piątek, 25 września 2026

Lato 2026 - Podsumowanie Kwartału

 


Jeśli od kilku dni na różnych muzycznych fanpejdżach pojawiają się pytania - idealna płyta na jesień? ulubione "jesienne" piosenki to wiedz, że lato się już skończyła. Ja osobiście wolę płynąć pod prąd i zamiast pytać o Wasze rekomendacje na długie jesienne wieczory, przedstawię Wam "Smoki letniego płomienia"... Wróć, to nie artykuł o Dragonlance ;) Przedstawię Wam muzyczne podsumowanie lata w klasycznym już kwartalnym schemacie. So fell autumn rai... So let there be summer once again!

NAJCZĘŚCIEJ SŁUCHANY UTWÓR

Pride of Lions - I'll Be Your Rock - dawno temu koleżanka skonfrontowała mnie, wówczas typowego nowo-nawróconego metala z romantyczną duszą, z przeświadczeniem, że o miłości można śpiewać tylko melancholijne power ballady. Po wielu latach mogę powiedzieć, że w swojej bibliotece mam coraz więcej utworów, w których miłość jest opisana jako mocne uczucie, dające dużo więcej szczęścia niż rozpaczy, udowadniających że jest skałą, fortecą i pomaga nam powstać, gdy kolejny raz przytrafi nam się potknięcie. I w ten sposób śpiewają własnie Jim Peterik z Toby'm Hitchcockiem w absolutnie najlepszym numerze z ich najnowszej płyty pt. Unbridled


NAJLEPSZE ALBUMY KWARTAŁU

W większości przypadków, najczęściej słuchany utwór pochodzi z płyty, którą w danym okresie czasu uważałem za najlepszą. Lato '26 nie robi wyjątku. Unbridled to siódma płyta studyjna formacji Pride of Lions i rewolucji w brzmieniu nie przynosi ale potrafi dotrzeć do słuchacza równie mocno, co 2 lub 3 poprzedniczki (poza zasięgiem jest oczywiście Destiny Stone ale to płyta-arcydzieło). Panowie pokazują nam, że w XXI wieku jest nadal miejsce na starannie skomponowany i solidnie zagrany AOR. Docenić należy też, jeszcze lżejsza gatunkowo, drugą płytę warszawskiego zespołu Mlecze. Kilka lat temu zacząłem dogadywać się z shoegaze'm (tu, bardzo dobra Ep-ka duszno) ale dream (lub jak wolą muzycy) bedroom pop nie był u mnie nadal zbyt częstym gościem. Ubiegłoroczny debiut Mleczy, poprawiony jeszcze lepszym Albumem Niebieskim otworzył mnie i na ten styl za co bardzo dziękuję.

Bardzo udany kwartał mogliśmy zaobserwować na progresywnych scenach. Jeśli chodzi o mnie to na szczególne wyróżnienie zasługuje Xavier Phideaux za AutoMoto Animus (kwintesencja crossover progu) i brytyjskie The Tirith, które na Quetzalcoatlu również operuje na granicy kilku progresywnych podgatunków, wyplatając z tego swój własny rockowo-metalowy styl. Miłośnikom cięższej progresji zwracam uwage na najnowszy album Black Sites pt. For Eternity, wyznawcom neo-progresji przypominam o Grimalkin, za którą stoi supergrupa Pattern-Seeking Animals a ci, którzy szukają mniej znanych nazw na progowych mapach świata niech obiorą kurs na niemiecki Castle Mountain Moon, których druga płyta, to nie tylko przewodnik do nieosiągalnego, ale też po prostu do wciągającej, snującej fascynujące opowieści muzyki.

Lato było gorące i upalne, wśród dusznych, stonerowo/doomowych premier płytowych też było gorąco. Można pokusić się o stwierdzenie, że zarówno REZN wracający do świetnej formy na Cycles In The Infinite Dream jak i Besvärjelsen po raz kolejny porywające nas swoim fuzz'n'rollem płytą, o której wbrew nazwie (...ad Oblivionem) nie sposób zapomnieć. Obok nich bardzo często grał też u mnie Monolord i płyta Neverending (też dająca nieskończoną przyjemność z odsłuchu). Trochę po innej stronie doom metalowej sceny stoi Khemmis, nazywające swój styl doomed heavy metalem, choć pierwsze płyty miały w sobie coś stonerowego. Natomiast najnowsza, piąta płyta zatytułowana po prostu Khemmis to takie dosadne zaznaczenie miejsca w swej własnej muzycznej niszy. 

Moim kolejnym lubianym, a w zasadzie może i tym naj, gatunkiem jest power/symphonic metal. W tej kategorii bywało różnie - od miesięcy obfitujących w mocne wydawnictwa po okresy powerowej posuchy. Na szczęście tych pierwszych było więcej a wśród najczęściej słuchanych przeze mnie krążków było kilka zaskakujących odkryć, chociaż nie obyło się bez pewnych rozczarowań. Najlepszą power metalową płytą ostatnich trzech miesięcy niewątpliwie jest Pride to Survive węgierskiego Burning Sun, choć po piętach depcze mu zwieńczenie muzycznej trylogii jaką w ramach projektu Magic Opera stworzył neoklasycystyczny (i to tak naprawdę trve) klawiszowiec i kompozytor Marc Garau. The Final Flight to, uwierzcie, płyta, która klasycy wiedeńscy napisaliby, gdyby mieli dostęp do dzisiejszego instrumentarium. Jeśli chodzi o bardziej szorstkie, bliższe tradycyjnemu heavy podejście do powera, muszę polecić debiut Shadowborne (Heaven's Falling z 19 czerwca) i pierwszy po 10 latach album norweskiego Triosphere (Oceans Above, Stars Below). Wśród zespołów, które są zdecydowanie bardziej symfoniczne niż powerowe trafiłem na jedno bardzo miłe zaskoczenie (Amberian Dawn wracające do metalowego uniwersum) i jedno wydawnictwo budzące pewien niedosyt. Mowa o Xandrii, która na Eclipse dowiozła jeden niesamowity utwór (Masquerade) i kilka mniej lub bardziej zajmujących, solidnych ale jednak średniaków.

Wyróżnienie należy się też jednej płycie, która nie wpisuje się w żadną z powyższych kategorii. Ostatnio zresztą mało jest u mnie folk metalu. Radogosta słucham jednak od 18rz czyli już prawie dwadzieścia lat i muszę powiedzieć, że Dziedzictwo Ognia, ich siódmy album, działa na mnie nie siłą nostalgii ale udanych kompozycji, balansujących od dekadenckiej poetyki po folkową dynamikę. 

Na koniec zaś jedno zdanie o albumie sprzed lat, do którego często i chętnie wracam. Jest nim Bringer of Pain melodic metalowego Battle Beast, mniej powerowy, bardziej mainstreamowy ale to tu głos Noory (opuściła zespół rok temu) pokazuje pełnię swych możliwości.


