poniedziałek, 2 listopada 2026

26.10-01.11.2026

 


Dzisiejsze podsumowanie tygodnia udało mi się podzielić na pięć tematycznych a w zasadzie gatunkowych bloków. W każdym z nich znajdziemy zarówno nowości płytowe jak również krążki mniej lub bardziej przyprószone "winylową" siwizną. Zatem bez zbędnego wydłużania przejdźmy do opisywania.

Pierwszy blok to gatunek obecnie dominujący na moich playlistach. Były w tym roku miesiące mniej power metalowe ale ten trend zdecydowanie zaczął się odwracać. Tak też w minionym tygodniu słuchałem łącznie kilkunastu nagranych w tej stylistyce płyt. 

Nowości przygotowali dla nas muzycy Crystal Eyes, Avaland i Dawn of Destiny. Pierwszy z nich na Thunder God gra klasyczny dla siebie surowy heavy/power z wpadającymi w ucho melodiami. Chemical Poetry francuskiego Avaland to pewne pozytywne zaskoczenie, ponieważ do tej pory nie było nam zbytnio po drodze. Zespół grał elegancko i melodyjnie ale nie potrafił mnie zachwycić. Tym razem już pierwsze single trafiły w moje gusta a album jako całość zyskuje z każdym odsłuchem. Niestety odwrotnie mam z DoD i ich Ashes Over Tomorrow. Po serii świetnych i bardzo dobrych płyt chyba trafił im się średniak. Nie skreślam jednak całkiem ich jedenastej płyty, bo są tam też udane numery. Może potrzeba mi (i im) trochę więcej czasu? Nie zawodzą mnie na pewno październikowe albumy następujących zespołów - Dragonland, Gloryhammer, Bogusław Balcerak's Crylord i Temperance. W dalszym ciągu potrafię czerpać przyjemność z ich symfonicznego, podniosłego, czasem trochę przerysowanego ale zagranego z pasją powera. Mocną stroną każdego z nich są wybitni instrumentaliści choć i w kwestii wokalu to zdecydowanie pierwsza liga. A gdy jeszcze lider zespołu i gra na gitarze i śpiewa to mamy do czynienia z prawdziwym człowiekiem renesansu. Już się domyśliliście, że chodzi o Marco Pastorino z Temperance? Tak się składa, że Marco w przeciągu kilku tygodni wydał dwie świetne płyty i ta pod szyldem Fallen Sanctuary jest chyba nawet lepsza od Arcani. Poza tym odświeżyłem sobie Birth of Light niemieckiego AEON  GODS czyli jedną z najlepszych powerowych płyt roku. Absolutną klasyką gatunku jest debiut Masterplan, na którym Jorn Lande pokazuje pełnię swojego wokalnego kunsztu a gdy jeszcze w utworze Heroes partneruje mu Michael Kiske efekt jest powalający. Nic dziwnego że kilka lat później ten patent powtórzył z podobnym skutkiem Tobias Sammet na reaktywowanej Avantasii. Trochę niedocenianym zespołem był moim zdaniem brytyjski Power Quest. Stylistycznie zbliżony do Freedom Call na swym koncie miał tak istotne dla rozwoju gatunku albumy jak Wings of Forever i Magic Never Dies choć też ich ostatnie, wydane w 2017 Sixth Dimension trzymało wysoki poziom i fani mogli liczyć na odrodzenie kapeli. Niestety tak się nie stało ale i tak po spuściznę Power Quest sięgam zawsze z niesłabnącą radością. 

Kategoria doom metal nawet jeśli nieduża, zawyczaj jest najbardziej zróżnicowana. Niektóre style usamodzielniły się na tyle i wykształciły własną filozofię grania, że obecnie można traktować je jako całkowicie autonomiczne podgatunki metalu. Spójrzmy jak ich rozkład prezentuje się dziś. Mamy więc epicki Fvneral Fvkk i ich upragnioną drugą płytę pt. Indecent Idols. Marszowe tempa, klasztorna atmosfera, elementy chóralnych zaśpiewów i ciężkie uderzenia sekcji rytmicznej ponownie pozwalają zatracić się w tych muzycznych misteriach bez reszty. Jeśli jednak ponad monumentalne riffy stawiacie shoegaze'owe przestrzenie z pewnością zaciekawi Was Shedfromthebody.  We Fly Into Windows to kolejny interesujący rozdział w katalogu pani Savikko, w którym doomgaze'owa eteryczność przeplata się z black'ową mizantropią i dreampopową subtelnością. Psychodela i stoner rock to przepis na doom metal (a może doomrock?) spod znaku Sleepwulfa. Ich dyskografia póki co ogranicza się tylko do dwóch pozycji ale każda z nich to kamieniarskie delicje. Wszystkie możliwe doomowe schizmy i herezje splata w sobie nasze polskie backbone. Retoryka religijna jest tu użyta nieprzypadkowo, ponieważ Ama Nesciri to Concept album opowiadający o duchowej podróży i szukaniu sensu w oparciu o różne systemy religijne. Czy podróż wędrowca zakończy się sukcesem nie powiem ale mogę uchylić rąbka tajemnicy i napisać, że muzykom artystyczny sukces udało się osiągnąć w 100 procentach. Na naszym muzycznym podwórku ciekawą pozycję zajmuje Wij. Nie całkiem metal ale już nie rock, z jednej strony proto-,  drugiej jak przystało na rasową awangardę ciągle poszerzający granice artystycznego wyrazu. Nie inaczej rzecz ma się na nowym, trzecim już długograju. Zespół nadal szuka nowych form, eksploruje jakieś ścieżki by później z nich wrócić i przeskoczyć na całkiem inne, ciągle ewoluując. W tym też może kryje się sens tytułu tej plyty. Protisty, inaczej pierwotniaki to prymitywne formy życia ale nie zapominajmy że prawdopodobnie wszystkie wyższe królestwa istot żywych wyewoluowały z drobnych jednokomórkowych eukariontów.

Pora na melodyjne, gitarowe granie czyli zarówno AOR (tu jedna z płyt roku czyli Unbridled grupy Pride of Lions) jak i melodyjne hard'n'heavy (czy ktoś jeszcze używa tej nazwy?) reprezentowany przez szwajcarskie Crystal Ball. W przypadku tej drugiej ekipy muszę przyznać że na Reset wrócili do solidnej dyspozycji i choć czasami ma się wrażenie, że utworom brakuje nieco mocy (lata temu zespół ocierał się o power metal) to i tak można sobie pozwolić na odrobinę headbangingu przy takim Fire In Your Heels.

W obszarze rocka progresywnego proponuję podział geograficzny. Akurat w tym przypadku rzut oka na mapę Europy może nam co nieco o stylu danego artysty podpowiedzieć. Weźmy np The Flower Kings - legenda szwedzkiej sceny czyli prog symfoniczny z silnym folkowym pierwiastkiem. Bogate aranżacje, szerokie instrumentarium, kunsztowne poligonie to znak rozpoznawczy ekipy Roine Stolta od lat. Hope to ich 18 krążek i wcale tej, zdawałoby się niemal pewnej rutyny tu nie czuć. Co więcej, moim skromnym zdaniem jest lepiej niż na ubiegłorocznym Love, który trochę tracił na "bezpiecznym" podejściu. HOPE składa się w sumie z dwóch wieloczęściowych suit i kilku krótszych "piosenek". Mnie szczególnie ujęła druga połowa albumu a zwłaszcza 5 i 6 część suity The Gods of Rome.

