piątek, 6 lutego 2026

III Urodziny Muzycznej Kroniki - Top Lista

 


To już trzy lata jak prowadzę Muzyczną Kronikę, znaną wcześniej też pod mianem Playlist Everyday. Ostatnie 12 miesięcy było niezwykle udane pod wieloma względami. Poznałem wielu niezwykłych artystów i nawiązałem nowe znajomości wśród, jak to kiedyś określił red. Puszka niskopoczytnych blogerów muzycznych. Myślę, że spokojnie już przekroczyliśmy wspólnie barierę 3 tys obserwujących, nawet pokusiłbym się o sugestię, że i od 5k już niewiele nas dzieli. Z tego miejsca chciałbym pozdrowić choćby Pana od Popkultury, Electrolite.fm czy Metal Frenzi.

Sama Kronika też się rozrosła, pojawiły się nowe stałe "punkty programu" jak uznany za neologizm roku "PLAYLISTONOSZ" czy środowy cykl "Z Archiwum...", w którym wracam do artykułów sprzed lat, często nawet sprzed dnia, gdy obok strony na blogspocie otworzyłem też fanpage na Facebooku. 

Cieszy też fakt, że z grona ponad 700 obserwujących wielu z Was włącza się aktywnie w życie strony, dzieląc się swoimi podsumowaniami, odkryciami i refleksjami. Kronika jest miejscem w ramach rocka i metalu dość eklektycznym, gdzie obok siebie może pojawić się i hair metal i norweski black, neo-prog i power metal a także wiele bardziej niszowych gatunków ze szczególnym wskazaniem na doomgaze. Tak też różnorodnie prezentuje się grono obserwatorów, gdzie są specjaliści od gruzu, sladżu i kamieniarza jak i bardziej melodyjnej muzyki. To wszystko sprawia, że, mam nadzieję, każdy miłośnik gitarowego grania znajdzie tu coś dla siebie.

Zgodnie z tradycją, z okazji urodzin Kroniki przygotowałem playlistę, na której znajdziecie po jednym utworze aż 50-u wykonawców, których odkryłem w trakcie ostatniego roku. Wśród nich 10-tka najważniejszych odkryć prezentuje się następująco:

Blackbriar - metal symfoniczny 

The Gathering - gothic/doom/trap

Cristiano Filippini's Flames of Heaven - symphonic power metal

Moron Police - rock progresywny

Humming Whale - metal progresywny 

Astronoid - dream thrash/post-metal/metalgaze

Aedan Sky - symphonic power metal

Duszno - shoegaze

The Süns - proto-metal/blues rock

Bog Wizard - stoner/sludge/doom

Link do pełnej playlisty jak zwykle pod artykułem. Ja jeszcze raz serdecznie dziękuję za kolejny wspólny rok i liczę, że najbliższe 365 dni będą równie emocjonujące i pełne tylko dobrej muzyki. Trzymajcie się cieplutko i nie dajcie grypie (sezon infekcyjny w pełni!)



poniedziałek, 2 lutego 2026

25.01-01.02.2026

 


Jak co poniedziałek pora na podsumowanie tygodnia, tym razem zmuszony jestem przygotować nieco skróconą wersję (dość intensywny dzień dziś u mnie) ale mam nadzieję, że nikt z artystów towarzyszących mi przez ostatnie 7 dni nie zostanie pominięty.

Zacznijmy od reprezentanta powiatu oświęcimskiego. Alt rockowy Zaułek poznałem dwa lata temu dzięki audycji W zimnej toni prowadzonej przez wokalistkę (nomen omen) TONi, Monikę Adamską-Guzikowską. Już pierwsza EP-ka z cudownymi Oczami ze szkła chwyciła mnie za serce i bardzo często wracałem do tej poetyckiej, trochę zimnej muzyki. Czy W lustrach anten dorównały jakością czteroutworowej poprzedniczce? Jak najbardziej, jeszcze jak! Rodzeństwo Boińskich et al. pokazało światu nieco dojrzalszą wersję siebie, nie tracąc przy tym nic ze swej tożsamości. Z ośmiu znajdujących się na longplayu numerów co najmniej dwa już trafiły do grona "moich ulubionych" a czuję, że to dopiero początek pięknej przygody, jaką mam zamiar przeżywać przy każdym odsłuchu albumu. 

Innym przedstawicielem rodzimego "niezalu" (bo rock progresywny raczej nie jest gatunkiem mainstreamowym) jest grodziski Spherical. Sami mówią o sobie "rockowo metalowa poezja progresywna" i trafiają tym w sedno. Na nowej, drugiej już w katalogu EPce zatytułowanej Drugie Spojrzenie w Siebie teksty grają bardzo ważną rolę. Świetnie brzmią np. Przebiśniegi, w których erotyzm ujęty jest w sposób baardzo daleki od banału. Dodając do tego klimatyczną muzykę i mamy kompozycję potrafiącą dosłownie pochłonąć słuchacza bez reszty. 

To były dwie z czterech nowości w dzisiejszym artykule. Pozostałe dwie to już muzyka zagraniczna i power metal. Po pierwsze Black & Damned i ich płyta numer trzy - Resurrection wydana w marcu zeszłego roku, przez wielu recenzentów uznana za jeden z albumów miesiąca. Korzystając z małej liczby styczniowych premier postanowiłem nadrobić trochę power metalowych zaległości i to już kolejne warte uwagi wydawnictwo. Jest tu ciężar, mrok i trochę progresji przez co na album trzeba poświęcić kilka godzin więcej ale jest to wysiłek wart świeczki.

Przeciwnie szwedzki Vandor - klasyczny melodyjny power, wierny zasadom sztuki, nie próbujący na siłę być czymś więcej. I to w tym wszystkim jest super, bo wrażenia z odsłuchu drugiej części The Ember Eye są porównywalne z tymi jakie swego czasu miałem w latach dwutysięcznych przy kontakcie z takimi tuzami metalu jak Stratovarius, Sonata Arctica czy Edguy.

Skoro już o Edguyu, z wielką przyjemnością wróciłem sobie do ich starych płyt (sprzed 2006r) a zwłaszcza do Theater of Salvation - i choć doceniam to co Tobias później osiągnął to jednak pierwsze krążki mają w sobie magię, której próżno szukać później.

Z pierwszej dekady XXI wieku pochodzi też debiut zespołu Dawn of Destiny zatytułowany po prostu Begins. Do tej pory jakoś pomijałem ten krążek i dopiero w styczniu, gdy odświeżyłem sobie ich dyskografię okazało się, że w niczym nie ustępuje późniejszym dziełom (jak choćby Of Silence zaczynający się od epickiego We Are Your Voice). Szczególnie przejmujący Alone at Night robi wrażenie a Tanja Maul pokazuje w nim pełnię swojego głosu. 