NAJWIĘKSZE ZASKOCZENIE

Ten fragment podzieliłbym na dwie części. Pierwsza czyli zaskakująco dobre płyty. Już się zapewne domyślacie, że nowa odsłona Amberian Dawn, z nową wokalistką, jest jedną z nich. Takiego ognia jak na Temptation's Gate dawno u nich nie słyszałem. Podobnie trochę rzecz się miała z REZN. Od lata wiedziałem, że panowie potrafią tworzyć płyty wyrywające z butów swym psychodelicznym ciężarem ale po równym ale trochę jednostajnym Burden trochę obawiałem się, że nie odnajdą w sobie dawnej kreatywności. Jak dobrze, że się myliłem ;) Druga grupa zaskoczeń, to zapowiedzi bądź premiery nowych albumów po dłuższej przerwie. Z tego grona najbardziej cieszy mnie powrót epic doom metalowych bluźnierców z Fvneral Fvkk, którzy wypuścili już dwa soczyste single i jak na dłoni widać, że planują włączyć się do walki o roczną topkę. Bardzo fajnie też, że wreszcie nowy album wydało Triosphere. Poprzednik był jednym z moich ulubionych w 2014 roku i choć Oceans to nie aż tak wysoko poziom (możliwy chyba tylko raz w życiu do osiągnięcia), godnie dopisuje kolejny rozdział w historii zespołu. 


NAJWIĘKSZE ROZCZAROWANIE

Chełpię się tym, że przemawiają do mnie albumy legendarnych zespołów, które mało kto lubi. Z taką myślą podchodziłem do nowego Sleep, nagranego bez udziału legendarnego gitarzysty Matta Pike'a. Więc tak, podszedłem do Hemispheres, przeszedłem je całe i po ostatnim dźwięku byłem w tym samym miejscu, albo prawie w tym samym co starszy o 38 nijakich minut. Słabo... Pisałem już wyżej, że więcej oczekiwałem po tegorocznym albumie Xandrii, podobnie też miałem z Kamelotem czy Dreamtale - ich krążki nie były złe, nie były też wybitne, choć cytując klasyka - momenty były i jednak nie usypiały tak jak, nomen omen, Sleep.


NAJWIĘKSZE ODKRYCIA

Tu bez zaskoczeń, bo już o wszystkich pisałem w części i najlepszych albumach. Mamy więc i power metalowe Burning Sun, Shadowborne i Magic Opera oraz prog-rockowy The Tirith. Spoza wymienionych dodam jeszcze o grającym dreamgaze Soft Science, które odkryłem jeszcze w lecie ale większy wpływ na moje muzyczne rankingi amerykańska grupa będzie mieć już jesienią.


OCZEKIWANA NA PRZYSZŁOŚĆ

Jesień dzieciom kojarzy się z kolorowymi liśćmi i kasztanami, miłośnicy muzycy wiedzą jednak, że to czas licznych premier płytowych, w opozycji do dość leniwych letnich miesięcy. Zobaczmy więc, co też zespoły i wytwórnie przygotowały na najbliższe dziewięćdziesiąt kilka dni: 


Frozen Crown - The Legend of the Six Kings - 02.10

Bobbie Dazzle - Star Power - 02.10

Smoulder - Witch Wife In An Alien World - 09.10

Temperance - Arcani - 16.10

Fvneral Fvkk - Indecent Idols - 23.10

The Flower Kings - Hope - 23.10

Wij - Protisty - 23.10

Dawn of Destiny - Ashes Over Tomorrow - 30.10

E-L-R - Atropa - 06.11

Iron Savoir - Deathbringer - 13.11

The Foreshadowing - Ozymandias - 27.11

King Buffalo - Doomsayer - 04.12


PODSUMOWANIE 

A jakie były Wasze ulubione "letnie" utwory? Którzy artyści Was zachwycili a którzy zawiedli i na które wydawnictwa zaplanowane na jesień czekacie najmocniej? Sekcja komentarzy jest do Waszej dyspozycji a w niej m.in. również odnośnik do liczącej 40 utworów playlisty, pełnej moich osobistych faworytów. Miłego odsłuchu i zapraszam do dyskusji ;)

Playlista: Lato 2026

poniedziałek, 21 września 2026

14.09-20.09.2026

 


Od przybytku głowa nie boli, głosi porzekadło. Można się z nim zgadzać, bądź nie, wszystko zależy od punktu widzenia, lub w kwestii muzycznej - słyszenia. Miesiąc temu zżymaliśmy się, że premier płytowych jest niewiele, dziś każdy kolejny piątek przynosi ich tyle, że ciężko każdej poświęcić odpowiednią ilość czasu. Ta przypadłość dopadła też i mnie a jej efekty zobaczycie w najnowszym podsumowaniu tygodnia. 

Sporo w nim jest nowości i od nich zaczniemy. Osiemnastego września ukazało się aż siedem płyt, którymi planowałem się zainteresować. Nie ze wszystkimi spędziłem jednak tyle czasu ile bym chciał. Na dzień dzisiejszy mogę jednak powiedzieć, że zdecydowanie oczekiwaniom sprostał projekt Fallen Sanctuary, na czele którego stoją wspólnie Georg Neuhauser i Marco Pastorino a ich drugi album, The Gathering of Dreams to ponownie porywający melodiami i przeszywający na wskroś ładunkiem emocjonalnym power metal. Czego innego jednak spodziewać się po artystach, których nazwiska przewijają się przez niejeden powerowy klasyk (m.in. Temperance, Serenity, Warkings). Drugi solowy album zaprezentowała też żywa legenda powera - Kai Hansen. Born with the Hammer po pierwszym odsłuchu nie powalił mnie z nóg ale z każdym kolejnym podejściem zaczął mocno zyskiwać w mych oczach. Nie jest to całkiem styl Gamma Ray ani Helloween ale w sumie chyba dobrze, że artysta szuka nieco innych dróg i inspiracji. Czuć tu odrobinę Queen, jest też niezwykła lekkość i humor, zabawa formą, trochę dyskotekowych rytmów a ten cały misz masz mimo wszystko sprawia bardzo spójne, zgrabne wrażenie i to właśnie jest największy plus wydawnictwa. 

Na wysokości zadania stanął też Anthrax za sprawą wydanego po dziesięcioletniej przerwie Cursum Perficio. W odbiorze tej płyty pomaga mi fakt, że już dawno pogodziłem się z tym, że czasy Caught in the Mosh minęły a ekipa Scotta Iana znalazła swój styl, będący wypadkową thrash, groove i tradycyjnego heavy metalu. Kto to zaakceptuje, ten przy każdym kolejnym wydawnictwie zespołu będzie się dobrze bawił. 

