - Podsumowanie Miesiąca

 


Przed nami ostatnie kilkanaście godzin lipca AD 2026. Nie będzie więc jakąś dużą niestosownością, jeśli już teraz pozwolę sobie na muzyczne podsumowanie miesiąca. W nim zaś, tradycyjnie, postaram się wyjaśnić których artystów dało się u mnie usłyszeć najczęściej i jakie miałem ku temu powody. Przejdźmy zatem do sedna.

Pride of Lions - przez nowy album, wydany na początku miesiąca Unbridled, który jest taki jaki być powinien, melodyjny, gitarowy i z lekką nutką romantyzmu. Kwintesencja AORa ale czego innego można się spodziewać, gdy ma się na pokładzie Jima Peterika i Toby'ego Hitchcocka?

Mlecze  - na rockowo-metalowym fanpeju rzadko jest miejsce na lżejsze i eteryczne dźwięki. Zawsze jednak gdy sięgam po takie dreampopowo-shoegaze'owe granie jest to coś, co wyraźnie wyróżnia się z tłumu. Tak też jest z Albumem Niebieskim warszawskiej formacji, który zadziwiająco synchronizuje się z moimi emocjami i trafia swoja poetyką w moją liryczną wrażliwość

Radogost - folk-metal, zwłaszcza polski od zawsze był jednym z uwielbianych przeze mnie gatunków, tak jak Młoda Polska ze swym dekadentyzmem z epok literackich też była mi bliska. Weterani polskiej sceny na nowym albumie po raz kolejny udanie połączyli oba te elementy więc obecność Dziedzictwa Ognia w dzisiejszym zestawieniu nie powinna nikogo dziwić

The Tirith - Dancing with Vampire is not very wise - być może, ale gdybym zaciekawiony tytułem tego utworu nie sięgnął po twórczość bryryjskich prog-rockowców, byłbym dziś zdecydowanie uboższym człowiekiem - tak pod kątem nomen omen wiedzy muzycznej ale i wrażeń estetycznych

Black Sites - za mrok, tajemniczość ale też pewną podniosłość i ciężar zaprezentowany na najnowszym krążku amerykańskiego zespołu, który nie jest może w gronie najbardziej znanych twórców progresywnego metalu ale muzycznie w niczym nie ustępuje popularniejszym kolegom po fachu

Shadowborne - power metalowi debiutanci ze Szwecji kolejny miesiąc pojawiają się regularnie w moich słuchawkach i jest to tylko i wyłącznie zasługa ich dynamicznej muzyki, czerpiącej to co najlepsze z różnych stron powerowego spektrum - od speed metalowej agresywności po elektronikę w stylu choćby Battle Beast

REZN - Cycles in the Infinite Dream przygniotły mnie swą psychodelą i stoner/doomową atmosferą już w dniu premiery i nie ma takiej siły by mnie wyrwała z tego opętańczego transu

Nazareth - tego zespołu przedstawiać nie trzeba. Szkocka legenda hard rocka, której zawdzięczamy Dream On, Love Hearts (choć to cover!!!) i wiele innych power ballad, choć kiedy trzeba panowie potrafili, ba, nadal potrafią dołożyć do pieca

Moonspell - do Far From God podchodziłem z pewną rezerwą, finalnie jakoś się do siebie przekonaliśmy i nie żałuję wspólnie spędzonego czasu. Płyta, która nie jest rewolucją ale której na pewno nie można się wstydzić 

Amberian Dawn - jedno z największych zaskoczeń tego roku. Gdy po albumie pełnym mało metalicznym coverów ABBY pojawił się Temptation's Gate, odpowiednio dociążony, dynamiczny a nawet agresywny byłem w szoku. I było to naprawdę fajne uczucie.

TodoMal - doom metal ma różne oblicza a to, które ukazuje hiszpański zespół nazwałbym atmosferyczno-romantycznym. Brak tu może stonerowej psychodelii i death/doomowego przytłoczenia, jest za to poetycka wręcz wrażliwość i umiejętność konstruowania nostalgicznych, muzycznych pejzaży

Powyższa 11-tka (to już ostatnie nawiązanie w MMK do minionego już, dość dziwnego Mundialu) to tylko czubek góry lodowej. Nie zdziwi Was zapewne, że w lipcu kontynuowałem odsłuch albumów, które mają duże szanse znaleźć się w absolutnej topce na zakończenie roku. Mowa o Neverending stoner/doomowego Monolorda i eponimicznej płycie parającego się bardziej heavy metalową odmianą doomu zespołu Khemmis. Oczywiście oddałem też szacunek legendzie rocka jaką jest The Rolling Stones, gdyż nagrywać tak dobre płyty jak Foreign Tongues w sześćdziesiątym którymś roku istnienia to jest jednak sztuka. Bardzo przyjemnie słuchało mi się też progresywnego folk-rocka autorstwa brytyjskiego Circulus czy kosmicznych, przestrzennych dźwięków jakie na pierwszym od lat albumie serwował post-rockowy Junius. Na zakończenie jeszcze nie sposób nie wspomnieć o albumie, który można określić mianem "pogrobowca" - mowa o Utra polskiego MuN, w którym sludge'owy ciężar miesza się z post-metalową progresją. 

A jak wygląda Wasze podsumowanie miesiąca? Chętnie rzucę okiem na Wasze kolaże, zapoznam się z refleksjami i spostrzeżeniami a przede wszystkim z przyjemnością posłucham muzycznych rekomendacji. Bo w Mojej Muzycznej Kronice to jednak muzyka jest najważniejsza. Miłego weekendu!

Playlista: Lipiec 2026


poniedziałek, 27 lipca 2026

20.07-26.07.2026

 


Synek mi wczoraj przed snem powiedział, że chciałby żeby nie było poniedziałków. Z jednej strony przyznałem mu rację, wszak znów trzeba wcześnie wstawać ale na tym podobno polega odpowiedzialność. Nasunęła mi się jednak też taka myśli - gdyby po niedzieli od razu był wtorek (lub może hmm piątek) to gdzie znalazłbym miejsce na tradycyjne podsumowanie tygodnia? Mamy jednak już ten poniedziałek więc skupmy się na najnowszym raporcie z działalności Muzycznej Kroniki.

Zacznę bez ogródek - REZN wrócił z nową płytą i nie zaskoczył. Nie zaskoczył, bo już pierwszy singiel Cloudfall pokazywał, że psychodeliczni stoner/doomowcy wracają do formy sprzed kilku lat i śmiało zmierzają po tytuł płyty roku. Konkurencja jak wiecie w 2026 zawiesiła wysoko poprzeczkę ale Cycles in the Infinite Dream ze swą jednocześnie przytłaczająco duszną atmosferą i niezwykle eteryczną lekkościa w prowadzeniu melodii jest godnym przeciwnikiem dla Draconian czy Monolord. Dwie próbki tego albumu w postaci wspomnianego już Cloudfall i hipnotyzującego Transient znajdziecie na playliście i jestem przekonany, że nie będziecie się mogli od nich oderwać. 

Doom metal obfituje zresztą ostatnio w zacne premiery. Tydzień po tygodniu godziny spędzam przy eponimicznym albumie heavy/doomowego Khemmis, ujęty jej poetycką aurą i podniosłym nastrojem. Mimo wszystko jednak niekwestionowanym Panem i Władcą epic doom metalu jest jego pionier czyli dowodzone przez Lefa Edlinga szwedzkie Candlemass. Mijający tydzień spedziłem przy jednej z moich ulubionych płyt z ich bogatej dyskografii - Death Magic Doom z 2009 roku. Jest to moim zdaniem najlepszy krążek z Robertem Lowe za mikrofonem (a samego Pana Roberta uważam też za jednego z trzech, po Längqviscie a przez Marcolinem najlepszych głosów w historii "świeczek"). 

