piątek, 28 sierpnia 2026

Moje Ulubione Muzyczne Trylogie - Playlista Tematyczna


Nie wiem jak Wy ale ja mam tak często, że w głowie roi się mnóstwo ciekawych pomysłów, które wciąż czekają na realizację. I choć te myśli snują się po zakamarkach świadomości, brakuje jednak impulsy by wdrożyć je w życie. Tak też mam z moimi playlistami tematycznymi. O wartych uwagi albumowych trylogiach myślałem już chyba od pół roku ale zawsze coś innego okazywało się ważniejsze. Na szczęście zbliżająca się wielkimi krokami premiera trzeciej części A Dark Poem prog-metalowego Green Carnation stała się bodźcem do działania. Tak więc mam ogromną przyjemność zaprezentować Wam szesnaście różniących się gatunkowo ale podobnie interesujacych muzycznych trylogii:

Green Carnation - A Dark Poem - Pt. I: The Shores of Melancholia, Part II: Sanguis, Pt. III: The Messiah Complex - wspomniany już na wstępie trójpłytowy album norweskiego zespołu rzeczywiście można określić słowem "poemat". Balansujący między rockową progresją sprzed 40-50 lat a cięższymi, prog-metalowymi momentami, pełen osobistych, silnie nacechowanych emocjonalnie tekstów sprawia wrażenie obcowania z dziełem dalece wykraczającym poza ramy tak muzyczne jak i literackie.

Avantasia - The Wicked Trilogy - The Scarecrow, The Wicked Symphony, The Angel of Babylon - kiedy po kilku latach przerwy Tobias Sammet powrócił do swojej metalowej opery fani oczekiwali po raz drugi (a w zasadzie trzeci, zważywszy na 2-płytowy oryginał) tego samego - epickich power metalowych hymnów i folkowych ballad. Tobi natomiast wyciął im niezłego psikusa, rozszerzając stylistyczne ramy swojego wówczas pobocznego a obecnie głównego projektu. Pojawiło się więcej hard rocka, klasycznego heavy metalu a nawet odrobinę ejtisowej progresji a w warstwie tekstowej miejsce fantasy zajęły przeżycia jednostki nadmiernie wrażliwej i osamotnionej w rzczywistości, której w pełni nie rozumie. Od tych albumów zaczęła się też współpraca Sammeta z Jornem Lande, czasem żartobiliwe ujmowana pod nazwą "Jorn Lande's Bonjovitasia"

Swallow the Sun - Songs from the North - I: Gloomy, II: Beauty, III: Despair - monumentalne dzieło fińskiego zespołu to w sumie nie tyle trylogia, co trzyczęściowe wydawnictwo trwające w sumie ponad 2,5 godziny. Każda z wchodzących w skład tryptyku części prezentuje nieco inny styl muzyczny, od odpowiednio gotyckiego death/doomu przez akustyczne i folkowe, atmosferyczne utwory po ciężkie i przytłaczające, funeral doomowe procesje. Co ważne, przy takiej różnorodności, "Pieśni z północy" brzmią bardzo spójnie i mimo nietypowej jak na dzisiejsze czasy objętości, ich odsłuch od deski do deski w żadnym miejscu nie zaczyna się dłużyć

Helloween - Keeper of the Seven Keys - Pt. I, Pt. 2, The Legacy - dwie pierwsze części wydane w latach 1987-88 na lata ukształtowały europejską scenę power metalu, ba, właściwie to ją stworzyły. Nazywani często Iron Maiden na sterydach, muzycy spod znaku dyni zasłynęli z szybkiego, melodyjnego i przebojowego grania a falset debiutującego na pierwszych "Keeperach" Michaela Kiske stał się cechą charakterystyczną całego gatunku. Po latach, już z Andim Derisem za mikrofonem muzycy wrócili do tego cyklu, nagrywając wieńczącą go płytę The Legacy. Dla niektórych być może było to niszczenie legendy, dla mnie raczej pewna próba rozwinięcia i spojrzenia na swe początki świeżym, bogatszym o lata doświadczeń okiem

King Buffalo - The Pandemic Trilogy - The Burden of Restlessness (2021), Acehron (2021), Regenerator (2022) - wśród wielu zmian, które przyniosła pandemia koronawirusa były ograniczenia w kontaktach międzyludzkich, które naturalnie przyczyniły się do odwoływania koncertów i festiwali. Amerykańscy muzycy nie mogąc ruszyć w trasę koncertową, zamknięci w swoich domach, bombardowani licznymi mało optymistycznymi doniesieniami ze świata znaleźli sposób na kreatywne wykorzystanie tego czasu. Postanowili pisać i pisać jak najwięcej muzyki, którą po latach być może będzie można zaprezentować na żywo. Tak powstały trzy albumy, na których poznaliśmy różne oblicza psychodeliczno-progresywnego stoner rocka, w niezwykły sposób odwzorowujące stany emocjonalne towarzyszące szczęśliwie minionej już pandemii

Mago de Oz - Gaia (2003), Gaia II: La Voz Dormida (2005), Gaia III: Atlantia (2010), Gaia: Epilogo (2010) - po wydaniu dwupłytowej Finisterry, hiszpańscy muzycy zasmakowali w concept albumach na tyle, że rozpoczęli kolejną opowieść, która finalnie zamknęła się w trzech pokaźnych rozdziałach a jej swoistym uzupełnieniem został kompilacyjny Epilogo z niewydanymi wcześniej kompozycjami lub alternatywnymi wersjami znanych kawałków. Tematycznie Gaia opowiada o czasach hiszpańskich podbojów Ameryki Środkowej i Południowej, dotyka też ważnych kwestii ekologicznych, opowiadając o zniszczeniach środowiska naturalnego przez ludzi. Muzycznie cała saga jest trochę nierówna, co zwłaszcza widać w ostatniej części ale z drugiej strony, wiele utworów z różnych rozdziałów Gai do dziś należy u mnie do ścisłego topu twórczości tej folk-powerowej ekipy

Therion - Leviathan (2021), Leviathan II (2022), Leviathan III (2023) - po monumentalnej ale niezbyt dobrze przyjętej i trochę niezrozumianej przez publiczność trzyaktowej operze (w rozumieniu muzyki klasycznej a nie tzw. metal operze) Beloved Antichrist, Christofer Johnsson zapowiedział powrót do klasycznego, "normalnego" typu albumów, przygotowując serię wydawnictw nawiązujących do najbardziej znanych i lubianych elementów z pokaźnej dyskografii szwedzkiej legendy symfonicznego metalu. Miało być przebojowo i przystępnie ale co ważne, nie ucierpiał na tym poziom artystyczny i choć żadna z trzech części Leviathana nie przeskoczy Lemurii czy Theli, są to jednak bardzo solidne i dobrze słuchające się albumy.

Elvenking - The Reader of the Runes - Divination (2019), Rapture (2023), Luna (2025), Rites of Disclosure (2026) - Włosi z Elvenking na swej szóstej płycie, Red Silent Tides z 2010 roku umieścili utwór Runereader. Po kilku latach i trzech kolejnych, coraz mocniej power metalowych płytach postanowili wrócić do tego konceptu, tworząc trylogię w całości poświęconą tytułowemu "czytaczowi run". Muzycznie zaprezentowali na niej dość eklektyczny materiał, od szybkich i melodyjnych galopad, przez mroczniejsze, wolniejsze kawałki po folkowe, kinowe przestrzenie. Wspomniane powyżej Rites... to natomiast wydane w formie EPki uzupełnienie historii plus część coverów - bardziej dla kolekcjonerów i miłośników (w tym mnie ;) )

Cavern Deep - Cavern Deep (2021), Breach Pt. II (2023), The Bodiless (Pt. III) (2025) - chyba najcięższa, najbardziej smolista i najmroczniejsza trylogia w dzisiejszym zestawieniu. Szwedzi w swojej muzyce prezentują powolną, przytłaczającą, wpadającą w sludge wersję doom metalu, gdzieniegdzie przetykaną jedynie melancholijnym czystym śpiewem. Koncept całej trylogii nasuwa wiele podobieństw z prozą Lovecrafta - relikty dawnej cywilizacji, podróż w głąb mrocznych korytarzy, kontakt z nieznanym i ostatecznie bezcielesna metamorfoza, zjednoczenie z kosmosem i koniec... A może początek?