Pallas to legenda rocka neo-progresywnego, jeden z grona pretendentów do miana Wielkiej Czwórki gatunku. I, trochę głupio przyznać, zespół za rzadko przeze mnie eksplorowany. Oczywiście znam taki minimalny must have jeśli chodzi o ich twórczość ale zawsze była ona gdzieś na peryferiach mojego progresywnego mikrokosmosu. Postanowiłem zmienić ten stan rzeczy A premiera najnowszego albumu mogła być ku temu idealną okazją. I tak, A Song For Tomorrow ma w sobie coś co z wolna wciąga coraz głębiej. Kompozycje nie są bombastyczne, krzykliwe ale swoją konsekwencją, wyrafinowaniem i umiejętnym przekazywaniem emocji mocno wchodzą do głowy i serca. 

W przypadku FatherSon mamy do czynienia z klasycznym crossover progiem. Znany z Millenium, Framauro i tRKprojekt Ryszard Kramarski już po raz drugi łączy siły z synem Michałem i serwuje nam inteligentną, przyjemną w odbiorze muzykę. Pharmakon może nie jest dziełem przełomowym ale zyskuje jako przykład ciekawego międzypokoleniowego muzycznego dialogu. 

Został nam jeszcze thrash (tak jakby). O Trivium mówi się nieraz, że gra metalcore choć było też jednymi z pierwszych, którzy po chudych latach 90-ych przypomnieli ludziom w USA. Dziś grupa szykuje kolejny krążek a zapowiadający go numer tytułowy Crown in The Grave z odsłuchu na odsłuch coraz bardziej mi się podoba. Brytyjski Xentrix natomiast, to przedstawiciel pierwszej generacji thrashu, wyróżniający się od samego początku charakterystyczną melodyką. Po kilkudziesięciu latach na scenie nie stracili umiejętności a nawet więcej, zachowując odpowiednią porcję agresji nadal potrafią zarzucić zaraźliwą linią melodyczną. Szacunek panowie!

Jak zawsze na koniec artykułu "gorąca prośba" o dożylnie się swoimi przemyśleniami, podsumowaniami i polecajkami a poniżej link do playlisty. Są tam najczęściej słuchane przeze mnie w minionym tygodniu utwory. Może któryś z nich Wam się spodoba?

Playlista: 01.11.2026





piątek, 30 października 2026

Październik 2026 - Podsumowanie Miesiąca

 



Jak pewnie zauważyliście w mijającym miesiącu nowości płytowe pojawiały się jak grzyby po deszczu - każdy piątek niósł ze sobą co najmniej cztery albumy, których absolutnie nie mogłem przegapić. Jak więc poradziłem sobie z tym kłopotem obfitości? O tym opowiem już za chwilę.

Dzisiejsza opowieść, jak co miesiąc będzie miała jasną i uporządkowaną strukturę. Tak więc na początek krótka charakteryzacja najczęściej słuchanych przeze mnie w październiku płyt:

Frozen Crown - The Legend of the Six Kings - nie byłem wielkim entuzjastą wydanej dwa lata temu War Hearts ale liczyłem że tym razem włoscy power metalowcy sprawią się lepiej. I tak też się stało a "Legenda o sześciu królach" na wszystkich możliwych polach - agresji, dynamiki, melodyjności niedobory poprzedniczki rekompensuje z nawiązką.

Closterkeller - reCyan - czy re-recordingi powinny być zaliczane do albumów miesiąca? Myślę, że gdy chodzi o arcydzieło polskiego rocka gotyckiego, nagrane przez dojrzalszych o te naście i więcej lat ale nadal pełnych młodzieńczej energii muzyków, taka decyzja broni się sama 

Metalite - Discovery - wbrew tytułowi zespół nie odkrywa tutaj Ameryki, próżno szukać wielkich rewolucji w brzmieniu ale ten swój elektroniczno power metalowy styl po raz kolejny dopieszcza, serwując co najmniej kilka energii elektrycznych, melodyjnych bangerów 

Bobbie Dazzle - Star Power - dwa lata temu Sian zamieniła stoner/doomową Alunah na psychodeliczno-glamowo-art-rockową torpedę znaną pod nazwą Bobbie Dazzle. Debiut miała świetny a tegoroczna kontynuacja, może już nie tak zaskakująca trzyma jednak nadal wysoki poziom 

Bogusław Balcerak's Crylord - Birds of Steel - już po raz kolejny Bogusław udowadnia, że aktualnie należy do czołówki europejskich gitarzystów power metalowych. Jego neoklasycystyczne popisy wsparte głosem Marka Boalsa przez długi czas nie chcą wyjść z głowy 

Gloryhammer - Space 1993: Wrath of kor-virliath - dobry żart bawi tylko raz a ekipie kapitana Bowesa (choć tu w zgoła innym przebraniu) udaje się bawić (żartem ale i wpadającą w ucho muzyką) już piąty raz z rzędu 

Woliera - Bagienny Stan -  są płyty, które atakują nas znienacka i na długo czas opanowują nasze umysły. Debiut tej rodzinnej melodeath/doomowej kapeli to najlepszy przykład 

Age of Distraction - Life is Pain - tegoroczne płyty co rusz bardziej poszerzały ramy gatunkowe crossover proga ale ten konkretny album, ocierający się miejscami o rap, elektronikę czy dreampop już całkowicie poleciał po bandzie. Efekt? Niesamowity!

Confusion Field - Resilience Remains - kolejna w tym miesiącu progresywna perełka. Jednoosobowy projekt fińskiego artysty to muzyka, w której czuć zarówno północny chłód jak i inspiracje wyspiarskim neo-progiem

Shedfromthebody - We Fly into Windows - doomgaze jako gatunek ma to do siebie że jego największe wady są też zaletami. Jest niszowy i niezbyt ściśle określony ale to właśnie sprawia, że każdy z grających go artystów robi to nieco inaczej a odkrywanie kolejnych perełek można uznać za objaw uzależnienia. Suvi Savikko odkryłem na początku zeszłego roku a od tego czasu moje sympatię do niej rosną z każdym kolejnym wydawnictwem

Fvneral Fvkk - Indecent Idols - najbardziej wyczekiwana płyta tego miesiąca musiała znaleźć się w tym zestawieniu. Niemieccy epic doom metalowi kapłani dowieźli niezwykły materiał i na pewno kolejne tygodnie będą należeć do nich.