Poza tym trochę nowości i (pięknych) staroci - Sands of Eternity z najlepszym albumem przełomu 25/26, Freedom Call z jednym z dwóch najlepszych krążków z ich dyskografii ever (Masters of Light) czy polski akcent w postaci nowej EP Asterise.

Z pozostałych mamy m.in. legendy thrashu - tym razem Megadeth, do którego coraz bardziej się przekonuję. Początkowo byłem raczej team-krushers ale elektryczność nowej płyty kapeli Mustaine'a to coś czym zdecydowanie wygrywa z Kreatorem. Zobaczymy co będę gadał za miesiąc lub dwa, który album wygra tę próbę czasu.

Pojawiał się też metal symfoniczny w różnych wersjach, ten bardziej teatralno-operowy od Coronatus i ten bardziej metalowo-przebojowy (Beyond the Black). 

Następnie trochę doom metalu i to obowiązkowo "atmosferycznego" choć do budowania tej atmosfery służą różnym zespołom różne środki. Enshine tworzy ją przez gotyckie symfonie i melodeathowe harmonie wokalne a Remina oferuje nam bardzo eteryczną, rozmytą shoegaze'owymi impresjami muzykę. Jako wielki fan wokalu Heike możecie być pewni, że do płyt tej formacji wracać będę jeszcze nieraz.

Co akapit wymieniam kolejne podgatunki metalu a są grupy, które mają swój własny styl, który ciężko zdefiniować. Tak jest w przypadku Cold Night for Aligatora, które w zależności od portalu jest opisywane jako prog-metal, math-rock czy djent (ale czy djent to gatunek?). Jakby nie było liczy się to, że czas spędzony przy ich twórczości a zwłaszcza najnowszej płycie, With All That's Left to prawdziwa uczta dla uszu. A o to chyba chodzi przede wszystkim.

Na koniec ostatnia z jak dotąd wydanych płyta Cats In Space. Na Time Machine ponownie mamy mieszaninę gitarowego grania na AORową modłę, queenowych harmonii wokalnych, bigbandowych klimatów i odrobiny brytyjskiej progresji. Jest pompatycznie, melodyjnie ale i ciekawie. I choć moje ulubione utwory to odpowiednio numer 1 i 2 na trackliście, to Time Machine jako całość oceniam bardzo solidnie i nie czuć wcale znudzenia przy słuchaniu od deski do deski.

Poniedziałek pomału się kończy a ja kończę artykuł. Pamiętajcie by napisać jak Wam minął tydzień a użytkowników serwisu streamingowego z zielonym logiem zapraszam do odsłuchu tygodniówkowej playlisty.


Playlista: 01.02.2026


piątek, 30 stycznia 2026

Styczeń 2026 - Podsumowanie Miesiąca

 

Wiem, że po raz kolejny wyskakuję z podsumowaniem miesiąca, gdy ten, de facto jeszcze trwa. Zostało co prawda niecałe 1,5 dnia ale to trochę za mało by lastowych statystykach doszło do rewolucji. Wydane dziś (lub wczoraj) premiery choć zapowiadają się bardzo ciekawie to jednak chyba nie zdążą się aż tak rozpanoszyć w moich odtwarzaczach by powalczyć o styczeń. Jak więc aktualnie, i jak zapewne wyglądać będzie jutro o 23:59 muzyczne podsumowanie pierwszego miesiąca 2026 roku? Po raz n-ty na to pytanie odpowiem, wyróżniając artystów, których muzyka zrobiła na mnie największe wrażenie.

Beyond the Black - poprzedniej płycie niemieckiego kwartetu brakowało trochę świeżości i przestrzeni, na Break the Silence na szczęście mamy sporo ciekawych pomysłów, zwłaszcza folkowych nawiązań, sprawiających że dostajemy do rąk (i uszu) 10 zróżnicowanych, interesujących utworów

For My Pain... - bardzo przyjemne zaskoczenie i to na wielu polach, po pierwsze, że po tylu latach udało im się zebrać i nagrać coś nowego, po drugie dlatego, że to "nowe" ma w sobie i klimat sprzed lat i nie powiela zarazem 1 do 1 wzorców z przeszłości

Cold Night for Alligator - odkrycie miesiaca, zimny, matematyczny prog-metal pełen wciągających melodii, połamanych dźwięków i tej jakże typowej dla duńskich kapel atmosfery - dla wielbicieli VOLA pozycja obowiązkowa

Kreator - oj budzi kontrowersje ta nowa płyta legendy niemieckiego thrashu. Ja zaskoczony nie jestem, spodziewałem się melodyjnego, szybkiego i (przyzwoicie) agresywnego grania i takie też dostałem - płytą roku Krushers nie będą, płytą miesiąca u mnie chyba też nie ale przyjemności jaka płynie z odsłuchu nikt im nie odbierze

Sands of Eternity - 6000 z płyty o (niemalże) tym samym tytule to absolutnie najczęściej przeze mnie słuchany w styczniu kawałek. Greccy prog-powerowcy mają takowych znacznie więcej i żałuję tylko, że ta wydana w grudniu płyta trafiła do mnie tuż przed Sylwestrem. Miałaby duże szanse na wejście do rocznej topki

Smoke Rites - w kategorii stoner/doom to u mnie album miesiąca. Uwielbiam zanurzać się w te hipnotyzujące dźwięki, duszne, powolne ale i nieustępliwe jak sunący tuż nad podłogą, gęsty, gryzący dym

Cosmograf - The Orphan Epoch to płyta, do której lubię wracać, pełna refleksyjnego, neo-progowego grania ale i odważnie eksplorująca nieco cieższe obszary muzycznego spektrum

Dawn of Destiny - moja przygoda z tą symfoniczno-powerową grupą trwa już kilkanaście lat, w tym miesiącu zrobiłem sobie mały przegląd ich dyskografii i powiem Wam, że wrażenia były jak zawsze tylko pozytywne

Enshine - kolejny zespół, który po dłuższej przerwie wydał nowy album i mnie nim oczarował. Atmosferyczny death/doom pierwszej klasy - tak nie gra się już od dawna... A szkoda

Dvoeverie - czarnogórski zespół gothic/doom metalowy płytą Byrdcynn udowadnia, że zasługuje na uwagę szerszego grona miłośników ciężkiej, melancholijnej muzyki