Buszując sobie po internecie natrafiłem też przez przypadek na wydany z początkiem czerwca album Impose pochodzącego z Texasu trzyosobowego zespołu Grivo. Dobrze wiecie, że mam słabość do artystów balansujących na granicy doomu i shoegaze'u a że panowie w tej strefie czują się bardzo dobrze to nic dziwnego, że między nami zaiskrzyło. Leniwe tempa, przestrzenne gitary, senne zaśpiewy - takie połączenie świetnie sprawdza się jako soundtrack do wieczornego wyciszenia po kolejnym przebodźcowującym dniu.

W jednym z poprzednich akapitów poruszyłem temat albumów roku. Kilkoro kandydatów już udało mi się wyselekcjonować ale przed nami jeszcze niejedna, mam nadzieję, ciekawa premiera. Z dużą ekscytacją czekam na Solaris, pierwszy krążek post-metalowego The Ocean po gruntownej przebudowie niemieckiego kolektywu. Ukazały się już dwa (a nawet trzy, bo Belligerance jest podzielone na 2 części) single i oba robią na mnie bardzo dobre wrażenie. W tym tygodniu zasłuchiwałem się w pierwszy z nich, Light Pollution, pełen zwrotów akcji, zmian tempa i mieszanych wokali - bardzo różnorodny ale jednak totalnie "the-oceanowy". I super.

Pisałem kiedyś, że od wielu już lat, gdy sięgam po black metal zazwyczaj jest to któryś z rodzimych artystów. Jak w mało którym gatunku język polski pasuje do muzyki a charakterystyczna dla nurtu dekadencka poetyka mocno rezonuje z moimi sympatiami literackimi, wśród których romantyzm i Młoda Polska to w liryce dwa absolutnie ulubione okresy. Dokładnie w te rejestry uderza wrocławska Rtęć na swej najnowszej EPce pt. Martwimy. Oczywiście moje zainteresowanie wzbudziły nie tylko teksty, bo muzycznie również panowie prezentują bardzo wysoki poziom, umiejętnie łącząc punk z black metalem. Skojarzenia z późniejszym Darkthrone nasuwają się z automatu ale przecież projekt Fenriza i Nocturno to mój absolutny top w tym gatunku. 

Ale choć bardzo polubiłem EP-kę Rtęci, nadal też zanurzam się w eterycznym pop-gazie sączącym się z Albumu Niebieskiego warszawszkich Mleczy a także sięgnąłem po kolejną, jeszcze bardziej komercyjną płytę z pop-rockowego okresu Budki Suflera (Mokre Oczy z 2002 - z kilkoma udanymi pół-balladami, vide dzisiejsza playlista), to polską płytą tygodnia zostało niepodważalnie Dziedzictwo Ognia folk metalowego Radogosta. Pochodząca ze Śląska Cieszyńskiego ekipa jest jednym z najdłiżej działających w tej branży zespołów z bogatą i nieraz trochę bardziej skomplikowaną historią. Od pewnego czasu w ich twórczości dało się zauważyć więcej dekadenckich, psychodelicznych wątków a obok ludowej tematyki pojawiło się uwielbienie dla poezji Micińskiego. W przypadku Dziedzictwa mam jednak poczucie, że tym razem mamy spójny zestaw utworów, w których poetycką dekadencję udało się w pełni zasymilować z ludowością i naturalizmem. Obok Watahy Półksięzyca - wilczego hymnu znajdziemy tu też bardziej osobistą, liryczną Pustkę czy niespokojną Cząstkę Pierwotnego Zła. Warto docenić pracę skrzypiec, za które od lat odpowiada młodszy z braci Musiołów, Jan - ich celem nie jest jedynie nadanie muzyce "ludowego" sznytu ale świetnie sprawdzają się w tworzeniu klimatycznej atmosfery, oddającej dokładnie emocje towarzyszące kolejnym utworom.

Przez ostatnie dni kontynuowałem też przygodę z dwoma udanymi, choć różniącymi się stopniem ciężaru płytami progresywnymi. W przypadku Quetzalcoatl, czwartej płyty brytyjskiego The Tirith jest bardziej rockowo, ze słyszalnymi nawiązaniami do przedstawicieli różnych odcieni prog-rocka. Są jednak momenty, gdy robi się ciężej, wręcz nawet gotycko jak w klimatycznym Dancing with Vampires. Ten utwór towarzyszy mi już od kilku tygodni ale z każdym kolejnych odsłuchem grono faworytów powiększa się. Dołączyli do niego m.in. nastrojowy Moon King i zmuszający do refleksji, ekologiczny Save the Oak. Quetzalcoatl nie jest, uwierzcie, zwykłym zbiorem dwunastu piosenek które wysłuchamy i pójdziemy w swoją stonę. To dwanaście wrót, z których każde (nawet jeśli jest krótki intrem) prowadzi do nieco innego świata nieco innych lecz równie ekscytujących doznań. A to przecież w sztuce powinno najbardziej się liczyć. 

Black Sites i obecne z nami już od 10 dni For Eternity to już rasowy metal, stąd też przekazywane przezeń emocje z zasady będą mocniejsze ale muzykom udało się zostawić odpowiednią przestrzeń na subtelniejsze momenty. Umiejętny balans intensywnością muzyki sprawia, że zarówno nie jesteśmy przygnieceni matematyczną precyzją i logarytmiczną złożonością dźwięków ani nie zaczynamy ziewać w oczekiwaniu na mocniejsze uderzenie. Nie chcę takich deklaracji rzucać zbyt wcześnie ale czuję, że w moim prywatnym rankingu najnowszy album ma szansę zbliżyć się do archetypicznego Exile na bardzo bliską, znikomą wręcz odległość.

Co więcej mogę Wam napisać. W dziedzinie AORa nic się nie zmieniło. Pride of Lions z Unbridled rządzi niepodzielnie, pozostawiając przestrzeń jedynie dla krótkich chwil z innym projektem Jima Peterika (w sumie tym słynniejszym) czyli zespołem Survivor. Jak każdy trve metalowiec z wrażliwą duszą nie moge obyć się też bez power ballad a te obecnie najcześciej pochodzą z repertuaru szkockiej legendy hard rocka - zespołu Nazareth. Warto jednak nadmienić, że tak jak Dream On jest oryginalną kompozycją zespołu (dokładnie panów Rankin/Charlton) to najbardziej chyba znana Love Hurts pierwotnie nagrana została przez The Everly Brothers w 1960 roku. 

Znów trochę zaniedbałem power metal ale już teraz wiem, że dzięki zapowiedzianej jako finalna, płycie projektu Marco Garau's Magic Opera szybkie, neoklasyczne i symphoniczne metalowe granie znów rozgości się w moich odtwarzaczach na dłużej. A jeden akord z The Final Flight możecie odnaleźć na dołączonej do artykułu playliście. Polecam.

Powoli zaczynam tez przygotowania do sierpniowego koncertu Testament w Krakowie. Na tę okoliczność odświeżyłem sobie ich najnowszą płytę, wydaną jesienią Para Bellum i jestem z tego bardzo zadowolony, bo płynąca z niej energia i moc przekazu absolutnie nie straciły na sile i liczę że w wersji live muzyka thrashowych wyjadaczy zabrzmi jeszcze mocniej i dosadnie.

