piątek, 17 lipca 2026

4x4 - Wielkie Czwórki Metalu i Rocka

 



W środę przypominałem Wam o jednym z artykułów z serii 4x4. Dotychczas powstało kilka tego typu wpisów, z czego ostatni około roku temu. W związku z tym zacząłem się zastanawiać nad powrotem do tej formuły i w końcu znalazłem dobry temat. Pomyślałem sobie, że thrash metal ma swoją Wielką Czwórkę, tak samo grunge czy klasyczny doom metal. A jak jest w przypadku innych gatunków? W pierwszym wpisie na tym blogu zaznaczyłem, że moimi ulubionymi stylami są power metal, glam/hair metal, rock neo-progresywny i wszelkiej maści doom. Idąc tym tropem wpadłem na pomysł przygotowania artykułu o wielkich czwórkach każdego z tych gatunków - i tych mniej więcej ustalonych i "kanonicznych" i takich, które moim zdaniem mogłyby spełniać kryteria włączenia. A te, wzorem thrashowego Big4 to przede wszystkim bycie pionierem gatunku i wzorem do naśladowania przez kolejne pokolenia muzyków, nie tylko największą rozpoznawalność ale właśnie fundamentalne znaczenie w rozwoju danej gałęzi muzyki. Czy to się udało i czy moje wybory pokrywają się z Waszymi - zaraz zobaczymy.

Power Metal - Helloween, Blind Guardian, Stratovarius, Gamma Ray.

Power metal dzięki się zwyczajowo na amerykański i europejski. Ten drugi powstał w Niemczech za jego ojca chrzestnego uważany jest Kai Hansen - gitarzysta i wokalista, jeden z założycieli Helloween. Jego głos słychać na pierwszej płycie pt. Walls of Jericho - szybkiej, agresywnej i jeszcze bardziej speed/thrashowej niż stricte powerowej. Kolejne płyty już z Michaelem Kiske za mikrofonem (Kai skupił się na samej gitarze). Wydane z nim obie części Keepers to już prawdziwy fundament power metalu. Po tych krążkach Kai opuścił zespół i założył własną kapelę o nazwie Gamma Ray, która idee power metalowe rozwinęła dalej (w przeciwieństwie do coraz mniej metalowego wówczas Helloween), odkryła dla świata Ralfa Sheepersa a po kilku latach z powracającym do roli wokalisty Hansenem dala nam jedną z najlepszych płyt wszech czasów - pierwsze Land of the Free. Na progu lat 90-ych zadebiutował też Blind Guardian, początkowo też surowy i agresywny by z czasem wprowadzić do kanonu gatunku elementy symfoniczne, wokalne polifonie, akustyczne, ogniskowe balladki (vide Bard's Tale) i inspiracje literaturą s-f i fantasy, czego ukoronowaniem będzie wydany lata później concept albumu w całości oparty o Silmarillon Tolkiena. Jak w tym wszystkim mieści się Stratovarius? Otóż fińskiej ekipie droga do czystego powera zajęła trzy lub nawet cztery albumy ale najważniejsze jest to, że stały się one impulsem do rozwoju drugiej co do wielkości i znaczenia w Europie (po niemieckiej). Bez takich płyt jak Dreamscape czy Fourth Dimension nie byłoby zapewne Sonaty Arctici czy Nightwisha. Warto wspomnieć że choć to Timo Tolkki śpiewa na pierwszych trzech płytach to debiutujący na "czwórce" Timo Kotipelto stał się obok Kiske archetypem power metalowego falsetu, do którego odwoływał się później choćby Tobias Sammet. Jak potoczyły się dalej losy gatunku? Po chwilowej zadyszce przyszedł rok '97 i włoska eksplozja symfonicznego powera ale to już historia na całkiem inny artykuł.

Glam Metal - Twisted Sister, Motley Crue, W.A.S.P., Ratt.

Tu wykazałem się największą inwencją własną, nie ma bowiem żadnego w tej sprawie konsensusu. Poza tym największe gwiazdy gatunku niekoniecznie były tymi najbardziej wpływowymi czy pionierskimi. W swoim wyborze kierowałem się między innymi datą wydania debiutanckich płyt, wprowadzeniem do stylu pewnych charakterystycznych elementów i oczywiście też, choć nie przede wszystkim popularnością. Chciałem pokazać też metalową stronę nurtu nazwanego później trochę pogardliwie przydomkiem 'hair'. Początki glam metalu wyrosły bowiem z nowej fali brytyjskiego heavy metalu, zmodyfikowanej jednak o bardziej melodyjne brzmienie i elementy starszego o dekadę shock rocka i glam rocka. Charakterystyczny makijaż Twisted Sister, skandalizujące, ociekające erotyzmem teksty W.A.S.P. czy ekscentryczne zachowanie Motley Crue - budziło niesmak starszych pokoleń ale idealnie wpisywało się w ideały buntu, zrośnięte od lat z muzyką rockową i metalową. Zauważcie też, że brzmienie i tematyka pierwszych płyt były surowe, jakże inne od cukierkowego grania, tak promowanego przez MTV na przełomie lat 80-ych i 90-ych. Tak wielki wybuch popularności i wszechobecność w mediach stała się też gwoździem do trumny dla całego ruchu. Coraz bardziej przebojowe i komercyjne albumy (choć wcale nie słabe - przykład Rattowego Detonator) przestały pasować do nachodzącej wielkimi krokami brudnej i trudnej ostatniej dekady XX wieku. I nagle te same stacje i wytwornie, które promowały kolorowe, bombastyczne granie odcięło się od niego i zwróciło w stronę grunge'u (też wyeksploatowanego i porzuconego po kilku kolejnych latach). Krach była strasznym szokiem dla wielu muzyków (i glam i thrash metalowych) i wielu się z niego nie podniosło lub było zmuszone całkiem zmienić styl. W.A.S.P. na przykład poszedł w stronę cięższego heavy metalu z wpływami progresywnymi a wydany w 1991 The Crimson Idol był swego rodzaju próbą rozliczenia się z ejtisową przeszłością. Twisted Sister nie nagrało już żadnego albumu z premierowym materiałem (poza kolędami) a Ratt i Motley Crue dopiero około 2010 roku potrafiły zaskoczyć udanymi płytami - odpowiednio Infestation i Saints of Los Angeles. Na szczęście, dzięki Skandynawii od pewnego czasu mamy nową falę glam metalu, którą z uwagą śledzę i nieraz wspominam w swoich podsumowaniach. Bo radosny, przebojowy metal też powinien mieć swoje miejsce w muzycznym świecie.

Death/Doom Metal - My Dying Bride, Paradise Lost, Anathema, Katatonia.