Bloodbound - Stormborn (2014), War of Dragons (2017), Rise of the Dragon Empire (2019) - szwedzcy power metalowcy długo czekali na wyklarowanie swojego własnego, charakterystycznego stylu, przeplatając kapitalne powerowe galopady (zbyt) nowoczesnym metalem na Tabula Rasa i manowaro-podobnym hymnicznym, choć jednak nieco płytkim heavy metalem przy okazji In the Name of Metal. Przełom nastąpił w 2014 roku, gdy płytą Stormborn skręcili mocno w stronę dynamicznego, melodyjnego i wyraźnie inspirowanego fantastyką (zwłaszcza prozą GRR Martina) power metalu. Wśród tych trzech albumów, nieformalnie zwanych smoczą trylogią, drugi czyli War of Dragons to mój absolutny numer 1 w ich katalogu. I choć panowie nie uniknęli pewnego spadku formy przy ostatniej części, utrzymanej w średnich tempach i trochę za bardzo "sfolkizowanej" to jednak dzięki nim zyskali rozgłos i dzisiejszą pozycję na europejskiej scenie metalowej

The Chronicles of Father Robin - The Songs & Tales of Airoea - Book I: The Tale of Father Robin (State of Nature) (2023), Book 2: Ocean Traveller (Metamorphosis) (2023), Book 3: Magical Chronicle (Ascension) (2024) - za tą trylogią kryje się niezwykła historia. Otóż, wiodący muzycy norweskiej sceny progresywnej, znani choćby z Wobbler czy Tusmorke zebrali się wspólnie by ozywić porzucone przed 30-u (!) laty, w szkole średniej historie o Ojcu Robinie i ubrać je w vintage'owe, inspirowane muzyką progresywną lat 70-ych brzmienia. Wyszło interesująco, ambitnie i bardzo... norwesko, choć nam raczej lata 70-e kojarzą się z brytyjską sceną. Cóż Kochani, to już kolejny sygnał by zapoznać się ze skandynawskim, pełnym ukrytych perełek progiem.

Rebellion - The History of the Vikings - Volume I - The Sagas of Iceland (2005), Volume II - Miklagard (2007), Volume III - Arise: From Ginnungagap to Ragnarök (2009) - Uwe Lullis, jeden z ojców sukcesu "średniowiecznej trylogii" zespołu Grave Digger, po rozstaniu z ekipą Chrisa Boltendahla założył swój własny, nazwany (po sporach prawnych)  zespół, którego nazwa bezpośrednio nawiązywała do legendarnego utworu Rebellion (The Clans are Marching). To nie jedyne zresztą podobieństwo. Tak jak w poprzedniej grupie, tak tu Lullis z zamiłowaniem przygotowywał kolejne concept albumy, co zaowocowało m.in. tą poświęconą Wikingom trylogią - surową, ciężką ale niepozbawioną też potężnych melodii i ładnie zwanych z angielska sing-along refrenów

Gong - Radio Gnome Invisible Trilogy - Part I - Flying Teapot (1973), Vol. 2 - Angel's Egg (1973), Vol. 3 - You (1974) - najstarsza i bodajże najdziwniejsza z wymienionych dziś trylogii. Surrealistyczny świat, wprowadzający słuchacza w świat stworzonej przez zespół mitologii, szalona w swej nieprzewidywalności muzyka, przyprawiająca niekiedy o prawdziwie psychodeliczno-kosmiczny zawrót głowy i bogate instrumentarium - gitary, syntezatory, dęciaki to wszystko razem daje nam kwintesencję tzw. sceny Canterbury - niełatwej być może w odbiorze przy pierwszym, drugim, dziesiątym podejściu ale nagradzających wytrwałych nieograniczoną ilością nieszablonowych muzycznych doznań

Dragonland - The Dragonland Chronicles - Part I - The Battle of The Ivory Plains (2001), Part II - Holy Wat (2002), Part III - Under the Grey Banner (2011) - szwedzka ekipa jak przystało na klasycznego przedstawiciela symfonicznego power metalu przełomu stuleci postanowiła nam opowiedzieć historię własnego świata fantasy. Po dwóch, dobrze skądinąd przyjętych albumach porzucili swoje "Kroniki" na rzecz innych tematów, oddając w nasze ręce m.in. świetną Astronomy. Po kilku latach postanowili jednak domknąć historię "Dragonland" płytą, która już od pierwszeo odsłuchu oszołomiła mnie idealnym wyczuciem balansu między symfonią a metalem i między storytellingiem a łatwością w odbiorze. Stąd też stoję na stanowisku, że każdy fan power metalu z twórczością zespołu (i wokalem Jonasa Heidgerta) zapoznać się powinien

Autumn Tears Love Poems for Dying Children - Act I (1996), Act 2: The Garden of Crystalline Dreams (1997), Act III: Winter and the Broken Angel (2000) - teraz coś z całkiem innej beczki. Autumn Tears to projekt kompozytora Teda Tringo, prezentujący neoklasycystyczne oblicze muzyki darkwave. Eteryczne, melancholijne brzmienia instrumentów klawiszowych i orkiestracji, operowe wokale, fragmenty mówione bądź szeptane i teskty eksplorujące jednocześnie najbardziej intensywne i tragiczne emocje - to wszystko sprawia, że po seansie już z jedną częścią trylogii czujemy się równie przytłoczeni jak po porządnym funeral doomie. 

Virgin Steele - The Marriage of Heaven and Hell Part I (1995), Part II (1996), Invictus (1998) - zespół charyzmatycznego wokalisty Davida DeFeis znany jest ze swojego epickiego stylu, balansującego gdzieś na pograniczu heavy, speed i power metalu. Znakiem rozpoznawczym grupy są też liczne nawiązujące do literatury, religii i filozofii albumy koncepcyjne. W tym przypadku mamy do czynienia z trzyczęściową sagą, której głównym tematem jest odwieczny konflikt między tym co "ludzkie" a tym co "boskie". Teksty nie tworzą jednej historii, swobodnie nawiązując m.in. do poezji, religii, mitologii i własnych przemyśleń. Widać jednak pewną prawidłowość - pierwsze dwa "akty" nawiązują mocno do dualistycznej natury świata i człowieka, natomiast finał prowadzi nas ku nieuniknionemy wyzwoleniu ludzkości spod "boskiej" kurateli

Finis coronat opus - koniec wieńczy dzieło. Co jednak, gdy w jednym artykule tych arcydzieł jest aż 16-e? Proponuję więc, by uniknąć nadmiernego przeładowania emocjonalnego i intelektualnego (które stało się moim udziałem gdy przygotowywałem ten wpis), po 1 utworze z każdego albumu na dzisiejszej playliście. Myślę, że jeśli choć jeden się Wam spodoba, śmiało ruszycie ku dalszej eksploracji tej czy innej muzycznej trylogii. Bo każda z tej szesnastki jest tego warta. A może znacie jeszcze jakieś inne rockowe, metalowe bądź całkiem inne gatunkowo trylogie, których nie znać po prostu nie wypada? Jeśli tak, piszcie w komentarzach! A link do playlisty poniżej:

   

poniedziałek, 24 sierpnia 2026

17.08-23.08.2026

 


Witam państwa już z Polski ale jeszcze urlopowo. A jak każdy prawdziwy Polak na urlopie, Mam mnóstwo rzeczy do zrobienia w domu więc dzisiejsze podsumowanie przeprowadzimy w trybie ekspresowym. Tak więc oto artyści, których w ostatnim tygodniu słuchałem najczęściej.

Battle Beast - przekrojowo przez całą dyskografię - przebojowy metal z nutą powera ale i ejtisowych, tanecznych rytmów

Pride of Lions - AORowe piosenki mistrza Peterika o miłości i innych emocjach - w sam raz na romantyczny wypad z małżonką 

Black Sites - amerykański progresywny groove metal, gdzie melodie nie słodzą nadmiernie a instrumentalna ekwilibrystyka nie przeszkadza w odbiorze

Mlecze - bo bedroom pop to nie proste piosenki o cin-cin ale pełne melancholii i osobistych treści bolesne muzyczne wyznania

Duszno i EPka zostań/wyjdź czyli cztery nowe shoegaze'owe perełki warszawskiej ekipy

Candlemass i pora na Sweet Evil Sun, jedną z trzech moich ulubionych płyt i tę konkretną, która że słuchacza zmieniła mnie w fanatyka

Debiutujący niedawno Zemetras, czyli stoner/doom po słowacku. Myślę że takiego poziomu odurzającej psychodelii nasi południowi sąsiedzi nie byliby w stanie osiągnąć śpiewając po angielsku 

Brytyjczycy z The Tirith udowadniają natomiast, że rock progresywny to niekoniecznie ciągle wytyczanie nowych ścieżek ale i umiejętne wybieranie tych już wydeptanych. A ta elektryczność to największa zaleta płyty Quetzalcoatl.