Martin Vengadesan & The Stalemate Factor - mocno inspirowany brytyjską sceną rock progresywny z Malezji. Dla jednych geograficzna ciekawostka, dla mnie godziny spędzone na przeżywaniu ciekawej, złożonej muzyki

Nanowar of Steel - grając muzykę będącą parodią jakiegoś nurtu, subkultury czy zjawiska społecznego trzeba uważać, bo szybko można zacząć zjadać własny ogon. Włoskie kapeli udaje się uniknąć tego losu i zawsze być na bieżąco z godnymi "obśmiania" tematami

Prócz, nazwijmy ich laureatów jest jeszcze kilka drobniejszych wyróżnień, z różnych, nieraz odległych stylistycznie gatunków muzycznych. Weźmy np post-metalowy blackgaze Arctic Plateau, dsbm'owe Apati czy soczyste, stoner/doomowe 13. Piętro sąsiadujący z nieco mniej znaną ale klasyką thrashu (Xentrix) i bogatym instrumentalnie dźwiękowo i wokalnie symfoniczno-metalowy Coronatus. To wszystko sprawia, że jak na początek roku, był to niezwykle ciekawy artystycznie miesiąc i liczę, że będę wracał do poznanych w tym okresie płyt często i z niesłabnącą przyjemnością. A jeśli ktoś chciałby już teraz sobie "powrócić" to zawsze może odpalić przygotowaną przeze mnie playlistę z 30-oma najczęściej odtwarzanymi przez niżej podpisanego kompozycjami. Pamiętajcie też, że równie emocjonująco czekam zawsze na Wasze podsumowania. Piszcie więc, co też u Was grało najczęściej!


Playlista: Styczeń 2026

poniedziałek, 26 stycznia 2026

19.01-25.01.2026

 

Za nami kolejny tydzień, kolejny ważny dla miłośników thrash metalu. Cały metalowy świat zapewne elektryzowała zapowiadana jako ostatnia w karierze płyta Megadeth. Wbrew pozorom jednak nie zdominowała ona aż tak mojego odtwarzacza, znajdowałem czas też na inną, czasem dość odległą stylistycznie muzykę. Spójrzmy więc jak ten tydzień wypadł w statystykach.

Najczęściej słuchanym zespołem było, tu pewnie zaskoczenie, niemieckie Dawn of Destiny. Jak już pisałem w poprzednich artykułach, wzięło mnie na wspominki i skaczę sobie po całej dyskografii symfonicznych power metalowców. Tym razem częściej sięgałem po krążki nagrane z Tanją Maul, pierwszą wokalistką która odeszła z zespołu w 2010 roku. To jej głos słyszymy m.in. w Days of Crying, jednej z najlepszych kompozycji pierwszego etapu ich kariery.

Jak już przy symfonicznym metalu jesteśmy to w piątek ukazała się dość ciekawa płyta - Dreadful Waters zespołu Coronatus. Ta nazwa była mi już znana ale jakoś nigdy nie podjąłem się próby zapoznania z ich twórczością. Trochę z braku laku (weekend przyniósł w sumie 2-3 interesujące mnie premiery z czego tylko 1 longplaya) sięgnąłem najpierw po wydane wcześniej single a później po cały krążek i cóż, przemówiło do mnie. Symfoniczno-operowe aranże, różnorodne harmonie wokalne (trzy wokalistki plus "męskie" wstawki) i przede wszystkim subtelne, wpadające w ucho melodie zrobiły swoje. Szczególnie szantowy A Seaman's Yarn zapadł mi w pamięć, stając się jednym z najczęściej słuchanych w tym tygodniu utworów.

W końcu mogłem też głębiej wsłuchać się w Set the Dark on Fire, najnowszy album austriackiego Edenbridge. Krążek zaczyna się z wysokiego c, od epickiego, utrzymanego w wyższych tempach i klasycznym dla zespołu magicznym klimacie The Ghostship Diaries, potem tej energii i magii trochę zaczyna brakować ale nadal jest to całkiem przyzwoita opcja dla wszystkich spragnionych symfoniczno-metalowego grania. 

Symfoniczny power metal był też stylem w którym dobrze czuło się francuskie Heavenly. W moim wspominkowym kąciku zagościł ich ostatni jak dotąd (i kto wie czy nie w ogóle) album Carpe Diem. Już nie tak rozpędzony jak poprzednie cztery ale kryjący w sobie niejedną wartą uwagi kompozycję. Dla przykładu weźmy numer tytułowy - podniosły, dynamiczny, z refrenem który "śpiewa się sam".

Niemiecki Freedom Call jest za to nadal aktywny o nawet gościł w ten weekend w Krakowie. Niestety nie dałem rady stawić się na koncercie ale zrekompensowałem to sobie odsłuchem jednej z dwóch najlepszych płyt w ich katalogu. Po mocno hard rockowym, cukierkowym i the happiest of the happy metalowym (choć i tak mającym swój urok) Land of the Crimson Dawn i zwiastującym powrót do metalowego wszechświata Beyond przyszła na świat płyta idealna, totalna, intensywnie power metalowa. Masters of Light było odrodzeniem FC znanego choćby z Eternity. Ja te dwa krążki stawiam na równi i zachęcam do odsłuchu każdego z nich. Dziś jednak na playlistę wrzucam mój ulubiony Kings Rise and Fall. 

To jeszcze nie wszystko w rubryce poświęconej "Metalowi Mocy". Odświeżyłem sobie zeszłoroczny debiut 7th Guild. Ten muzyczny triumwirat złożony z aktualnych wokalistów Rhapsody of Fire, Derdian i Skeletoon (odpowiednio Giacomo Voli, Ivan Gianini i Tomi Fooler) to kwintesencja szybkiego, melodyjnego i epickiego powera. A ich Triumviro to kolejny już album, któremu w dniu premiery nie poświęciłem odpowiednio dużo czasu i teraz nadrabiam. Może dołączycie?

Co dalej? Sands of Eternity i ich świetny longplay The Six Thousand, Twilight Opera - nowa EPka zespołu Asterise. Ten międzynarodowy projekt pod batutą naszego rodaka Bartłomieja Mężyńskiego z płyty na płytę coraz bardziej mi się podoba i na pewno będę nadal śledził ich rozwój. Potencjał słychać "gołym uchem".

Na pograniczu heavy i power metalu znajdziemy utwór Barbarian z płyty Fields of Blood wydanej przez Grave Digger w 2020 roku. Jest to ciężki, surowy niczym Lord Cumberland metalowy marsz i jednocześnie jeden z najlepszych numerów na krążku.