Po troche przeciwnej stronie muzycznego spektrum plasuje się grupa, która sądząc po nazwie, inspiracje czerpie z twórczości drone metalowego Earth. Muzyka Bees Made Honey in the Vein Tree jest jednak bardziej eteryczna i organiczna niż w przypadku autorów płyty Bees Made Honey in the Lion's Skull. In Between Strides to już czwarty longplay w katalogu niemieckich psychodelicznych doomsterów i każda z pięciu umieszczonych na nim kompozycji to hipnotyzująca podróż do wnętrza siebie, wśród nadziei, niepokojów ale i marzeń. Po prostu, chwila dla siebie. 

Takich rozmytych, shoegaze'owych dźwięków słuchałem zresztą częściej. Trochę przespałem co prawda dzień premiery nowej płyty amerykańskiego Soft Science ale udało mi się nadrobić zaległości i mogę polecić Sand każdemu miłośnikowi delikatnych melodii ubranych w opadające słuchacza niczym wieczorna mgła ściany dźwięków. Muzycy swój styl określają mianem dreamgaze'u a ja wyczuwam w nim zaskakujące podobieństwa do również dream- ale dream-thrashowego Astronoid, a zwłaszcza do ich ostatniej płyty, która przez wielu z Was została uznana płytą roku. Polecam zatem Sand, może też dacie się jej oczarować. 

Nadrabiane zaległości dotyczyło też przedstawicieli progresywnego grania. Tydzień wcześniej ukazały się zrówno EP-ka prog-rockowego Slug Comparison i album greckich progmetalowców z Mother of Millions. Odpowiednio Cold in, cold out jak i T, wykorzystują odmienne środki wyrazu - akustyczne, refleksyjne kompozycje vs cięższe, nasycone intensywnymi emocjami i pewnym patosem metalowe strzały ale żadnemu z nich nie sposób odmówić kunsztu i wirtuozerii. Do grona nowości dorzucę jeszcze nowy singiel Wija, zatytułowany Duch, pełen agresji, energii i cytatów z tzw klasyki polskiej literatury. Nie wiem jak Wy ale ja czuje, że zbliżający się wielkimi krokami krążek zatytułowany Protisty ponownie zrobi sporo zamieszania na naszej muzycznej scenie.

Tak jak przed tygodniem, ponownie ścierały się u mnie dwa symbole lat 80-ych, swego czasu antagonistycznie wobec siebie nastawione, ostatecznie połączone w upadku za sprawą eksplozji grunge na początku kolejnej dekady. Hair metalowa Cinderella zaprosiła mnie do swojego najbardziej przebojowego albumu, Long Cold Winter, z którego pochodzą takie gitarowe killery jak Gypsy Road czy Take Me Back a także słynna power ballada Don't Know What You Got (Till It's Gone). Po drugiej stronie Slayer, choć w dwudziestopierwszowiecznym wydaniu. World Painted Blood było pierwszą ich płytą, jaką poznałem bo akurat premiera zbiegła się czasowo z moją konwersją na metal. Z tego też względu, choć nie ma ten siły rażenia co pierwsze wydawnictwa, darzę ją dużym sentymentem a niedowiarkom wrzucam na dzisiejszą playlistę kipiące złością Americon i rytmicznie skandowany przez Toma Human Strain. 

Na wstępie wspomniałem, że minął już czas wakacyjnej posuchy i dobrych albumów regularnie przybywa. Z premier przełomu sierpnia i września regularnie słucham najnowszych wydawnictw speed/thrashowego Flotsam & Jetsam (Rats in the Temple), power metalowych Triosphere (szorstkie i dynamiczne Oceans Above, Stars Below) i Burning Sun (podniosłe i melodyjne Power to Survive) czy triumfującego w ostatnim zestawieniu Doom Charts Till Glömskan ad Oblivionem szwedzkiego Besvärjelsen. Wśród wyróżnionych był też słowacki Zemetras, którego debiut uważam za jedno ze swoich najciekawszych odkryć bieżącego roku. We wrześniowym notowaniu tej uznanej strony z pewnością pojawi się za to Necropolitan, czwarty pełny album Brytyjczyków z Green Lung, pełen psychodelicznego mroku przywodzącego na myśl skąpany w mglistym świetle lamp gazowych Londyn epoki wiktoriańskiej. 

Do moich ulubionych prog rockowych płyt ostatnich tygodni i miesięcy z pewnością mogę zaliczyć AutoMoto Animus czerpiącego z różnych nurtów Xaviera Phideaux i Grimalkin, za który odpowiada supergrupa Pattern-Seeking Animals. Oba krążki pokazują nam jak można pisać przyjemne i łatwo zapamiętywalne melodie, nie popadając w banał i "popelinę". Moim zdaniem są to kolejni mocno kandydaci (a jest ich nie mało) do tytułów płyty roku i to nie tylko w swoim gatunku.

Wśród starszych płyt też było sporo progresji, choć w bardziej power metalowym wydaniu. Włoskie DGM ma w swojej dyskografii sporo udanych płyt ale kolejny już tydzień dominuje u mnie The Passage z 2016, na którym znajduje się mój ulubiony Animal. O Symphony X i płycie Paradise Lost też pisałem w poprzednim podsumowaniu ale cóż, wszystko o takiej nazwie, czy to nazwa zespołu czy tytuł płyty musi być wyśmienite ;)

Z pozostałych krążkowy, których miałem nieskrywaną przyjemność słuchać były Break the Silence symphonic metalowego Beyond the Black. Album w ciekawy sposób eksplorujący zróżnicowane folkowe terytoria (muzykę świata można wręcz powiedzieć) to duży krok naprzód po jednak dość przeciętnym choć dopracowanym poprzedniku. Druga płyta to niedawne odkrycie czyli blues-rockowa heavy americana jaką serwuje nam Beaux Gris Gris and The Apocalypse. Polecam Hot Nostalgia Radio każdemu, kto szuka czegoś nowego a około-psychodeliczbe klimaty są mu bliskie. 

Dwadzieścia dwa zespoły - dawno nie było tak zróżnicowanego podsumowania. Mam nadzieję, że odsłuch dołączonej do wpisu playlisty otworzy Was na różne nowe kierunki, bo przecież ciągle poszukiwania to główny cel tej strony. Czekam też i na Wasze komentarze i polecenia. Pozdrawiam!