Smoulder - Witch Wife In An Alien World - amerykański power lubi mariaże z epic doom metalem a gdy na wokalu słychać mocny kobiecy głos to biorę taką płytę w ciemno. Trzeci longplay kanadyjskiej grupy może nie dorównuje debiutowi ale energią i dynamiką dominuje na pewno nad nieco płaską dwójką

The Ocean - Solaris - lubię koncept albumy a tak się składa, że wśród najczęściej słuchanych przeze mnie gatunków nie są one rzadkością. Niemiecka post/prog-metalowa grupa ma ich na swoim koncie mnóstwo a najnowszy, oparty o film Tarkowskiego (będący swobodną ekranizacją prozy Lema) to chyba najbardziej skomplikowany i intensywny z nich

Temperance - Arcani - i tu też mamy concept album, tym razem w nurcie symfoniczno-powerowym. Muzyczna interpretacja tarota to temat może nie nowy ale włoski zespół potrafił za jej sprawą pokazać że muzyka jest jak przepowiadanie przyszłości - możliwości interpretacji i artystycznej ekspresji jest wiele i nieraz nawet niewielki szczegół potrafi wiele zmienić 

zachwyt - Chaciałbym Być Jak Wojtek Nowak - czy to zasługa lokalnego patriotyzmu, że piszę tu o najnowszym wydawnictwie oświęcimskiej (a więc małopolskiej) grupy czy może urzekającej, eterycznej i pełnej emocji muzyki? Zgadnijcie ;)

Świetnych albumów z jakimi spędzałem czas jest zresztą więcej. Dość wymienić dominujące w poprzednich miesiącach arcydzieła stoner/dooma (Green Lung - Necropolitan), power metalu (Fallen Sanctuary - The Gathering of Dreams) czy rocka progresywnego (Castle Mountain Moon - A Layman's Guide to Unobtainium). Przez moją muzyczną bibliotekę przewinęły się również dyskografie kilku zasłużonych dla gitarowego grania zespołów. Wśród nich szczególnie wyróżnić chciałbym szykujące się do wydania nowego krążka (pierwszy singiel ukazał się kilka dni temu) melodic metalowe Dynazty i legendę rocka neo-progresywnego w postaci brytyjskiego IQ. Cieszę się, że mogłem w końcu znaleźć czas na lepsze zapoznanie się z ich jedenastym krążkiem - Dark Matter z 2004 roku. Znajdująca się na nim You Never Will dosłownie uwiodła mnie swoją refleksyjną i nostalgiczną atmosferą. 

Dobrze, to byli moi faworyci. Teraz Wasza kolej. Zapraszam do odsłuchu playlisty i podzielenia się swoimi podsumowaniami i rekomendacjami. Trzymajcie się!


Playlista: Październik 2026

poniedziałek, 26 października 2026

19.10-25.10.2026

 


Cześć wszystkim! Czy już otrząsnęliście się po piątkowym zalewie premier? Jak już wspominałem na Facebooku, ja czekałem na siedem nowości. Niektóre mnie zawiodły, inne zdecydowanie spełniły pokładane w nich nadzieje. O tym, jak i o pozostałych, starszych albumach opowiem w dzisiejszym podsumowaniu.

Zacznę od rozczarowań, choć zakładam, że część z Was na pewno nie zgodzi się z moim osądem. Cóż, jest to od zawsze dość subiektywnie prowadzona strona, nie staram się jednak ukrywać a nawet zapraszam do uprzejmej i rzeczowej polemiki. A więc mimo wszystkich argumentów "za" nie dogadałem się z nową solową płytą Tony'ego Iommi. Lubię Black Sabbath, lubię głos Jorna ale jakoś From the Dark mnie nie porwało. Jest ciężkie i mroczne ale mimo wszytko z jakiegoś powodu "płaskie". Przy innych wydanych w weekend albumach, ten konkretny nie potrafił przebić się na wierzch i mnie oczarować. Podobnie rzecz się ma z nowym, wydanym po 16-letniej przerwie krążkiem thrash metalowego Forbidden. Próbowałem podejść dwa, trzy razy ale po odsłuchu w głowie niewiele zostało... 

Pojawiły się też albumy, do których już przed premierą podchodziłem z rezerwą a jednak "coś" w nich potrafiło przyciągnąć moją uwagę. Takim wydawnictwem jest na przykład Reset szwajcarskiego Crystal Ball. Ekipa z długim stażem, balansująca między hard rockiem a melodyjnym metalem nie proponuje co prawda niczego nowego ale nowych kompozycji słucha się całkiem przyjemnie, w przeciwieństwie do starszej o dwa lata Crysteria. Pozostaje oczywiście pytanie, na jak długo wystarczy tej przyjemności ale na pewno po trzech dniach od wydania jeszcze się ona nie wypaliła.

Bardzo pozytywne wrażenie zrobił na mnie power metalowy Dragonland. Szwedzka ekipa ma na swoim koncie wiele udanych płyt i najnowsza Prophecies aspiruje również do tego miana. Pierwsze dwa single co prawda nie były 10/10 ale gdy przesłuchałem całość muszę przyznać, że trafiłem na co najmniej kilka zapadających w pamięć numerów. Szybkie tempa, gitarowe popisy, wyraziste klawisze i wybitny wokal Jonasa Heidgerta to znaki rozpoznawcze ich stylu, działające na mnie od lat z podobną siłą.

W kontrze do pełnego eskpresji power metalu dobrze sprawdza się atmosferyczny doomgaze, który po raz kolejny wypełnia płytę projektu Shedfromthebody. Suvi Savikko, fińska wokalistka i kompozytorka dowozi nowy materiał regularnie co kilka, kilkanaście miesięcy i wbrew podejrzeniom pomysłów jej nie brakuje. Każdy nowy album jest nieco inny, różnią się proporcją elementów metalowych do post-rockowych ale łączy ich jedno - niezwykły klimat i różnorodność. We Fly Into Windows momentami zahacza o dsbm, by za chwilę skręcić w stronę niemal alternatywnego popu. Myślę, że jest to muzyka, którą polubią i wielbiciele Ethel Cain i mocniejszego grania w stylu Holy Fawn czy Katatonii. 

Swego czasu wspominałem w jednym z wpisów Roine Stolta, jednego z czołowych postaci szwedzkiego prog-rocka. Jego The Flower Kings również na piątek przygotowało nowe wydawnictwo zatytułowane Hope i tu muszę przyznać, że pierwszy odsłuch nie był udany, to jednak stopniowo coraz lepiej się z nim dogaduję. Jeszcze nie na tyle by dodać jakiś konkretny utwór do playlisty ale myślę, że w następnym podsumowaniu płyta już będzie miała swojego przedstawiciela. Polskim odpowiednikiem Pana Stolta jest niewątpliwie Ryszard Kramarski i w jego przypadku, z drugim albumem projektu FatherSon, współtworzonym wraz z synem Michałem dość szybko nawiązałem nić porozumienia. Ponownie panowie przygotowali płytę będącą crossoverem muzycznych zainteresowań dwóch różnych pokoleń rodziny Kramarskich. Brzmi to ciekawie i nastrojowo a całość podkreślają rozważne, mądre teksty. 