Nie jest to jedyny kawałek o tym tytule w dzisiejszym artykule. Drugim, jak już zapewne się domyślacie jest ten z najnowszej płyty Kreatora. Płyty, która wbrew wielu internetowym opiniom nie jest zła. Jest tylko podobna stylistycznie do kilku poprzednich i stąd zapewne ginie w rankingach. Ja mam kilka kawałków z Krushers których słucham częściej - wszystkie znajdziecie na dzisiejszej playliście.

A jak przy tym wszystkim wypadł Megadeth? Jak dla mnie raczej podobnie. Płyta solidna, będąca pewnym podsumowaniem wieloletniej kariery, sięgającą do różnych okresów twórczości, z lepszymi i mniej ciekawymi momentami. Różnica jest chyba taka że na Megadejwa miałem większy hype, któremu jednak muzyka do końca nie sprostała. Niemniej obu krążków słucha się dobrze, przyjemnie, bez większego "wow" ale też bez uczucia żenady.

Najlepsza styczniową premierą jest natomiast niezaprzeczalnie With All That's Left duńskiego Cold Night for Aligators. To chłodne, "matematyczno"-post metalowe granie chwyciło mnie za serce i za nic nie chce puścić. Według lasta w pierwszej piątce najczęściej słuchanych w zeszłym tygodniu utworów znajdziemy aż trzy z tego krążka. 

Udało mi się też w końcu porządnie wsłuchać w Karnawał, EP-kę stoner/sludge'owego 13. Piętra. Makrokosmos i numer tytułowy to hipnotyzujące, psychodeliczne rytuały wciągające słuchacza niczym ruchome piaski nieostrożnych podróżnych. 

Polski kamieniarz dał nam zresztą w styczniu niejedną udaną "elektroniczną pocztówkę". Taką jest chociażby Spundquarium - Live Session zarejestrowane przez krakowski Weedow w sali prób Fish Basket. Dobrze znane środowisko, klimat kameralnego jam session i totalna koncentracja na muzyce sprawiają że odsłuch całości to naprawdę cenne doświadczenie. Wersja kasetowa i płatna cyfrowa zawiera też dodatkową kompozycję, długą na bagatela 30 minut, bardziej idącą w kierunku drone i synth. Ja osobiście najbardziej jednak lubię nieco bardziej kompaktowe (tylko 10 minut z groszami) Liquid Sand.

W mojej doomgaze'owej biblioteczce pojawiła się nowa nazwa. Mowa o Elisie Giulii Teschner i jej zespole Ellereve. Ich muzyka to mieszanina post-metalu, doomu i blackgaze'a stąd moje zaszufladkowanie jej jako doomgaze uważam za jak najbardziej bliskie rzeczywistości. Umbra to jej nowy album, liczący już sobie co prawda trzy miesiące z hakiem ale do mnie dotarł stosunkowo niedawno. Dużym plusem płyty jest prócz nastrojowych kompozycji też trafny dobór gości specjalnych, w tym m.in. V. Wahntraum z Harakiri for the Sky, którego możemy usłyszeć w przejmującym The Veil of Your Death. 

Ponownie rozkoszowalem się też zaskakującym Boo, pochodzącym z ostatniej płyty innych doomgaze'owców - tym razem z amerykańskiego Frayle. Jest to jeden z tych numerów, który dużo bardziej przemawia do słuchacza w formie teledysku, tak samo mrocznego i surrealistycznego jak sama muzyka.

Przejdźmy teraz do melodyjnego grania. Fajnie brzmi nowa płyta Beyond the Black, na której coraz bardziej podoba mi się chyba najszybszy na trackliście Hologram. Nadal też często słucham urozmaiconego ludowymi wstawkami Lat There Be Rain. Widać, że niemiecka ekipa z płyty na płytę szlifuje swój warsztat i wie jak zainteresować słuchacza.

Z Soen natomiast mam podobnie jak z Kreatorem czy Megadethem. Szwedzi mają swój styl i zbytnio poza pewne ramy się nie wychylają. Dostajemy więc produkt, który zadowoli dotychczasowych fanów ale bez jakiegoś przewietrzenia brzmienia może być trudno o nowych "wyznawców". 

W cotygodniowym przeglądzie dyskografii brytyjskiego Cats In Space pora na Kickstart the Sun, pozycję numer pięć (licząc tylko studyjne albumy). To kolejna udana płyta, łącząca w sobie AOR-owską przebojowość z nutką wyspiarskiego prog-rocka. Moim numerem jeden jest od samego początku Fifty-One Pillow Bed, bardzo subtelnie i romantycznie traktująca o miłości. 

Na tym się kończy to podsumowanie, którego napisanie zajęło mi cały dzisiejszy dzień. Oby kolejne były mniej napięte i zawsze towarzyszyła im dobra muzyka. Podzielcie się Waszymi podsumowaniami a ja zapraszam do odsłuchu playlisty. 


Playlista: 25.01.2026

piątek, 23 stycznia 2026

Rekomendacje Muzycznej Kroniki #8


Kilka dni temu licznik obserwujących Muzyczną Kronikę przekroczył kolejną setkę. Dziś więc, żeby tradycji stało się zadość, już po raz ósmy (bo trzecia setka została podzielona na dwa artykuły) przedstawiam Wam sylwetki artystów, którzy zdecydowali się śledzić moje internetowe poczynania i w ten sposób dokładają kolejną cegiełkę w szczytnym dziele budowania naszej małej społeczności. Dziękuje też wszystkim pozostałym fanom za ich obecność, poświęcony mi czas i wiele ciekawych, konstruktywnych rozmów na około-muzyczne tematy. I za liczne polecenia, dzięki którym strony Kroniki stają się coraz bardziej urozmaicone. A lista dzisiejszych "rekomendacji" przedstawia się następująco:

Death Has Spoken - death/doom metalowy zespół z Białegostoku, założony w 2017 roku. W ich muzyce wyraźnie słychać wierność wypracowanemu w latach 90-ych przez Trójcę Peaceville stylowi, który opiera się na połączeniu ciężaru, majestatyczności i elegijnych nastrojów. Takie też miano, Elegy, nosi ich ostatni album, bardzo dobrze przyjęty tak przez krytyków jak i słuchaczy

YSIGIM - jeden z pionierów funeral doom metalu nie tylko w Polsce ale i, obok m.in. Thergothonu na całym świecie. Najważniejszą pozycją w ich dorobku jest kaseta Ain Soph Or ale co ważne, po kilkudziesięciu latach niebytu doszło do reinkarnacji zespołu czego ukoronowaniem ma być premiera najnowszej płyty, zatytułowanej Sins