Playlista: 20.09.2026


piątek, 18 września 2026

Urban, Bormann & Selleby - Playlista Tematyczna

 


Cześć! Pewnie zauważyliście, że mam pewną skłonność do pisania artykułów i tworzenia playlist mających pewne cechy wspólne, jakiś konkretny motyw przewodni. Są wśród nich i 4x4, Nieznane i Niedoceniane, Top 30 Zespołów a także wpisy poświęcone trzem różnym wokalistom danej kapeli. Na łamach Muzycznej Kroniki mieliśmy już wokalistów Angry, Rhapsody (Lt's, of Fire etc), Vision Divine czy wokalistki Nightwisha. Tym razem postanowiłem wybrać się do Szwecji, skąd pochodzi jeden z aktualnie najlepszych power metalowych zespołów w Europie - bombastyczne epicki i ogniście dynamiczny Bloodbound. Formację założyli w 2004 roku w niewielkim miasteczku Bollnäs w prowincji Gävleborg gitarzysta Tomas Olsson i klawiszowiec Fredrik Bergh a jej pierwszym frontmanem został:

Urban Breed - urodzony 26 lutego 1970 roku artysta oprócz śpiewania na debiutanckim krążku pt. Nosferatu, był też współkompozytorem trzech utworów. Sama płyta zebrała bardzo dobre recenzje i zwróciła uwagę fanów europowera na nowego, ciekawego gracza na scenie. Przebojowe melodie, szybkość i dynamika i demoniczna-piekielna tematyka potrafiły rozgrzać serca słuchaczy. Niestety niecały rok po premierze i m.in. występie u boku Evergrey na festiwalu w Goteborgu, wokalista podjął decyzję o opusczeniu szeregów zespołu. Dośc szybko jednak do niego powrócił, akurat na czas by wziąć udział w trasie koncertowej promującej koleje wydawnictwo, o którym jeszcze napiszę. Po reunionie z Urbanem przyszedł czas na trzecią płytę, która dla wielu fanatyków klasycznego powera była sporym zaskoczeniem. Tabula Rasa, wydana w kwietniu 2009 roku charakteryzowała się bardzo nowoczesnym brzmieniem, pełnym elementów progresywnych i industrialnych. Chłodny, ponury, wręcz depresyjny klimat wyraźnie odróżniał ją od dotychczasowego stylu, choć po latach coraz bardziej doceniam tę "inność". Była to też pierwsza płyta zespołu, jaką mi było dane wysłuchać więc kwestie sentymentalne również odgrywają w tym przypadku sporą rolę. Rok po premierze krążka, Urban Breed ponownie, tym razem raczej na stałe zrezygnował z występów w zespole. Kilka lat później dołączył do bułgarskiego Project Arcadia a w 2014 roku wziął udział w powstaniu power metalowej "supergrupy" Serious Black. W jej składzie brał udział w nagraniu czterech bardzo dobrych płyt ale po 7 latach ich wspólna przygoda dobiegła końca. Od tego też czasu - 2021 rok - o poczynaniach muzyka nie ma zbyt wielu informacji ale wierzę, że jeszcze go kiedyś usłyszymy w jakimś kolejnym projekcie. W swojej dyskografii Urban Breed ma też kilka płyt nagranych z Tad Morose i Trail of Murder a także pojedyncze występy w roli specjalnego gościa. 

Wróćmy teraz do krótkiego okresu między pierwszym a drugim pobytem Urbana w zespole. W 2007 roku Bloodbound wydał płytę pt. Book of the Dead, wg mnie jedną z najlepszych w całej swej dyskografii. Przy jej nagrywaniu w rolę wokalisty wcielił się Michael Bormann i jego udział, nadający utworom odpowiedniego hard-rockowego (nie-falsetowego) sznytu można zdecydowanie określić mianem studyjnego. Artysta bowiem nie miał okazji zaprezentować takich hitów jak Into Eternity, Flames of Purgatory czy prawdziwy metalowy hymn jakim jest tytułowa kompozycja w wersji koncertowej. Z drugiej strony jednak nie dziwi fakt, że Michael nie kontynuował współpracy, jest to bowiem muzyk mający na swym koncie kilkadziesiąt albumów nagranych z różnymi wykonawcami, w szerokim rockowo-metalowym zakresie. Urodzony w Duisburgu w 1966 roku w ciągu swojego sześćdziesięcioletniego życia udzielał się m.in. w Jaded Heart (obecnie w jednej z jego inkarnacji sygnowanej swym nazwiskiem), PowerWorld czy RedRum, zastąpił też DC Coopera za mikrofonem Silent Force. Jego wokal pojawia się też na różnych hard rockowych czy AOR-owych płytach, przez pewien czas śpiewał też w legendarnym niemieckim Bonfire. Oprócz śpiewu nierzadko zajmował się też produkcją albumów, miksem i inżynierią dźwięku. 

Od 2010 roku nieprzerwanie w roli frontmana Bloodbound występuje 43-letni Patrick Selleby (znany wcześniej też jako Patrick Johansson). Nim trafił do ekipy z Bollnäs, śpiewał w melodic/powerowym Dawn of Silence, z którą do 2010 roku zdążył wydać dwa longplaye. Przez kolejne pięć lat teoretycznie przygotowywali materiał i wzięli się za nagrywanie kolejnego albumu, który aż do rozwiązania zespołu nie ujrzał światła dziennego. Z samym Bloodbound za to Patrick intensywnie koncertuje i nagrywa do dziś. Obecnie na ich koncie figuruje osiem płyt studyjnych, od ponownie dynamicznej i przebojowej Unholy Cross, przez epicką "smoczą trylogię" (a zwłaszcza War of Dragons) aż po podejmujące historyczną tematykę, kipiące od rycerskich hymnów i urozmaicone o pewne folkowe wstawki ostatnie dwa wydawnictwa. Mimo pewnych mniej udanych pozycji, widać mimo wszystko, że stabilizacja za mikrofonem całej kapeli wyszła zdecydowanie na dobre. Sam Selleby nie podporządkował się jednak w pełni pracy w Bloodbound. Od 2010 roku nagrywał też z innymi artystami, z których warto przede wszystkim wspomnieć o Tales and Legends, których debiut Struggle of the Gods trafił do mnie przypadkiem dwa lata po premierze ale z miejsca stał się jednym z największych odkryć zimy 23/24. Wart uwagi jest też Shadowquest, doceniany przez krytyków i miłośników gatunku, u mnie czekający na tzw. "kupce wstydu" na odpowiedni moment. Miłym zaskoczeniem był też gościnny udział Patricka w jednym utworze zespołu Veonity, mniej znanego i zaraz skandalicznie niedocenianego. 

Ci którzy dobrze znają Muzyczną Kronikę, wiedzą że wymienianie pozostałych zespołów i artystów z którymi współpracowali bohaterowie dzisiejszego wpisu nie jest bez znaczenia. Na liście znajdziecie nowiem po 5 utworów z dyskografii Bloodbound, nagranych z każdym z wyżej wymienionych muzyków oraz po pięć wykonywanych z innymi wykonawcami, czy to w roli głównego czy gościnnego wokalisty. Mam nadzieję że odsłuch playlisty da wam dużo pozytywnych przeżyć i power metalowej energii. A wszystkich chętnych zapraszam do dyskusji nt Urbana, Michaela i Patricka.


Playlista: Urban, Bormann & Selleby

poniedziałek, 14 września 2026

07.09-13.09.2026

 


Za nami kolejny tydzień pod dyktando progresywnych odmian rocka i metalu, choć jak się zaraz przekonacie, nie tylko. Trafi się też kilka zaskakujących kontrastów i jedno, nie mniej zaskakujące odkrycie.