Teraz czas na najbardziej wyczekiwane przeze mnie nowości. Fvneral Fvkk to epic doom metalowy zespół z Niemiec, słynący ze swojego liturgicznego antruażu, pod którym kryją się ociekające erotyzmem bluźnierstwa. I choć nazwa sugeruje nieco zamiłowanie do grindcore'u czy innego goregrindu, to majestatyczne kompozycje i aksamitny głos wokalisty tworzą mroczną i niepokojącą całość. Pomiędzy Indecent Idols a debiutancką Carnal Confessions upłynęło aż 7 długich lat ale mam myśl, że zespół miał dzięki temu możliwość dopracowania dzieła, mierzącego w moim prywatnym rankingu w czołówkę płyt wydanych w tym roku. Jeśli chodzi o jedną z ciekawszych kapel na rodzimym hard-rockowo/proto-metalowym podwórku czyli tercet (od niedawna) Wij to niektórzy obawiali się zbyt dużej rozpiętości stylistycznej na najnowszym krażku. Wszak ekipa Tui na EP-ce Bluzg poszła w całkiem innym kierunku, sięgając po black-punk. Protisty, ich trzeci długograj to jednak powrót w bardziej znane rejony, choć też niecałkiem. Wydaje mi się, że nie ma tu aż tak przebojowego grania jak na Przestworze ale po dłuższym wsłuchaniu w materiał nie można też powiedzieć, by to była słaba płyta. W muzyce alternatywnej chyba jednak nie chodzi o tę przebojowość tak bardzo jak w mainstreamie, prawda? Mi płyta się podoba i pewnie jeszcze niejeden raz będzie tu wspominana.

Jak widać, premierowe wydania zajęły już kilka pokaźnych akapitów. Co więc z resztą muzyki? Polećmy gatunkami. Po pierwsze power metal. Tu królują płyty starsze o tydzień, Arcani to oparty o karty tarota koncept album symfoniczno-powerowego Temperance i kolejny przykład płyty, która najlepsze "kąski" trzymała w ukryciu do dnia premiery, wcześniej ujawniając tylko solidne ale jednak nie genialne single. Co prawda dynamiczny, klasycznie powerowy The Fool spodobał mi się od razu to jednak taki The Magician zdecydowanie lepiej sprawdziłby się w roli "appetizera" niż nieco dziwny, unowocześniony The Tower. Twórczość Gloryhammer można z jednej strony traktować z przymrużeniem oka, bowiem muzycy otwarcie parodiują cosplayowy fantasy power, nie sposób jednak nie doceniać, że gdyby oddzielić ich od fabularnej otoczki zostaje i tak solidna, przebojowa i przynosząca naprawdę sporo radości muzyka. A to w działalności każdego artysty chyba najważniejsze. W kwestii bardziej szczegółowej, chciałbym wyróżnić szczególnie dwie kompozycje - epickie Pax Galactica i klasyczną patatajkę Silver Talon. Jednym z popularniejszych nurtów w powerze jest metal neoklasycystyczny, opierający się na wirtuozerskiej pracy gitar, inspirowanych twórczością kompozytorów doby klasycyzmu. W sierpniu pisałem o twórczości Marco Garau ale nie możemy zapomnieć, że na rodzimy podwórku mamy równie zdolnego kompozytora i gitarzystę. Bogusław Balcerak's Crylord na kolejnym albumie pokazuje, że w takiej stylistyce czuje się świetnie a Birds of Steel to płyta wielowarstwowa, dalece wykraczająca poza powerowy patos i cukierkowe melodie. Tego cukru w zasadzie nie ma prawie wcale, jest za to metalowy rdzeń, dystyngowana gitara i Mark Boals, dodajacy utworom jeszcze więcej wyrazistości swym głosem. 

Do tego zestawu wypada dodać też rozpędzone utwory z nowego krążka Frozen Crown, zespołu wyróżniającego się trzema gitarami solowymi (tak, nie tylko Maideni umią w te klocki). Zespół zawsze miał coś w sobie z metalcore'a jeśli chodzi o dynamikę i pracę perkusji, na Legend of the Six Kings pojawia się nawet okazjonalnie growling ale wokal Jade i niesamowicie zaraźliwe linie melodyczne od razu przypominają nam, że to klasyczny, włoski power najwyższych lotów. Jeśli lubicie natomiast naładowaną elektroniką odmianę powera polecam Metalite. Szwedzka ekipa udanie balansuje między metalową dynamiką i ostrością a elektroniczną przebojowością i rytmiką. Discovery ponadto potwierdza poruszaną już wyżej tezę, że część zespołów nie zdradza przed czasem swych największych atutów (tu choćby Neon Rain). 

Chwaliłem się już kiedyś, że wsparłem produkcję drugiej płyty Fallen Sanctuary. Mam ją na CD i słucham często, bo to jedna z najlepszych powerowych płyt roku. Z tej okazji, że w streamingach pojawiła się kolejna pochodząca z niej kompozycja, wrzuciłem ją też do kolejki odtwarzania w "zielonej platformie". Jest to świetny, klasyczny dla gatunku utwór i słucha się go rewelacyjnie niezależnie od "źródła". 

Klasyką gatunku jest też debiut Masterplan. Jakoś tak się przypadkowo złożyło, że wróciłem do niego akurat w okolicy premiery From the Dark a wszak oba krążki łączy postać Jorna Lande, wokalisty o charakterystycznej barwie głosu, który tak jak płyty tego niemieckiego zespołu "ozłacał", tak w przypadku współpracy z Tony'm Iommim jednak trochę wypłaszcza. Niemniej jednak Masterplan od Masterplan to świetny album i pewne spojrzenie w alternatywną rzeczywistość, w której Helloween pozostało na obranym przy The Dark Ride kursie.

Trochę czasu spędziłem też z Dynazty a zwłaszcza z Firesign, płytą wydaną w 2018 roku, na której elementy melodyjne biorą jednak zdecydowanie górę nad power metalowymi. Sam album bardzo ok ale trochę brakuje mu "kopa".

Rock/metal progresywny w dzisiejszym wpisie ma jeszcze dwóch przedstawicieli. Specjalnie użyłem znaku "łamane na", gdyż Evergrey w sumie balansuje na granicy ciężkości a pionierzy neo-proga z IQ również z czasem nabierali coraz więcej metalowego pierwiastka. W tym tygodniu towarzyszyły mi odpowiednio najnowsze dzieło Norwegów - Architects of a New Weave i mniej mi znana płyta Dark Matter, która za sprawą przejmującego You Never Will mocno wpadła mi do głowy. 

Honory oddać muszę też dwóm wokalistkom, potrafiącym tchnąć w śpiewane przeze mnie utwory niesamowity ładunek emocji, zarówno tych zmysłowych jak i melancholijnych. Anja Orthodox to prawdziwa dama polskiego rocka gotyckiego a dyskografia Closterkeller pełna jest płyt o epokowym znaczeniu. Nawet ponowne ich nagranie, po wielu wielu latach (parz reScarlet czy oszałamiający mnie obecnie reCyan) brzmią świeżo i energicznie. Sian Greenaway a może raczej Bobbie Dazzle jak nikt potrafi zakląć psychodelicznego ducha w glam rockowe hity a jej gra na flecie to wisienka na torcie. Tegoroczny Star Power tylko potwierdzi me słowa.

O Cursum Perficio Anthraxu będzie tylko jedno zdanie - płyta dobra i broni się z tygodnia na tydzień, choć najlepszym utworem nadal pozostaje wybrany na pierwszy singiel It's For the Kids.

Na koniec album, na punkcie którego dosłownie oszalałem w 2022r. Już debiut Sleepwulf, o którym pisałem tydzień temu był bardzo udany ale jego następca Sunbeam Curl całkiem mnie rozwalił. Od psychodelicznej ballady Stoned Ape przez okultystyczne medytacje w Satan Is King po gruziarski blues Green Man Dead - po prostu, płyta bez słabego numeru.