Rockowe supergrupy to zawsze trochę taki win or lose. Na szczęście Pattern-Seeking Animals należą do tej pierwszej grupy, co udowadniają kolejnym dobrym albumem

Jak pobyt we Włoszech to może coś włoskiego. W piątek pisałem o lokalnej scenie power metalowej więc jej przedstawiciel jest - Marc Garau's Magic Opera ze swym symfobiczno-neoklasycystycznym stylem. Zmobilizowałem się też w końcu do zapoznania z legendą rock progressivo italiano czyli Premiata Forneria Marconi i ich debiutem Storia Di Un Minuto, pokazującym oryginalne dla Płw. Apenińskiego podejście do tematu.

Historia prog-rocka to też mnóstwo dziś zapomnianych kapel z lat 70-ych. Od dwóch tygodni chronię od zapomnienia amerykański symfoniczno/art-rockowy Ethos

A wracając do powera, mocna nowość od Burning Sun. Szybkość, podniosłe i melodyjne refreny a w jednym utworze sam Herbie Langhans. Polecam!

Dynazty też umie w power metal, choć z płyty na płytę coraz go mniej. Jednak Titanic Mass ma w sobie sporo takiego grania i generalnie tutejsze galopady lubię najmocniej.

Pokoncerowo Testament i New Order, który przeżywa u mnie swoisty renesans. A wszystko dzięki zagranemu na wejście Into the Pit.

Jest jeszcze Wij i jego nowy splot, czyli Sznur - Tuja znów śpiewa czysto a tekst jak zwykle wymaga dłuższego "rozplątywania".

Na koniec Xandria i utwór Masquerade. Z nowej płyty lubię go najbardziej, choć jednak czuć, że to nie ten poziom co Wonders...

Cóż, już po muzycznym Teleexpressie, czekam na Wasze podsumowania a dla użytkowników "zielonej" platformy dodatkowo związana z artykułem playlista.

Playlista: 23.08.2026




piątek, 21 sierpnia 2026

Mój Top 30 Ulubionych Włoskich Zespołów Power Metalowych


Jak zapewne zauważyliście, nie jest to pierwszy artykuł z serii Top 30 Zespołów. Poprzednie były jednak poświęcone gatunkom, które nie grają raczej w mojej bibliotece pierwszych skrzypiec. Gdybym na przykład spróbował przygotować wpis na temat ulubionych zespołów doom, hair czy power metalowych dość szybko uzbierałbym nie top 30 a 40, 50, 100 i więcej. Kiedy tak jednak przygotowywałem się do krótkiego wypadu nad jezioro Como we Włoszech przyszedł mi do głowy lepszy pomysł. Przygotuję ranking ulubionych włoskich wykonawców power metalowych! Jest ich i tak sporo a sieci powiązań między nimi nieraz tak pogmatwane jak ścieżki fabularne w obecnym MCU. Dość powiedzieć, że w dzisiejszym zestawieniu niejeden wokalista, gitarzysta czy klawiszowiec pojawia się na płytach kilku różnych bandów. A wszystko zaczęło się na początku lat 90-ych od prog-powerowych Labyrinth i Athena ale włoską scenę powera na zawsze odmienił i ukierunkował debiut Rhapsody. Legendarny Tales a po nim Symphony of Enchanted Lands były odrodzeniem gatunku na tle całego kontynentu a zarazem wprowadziły do niego wiele elementów symfonicznych, neoklasycystycznych, ludowych i filmowych. Inspiracje fantastyką również zostały doprowadzone do niespotykanych dotąd rozmiarów. Kilku płytowe sagi fantasy z konkretnymi bohaterami, historie osadzone w całkowicie wymyślonych przez muzyków światach. Przełom lat 90-ych i 2000-ych obfitował w wysyp takich fantasy-powerowych składów. Z czasem scena się bardziej zróżnicowała ale nadal prym wiedzie symfoniczny epic power a zaraz za nim plasuje się jego progresywna odmiana. Pozostałe, bliższe folk, heavy, speed czy thrash metalowi warianty nie są aż tak popularne. Znamienny jest też większy niż w innych krajach udział kobiet w roli wokalisty a z zespołów tzw. (tfu!) female fronted dałoby się uzbierać całkiem odrębną listę. Przyjrzyjmy się jednak w końcu 'trzydziestce wspaniałych' i sami oceńmy, które warianty najbardziej przypadną Wam do gustu.

Zaczynamy więc od tych bardzo lubianych po te, bez których nie wyobrażam sobie muzycznego świata:

30. Holy Knights - jeden z mocno niedocenionych zespołów, bardzo przyjemny debiut w klimatach fantasy, potem dłuższą przerwa i powrót w bardziej progresywnym antruażu. Niestety od 2012 roku bez nowej muzyki od artystów z Sycylii

29. Highlord - trochę podobnie jak powyżej, stopniowa ewolucja od symfonicznego powera do mroczniejszego, progresywnego grania. W przeciwieństwie do Sycylijczyków zespół regularnie wydaje nowe płyty, choć ja osobiście najbliższy związek czuję z debiutem 

28. Kalidia - swego czasu było głośno o tej kapeli - supportujesz Rhapsody, nagrywasz dwa bardzo dobre albumy, wydajesz piosenkę o Arthasie i Lodowym Tronie ale nagle kończysz karierę. Na szczęście na gruzach Kalidii powstał niejeden równie ciekawy projekt 

27. Nocturna - dwie obdarzone szeroką skalą głosu wokalistki, dużo symfonicznych elementów - dla miłośników takiego grania fajna opcja jeśli szukacie czegoś nowego

26. Drakkar - surowy heavy/speed/power wierny zasadom niemieckiej szkoły - dobra odskocznia od neoklasycystycznych aranżacji 

25. Tezza F - jednoosobowy projekt Filippo Tezzy, w którym odpowiada za wokal i wszystkie instrumenty. Z jednej strony mocny worship powerowej klasyki, z drugiej wiele naprawdę świetnych, bombastycznych galopad w portfolio

24. 4th Dimension - dekadę temu jedna z nadziei nowej fali włoskiego powera, subtelny wokal, przestrzenne brzmienie i dwa obiecujące albumy po których nastała dłuuuga cisza

23. Wind Rose - folk/powerowe krasnoludy z Pizy udowadniają, że czasem kluczem do sukcesu jest znalezienie własnej niszy i odpowiednie ugoszczenie się w niej

22. Athena - pierwszy (obok Labyrinth) zespół Fabio Lione, pełen młodej energii i ciekawych pomysłów - co ważne, jako Athena XIX reaktywowany w starym składzie wydał rok temu powrotny, całkiem udany krążek 

21. Marco Garau's Magic Opera - projekt znanego klawiszowca Marco Garau, poznamy przeze mnie niestety przy okazji ich finalnego albumu. A szkoda bo patrząc na kunsztowną pracę gitar i klawiszy jest to neoklasycystyczny power przez duże "N"

20. Ancient Bards - jeden z symfoniczno-powerowych zespołów snujących na płytach opowieść o wymyślonym przez siebie świecie fantasy i losach zamieszkujących go bohaterów. Wyróżnia go szczególnie charakterystyczny wokal Sary Squadrani i kinowa atmosfera, której pozazdrościć im może sam Luca Turilli

19. Alterium - grupa założona przez utalentowaną wokalistkę, cosplayerkę i lekarkę weterynarii Nicolettę Rossellini po rozwiązaniu Kalidii. Co my tu mamy - dynamikę, melodię, teksty inspirowane WoWem i... jeden z najlepszych debiutów ostatnich lat w tym gatunku. Nic tylko słuchać i czekać na więcej

18. Cristiano Filippini's Flames of Heaven - jedno z moich najważniejszych odkryć zeszłego roku za sprawą Symphony of the Universe, drugiej płyty w ich dorobku, tym bliższej menu sercu że inspirowanej moim ulubionym anime. Jakim? Zgaduj, zgadula...