Zacznijmy może od niego właśnie. Chodzi o bardzo specyficzną grupę zwaną Beaux Gris Gris & The Apocalypse. Jej nazwa rzuciła mi się w oczy przypadkiem i od razu poczułem chęć sprawdzenia co się za nią kryje. Okazało się, że to strasznie przyjemna w odsłuchu, wciągająca wariacja na temat bluesa, soulu, occult rocka i americany, czyli coś, co raz na jakiś czas ma u mnie szansę pojawić się na dłużej. Póki co jadę z Satisfy Your Queen na repeacie ale cały krążek Hot Nostalgia Radio z 2024 roku jest pełen takich właśnie nieco dziwacznych, dusznych od kalifornijskiego słońca przebojów.

Przebojowa psychodelia to też określenie pasujące do zespołu ze zgoła innej strefy klimatycznej. Necropolitan, czwarty długograj stoner/doomowców z Green Lung to muzyczny hołd złożony miejskim legendom ze stolicy Anglii. Klimat jaki wyziera z 9 zawartych na nim utworów nieodparcie kojarzy mi się z powieściami pisarza, którego imienia nie wolno wymawiać a słuchając takiego Dance to the Grave od razu aż chce się "tańczyć Makabrela".

To zresztą nie wszystko jeśli chodzi o szeroko pojmowaną psychodelę. Weźmy na przukład świetny i doceniany przez wielu bardziej poczytnych niż ja muzofilów nowy krążek Besvarjelsen czy Cycles in the Infinite Dream amerykańskiego REZN - płyty, które należą do najlepszych w swej kategorii w tym roku. 

Broni nie złożyła też power metalowa reprezentacja mojej biblioteki. Nawet pojawiło się w niej kilka nowych lub dawno nie słyszanych nazw. O węgierskim Burning Sun piszę kolejny raz i zapewne pisać będę jeszcze często, bo mocno wkręciłem się w Power to Survive. Doceniłem też wcześniej nieco pominięty utwór Over And Beyond z gościnnym udziałem gitarzystki znanej choćby z Frozen Crown - Alexandry Lioness, tu w roli wokalistki obdarzonej szorstki, tradycyjnie heavy metalowym głosem. 

W końcu miałem też więcej czasu by porządnie wsłuchać się w nowy album francuskiego KingCrown, w którego składzie znajdziemy między innymi muzyków zaangażowanych wcześniej w
Nightmare a także w świetny zeszłoroczny debiut Aedansky. Ich wariant Power metalu bliższy jest pierwszemu z dwóch wymienionych wcześniej zespołów, czyli ciężki, surowy i shore. Panowie nie zapomnieli jednak też o melodiach i patosie, bez których solidny power obejść się nie może. 

Cały czas też odkrywam Oceans Above, Stars Below norweskiej grupy Triosphere. W tym tygodniu bardzo spodobał mi się utrzymany w średnich tempach Cadence of Things, w których szczególnie ujęła mnie wokalna interpretacja Idy Haukland. To już kolejny w tym artykule przykład mocnego żeńskiego wokalu. 

Bardzo szeroki wachlarz umiejętności, obejmujący m.in. growling ma też Aime Vourvahis z symfoniczno-metalowej Xandrii. I choć ich najnowsze dzieło nie ujęło mnie za serce to lubię sobie posłuchać kilka kawałków z niego, w tym Masquerade. Trochę dla kontrastu wróciłem też do najlepszego numeru z jej poprzedniczki, czyli Two Worlds - siedmiodniowego epickiego killera. 

Są zespoły z "frontwoman", są też takie w całości złożone z dziewczyn. Niedawno swój drugi album wydał właśnie taki power metalowy girlsband o nazwie Pirate Queen. Nazwa mówi sama za siebie jaką tematykę podejmują artystki, ja odpowiem tylko że robią to w niezłym stylu.

Od kilku tygodni wróciłem do Virgin Steele, tym razem obok Marriage of Heaven and Hell przypomniałem sobie ich ostatnie wydawnictwo, The Passion of Dionysus z 2023 roku z kapitalnym You'll Never See The Sun Again, subtelnym i dynamicznym, epickim i refleksyjnym zarazem. 

Miała być dominacja progresji, gdzie się podziała? A więc na poczatek dwa uznane zespoły sceny prog/powerowej o zbliżonym brzmieniu - włoskie DGM i amerykańskie Symphony X. W katalogu każdego z nich mam kilka płyt, do których regularnie powracam. Są to odpowiednio The Passage i Paradise Lost, w których techniczne smaczki dzielą "scenę" z wyrazistymi melodiami i interesującą tematyką tekstów.

Przejdźmy teraz do rocka progresywnego. W samym tym gatunku wyróżnia się kilkadziesiąt nurtów i stylów, choć ja zdecydowanie najczęściej sięgam po neo-prog, crossover i rock symfoniczny. Ikoną polskiej sceny tego pierwszego jest Ryszard Kramarski a concept albumu wydawane pod szyldem tRKproject, inspirowane różnymi baśniami, mitami czy literaturą to prawdziwa sztuka na wielu płaszczyznach. Tak jak już wczoraj mogliście zobaczyć na FB, ostatnio znów słucham płyty Odyssey9999, na której obok iście filmowych epików w stylu Twelve Spaceships mamy jedną z najpiękniejszych power ballad (jeśli mogę tak to ująć) - Calypso Nymph. 

Neo-progresywne inspiracje da się usłyszeć też w twórczość Castle-Mountain-Moon. Niemiecka grupa na koncie ma dwie płyty studyjne z czego druga liczy sobie dopiero kilkanaście dni. Tyle czasu (plus dodatkowe kilka tygodni od pieszego singla) wystarczyły mi stwierdzić, że jest to jedna z najlepszych progresywno-rockowych płyt tego roku - dopracowaną w najmniejszym szczególe i niezwykle dobrze wyważoną, nie ma to niepotrzebnych opisów instrumentalnych, nie ma prowadzących donikąd przedłużających się pasaży a i warstwa tekstowa skręć w prawo potrafi zaciekawić ale nie przytłacza nadmiarem filozofiiczno-egzystencjalnej metafizyki. 

Podobnie rzecz się ma z wcześniejszą o dwa miesiące AutoMoto Animus, na której Xavier Phideaux, jak przystało na crossover prog, ponownie pokazuje nam jak zręcznie i swobodnie potrafi łączyć przeróżne inspiracje w spójną i wciągającą bez reszty całość. New romantic? Rock symfoniczny? Gitarowe, pół-akustyczne piosenki? Wyobraźnia pana Xaviera zdaje się nie mieć granic 

Talentu wyżej wymienionych artystów, chodź miło czasem pomyśleć, że moje playlisty też jakiś tam niezły sposób łączą ze sobą różne, dawałoby się skrajny gatunku. Spójrzmy na poniższy przykład ikon hair metalu – pochodzącej z Pensylwanii cinderelli kropka jest to pierwsza płyta tego zespołu, którą słyszałem i muszę przyznać że jej przypadku na pewno większy nacisk tą kaiser i spółka położyli na człon metal niż na hair. W efekcie mamy płytę melodyjną ale jednak nie pozbawioną metalicznej ostrości w grupie muzyki gitarowej ale melodyjnej i łatwo wpadającej w ucho mamy też rajd of Lion i moją jest ładną sympatię do wydanego w tym roku krążka pod tytułem Unbridled. 