Ciekaw jestem też jak wyglądał Wasz muzyczny tydzień. Piszcie w komentarzach, których płyt słuchaliście najczęściej i które utwory są aktualnie Waszymi ulubionymi. A jeśli chcecie współdzielić ze mną muzyczne zainteresowania zapraszam do odsłuchu playlisty z moim prywatnym top 30 mijającego tygodnia. Link poniżej ;)

Playlista: 25.10.2026




piątek, 23 października 2026

Last.fmowe Kamienie Milowe - TopLista

 


Właśnie uświadomiłem sobie, że kilka dni temu, dokładnie 18 października moje konto w last.fm osiągnęło "wiek dorosły". Tak, moi drodzy, shayolghul scrobbluje już od 18 lat (i kilku dni). I choć przez ten czas sam last jak i generalnie sposób słuchania i nabywania muzyki zmienił się diametralnie, ja nadal trwam przy serwisie, dzięki któremu (nie boję się tego powiedzieć) jestem takim muzycznym świrem. Nie jestem w stanie zliczyć ilości artystów, których poznałem tylko dlatego, że byli "podobni do" znanych już wcześniej zespołów. Ba, pamiętam jeszcze swobodny odsłuch muzyki poprzez scrobbler na zasadzie radia, który niestety już po kilku miesiącach od założenia przeze mnie konta wszedł w domenę konta premium. Z uporem maniaka też instalowałem scrobblery gdzie się dało, żeby żadne dane z moich odsłuchów nie umknęły. Dzięki grupom na laście, których już od dawien dawna niestety nie ma, poznałem też wielu miłośników podobnej muzyki a niektóre znajomości przetrwały przez wiele lat. Szczególny ukłon w tym miejscu w stronę grupy Polska Metalowa Brać - Polska Metalem Silna i jej lidera Marka Setha Grabarka - jeśli gdzieś tam jesteś w zakamarkach Facebooka, Bloggera czy innych mediów - Salute to You! Grupa zresztą przez pewien czas przeszła na Fejsa ale od kilku lat jest już w trybie "zarchiwizowania". A szkoda...

W pierwszym wpisie na tej stronie wspominałem zresztą, że jednak z przyświecających mi idei jest właśnie dzielenie się słuchaną muzyką z innymi, tak jak to kiedyś umożliwiał last. Niestety obecne social media coraz bardziej zatracają swą społeczną misję a serwisy streamingowe nie dają niestety poczucia takiej bliskości. Nadzieją napawa mnie jednak fakt, że jak widzę u siebie czy innych kolegów blogerów - użytkowników lasta nie brakuje, co potwierdza liczba kolaży wykonywanych przez tapmusic czy lastcollage na postawie last.fmowej biblioteki. 

Do każdego artykułu jak wiecie dołączam odpowiednią playlistę. Dziś chciałbym nawiązać do zamierzchłych czasów, gdy użytkownicy mogli grzebiąc w kodzie źródłowym personalizować swoje konta w last.fm. Stąd brały się tam m.in. obrazki z logami 20-30 ulubionych artystów, tagcloudy czy właśnie coś takiego jak Last.fm Milestones czyli listy zawierające 1-y, 2-gi, 100-tny, 666-y itd scrobble w historii konta. I chociaż dziś nie ma już raczej zewnętrznych aplikacji do tworzenia tego typu obrazków, postanowiłem trochę pogrzebać w swojej bibliotece i przygotować coś w tym stylu. A że łączna liczba scrobbli przekroczyła już u mnie 600k, to materiału miałem dużo. Żeby jednak nie zagmatwać playlisty ilością utworów, postawiłem na najbardziej znaczące kamienie milowe i stąd macie 11 utworów, które dość dobrze oddadzą też zmiany mojego muzycznego gustu przez ostatnie 18 lat. 

A oto i te "milestone'y":

1 - Angra - Bleeding Hert

10 - Rhapsody - Epicus Furor

100 - Axxis - Gimme Your Blood

1000 - Vision Divine - Touch of Evil

10 000 - Trivium - Unrepentant

100 000 - Sodom - The Art of Killing Poetry

200 000 - HammerFall - Hammer High

300 000 - The Ocean - Demersal: Cognitive Dissomance

400 000 - Eternity's End - Hounds of Tindalos

500 000 - Stygian Crown - Strait of Messina

600 000 - Big Big Train - The Artist


A wy pamiętacie swój pierwszy Scrabble plastyfm? Jeśli tak podrzućcie w linkach swoje nicki, dodamy się do followersów i nawet jeśli Facebook kiedyś trafi szlag, będziemy mogli wymieniać się naszą ulubioną muzyką przez stare dobre last fm.


Playlista: My Last.fm Milestones


poniedziałek, 19 października 2026

12.10-18.10.2026

 


Po wakacyjnym "marazmie", który jednak można było wykorzystać na nadrabianie płytowych zaległości, od pewnego czasu każdy tydzień przynosi po 3-4 premiery, które zostają ze mną na dłużej. Stąd też w dzisiejszym podsumowaniu najwięcej miejsca poświęcę albumom z ostatniego miesiąca. Część z nich już pewnie znacie, o innych warto wspomnieć ale tak czy siak, na brak różnorodności nie powinniście narzekać. Zacznijmy więc!

Jak już pisałem ostatnio, Closterkeller zacząłem słuchać dość późno, bo za sprawą premiery Viridian z 2017 roku. Klasyczne albumy grupy wpadały do mnie zdecydowanie później i z różną częstotliwością. Nie mogłem jednak przegapić premiery ponownie nagranej Cyan, pierwotnie wydanej w 1996 roku. Jest to bardzo dobry album, mający w sobie zarówno gotycki urok jak i hard-rockowy ciężar i dynamikę. Na uwagę jak zwykle zasługuje warstwa tekstowa, pełna emocji, zmysłowej erotyki, reinterpretacji różnych baśniowych wątków i trafnych spostrzeżeń na temat rzeczywistości (aktualnych również 20 lat później). Jeśli miałbym wybrać moje ulubione utwory, na pewno wśród nich znalazłyby się Władza, Alicja i Ziemia Obiecana. 

Równie często słuchałem też najnowszego albumu post-metalowego The Ocean, dzieła koncepcyjnego opartego o Solaris (ale w filmowej adaptacji Andrieja Tarkowskiego niż o książkowy pierwowzór). Jest to pierwsze wydawnictwo niemieckiego kolektywu po poważnych zmianach kadrowych. Niektórzy artyści w takiej sytuacji próbują przygotować coś bezpiecznego, bliskiego własnej "klasyce", chcąc raczej utrzymać dotychczasowych fanów niż ryzykować ich utratę. Lider formacji Robin Staps uznał jednak, że najlepszą obroną jest atak i tak dostaliśmy monumentalne, skomplikowane, wymagające od słuchacza uwagi i dokładnego wczucia się w muzykę. Szanuję taką decyzję i uważam za naprawdę trafioną. Każdy seans, bo to słowo najlepiej opisuje kontakt z tą płytą, jest niezapomnianą podróżą przez różne warstwy narracyjne, filozoficzne i muzyczne. I wbrew obu pierwowzorom, kontakt z Solaris jest możliwy ale trzeba nauczyć się jak prawidłowo "słuchać i odpowiadać". Szczególnie zaskakujące są krautrockowe nuty w nagranym przy współudziale legendarnego Tangerine Dream Milk of My Dreams, którego fragment "if you let yourself sink, you'll sink to the ground' nie może mi wyjść z głowy. Ja pozwoliłem sobie na zanurzenie się w tym albumie i póki co, nie mam zamiaru się z niego wynurzać.