Fright Night - gotyk, punk, doom splecione ze sobą atmosferą rodem z filmów grozy. Miałem okazję zobaczyć ten warszawski kwartet w akcji na żywo i było to prawdziwie "upiorne" doświadczenie

Furydate - nowoczesny metal łączący w sobie elementy groove metalu, metalcore'a a nawet nu metalu. A to wszystko prosto ze stolicy Dolnego Śląska

Heavenwood - portugalski zespół, a obecnie raczej projekt gothic/doom metalowy założony przez Ricardio Diasa w 1992 (jeszcze pod inną nazwą). Słucham ich już kilkanaście lat, zwłaszcza dwóch ostatnich albumów i czekam z niecierpliwością na drugą częścia Tarot of the Bohemians

Epinikion - Holandię można śmiało uznać za ojczyznę epickiego, symfonicznego metalu. Szykujący się do wydania drugiego albumu (i trasy, która zahaczy też o nasz kraj) Epinikion potrafi przy pomocy ciężkich riffów i progresywnych zagrywek malować iście operowe scenerie

Zaułek - wspólny projekt znanego na oświęcimskiej scenie rodzeństwa Boińskich to niesamowicie wciągający, poetycki indie rock. Już niedługo premiera pierwszego longplaya, na którą czekam z niecierpliwością

Black Weedow - muzyka brudna, przytłaczająca a zarazem hipnotyzująca swoimi powolnymi melodiami. Przed nami premiera debiutu, który na rodzimej scenie stoner/doomowej narobi na pewno sporego zamieszania

Źrenice - kolejni w tym zestawieniu debiutanci na rodzimej scenie około-metalowej. Tym razem Lublin i muzyka nieograniczona zbytnio stylistycznymi ramami - alt rock/post rock/folk/stoner/post metal to tylko początek wyliczanki. Pierwszy opublikowany utwór, przejmujący Endymion to tylko przedsmak (podobno najlżejszy) tego, z czym zapoznamy się już niedługo. 

Anthriel - prog-metalowa ekipa z Finlandii, charakteryzująca się m.in. neoklasycystycznymi gitarami i zwiewną obecnością power metalowej melodyki. Po dwóch solidnych krążkach i dłuższej przerwie wdawniczej wracają do gry singlem zapowiadającym kolejne wydawnictwo

Wicked Leather - nowa fala tradycyjnego heavy metalu to już ruch ogólnoświatowy. Tu mamy do czynienia z reprezentantami Katalonii a ich znaki szczególne to mroczny nastrój, surowe riffy i mocny wokal Yami Martins

Ghola Tsuka - undergroundowy, psychodeliczny stoner/doom założony w 2021 roku w Salonikach. Grecki "gruz" cieszy się u nas niemałą popularnością, więc myślę, że niejeden z moich obserwatorów spojrzy na muzykę kwartetu przychylnym okiem

Alfar Quest - epic power metal, saga fantasy opowiedziana niczym narracja w gre fabularnej (vide D&D) a także Fabio Lione w roli gościa specjalnego - czy trzeba więcej by zaciekawić każdego miłośnika gatunku?

Star Beast - psychodeliczna alternatywa z Toronto (ale tego w Ontario, USA :P ). Krótkie, pustynne utwory zabierają nas w podróż do coraz odleglejszych już lat 60-ych

Emerald City Council - amerykański prog-rock, dzieło profesora muzyki z Uniwersytetu Stanowego w Arkansas, Benta Bristowa, który chciał pokazać jak twórczo użyć saksofonu w innej niż tylko jazzowa konwencji. Przy udziale utalentowanych muzyków zamiar ten z pewnością udało się zrealizować a z projektu studyjnego, ECC z czasem przerodziło się w pełnoprawną kapelę

Humming Whale - moim skromnym zdaniem, największe prog-metalowe odkrycie minionego już roku. Chasing Rabbits, wydany po latach prac studyjnych debiut fińskiego zespołu to płyta kompletna, przemyślana i przede wszystkim wysoko zawieszona poprzeczka dla potencjalnych następców

Transgalactica - prog-rockowy projekt ojca i syna, pochodzących z Krakowa, inspirowany rockiem symfonicznym lat 70-ych, Beatlesami a także muzyką poważną

Altar of the Fuzz - kanadyjskie trio grające w pełni instrumentalny stoner metal. Od wydania pierwszej EPki w 2022 roku nie próżnują i aktualnie mogą pochwalić się dość pokaźnym katalogiem

Viimaheim - jednoosobowy zespół medieval-rockowy, współczesna inkarnacja dawnego barda, czerpiący inspirację z wszelakich źródeł - od muzyki filmowej, gier, folkloru po nordycki viking metal. Póki co tylko w wersji na żywo ale debiut powoli się "nagrywa". Pod artykułem znajdziecie link do youtubowego konta muzyka, gdzie możecie zapoznać się z dotychczasową twórczością muzyka

Utwory wszystkich wyżej wymienionych artystów, z jednym wyjątkiem, znajdziecie na dołączonej do artykułu playliście. Zachęcam do zapoznania się z nimi, wyjątkowo dużą reprezentację ma tam muzyka progresywna ale i miłośnicy powera, stonera, doomu i innych psychodeli na pewno znajdą też coś dla siebie. Jeszcze raz dziękuję za Wasze zainteresowanie Muzyczną Kroniką i oby do "następnej setki" ;)

poniedziałek, 19 stycznia 2026

12.01-18.01.2026

 


W ten jakże mroźny poniedziałek pragnę zaprosić Was na muzyczne podsumowanie tygodnia. Dźwięki, które mi przez ten czas towarzyszyły w pewien sposób korespondowały z pogodą. Znalażło się co prawda też trochę cieplejszych brzmień ale to jednak chłód był słowem kluczem łączącym ze sobą część artystów.

Pierwszy argument. Na dzisiejszej playliście najwięcej utworów należy do włoskiego projektu Arctic Plateau, grającego coś pomiędzy post-rockiem, depresyjnym blackiem i shoegaze'm. Eteryczne, chłodne dźwięki, rozmyte gitary, łagodne wokale przeplatane gdzieniegdzie rozpaczliwym, gardłowym krzykiem. Jest to muzyka, która na pewno spodoba się miłośnikom Alcest ale o bezrefleksyjnym kopiowaniu wzorów mistrze Neige'a nie ma tu mowy. Gianluca ma w rękawie sporo swoich pomyslów i z każdą kolejną płytą jego muzyczna osobowość zaznacza się coraz mocniej. Ja w tym tygodniu sumiennie przeszedłem przez wszystkie trzy albumy projektu i z każdego z nich przekazuję Wam przynajmniej jeden utwór. 