I z taką właśnie nadzieją warto rozpocząć kolejny tydzień. Czekam też z niecierpliwością na informację od Was, z jaką muzyką najchętniej spędzaliście czas, jakich odkryć dokonaliście i czego planujecie słuchać przez kolejne 7 dni. A użytkownikom "zielonej platformy" zostawiam link do playlisty:

Playlista: 26.07.2026

piątek, 24 lipca 2026

Moja Muzyczna Kronika Wolna Od Anglika - Playlista Tematyczna

 


Przyznam się, że niepokoi mnie niewielka aktywność w ostatnich paru miesiącach strony Strefa rokendrola wolna od angola w serwisach społecznościowych. Swego czasu, jak pewnie pamiętacie z FB, często wymienialiśmy się uwagami nt muzyczne i nie tylko. Z tego niepokoju i tęsknoty zrodził się pomysł na dzisiejszy wpis - skoro Strefa nadaje nieco rzadziej to warto może ożywić temat muzyki, zgodnie z "prawem Wilczura" śpiewanej w innych niż tylko "angolski" (i polski :P ). Poniżej przedstawię Wam kilkanaście lubianych przeze mnie płyt, z których każda reprezentuje inny język obcy. Nie zawsze będą to najbardziej znani przedstawiciele swego kraju, niejeden z Was pewnie dokonałby innego wyboru ale dlatego tym bardziej zachęcam do aktywnego udzielania się w sekcji komentarzy. A na koniec spotka Was jeszcze pewna mała, trochę przekorna niespodzianka. Jeśli chodzi o kolejność prezentowanych wydawnictw jest ona raczej losowa, choć starałem się unikać zestawiania obok siebie przedstawicieli tej samej grupy językowej. 

Teräsbetoni - Vaadimme metallia - pierwsza dekada XX wieku była okresem wielkiej popularności tego fińskiego odpowiednika Manowar. Jej ukoronowaniem był występ na Eurowizji w 2008 roku, gdzie heavy/power metalowcy dotarli do finału. Później drogi muzyków rozeszły się a wokalista/basista Jarkko Ahola  obecnie skupia się na kerierze solowej. Lubię czasem jednak wrócić do tej muzyki a szczególnym sentymentem darzę właśnie krążek numer 2, na którym prócz epickich bitewnych hymnów mamy też kilka power metalowych petard

Lucifer Was - Ein fix ferdig mann - początki tej norweskiej grupy sięgają końca lat 60-ych. W tym czasie przygotowywano materiał na debiutancki album ale zawieszenie działalności w 1974 roku przekreśliło te plany. 20 lat później doszło do reunionu i od 1997 (premiera Underground and Beyond pełnej stworzonych przed laty kompozycji) regularnie pojawiają się kolejne płyty zespołu, łączące w sobie elementy progresywnego rocka w stylu Jethro Tull (ten flet!) z nowoczesnym heavy metalem. Ein fix... z '24 roku to ich ostatnie jak dotąd dzieło, nagrane w całości po norwesku i docenione przez krytyków i słuchaczy, również w naszym kraju

Therion - Les Fleurs du mal - kiedy pisałem artykuł o cover i tribute albumach musiałem doznać zaćmienia, bo całkiem zapomniałem o tym niecodziennym wydawnictwie symfoniczno metalowej "bestii". Mamy tu kilkanaście francuskich przebojów muzyki pop (głównie tzw. ye-ye) z lat 60-ych i 70-ych w symfoniczno-metalowych aranżacjach a po niektóre do dziś sięgam nie rzadziej niż po Lemurię czy To Mega Therion

KAIPA - Inget nytt under solen - drugi album z początkowego, szwedzko-języcznego okresu działalności zespołu. Klawisze Hansa Lundina i gitara Roine Stolta sprawiają, że z równą ekscytacją słuchamy i monumentalnej suity otwierającej płytę jak i towarzyszących jej, bardziej kompaktowych "piosenek". Nic dziwnego, że Inget nytt uważane jest za jedno z arcydzieł skandynawskiego prog-rocka lat 70-ych

Opera Magna - POE - pewnie zdziwi Was, że w tym miejscu wybór nie padł na uwielbianego przeze mnie Mago de Oz. Chciałbym jednak pokazać, że Hiszpania może poszczycić się wieloma innymi interesującymi zespołami power i symphonic metalowymi a ten concept album poświęcony w całości twórczości Edgara Allana Poe tylko potwierdza tę tezę. 

J.M.K..E. Külmale maale - w latach 80-ych w Estońskiej (i innych zresztą też) SRR granie punk-rocka nie było rozsądną decyzją. Prześladowania ze strony władz radzieckich przyjmowały nieraz nawet formę przymusowych internacji w zakładach psychiatrycznych. Z takimi problemami musiał mierzyć się właśnie to założone w Talinnie trio. Jednak, gdy panowie nagrali humorystyczny i podszyty sarkazmem pean na cześć "perestroiki" zostali przez "władze" zaakceptowani. Wspomniany utwór (Tere perestroika) znajdziecie na wydanym w 1989 roku debiucie, gromadzącym nagrane w latach 80-ych utwory 

Die Apokalyptischen Reiter - Riders on the Storm - moja ulubiona płyta pochodzącego z Turyngii zespołu, który umiejętnie balansuje między folk, heavy, thrash i melodic death metalem. Od pierwszego dźwięku panowie bombardują nas szybkimi tempami, niezapomnianymi melodiami i bogactwem aranżacyjnym. I choć, przyznaję, zdarzy się im fragment bądź dwa śpiewane po angielsku ale no ludzie, nawet Rammstein nie zawsze "sing my mother tongue"

Nanowar of Steel - Italian Folk Metal - wybaczcie, nie mogłem się powstrzymać. Wiem, że jest to zespół satyryczny ale pomysłowości mógłby Włochom pozazdrościć niejeden tworzący "z przymrużeniem oka" artysta. Na tym albumie dostajemy kilkanaście utworów utrzymanych w szeroko rozumianej estetyce power metalu ale z wyraźnymi nawiązaniami do włoskiej kultury i ludowości (również tej XX-wiecznej, "miejskiej"). Pełno tu przygrywek na trąbkach, fletach, saksofonie czy solówek na akordeonie a całość uzupełniają zaproszeni goście - m.in. Alessandro Conti w pierwszym metalowym mazurku jaki słyszałem w życiu

Skorpió - Skorpió '73-'93 - miałem kiedyś okres fascynacji muzyką hard rockową zza żelaznej kurtyny. Trafiłem wówczas na tę składankę, zawierającą najlepsze utwory zespołu Skorpió, założonego w 1973 roku przez byłego członka Lokomotiv GT (również klasyka węgierskiej sceny) Karolya Frenreisza. I choć ta moja fascynacja nie przetrwała próby czasu, to dla takich perełek jak ta, myślę, że było warto

KYPCK Prestupleniya Protiv Chelovechestva - ostatni, finalny album fińskiego zespołu doom metalowego z tekstami wykonywanymi w całości po rosyjsku i poruszającymi wojenną tematykę. Skąd taki pomysł? Wokalista Erkki Seppänen prywatnie jest nauczycielem tego języka. W 2024 roku zespół podjął decyzję o zakończeniu działalności w tym formacie a tytuł pożegnalnego albumu, w polskim tłumaczniu brzmiący "zbrodnie przeciwko ludzkości" jest najlepszym wytłumaczeniem takiego kroku

Moonspell - 1755 - portugalsko-języczny concept album poświęcony tragicznemu w skutkach trzęsieniu ziemi w Lizbonie, jakże ciężki, agresywny i przygniatający w porównaniu z wcześniejszymi i późniejszymi dziełami Portugalczyków, idealnie oddaje grozę katastrofy, w której wg dzisiejszych obliczeń życie straciło od 10 do 50 tysięcy mieszkańców

XIII. Stoleti - Ztraceni w Karpatech - jeden z najlepszych albumów w dyskografii legendy gotyckiego rocka, zespołu bez którego nie wyobrażam sobie czeskiej sceny muzycznej. Także tu akurat wybór był oczywisty i mam nadzieję, że Elizabeth, Vampires i Dum kde tanci mrtvi, zamieszczone na dołączonej do wpisu playliście, staną się dla Was bramą do niezwykłego muzycznego świata popularnych "trzynastek:

Ennui - Mze Ukunisa - wydany w 2012 roku debiut gruzińskich funeral doom metalowców jest muzyczną interpretacją tekstów gruzińskiego poety doby modernizmu - Terenti'ego Graneli'ego. Na uwagę zwraca podniosła atmosfera, głęboki death metalowy growl wokalisty i zaskakująco melodyjne partie gitar nasuwające wręcz skojarzenia z rockiem progresywnym. 

