Są takie okresy w życiu, gdy człowiek żyje w napieciu a stres daje się mocno we znaki. Szybkie tempo życia, dużo obowiązków zawodowych czy prywatnych, myśli kotłujące się w głowie. Gdy jest ich za dużo, droga do zaburzeń lękowych staje otworem. Na szczęście odpowiednio wcześnie można wprowadzić profilaktykę, w myśl starej zasady Morbium evitare quam curare facillius est. Łacina generalnie zna bardzo wiele ciekawych powiedzeń i w zasadzie są one jedyną wiedzą na temat tego klasycznego języka jaka mi pozostała po zajęciach z I roku studiów. Mieliśmy co prawda zaliczenie pisemne z diagnoz ale cóż, od lat już nikt ich w języku Horacego nie pisze. Ale co do powiedzonek, znane i w obecnych czasach bardzo aktualne jest też inne - Si vis pacem para bellum. Do takiej wojny rok temu kazał nam się przygotować amerykański Testament a tegoroczna letnia festiwalowa trasa koncertowa jest elementem promocji tej świetnej płyty. W jej ramach właśnie amerykańscy weterani thrashu zawitali do Klubu Studio w Krakowie w towarzystwie nie mniej znanych supportów - klasyków heavy metalu w postaci Metal Church i Armored Saint. I ja tam byłem, piwo zero piłem a co usłyszałem i zobaczyłem poniżej streściłem. Badum tss!
Ok, teraz na serio. Do tej pory nie byłem jeszcze nigdy na thrash metalowym koncercie. W portfolio mam powery, doomy, folki, hard rocki i cóż, gwiazdy rodzimego, rzekomo "inteligentnego" popu. Byłem więc niezmiernie ciekawy emocji jakie przyniesie mi kontakt z muzyką ciężką, intensywną i bezlitośnie bezpośrednią. Taką, która swoją energią wymiecie ze mnie wszystkie negatywne myśli i oczyści z niepotrzebnego napięcia. Na miasteczku AGHu, gdzie mieści się jeden z najpopularniejszych krakowskich klubów muzycznych przybyłem z pewnym wyprzedzeniem ale i tak musiałem ustawić się na szarym końcu długaśnej kolejki. Mogłem sie tego spodziewać, bo Testament to jednak gwiazda światowego formatu. Na szczęście wężyk ubranych na czarno, w obowiązkowe dżinsowe kamizele trve metalowców przesuwał się szybko. Gdzieś tam byłem ja, też niby w dżinsie ale koszulce naszej niezwykłej TOŃ-i (za późno się obudziłem z zamówieniem testamentowego merchu). Nie wszyscy jednak trzymali się ściśle dress code'u i wśród widzów trafili się i fani Kreator, Exodus, Vader czy nawet Helloween - metal łączy ludzi. Gdy już znalazłem się w środku swój set rozpoczynał Armored Saint. Jest to zespół, do którego wiodła mnie dość okrężna droga. Zaczęło się od covera March of the Saints autorstwa Powerwolf, potem był Anthrax i Stomp 442 z Johnem Bushem na wokalu a właściwie muzykę amerykańskich heavy metalowców poznałem lata później. Poznałem i polubiłem, poza tym bardzo cieszyłem się, że posłucham Busha na żywo, ponieważ jak pamiętacie na wiosnę oszalałem na punkcie Sound of the White Noise Anthraxu (gdzie też śpiewał, i to jak!). Powiem Wam, że John ma w sobie mega dużo energii, jego ruchy, głos który przez lata nie stracił zupełnie na mocy pobudzają do skakania, machania głową i wykrzykiwania Can U Deliver? Tak, John z ekipą dali radę. Setlista była fajnie ułożona, z naciskiem na klasyczne albumy ale nowości w postaci Close to the Bone z Emotion Factory Reset w wersji na żywo nie odstawały wcale od reszty. Jako wprowadzenie do całęgo gigu, 30 minut z Armored Saint to był naprawdę fajnie spędzony czas i potwierdzenie tezy, że warto przychodzić już na pierwszy support.
Następni w kolejce byli pionierzy speed, thrash i power metalu, choć ja bym ich nazwał po prostu heavy metalowcami z Metal Church. Tak jak pierwszy zespół wyróżniał się trochę bardziej groove'owym klimatem, tu dostaliśmy porządną dawkę speedu. Zaczęło się od dwóch intensywnych kawałków z ich drugiej płyty - The Dark. Ton of Bricks i Start the Fire dały znać, że zespół nas nie będzie oszczędzał i spodziewać możemy się ostrej jazdy bez trzymanki. Wokalnie świetnie wypadl tu, będący w składzie od roku Brian Allen a jego wysoki, skrzekliwy głos dobrze pasował do naładowanych metalową złością numerów. Podobnie jak Amored, mieliśmy dość przekrojowy set oparty o pierwsze dwie płyty (gdzie elementy thrashowe były mocno zaznaczone) ale pojawił się też jeden reprezentant najnowszej Dead to Rights. Ku mojej uciesze było to F.A.F.O. - mój absolutny faworyt. Numer, który można podzielić na trzy, przeplatające się ze sobą fazy - szybką, bardzo szybką i extremalnie szybką. Czad! Tak sobie teraz patrzę, że akapit poświęcony Kościołowi Metalu jest krótki i dość szybko przechodzę między wątkami. Taki był jednak ich występ - szybki, pędzący przed siebie na łeb na szyję, choć czasami zespół umiejętnie zwalniał i pozwalał sobie na quasi-balladowe wyciszenie, oczywiście w heavy metalowej konwencji (epickie When the Children Prey). I tak kolejna występująca tego wieczoru kapela ze swojej roli wywiązała się znakomicie. Publika była rozgrzana i z niecierpliwością czekał na "gwoździa programu".
