Jak patrzę na ostatnie podsumowania tygodnia to mam wrażenie, że każdy z nich wyróżnia się czymś innym na tle pozostałych. Ten zakończony wczoraj nie jest wyjątkiem. Tym razem cechą szczególną jest większy udział żeńskich wokali, bo nawet na ilustrującym artykuł kolażu 5 z 9 okładek to płyty zespołów z kobietą za mikrofonem.
Podsumowanie zaczniemy właśnie od psychodeliczno-glam rockowej Bobbie Dazzle. Po odejściu ze stoner/doomowej Alunah Sian Blu Greenaway rozpoczęła nowy rozdział swojej kariery, mieszając ulubione wzorce z lat 60-ych i 70-ych z odrobiną XXI-wiecznego stonera. Efekt był niezwykle intrygujący juz na wydanym 2 lata temu debiucie ale nieraz druga płyta boleśnie weryfikuje obiecujące projekty. Na szczęście Star Power pokazuje Bobbie jako nadal pełną pomysłów, rozwijającą i rozszerzającą swoje brzmienia, nie bojącą się sięgać nawet po szybkie, heavy metalowe tempa. Miłym zaskoczeniem jest tez gościnny udział Lity Ford, którą bardzo cenię za jej klasyczne albumy. Reasumując, rock'n'rollowe rytmy, psychodeliczny flet i wysoki, dramatyczny wokal Sian tworzą wspólnie bardzo ciekawą i spójną całość i czuję, że mamy przed sobą jeszcze wiele godzin słuchania.
Mariaż rock'n'rolla ze stoner/doomem choć że zdecydowaną przewagą tych drugich prezentuje szwedzkie Besvärjelsen a ich tegoroczna płyta Till Glömskan... to wydawnictwo bez słabych momentów i co tydzień inny zestaw piosenek trafia do mojej topki. Tym razem ten zaszczyt spotkał dwie psychodeliczne perełki - Battles i Pulse.
W ten piątek premierę miała też najnowsza płyta epic doomowego Smoulder. Witch Wife in An Alien World czerpie też trochę z US powera i dobrze słuchać to w otwierającym tracklistę Water Wars, szybkim i soczystym. Euro-powerowe szaleństwo to znowu domena Włochów i Włoszek z Frozen Crown. Nowym albumem udowodnili, że wbrew nazwie powerowy żar płonie w nich pełną mocą a jeśli nawet dwa lata temu tego ognia trochę zabrakło to Legend of the Six Kings nadrabia ten niedobór z nawiązką. Bardzo udaną płytę, jak już wiecie, zaliczyło norweskie Triosphere, którego basistka obdarzona jest agresywnym choć melodyjnym głosem. Przekonuje mnie coraz bardziej też nowe Matelite, choć tu tytuł płyty nie do końca jest adekwatny. Discovery eksploruje bowiem dotychczasową, elektroniczno-powerową niszę ale robi to nadal w solidnym stylu.
Zostawmy z boku na chwilę premierowe wydawnictwa. Kilka dni temu ukazał się bardzo istotny dla polskiej muzyki re-recording. Legenda polskiego rocka gotyckiego, Closterkeller odświeżyła bowiem swój klasyk Cyan. Przyznam się, że sam z muzyką Anji i chłopaków zetknąłem się dopiero przy okazji Viridian, więc cała XX-wieczna historia zespołu mnie ominęła ale jeśli oryginał brzmiał jeszcze lepiej niż reCyan nie dziwię się, że jest dziś uważany za dzieło kultowe.
Za jedną z najlepszych (jak do tej pory) płyt roku odpowiada też kobieta - odważna, hard-rockowa bestia jak można określić Chez Kane. Wydana w kwietniu Reckless to zbiór rozgrzanych, gitarowych przebojów jakich nie powstydziliby się jej starsi koledzy z Poison, Motley Crue czy Bon Jovi.
Po "męskiej" stronie (choć wiemy, że przynajmniej na pewnych płaszczyznach tę kategorię są dość umowne) mamy sporo progresywnego grania. Po pierwsze chilijskie Aisles i pełne różnych emocji Irrationally. Po zdominowanym przez pandemiczny lęk Beyond Drama przyszedł czas na nieco lżejszy ale też trochę melancholijny, refleksyjny album. Dużym plusem płyty jest jej "lekkość" rozumiana jako przyswajalność, bo artystycznej dojrzałości i kunsztu odmówić mu nie można. Czuć to szczególnie mocno w moich ulubionych Come Back, Anywhere czy Think I'm a Ghost. Myślę, że w przekroju całego roku może być to płyta na Top 10 lub nawet Top 5, choć w tej ostatniej grupie bezapelacyjnie znajdą się takie crossover-progowe dzieła jak AutoMoto Animus amerykańskiego artysty Xaviera Phideaux i A Layman's Guide to Unobtainium niemieckiego Castle Mountain Moon. Słucham ich kolejny tydzień i nie mogę wyjść z wrażenia.
Tak, ten rok jest bardzo życzliwy dla miłośników rocka progresywnego. Nie można jednak zapominać o klasyce a akurat w tym gatunku (jak w wielu wielu innych) porównań do klasyki uniknąć nie sposób. Ja właśnie po klasykę również sięgałem i były to dwie odmienne czasowo i stylistycznie płyty ale każda z nich wywarła na mnie nieoceniony wpływ. Pierwsza z nich - Przechodniem Byłem Między Wami Budki Suflera. Lata 70e, Suflerzy swoim psychodeliczno-progresywnym hard-rockiem przyprawiają naszą scenę muzyczną, przyzwyczajoną do bigbitu o prawdziwe osłupienie. Swoją drugą płytą poszli krok dalej, wprowadzając elementy funku, bluesa i jeszcze bardziej komplikując formy muzyczne. Co się stało potem, cała Polska wie ale te najwcześniejsze albumy (i kilka późniejszych) to przykład ambitnego, autentycznego rocka.
Druga płyta to znowu rock neo-progresywny w najlepszym, choć mrocznym jak na ten styl, wydaniu. The Road of Bones brytyjskiego IQ to płyta monumentalna, pełna kunsztownych suit ale i przejmujących krótszych form. Dla mnie jej kwintesencją jest jednak numer tytułowy, płynący powoli ale pochłaniający po czubek głowy - niczym potężna, nizinna rzeka.
Psychodelicznego grania było u mnie więcej. W muzyczne (nie bad) tripy zabierali mnie Green Lung z Froglordem. Ci pierwsi oprowadzali po okultystycznych, dusznych zakątkach Londynu a drudzy na bagna pełne pradawnych, płazich bóstw.
Pozostali artyści reprezentują różne nurty, mniej i bardziej przeze mnie eksplorowane. Jest więc i legenda hair metalu czyli Cinderella w wersji przekrojowej, bo i najbardziej popularna Long Cold Winter grała u mnie i niedoceniana Still Climbing. W ucho wpadł mi też nowy singiel z nadchodzącej płyty Iron Savior - trzeci z kolei ale pierwszy, któremu udało się mnie porwać. Bardzo dobry debiut zaliczyła melodeath/doomowa Woliera a nie mogę też nie wspomnieć o mającym swój płytowy start dwa lata wcześniej Namorze. Doceniam go z tym większa mocą im bardziej porównuję z kontrpropozycjami zza drugiej, trzeciej, czwartej... strony barykady.
I to wszystko na dziś. Dajcie znać jak Wam minął tydzień i oczywiście zachęcam do odsłuchu najnowszej "tygodniówki" w Spotifaju.