Doom metal ma już swoją wielką czwórkę, czyli Candlemass, Pentagram, Saint Vitus i Trouble. Są to jednak przedstawiciele tzw. tradycyjnego doomu bądź doomu (Candlemass) epickiego. Mnie zawsze jednak najbardziej ciekawił rozwój bardziej ekstremalnej gałęzi gatunku jaką niewątpliwie jest jego mariaż z death metalem. Rozwój, który momentami przyjmował formy niemalże rewolucyjne ale o tym za chwilę powiemy. Możecie mi zwrócić uwagę, że w tej kategorii wyróżniono już tzw. Trójcę z Yorkshire, zwaną też Trójką Peaceville od promującej ich wytwórni. Zalicza się do niej pierwszą trójkę z wymienionych powyżej zespołów. Z drugiej strony katatonia też jest uważana za jednego z pionierów gatunku a jej historia i stopniowa ewolucja brzmienia bardzo dobrze koresponduje z rozwojem całego nurtu. Ale zacznijmy od przełomu lat 80. i 90., kiedy to właśnie w Yorkshire powstały zespoły, które grały ciężko i ponuro a przy tym wolniej niż inni przedstawiciele death metalu. W tekstach zaczęły pojawiać się tematy śmierci, przemijania ale i nieszczęśliwej miłości z czasem coraz bardziej poetyckie. W warstwie wokalnej dominował głęboki growling ale nieraz z akompaniamentem chóralnych zaśpiewów czy, po kilku latach, aksamitnie melancholijnych czystych wokali. Patrząc na dyskografię całej czwórki można powiedzieć, że debiuty były stylistycznie zbliżone do deathowych standardów ale każda kolejna płyta przynosiła coraz więcej przestrzeni i nowych elementów. Sam death/doom był również kluczowy w rozwoju mniej ekstremalnego podgatunku jakim jest gothic metal (nazwany tak od drugiego albumu Paradise'ów, na którym zadebiutowały symfoniczne wstawki). Dla każdej z wymienionych kapel przełomowe były jednak płyty nr 4, które całkowicie odcinały się od zapoczątkowanej kilka lat wcześniej stylistyki. Paradise Lost na Icon postawili na czyste, bliższe tradycyjnemu doomowo brzmienie, Like Gods of the Sun MDB pozbawiona growlingu, pełna smyczków i poetyckiej, melancholijnej ekspresji wokalnej Aarona to dziś klasyka metalu, Tonight's Decision Katatonii jest już wejściem w depresyjno-rockowe/metalowe terytorium a Alternative 4 Anathemy sygnalizuje całkowity rozbrat z metalowymi korzeniami. Jak więc mówić o Wielkiej Czwórce death/doomu kiedy po kilku latach doszło do tak radykalnej zmiany? Myślę, że wpływ tej czwórki na innych zaznaczał się nawet wtedy bo zobaczcie sami, jak potoczyły się losy innych przedstawicieli tej sceny - francuskiego Lake of Tears, szwedzkiego Tiamat czy holenderskiego The Gathering. Każdy z ich po pewnym czasie poszedł swoją drogą i w obranej stylistyce potrafił nadal tworzyć dzieła wybitne. A poza tym, niektórzy nawet po mezaliansach z muzyką elektroniczną (słynny Host PL) potrafili po latach powrócić tam, gdzie zaczynali. 

Rock Neo-Progresywny - Marillion, IQ, Pallas, Twelfth Night.

Tu sytuacja z jednej strony wydaje się prosta - za twórców nurtu uważa się sześciu wykonawców - prócz wybranej przez mnie grupy mamy też Pendragon i Solstice. Założyłem jednak na wstępie, że artykuł ma być o czwórkach więc decyzja o selekcji konkretnych nazw nie była łatwa. Postanowiłem jednak skupić się na tych zespołach, których sam słucham najczęściej. Stąd mimo, że Pendragon powstał już w 1978 roku (czyli przed najbardziej ikonicznym Marillion i moim ulubionym IQ) to jednak myślę, że choćby z punktu widzenia czytelnika, wybór Twelfth Night będzie ciekawszy i pomoże ocalić od zapomnienia ten trochę niedoceniony zespół. A Pendragon ze swoją rozpoznawalnością poradzi sobie i tak. Ale wróćmy do tematu głównego i zastanówmy się jak wyglądał rynek muzyczny na przełomie lat 70 i 80. Rewolucja punkowa, nadchodząca nwothm a z drugiej strony rozwój nowoczesnego popu sprawił, że zapotrzebowanie na skomplikowane, przeintelektualizowane albumy znacznie się zmniejszyło. Zamiast zmuszania do refleksji publiczność oczekiwała czegoś, co będzie korespondowało z buntem i buzujacą w młodzieży złością. W tych realiach przedstawiciele pierwszej fali rocka progresywnego nie potrafili się odnaleźć, szli w stronę elektroniki, "piosenkowego" pop-rocka lub całkiem zawieszali działalności. Jednak już pod koniec lat 70-ych w londyńskim Marquee Club zaczęły pojawiać się zespoły, które wyrosły co prawda z punku ale za cel postawiły sobie odrodzenie progresywnej muzyki. Zachowując pewną punkową ostrość i rezygnując z części dotychczas nierozłącznie prog-rockowych elementów (m.in. mellotron) potrafili zaciekawić słuchaczy opowiadanymi historiami. Do łask wróciły concept albumu ale teraz ich tematyka stała się bliższa problemom zwykłego człowieka - tu dobrym przykładem jest Marillion i poświęcony chorobie alkoholowej Clutching the Straws. Klimat neo-proga ogólnie był początkowo dość mroczny i myślę, że ten niepokój i pesymizm właśnie przemówił do wrażliwości drugiego pokolenia miłośników prog-rocka. Mroczne a zarazem teatralne oblicze gatunku prezentował też wspomniany już wcześniej Twelfth Night, natomiast IQ do teatralności dodawał rozmachu i bardziej klasycznego, symfoniczno-rockowego charakteru. Zresztą sami muzycy IQ trochę odcinali się od określenia neo-prog i uważali swoją muzykę za kontynuację zapoczątkowanej przez Yes czy, zwłaszcza wczesne Genesis fali. Na tle reszty ciekawie przebiega historia Pallas. Założony już w 1976 w Aberdeen zespół był początkowo pod mocnym wpływem punk rocka, co widać w pierwszych nagraniach, by płynnie przejść w coś co zostało potem określone neo-progiem. Szkoci byli również bohaterem skandalu, jaki wybuchł we wspomnianym Marquee Club - ich 15-minutowa suita The Ripper i ekstrawaganckie sceniczne przebranie wokalisty w czasach, gdy Rozpruwacz z Yorkshire był jeszcze na wolności mogło budzić kontrowersje. Co było potem? Pallas dotknęła choroba starszych kolegów i na swej drugiej płycie studyjnej (wydanej po kilkunastu latach) skierowali się w stronę prostszego rocka - można powiedzieć nawet że AORa. Minęło jednak 6 lat i od Beat the Drum dojrzały, symfoniczny prog-rock znów zagościł w ich repertuarze. Patrząc całościowo na te cztery różne historie i późniejszy rozwój drugiej fali rocka progresywnego można powiedzieć, że każda grupa wniosła coś wyjątkowego i sprawiła, że do dziś możemy cieszyć się muzyką wielu młodszych ale niemniej utalentowany artystów. A tych, jak wiecie z moich artykułów, nie brakuje. 