Alcest a także kultowy swego czasu Lifelover stanowiły również główne źródło inspiracji dla szwedzkiego Apati, którego Morgongaden... jest jednym z moich ulubionych albumów reprezentujących nurt dsbm. Warto o nim pamiętać, bo tak jak w przypadku bardziej znanych rodaków, główny kompozytor odszedł zdecydowanie za wcześnie.

Zupełnie inny rodzaj black metalu gra francuskie Abduction. Już tydzień temu polecałem Wam ich epicki album Jehanna. Dziś mogę tylko potwierdzić, że nie było to chwilowe zauroczenie.

Zauroczony można też zostać słuchając Last Leaf Down i ich zeszłorocznego krążka Weigh of Silence. Swego czasu pisałem o nim w bardzo ciepłych słowach, później jednak stopniowo rzadziej u mnie gościł. Nie wiem czemu, bo gdy teraz przypomniałem sobie takie kompozycje jak A Quiet Lost War czy Cold Heart zaczynam żałować, że nie uwzględniłem ich w mojej całorocznej topce. 

Romantyczno-gotycki klimat po wielu wielu latach przerwy udało się wskrzesić Finom z For My Pain... Przyznam, że już dawno temu straciłem nadzieję na nowy krążek tej, przynajmniej w momencie powstania, supergrupy (obok muzyków znanych z Eternal Tears of Sorrow w nagraniu debiutu brał udział m.in. sam Tuomas z Nightwisha). Czasem jednak dobrze być w błędzie a Buried Blue to naturalna kontynuacja starszej o 23(!) lata Fallen. Co ciekawe, jedną z najlepszych pozycji na trackliście jest Windows Are Weeping, przez użycie dud i gościnny wokal Troya Donockley'a mocno kojarzący się z współczesną twórczością Nightwish właśnie. Tyle, że, cóż, ten jeden tylko numer zjada wszystko to, co trafiło na Yesterwynde. Sorry Tuomas...

Kolejny tydzień jestem pod wrażeniem drugiego albumu warszawskiego Smoke Rites. I nie tylko przez wzgląd na wokal Moniki Adamskiej-Guzikowskiej w Death Is a Five Letter Word ale i za rasowy stonerowy banger w postaci The Devil's Advocate czy pozostałe 5 numerów, jakie trafiły na Eager Eyes of Talion. Napisałbym, że to gruz na światowym poziomie ale ludzie, polski gruz aktualnie to właśnie ten "international level". Nie ma więc zaskoczenia.

Zaskoczyło mnie miło natomiast Beyond the Black. Gdy w internetach pojawiały się pierwsze single zapowiadające szósty krążek niemieckiego kwartetu obawiałem się trochę o jakoś całej płyty. Po interesującym i energicznym Rising High i przebojowym utworze tytułowym kolejne dwie pozycje były takie hmm nijakie. Gdy jednak w końcu zanurzyłem się w cały krążek, słuchany od deski do deski okazało się, że niejedna struna mojej duszy zaczyna rezonować symetrycznie z muzyką zespołu i krystalicznym, mocnym jak zawsze wokalem Jennifer Haben. A liczne folkowe wstawki, jak we wspomnianym już Rising High czy urastającym do rangi najlepszego na płycie Let There Be Rain to strzał w dziesiątkę. Słucham namiętnie i nic nie zapowiada bym tego zaprzestał.

To były premiery sprzed 1,5 tygodnia a jak w moich uszach odnalazły się, dość głośne zresztą, nowości z tego piątku? Cóż, Soen i Kreator bez zaskoczenia ale i bez rozczarowania. Obie ekipy trzymają się swojego, wypracowanego przez lata stylu. Pierwsi dopieszczają lekko gotycki, melodyjny prog, raz bardziej metalowy, raz jednak bliższy nowoczesnemu hard rockowi. Coraz więcej tu Soen, coraz mniej Tool. I tak chyba powinno być. Rewolucji też nie mamy u weteranów teutońskiego thrashu, choć ostatnie kilka krążków Kreator mogło by być klasyfikowane jako melo-thrash (przez analogię do melo-deathu a to właśnie inspiracje goteborską szkołą stały za odrodzeniem jakiego zespół dostąpił przy okazji Violent Revolution). Nie spodziewałem się innego grania i może dlatego jako jeden z nielicznych w polskim internecie nie czuję się zawiedziony. A ten symfoniczno-gotycki sznyt w utworze tytułowym przywodzący na myśl moją ukochaną Endoramę to dodatkowe pól punktu za styl.

W piątek światło dzienne ujrzała też płyta, którą mogę śmiało nazwać moim największym odkryciem 2026 roku (a przynajmniej jego pierwszych kilkunasty dni). Cold Night for Alligators wpadło mi w oko przypadkiem, gdy przeglądałem nadchodzące premiery na portalu Metal Storm. W rubryce genre stało: djent/progressive math metal a gdy spojrzałem na kraj pochodzenia (Dania), wiedziałem, że moge spodziewać się czegoś niezwykłego. Przykłady takich formacji jak VOLA  czy rozwiązany niedawno Isbjorg to tylko najbardziej jaskrawe przykłady tego jedynego w swoim rodzaju, chłodnego, duńskiego prog-metalu. I taką właśnie muzykę znajdziemy na With All That's Left. Trochę eteryczną, trochę połamaną, z jednej strony refleksyjną a z drugiej aż krzyczącą od nagromadzonych emocji. Czuję, że przy jej akompaniamencie spędzę niejeden styczniowy wieczór.

Ostatnio mam znów ochotę na poznawanie klasyki thrash metalu. Po Xentrix i ich debiucie Shattered Existence zainspirowany ostatnią audycją Epoka Żelaza sięgnąłem po drugi krążek Flotsam and Jetsam zatytołany No Place for Disgrace. Co mogę rzec po kilku odsłuchach? Kawał dobrego thrashowego łomotu, agresywnego i szybkiego. Wydaje mi się też, że nieco mniej melodyjnego niż Doomsday... ale w dobrym thrashu to nie powinno chyba stać na pierwszym miejscu.