W drugim narożniku stoi Slayer - my brutalniejsze przedstawiciel wielkiej czwórki trash metalu. Można że naturalny wróg Cinderelli i im podobnych. Tym razem trafił do podsumowania dzięki płycie South of Heaven, poprzedzającej moje ulubione Seasons in the Abyss. Zawsze ją tak trochę pomijałem a przecież te rytmiczne, wiercące w głowie gitary i zimniejszy niż zwykle, bardziej zdehumanizowany głos Toma Array'i potrafią zwrócić i utrzymać uwagę słuchacza na dłużej.

Mam też nadzieję, że dzisiejszy wpis też zdoła zwrócić Waszą uwagę i podzielicie się Waszymi tygodniowymi podsumowania mi, rankingami lub kolażami. A spragnionym dobrej, zróżnicowanej muzyki jak zawsze polecam swoją najnowszą playlistę. Trzymajcie się!






sobota, 12 września 2026

Roine Stolt - Playlista Tematyczna


Jakiś czas temu przy okazji artykułu o płytach śpiewanych w innych językach niż angielski (i polski) wspomniałem o swojej fascynacji szwedzką sceną progresywną, w tym między innymi latami 70-ymi. Dziś pragnę pociągnąć dalej ten temat, choć obiecuję, że dobijemy na pewno też do współczesności. Chciałbym bowiem przedstawić Wam artystę, który od 50 lat jest jedną z głownych postaci skandynawskiego rocka progresywnego. Panie i Panowie, Roine Stolt!

Na początek garść faktów z biografii muzyka. Roine Stolt urodził się 5 września 1956 roku w Uppsali, co oznacza, że nie tak dawno skończył 70 lat. Swą przygodę z muzyką zaczął natomiast jeszcze przed 15-ymi urodzinami jako basista w lokalnych zespołach rockowych. 

W 1973 roku został gitarzystą zespołu Orexis a już rok później dołączył do Kaipy, z którą nagrał trzy pierwsze płyty, do dziś uważane za kanon skandynawskiego prog-rocka, zwłaszcza dzięki umiejętnemu łączeniu elementów symfonicznych, art-rockowych i szwedzkiej muzyki ludowej. Po pięciu udanych latach ich drogi jednak się rozeszły. Kaipa pod wodzą Hansa Lundina wydała jeszcze dwa albumy i zawiesiła działalność a Stolt sformował nowy zespół o nazwie Fantasia. Po nagraniu dwóch albumów, muzyk skupił się jednak na działalności solowej. Swoje muzyczne pasje realizował m.in. jako gitarzysta sesyjny, koncertowy, producent (w ramach własnej wytwórni Foxtrot Music) czy aranżer. Obracał się wówczas w bardzo szerokim spektrum gatunków muzycznych, od rocka symfonicznego przez blues, jazz, funk czy pop. Taki właśnie miks muzyki popularnej i wyszukanego rocka możemy usłyszeć na jednej z jego solowych płyt pod tytułem The Lonely Heartbeat. 

Najważniejszym jednak albumem z tego okresu działalności muzyka był powstały na fali progresywnego odrodzenia The Flower King. Położył on podwaliny pod zespół nazwany od tytułu płyty The Flower Kings,  który przez kolejne kilkadziesiąt lat aż do dziś głównym obszarem muzycznej ekspresji Roine Stolta. Jest już kolejny możemy prześledzić artystyczne ewolucje muzyka choć u podwalin "kwietnych królów" leżała chęć powrotu do starej dobrej Kaipy lat 70. 

Która nota bene wróciła w 2002 roku i to ze Stoltem na pokładzie. Wydana wówczas płyta Notes from the past pokazała zespół w odnowionym składzie na niezwykle malowniczą, bogato aranżowaną i po prostu magiczną muzykę. Minęło kilka lat i Roine znów rozstał się ze swym pierwszym zespołem. Nie było to jednak całkowicie zakończenie tej historii. W 2014 powstała Kaipa da Capo, w której składzie obok Stolta znaleźli się Ingemar Bergmann i Tomas Errikson, oryginalni członkowie zespołu z pierwszego okresu działalności. Wspólnie wydali jeden album, tak jak przed laty w całości po szwedzku. 

Roine Stolt zaangażowany jest też w kilka  progresywnych supergrup - Translatlatic, obok takich tuzów gatunku jak Neal Morse czy Mike Portnoy oraz The Sea Within, gdzie partnerują mu m.in. Jonas Reingold i Daniel Glidenlöw. Tego typu ciekawych współprac jest zresztą więcej - duet z Jonem Andersonem, projekt Agents of Mercy z chociażby Nadem Sylvanem czy udział w nagraniach płyt The Tangent i Karmakanic, trasy koncertowe u boku Steve'a Hacketta i wiele wiele innych.

Niewielki ułamek każdej z nich choć mam nadzieję że reprezentatywny dla stylu każdej grupy spróbowałem zawrzeć na playliście, którą dołączam do tego artykułu. Jej tytuł The Best Of nie jest przesadny, ponieważ Pan Artysta to zdecydowanie najlepszy z najlepszych w swoim gatunku. A Wy, drodzy czytelnicy, czy macie swoje ulubione albumy, na których słychać gitarę, bas, wokal lub producencką dłoń naszego dzisiejszego bohatera? Czekam na wasze komentarze i propozycje do odsłuchu. 


Playlista: The Best of Roine Stolt


poniedziałek, 7 września 2026

31.08-06.09.2026

 


Pierwszym singlem promujacym najnowszy album szwedzkiego Besvarjelsen było Didn't Come to Party. Parafrazując ten tytuł, ja dziś też na przyjęcie nie zapraszam ale mam nadzieję, że lektura niniejszego podsumowania i odsłuch playlistowej "tygodniówki" przyniesie Wam tyle dobrej zabawy co niejedno "party". Zatem let's go.

Właśnie, Besvarjelsen, pochodząca ze Sztokholmu grupa narobiła swym nowym LP niemałego zamieszania. Dość powiedzieć, że Till Glomskam ad Oblivionem wygrało sierpniowe zestawienie Doom Charts. I zero zaskoczenia, bowiem jest to świetny przykład płyty mającej w sobie tyle samo psychodelicznego fuzzu co rock'n'rollowego pazura a głos Lei Amlang Alazam niesiony stonerowo-bluesowymi gitarami wbija się do mózgu nieubłaganie, hipnotyując i przyprawiając o bardzo przyjemne drżenie. Prócz wspomnianego singla, do najjaśniejszych punktów płyty należą też drugi "przebój" w postaci Accelerating Hearts czy bardziej majestatyczne Battles. Już dla tych trzech kawałków warto sięgnąć po album ale zapewniam, ciężko znaleźć na nim tzw "fillery".