Mamy więc w ten sposób zaprezentowane po 4 fundamentalne zespoły w rozwoju 4 uwielbianych przeze mnie gatunków. Na koniec oczywiście dedykowana playlista i tu również idę "regułą czwórek', dodając do niej po 1 utworze z czterech pierwszych płyt każdego wykonawcy. Dzięki temu z jednej strony możemy zaobserwować krystalizowanie się charakterystycznych elementów danego stylu jak i, przynajmniej w niektórych przypadkach, jego dalszą ewolucję bądź, bywa i tak, porzucenie wyjściowych ram i sięganie po coś jeszcze innego i nowatorskiego. Mam więc nadzieję, że dla każdego z Was czas spędzony na jej odsłuchu będzie ciekawym i inspirującym doświadczeniem. Zapraszam też do dyskusji a jeśli też macie swoje "prywatne" wielkie czwórki, niekoniecznie wybranych przeze mnie gatunków, proszę o polecenia. Chętnie posłucham. 



poniedziałek, 13 lipca 2026

06.07-12.07.2026

 


Poniedziałek, więc dzień obowiązkowego podsumowania tygodnia. Już sam rzut okiem na lastowy kolaż mówi nam, że był to tydzień bardzo zróżnicowany. Nie będę Was zatem trzymał w niepewności, tylko od razu przejdę do sedna.

Tym razem zacznijmy może od nowości, bo choć sezon ogórkowy w pełni, to tym razem wytwórnie przygotowały nam wspaniałą ucztę - może nie objętościowo ale na pewno pełną smaku. Największy hit, wiadomo, Foreign Tongues i żywa legenda rocka. The Rolling Stones na scenie obecni są już siódmą dekadę i co ciekawe, zamiast odcinać kupony od swej popularności, dowieźli nam drugą świetną płytę w ciągu ostatnich kilku lat. Jest tu wszystko to, czym Stonesi są - i trochę bluesa, i rock'n'rolla a nawet ostrzejsze, hard rockowe nuty. Całość skąpana jest zaś w niesamowitym luzie, takim, na jaki pozwolić sobie mogą prawdziwi giganci. Zero kalkulacji co się sprzeda a co nie, tylko muzyka, która jak mój ulubiony utwór z albumu - Hit Me in the Head. 

Inną legendą rocka, choć już bardziej tego glam czy AOR jest Jim Peterik. Założyciel m.in. Survivor od kilkunastu lat działa w duecie z wokalistą Tobym Hitchcockiem a ich zespół nazywa się Pride of Lions. Nazwa zapewne Wam znana, bo często o nich wspominam przy różnych okazjach. W piątek premierę miał Unbridled - płyta numer 8 w ich katalogu, która jest taka jaka być powinna. Melodyjna, gitarowa z fajnymi harmoniami wokalnymi Jima i Toby'ego, mądrymi tekstami (choć już nie tak "filozoficznymi" jak na najlepszej The Destiny Stone) i utworami, które potrafią zapaść w pamięć. Po kilku odsłuchach najmocniej siadło mi póki co I'll Be Your Rock ale liczę, że tych "przebojów" będzie znacznie więcej.

Szóstego czerwca premierę miała za to płyta AutoMoto Animus amerykańskiego kompozytora Xaviera Phideaux. Już jakiś czas temu pisałem tu o promującym jego nowe wydawnictwo singlu Hey Humanity, i to pisałem z zachwytem. Jak na tym tle wypada cała płyta? Muszę powiedzieć, że pan Xavier dał radę a muzykę zawartą na płycie z czystym sumieniem można określić crossover lub eclectic progiem. Mnogość różnych inspiracji, mieszania stylów w celu uzyskania konkretnego efektu jest godna podziwu. Już sam opener w postaci Do What You Will zaskakuje elektronicznym feelingiem przywodzącym na myśl raczej new romantic niż new... wróć neo-prog. Ale czy nie tym jest właśnie progres? Nieustannym rozwijaniem się. Niemniej, jakby nie było, jest to dalej ten sam szukający i znajdujący swoją drogę Phideaux a każda takie niewielkie odchylenie jest tylko i wyłącznie wartością dodaną.

Kolejna premiera jest teoretycznie najmniej rockowa, choć nadal mieści się w szerokim spektrum alternatywy. Warszawskie Mlecze miło zaskoczyły mnie już w przypadku zeszłorocznego debiutu, pełnego rozmarzonych, subtelnych dźwięków, balansujących pomiędzy indie-popem czy shoegazem. W tym roku zespół poszedł za ciosem a Album Niebieski ma w sobie jeszcze więcej emocji, zmysłowości i eteryczności ale i może nieco więcej rockowego pazura? Tak czy siak, jeśli Maruda był jeszcze nieśmiałą próbą zaistnienia w świadomości słuchaczy, to nowa płyta pokazuje już w pełni ukształtowany bedroom pop, jak swój styl określają sami artyści.

Na jednej z facebookowych grup ktoś pisał, że lato to taki czas, gdzie prócz całych albumów, trafia się naprawdę sporo interesujących singli. Według mnie z tym jest różnie ale w zeszłym tygodniu katowałem namiętnie dwie nowe propozycje z dwóch różnych stron mojego muzycznego spektrum. The One to pierwsza zapowiedź nowej płyty włoskich power metalowców z Frozen Crown - rozpędzona, melodyjna, bliska stylistycznie do klasycznego Helloween. Cieszy mnie to i liczę, że po lekkiej zadyszce jaką zespół złapał na ostatnim LP (War Hearts), "Legenda o Sześciu Królach" będzie triumfalnym powrotem do formy. Po odsłuchu The One mam powody by w to wierzyć. Drugi singiel to dość niespodziewany numer, biorąc pod uwagę dotychczasowego dokonania stojącej za nim kapeli. Necropolitan Line jest zwariowaną, psychodeliczno-punkową petardą, której złowieszczości dodają jeszcze wypełniające tło i solówkę organy Hammonda. Nie wiem czemu i zapewnie nie taka była intensja muzyków ale kojarzy mi się to mocno z Phantom Trainem z szóstej części Final Fantasy.