17. Arcane Tales - muzyczny projekt Luigiego Sorrano, będący niejako jego własną wizją rozwoju Rhapsody po zakończeniu pierwszej Sagi. Wizją autorską choć oddającą hołd klasyce i raczej rozwijającą te inspiracje na swój ciekawy sposób bez epigonicznego ślepego naśladownictwa 

16. Vexillum - folkowo-powerowa, sympatyczna ekipa mająca w sobie dużo pozytywnej energii w stylu Freedom Call ale nie unikająca też poważniejszych tematów 

15. Skeletoon - dowodzona przez Toniego Foolera ekipa znana z zawrotnych temp, klawiszowo-gitarowych pojedynków a przede wszystkim gościnnych występów uznanych gwiazd lokalnej sceny metalowej

14. DGM - jedna z najbardziej znanych włoskich grup progresywno-metalowych, balansująca między klasycznym prog-powerem w stylu Symphony X a, zwlaszcza na ostatniej płycie progresywnym rockiem w stylu retro

13. Nanowar of Steel - power metal z przymrużeniem oka, co ważne śmieszący za każdym razem tak samo choć w nieco inny sposób. I za tę kreatywność i ciągle wymykanie się z pułapki powtarzalności należy się panom najwyższe uznanie

12. Vision Divine - zespół założony przez Olafa Thorsena i Fabio Lione pod koniec lat 90-ych. Mimo licznych zmian personalnych, licznych odejść i powrotów wokalistów do składu, grupa jest nadal aktywna i dzielnie trzyma się swojego progresywno-melodyjnego powera

11. Luca Turilli (band) - side-project gitarzysty i jednego z liderów Rhapsody, początkowo stylistycznie mu bliski ale z czasem coraz bardziej ulatujący w kosmiczno-mistyczne rejony. Po podziale Rhapsody na dwa osobne bandy i powstaniu LT's Rhapsody stracił rację bytu a szkoda, bo zapowiadany był czwarty album, mocno inspirowany Keepersami i z czołową rolą Olafa Hayera, mocno niedocenianego wokalisty 

10. Elettra Storm - Crystal i Francis swoje muzyczne pasje dzielą między alternatywno-industrialne ReX i tą właśnie symfoniczno-powerową grupę, która w 2024 roku szturmem wdarła się do czołówki włoskiej sceny a rok temu jeszcze w niej umocniła 

9. Luca Turilli's Rhapsody - jedna z dwóch odsłon legendarnego zespołu po sławnym/niesławnym friendly splicie z 2011 roku. Paradoksalnie pod wodzą gitarzysty była bardziej klawiszowa i elektroniczna ale już na drugiej płycie wypracowała swój własny, cinematic metalowy styl. Niestety, na dwóch płytach się skończyło...

8. White Skull - szorstka i agresywna odsłona włoskiego powera z mocnym kobiecym wokalem Federici Boni (choć płyty z Gusem Gabarro czy Elisą de Palma też warte uwagi). Tekstowo często poruszają tematy historyczne z naciskiem na sylwetki silnych i bohaterskich kobiet

7. Derdian - zaczynając, jak wiele włoskich kapel, pod silnym wpływem Rhapsody ekipa Enrico Pistolese potrafiła się z czasem usamodzielnić i paradoksalnie, najlepsze albumy nagrała gdy odeszła na chwilę od swej czteroczęściowej sagi pt New Era i nagrała zróżnicowane i bardziej emocjonalne Limbo z niesamowitym Hymn of Liberty na czele

6. Temperance - najważniejszy i najbardziej znany projekt Marco Pastorino, którego znacie już z wielu artykułów na mojej stronie. W różnych konstelacjach, z różnymi muzykami Temperance już od kilkunastu lat raczy nas dopracowanymi, interesującymi symfoniczno-powerowymi albumami, wśród których znajdziemy też tzw concept albumu (choćby nadchodzący wielkimi krokami Arcani)

5. Kaledon - kolejny zespół, który wzorem Rhapsody na swych albumach snuje opowieści o wymyślonym przez siebie świecie fantasy. Na koncie mają już 7 głównych rozdziałów i trzy, że tak powiem, spin-offy. Niektórzy zarzucają im wtórność, ja jednak cenię sobie autentyczność, miłość do muzyki i fantastyki a przede wszystkim jest coś w ich muzyce, co sprawia, że po raz n-ty potrafię słuchać New Kingdom z powagą i uniesieniem, mimo że gdzieś z tyłu głowy rezonuje mi słynne przed laty misheard lyrics video (z którego zespół sam kiedyś zakpił na jednym z koncertów celowo zmieniając tekst na ten z filmiku)

4. Frozen Crown - rozpędzona maszyna do tworzenia dynamicznych, ostrych jak brzytwa powerowych numerów. Pod wodzą niezwykłej wokalistki Giady Jade Etro i znanego z różnych innych projektów kompozytora i gitarzysty Federico Mondelli grupa w zawrotnym tempie wypracowała sobie mocną pozycję tak na europejskiej scenie power metalowej jak i moim metalowym serduchu

3. Trick or Treat - założony w 2002 roku w Modenie jako cover band Helloween zespół dość szybko przeszedł do własnej twórczości, która liczy już sobie osiem studyjnych albumów. Szybka i melodyjna muzyka, inspirowana serialami animowanymi, grami wideo i innymi symbolami popkultury - power metal dla geeków? Jak najbardziej a to dopiero początek zalet. 

2. Elvenking - kapela, która znalazła się już w moim top 30 folk metalowych wykonawców. Nic dziwnego, bo ich brzmienie łączy w sobie wiele inspiracji - od muzyki ludowej przez power i melodic metal po cięższe momenty znane głównie z albumu The Scythe (określanego nieco mianem powercore). Moja znajomość z zespołem trwa już ponad 15 lat a jej najważniejszym punktem był koncert, jaki dali w 2012 roku w Krakowie dokładnie w moje urodziny. A supportowali wówczas:

1. Rhapsody (of Fire) - innej opcji nie ma, zespół który na zawsze zmienił moje postrzeganie muzyki, pokazał mi wielki świat metalu a jako miłośnikowi literatury fantasy pokazał jak umiejętnie łączyć tę pasję z muzyką. I chociaż to już nie jest ten sam zespół, co w 2007 roku to jestem z nim nadal, na dobre i na źle a każdy kolejny album może liczyć a moją przychylność. Tak, mój drodzy. Gdyby nie epic symphonic film score metal jak opisała ich lata temu Wikipedia, nie byłoby w ogóle Muzycznej Kroniki lub miałaby zdecydowanie inne, może gangsta-rapowe oblicze ;) 

To już jednak domena filozofów i specjalistów od alternatywnych rzeczywistości. Prawda jest taka, że dziś, pisząc do Was z deszczowej Varenny, znad filiżanki espresso zachęcam do odsłuchu playlisty zawierające ponad 50 power metalowych hitów od tych najbardziej jak i mniej znanych artystów. Dajcie też znać jakie są Wasze ulubione zespoły z Italii 🤘

Playlista: Top 30 Italian Power Metal Bands


poniedziałek, 17 sierpnia 2026

10.08-16.08.2026

 


Przyznam się, że zainspirowało mnie ostatnie wydanie listy Doom Charts, w którym redaktorzy w pewien sposób konfrontowali swoje wybory z tymi przewidzianymi przez Sztuczną Inteligencję. Pod ich wpływem zacząłem się zastanawiać, czy AI na podstawie obserwacji moich cotygodniowych raportów będzie w stanie z dużym prawdopodobieństwem oszacować kształt kolejnego podsumowania. Poprosiłem więc najbardziej znany moduł sztucznej inteligencji o prognozę na okres 10-16 sierpnia w formie pliku docs, z zastrzeżeniem, że odczytam go dopiero w niedzielę po północy. Dziś, gdy przychodzi mi podsumować poprzedni tydzień spróbuję zrobić to w odniesieniu do tego, co przewidział czat dżi-pi-ti. A więc:

AI: Prognozowany charakter tygodnia: ciężki, ale nie monotonny — z wyraźnym przeplataniem atmosferycznego doom metalu, epickiego power/prog metalu i klasycznego rockowego brzmienia.

Ja: Ciężka muzyka - tu się zgodzę ale czego można się spodziewać od fana metalu i hard rocka? Jest też jak zwykle dość eklektycznie (w ramach przyjętej konwencji), choć za atmosferę odpowiadają głównie artyści dream popowo/shoegazeowi i post-metalowi (czy nawet post-hard corowi), epickość leży po stronie doom metalowców a elementy powera bardziej odnaleźć można wśród symfoniczno-metalowych ekip. Jeśli zaś chodzi o klasyczny rock to też różnie można tę klasykę rozumieć - słuchałem bowiem i AOR-a i nieco zapomnianej klasyki rocka progresywnego. Niestety (a może i stety) przedstawicieli rockowego mainstreamu zabrakło.