Każdy z wymienionych albumów na podlinkowanej poniżej playliście reprezentują trzy najlepiej oddające ich styl i atmosferę utwory. Łącznie dałoby to nam 39 pozycji, więc żeby dobić do najbliższej okrągłej liczby ośmieliłem się wrzucić na koniec jeszcze jeden utwór. Jest to psychodeliczno-doomowa inkantacja z wokalizami wykonanymi w "tonianto", jak określiła to kiedyś wokalistka TOŃ-i, Monika Adamska-Guzowska. Dla zainteresowanych dodam, że swego czasu na fanpejdżu zespołu pojawiła się grafika z "tekstem" Korzeni, utworu od którego swój tytuł wzięła ich debiutancka płyta - jedno z absolutnych odkryć polskiego metalu AD 2024. Ja w tym kierunku poszedłbym nawet dalej, może jakieś lyric video?

Podsumowując, zachęcam serdecznie do lektury, odsłuchu playlisty i zapozniania się z twórczością wyżej wymienionych artystów a na koniec mam dla Was pytanie, jakie inne albumy zaśpiewane w całości w innym niż angielski języku obcym byście mi polecili? Możliwości jest naprawdę wiele a nigdzie przecież nie zadeklarowałem, że będzie to pierwszy i ostatni, "strefowy" artykuł ;)

Playlista: Muzyczna Kronika Wolna od Anglika

poniedziałek, 20 lipca 2026

13.07-19.07.2026

 


Za nami kolejny lipcowy tydzień i też słuchana przeze mnie muzyka stała się jakaś taka trochę bardziej letnia i pogodna. Oczywiście nie znaczy to, że zacząłem zasłuchiwać się w typowo letnich przebojach, tudzież surf rockowych evergreenach ale większa reprezentacja klasycznego rocka lub przebojowego AORa widoczna jest gołym okiem.

Jak tu jednak nie dać się uwieść melodyjnym, gitarowym kawałkom jeśli serwuje je taka legenda gatunku jak Jim Peterik. Gitarzysta i wokalista znany ze swych licznych projektów (z rozsławionym dzięki serii filmów o Rocky'm Balboa Survivor) po raz kolejny połączył siły z Toby'm Hitchcockiem i jako Pride of Lions nagrali kapitalny, idealny na lipiec album. Unbridled to w zasadzie kwintesencja ich stylu. Przebojowe melodie, subtelna gitara Peterika, harmonie wokalne obu panów i przemyślane teksty sprawiają, że słucha się ich naprawdę przyjemnie i po ostatnim akordzie dłoń automatycznie zmierza ku przyciskowi "repeat". Być może nie ma tu aż takiej magii jak na The Destiny Stone ani bombastycznej przebojowości znanej z Lion Heart ale droga, którą zespół obrał na swej ósmej płycie również przyniesie im wiele uznania i, mam nadzieję, rzeszę nowych fanów. Jeśli zastanawiacie się nad rozpoczęciem przygody z duetem Peterik/Hitchcock od najnowszej płyty, proponuję posłuchać I'll Be Your Rock, 1000 Long Goodbyes, Don't Waste a Wish on Me czy utworu tytułowego - na ten moment są moimi zdecydowanymi faworytami. Wspomniałem już o Survivor, jednej z legend AOR-a i tak, hity pokroju Eye of the Tiger czy Burning Heart często się u mnie ostatnio pojawiały. Spośród nich jednak dużo bardziej lubię ten drugi, nagrany na potrzeby czwartego Rocky'ego a z pozostałych "greatest hits" zespołu szczególną sympatią darzę romantyczny I Can't Hold Back. Oba kawałki znajdziecie na dzisiejszej playliście.

Gdyby tego było mało, dalej mamy legendę brytyjskiego hard rocka czyli zespół Nazareth. Choć już bez zmarłego w 2022 Dana McCafferty'ego (ale z jego błogosławieństwem) grupa aktywna jest do dziś, ja jednak największy sentyment mam do ich wczesnych dokonań i chętnie sięgam po kompilacje największych hitów a wśród nich są chociażby jedna z najbardziej ikonicznych power ballad w historii - Love Hurts czy bardziej rytmiczne, przebojowe This Flight Tonight (coverowane m.in. przez power metalowy Iron Savior). 

Aktywni do dziś od sześćdziesięciu paru lat są oczywiście też Rolling Stonesi a wydany niedawno Foreign Tongues udowadnia, że drzemie w nich niepohamowany potencjał i ogień. Czuć to w dynamicznym Hit Me in the Head, trochę groteskowym Mr. Charms ale i w bluesach pokroju Beautiful Delilah. Jak widzicie, najnowszy krążek Stonesów to zbiór utworów, przy których nie można się nudzić.

Tydzień temu namiętnie słuchałem Da Capo, drugiej płyty psychodelicznych rockmanów z Love a w tym sięgnąłem po mniej mi znaną "trójkę". Forever Changes jest na pewno bardziej radiowy, brak na nim też jammowego kolosa wypełniającego całą stronę B ale i tak płyta zdobyła uznanie krytyków i w dniu premiery i przez kolejne dziesiątki lat. Osobiście najbardziej polecam The Red Telephone ale każdy miłośnik wczesnego rocka znajdzie tu coś dla siebie.

Bardzo ważne dla mnie było też oddanie hołdu zmarłej niedawno Bonnie Tyler, artystce będącej jednym z archetypów rockowej a nawet hard rockowej piosenkarki. Myślę, że nie będzie nadużyciem stwierdzenie, że gdyby nie Bonnie i przeboje w stylu If You Were a Woman (And I Was a Man) nie mielibyśmy Lity Ford, Lee Aaron czy przedstawicielki młodszego pokolenia jaką jest Chez Kane. 

Dyskografię Budki Suflera można podzielić na hard-rockowo/progresywne i pop-rockowe etapy, które w zasadzie przeplatały się ze sobą przez 40 lat (uznanej przez wszystkie związane z zespołem strony) działalności. Od 1997 roku i premiery Nic Nie Boli Tak Jak Życie mieliśmy stopniowe dryfowanie w kierunku prostej i miłej dla ucha, przebojowej muzyki. Tak było też na kolejnej płycie studyjnej czyli Balu Wszystkich Świętych z 2001 roku. Większość słuchaczy ocenia ją przez pryzmat piosenki tytułowej (będącej jak to kiedyś określił K. Cugowski Takim Tangiem 2.0) ale gdy wsłuchać się z całość można odkryć niejedną rockową a nawet i prawie hard rockową perełkę. Nawiedzony dom, Świat od zaraz i Requiem nad ranem mają w sobie rockowy pazur ale jest on nieco stępiony przez wyciszenie gitar i trochę zbyt nachalne klawisze i smyczki. Budka od pierwszych płyt nie stroniła od symfonicznych aranży ale jednak czasem warto postawić na czysto rockowe instrumentarium. Bardzo niedocenianym utworem jest też zamykające płytę Lepiej Bądź Na Tak, gdzie lekkość refrenu kontrastuje z poważnym, można powiedzieć wręcz ponurym klimatem zwrotek.