Fani ciężkiej psychodelii i doom metalu znają też na pewno najnowszy krążek amerykańskiego REZN. Cycles in the Infinite Dream jest z nami już dobrych kilka tygodni ale cały czas ma w sobie coś, co sprawia, że nawet przy n-tym odsłuchu odkrywamy jakieś nowe smaczki a coraz to inny utwór staje się dla nas tym "naj". Jeśli o mnie chodzi, to na pierwsze miejsce wróciło Escher ale też w łaski wkradła się zamykająca krążek Terra Preta.

W zeszłym tygodniu zamknałem też kilkumiesięczną eksploracje dyskografii Candlemass, robiąc sobie jeszcze raz małe resume ulubionych płyt mistrzów epickiego doomu. Do odtwarzacza trafiały więc przede wszystkim przełomowy Epicus..., najlepszy z Messiahem Ancient Dreams i najlepszy z Robertem Lowe Death Magic Doom a także ostatni długograj - Sweet Evil Sun, który wprowadził "świeczki" do grona moich absolutnie uwielbianych wykonawców.

Odchodząc już od stonera i doomu ale pozostając wśród relfeksyjno-melancholijnej muzyki nie sposób nie wspomnieć o katowickim trio przeprosiny i ich fonograficznym debiucie zatytułowanym femme. Łącząc ze sobą cechy rocka alternatywnego, shoegaze'u i emo  panowie potrafią wyczarować niezwykle subtelne i wrażliwe obrazy, choć kiedy trzeba dodają też szczyptę agresji, złości i rozpaczy. Ta poetyckość najwspanialej wybrzmiewa w księżycowych pustkowiach, gdzie muzyczny minimalizm tym bardziej wzmacnia liryczny przekaz utworu.

O miłości pisać i śpiewać w sumie można na różne sposoby. W taki bardzo pozytywny sposób robi to Pride of Lions w utworze I'll Be Your Rock, pochodzacym z wydanej w lipcu płyty Unbridled. W kategorii AOR jest to jedna z moich ulubionych piosenek wydanych w tym roku a i cały album zapewne będzie wysoko w całorocznych podsumowaniach.

Jeśli sa jeszcze wśród czytelników strony osoby, które nie do końca rozumieją co to ten cały AOR, od razu wyjaśniam że obecnie tak nazywa się melodyjne i przebojowe rockowe bądź hard-rockowe granie. Z takiego ostrzejszego, melodyjnego hard rocka mam też dziś dla Was coś jeszcze - pochodzący z Atlanty zespół Kickin Valentina, którego nowy krazek Anthems of the Underground zwrócił moją uwagę szczególnie za sprawą singlowego Silver Moon, dynamicznego i łatwo wpadającego w ucho bangera.

W kwestii power metalu udało mi się, mam nadzieję, z nawiązką nadrobić czas spędzony z norweskim Triosphere i ich naprawdę solidnym krazkiem Oceans Above, Stars Below. Dwanaście lat po genialnym The Heart of the Matter zespół nadal jest w stanie wykrzesać z siebie wysokiej klasy proggujący power metal a pełniąca również rolę basistki Ida Haukland znów wkłada w swój głos tyle samo drapieżności co emocji. Słucha się tego albumu szybko i przyjemnie a melodie takich kawałków jak Of Tyrants, Shorelines czy Cadence of Chaos wibrują w głowie jeszcze jakis czas po zdjęciu słuchawek. Tak, zdecydowanie warto było czekać tak długo na nowy materiał tej ekipy, choć mam nadzieję, że kolejne wydawnictwo pojawi się zdecydowanie szybciej ;)

Węgierska scena power metalowa zrodziła kiedyś niesamowity zespół jakim był Wisdom. Informacja o zawieszeniu/zakończeniu działalności zasmuciła mnie mocno ale po kilku latach mogę powiedzieć z radością, że w kraju "bratanków" znów działa sztosowa powerowa kapela a nazywa się Burning Sun. Kwartet z Debreczyna ma na swym koncie już trzy albumy studyjne ale to dzięki ostatniemu z nich, Power to Survive poznałem ich twórczość i słucham namiętnie z tygodnia na tydzień, zwłaszcza niosącego piękne przesłanie Light of the World.

Oba wyżej wspomniane krążki jak i ostatnia część neoklasycystycznej trylogii wydanej pod szyldem Marc Garau's Magic Opera zatytułowana The Final Flight to według mnie najlepsze powerowe płyty ostatnich 2-3 miesięcy i nie zmieniła tego niestety najnowsza odsłona Kamelot. Dark Asylum jest co prawda przyzwoite, bardzo dobrze zagrane ale brakuje jej tego nienazwanego, nieokreślonego "czegoś" co sprawia, że dany album jaśnieje nieco mocniejszym blaskiem niż tuzin pozostałych, tego nomen omen "light of the world"...

Dwa tygodnie temu pisałem artykuł o rockowych i metalowych trylogiach, wspominając między innymi o epic/speed/power metalowym zespole Virgin Steele. Tak się właśnie składa, że od tamtej pory coraz częściej sięgam (po długiej, długiej przerwie) po The Marriage of Heaven and Hell (obie części) i czerpię z ich odsłuchu naprawdę sporo przyjemności. Wokal deFeisa to złoto i kazdy fan metalu powinien go choć raz usłyszeć. Serio.

Teraz pora na nieco agresywniejsza odmianę metalu, czyli thrash, choć zdaniem wielu Flotsam & Jetsam ma w sobie teraz więcej ze speedu czy nawet powera. To są jednak tylko etykietki a Rats in the Temple to kawał świentego, szybkiego i ostrego grania. Melodie są i dobrze, bo dzięki nim takie perełki jak The Ghost Behind My Door, Absolution czy Harvesting the Hate miażdżą jeszcze mocniej. Jest to album, który potrafi uzależnić a po 56 minutach i 24 sekundach słuchania masz ochotę na kolejne 56, 112, 178 etc... I to jest kurcze piękne! 

Tak jak tydzień temu, tak teraz również zanurzałem się w najlepszym moim zdaniem krążku Slayera czyli Seasons in the Abyss ale sięgnąłem również po legendę kanadyjskiej sceny, jednego z pionierów space metalu czyli zespół Voivod. Do odtwarzacza trafiał jednak głównie czysto thrashowy, surowy i ciężki debiut zatytułowany The Killing Technology. I choć zawsze fascynowała mnie ewolucja brzmienia zespołu to debiut jest chyba płytą, do której wracam najczęściej. 

Na koniec kącik progresywny a w nim, jak to mówią, samo dobro. Dobro, na które czekałem z niecierpliwością. Na trzecią część A Dark Poem norweskiego Green Carnation z ciekawością rozbudzoną dwoma, bardzo dobrymi poprzedniczkami a na drugą płytę Castle Mountain Moon zatytułowaną A Layman's Guide to Unobtainum w napięciu, czy Niemcom uda się dorównać niezwykłemu debiutowi. W obu przypadkach nagrodą za niecieprliwość była wspaniała muzyczna uczta, której ślad znajdziecie na dzisiejszej playliście. 