AI: Najbardziej prawdopodobny obraz tygodnia:
1–2 mocne reprezentacje doom/funeral doom/doomgaze;

Ja: Na dzisiejszej playliście artystów będących w spektrum doom metalu mamy aż 5, z czego przewagę mają epic doomowcy - szwedzkie Candlemass i album, który dla wielu był zaskoczeniem, gdyż po wielu wielu latch, na The Door to Doom słyszymy Johana Langqvuista, muzyka, który nagrał wokale na legendarny Epicus Doomicus Metallicus ale z zespołem nie zagrał nawet jednego koncertu. Powrócił jednak do składu a był to powrót jak najbardziej udany a obecnie jest w trakcie prac nad kolejnym, czernastym już studyjnym longplayem. Po niedawnej premierze singla zapowiadającego drugą, wyczekiwaną przeze mnie płytę niemieckiego Fvneral Fvkk, wróciłem do wydanego w 2019 roku debiutu. Konfrontując nowe ze starym mogę tylko powiedzieć, że zapowiadane na październik Indecent Idols będzie kolejnym ważnym krokiem w karierze doomowych lubieżników. Znalazłem też trochę czasu dla stonerowo-psychodelicznej strony doom metalowego spektrum. O ile jednak obecność REZN i ich najnowszego albumu nikogo nie dziwi, to słowacki Zemetras, o którym jeszcze wspomnę to jedna z zaskakujących emocji. AI stoner doomu nie przewidziało ale w przypadku doomgaze'a było już bliższe prawdy. Słucham bowiem już drugi tydzień nowego breaths, łączącego elementy post-bm z doom gazem właśnie. Limbo, bo taki tytuł nosi nowy album tego jednoosobowego projektu jest rozpisaną na dwie części muzyczną interpretacją Piekła Dantego i w zimnych, eterycznych dźwiękach czuć sporo tej rozpaczy, cierpienia ale i tęsknoty (bo czyż największą karą w piekle jest niezaspokojona tęsknota za idealnym absolutem?). Jest jeszcze kwestia zespołów, które z doomem nie mają gatunkowo nic wspólnego ale ich atmosferyczne, nawiązujące do shoegaze'a brzmienia bardziej jednak pasują do tego akapitu niż do kolejnych. Z nowości muszę więc wspomnieć o EPce zostań/wyjdź, na której warszawskie duszno przedstawia cztery nowe, klimatyczne i osobiste numery, z których najdłużej w głowie i duszy zostają żółte tapety - ciężko pisać o różnych odcieniach miłości nie uciekając się do banałów a tu jednak ta sztuka jak najbardziej się udała. W podobnym tonie, choć nieco bliżej dreampopowej lekkości (choć emocjonalnie to nadal waga ciężka) nadają znane już Wam z poprzednich wpisów Mlecze na Albumie Niebieskim, który ma naprawdę duże szanse by trafić na moją listę płyt roku.

AI: 1–2 utwory prog lub neo-prog;
Ja: Trochę trafiona prognoza, trochę nie. Brak bowiem stricte przedstawicieli rocka neo-progresywnego, choć wg niektórych debiut brytyjskiego Big Big Train z 1990 roku wpisywał się w ten nurt. Z czasem jednak styl jednego z moich ulubionych prog-rockowych zespołów wyewoluował w kierunku symfonicznego crossover progu, mocno inspirowanego latami 70-ymi. Co prawda granice między nurtami są płynne to liczba inspiracji, jakie znajdziemy na płycie Folklore, a szczególnie w utworze tytułowym - folk, rock, symfonia, może nawet jazz - zdecydowanie uzasadnia użycie słowa "crossover". Na playliście znajdziecie też dwa utwory amerykańskiego zespołu Ethos, pochodzące z jego drugiej płyty pt. Ardour. Był to swego czasu jeden z obiecujących przedstawicieli symfoniczno/art-rockowej sceny po drugiej stronie Atlantyku ale niestety, nigdy nie wyszedł z cienia chociażby Kansas czy King Crimson. A szkoda, bo jak pokazuje przykład Ardour, umiejętności tworzenia wielowarstwowych, przesyconych elektroniką i klawiszami (organy, moog, clavinet, mellotron) stawiały ich na równi z najlepszymi. I choć wiem, że właśnie z klasyką zachodniego rocka powinienem ich porównywać, to moje skojarzenia od razu biegną w stronę naszego polskiego Exodusa czy Budki Suflera z czasów Ona Przyszła Prosto z Chmur. Sztuczna Inteligencja pominęła w swych prognozach (lub podciągnęła pod inną kategorię) niemiecki The Ocean - mistrzów gatunkowych syntez. W oczekiwaniu na ich najnowszy krążek sięgam w ostatnich tygodniach po różne starsze wydawnictwa i tym razem padło na Heliocentric, dotąd stojący u mnie trochę w cieniu bliźniaczego (ale nie-jednojajowego) Anthropocentric. Muszę jednak w tym momencie zweryfikować moje poglądy, gdyż jest to również dobra porcja ambitnej i wymagającej muzyki. Nie tak bezpośrednia jak Antropo, więcej tu eteryczności i kosmicznej atmosfery ale być może taki był zamysł - na jednym albumie skupić się na człowieku i jego intensywnych emocjach a na drugiej szukać astralnych uniesień i jedności z Wszechświatem.

AI: kilka pozycji power/symphonic/melodic metal;

Ja: tu mnie masz, ejaj. Słuchałem bowiem i symfonicznego, neoklasycystycznego powera w postaci Marc Garau's Magic Opera, który w najlepszy, włoski sposób potrafi skomponować taką muzykę, którą równie dobrze zagrałby współczesny zespół metalowy jak i orkiestra za czasów Bacha, Mozarta czy Beethovena. A te klawiszowo-gitarowe polifonie to już prawdziwa wisienka na torcie. W drugą stronę jest symfoniczno metalowa Xandria, która od dawna już lubi sporadycznie romansować z power metalowymi schematami, co fajnie widać w rozpędzonej Masquerade ale gdy trzeba, potrafi też zagrać zaskakująco melodyjnie i przebojowo (Northstar). Nie zapominajmy też, że obecna wokalistka Ambre Vourvahis ma w repertuarze też agresywny, melodeathowy growling i nie boi się z niego korzystać. Trzecim wyżej wymienionym podgatunkiem zaś jest melodic metal i kryterium to spełnia bez wątpienia dwa dość często słuchane przeze mnie w tym tygodniu zespoły. Po pierwsze szwedzkie Dynazty i mój ulubiony album z ich katalogu, Titanic Mass. Panowie grają przebojowo, melodyjnie i soczyście a gdy trzeba to też ruszą w perkusyjny galop (i te momenty jak Keys to Paradise lubię chyba najbardziej). Druga ekipa to znana z wplatania w bombastyczne metalowe hymny solidnej dawki elektroniki i dance'owej rytmiki Battle Beast. Nie bójcie się jednak, mimo tych dyskotekowych sympatii nie brak im metalowego pazura, co potwierdza choćby jeden z ich klasyków - Out of Control, swego czasu coverowany przez Sabaton.


AI: pojedyncze wejścia klasycznego hard rocka/AOR/glam

Ja: nie wiem, czy jeśli wśród 30 utworów na plejce, aż 4 pochodzą z repertuaru AOR-owego Pride of Lions, można to nazwać pojedynczym wejściem. Bardziej adekwatne byłoby określenie wejście razem z drzwiami i futryną. Unbridled jest po prostu tak dobrą płytą, że ciężko się od niej oderwać a Peterik z Hitchcockiem udowadniają po raz n-ty, że "rock'n'roll' is never out of passion


AI: przynajmniej jedno niszowe odkrycie, które może zostać później szerzej opisane;

Ja: przynajmniej jedno, czyli dwa też mogą być. O Ethosie napisałem szerzej w poprzednich akapitach natomiast fakt istnienia Zemetras tylko delikatnie zaakceptowałem. Ale, jak sam czat to "przewidział", warto Słowaków szerzej opisać. Informacje na ich temat dostępne w internetach są nieco skąpe ale jeśli taka kategoria jak psychodeliczny stoner doom z kobiecym wokalem budzi w Was skojarzenia choćby z Windhand czy Messa to jesteście w domu. I jeśli tylko przebrnięcie przez liryki w całości po słowacku (a jeśli bywacie na Kronice dość często to z różnymi słowiańskim językami macie styczności vide czeskie XIII. Stoleti), czeka Was kilkadziesiąt minut hipnotyzującej muzycznej uczty. Jako apetizer proponuję otwierający ich debiut kawałek Kto Vie Viac o Smrti - może wciągnie Was tak jak mnie.


AI: możliwy powrót do wykonawcy słuchanego już wcześniej w ostatnich tygodniach.