Pora teraz na dwie "wewnętrzne nowości" przez co rozumiem artystów, którzy dopiero teraz zawitali w moja muzyczne progi. Odkrycie MuN zawdzięczam solidarnie dwóm muzycznym pejom - MyWave i Rolowy Świat Muzyki. Obaj koledzy po fachu ich najnowszą (i być może ostatnią) płytę pt Utra uznali za jedno z najlepszych wydawnictw pierwszej połowy 2026 roku. Postanowiłem zweryfikować te inforrmacje i dziś mogę napisać, że trudno się im dziwić. Jest to płyta z gatunku tych, które już od pierwszej nuty potrafią zaintrygować a potem jest jeszcze lepiej. Mnie w ich twórczości ujęła umiejętność płynnego zmieniania stylów i nastrojów przy zachowawniu jednakże własnej muzycznej tożsamości. I chociaż internety szufladkują MuN jako amalgamant stonera, post-rocka i post-metalu, mnie osobiście ciężko uciec od pewnych porównań z norweski prog-death metalowym In Vain

Uzyskanie odpowiedniego klimatu i nastroju nie jest łatwe. Tym trudniej oddać konkretne emocje, jeśli świadomie (lub z przyczyn losowych) rezygnujemy z warstwy wokalnej w muzyce. W tej sytuacji musisz namówić gitarę, bas, perkusję by mówiły za Ciebie, by potrafiły uruchomić w słuchaczu dokładnie te struny, wywołać dokładnie te obrazy, które sobie zamierzyłeś. Takiego zadania podejmuje się już od dobrych kilku lat jedno-osobowy zespół Alien Dishwasher i po wielokrotnych odsłuchach jego kompozycji, z których najbardziej przypadła mi do gustu Sisyphos Strive stwierdzam, że nie jest to nomen omen "syzyfowa praca".

Po wielu latach przerwy, mając ostatnio jakiś niewytłumaczalny apetyt na psychodeliczno-progresywne początki rocka, zwróciłem się ku amerykańskiej kapeli Love i ich drugiej płycie pt. Da Capo. Znajdziemy na niej siedem kompozycji, z których sześć (strona A) to krótkie, "piosenkowe" formy przywodzące trochę na myśl bardziej odjechaną wersję Beatlesów a ostatnia, Reveleation to jedno wielkie jam session z licznymi muzycznymi cytatami, które mogło być jeszcze większe, masywniejsze gdyby nie naciski wytwórni i zwykłe fizyczne ograniczenia czasu na płycie winylowej. Mimo tak skrajnych różnic, każda ze stron jest ważnym etapem w historii muzyki gitarowej i równie mocno zachęcam do odsłuchu Orange Skies i She Comes in Colors (obecne na playliscie) jak i tego niezwykłego Revelation.

Z 1966 roku przeskoczmy do 2005 roku, gdy dla wielu miłośników Candlemass wszystko wracało do normy. Za mikrofonem znów stał Marcolin a światło dzienne ujrzała płyta o najprostszym na świecie tytule, zwana dziś "białą płytą". Oczekiwania były spore i wydawało się, że rzeczywiście po kilku mniej "candlemasowych" (choć wcale nie uważam, że nieudanych) albumach przyszła pora na powrót do klasycznego epic doom metalu. Tego właśnie krażka słuchałem uważnie przez cały mijający tydzień i, też z perspektywy ponad 20 lat, mogę powiedzieć że ten "powrót" był całkiem udany choć teraz widzę go jednak jako pewną rozgrzewkę przed tym, co miało dopiero nadejść. Jakby jednak nie patrzeć, jest to solidny krażek z kilkoma wybijającymi się kompozycjami - wśród nich najmocniej przemówił do mnie Spellbreaker.

Pozostałe albumy, które umilały mi ostatnio czas juz znacie. Są wśród nich płyty wybitne - In Somnolent Ruin death/doomowego Draconian, bardzo dobre - stoner/doomowe Neverending szwedzkiego Monolord, debiut power metalowego Shadowborne zatytułowany Heaven's Falling i zaskakujące "metalowością" Temtation's Gate Finów z Amberian Dawn. Nie mogę pominąć też moich ostatnich odkryć czyli pregresywno-psychodelicznego folk-rocka autorstwa brytyjskiego Circulus, niezwykle sugestywnego, atmosferycznego doom-metalu jaki na płycie Gravejards of Joy gra hiszpański TodoMal a także dwóch power metalowych "re-wizyt" czyli Dragonslayer - koncepcyjnego debiutu Dream Evil z 2002 roku i Epsilon fińskiego Dreamtale - jednej z najlepszych płyt 2011 roku w swej kategorii.

Na koniec zostaje nowy Moonspell, który jest wydawnictwem dość specyficznym, trochę trudnym w odbiorze i budzącym różne emocje. W momentach, gdy już myślę, że czas dać sobie z nim spokój on wraca do mnie z czymś nowym, dotychczas niezauważonym i ciekawość rozpala się ponownie. W tym tygodniu takim kagankiem nadziei był Biblical i kto wie, może od niego wyjdzie w końcu iskra, dzięki której w końcu Far From God zapłonie dla mnie pierwszą jasnością.

I z taką nadzieją zostawiam Was na cały nadchodzący tydzień. Niech Wasza ulubiona muzyka towarzyszy Wam w trudnych i dobrych chwilach, nie tylko "w tle" ale niczym najwierniejszy przyjaciel. A gdy już opadnie trochę ten patos, wylewający się z ostatnich linijek, dajcie znać jak wyglądał Wasz muzyczny tydzień. A poniżej, wiadomo, playlista ;)

Playlista: 12.07.2026


piątek, 10 lipca 2026

Rockowo-Metalowe Suity - Top Lista



Dziś zapraszam na artykuł, o którym myślałem już od kilku miesięcy ale cały czas zmieniała mi się jego koncepcja. Artykuł wyjątkowy, bo też traktujący o wyjątkowej formie muzycznej ekspresji. W końcu jednak podjąłem rzuconą sobie samemu rękawicę i przedstawiam Wam zestawienie 30-u rockowych i metalowych suit - najbardziej zaskakujących, najciekawszych lub po prostu najbardziej przeze mnie lubianych. Jak w każdym przypadku takiej TOP-ki, jest to całkowicie subiektywna lista i oczywiście nie zawsze będzie zgadzać się z Waszymi poglądami ale pamiętajcie, że Muzyczna Kronika ma być przestrzenią do swobodnej wymiany myśli, więc już teraz zapraszam do polemiki :) Wybierając kompozycje do listy starałem się też przedstawić albo nieco mniej znane utwory, utrzymane w "mało-suitowym" gatunku czy, jak niektórych przypadkach, nieco luźniej nawiązujących do definicji suity. Wszystko po to, by dać Wam jak najbardziej zróżnicowaną kolekcję. Ale właśnie, tak się rozpisuję na wstępie a nawet nie wspomniałem czy ta rockowa (bądź metalowa) suita jest.

