Są takie trasy koncertowe, które mają ustaloną z góry setlistę. Czasami jest kilka utworów, które są grane zamiennie w zależności od gigu lub życzenia publiczności. Są też i takie, którym prócz standardowych wydarzeń towarzyszą koncerty specjalne. I tak było w minioną sobotę w Klubie Studio, gdzie w ramach promocji zeszłorocznego albumu Blizny pojawiło się poznańskie Turbo. Gdy tylko znalazłem informację o koncercie i formie, jaką przybierze wiedziałem, że muszę tam być. Sam zespół znam od dawna, za sprawą utworu Dorosłe dzieci kojarzyłem już sprzed konwersji w metalheada ale dopiero zapoznanie z całą płytą, która prócz rzeczonej kompozycji tytułowej i krótkiego lecz poruszającego Pozornego życia aż kipiała od heavy-metalowej sprawiło, że oszalałem na punkcie ich muzyki. Krok po kroku poznawałem następne płyty, czasem lżejsze jak Smak Ciszy, czasem soczyste jak Kawaleria czy "rzeźnickie" jak Ostatni Wojownik. Przyznam się, że ciężko mi było wybrać jakąś słabszą pozycję, bo praktycznie każda z nich, i z Kupczykiem i Struszczykiem na wokalu miała w sobie coś wyjątkowego. Tylko wpadające już w death metal Dead End i One Way jakoś nie potrafiły mnie przekonać ale po sobocie może to się zmienić. A dlaczego? O tym jak i o wielu innych ciekawostkach dowiecie się z poniższej relacji z najbardziej niezwykłego koncertu na jakim byłem.
Wszystko zaczęło się o 19:15. Według rozpiski miała być punkt 19 ale cóż. Jadąc z Wieliczki trzeba się przygotować na korki od Ronda Grunwaldzkiego aż po Most Dębnicki, nie ryzykowałem też z parkowaniem blisko samego klubu. Od razu po skręcie w Reymonta wypatrzyłem wolne miejsce i dalej poszedłem piechotą. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności, Turbo również zaczęło z poślizgiem i z setlisty pominąłem tylko Intro zapowiadające Nowy Rozdział. Zgodnie z zapowiedziami w trakcie pierwszej części koncertu usłyszeliśmy po raz pierwszy na żywo cały album Blizny, uznany przez AntyRadio za Płytę Rocku 2025. W okresie popremierowym słuchałem jej dość często, miałem kilka swoich ulubionych kawałków ale w moim podsumowaniu rocznym nie znalazła miejsca. Dziś trochę żałuję, bo w wersji koncertowej jest tam mnóstwo heavy/speed/thrash metalowych petard. Zespół zapowiadał udział wielu specjalnych gości. Od początku na scenie Tomkowi Struszczykowi towarzyszył brat, Bartosz i to jego głos słyszeliśmy w W.W.W.W. Szczerze mówiąc liczyłem po cichu na występ Piotra Cugowskiego, który śpiewa ten duet w oryginale, tak jak i na drugiego z Braci, Wojciecha w jednym z moich ulubionych numerów - Do domu. Cugowskich nie ma ale i tak było zarąbiście. Bo właśnie w Do domu pojawiła się poraz pierwszy dama polskiego gotyckiego rocka, Anja Orthodox. Przyznam, że na całej płycie nie ma chyba bardziej pasującego do niej utworu, ten poetycki tekst, porównania tak zahaczające o gotycką estetykę wpasowały się bardzo dobrze do jej niskiego, refleksyjnego głosu. To zresztą nie był jej jedyny występ tamtego wieczoru ale o tym za chwilę. Po pełniącym rolę outro, dwuminutowym Spokojnym zespół zarządził 15 minut przerwy a ja już nastawiłem się na Kawalerię! I co? I psikus, i to jaki.
Turbo wróciło na scenę w odmienionym składzie, w tle pojawiła się grafika z płyty, której jakoś bardzo nie kojarzyłem a gdy już zagrali, zaczęła się rzeź. Jacek Zema za mikrofonem, prócz niego na scenie Krzysztof Pistelok z Namora (a przede wszystkim z Kata z Romanem) i Mirosław Muzykant pokazali nam najcięższe oblicze kapeli. Naprawdę nie spodziewałem się utworów z wspomnianem już na wstępie płyty Dead End. Zagrali a ja wkręciłem się w to, zwłaszcza w drugą z kolei Enola Gay. Potem do Jacka dołączył Tomek i przyszła kolej Miecz Beruda z Ostatniego Wojownika i dwa numery z Awatara. Nie była to lubiana przeze mnie Arrmia ale i tak panowie pokazali, że ta płyta miała duży potencjał i tylko nie miała szczęścia do czasów, w których się pojawiła. Gdyby jeszcze udało się namówić do zaśpiewania jednego z numerów oryginalnego wokalistę to byłaby niezapomniana chwila. Następnie przeszliśmy do chwili ze Strażnikiem Światła, pierwszym krażkiem, na którym śpiewał Tomek. I tu też niespodzianka, bo usłyszeliśmy Przestrzeń - Światło, pochodzący z digipackowego wydania albumu. Oryginalny (choć nie pierwszy) wokalista Turbo nie pojawił się przy okazji Awatara ale w końcu nadszedł moment, na który wielu z nas czekało. Legenda polskiego metalu, głos znany nie tylko miłośnikom ciężkiego grania - Grzegorz Kupczyk przejął specjalnie przygotowany dla niego mikrofon. I zaczął się ogień! No może nie od razu, choć Jaki był ten dzień wszedł do repertuaru niejednego harcerskiego zastępu i pewnie śpiewa się go przy ognisku, ale muzycznie ma inne zalety niż jazda i do przodu. Śpiewali go wszyscy, Tomek grał na gitarze a Grzegorz roztaczał swą magię. A potem był Szalony Ikar i szaleństwo na całego. W tej części koncertu usłyszeliśmy jeszcze kilka klasycznych numerów z lat 80-ych, trochę z zaskoczenia niegrany chyba nigdy wcześniej na żywo This War Machine z Piątego Żywiołu (czyli już pełna XXI wieku) a tuż przed przerwą Grzegorz wraz z Anją odśpiewali majestatyczne Otwarte Drzwi Do Miasta, nieco symboliczne, biorąc pod uwagę, że to ostatnia pozycja na trackliście Tożsamości, ostatniej płyty nagranej z Kupczykiem.