Ja: to już reguła u mnie, że gdy spodoba mi się jakiś krążek to słucham go nie tylko przez premierowy tydzień ale i kolejne miesiące, wracam też często do swoich ulubionych pozycji. Dobrym przykładem jest Dziedzictwo Ognia folk metalowego Radogost, które odkrywam na nowo przy każdym odsłuchu a tym razem najchętniej sięgałem po Cząstkę Pierwotnego Zła. Wiele z wyżej wymienionych płyt to też tegoroczne premiery lub sentymentalne powroty (choćby wspomniane wcześniej Folklore, Heliocentric czy The Door to Doom). AI nie przewidziało jednak, i ja w sumie też się nie spodziewałem, że dostaniemy nowość od Wija, i to taką w starym dobrym wijowym stylu (choć Bluzg świetnie się słuchało ale jednak czuć było, że to taki stylistyczny skok w bok na kilka szybkich numerków). Sznur prezentuje Wija jednocześnie w starej psychodeliczno-proto-metalowej i nowej, bo czteroosobowej wersji i świetnie spełnia swoją rolę jako promującego nadchodzącą płytę singla - budzi zainteresowanie i apetyt na więcej. Czat nie odrobił też lekcji z kilku poprzednich wpisów, gdzie informowałem o oczekiwaniu na koncert Testament w Krakowie. Jak wiecie z mojej relacji było mega mega świetnie a w głowie do dziś dudni mi Into the Pit, od której thrasherzy z Bay Area rozpoczęli swój występ. Choć może AI nie chciała promować zespołu mającego w repertuarze (kapitalną swoją drogą) kompozycję o wiele mówiącym tytule Infanticide AI?

Jaki wniosek z tej konfrontacji? Mam nadzieję, że pozytywny i tak jak ja czujecie, że póki co sztuczna inteligencja nie zastąpi całkiem ludzkości, a na pewno nie zastąpi Muzycznego Kronikarza - tak tu jak i w mojej codziennej pracy. Na koniec zaś tradycyjnie, łapcie link do playlisty i piszcie co u Was leciało z głośników najczęściej!

Playlista: 16.08.2026


piątek, 14 sierpnia 2026

Testament w Klubie Studio 13.08.2026 - Setlista

 



Są takie okresy w życiu, gdy człowiek żyje w napieciu a stres daje się mocno we znaki. Szybkie tempo życia, dużo obowiązków zawodowych czy prywatnych, myśli kotłujące się w głowie. Gdy jest ich za dużo, droga do zaburzeń lękowych staje otworem. Na szczęście odpowiednio wcześnie można wprowadzić profilaktykę, w myśl starej zasady Morbium evitare quam curare facillius est. Łacina generalnie zna bardzo wiele ciekawych powiedzeń i w zasadzie są one jedyną wiedzą na temat tego klasycznego języka jaka mi pozostała po zajęciach z I roku studiów. Mieliśmy co prawda zaliczenie pisemne z diagnoz ale cóż, od lat już nikt ich w języku Horacego nie pisze. Ale co do powiedzonek, znane i w obecnych czasach bardzo aktualne jest też inne - Si vis pacem para bellum. Do takiej wojny rok temu kazał nam się przygotować amerykański Testament a tegoroczna letnia festiwalowa trasa koncertowa jest elementem promocji tej świetnej płyty. W jej ramach właśnie amerykańscy weterani thrashu zawitali do Klubu Studio w Krakowie w towarzystwie nie mniej znanych supportów - klasyków heavy metalu w postaci Metal Church i Armored Saint. I ja tam byłem, piwo zero piłem a co usłyszałem i zobaczyłem poniżej streściłem. Badum tss!

Ok, teraz na serio. Do tej pory nie byłem jeszcze nigdy na thrash metalowym koncercie. W portfolio mam powery, doomy, folki, hard rocki i cóż, gwiazdy rodzimego, rzekomo "inteligentnego" popu. Byłem więc niezmiernie ciekawy emocji jakie przyniesie mi kontakt z muzyką ciężką, intensywną i bezlitośnie bezpośrednią. Taką, która swoją energią wymiecie ze mnie wszystkie negatywne myśli i oczyści z niepotrzebnego napięcia. Na miasteczku AGHu, gdzie mieści się jeden z najpopularniejszych krakowskich klubów muzycznych przybyłem z pewnym wyprzedzeniem ale i tak musiałem ustawić się na szarym końcu długaśnej kolejki. Mogłem sie tego spodziewać, bo Testament to jednak gwiazda światowego formatu. Na szczęście wężyk ubranych na czarno, w obowiązkowe dżinsowe kamizele trve metalowców przesuwał się szybko. Gdzieś tam byłem ja, też niby w dżinsie ale koszulce naszej niezwykłej TOŃ-i (za późno się obudziłem z zamówieniem testamentowego merchu). Nie wszyscy jednak trzymali się ściśle dress code'u i wśród widzów trafili się i fani Kreator, Exodus, Vader czy nawet Helloween - metal łączy ludzi. Gdy już znalazłem się w środku swój set rozpoczynał Armored Saint. Jest to zespół, do którego wiodła mnie dość okrężna droga. Zaczęło się od covera March of the Saints autorstwa Powerwolf, potem był Anthrax i Stomp 442 z Johnem Bushem na wokalu a właściwie muzykę amerykańskich heavy metalowców poznałem lata później. Poznałem i polubiłem, poza tym bardzo cieszyłem się, że posłucham Busha na żywo, ponieważ jak pamiętacie na wiosnę oszalałem na punkcie Sound of the White Noise Anthraxu (gdzie też śpiewał, i to jak!). Powiem Wam, że John ma w sobie mega dużo energii, jego ruchy, głos który przez lata nie stracił zupełnie na mocy pobudzają do skakania, machania głową i wykrzykiwania Can U Deliver? Tak, John z ekipą dali radę. Setlista była fajnie ułożona, z naciskiem na klasyczne albumy ale nowości w postaci Close to the Bone z Emotion Factory Reset w wersji na żywo nie odstawały wcale od reszty. Jako wprowadzenie do całęgo gigu, 30 minut z Armored Saint to był naprawdę fajnie spędzony czas i potwierdzenie tezy, że warto przychodzić już na pierwszy support.

Następni w kolejce byli pionierzy speed, thrash i power metalu, choć ja bym ich nazwał po prostu heavy metalowcami z Metal Church. Tak jak pierwszy zespół wyróżniał się trochę bardziej groove'owym klimatem, tu dostaliśmy porządną dawkę speedu. Zaczęło się od dwóch intensywnych kawałków z ich drugiej płyty - The DarkTon of Bricks i Start the Fire dały znać, że zespół nas nie będzie oszczędzał i spodziewać możemy się ostrej jazdy bez trzymanki. Wokalnie świetnie wypadl tu, będący w składzie od roku Brian Allen a jego wysoki, skrzekliwy głos dobrze pasował do naładowanych metalową złością numerów. Podobnie jak Amored, mieliśmy dość przekrojowy set oparty o pierwsze dwie płyty (gdzie elementy thrashowe były mocno zaznaczone) ale pojawił się też jeden reprezentant najnowszej Dead to Rights. Ku mojej uciesze było to F.A.F.O. - mój absolutny faworyt. Numer, który można podzielić na trzy, przeplatające się ze sobą fazy - szybką, bardzo szybką i extremalnie szybką. Czad! Tak sobie teraz patrzę, że akapit poświęcony Kościołowi Metalu jest krótki i dość szybko przechodzę między wątkami. Taki był jednak ich występ - szybki, pędzący przed siebie na łeb na szyję, choć czasami zespół umiejętnie zwalniał i pozwalał sobie na quasi-balladowe wyciszenie, oczywiście w heavy metalowej konwencji (epickie When the Children Prey). I tak kolejna występująca tego wieczoru kapela ze swojej roli wywiązała się znakomicie. Publika była rozgrzana i z niecierpliwością czekał na "gwoździa programu".