Otóż w skrócie można powiedzieć, że suita jest długim, kilkuczęściowym utworem lub grupą utworów tworzących jedną, mniej lub bardziej zróżnicowaną ale zazwyczaj spójną tematycznie całość. Wzorcem dla tego typu kompozycji były suity romantyczne czy, bliższe nieco czasowo suity impresjonistyczne, złożone z szeregu miniatur muzycznych połączonych tematycznie ze sobą. Za pierwszą rockową suitę uznaje się zwykle wydane w 1968 roku Ars Longa, Vita Brevis zespołu The Nice, In Held Twas In I z repretuaru Procol Harun czy Saucerful of Secrets Pink Floyd, grupy która obok Yes doprowadziła ten typ utworu do perfekcji. Lata 70-e i światowa dominacja rocka progresywnego i psychodelicznego była złotą erą suity rockowej. Większość szanujących się wówczas artystów podejmowała próby zmierzenia się z niełatwym wszak wyzwaniem nagrywania tak skomplikowanych form, w których nie liczyło się tylko zgranie muzyków ze sobą ale i indywidualne popisy instrumentalistów, w postaci licznych partii solowych, zahaczających nieraz o bardzo swobodne wręcz jammowanie. Nadeszły jednak eksplozja punku i muzyka stała się bardziej zaangażowana, intensywniejsza i bardziej dobitna. Zainteresowanie suitami na pewien czas zmalało i dopiero rozwój i coraz większa "specyfikacja" muzyki metalowej stworzyła odpowiednie warunki do ponownego tworzenia długich, epickich, filmowych wręcz kompozycji będących adekwatnym uzupełnieniem opowiadanej historii, często z gatunku s-f czy fantasy. Nie można też zapomnieć o muzyce neo-progresywnej, której zwiastunem był debiutujący w 1983 roku brytyjski Marillion (vide Grendel ze Script for a Jester's Tear). Obecnie po tego typu formy wyrazu sięgają, obok artystów prog rockowych i metalowych, przede wszystkim przedstawiciele symphonic, power i doom metalu, choć jak zobaczycie poniżej, swoje suity mają też twórcy innych podgatunków muzyki gitarowej. 

Przejdźmy teraz do konkretów. W poprzednich Top Listach kolejność prezentowanych zespołów odpowiadała mniej więcej moim osobistym sympatiom. W tym przypadku, jako że uszeregowanie tylu niezwykłych dzieł od najmniej do najbardziej lubianego okazało się jeszcze bardziej karkołomnym wyzwaniem niż sama selekcja, postawiłem na kolejność chronologiczną. Czas jest wszak trochę bardziej bezwzględny (pozdrawiam pana Einsteina) niż moje chwilowe kaprysy ;) Zaczynamy więc od różowych lat 70-ych i dekada po dekadzie zmierzamu ku "cyfrowym i sterylnym" latom 20-ym obecnego wieku. 

- Uriah Heep - Salisbury (1971) - druga płyta brytyjskich prekursorów hard rocka i heavy metalu najbardziej znana jest z przeboju Lady in Black ale to tytułowy kawałek, 16-minutowa progresywna suita nagrana z towarzyszeniem 24 (lub 26 w zal od źródła) osobową orkiestrą pozostaje ich opus magnum

- Toad - Life Goes On (1971) - ciekawy przykład połączenia hard-rocka z rockiem psychodelicznym i bluesem, najdłuższa kompozycja na debiutamckiej płycie Szwajcarów z częstymi zmianami tempa i długimi partiami instrumentalnymi

- Skaldowie - Krywaniu, Krywaniu (1972) - sam utwór jak i biorąca od niego nazwę płyta to jakże inne oblicze zespołu, znanego powszechnie z lekkich big-bitowych porzebojów. Tu, w ponad 17-u minutach mamy niezwykłą próbę połączenia zachodnich progresywno-psychodelicznych wzorców z rodzimym, góralskim folkiem. Na uwagę, obok swobodnej interpretacji wiersza Tetmajera zasługują muzyczne cytaty z m.in. Czajkowskiego, Borodina czy Roselliniego 

- Budka Suflera - Najdłuższa droga (1976) - pewnie większość z Was spodziewała się znaleźć tu zajmującą całą drugą stronę debiutackiego LP lubelskiej grupy suitę Szalony Koń, będącą najdłuśzym utworem w dorobku Suflerów. Ja trochę na przekór proponuję coś nieco krótszego ale artystycznie i aranżacyjnie nawet chyba bardziej skomplikowanego. Do legendy przeszła próba zagrania Najdłuższej drogi na koncercie w Holandii, gdzie już po 2-3 minutach muzycy zupełnie rozjechali się z prowadzonymi tematami muzycznymi osiągając poziom rasowego free-jazzu by jakimś cudem dojść do siebie i "skończyć w tym samym momencie"

- Exodus - Ten Najpiękniejszy Dzień (1980) - zamykający pierwszą wydaną (a drugą nagraną) płytę polskiego art-rockowego zespołu czteroczęściowy utwór to ponad 19-minut pięknego, refleksyjnego grania w sam raz na wyciszenie po ciężkim dniu. Szkoda tylko, że w momencie premiery longplaya w Polsce wybuchła eksplozja gniewnego, antysystemowego rocka i taka introwertyczna muzyka straciła nagle na znaczeniu

- Twisted Sister - Horror-Teria: (The Beginning) (1984) - wybór może kontrowersyjny, bo gdzie glam metalowi do progresywnego grania. A jednak ta niespełna 8-minutowa, dwuczęściowa opowieść o seryjnym mordercy i spotykającej go sprawiedliwości może być uznana ze swego rodzaju mini-suitę 

- Helloween - Keeper of the Seven Keys (1988) - pierwsza prawdziwie power metalowa suita, pochodząca z albumu, który położył podwaliny pod cały gatunek. Epickie zamknięcie historii o kluczniku i najdłuższy utwór w dorobku niemieckiego zespołu do czasu wydania The King for a 1000 Years w 2005 roku (będącego nota bene kontynuacją tej opowieści)

- Bathory - Twilight of the Gods (1991) - począwszy od Blood, Fire, Death, z każdą kolejną płytą Quorthon coraz bardziej rozwijał styl nazwany viking metalem, inkorporując do niego elementy progresywne, epic doomowe czy klastycystyczne, czego świetnym przykładem jest ta kilkunastominutowa kompozycja z wyraźnie zaznaczonym prologiem, rozwinięciem i epilogiem

- W.A.S.P. - The Great Misconceptions of Me (1992) - epicki finał rockowej opery, w której Blackie Lawless zawarł sporo autobiograficznych wątków. Nie ma tu może, jak w klasycznej suicie ścisłego podziału na częsci ale rozmach, klimat i wpływ jaki ten utwór wywarł na mnie zapewniły mu miejsce w dzisiejszym podsumowaniu. I ta zbieżność - Crimosn Idol - Crimson King ;)

- Running Wild - Genesis (The Making and the Fall of Man) (1994) - Black Hand Inn to rzadki w dyskografii pirate metalowców concept album opowiadający o człowieku wskrzeszonym z martwych by głosić innym nadejście Apokalipsy a Genesis to wieńczący go 15-minutowy kolos, inspirowany pracami Zachary'ego Stichina. Coś co warto znać.