W ostatnim miesiącu ukazało się też dużo udanych płyt z gatunku power metal. Dość powiedzieć, że trzy premiery z ostatniego piątku, które na pewno będą przeze mnie często słuchane i w kolejnych tygodniach to właśnie ten styl muzyczny. Po pierwsze Arcani, włoskiego zespołu Temperance. Jest to symfoniczno-powerowy concept album oparty o talię tarota. Następnie mamy nową odsłonę przygód Angusa McFyfe. Jej tytuł Space 1993 nawiązuje do drugiej płyty kapeli, jednej z moich ulubionych w ich dorobku. Czy uda im się dorównać takim hitom jak Universe on Fire czy Rise of wizards? Będzie trudno ale po trzech, czterech odsłuchach myślę że jest to całkiem przyjemna porcja Power metalu z przymrużeniem oka. Nas, Polaków powinien za to zaciekawić nowy krążek projektu Crylord, za którym stoi nasz rodak, gitarzysta Bogusław Balcerak. Na Birds of Steel ponownie słyszymy wokal Marka Boalsa, a to obok neoklasycystycznej gitary Bogusława drugi solidny znak jakości. 

Poza tym mamy dwa albumy sprzed kilku tygodni - Discovery szwedzkiego Metalite i The Legend of Six Kings włoskiego Frozen Crown. Pierwsza bardziej naładowana elektroniką, druga agresywniejsza z pewnymi wpływami metalcore - obie zapowiadane przez przyzwoite ale nie genialne single, obie najlepsze kąski trzymające w tajemnicy do dnia premiery. 

Nie sposób pominąć też Fallen Sanctuary, czyli inny projekt lidera Temperance Marco Pastoriniego, założony wspólnie z George'm Neuhauserem (Warkings, Serenity). Panowie wydali w sierpniu świetny krążek The Gathering of Dreams, od którego ciężko mi się oderwać. Kilka słów uznania kieruję też ku pierwszej metalowej operze inspirowanej klasyką jrpg, czyli projektowi Dreamseeker, który polecam nie tylko fanom gier video i symfonicznego powera. 

Jeśli chodzi o doom - drugi koniec mojego metalowego spektrum, tu również nowe płyty przewijają się z niego starszymi. Obok Necropolitan - czwartego krążka stoner/doomowego Green Lung i Till Glömskan Ad Oblivionem również stoner/doomowego ale nieco bardziej rock'n'rollowego Besvärjelsen mamy też epic-doom/us powerowy Smoulder z White Witch In An Alien World oraz Bobbie Dazzle, która już po raz drugi swój stonerowo-psychodeliczny antruaż narzuca na przebojowe, glam-rockowe brzmienie inspirowane latami 70ymi. 

Do tej kategorii należy też jedyny singiel w dzisiejszym zestawieniu. The Foreshadowing to włoska formacja grająca mieszankę metalu gotyckiego z tradycyjnym doomem. Jest więc i melodyjnie i melancholijnie i odpowiednio ciężko. Mocnym atutem jest aksamitny głos Marco Benevento, mogący kojarzyć się z "czystym" wokalem Fernando Ribeiro z Moonspell. Włosi zapowiadają swój nowy krążek a zaprezentowany jako drugi utwór tytułowy to kawał dobrego, klimatycznego grania.

Okej ale każda z tych żadna z tych płyt nie liczy sobie więcej dwa może trzy miesiące. Więc te starsze albumy? Proszę bardzo – In Somnolent Ruin death/doomowego Draconian to mój numer jeden jeśli chodzi o płyty wydane w kwietniu a kto wie czy nie płyta roku? Dorzucę do tego jeszcze debiut jedneh z moich ulubionych kapel balasujących na pograniczu stoner/doomu, occult- i hard-rocka. Mowa o eponimicznej płycie zespołu Sleepwulf. Panowie ostatnio trochę zamilkli ale ostatnio w ich socialach pojawiło się więcej ruchu i to zmobilizowało mnie do odświeżenia sobie ich, może nie pokaźnej (2 LP) ale zacnej dyskografii.

Został nam jeszcze rock progresywny. I tu z tegorocznych krążków nadal kręci się u mnie "trójka" fińskiego projektu Confusion Field, nastrojowa, melodyjna i pełna gitarowej elegancji. Bardzo ciekawie brzmi też nowy krążek brytyjskiego Age of Distraction. Na Life Is Pain dowodzona przez Johna Cooka grupa jeszcze mocniej nagięła granice gatunkowe, brzmiąc miejscami nadzwyczaj elektronicznie czy alt-popowo. Może rockowi twardogłowi odsądzą mnie od czci i wiary ale np takie I Can Love Too, ozdobiony pięknym głosem Ruby Jones spokojnie mogłoby trafić do repertuaru Ethel Cain (którą tak btw lubię i szanuję). Polecam bo jest to chyba jedna z najbardziej zróżnicowanych płyt prog-rockowych ostatnich kilku miesięcy. 

Pozostałe płyty osadzone w tej stylistyce mają już co najmniej kilka, jak nie kilkanaście (a nawet kilkadziesiąt) lat. Przeskakiwalem bowiem między różnymi okresami twórczości jednego z pionierów neo-proga, zespołu IQ. Od Nomzamo, które zwłaszcza w Promises... przywodzi na myśl melodyjnego proga a la Asia, przez mroczną i intensywną The Road of Bones po wydaną w 2019r Resistance, gdzie usłyszeć możemy nawet bliskie metalowi dźwięki. 

Najstarsza w tym gronie jest jednak Przechodniem Byłem Między Wami czyli drugi krążek Budki Suflera - progresywny, psychodeliczny, funkowy, hard-rockowy... Po prostu kapitalny.

Tyle świetnych płyt niedawno wydanych, choć jednak na odrobinę klasyki czas też się znalazł. Mam nadzieję, że dzisiejsza playlista będzie dla Was ciekawym doświadczeniem i pozwoli lepiej zapoznać się z każdym opisanym przeze mnie artystą. Czekam też na Wasze podsumowania, komentarze i polecenia. Miłego wieczoru!


piątek, 16 października 2026

Albumy z Grzybami na Okładce - Playlista Tematyczna

 


Dzisiejszy artykuł planowałem od dawna jako swoistą celebrację startu kolejnego sezonu audycji Grzybo Branie w Radiu Centrum. Okazało się jednak że wraz z nowym rokiem akademickim audycja nie wraca do eteru. Jak mówi stojąc za nią redaktor Krzysiek Walter-Croneck (obecnie Jadłem Kanapkę Booking) "czas być dorosłym człowiekiem, zająć się dorosłymi rzeczami i trochę odpocząć od przytłaczającej ilości hobby". Potraktujcie więc ten wpis jako formę podziękowania za kilka lat rzetelnej dziennikarskiej pracy i "kopniak na szczęście" na nowy etap życia od kolegi, który swoją Alma Mater opuścił dokładnie 10 lat temu. Temat artykułu oczywiście nawiązuje do nazwy audycji, choć nie będzie to żadna topka wykonawców "pieczarkacore", "fungigaze" czy "post fung" ale zróżnicowany zbiór albumów różnych artystów i stylów muzycznych, które łączy jeden przewodni motyw - obecność grzybów na okładce. Zapraszam więc do zapoznania się z moimi propozycjami i wspólnego odsłuchu "grzybowej" playlisty. 

