Odkąd prowadzę tę stronę zauważyłem, że są tygodnie zdominowane przez konkretne, nieraz skrajne style muzyczne, jak i takie, która najłatwiej określić kolokwialnym wyrażeniem misz-masz. Ten zdecydowanie należy do takiej kategorii. Spójrzmy dlaczego.
Nadal bardzo chętnie sięgam po przebojowe, pełne ducha lat 80-ych AOR-owo/hard rockowe granie. Ten styl reprezentują zarówno wywodzący się z amerykańskiej ejtisowej sceny Tyketto jak i "młoda gniewna" Chez Kane, bez wątpienia mogąca być określona współczesną Litą Ford. Ich najnowsze płyty - Closer to the Sun i Reckless to w swej kategorii najlepsze aktualnie krażki w 2026 roku.
Gdzieś w szerokim spektrum między melodyjnym rockiem a power metalem plasuje się Neverland Train, brzmiący trochę jak połączenie Meat Loaf i Queen z Helloween z okresu Pink Bubbles. Nie jest za mocno ale też nie za popowo, trochę musicalowo, epicko i dynamicznie. Myślę, że fani obu podgatunków muzyki gitarowej powinni być zadowoleni.
W świecie power metalu ostatnio dużo się dzieje. Nie skupiałem się jednak w tym tygodniu tylko na nowościach. Z klasyków, a za takie można już chyba uznawać płyty z 2013 roku, wróciłem do Preachers of the Night niemieckiego Powerwolf, a zwłaszcza do drugiego na trackliście Secrets of the Sacristy, zawsze stojącego nieco w cieniu bombastycznego openera (Amen & Attack). Trochę dla przekory posłuchałem również jeszcze starszej płyty - wydanej w 1991 Blazon Stone, za którą stoi piracka załoga Running Wild. To nie przypadek, gdyż jak wiecie z poprzednich wpisów, obecnie sporo czasu spędzam przy twórczości wiernych wyznawców Rock'n'Rolfa, zwanych nomen omen Blazon Stone. Tu warto wspomnieć o EP-ce Treasure Hunt, wiernej jak i cały katalog projektu, klasycznemu brzmieniu Running Wild.
Wróćmy jednak do powera, bo oba pirate metalowe zespoły tylko częściowo można do tej kategorii zaliczyć. Tu mamy bardzo udany album Mournbraid szwedzkiego Evermore, który doceniam z tygodnia na tydzień coraz mocniej. Świetnie spisał się też sztandarowy przedstawiciel islandzkiego powera - Power Paladin, który na Beyond the Reach of the Enchantment proponuje nam i dynamikę, i szybkość, odrobinę agresji a nawet trochę "edguy'owego" humoru. To jednak płyty mające już po kilkanaście a nawet kilkadziesiąt dni. W tym towarzystwie "świeżynką" jest debiut międzynarodowego projektu Godspear. Co prawda część utworów, które finalnie znalazły się na Turn to the Light w formie singli znana była już w 2023 roku i, przynajmniej jeśli chodzi o mnie, budziła spore oczekiwania. Przede wszystkim cieszyłem się, że na wokalu znów mogę usłyszeć Konstantina Naumenkę, jednego z najlepszych power metalowych wokalistów Europy Środkowej i Wschodniej. Aktualnie jestem po kilku odsłuchach całości i myślę, że wokal wokalem ale kompozycje i instrumental też trzymają solidny poziom.
Osobny akapit pragnę poświęcić metalowej operze Mariusa Danielsena - Legend of Valley Doom. Tydzień temu wspominałem w artykule o planach na czwartą część historii i moim powrocie do liczącego sobie już 11 lat debiutu. Idąc za ciosem, w tym tygodniu odświeżyłem sobie Part 2 z 2018 roku. Jest to krążek trochę nierówny, gdyż niektóre utwory zdają się nieco na siłę wydłużane i pompatyczne do granic dobrego smaku a z drugiej strony to tu jest kilka absolutnie najlepszych kompozycji z całej dotychczasowej historii "Doliny Zagłady". Dość wymienić Temple of the Ancient God, obłędnie odegrany przez Daniela Heimana i Michele Lupiego. Odegrany to właśnie słowo klucz, bo opera Danielsena to nie tylko płyta z muzyką a epicka podróż po fantastycznym świecie magii i miecza.