W dalszym ciągu jestem pod wrażeniem nowej płyty warszawskich Mleczy. Album Niebieski brzmi jak kolekcja momentów, ulotnych chwil uchwyconych przez zespół tak, jak fotograf lub malarz zatrzymuje w locie przyrodę na tę jedną, decydującą sekundę. Czy nazwałbym to muzycznym impresjonizmem? Tak, bo jeśli impresja to inaczej wrażenie to młodzi bedroom popowcy zapewniają mi ich multum przy każdym odsłuchu Róży, Może Ty Też i pozostałych eterycznych kawałków.

Pogańska eteryczność i gotycki niepokój zawsze pięknie łączyły się na płytach Inkubus Sukkubus. W maju mieliśmy premierę bardzo udanego Eternal Monsters a teraz w lipcu postanowiłem wrócić do starszego o 12 lat Love Poltergeist. Na tym krążku zespół udanie zbalansował rockowy pazur z pagan-folkową aurą, co przez kilka kolejnych płyt nie było jednak regułą. A na pewno nie było tak, że aż do 2019 roku jakaś ich kompozycja zapadła mi tak mocno w pamięć jak zmysłowo zaśpiewane przez Candię Do What Thou Wilt.

W piątek pisałem o Wielkiej Czwórce Neo-Proga czyli zespołach, które na przełomie lat 70. i 80. XX wieku kładły podwaliny pod odrodzenie rocka progresywnego. Dziś natomiast napiszę o najnowszej płycie zespołu powstałego w 1971, który po dwóch latach zawiesił działalność by ostatecznie wrócić po 39 latach i regularnie nagrywać nową muzykę. Quetzalcoatl to już czwarty album The Tirith i muszę przyznać, że już od pierwszego kontaktu z utworem Dancing with Empires nie mogę wyjść z podziwu nad sugestywnością przekazu połączoną z odpowiednim muzycznym tłem jakie udało się osiągnąć muzykom. A to tylko jedna z dwunastu, utrzymanych gdzieś na pograniczu heavy i neo -proga pozycji na trackliście. Wielkie dzięki dla Muzycznego Ogródka Macieja Niemczyka, gdzie po raz pierwszy spotkałem się z ich twórczością.

Nie można nie wspomnieć, że prog-rockowa supergrupa Pattern-Seeking Animals szykuje się do wydania kolejnego albumu rok po premierze poprzedniego. Promują go jak na razie dwa single, z czego Traveller on the Wrong Road Home podoba mi się najbardziej i czekam niecierpliwie na więcej.

W końcu przyszedł czas na coś ekstremalnego. Słyszeliście bowiem może kiedyś o ekstremalnym hair metalu? Jeśli nie to polecam zespół Nitro i utwór Freight Train z płyty O.F.R. zilustrowany jeszcze bardziej ekstremalnie pokręconym teledyskiem. Jak inaczej opisać najmocniej utapirowane włosy muzyków, jakie kiedykolwiek widziałem, czterogryfową gitarę Michaela Angelo Batio (obecnie w Manowar) i tłuczące szklanki wysokie piski Jima Gillette? Esktremum. I choć zespół nagrał tylko dwie płyty, z czego Nitro II już było "normalniejsze" to za tę ekstremalność w podejściu do stylistyki hair metalu należy im się pamięć i szerszą rozpoznawalność.

Był już rock progresywny a teraz proponuję chwilę z progresywnym metalem. Amerykański Black Sites znam od 2019 roku i płyty Exile, na której znajduje się absolutny banger pt. The Night They Came For You. Kolejne albumy może nie miały już w sobie tak hitowych utworów ale przecież nie to jest najważniejsze w progresji. Tak właśnie rzecz się ma i z najnowszym For Eternity, które potwierdza wysokie umiejętności muzyków i ich zdolność do tworzenia interesujących i zostających na długo w pamięci dźwięków.

Jeśli chodzi o Candlemass i moje cotygodniowe słuchanie kolejnych płyt studyjnych, dotarłem w końcu do pierwszego aktu trylogii pt. Robert Loewe za mikrofonem. King of the Grey Island zawsze był dla mnie trochę w cieniu następnej, świetnej Death Magic Doom ale patrząc na całą historię zespołu jest to ważny album. Zwiastował pewną stabilizację i personalną i stylową "świeczek". Epic doom metal ponownie stał się dumny i majestatyczny a elementy power metalowe tylko tę podniosłość podkreślały z drugiego lub nawet trzeciego szeregu. Przez lata najbardziej z tego krążka lubiłem Emperor of the Void ale przez ten tydzień bardzo mocno wkręciłem się w Of Stars and Smoke i jego jakże wbijającą się do głowy szturmem melodykę.

W dziedzinie doom metalu nie mogę zapomnieć też o piątej płycie Khemmis, która nie jest może przełomowa ale świadczy o stabilizacji stylu grupy i mi po prostu ten właśnie styl, heavy/doomowy bardzo w ich wykonaniu odpowiada. 

Na koniec jeszcze potwierdzenie, że polecony przez kolegów blogerów MuN ma się u mnie dobrze a Minerva's Fault z ostatniego albumu pt. Utra podoba się chyba najbardziej. 

A teraz, gdy już wszystko co najważniejsze zostało zapisane proszę o Wasze podsumowania i refleksje na temat słuchanej przeze mnie muzyki, której pewien wycinek znajdziecie na playliście - link poniżej.

Playlista: 19.07.2026



piątek, 17 lipca 2026

4x4 - Wielkie Czwórki Metalu i Rocka

 



W środę przypominałem Wam o jednym z artykułów z serii 4x4. Dotychczas powstało kilka tego typu wpisów, z czego ostatni około roku temu. W związku z tym zacząłem się zastanawiać nad powrotem do tej formuły i w końcu znalazłem dobry temat. Pomyślałem sobie, że thrash metal ma swoją Wielką Czwórkę, tak samo grunge czy klasyczny doom metal. A jak jest w przypadku innych gatunków? W pierwszym wpisie na tym blogu zaznaczyłem, że moimi ulubionymi stylami są power metal, glam/hair metal, rock neo-progresywny i wszelkiej maści doom. Idąc tym tropem wpadłem na pomysł przygotowania artykułu o wielkich czwórkach każdego z tych gatunków - i tych mniej więcej ustalonych i "kanonicznych" i takich, które moim zdaniem mogłyby spełniać kryteria włączenia. A te, wzorem thrashowego Big4 to przede wszystkim bycie pionierem gatunku i wzorem do naśladowania przez kolejne pokolenia muzyków, nie tylko największą rozpoznawalność ale właśnie fundamentalne znaczenie w rozwoju danej gałęzi muzyki. Czy to się udało i czy moje wybory pokrywają się z Waszymi - zaraz zobaczymy.

Power Metal - Helloween, Blind Guardian, Stratovarius, Gamma Ray.