W dyskografii Cats in Space, przez którą podróżuję od pewnego czasu przyszła kolej na Atlantis. Pierwsza płyta z Damienem Edwardsem za mikrofonem i pierwsza, którą przesłuchałem w całosci. To właśnie pochodzący z niej Magic Lovin' Feeling jest źródlem mojej niesłabnącej od 6-7 lat fascynacji tym brytyjskim zespołem. Jest to krążek pełen przebojowych nut, soczystych gitar i głośnej perkusji, z qeenopodobnymi harmoniami wokalnymi i pewną, nieco mniejszą niż poprzednio, dozą progresywności. Głos Damiena też robi swoje, nieco cieplejszy i mniej ochrypły niż Paula Manziego ale potrafiący unieść i te bardziej agresywne linie melodyczne. Na playliście znajdziecie trzy utwory z Atlantis, z czego przynajmniej dwa (obok wspomnianego Magic też Queen of the Neverland) to absolutny top jeśli chodzi o całą dyskografię "kotów".

Ok, a gdzie power metal? Złośliwi może powiedzą, że przecież już pisałem o Kreator. Ja jednak zachowam powagę i przyznam, że rzadziej sięgam ostatnio po mój ulubiony podgatunek metalu. Czasem sobie posłucham różnych płyt niemieckiego Dawn of Destiny (z moją ulubioną Of Silence na czele), nadal mocno działa na mnie też prog/powerowy Sands of Eternity i ich utwór 6000. Na fali powtórek z zeszłego roku poświęciłem też więcej czasu debiutowi grupy Dragonknight zatytułowanemu Legions. Finowi potrafią w power metal a ich wokalista, Mikael Salo, swego czasu pokazał się z bardzo dobrej strony na pierwszej płycie Metal de Facto. I chociaż Legions ostatecznie nie trafiło do mojego Podsumowania Roku to jest to jeden z ciekawszych debiutów w gatunku ostatnich kilku lat. Dajcie mu szansę.

I to wszystko na dziś. Liczę, żę popołudnie spędzone przy dobrej muzyce ogrzeje lepiej niż ciepły koc i gorące kakao. A że można to połączyć to wiecie co robić. Link do playlisty poniżej a ja mogę Wam życzyć tylko - trzymajcie się cieplutko i dajcie znać jak Wam minął tydzień.

Playlista: 18.01.2026

piątek, 16 stycznia 2026

Czarny Bez + Jarzmo, Viimaheim - Kraków 09.01.2026 - Setlista

 


Sława wszystkim moim czytelnikom! Jak zapewne wiecie, a przynajmniej te kilka osób, które na FB wyświetliły rolkę/relację (nie wiem szczerze mówiąc jaka jest między nimi różnica ale Twarzoksiążka zachęca do ich tworzenia bo ponoć zwiększa to zasięgi :p ) w piątek byłem na koncercie. I nie był to zwyczajny koncert tylko folkowo-gruzowo-metalowe misterium. Pierwotnie wydarzenie miało odbyć się w grudniu ale w ostatniej chwili przesunięto je o 3 tygodnie. Szczęśliwie nie na sobotę (jak miało być w grudniu), bo miałem wtedy urodziny siostrzeńca i musiałbym podjąć bardzo trudną decyzję. Na szczęście nie musiałem rozczarowywać siostry i mogłem złapać dwie sroki za ogon. Także niniejszym zapraszam na relację z tego niezwykłego koncertu.

Przyznam, że w trakcie studiów w Krakowie (zamierzchłe dzieje) miałem okazję odwiedzić kilka klubów muzycznych. Niektóre z nich zresztą już nie istnieją (jak Fabryka czy legendarny Kitsch, choć tu raczej kończyło się imprezy a nie chodziło na koncerty :p ) ale w Gwarku byłem pierwszy raz. Jest to zdecydowanie mniejszy format od również kameralnego Zaścianku ale wiecie, że takie lokale mają swój urok. Brak wyraźnych barier dzielących artystów i publikę, muzycy luźno konwersujący z fanami a potem schodzący ze sceny prosto w ich objęcia. Nie da się tego porównać ze sterylną atmosferą wielkich, stadionowych imprez. Tak też było w zeszły piątek i pozostawiło po sobie wiele ciepłych wspomnień.

Kolejnym plusem takich gigów jest obecność supportów, mniej znanych artystów, którzy dostają szansę pokazania się przed większym gronem odbiorców. Ba, czasem nawet okazuje się, że wśród nich znajdą się prawdziwe perełki, kradnące show gwiazdom wieczoru. Tego piątkowego wieczoru jako pierwszy na scenę wszedł jednoosobowy średniowieczno-rockowy zespół o nordyckiej nazwie Viimaheim. Kto (lub co) wchodzi w skład tego "zespołu"? W dłoniach buzuka, na jednej stopie tamburynka a druga uderzająca w stopę bębna, na którym siedział artysta. Od razu duże brawa za koordynację ruchową. W oczach osoby, która równocześnie potrafi tylko spać i oddychać ogarnianie tylu rzeczy naraz budziło prawidziwy podziw. Brawa również, a może przede wszystkim, należą się za muzykę, choć w całości instrumentalną to bardzo klimatyczną i niebojącą się sięgać po różne inspiracje - celtyckie, nordyckie czy nasze słowiańskie (świetna interpretacja Hej sokoły i Czerwone korale, nawiązanie do filmu Chłopi). Były też partie mocno kojarzące mi się z soundtrackiem do Aktu II z gry Diablo II (miasto Lut Gholein i pustynne krajobrazy). Viimaheim sprawnie operował też tempami, przeplatając bardziej refleksyjne, stonowane kompozycje z galopadami zahaczającymi o, jak sam stwierdził, black metal (swoją drogą czy istnieje coś takiego jak medieval acoustic black metal?). Na koniec dostaliśmy też własną interpretację klasyki viking metalu spod znaku Amon Amarth. Powiem Wam, że choć kilka razy byłem już na folk-metalowych koncertach to takie akustyczne, instrumentalne granie w wersji live było dla mnie bardzo przyjemną nowością i dobrym wprowadzeniem na resztę wieczoru. Po występie udało się nam zbić piątki, chwilę pogadać o AGH-u, UJ-ocie, windzie z Babilonu a ja zaopatrzyłem się w elegancki, drewaniany otwieracz do piwa z logiem muzyka. Do mojego ulubionego "barley wine" będzie jak ulał.