- Lake of Tears - The Path of the Gods (Upon the Highest Mountain, Part 2) (1995) - ta rozbudowana kompozycja zamyka drugą płytę francuskiego zespołu  Headstones, będącą pierwszym krokiem na drodze od klasycznego death/doomu ku bardziej atmosferycznemu, gotycko-akustycznemu stylowi a każda z wymienionych przeze mnie inspiracji znajduje swe miejsce w utworze

- Symphony X - Divine Wings of Tragedy (1996) - dwudziesto-kilkuminutowy kolos złożony z 8 części, inspirowany muzycznie Bachem i Holstem a lirycznie Miltonem i Boską Komedią to modelowy przykład prog-metalowej suity i jeden ze znaków rozpoznawczych amerykańskiej kapeli

- Edguy - Theater of Salvation (1999) - niemiecki zespół na swym koncie ma kilka numerów dłuższych niż 10 minut ale wśród nich to utwór tytułowy z płyty numer 3. jest moim ulubionym, od podniosłego klawiszowego wstępu przez epicki refren po, zupełnie zaskakujące, jodłowane outro - kreatywność pana Sammeta nie znała wówczas granic

- Avantasia - Seven Angels (2002) - jeśli ktoś mnie zapyta, czym jest metal opera, puszczę mu ten kawałek, będący absolutną kwintesencją pierwszych Avantasii i mimo upływu tylu lat pozostaje niedoścignionym wzorem, a może i pewnym koszmarem dla Tobiasa, z którego cienia nadal nie może się całkowicie wydostać  

- Mago de Oz - La cantata del Diablo (Missit me Dominus) (2005) - były już suity prog-rockowe, symfoniczno-powerowe a nawet glam i doom metalowe, czas więc na przedstawiciela folk-metalu. Nie jest to zresztą jedyna tak epicka "piosenka" w ich katalogu ale jej rozmach i złożoność nie mają sobie równych do dziś. Utwór ten zamyka dwupłytowe wydawnictwo zatytułowne Gaia II: La Voz Dormida a z ciekawostek dodam, że w jego konstrukcję wplątano wątki z The Edge of Darkness Iron Maiden

- Rhapsody of Fire - Hereos of the Waterfall's Kingdom (2010) - w historii power metalu były dwa najważniejsze wydarzenia - premiera Keeperów Helloweenu i późniejszy o 10 lat debiut włoskiego Rhapsody. Ten drugi zespół do perfekcji rozwinął długie, filmowe symfoniczno-powerowe suity a wybrany przeze mnie grand finale sagi The Dark Secret to z wielu względów szczytowe osiągnięcie "zjednoczonego Rhapsody", w którym zawarto każdy z typowych dla twórczości zespołu elementów - od folkowej, śpiewanej po włosku ballady, przez powerowe galopady, agresywny "angelic scream" Fabio Lione po partie dialogowe prawdziwych aktorów i niezapomniany głos narratora, którym był sam Sir Christopher Lee

- Furia - Halny (2010) - polski black metal już dawno wyszedł poza ramy nakreślone w Norwegii lat 90-ych a jednym z prowodyrów tego ruchu była śląska Furia, która już w 2010 roku zaprezentowała dwudziestominutową suitę, mieszającą black metal z ambientem, post-rockiem, psychodelą, zimną falą, folkiem i (tu dopisz co chcesz...). A to był tylko 2010 rok...

- My Dying Bride - Barghest O' Whitby (2011) - legenda death/doom metalu na koncie miała już wiele długich, kilkunastominutowych utworów ale raczej były to po prostu powolnie sunące klasyczne kompozycje. W 2011 roku ukazała się jednak EP-ka zawierająca tylko jeden dwudziestosiedmiominutowy, skomplikowany utwór będący muzyczną adaptacja ludowej legendy o czarnym psie, ukazującym się nocą ludziom, których wkrótce czeka śmierć

- Stratovarius - Elysium (2011) - najambitniejszy utwór zespołu w erze post-Tolkki, punkt kulminacyjny i zarazem utwór tytułowy z drugiego albumu nagranego bez wieloletniego lidera i założyciela, trzyczęściowa symfoniczno-powerowa suita z częstymi zmianami nastroju i tempa i moimi ulubionymi przejściami z charakterystycznym suspensem przed głównymi refrenami

- Bane of Winterstorm - Last Sons of Perylin (2013) - nie byłbym sobą, gdybym nie umieścił tu jakiegoś niszowego, mniej znanego, choć patrząc na dobór gości specjalnych na pierwszej i niestety jedynej płycie długogrającej pochodzącego z Australii zespołu można było oczekiwać po niej wysokiej jakości. Tak rzeczywiście się stało, ponieważ dostaliśmy tu pięć długich i rozbudowanych kompozycji, z których do dzisiejszego zestawienia wybrałem ostatnią - najdłuższą, najbardziej intrygującą i doprowadzającą snutą przez cały krążek opowieść do końca

- Kaipa - A Map of your secret world (2014) - wśród tylu niezapomnianych suit, jakie znajdziemy w katalogu weteranów szwedzkiego rocka progresywnego ciężko wybrać tę jedną, jedyną. Ostateczną decyzję podjąłem w zasadzie w ostatniej chwili ale myślę, że ta magiczna nomen omen, przejmująca i marzycielska kompozycja zasługuje na to, by postawić ją tuż przed innymi

- While Heaven Wept - The Memory Of Bleeding / Souls In Permafrost / Searching The Stars (2014) - przez lata działalności twórczej amerykański zespół stopniowo przechodził od epickiego doom metalu w stronę niemniej rozbudowanego ale jednak bardziej atmosferycznego i klimatycznego grania, którego ukoronowaniem był wydany w 2014 roku Suspended at Aphelion. I choć póki co nie ma widoków na kontynuację, warto przypomnieć sobie tę trzyczęściową kompozycję, którą z czystym sumieniem można określić mini-suitą

- Marius Danielsen - Legend of the Valley Doom (2015) - każda epicka historia ma swój początek i to właśnie na swej pierwszej płycie wydanej w ramach metal opery Legend of the Valley Doom Marius Danielsen zamieścił najdłuższą i najabrdziej epicką próbkę swoich możliwości, którą ożywiły takie tuzy power metalu jak choćby Timo Tolkki na guitarze czy John Yelland za mikrofonem - a to tylko czubek góry lodowej zaproszonych gości

- Karnataka - Secrets of Angels  (2015) - utwór tytułowy z mojej ulubionej płyty w dyskografii walijskiej grupy łączącej rock progresywny z delikatną popową przebojowością i lokalnym folklorem. Na wokalu świetna Hayley Griffiths a na dudach (uillean pipes) znany obecnie z Nightwish Troy Donockley. Jeśli folkowe nuty w Nightwishu są Wam bliskie, Karnataka na pewno tez Wam się spodoba