Power metal dzięki się zwyczajowo na amerykański i europejski. Ten drugi powstał w Niemczech za jego ojca chrzestnego uważany jest Kai Hansen - gitarzysta i wokalista, jeden z założycieli Helloween. Jego głos słychać na pierwszej płycie pt. Walls of Jericho - szybkiej, agresywnej i jeszcze bardziej speed/thrashowej niż stricte powerowej. Kolejne płyty już z Michaelem Kiske za mikrofonem (Kai skupił się na samej gitarze). Wydane z nim obie części Keepers to już prawdziwy fundament power metalu. Po tych krążkach Kai opuścił zespół i założył własną kapelę o nazwie Gamma Ray, która idee power metalowe rozwinęła dalej (w przeciwieństwie do coraz mniej metalowego wówczas Helloween), odkryła dla świata Ralfa Sheepersa a po kilku latach z powracającym do roli wokalisty Hansenem dala nam jedną z najlepszych płyt wszech czasów - pierwsze Land of the Free. Na progu lat 90-ych zadebiutował też Blind Guardian, początkowo też surowy i agresywny by z czasem wprowadzić do kanonu gatunku elementy symfoniczne, wokalne polifonie, akustyczne, ogniskowe balladki (vide Bard's Tale) i inspiracje literaturą s-f i fantasy, czego ukoronowaniem będzie wydany lata później concept albumu w całości oparty o Silmarillon Tolkiena. Jak w tym wszystkim mieści się Stratovarius? Otóż fińskiej ekipie droga do czystego powera zajęła trzy lub nawet cztery albumy ale najważniejsze jest to, że stały się one impulsem do rozwoju drugiej co do wielkości i znaczenia w Europie (po niemieckiej). Bez takich płyt jak Dreamscape czy Fourth Dimension nie byłoby zapewne Sonaty Arctici czy Nightwisha. Warto wspomnieć że choć to Timo Tolkki śpiewa na pierwszych trzech płytach to debiutujący na "czwórce" Timo Kotipelto stał się obok Kiske archetypem power metalowego falsetu, do którego odwoływał się później choćby Tobias Sammet. Jak potoczyły się dalej losy gatunku? Po chwilowej zadyszce przyszedł rok '97 i włoska eksplozja symfonicznego powera ale to już historia na całkiem inny artykuł.

Glam Metal - Twisted Sister, Motley Crue, W.A.S.P., Ratt.

Tu wykazałem się największą inwencją własną, nie ma bowiem żadnego w tej sprawie konsensusu. Poza tym największe gwiazdy gatunku niekoniecznie były tymi najbardziej wpływowymi czy pionierskimi. W swoim wyborze kierowałem się między innymi datą wydania debiutanckich płyt, wprowadzeniem do stylu pewnych charakterystycznych elementów i oczywiście też, choć nie przede wszystkim popularnością. Chciałem pokazać też metalową stronę nurtu nazwanego później trochę pogardliwie przydomkiem 'hair'. Początki glam metalu wyrosły bowiem z nowej fali brytyjskiego heavy metalu, zmodyfikowanej jednak o bardziej melodyjne brzmienie i elementy starszego o dekadę shock rocka i glam rocka. Charakterystyczny makijaż Twisted Sister, skandalizujące, ociekające erotyzmem teksty W.A.S.P. czy ekscentryczne zachowanie Motley Crue - budziło niesmak starszych pokoleń ale idealnie wpisywało się w ideały buntu, zrośnięte od lat z muzyką rockową i metalową. Zauważcie też, że brzmienie i tematyka pierwszych płyt były surowe, jakże inne od cukierkowego grania, tak promowanego przez MTV na przełomie lat 80-ych i 90-ych. Tak wielki wybuch popularności i wszechobecność w mediach stała się też gwoździem do trumny dla całego ruchu. Coraz bardziej przebojowe i komercyjne albumy (choć wcale nie słabe - przykład Rattowego Detonator) przestały pasować do nachodzącej wielkimi krokami brudnej i trudnej ostatniej dekady XX wieku. I nagle te same stacje i wytwornie, które promowały kolorowe, bombastyczne granie odcięło się od niego i zwróciło w stronę grunge'u (też wyeksploatowanego i porzuconego po kilku kolejnych latach). Krach była strasznym szokiem dla wielu muzyków (i glam i thrash metalowych) i wielu się z niego nie podniosło lub było zmuszone całkiem zmienić styl. W.A.S.P. na przykład poszedł w stronę cięższego heavy metalu z wpływami progresywnymi a wydany w 1991 The Crimson Idol był swego rodzaju próbą rozliczenia się z ejtisową przeszłością. Twisted Sister nie nagrało już żadnego albumu z premierowym materiałem (poza kolędami) a Ratt i Motley Crue dopiero około 2010 roku potrafiły zaskoczyć udanymi płytami - odpowiednio Infestation i Saints of Los Angeles. Na szczęście, dzięki Skandynawii od pewnego czasu mamy nową falę glam metalu, którą z uwagą śledzę i nieraz wspominam w swoich podsumowaniach. Bo radosny, przebojowy metal też powinien mieć swoje miejsce w muzycznym świecie.

Death/Doom Metal - My Dying Bride, Paradise Lost, Anathema, Katatonia.

Doom metal ma już swoją wielką czwórkę, czyli Candlemass, Pentagram, Saint Vitus i Trouble. Są to jednak przedstawiciele tzw. tradycyjnego doomu bądź doomu (Candlemass) epickiego. Mnie zawsze jednak najbardziej ciekawił rozwój bardziej ekstremalnej gałęzi gatunku jaką niewątpliwie jest jego mariaż z death metalem. Rozwój, który momentami przyjmował formy niemalże rewolucyjne ale o tym za chwilę powiemy. Możecie mi zwrócić uwagę, że w tej kategorii wyróżniono już tzw. Trójcę z Yorkshire, zwaną też Trójką Peaceville od promującej ich wytwórni. Zalicza się do niej pierwszą trójkę z wymienionych powyżej zespołów. Z drugiej strony katatonia też jest uważana za jednego z pionierów gatunku a jej historia i stopniowa ewolucja brzmienia bardzo dobrze koresponduje z rozwojem całego nurtu. Ale zacznijmy od przełomu lat 80. i 90., kiedy to właśnie w Yorkshire powstały zespoły, które grały ciężko i ponuro a przy tym wolniej niż inni przedstawiciele death metalu. W tekstach zaczęły pojawiać się tematy śmierci, przemijania ale i nieszczęśliwej miłości z czasem coraz bardziej poetyckie. W warstwie wokalnej dominował głęboki growling ale nieraz z akompaniamentem chóralnych zaśpiewów czy, po kilku latach, aksamitnie melancholijnych czystych wokali. Patrząc na dyskografię całej czwórki można powiedzieć, że debiuty były stylistycznie zbliżone do deathowych standardów ale każda kolejna płyta przynosiła coraz więcej przestrzeni i nowych elementów. Sam death/doom był również kluczowy w rozwoju mniej ekstremalnego podgatunku jakim jest gothic metal (nazwany tak od drugiego albumu Paradise'ów, na którym zadebiutowały symfoniczne wstawki). Dla każdej z wymienionych kapel przełomowe były jednak płyty nr 4, które całkowicie odcinały się od zapoczątkowanej kilka lat wcześniej stylistyki. Paradise Lost na Icon postawili na czyste, bliższe tradycyjnemu doomowo brzmienie, Like Gods of the Sun MDB pozbawiona growlingu, pełna smyczków i poetyckiej, melancholijnej ekspresji wokalnej Aarona to dziś klasyka metalu, Tonight's Decision Katatonii jest już wejściem w depresyjno-rockowe/metalowe terytorium a Alternative 4 Anathemy sygnalizuje całkowity rozbrat z metalowymi korzeniami. Jak więc mówić o Wielkiej Czwórce death/doomu kiedy po kilku latach doszło do tak radykalnej zmiany? Myślę, że wpływ tej czwórki na innych zaznaczał się nawet wtedy bo zobaczcie sami, jak potoczyły się losy innych przedstawicieli tej sceny - francuskiego Lake of Tears, szwedzkiego Tiamat czy holenderskiego The Gathering. Każdy z ich po pewnym czasie poszedł swoją drogą i w obranej stylistyce potrafił nadal tworzyć dzieła wybitne. A poza tym, niektórzy nawet po mezaliansach z muzyką elektroniczną (słynny Host PL) potrafili po latach powrócić tam, gdzie zaczynali. 

Rock Neo-Progresywny - Marillion, IQ, Pallas, Twelfth Night.