A Testament cóż, w końcu objawił się i, jak na gwoździa przystało, przygwoździł nas do ziemi swoją muzyką. Na kilka minut przed 21ą z głośników popłynął hit Beastie Boys - Fight for your Right ale kurtyna z wielkim logiem weteranów z Bay Area nadal była opuszczona. Zespół kontynuował trzymanie nas w napięciu emisją mówionego intro ale w końcu, gdy kurtyna poszła w górę, dostaliśmy w końcu zaproszenie "Into the Pit" a na scenie i przed nią rozpoczęło się istnie szaleństwo. Perkusyjne nawałnice, siarczyście ostro tnace gitary i Chuck Billy w kapitalnej wokalnej formie, przechodzacy od czystych wokali, przez agresywną, thrashową chrypę aż po iscie deathowy growl, wspomagany dodatkowo przez Erica Petersona przetoczyły się przez Klub Studio niczym tornado. Publicznośc szalała, część w "moshpicie", część skacząc z tyłu i trzęsąc głową do zawrotnych rytmów kolejnych utworów. Myślę, że płynąca ze sceny energia nikogo nie pozostawiła obojętnym. Tak jak pisałem na wstępie, na typowo thrashowym koncercie nigdy jeszcze nie byłem więc chłonąłem ten szał całym sobą a gdy kapela sięgnęła po materiał z Para Bellum a zwłaszcza ekstremalnie ciężkie i agresywne For the Love of Pain odpłynąłem totalnie. To właśnie to, o czym wspominałem, bezkompromisowa, agresywna kanonada, która paradoksalnie pozwala oczyścić umysł ze wszystkich negatywnych emocji. Czy więc jako pscyhiatra, mogę polecić muzykę metalową jako formę leczenia? Może nie w monoterapii ale jako forma regulacji emocji sprawdza się znakomicie. A emocji było mnóstwo i o różnym zabarwieniu. Testament zadbał o urozmaiconą setlistę, z dominacją oczywiście najnowszego albumu ale tego się można było spodziewać. Poza tym, posłuchaliśmy też nieśmiertelnych kawałków z Practice What You Preach (w tym zagrany specjalnie dla publiczności w Krakowie Sins of Omission), The New Order czy debiutanckiego The Legacy a z bardziej współczesnych albumów wybrano The Formation of Damnation. Największą przyjemność (bo nie zaskoczenie - sprawdziłem sobie setlisty z ostatnich kilku występów) sprawiły mi dwa numery z niedoceniane, bo nieco innej, piątej płyty czyli The Ritual. Można mówić, że to już nie thrash, że to bardziej blues, hard-rock, taki testamentowy "black album" ale kurczę, w wersji koncertowej i Electric Crown i So Many Lies znakomicie uzupełniły set i pokazały prawidziwy ciężar, tym bardziej może podkreślony wolniejszymi tempami. Momentami zrobiło się nawet nieco psychodelicznie. A jeśli o wolniejsze tempa chodzi, usłyszeliśmy najbardziej znaną testamentową balladę, czyli... The Ballad - coś absolutnie epickiego, zwłaszcza w rozpędzonym finale. O formie wokalisty już wspomniałem, docenić należy też pozostałych muzyków i za kontakt z publicznością, ekspresyjne solówki czy atomowe 'drum solo' Chrisa Dovasa, po którym rozbrzmiały dwa ostatnie utwory, cofające nas w czasie o prawie 40 lat. Gdy wybrzmiały ostatnie dźwięki Over the Wall a panowie wśród oklasków opuścili scenę, echo ich muzyki jeszcze długo grało mi w głowie, nagle lekkiej i pełnej pozytywnych wrażeń. I w takim właśnie stanie muzycznego katharsis dotarłem do domu, a dziś z gardłem zdartym niemiłosiernie przelewam ne elktroniczny papier swe doświadczenia.
Tradycyjnie już po koncercie skleciłem sobie playlistę zawierającą wszystkie zaprezentowane utwory, Kto nie był wczoraj w Studio może poczuje dzięki niej choć ułamek tego co ja, a wszyscy którzy razem ze mną bawili się na koncercie przeniosą się w czasie o te godziny, potem dni, tygodnie i lata wstecz, do pewnego sierpniowego czwartku i przeżyją to jeszcze raz.