A Testament cóż, w końcu objawił się i, jak na gwoździa przystało, przygwoździł nas do ziemi swoją muzyką. Na kilka minut przed 21ą z głośników popłynął hit Beastie Boys - Fight for your Right ale kurtyna z wielkim logiem weteranów z Bay Area nadal była opuszczona. Zespół kontynuował trzymanie nas w napięciu emisją mówionego intro ale w końcu, gdy kurtyna poszła w górę, dostaliśmy w końcu zaproszenie "Into the Pit" a na scenie i przed nią rozpoczęło się istnie szaleństwo. Perkusyjne nawałnice, siarczyście ostro tnace gitary i Chuck Billy w kapitalnej wokalnej formie, przechodzacy od czystych wokali, przez agresywną, thrashową chrypę aż po iscie deathowy growl, wspomagany dodatkowo przez Erica Petersona przetoczyły się przez Klub Studio niczym tornado. Publicznośc szalała, część w "moshpicie", część skacząc z tyłu i trzęsąc głową do zawrotnych rytmów kolejnych utworów. Myślę, że płynąca ze sceny energia nikogo nie pozostawiła obojętnym. Tak jak pisałem na wstępie, na typowo thrashowym koncercie nigdy jeszcze nie byłem więc chłonąłem ten szał całym sobą a gdy kapela sięgnęła po materiał z Para Bellum a zwłaszcza ekstremalnie ciężkie i agresywne For the Love of Pain odpłynąłem totalnie. To właśnie to, o czym wspominałem, bezkompromisowa, agresywna kanonada, która paradoksalnie pozwala oczyścić umysł ze wszystkich negatywnych emocji. Czy więc jako pscyhiatra, mogę polecić muzykę metalową jako formę leczenia? Może nie w monoterapii ale jako forma regulacji emocji sprawdza się znakomicie. A emocji było mnóstwo i o różnym zabarwieniu. Testament zadbał o urozmaiconą setlistę, z dominacją oczywiście najnowszego albumu ale tego się można było spodziewać. Poza tym, posłuchaliśmy też nieśmiertelnych kawałków z Practice What You Preach (w tym zagrany specjalnie dla publiczności w Krakowie Sins of Omission), The New Order czy debiutanckiego The Legacy a z bardziej współczesnych albumów wybrano The Formation of Damnation. Największą przyjemność (bo nie zaskoczenie - sprawdziłem sobie setlisty z ostatnich kilku występów) sprawiły mi dwa numery z niedoceniane, bo nieco innej, piątej płyty czyli The Ritual. Można mówić, że to już nie thrash, że to bardziej blues, hard-rock, taki testamentowy "black album" ale kurczę, w wersji koncertowej i Electric Crown i So Many Lies znakomicie uzupełniły set i pokazały prawidziwy ciężar, tym bardziej może podkreślony wolniejszymi tempami. Momentami zrobiło się nawet nieco psychodelicznie. A jeśli o wolniejsze tempa chodzi, usłyszeliśmy najbardziej znaną testamentową balladę, czyli... The Ballad - coś absolutnie epickiego, zwłaszcza w rozpędzonym finale. O formie wokalisty już wspomniałem, docenić należy też pozostałych muzyków i za kontakt z publicznością, ekspresyjne solówki czy atomowe 'drum solo' Chrisa Dovasa, po którym rozbrzmiały dwa ostatnie utwory, cofające nas w czasie o prawie 40 lat. Gdy wybrzmiały ostatnie dźwięki Over the Wall a panowie wśród oklasków opuścili scenę, echo ich muzyki jeszcze długo grało mi w głowie, nagle lekkiej i pełnej pozytywnych wrażeń. I w takim właśnie stanie muzycznego katharsis dotarłem do domu, a dziś z gardłem zdartym niemiłosiernie przelewam ne elktroniczny papier swe doświadczenia.

Tradycyjnie już po koncercie skleciłem sobie playlistę zawierającą wszystkie zaprezentowane utwory, Kto nie był wczoraj w Studio może poczuje dzięki niej choć ułamek tego co ja, a wszyscy którzy razem ze mną bawili się na koncercie przeniosą się w czasie o te godziny, potem dni, tygodnie i lata wstecz, do pewnego sierpniowego czwartku i przeżyją to jeszcze raz. 

Playlista: Testament at Klub Studio, Kraków 13.08.2026

poniedziałek, 10 sierpnia 2026

03.08-09.08.2026

 


Jeden tydzień za nami, kolejny właśnie się rozpoczyna a Muzyczna Kronika skrupulatnie to wszystko dokumentuje. Dziś zatem zapraszam Was na 32gie podsumowanie tygodnia w tym roku.

Jak to w wakacje, tydzień mieszany. Trochę nowości, trochę klasyki, trochę muzycznych poszukiwań. Z tego co nowe to na pewno czekałem na Eclipse, dziewiąty krążek symfoniczno-metalowej Xandrii. Trochę niepewności czułem, bo single choć poprawne i melodyjne to jednak nie rzuciły mnie na kolana tak, jak choćby Two Worlds z poprzedniej płyty. Na szczęście okazuje się, że nie zawsze utwory promujące album są tymi najlepszymi. Jednym z nich jest Masquerade, dynamiczny kawałek w power metalowym stylu, wzbogacony o odrobinę celtyckich nut i agresywniejsze, growlowane momenty, które pokazują pełnię wokalnych umiejętności Ambre Vourvahis. Nie mogę co prawda powiedzieć, że "dziewiątka" dorównuje "ósemce" ale potwierdza, że zespół nadal utrzymuje się w czołówce symfonicznego metalu.

Nowy album zaprezentował też doomgaze'owo/post-blackowy projekt Breaths. Od kilku lat śledzę kolejne wydawnictwa wychodzące spod ręki Jasona Robertsa i Descent utrzymuje wysoki poziom. Już pierwszy na trackliście Abandon all hope, ye who enter here roztacza melancholijną atmosferę, która z przerwami na silniejsze, bardziej rozpaczliwe emocje będzie utrzymywać się przez kolejne kilkadziesiąt minut. 

Z takiego atmosferycznego pogranicza rocka i metalu udało mi się nadrobić wydaną tydzień wcześniej debiutancką płytę nowozelandzkiego Luna and the Aether. Metanoia to senna mgła, w której jesteśmy zawieszeni niby w śnie ale tuż pod powierzchnią jawy. Znamienny jest tu tytuł mojego ulubionego utworu - Back to Bliss, ponieważ po odsłuchu całości, ma się wrażenie, że wracamy do stanu naturalnego spokoju, błogości tak kontrastującej z hałasami codziennego życia.

A skoro już o powrotach mowa, czy ktoś z Was czekał na nową porcję doom metalowych wszeteczeństw, jakie kilka lat temu zaserwowali nam na Carnal Confessions Niemcy z Fvneral Fvkk? Ja czekałem z perwersyjną wręcz niecierpliwością i, gdy tylko usłyszałem po raz pierwszy Bishop of the Iron Guard wróciły te wszystkie uniesienia, jakich doświadczyłem 6-7 lat temu. Uśmiecham się lubieżnie i proszę o więcej!

W zeszłym tygodniu brakło mi też czasu by dobrze wsłuchać się w A Mythmaker's Demise, najnowsze dzieło Viviena Lalu. Ilustrowane kolejną świetną pracą autorstwa Mathiasa Norena wydawnictwo jest pierwszym od 11 lat, w którym nie słyszymy Damiana Wilsona za mikrofonem. Bardzo lubię głos pana Damiana i obawiałem się, że nowy wokalista nie wyciągnie z muzyki Viviena tylu emocji. Na szczęście ten "nowy" głos wcale nie jest nowy, bo do swej roli wraca znany z pierwszych płyt zespołu Martin Lemar. Wraca i radzi sobie świetnie. Inteligentne kompozycje, mądre teksty i wysoki poziom artystyczny każdego z muzyków sprawiają, że A Mythmaker's Demise to płyta warta uwagi każdego miłośnika tak rocka jak i metalu progresywnego.

Moim ulubionym prog-rockowym zespołem jest bez wątpienia brytyjski Big Big Train. Tydzień temu wspominałem o ponownych seansach z płytą Grand Tour z 2019 roku a teraz sięgnąłem po starszą o kilka lat Folklore, która jak sama nazwa wskazuje, wzbogaca art-rockową bazę o więcej ludowych elementów. Mamy więc obok typowo neo-progowej, refleksyjnej The Transit of Venus Across the Sun 
otwierający album, zaskakująco skoczny jak na ich styl utwór tytułowy ze świetną grą fletu. W obu numerach błyszczy nieodżałowany David Longdon, jeden z najniezwyklejszych głosów w całej progresywnej muzyce.

W dalszym ciągu urzeka mnie piękno dźwięków, jakimi nasycili swój debiut muzycy z Cairiss. Przechodząc od mizantropijnego post-black metalu po tajemnicze, melancholijne shoegaze'owe opary, potrafią stworzyć świat, który niepokoi ale z którego mimo wszystkie nie możesz (bo nie chcesz) uciec. I tak jest od pierwszej na liście Nervosa po niezwykły finał w postaci Wildfire

Atmosfera to chyba słowo-klucz dzisiejszego wpisu. Mamy tu powiem też warszawskie Mlecze, subtelne ale i pełne trudnych emocji, nieraz w przewrotny sposób mówiące o tęsknocie, miłości, rozczarowaniu. Album Niebieski to na naszej rodzimej niezależnej scenie jedna z najlepszych wydanych jak dotąd płyt.

W dniu premiery nowe Dreamtale traktowałem z pewną rezerwą, choć np Thunderpath spodobało mi się od razu. Potrzebowałem jednak kolejnych kilku dni, by w Aetherbound dostrzec też więcej naprawdę dobrego power metalu. Przykładami udanych, melodyjnych i intensywnych galopad są m.in. Cosmic Play i Tale of Dreams i dzięki nim moja ogólna ocena płyty też się podnosi. Nie jest to album wybitny ale na ten moment udanie kontynuuje historię zespołu, sięgającą końca poprzedniego stulecia.