- Big Big Train - Voyager (2019) - wydany w 2019 roku album Grand Tour był dla mnie jedną z pierwszych okazji do obcowania z twórczością tego niezwykłego, brytyjskiego zespołu. Jak się pewnie domyślacie, wykorzystałem ją w pełni a dziś BBT to jeden z moich ulubionych przedstawicieli rocka progresywnego. Duża w tym zasługa jednej z trzech umieszczonych na płycie kilkunastominutowych suit, która świetnie oddaje podróżnicze klimaty i sam motyw wędrówki śladami starożytnej Europy aż po wyczekiwany "homecoming"

- King Buffalo - Red Star Pt. 1 & 2 (2020) - do dziś nie mogę się zdecydować czy to amerykańskie trio jest najbardziej progresywnym zespołem heavy-psychowym czy najbardziej psychodelicznym prog-rockowym. W odpowiedzi na to pytanie nie pomagają takie niezwykłe, hipnotyzująco-przygniatające kolosy jak zajmująca ponad połowę czasu nagraniowego EP-ki Dead Star szesnastominutwa suita, która zachwyci nawet najbardziej wysmakowane psychodeliczno-progresywne gusta

- Soilwork - A Whisp of the Atlantic (2020) - melodic death metal zdecydowanie nie jest "suitowym" gatunkiem ale jeśli ma się w składzie tak wszechstronnego muzyka jak Bjorn Strid, nawet i szesnastominutowa, pełna różnych linii melodycznych i nawiązująca do różnych stylów (prócz melodeathu choćby i AOR, prog-rock czy nawet jazz) kompozycja jest w stanie się obronić. I w dodatku być najjaśniejszym punktem całej EPki o tym samym tytule.

- Mystery - Pearls and Fire (2023) - wspomniałem na wstępie, że do odrodzenia suit przyczynił się m.in. rock neo-progresywny. Mystery to absolutnie mistrzowie gatunku a suity towarzyszą im od lat. Być może dlatego ich warsztat z płyty na płytę jest jeszcze lepszy, co owocuje tak niezwykłymi i przejmującymi kompozycjami jak Pearls nad Fire, dwunastominutowa grown-up song opowiadająca o losach Leo, jego trudnej relacji z ojcem, wiecznych próbach uzyskania jego aprobaty aż po dramatyczny finał, którego jednak nie zamierzam Wam spojlerować

- Lazersleep - Gravity (Chapter III, I, II)  (2025) - rok temu debiutacnki album fińskiego kwartetu spadł na mnie jak grom z jasnego nieba i w samym środku lata ja zanurzałem się w smętne, oniryczne i psychodeliczne klimaty, których absolutnym ukoronowaniem jest ta monumentalna, trzyczęściowa kompozycja

- Shepherds of Cassini - Abyss (2025) - na zakończenie kilkunastominutowa kompozycja wpisującego się w szeroko rozumiany nurt eksperymentalnego post-metalu nowozelandzkiego zespołu. Powolne budowanie napięcia, elementy łagodne kontrastujące z bardziej brutalnymi, instrumentalne popisy i te jakże charakterystyczne dla ich brzmienia elektryczne skrzypce robią swoje. Czuję, że całe to zestawienie byłoby znacznie uboższe, gdybym w ostatniej chwili nie przypomniał sobie o jej istnieniu


Trzydzieści utworów, z czego tylko dwa krótsze niż 10 minut. Ile mamy więc łącznie? Siedem i pół godziny ambitnej, pełnej nagłych zwrotów, zmian tempa i emocji muzyki. Jak tego słuchać? Proponuję w trybie "losowym" - być może Fortuna zapozna Was z artystą, który na dobre wejdzie do Waszego muzycznego panteonu. Osoby nie do końca usatysfakcjonujące moimi wyborami zaś jeszcze raz zapraszam do dyskusji i podsuwania mi swoich ulubionych rockowo-metalowych suit. Być może za kilka miesięcy powstanie druga odsłona takiego zestawienia a wtedy, kto wie, może odnajdziecie też swoich faworytów. Na ten moment życzę Wam udanego weekendu i celebrowania wolnego czasu z jak najlepszą muzyką!


Playlista: My Top 30 Rock & Metal Suites





poniedziałek, 6 lipca 2026

29.06-05.07.2026

 


Zastanawiam się nieraz, czy podsumowania tygodnia, w których piszę po raz kolejny o tych samych, świetnych płytach, od których wprost nie mogę się oderwać są dla Was równie ciekawe jak te pełne nowości, przypadkowych odkryć lub sentymentalnych powrotów do przeszłości. Szczerze, nie potrafię znaleźć na to jednej dobrej odpowiedzi, tak się jednak składa że ostatnie artykuły plasują się tak mniej więcej po środku. A jak jest w przypadku tego czerwcowo-lipcowego tygodnia zaraz się przekonacie.

Na początek trochę powtórki z rozrywki, czyli doom metalowe albumy roku, a przynajmnien pierwszego półrocza. Death/doom/gothic metalowy Draconian z In Somnolent Ruin, stoner/doomowy Monolord i jego Neverending oraz doomed heavy metalowcy z Khemmis i ich self-tittled piąty krążek. O każdym z nich napisałem już wiele dobrego i myślę, że nie pozostaje już nic innego jak tylko nadal zasłuchiwać się w te wzniosłe, melancholijne i lekko psychodeliczne dźwięki. W dalszym ciągu przyjemnie słucha mi się portugalskiego Heavenwood i wyczekiwanej od lat "dwójki" Tarot of the Bohemians. Wszystko za sprawą mojej ulubionej kompozycji, szóstej na trackliście The Moon, gdzie damsko-męski duet wokalny podkreśla gotycko-okultystyczny klimat tak utworu jak i całego wydawnictwa. 

Na pewno obserwujcie, że tego typu klimatów jest u mnie ostatnio naprawdę sporo. A to nie wszystko, bo doom i gothic metalowe zespoły dowożą kolejne ciekawe nagrania. Weźmy np dwie piątkowe premiery, na które czekałem z największą niecierpliwością. Pierwszą jest Graveyards of Joy hiszpańskiego Todomal, który łączy w sobie doom metalową melancholię ze space rockowymi przestrzeniami uzyskując w efekcie coś, co najbardziej adekwatnie określić można mianem atmosferycznego doomu. Ilość subtelności, jaką muzycy włożyli w swoje kompozycje jest w tym gatunku naprawdę rzadko spotykana a przy tym wszystkim udało się im nie ulecieć całkiem w "rajską dziedzinę ułudy" i nie stracić przez to "słuchalności". Czuję, że w takie kawałki jak For Mędrcy czy utwór tytułowy będę zanurzał się regularnie przez kolejne tygodnie. 