Tu sytuacja z jednej strony wydaje się prosta - za twórców nurtu uważa się sześciu wykonawców - prócz wybranej przez mnie grupy mamy też Pendragon i Solstice. Założyłem jednak na wstępie, że artykuł ma być o czwórkach więc decyzja o selekcji konkretnych nazw nie była łatwa. Postanowiłem jednak skupić się na tych zespołach, których sam słucham najczęściej. Stąd mimo, że Pendragon powstał już w 1978 roku (czyli przed najbardziej ikonicznym Marillion i moim ulubionym IQ) to jednak myślę, że choćby z punktu widzenia czytelnika, wybór Twelfth Night będzie ciekawszy i pomoże ocalić od zapomnienia ten trochę niedoceniony zespół. A Pendragon ze swoją rozpoznawalnością poradzi sobie i tak. Ale wróćmy do tematu głównego i zastanówmy się jak wyglądał rynek muzyczny na przełomie lat 70 i 80. Rewolucja punkowa, nadchodząca nwothm a z drugiej strony rozwój nowoczesnego popu sprawił, że zapotrzebowanie na skomplikowane, przeintelektualizowane albumy znacznie się zmniejszyło. Zamiast zmuszania do refleksji publiczność oczekiwała czegoś, co będzie korespondowało z buntem i buzujacą w młodzieży złością. W tych realiach przedstawiciele pierwszej fali rocka progresywnego nie potrafili się odnaleźć, szli w stronę elektroniki, "piosenkowego" pop-rocka lub całkiem zawieszali działalności. Jednak już pod koniec lat 70-ych w londyńskim Marquee Club zaczęły pojawiać się zespoły, które wyrosły co prawda z punku ale za cel postawiły sobie odrodzenie progresywnej muzyki. Zachowując pewną punkową ostrość i rezygnując z części dotychczas nierozłącznie prog-rockowych elementów (m.in. mellotron) potrafili zaciekawić słuchaczy opowiadanymi historiami. Do łask wróciły concept albumu ale teraz ich tematyka stała się bliższa problemom zwykłego człowieka - tu dobrym przykładem jest Marillion i poświęcony chorobie alkoholowej Clutching the Straws. Klimat neo-proga ogólnie był początkowo dość mroczny i myślę, że ten niepokój i pesymizm właśnie przemówił do wrażliwości drugiego pokolenia miłośników prog-rocka. Mroczne a zarazem teatralne oblicze gatunku prezentował też wspomniany już wcześniej Twelfth Night, natomiast IQ do teatralności dodawał rozmachu i bardziej klasycznego, symfoniczno-rockowego charakteru. Zresztą sami muzycy IQ trochę odcinali się od określenia neo-prog i uważali swoją muzykę za kontynuację zapoczątkowanej przez Yes czy, zwłaszcza wczesne Genesis fali. Na tle reszty ciekawie przebiega historia Pallas. Założony już w 1976 w Aberdeen zespół był początkowo pod mocnym wpływem punk rocka, co widać w pierwszych nagraniach, by płynnie przejść w coś co zostało potem określone neo-progiem. Szkoci byli również bohaterem skandalu, jaki wybuchł we wspomnianym Marquee Club - ich 15-minutowa suita The Ripper i ekstrawaganckie sceniczne przebranie wokalisty w czasach, gdy Rozpruwacz z Yorkshire był jeszcze na wolności mogło budzić kontrowersje. Co było potem? Pallas dotknęła choroba starszych kolegów i na swej drugiej płycie studyjnej (wydanej po kilkunastu latach) skierowali się w stronę prostszego rocka - można powiedzieć nawet że AORa. Minęło jednak 6 lat i od Beat the Drum dojrzały, symfoniczny prog-rock znów zagościł w ich repertuarze. Patrząc całościowo na te cztery różne historie i późniejszy rozwój drugiej fali rocka progresywnego można powiedzieć, że każda grupa wniosła coś wyjątkowego i sprawiła, że do dziś możemy cieszyć się muzyką wielu młodszych ale niemniej utalentowany artystów. A tych, jak wiecie z moich artykułów, nie brakuje. 

Mamy więc w ten sposób zaprezentowane po 4 fundamentalne zespoły w rozwoju 4 uwielbianych przeze mnie gatunków. Na koniec oczywiście dedykowana playlista i tu również idę "regułą czwórek', dodając do niej po 1 utworze z czterech pierwszych płyt każdego wykonawcy. Dzięki temu z jednej strony możemy zaobserwować krystalizowanie się charakterystycznych elementów danego stylu jak i, przynajmniej w niektórych przypadkach, jego dalszą ewolucję bądź, bywa i tak, porzucenie wyjściowych ram i sięganie po coś jeszcze innego i nowatorskiego. Mam więc nadzieję, że dla każdego z Was czas spędzony na jej odsłuchu będzie ciekawym i inspirującym doświadczeniem. Zapraszam też do dyskusji a jeśli też macie swoje "prywatne" wielkie czwórki, niekoniecznie wybranych przeze mnie gatunków, proszę o polecenia. Chętnie posłucham. 



poniedziałek, 13 lipca 2026

06.07-12.07.2026

 


Poniedziałek, więc dzień obowiązkowego podsumowania tygodnia. Już sam rzut okiem na lastowy kolaż mówi nam, że był to tydzień bardzo zróżnicowany. Nie będę Was zatem trzymał w niepewności, tylko od razu przejdę do sedna.

Tym razem zacznijmy może od nowości, bo choć sezon ogórkowy w pełni, to tym razem wytwórnie przygotowały nam wspaniałą ucztę - może nie objętościowo ale na pewno pełną smaku. Największy hit, wiadomo, Foreign Tongues i żywa legenda rocka. The Rolling Stones na scenie obecni są już siódmą dekadę i co ciekawe, zamiast odcinać kupony od swej popularności, dowieźli nam drugą świetną płytę w ciągu ostatnich kilku lat. Jest tu wszystko to, czym Stonesi są - i trochę bluesa, i rock'n'rolla a nawet ostrzejsze, hard rockowe nuty. Całość skąpana jest zaś w niesamowitym luzie, takim, na jaki pozwolić sobie mogą prawdziwi giganci. Zero kalkulacji co się sprzeda a co nie, tylko muzyka, która jak mój ulubiony utwór z albumu - Hit Me in the Head. 

Inną legendą rocka, choć już bardziej tego glam czy AOR jest Jim Peterik. Założyciel m.in. Survivor od kilkunastu lat działa w duecie z wokalistą Tobym Hitchcockiem a ich zespół nazywa się Pride of Lions. Nazwa zapewne Wam znana, bo często o nich wspominam przy różnych okazjach. W piątek premierę miał Unbridled - płyta numer 8 w ich katalogu, która jest taka jaka być powinna. Melodyjna, gitarowa z fajnymi harmoniami wokalnymi Jima i Toby'ego, mądrymi tekstami (choć już nie tak "filozoficznymi" jak na najlepszej The Destiny Stone) i utworami, które potrafią zapaść w pamięć. Po kilku odsłuchach najmocniej siadło mi póki co I'll Be Your Rock ale liczę, że tych "przebojów" będzie znacznie więcej.

Szóstego czerwca premierę miała za to płyta AutoMoto Animus amerykańskiego kompozytora Xaviera Phideaux. Już jakiś czas temu pisałem tu o promującym jego nowe wydawnictwo singlu Hey Humanity, i to pisałem z zachwytem. Jak na tym tle wypada cała płyta? Muszę powiedzieć, że pan Xavier dał radę a muzykę zawartą na płycie z czystym sumieniem można określić crossover lub eclectic progiem. Mnogość różnych inspiracji, mieszania stylów w celu uzyskania konkretnego efektu jest godna podziwu. Już sam opener w postaci Do What You Will zaskakuje elektronicznym feelingiem przywodzącym na myśl raczej new romantic niż new... wróć neo-prog. Ale czy nie tym jest właśnie progres? Nieustannym rozwijaniem się. Niemniej, jakby nie było, jest to dalej ten sam szukający i znajdujący swoją drogę Phideaux a każda takie niewielkie odchylenie jest tylko i wyłącznie wartością dodaną.