A wśród starannie wyselekcjonowanej "gorącej jak barwy borowika szatańskiego" szesnastki znalazły się:

The Neptune Power Federation - Goodnight My Children - przedostatnia płyta australijskiej formacji, która świetnie łączy psychodeliczno-okultystyczne elementy z rock'n'rollową przebojowością. Tu nieco bardziej lirycznie i romantycznie niż na pozostałych płytach 

Lake of Tears - Moons and Mushrooms - po łagodnych i eterycznych płytach pokroju Forever Autumn czy Crimson Cosmos, tym wydawnictwem francuska legenda gotyckiego doomu powraca do mroczniejszego i cięższego brzmienia z wyczuciem i wysoką jakością 

Psychlona - Mojo Rising - debiut brytyjskiej kapeli, której późniejsze wydawnictwa regularnie lądowały na szczycie miesięcznych rankingów DoomCharts. I choć nic u mnie nie przebije Warped Vision a zwłaszcza Palo Verde, to warto zatrzymać się na dłużej przy "jedynce" i prześledzić stopniową ewolucję zespołu 

Mushroom - Early One Morning - jedno z kilku w dzisiejszym artykule wykopalisk muzycznych. Jedyna płyta pochodzącego z Dublina i aktywnego w latach 70-ych zespołu progresywno folk-rockowego. Ciekawostka muzyczna odkryta dzięki tematycznemu weekendowi na grupie RMP - Rock Metal Progresywny

Cavern Deep - Cavern Deep - eponimiczny debiut szwedzkich sludge/stoner/doom metalowców i pierwsze wejście w mroczne jaskinie pełne śladów starożytnych cywilizacji...

Froglord - Amphibian Rising - pierwszy długogrający album Żabiego Lorda, surowy, brudny, psychodeliczny i chyba dzięki temu jeszcze bardziej pociągający. Aż wstyd, że mocniej eksplorować zacząłem go dopiero w trakcie przygotowań do niniejszego artykułu

Les Champignons - Premiere Capsule - Kanada kojarzy mi się głównie z neo-progiem i twórczością Rush. W latach 70-ych tworzył tam jednak ciekawy, choć dziś raczej zapomniany zespół psychodeliczno/space rockowy. Jeden, jedyny album sekstetu, wydany w 1972 roku to kolejna archeologiczna perełka, na jakie mam niezwykłe szczęście ostatnio natrafiać 

Fruupp - The Prince of Heavens Eyes - i trzecia z tych prog-rockowych kopalin, trzeci album w katalogu utalentowanego choć mniej znanego przedstawiciela brytyjskiego symfonicznego rocka. Od dłuższych form po bardziej piosenkowe, urzeka bogactwem i harmonią dźwięków 

Magnum - Chase the Dragon - pierwszy album mistrzów hard rocka, za którego okładkę odpowiada Rodney Matthews, jeden z moich ulubionych ilustratorów. Na płycie sporo melodyjnego, gitarowego grania w tym The Spirit, coverowany lata później przez Edguy

Mago de Oz - La ciudad de los arboles - w dyskografii hiszpańskiego zespołu płyty bardziej folk-rockowe przeplatają się z power metalowymi. W tym przypadku mamy do czynienia z melodyjną i lekką płytą, pełną przebojów, magii i uroczych ballad

Lillian Axe - Waters Rising - coraz mocniejsze odejście od hair metalowo/AORowych początków ku ambitniejszemu, progresywnemu graniu z delikatną nutą psychodelii. Płyta zdecydowanie mniej znana niż dwie pierwsze wydanie w latach 80-ych ale wcale nie słabsza muzycznie 

TOŃ - Korzenie - odkrycie roku 2023. Płyta ciekawa, interesująca, cudowna, fascynująca - po prostu zajebista. Doom, stoner, psychodela, folk, metal... - ilość potencjalnych gatunków, jakie tu znajdziecie można wymieniać w nieskończoność

Leaf Hound - Growers of Mushroom - jeden z najważniejszych przedstawicieli bardzo ciężkiego rocka, nazwanego po latach proto-metalem. W brzmieniu brytyjskiej kapeli można doszukać się też elementów typowych dla rocka psychodelicznego czy nieznanego jeszcze w latach 70-ych stonera

Radogost - Przeklęty - płyta, na której dekadencki zwrot w twórczości ikony polskiego folk metalu dopełnił się. Mroczny, okultystyczno-katastroficzny album, mający w sobie jednak jakiś nieodparty gotycko-doomowy wręcz urok

Frank Incense - Motorik - już okładka tego wydawnictwa daje znać, jakiej muzyki możemy się spodziewać. Pscyhodeliczne purpury, róże i fiolety, grzyby, planety i statki kosmiczne - gdy więc czytamy na bandcampie artysty, że łączy on w sobie psychodelię z kraut-rockiem i space-popem wierzę mu na słowo. A kto nie wierzy, niech posłucha

In the Labyrinth - Dryad - szwedzka szkoła rocka progresywnego od dłuższego czasu fascynuje mnie coraz bardziej, przede wszystkim umiejętnością wplatania w symfoniczno-rockowy rdzeń elementów psychodelicznego-folku lub ogólnie muzyki ludowej, nie tylko skandynawskiej. Jednym z jej przedstawicieli jest Peter Lindahl, multiinstrumentalista działający pod szyldem In the Labyrinth. Pisałem tu kiedyś o albumie Garden of Mysteries dziś zaś proponuję trzeci z kolei, wydany w 2002 Dryad, którego odsłuchu jest jak wieczorny spacer po mrocznej, zamglonej puszczy.

Tym leśnym (a gdzie grzyby, jak nie w lesie?) akcentem zamykamy dzisiejsze zestawienie. Mam nadzieję, że zaciekawi Was zarówno tematyka jak i, a w sumie przede wszystkim, muzyka wypełniająca wybrane przeze mnie płyty. A gdybyście mieli ochotę przywieźć trochę nowych grzybów do lasu, czytaj dorzucić jakieś inne warte uwagi a nieuwzględnione przeze mnie wydawnictwa zapraszam do dzielenia się nimi w komentarzach. Chętnie posłucham. A teraz moi drodzy czytelnicy, życzę Wam miłego wieczoru a zapalonym grzybiarzom udanych łowów, póki jeszcze pogoda na to pozwala.

Playlista: Mushroom Albums



poniedziałek, 12 października 2026

05.10-11.10.2026

 


Jak patrzę na ostatnie podsumowania tygodnia to mam wrażenie, że każdy z nich wyróżnia się czymś innym na tle pozostałych. Ten zakończony wczoraj nie jest wyjątkiem. Tym razem cechą szczególną jest większy udział żeńskich wokali, bo nawet na ilustrującym artykuł kolażu 5 z 9 okładek to płyty zespołów z kobietą za mikrofonem. 