Dodajmy do tego jeszcze AutoMoto Animus amerykańskiego Phideaux i jej "ponowną" (czyli streamingową) premierę i mamy progresywny dream team. Ja co prawda najnowszej płyty pana Xaviera słuchałem dzięki bandcampowi już na początku czerwca ale jej pojawienie się na "zielonej platformie" dało mi impuls by znów sięgnąć po te niezwykle eklektyczne i wciągające dźwięki.

Mam też nadzieję, że muzyka, o której dziś pisałem też Was wciągnie i często będziecie tu wracać po nowości, polecajki i muzyczne archeologiczne odkrycia. Ja też zawsze jestem otwarty na Wasze sugestie i gdy tylko czas pozwala, staram się regularnie z nimi zapoznawać. Dlatego też, tym goręcej zachęcam do podzielenia się Waszymi podsumowaniami tygodnia. Poniżej zaś tradycyjnie, odnośnik do playlisty. Miłego odsłuchu!

Playlista: 06.09.2026

piątek, 4 września 2026

Sierpień 2026 - Podsumowanie Miesiąca

 


Gdy emocje już opadły, jak po wielkiej bitwie kurz, może Pan Kronikarz usiąść do pisania posta już. A wpis który oddaję właśnie w Wasze ręce jest podsumowaniem miesiąca, który w swych ramach zamknął niemal wszystkie moje muzyczne fascynacje. Oczywiście wśród słuchanych w tym okresie artystów jest dziesiątka, która zasługuje na specjalne wyróżnienie i to od jej prezentacji pozwolę sobie zacząć:

Pride of Lions - mam niesamowitą słabość do formacji, na czele której swoją wspólnie Jim Peterik i Toby Hitchcock - przedstawiciele dwóch różnych ale obu "złotych" generacji melodyjnego rocka. Unbridled to już kolejna płyta tej dwójki i jest dokładnie taka jaka być powinna - przebojowa i refleksyjna, melodyjna i z pazurem.

REZN - wiecie, że trochę narzekałem na Burden, poprzednie wydawnictwo stoner/doomerów z Chicago (choć z czasem jednak się polubiliśmy). Do Cycles In The Infinite Dreams mogę mieć natomiast tylko jedno zastrzeżenie - ta hipnotyzująca podróż do ogrodu psychodelicznych rozkoszy kończy się zdecydowanie za szybko!

Breaths - jednoosobowy post-blackowo-doomgaze'owy projekt Jasona Robertsa powraca z nowym konceptem, inspirowanym Piekłem Dantego. Na Descent jak nazwa wskazuje zanurzamy się w głąb, w eteryczne i niepokojące dźwięki, które niczym napis na Bramach Piekieł (i jeden z najlepszych utworów na płycie) każą nam porzucić wszelką nadzieję 

Marc Garau's Magic Opera - jeśli Luca Turilli uważany jest za jednego z pionierów neoklasycystycznego metalu to pan Garau na ostatnim albumie swojego fantasy power metalowego projektu tę neoklasycystyczność doprowadza do perfekcji a gitarowo-klawiszowe "dialogi" zaspokoją nawet najbardziej wyrafinowane gusta

Dreamtale - jakiś czas przed premierą nowej płyty fińskiej ekipy odświeżałem sobie starszy o ponad dekadę Epsilon i trochę obawiałem się, że tamta magia gdzieś się ulotniła. Cóż mogę dziś powiedzieć. Aetherbound jest trochę nierówną płytą ale dla kilku momentów chwały (vide playlista) warto dać mu szansę 

Battle Beast - sierpień był miesiącem, gdy wzięło mnie na battle-beastowe wspominki. Słuchałem więc z zamiłowaniem klasycznych płyt fińskiej ekipy a zwłaszcza Battle Beast i Bringer of Pain, nagranych odpowiednio z Nitte Valo i Noorą Louhimo na wokalu

Duszno - wydany na jesieni debiut warszawskiej grupy trafił na moją listę najlepszych płyt 2025 roku. W sierpniu zespół przygotował nam EPkę z premierowym materiałem, ponownie łącząc shoegaze'ową subtelność i zwiewność z pełnymi emocji lirykami

Burning Sun - Power to Survive światło dzienne ujrzał w drugiej połowie miesiąca ale w 10 dni potrafił wskoczyć do czołówki najczęściej słuchanych albumów. A przecież to tylko wierny klasykom gatunku melodyjny power metal. Tylko? "Synu nie bluzgaj"

Pattern-Seeking Animals - muzycy tworzący tę supergrupę mają coś na sumieniu - dzięki nim (ale też kilku innym, wymienionym dalej) grupom Muzyczna Kronika ponownie szeroko otworzyła się na progresywne granie i chłonie je wszystkimi kartkami. A panowie niech dalej piszą swoją własną historię złotymi zgłoskami tak skutecznie, jak na najnowszym albumie pt. Grimalkin

Zemetras - coś, co początkowo było dla mnie ciekawostką obecnie stało się jedną z ulubionych stoner/doomowych płyt ostatnich miesięcy. Polecam więc wszystkim ich slowacko-(a jakże!)-języczny debiut a jeśli moje rekomendacje Wam nie wystarczą, zerknijcie na najświeższą listę Doom Charts i "nie bądźcie niedowiarkami"

To była dziesiątka tych naj-naj. A co poza tym? Wspomniałem przed chwilą o moim powrocie do progresywnego rocka więc od razu powiem że wszystko zaczęło się od zespołu The Tirith, którego najnowszy album kręcił się u mnie kolejny miesiąc obok chociażby płyt Big Big Train (klasyczny już Folklore) czy Lalu (najnowszy A Mythmaker's Demise). Nie zapomniałem też o nieco cięższym progu spod znaku Black Sites. Poza tym moje muzyczne zamiłowania wahały się od dream-popowych Mleczy przez symfoniczno-metalową Xandrię (nowy album niestety na 3+) po atmosferyczny post-blackowy shoegaze jakim zaskoczyli mnie Brytyjczycy i Brytyjki z Cairiss. Do podsumowania rzutem na taśmę dostało się też szwedzkie Besvarjelsen za sprawą wydanego w zeszły piątek albumu Till Glömskan ad Oblivionem, o którym poczytacie u mnie jeszcze nie raz, bo piękne to jest granie (zerknęliście już na nowe Doom Chartsy?). 

Tak, podsumowanie sierpnia już prawie skończone. Przed nami wrzesień i czuję, że z niektórymi artystami spotkamy się za miesiąc przy okazji kolejnego miesięcznego topu. Teraz jednak oddaję głos Wam, drodzy czytelnicy, ciekawy z jaką muzyką przetrwaliście ostatnie wakacyjne tygodnie. A plejka jak zwykle na swoim miejscu:

Najpopularniejsze