Był już power, czas na doom. I tu też różnorodnie - zarówno jeśli chodzi o styl jak i wiek słuchanych przeze mnie w minionym tygodniu płyt. Zacznijmy może od najmłodszego wydawnictwa, w zasadzie singla. Wielu miłośników romantycznego, gotyckiego death/doomu czeka z niecierpliwością na nowy album Draconian, pierwszy od powrotu Lisy Johansson do roli wokalistki. W czwartek w sieci pojawiła się druga zapowiadająca go kompozycja - stonowana, zamyślona Misanthoper River. Nagrana w nieco innym tonie niż Cold Heavens ale nadal wierna duchowi zespołu.
Doom a może nawet bardziej stoner to jedna z wielu inspiracji dla lubelskich Źrenic, z których Śnienia nie mogę (i wcale nie chcę) się wybudzić.
Kontynuuję wędrówki po starszych płytach legend death/doomu czyli Paradise Lost i Anathema, choc żadna ze słuchanych obecnie nie należy już raczej do takiego stylu. Mowa o Paradise Lost z 2005 roku panów z Halifaxu i Alternative 4 grupy z Liverpoolu. W przypadku tej drugiej kapeli zahaczyłem również o bliższe klasyce ale nadal już nie tak brutalne Eternity a zwłaszcza o romantyczną Angelicę.
W późniejszym czasie Anathema jak wiadomo coraz bardziej oddalała się od doomu w stronę rocka progresywnego. I choć tej prog-rockowej wersji teraz nie słuchałem, sięgnąłem po innych reprezentantów gatunku. Zainspirowany wpisem na grupie RMP - Rock Metal Progresywny dałem szansę neo-progowemu Castanarc i wydanej w 1984 roku debiutanckiej Journey to the East. Internety opisują brzmienie Brytyjczyków jako mocno inspirowane Yes i Genesis ale ja słyszę w nim, zwłaszcza w bardziej balladowych kompozycjach echa REO Speedwagon. A że akurat REO bardzo lubię to i Castanarc nie pozostał mi obojetnym. Jeśli lubicie łągodne gitarowe pasaże z ujmującymi melodiami to zachęcam do wybrania się w tę muzyczną podróż.
Udało mi się w końcu głębiej zanurzyć w najnowsze dzieło Green Carnation czyli drugą część z zapowiedzianej jako trylogię serii A Dark Poem. Sanguis to muzyka z dużym ładunkiem emocjonalnym, adresowana do wrażliwego słuchacza a przy tym wszystkim jednak nadzwyczaj pogodna. Jakby te wszystkie stany emocjonalne, przez które w swym życiu przechodził lider zespołu, Tchort, doprowadziły go do przedziwnego katharsis a przelanie ich w muzykę uwolniło go od bólu. To oczywiście moja prywatna interpretacja albumu, więc jeśli czujecie inaczej to podzielcie się swoimi refleksjami.
Ciekawą płytę nagrał Kolm, prog-rockowy zespół z Los Angeles. Yugen to płyta pełna ciekawych pomsyłów, umiejętnego użycia elektroniki do budowania nastrojowych, czasem niepokojących krajobrazów. Muzycy nie boją się ekspertymentować ale spokojnie, do jakiegoś totalnego free jazzu jeszcze daleko.
Na koniec kilka słabiej reprezentowanych gatunków, które raz u mnie grają a raz nie. Najczęściej z nich pojawia się ostatnio thrash metal, tym razem w osobie najmniej znanego przedstawiciela Wielkiej Czwórki. Był kiedyś czas, że miałem mocną fazę na Anthrax ale lata ciszy wydawniczej jakoś sprawiły, że ekipa Scotta Iana jakoś wypadła z kręgu mych zainteresowań. Mały renesans thrashu w mojej bibliotece, jaki trwa od jesieni sprawił, że znów chętniej zacząlem patrzeć w stronę "wąglika" a w ostatnim tygodniu sporo czasu spędziłem przy starszych albumach. Najmocniej siadł mi pierwszy nagrany z Johnem Bushem na wokalu i wpadający już mocniej w groove Sound of White Noise.
Dalej mamy industrial metalowy Static-X i płytę Shadow Zone - w zasadzie chyba jedyną z ich katalogu, której słucham dość regularnie.
A na koniec płyta, której mało kto się u mnie spodziewał, a którą zawdzięczam stronie DreamStream. Mowa o Cruel World popowej artystki Holly Humberstone. Choć ten"pop" to pop ambitny, szukający różnych form wyrazu i budujący specyficzny, trochę melancholijny, trochę rozmarzony klimat.
I tak właśnie minął ten tydzień. Jak było u Was? Podzielcie się swoimi podsumowaniami w komentarzach. Tam również link do aktualnej playlisty.