Podsumowanie zaczniemy właśnie od psychodeliczno-glam rockowej Bobbie Dazzle. Po odejściu ze stoner/doomowej Alunah Sian Blu Greenaway rozpoczęła nowy rozdział swojej kariery, mieszając ulubione wzorce z lat 60-ych i 70-ych z odrobiną XXI-wiecznego stonera. Efekt był niezwykle intrygujący juz na wydanym 2 lata temu debiucie ale nieraz druga płyta boleśnie weryfikuje obiecujące projekty. Na szczęście Star Power pokazuje Bobbie jako nadal pełną pomysłów, rozwijającą i rozszerzającą swoje brzmienia, nie bojącą się sięgać nawet po szybkie, heavy metalowe tempa. Miłym zaskoczeniem jest tez gościnny udział Lity Ford, którą bardzo cenię za jej klasyczne albumy. Reasumując, rock'n'rollowe rytmy, psychodeliczny flet i wysoki, dramatyczny wokal Sian tworzą wspólnie bardzo ciekawą i spójną całość i czuję, że mamy przed sobą jeszcze wiele godzin słuchania. 

Mariaż rock'n'rolla ze stoner/doomem choć że zdecydowaną przewagą tych drugich prezentuje szwedzkie Besvärjelsen a ich tegoroczna płyta Till Glömskan... to wydawnictwo bez słabych momentów i co tydzień inny zestaw piosenek trafia do mojej topki. Tym razem ten zaszczyt spotkał dwie psychodeliczne perełki - Battles i Pulse. 

W ten piątek premierę miała też najnowsza płyta epic doomowego Smoulder. Witch Wife in An Alien World czerpie też trochę z US powera i dobrze słuchać to w otwierającym tracklistę Water Wars, szybkim i soczystym. Euro-powerowe szaleństwo to znowu domena Włochów i Włoszek z Frozen Crown. Nowym albumem udowodnili, że wbrew nazwie powerowy żar płonie w nich pełną mocą a jeśli nawet dwa lata temu tego ognia trochę zabrakło to Legend of the Six Kings nadrabia ten niedobór z nawiązką. Bardzo udaną płytę, jak już wiecie, zaliczyło norweskie Triosphere, którego basistka obdarzona jest agresywnym choć melodyjnym głosem. Przekonuje mnie coraz bardziej też nowe Matelite, choć tu tytuł płyty nie do końca jest adekwatny. Discovery eksploruje bowiem dotychczasową, elektroniczno-powerową niszę ale robi to nadal w solidnym stylu. 

Zostawmy z boku na chwilę premierowe wydawnictwa. Kilka dni temu ukazał się bardzo istotny dla polskiej muzyki re-recording. Legenda polskiego rocka gotyckiego, Closterkeller odświeżyła bowiem swój klasyk Cyan. Przyznam się, że sam z muzyką Anji i chłopaków zetknąłem się dopiero przy okazji Viridian, więc cała XX-wieczna historia zespołu mnie ominęła ale jeśli oryginał brzmiał jeszcze lepiej niż reCyan nie dziwię się, że jest dziś uważany za dzieło kultowe.

Za jedną z najlepszych (jak do tej pory) płyt roku odpowiada też kobieta - odważna, hard-rockowa bestia jak można określić Chez Kane. Wydana w kwietniu Reckless to zbiór rozgrzanych, gitarowych przebojów jakich nie powstydziliby się jej starsi koledzy z Poison, Motley Crue czy Bon Jovi. 

Po "męskiej" stronie (choć wiemy, że przynajmniej na pewnych płaszczyznach tę kategorię są dość umowne) mamy sporo progresywnego grania. Po pierwsze chilijskie Aisles i pełne różnych emocji Irrationally. Po zdominowanym przez pandemiczny lęk Beyond Drama przyszedł czas na nieco lżejszy ale też trochę melancholijny, refleksyjny album. Dużym plusem płyty jest jej "lekkość" rozumiana jako przyswajalność, bo artystycznej dojrzałości i kunsztu odmówić mu nie można. Czuć to szczególnie mocno w moich ulubionych Come Back, Anywhere czy Think I'm a Ghost. Myślę, że w przekroju całego roku może być to płyta na Top 10 lub nawet Top 5, choć w tej ostatniej grupie bezapelacyjnie znajdą się takie crossover-progowe dzieła jak AutoMoto Animus amerykańskiego artysty Xaviera Phideaux i A Layman's Guide to Unobtainium niemieckiego Castle Mountain Moon. Słucham ich kolejny tydzień i nie mogę wyjść z wrażenia. 

Tak, ten rok jest bardzo życzliwy dla miłośników rocka progresywnego. Nie można jednak zapominać o klasyce a akurat w tym gatunku (jak w wielu wielu innych) porównań do klasyki uniknąć nie sposób. Ja właśnie po klasykę również sięgałem i były to dwie odmienne czasowo i stylistycznie płyty ale każda z nich wywarła na mnie nieoceniony wpływ. Pierwsza z nich - Przechodniem Byłem Między Wami Budki Suflera. Lata 70e, Suflerzy swoim psychodeliczno-progresywnym hard-rockiem przyprawiają naszą scenę muzyczną, przyzwyczajoną do bigbitu o prawdziwe osłupienie. Swoją drugą płytą poszli krok dalej, wprowadzając elementy funku, bluesa i jeszcze bardziej komplikując formy muzyczne. Co się stało potem, cała Polska wie ale te najwcześniejsze albumy (i kilka późniejszych) to przykład ambitnego, autentycznego rocka.

Druga płyta to znowu rock neo-progresywny w najlepszym, choć mrocznym jak na ten styl, wydaniu. The Road of Bones brytyjskiego IQ to płyta monumentalna, pełna kunsztownych suit ale i przejmujących krótszych form. Dla mnie jej kwintesencją jest jednak numer tytułowy, płynący powoli ale pochłaniający po czubek głowy - niczym potężna, nizinna rzeka.

Psychodelicznego grania było u mnie więcej. W muzyczne (nie bad) tripy zabierali mnie Green Lung z Froglordem. Ci pierwsi oprowadzali po okultystycznych, dusznych zakątkach Londynu a drudzy na bagna pełne pradawnych, płazich bóstw.

Pozostali artyści reprezentują różne nurty, mniej i bardziej przeze mnie eksplorowane. Jest więc i legenda hair metalu czyli Cinderella w wersji przekrojowej, bo i najbardziej popularna Long Cold Winter grała u mnie i niedoceniana Still Climbing. W ucho wpadł mi też nowy singiel z nadchodzącej płyty Iron Savior - trzeci z kolei ale pierwszy, któremu udało się mnie porwać. Bardzo dobry debiut zaliczyła melodeath/doomowa Woliera a nie mogę też nie wspomnieć o mającym swój płytowy start dwa lata wcześniej Namorze. Doceniam go z tym większa mocą im bardziej porównuję z kontrpropozycjami zza drugiej, trzeciej, czwartej... strony barykady. 

I to wszystko na dziś. Dajcie znać jak Wam minął tydzień i oczywiście zachęcam do odsłuchu najnowszej "tygodniówki" w Spotifaju.

Playlista: 11.10.2026

Najpopularniejsze