Następnie trafiliśmy w bardziej psychodeliczne, medievalpunkowe (czyt. średniowieczna wariacja nt steampunka, nie muzyki punkowej) klimaty. Duet Jarzmo to objawienie ostatnich lat na polskiej scenie muzycznej. Muzyka ludowa w nowoczesnej, stonerowej odsłonie, hipnotyzujące, przesterowane dźwięki nyckelharpy z akompaniamentem mocnych, perkusyjnych uderzeń to sztuka jedyna w swoim rodzaju. Czytelnicy Muzycznej Kroniki pewnie kojarzą ich debiut z 2024 roku, który nieraz pojawiał się w moich tygodniowych podsumowaniach. Byłem bardzo ciekaw jak taka mocno kontemplacyjna, wymagająca skupienia muzyka wypadnie na żywo ale okazało się, że Kasia Bobik i Piotr Aleksander Nowak oczarować słuchacza potrafią nie tylko w studiu. W oparach dymu i niebiesko-pomarańczowych (jak sznurówki Piotra ;) ) świateł przenieśliśmy się w całkiem inny, surrealistyczny świat. Występ rozpoczął się od mojego ulubionego Pługa, z hipnotyzującym rytmem i przekornym tekstem. Część widowni wyraźnie była zaskoczona, nie spodziewała się chyba takich "wyższych stanów świadomości". Myślę jednak, że z każdym kolejnym utworem lepiej poznawała brzmienia duetu i potrafiła się wczuć w klimat tworzonej przez nich muzyki. Mnie osobiście urzekły zarówno już znane kawałki jak i zdolności muzyków do improwizacji. Na koniec z ust Piotra usłyszeliśmy ważną deklarację na temat streamingów i promowania przez serwisy muzyki tworzonej przy pomocy lub też wyłącznie przez sztuczną inteligencję. Muszę tu od razu uściślić dwie, no może trzy rzeczy. Gdyby nie streaming, zapewne nie poznałbym twórczości Jarzma ale jak z każdej technologii, warto korzystać z niego rozsądnie i wspierać artystów też w inny sposób, jak właśnie wizytą na koncercie czy kupnem płyt, merchu czy mp3 z bandcampa. Aplikacji do tworzenia muzyki czasem sam używam ale jedynie do ożywienia pisanych do szuflady tekstów, trochę by połechtać wlasne ego ale i tak tylko na użytek domowy a mogę już teraz zadeklarować, że łamy Muzycznej Kroniki nigdy nie staną się miejscem promocji wygenerowanej przez AI muzyki. 

Przyszedł w końcu czas na gwiazdę wieczoru. Równie oryginalny choć jednak nieco inny styl prezentuje już od kilku lat skarżyski Czarny Bez. Mamy tu połączenie industrialnego metalu z muzyką ludową i tematyką słowiańską i ogólnopogańską. Muzycy "metalizują" lokalne legendy ale i opowiadają o znanych z historii wydarzeniach. Na scenie też prezentują się widowiskowo, w maskach, piórach czy klasycznie już steampunkowych okularach. Pamiętam jak lata temu usłyszałem ich po raz pierwszy za sprawą Postrzygi. Jeden odsłuch wystarczył bym wpadł w ich sidła na zawsze a piątkowe wydarzenie było dla mnie prawidziwym ukoronowaniem trwającej od 2022 roku fascynacji. Koncert zaczął się właśnie od inspirowanej historią Słowian połabskich Arkony. Dobra decyzja, bo gdy już zaczęliśmy skandować tytułowy wyraz w refrenie to tego swodobnego kontaktu z zespołem nie straciliśmy aż do ostatniej nuty. Potem przyszły kolejne mocne i rytmiczne kawałki takie jak Jaryło, Jaruna, Jarowit, Bitwa nad Tollense czy Noce Kupały. Świetnie też w wersji live sprawdziła się Makabreska czyli śpiewany w gwarze świętokrzyskiej (pozdrawiam teściów z Buska-Zdroju) Noc w leście, w wersji studyjnej jakoś zbyt często pomijany przeze mnie. Miłym zaskoczeniem była obecność Wodnicy w setliście. Jest to świetny kawałek ale przez to, że rozkręca się stopniowo nie dal każdego mógł być koncertowym pewniakiem. Zdradzę Wam, że wypadł kapitalnie. Duża w tym zasługa wokalistki, Lubej, której zdolności interpretacyjne, zabawa wokalem a nawet groźne ryki bardzo udanie zgrywa się z nieco mechaniczną, surową muzyką. Nie oznacza to oczywiście, że kompozycje nie są dopieszczone a elektroniczne wstawki, fragmenty śpiewane przez megafon czy recytowany wstęp do Peruna to smaczki, które zadowolą niejednego "konesera sztuki". Doceniam też umiejętności organizacyjne muzyków, którzy prócz gry na swoich instrumentach musieli dodatkowo obsługiwać te wszystkie efekty. Bez nich jednak brzmienie Czarnego bzu straciłoby część jedynej w swoim rodzaju magii. Magii, która unosiła się w powietrzu od pierwszych akordów Arkony aż po bisy, wśród których nie mogło zabraknąć mojej ulubionej Marzanny. Chyba nie tylko mojej, bo gdy tylko kapela wróciła na scenę, tłum jednomyślnie zaczął się domagać właśnie tego numeru. A w wersji konceertowej to była prawdziwa bomba. I choć po Marzannie zespół zaprezentował jeszcze co najmniej dwa utwory, to fraza "Ty studzisz mą gorącą krew, którą na kamień ofiarny przelałam" towarzyszyła mi przez całą drogę do domu a nawet jescze dłużej.

To był wieczór pełen emocji, spotkania z niezwykłą, daleką od mainstreamowych tropów muzyką, której kontemplacja w takiej atmosferze i takim towarzystwie była prawdziwą przyjemnością. Dziękuję wszystkim artystom i za świetny show i za chwilę rozmowy, pamiętkowe zdjęcia i autografy. Chciałbym zachować choć część tej piątkowej magii na dłużej i móc podzielić się nią z Wami. Przygotowałem więc playlistę z zagranymi na koncercie utworami. A w zasadzie dwie, bo postanowiłem przełamać choć na chwilę monopol "zielonej platformy" i dać szansę Tidalowi. Pamiętajcie jednak, używajcie streamingów rozsądnie a gdy już znajdziecie jakiś "nowy ulubiony zespół" starajcie się go wspierać też w bardziej wartościowy sposób :) Na plejkach nie ma niestety niektórych utworów Jarzmo ani całego setu Viimaheima, który swój debiut dopiero nagrywa ale podrzucam link do jego konta na YouTubie. Miłego odsłuchu i do zobaczenia gdzieś tam na jakimś innym koncercie, a tych w najbliższych miesiącach nie zabraknie!

Spotify 

Tidal 

Viimaheim

Najpopularniejsze