Kilka tygodni temu za to wróciłem do płyty Eclipse, na której śpiewał Erkki Seppanen. W tym tygodniu też słuchałem pana Seppanena ale w zdecydowanie innym wydaniu. Mowa o doom metalowym KYPCK, śpiewającym po rosyjsku i poświęconym tematyce wojennej. Znacie pewnie ich twórczość dzięki artykułowy "Moja Muzyczna Kronika Wolna od Anglika", gdzie była wzmianka o ostatniej, finalnej płycie zespołu, wydanej w 2023 roku. Dziś polecam Wam moją ulubioną płytę "Kurska" czyli Imya na Stene, chłodną i ponurą jak zima w '41, która zatrzymała Niemców pod Moskwą. 

Jeśli chodzi o Candlemass, nadal konsekwentnie przechodzę od album do albumu, tym razem sięgając po Death Thy Lover, epkę z 2016 roku. Rolę wokalisty pełni tu Mats Leven, współpracujący z Leifem wielokrotnie ale w ramach świeczek, obecny tylko na tym jednym, czteroutworowym wydawnictwie (chodzi oczywiście o krążki z premierowym materiałem). Minialbum wart uwagi przede wszystkim dzięki świetnemu utworowi tytułowemu.

Jedną z lepszych płyt w kategorii psychodeliczny doom jakim obdarował nas 2026 rok jest Cycles in the Infinite Dream amerykańskiego REZN. Duszne a jednocześnie przestrzenne, przytłaczające a jednocześnie wpadające w ucho melodie - tak grać potrafią tylko najlepsi. I choć na playlistę wrzucam dziś tylko jeden kawałek, z czystym sumieniem mogę go Wam polecić jako punkt wyjściowy do obcowania z całym albumem - w sumie był to przecież pierwszy wydany singiel ;)

Z płyt, o których Wam już pisałem nieraz podam tylko Unbridled aor-owych mistrzów z Pride of Lions i Phanerozoik I: Paleozoik niesamowitego The Ocean, którzy tu znaleźli chyba idealny balans między post-hc i metalem progesywnym, a z muzycznych poszukiwać polecam Tomorrow Blues, drugie dzieło szwajcarskiego Toad - może trochę lżejsze, mniej psychodeliczne a bardziej blues-rockowe ale nadal trzymające mocny poziom.

Pozostałe pozycje na dzisiejszej playliście to dalszy ciąg przygotowań do czwartkowego koncertu, jaki w krakowskim Klubie Studio dadzą Testament, Metal Church i Armored Saint. Z katalogu gwiazdy wieczoru przypominałem sobie jedną z najlepszych Practice What You Preach a z supportów w sumie po równo, i najnowsze krążki (odpowiednio Death to Rights i Emotion Factory Reset) jak i trochę klasyki sprzed kilkudziesięciu lat. Wszystko siadło pięknie i czuję, że hype na nadchodzące wydarzenie robi się u mnie coraż większy.

I to wszystko na dziś. Pamiętajcie, by wrzucać własne podsumowania w komentarzach a jeśli macie nieco ponad 2h wolnego czasu w swych odtwarzaczach, polecam najnowszą, tygodniówkową playlistę - link poniżej.



John Yelland - Playlista Tematyczna

 


Cześć! W Muzycznej Kronice pora na kolejny artykuł poświęcony konkretnemu wokaliście. Przy ostatnich tego typu wpisach liczyłem mniej więcej ilu artystów z każdego gatunku już prezentowałem i zdecydowanie wśród nich dominował power i doom metal. Co powiecie więc na muzyka, który dobrze odnajduje się w obu tych, epickich jakby nie było stylach? Panie i Panowie, przed Wami John Yelland!

Standardowo na początek krótka nota biograficzna. John przyszedł na świat 23 sierpnia 1990 roku, niedługo więc kończy 36 lat. Mimo młodego (tak, cały czas uważam, że roczniki '90 i '91 to jeszcze "młodość") ma na koncie wiele udanych albumów i współpracę z niejednym uwielbianym przeze mnie zespołem. Jego pierwszym zespołem był założony wespół z Tylerem Gipsonem Shadowseer. Kapela grała coś z pogranicza powera i thrashu a z Johnem w składzie wydała jedną EPkę pt. In the Company of Evil z 2010 roku. Rok później Yelland opuścił zespół, który istniał później jeszcze przez kilka lat i dorobił się jednej płyty długogrającej. 

Niemal równolegle z powstaniem Shadowseer John Yelland udzielał się w prog-powerej Disforia. To dzięki niej, a zwłaszcza bardzo dobrze przyjętemu debiutowi (niestety bez kontynuacji) The Age of Aether nasz dzisiejszy bohater nawiązał znajomość z Hansi Kürschem, frontmanem Blind Guardian i jednym z najwybitniejszych power metalowych wokalistów. Nie da się ukryć, że Niemiec od zawsze był dla Johna wzorem do naśladowania i mocno wpłynął na ukształtowanie się jego stylu śpiewania. Hansi zaśpiewał gościnnie w kilku utworach z tej płyty a jak zobaczycie w dalszej części artykułu, w różny sposób przez lata przewijał się w artystycznym życiu Yellanda.

Dość powiedzieć, że historia Judicator, od lat głównego zespołu Johna zaczęła się od koncertu Blond Guardian w 2012, na którym wokalista poznał gitarzystkę Alicię Cordisco. To spotkanie zaowocowało powstaniem początków wyłącznie internetowego projektu, który dość szybko zdobył tak duże uznanie fanów, że przeobraził się w pełnoprawny zespół. Zespół, który do dziś regularnie koncertuje i nagrywa świetne i przede wszystkim zróżnicowane albumy - od czysto powerowych przez prog-powerowe, bardzo osobiste (niesamowity At the Expanse of Humanity, za którym kryje się osobista tragedia muzyka) po zaskakujący, eksperymentalny prog-rockowy The Majesty of Decay. Na niektórych z nich też słyszymy gościnne wokale Hansiego. Co prawda, na kilka lat drogi Alicii i Johna rozeszły się, to jednak kilka miesięcy temu na oficjalnej stronie zespołu pojawiła się zaskakująca ale przyjęta przez mnie z radością informacja o jej powrocie do składu. 

W latach 2015-22 John udzielał się też w power/thrashowym Dire Peril. Wspólnie nagrali kilka singli i jedną LP ale w 2022 roku zespół oficjalnie zakończył działalność. 

W tym samym roku, w którym zakończyła się historia Dire Peril, Yelland zasilił szeregi epic doom metalowego Behölder. Zespołu, którego wydany rok temu debiut, In the Temple od the Tyrant, przesiąknięty fantastyką spod znaku Dungeons&Dragons idealnie trafił w moje gusta, nie tylko muzyczne. 

Każdy z prezentowanych tu artystów znany jest też z gościnnych występów. John również może się poszczycić niezwykle udanymi współpracami, choć ich liczba nie może się równać z mistrzem guest appearanców Fabio Lione. Wśród nich szczególnie bliskie memu sercu są występy na albumach z nazywanego tak przeze mnie Danielsen-verse, czyli projektach Eunomia i Legend of Valley Doom, nad którymi pieczę trzymają Peter i Markus Danielsen a opowiadana historia i lokacje wzajemnie się przenikają. John nagrywał też wokale na płytach Alicii Cordisco, i tej solowej z marca br i w ramach thrashowego Project: Roenwolfe. Wyróżnić trzeba też jego udział w nagraniach płyt mniej znanych aczkolwiek wartych uwagi zespołów power metalowych - Helion Prime, Emerald Rage a przede wszystkim zapomnianej i bardzo trudno dostępnej perełce w postaci jednego krążka zespoły Noble Beast, który nagrał chyba najlepszy utwór inspirowany serią fantasy Koło Czasu (The Dragon Reborn - tu link).

Jak widzicie, choć na wstępie wspomniałem, że John Yelland to punkt łączący power metal z epic zoomem, to jednak można uznać, że dzięki niemu też thrash metal w końcu znalazł swojego reprezentanta wśród prezentowanych na stronie muzyków. Żeby już nie przedłużać, zapraszam do odsłuchu playlisty z utworami, w których słychać głos Johna Yellanda. Dajcie znać, czy jest to Wasz pierwszy kontakt z jego twórczością i które z zaprzestanych kompozycji najbardziej przypadły Wam do gustu. 

Playlista: The Best of John Yelland

Najpopularniejsze