Kolejna przerwa i w końcu czas na danie dnia. Kawaleria Szatana to jedna z najważniejszych płyt w historii polskiego metalu i usłyszeć ją w całości na żywo w wykonaniu Turbo i Kupczyka przez lata pozostawało w sferze marzeń. I tu zespół znów zrobił mi psikusa, zaczynając co prawda od Komety Halleya ale za mikrofonem stał Tomek. I zaśpiewał perfekcyjnie. Potem pałeczkę przejął starszy z wokalistów, na scenę wszedł związany przed laty z zespołem gitarzysta Andrzej Łysów a my dostaliśmy dwa szybkie killery. Dłoń Potwora i Sztuczne Oddychanie to dwa z trzech utworów z tej płyty, do których najczęściej wracam. W Wybacz Wszystkim Wrogom na scenę wróciła Anja Orthodox i pokazała moc i ostrość głosu, jakiej w twórczości Closterkeller nie uświadczymy. Lider zespołu, Wojciech Hoffman pokazał swój gitarowy kunszt w instrumentalnych Bramach Galaktyk, które jak się okazało były nomen omen bramami do obu części Kawalerii, gdzie znów solidarnie obowiązkami podzielili się obaj wokaliści. Wiem, że początkowo liczyłem na cały set z Kupczykiem ale teraz myślę, że to była dobra decyzja. Kawaleria to nasze wspólne metalowe dziedzictwo a przyjemnie było widzieć na scenie, że obu muzyków łączą dobre relacje i że po tylu latach od rozstania nie ma złej krwi między Wojtkiem a Grzegorzem. To też takie symboliczne połączenie starego z nowym, klasyki jaką jest Kawaleria z nowością reprezentowaną przez Blizny. Szaleństwo trwało jeszcze kilkanaście minut po ostatnim akordzie z rzeczonej płyty. W utworze Mówili Kiedyś zaprezentowali nam się, nieobecni dotychczas Jakub Kędziora i Bartek Hoffmann a rolę wokalisty przejęli basista Bogusz Rutkiewicz (w zespole od 1983) i perkusista Mariusz Bobkowski a Tomek Struszczyk podzielił się z nami swoimi perkusyjnymi umiejętnościami. W następnym utworze wszystko wróciło do normy a my mieliśmy okazję wysłuchać epickiego Może tylko płynie czas, który uważam za jeden z najlepszych z płyty Piąty Żywioł.
Na tym koncert miał się zakończyć, choć nikt nie myślał, że poznaniacy opuszczą Kraków bez zagrania Dorosłych Dzieci. Zgodnie z przewidywaniami kapela wróciła ale pierw zaprezentowała nam tytułowy numer z agresywnej, thrashmetalowej płyty Ostatni Wojownik. I tu Grzegorz "Wpi**ol" Kupczyk z Tomkiem "Rzezią" Struszczykiem rozwalili system. A potem pojawiła się delikatna gitara i słowa, które przeszły do legendy polskiej muzyki. Są dni, kiedy mówię dość... Tak to panowie spróbowali zrobić nas w konia, próbując coverować Lady Pank. Kiedy już jednak śmiechy ustały, dostaliśmy w końcu Dorosłe Dzieci i to zagrane i zaśpiewane wspólnie przez wszystkich zaproszonych gości. I oczywiście publiczność. I tak oto, tuż przed północą zakończył się koncert, o którym organizatorzy pisali, że potrwa 3 godziny. Jak dla mnie to trwał o kolejne 3 godziny za mało, w katalogu Turbo jest bowiem jeszcze tyle interesującego kontentu, że można by grać w nieskończoność. Ale i tak, powiedzcie sami, czy byliście na koncercie, na którym jeden artysta zagrał aż 35 utworów? Ja byłem zachwycony, reszta publiczności też a o zainteresowaniu, jakie wzbudziło to wydarzenie, niech świadczy fakt, że wyprzedano wszystkie przygotowane bilety. To pokazuje, że muzyka rockowa i metalowa żyje i ma się dobrze i wierzę, że przyjdzie kiedyś taki czas, że przedstawiciel rodzimej sceny wypełni stadiony. Choć, szczerze mówiąc, ja osobiście wolę raczej atmosferę takiego klubowego koncertu, wszystko jest bardziej namacalne i autentyczne. Tak jak emocje, jakie z sobą wyniosłem. Na koniec, żeby choć odrobinę tego wieczoru zachować od zapomnienia, przygotowałem playllistę z niemal wszystkimi zagranymi numerami. Choć takiej atmosfery z jaką zetknąłem się w sobotę żadna studyjna wersja nie ma szans.
Dzięki wielkie Turbo za ten wieczór i oby do rychłego zobaczenia!



.jpg)

.jpg)