Kolejna premiera jest teoretycznie najmniej rockowa, choć nadal mieści się w szerokim spektrum alternatywy. Warszawskie Mlecze miło zaskoczyły mnie już w przypadku zeszłorocznego debiutu, pełnego rozmarzonych, subtelnych dźwięków, balansujących pomiędzy indie-popem czy shoegazem. W tym roku zespół poszedł za ciosem a Album Niebieski ma w sobie jeszcze więcej emocji, zmysłowości i eteryczności ale i może nieco więcej rockowego pazura? Tak czy siak, jeśli Maruda był jeszcze nieśmiałą próbą zaistnienia w świadomości słuchaczy, to nowa płyta pokazuje już w pełni ukształtowany bedroom pop, jak swój styl określają sami artyści.

Na jednej z facebookowych grup ktoś pisał, że lato to taki czas, gdzie prócz całych albumów, trafia się naprawdę sporo interesujących singli. Według mnie z tym jest różnie ale w zeszłym tygodniu katowałem namiętnie dwie nowe propozycje z dwóch różnych stron mojego muzycznego spektrum. The One to pierwsza zapowiedź nowej płyty włoskich power metalowców z Frozen Crown - rozpędzona, melodyjna, bliska stylistycznie do klasycznego Helloween. Cieszy mnie to i liczę, że po lekkiej zadyszce jaką zespół złapał na ostatnim LP (War Hearts), "Legenda o Sześciu Królach" będzie triumfalnym powrotem do formy. Po odsłuchu The One mam powody by w to wierzyć. Drugi singiel to dość niespodziewany numer, biorąc pod uwagę dotychczasowego dokonania stojącej za nim kapeli. Necropolitan Line jest zwariowaną, psychodeliczno-punkową petardą, której złowieszczości dodają jeszcze wypełniające tło i solówkę organy Hammonda. Nie wiem czemu i zapewnie nie taka była intensja muzyków ale kojarzy mi się to mocno z Phantom Trainem z szóstej części Final Fantasy.

Pora teraz na dwie "wewnętrzne nowości" przez co rozumiem artystów, którzy dopiero teraz zawitali w moja muzyczne progi. Odkrycie MuN zawdzięczam solidarnie dwóm muzycznym pejom - MyWave i Rolowy Świat Muzyki. Obaj koledzy po fachu ich najnowszą (i być może ostatnią) płytę pt Utra uznali za jedno z najlepszych wydawnictw pierwszej połowy 2026 roku. Postanowiłem zweryfikować te inforrmacje i dziś mogę napisać, że trudno się im dziwić. Jest to płyta z gatunku tych, które już od pierwszej nuty potrafią zaintrygować a potem jest jeszcze lepiej. Mnie w ich twórczości ujęła umiejętność płynnego zmieniania stylów i nastrojów przy zachowawniu jednakże własnej muzycznej tożsamości. I chociaż internety szufladkują MuN jako amalgamant stonera, post-rocka i post-metalu, mnie osobiście ciężko uciec od pewnych porównań z norweski prog-death metalowym In Vain

Uzyskanie odpowiedniego klimatu i nastroju nie jest łatwe. Tym trudniej oddać konkretne emocje, jeśli świadomie (lub z przyczyn losowych) rezygnujemy z warstwy wokalnej w muzyce. W tej sytuacji musisz namówić gitarę, bas, perkusję by mówiły za Ciebie, by potrafiły uruchomić w słuchaczu dokładnie te struny, wywołać dokładnie te obrazy, które sobie zamierzyłeś. Takiego zadania podejmuje się już od dobrych kilku lat jedno-osobowy zespół Alien Dishwasher i po wielokrotnych odsłuchach jego kompozycji, z których najbardziej przypadła mi do gustu Sisyphos Strive stwierdzam, że nie jest to nomen omen "syzyfowa praca".

Po wielu latach przerwy, mając ostatnio jakiś niewytłumaczalny apetyt na psychodeliczno-progresywne początki rocka, zwróciłem się ku amerykańskiej kapeli Love i ich drugiej płycie pt. Da Capo. Znajdziemy na niej siedem kompozycji, z których sześć (strona A) to krótkie, "piosenkowe" formy przywodzące trochę na myśl bardziej odjechaną wersję Beatlesów a ostatnia, Reveleation to jedno wielkie jam session z licznymi muzycznymi cytatami, które mogło być jeszcze większe, masywniejsze gdyby nie naciski wytwórni i zwykłe fizyczne ograniczenia czasu na płycie winylowej. Mimo tak skrajnych różnic, każda ze stron jest ważnym etapem w historii muzyki gitarowej i równie mocno zachęcam do odsłuchu Orange Skies i She Comes in Colors (obecne na playliscie) jak i tego niezwykłego Revelation.

Z 1966 roku przeskoczmy do 2005 roku, gdy dla wielu miłośników Candlemass wszystko wracało do normy. Za mikrofonem znów stał Marcolin a światło dzienne ujrzała płyta o najprostszym na świecie tytule, zwana dziś "białą płytą". Oczekiwania były spore i wydawało się, że rzeczywiście po kilku mniej "candlemasowych" (choć wcale nie uważam, że nieudanych) albumach przyszła pora na powrót do klasycznego epic doom metalu. Tego właśnie krażka słuchałem uważnie przez cały mijający tydzień i, też z perspektywy ponad 20 lat, mogę powiedzieć że ten "powrót" był całkiem udany choć teraz widzę go jednak jako pewną rozgrzewkę przed tym, co miało dopiero nadejść. Jakby jednak nie patrzeć, jest to solidny krażek z kilkoma wybijającymi się kompozycjami - wśród nich najmocniej przemówił do mnie Spellbreaker.

Pozostałe albumy, które umilały mi ostatnio czas juz znacie. Są wśród nich płyty wybitne - In Somnolent Ruin death/doomowego Draconian, bardzo dobre - stoner/doomowe Neverending szwedzkiego Monolord, debiut power metalowego Shadowborne zatytułowany Heaven's Falling i zaskakujące "metalowością" Temtation's Gate Finów z Amberian Dawn. Nie mogę pominąć też moich ostatnich odkryć czyli pregresywno-psychodelicznego folk-rocka autorstwa brytyjskiego Circulus, niezwykle sugestywnego, atmosferycznego doom-metalu jaki na płycie Gravejards of Joy gra hiszpański TodoMal a także dwóch power metalowych "re-wizyt" czyli Dragonslayer - koncepcyjnego debiutu Dream Evil z 2002 roku i Epsilon fińskiego Dreamtale - jednej z najlepszych płyt 2011 roku w swej kategorii.

Na koniec zostaje nowy Moonspell, który jest wydawnictwem dość specyficznym, trochę trudnym w odbiorze i budzącym różne emocje. W momentach, gdy już myślę, że czas dać sobie z nim spokój on wraca do mnie z czymś nowym, dotychczas niezauważonym i ciekawość rozpala się ponownie. W tym tygodniu takim kagankiem nadziei był Biblical i kto wie, może od niego wyjdzie w końcu iskra, dzięki której w końcu Far From God zapłonie dla mnie pierwszą jasnością.

I z taką nadzieją zostawiam Was na cały nadchodzący tydzień. Niech Wasza ulubiona muzyka towarzyszy Wam w trudnych i dobrych chwilach, nie tylko "w tle" ale niczym najwierniejszy przyjaciel. A gdy już opadnie trochę ten patos, wylewający się z ostatnich linijek, dajcie znać jak wyglądał Wasz muzyczny tydzień. A poniżej, wiadomo, playlista ;)

Playlista: 12.07.2026


Najpopularniejsze