Trochę inaczej mam z Far From God portugalskiego Moonspell. Jest to zespół, który na koncie ma kilka świetnych krążków, kilka nie zawsze trafionych eksperymentów i kilka po prostu przyzwoitych. Pierwsze zapowiadające płytę nr 13 single nie potrafiły mnie porwać. Udało się to dopiero wydanemu całkiem niedawno The Great Wolf in the Sky i dziś, gdy już jestem po kilku sesjach z całością materiału czuję, że jest to płyta, która ma w sobie coś ale wymaga czasu i uważności by w pełni ją docenić. Liczę, że to mi się uda.

Na granicy rocka i metalu, psychodelii i shoegaze'u plasuje się Junius, zespół który niespodziewanie wydał po kilku latach przerwy nową, naprawdę solidną i wciągającą płytę. Sotera ma w sobie coś z kosmicznej eteryczności swych poprzedniczek ale jednocześnie wydaje się bardziej dociążona i, jakby to nie zabrzmiało, przebojowa. Szczególnie dobrze słychać to w utworze pt. Lucifera, który też wczoraj wrzucałem na swojego FB. Na taki Junius warto było czekać.

Przyszła kolej też na siódmy album w dyskografii Candlemass, zatytułowany From the 13th Sun. Leif Edling nigdy nie ukrywał, że był to hołd dla najlepszego zespołu wszech czasów, jak określał Black Sabbath. I w wielu miejscach to porównanie było trafione. Otóż Black Sabbath ma w katalogu albumy, które wcale nie brzmią jak Black Sabbath a "trzynastym słońcem" Candlemass dorobił się płyty, która wcale nie brzmi jak Candlemass. I czy to źle? Akurat w tym przypadku wyszło bardzo ciekawie, nietypowo bo to najbardziej psychodeliczno-stonerowa płyta w dorobku szwedzkiej legendy epic doom metalu. Weźmy np dwie kompozycje, które najbardziej polubiłem - Elephant Star to hołd oddany Children of the Grave i całemu Master of Reality Sabbathów a Galatea ma w sobie coś tak gruzowo-onirycznego jak twórczość młodszego o lata REZN. Tak więc podsumowując tydzień spędzony z tą płytą, nie były to może "świeczki" ale i tak kawał świetnego, choć całkiem innego doomu.

Na koniec doomowej części dzisiejszego wpisu, coś z nowości singlowych. Croak to owoc ponownej współpracy bagiennych metalowców z Froglord z dziesiątą muzą, gdyż utwór ten promuje film pt. Frogman Returns. Muzycznie mamy tu klasyczne dla żabiego lorda sludge'owo gruzowe doomu i cóż, nie sposób sparafrazować klasyka - żabo, jesteś piękna.

Ostatnio wspominałem o renesansie symfonicznego metalu z operowym żeńskim wokalem. I to się dzieje nadal bo nowa płyta Amberian Dawn, Temptation's Gate bardzo mi się podoba. Zwłaszcza że ten pierwiastek metalowy, a czasem wręcz power metalowy jest tak mocno zaznaczony. Melodyjne, podniosłe galopady a miejscami nawet agresywniejsze, growlowane wstawki robią robotę. Łagodniejsza i subtelniejsza jest natomiast EPka Long Cursed Sleep holenderskiego Blackbriar ale Zora i jej świta od zawsze z tej poetyckiej delikatności byli znani. Ten zwrot ku symfonicznemu graniu zaowocował też sięgnięciem po twórczość innego holenderskiego zespołu. I to takiego naprawdę mainstreamowego. Odświeżyłem bowiem sobie The Heart of Everything, jeden z moich ulubionych albumów w dyskografii Within Temptation. Przez lata myślałem, że to ich ostatni prawdziwie symfoniczno metalowy krążek i choć ostatnie wydawnictwo wróciło trochę do korzeni, to do poziomu takich kompozycji jak Our Solemn Hour czy The Howling nie udało im się zbliżyć.

Miłośnikom power metalu za to mogę obwieścić, że styl ten wraca u mnie do łask. Przyczyniły się do tego po równo i stare i najnowsze albumy. Z tego pierwszego grona najwięcej czasu spędziłem z Epsilon, piątym i uwielbianym przeze mnie albumem fińskiego Dreamtale. To płyta, która ma w sobie to, co w muzyce zespołu najlepsze. Erkki Seppanen ze swym wyjątkowym wokalem, szybkość i melodie, mocne i wartościowe teksty i tą jakże typowo fińską mieszankę klawiszowych popisów z gitarowym podkładem. I choć ten album wydano w 2011 roku to duchem jak najbardziej wpisuje się w złotą dla powera pierwszą połowę lat dwutysięcznych. 

Druga płyta, jeszcze starsza bo kończąca niedawno 24 lata to Dragonslayer szwedzkiego Dream Evil. Do jej posłuchania zachęcił mnie swoimi komentarzami Michał Czyżewski i z tego miejsca mu bardzo dziękuję. Ja z Dream Evil osobiście zawsze najchętniej sięgałem po najbardziej znaną Book of Heavy Metal ale patrząc w czysto power metalowych kategoriach to ten koncept album, opowiadający o, nie zgadniecie, polowaniu na smoka jest najbardziej ognistym, najszybszym i najbardziej powerowym w ich całym katalogu. I zajebiście się go słucha, po prostu.

Pozostając w Szwecji, kolejny tydzień czas umilał mi Chapter V: Unbent, Unbound, Unbroken heavy/powerowego Hammerfall. Jest to album, który miał tego pecha, że ukazał się po kapitalnym Crimson Thunder i przez lata stał zawsze w jego cieniu. A przecież to też świetny zestaw utworów, zarówno metalowych hymnów w stylu Blood Bound jak i powerowych patatajek jak Secrets. No i, co ważne dla fanów fantastyki, jest to pierwszy krążek aż tak wyraźnie inspirowany Pieśnią Lodu i Ognia - sam tytuł to przecież zawołanie rodowe Martellów z Dorne. Wiedzieliście o tym?

Ten sam, wspomniany powyżej Michał ostatnio często sięgał po twórczość Jorna Lande. Jak się to ma do mojego tygodnia? Otóż Jorn był pierwszym wokalistą niemieckiego Masterplan, zespołu, który powstał jako rozwinięcie stylu zaprezentowanego na The Dark Ride, najmroczniejszym albumie w historii Helloween. Macierzysta kapela odrzuciła pomysły Rolanda Grapowa i Uli Kuscha, ci więc założyli własną formację. Dziś w Masterplan z tej trójki został tylko Grapow a za mikrofonem stoi znany z wielu hard, heavy i powerowych składów Rick Altzi. Ta grupa wydała niedawno płytę Metalmorphosis, która jest w porządku. Po prostu w porządku, można jej posłuchać bez bólu uszu, Altzi dość dobrze zastępuje Jorna a muzyka trzyma poziom sprzed lat. Wszystko jest na swoim miejscu ale jakby tego przebłysku geniuszu gdzieś tam zabrakło. 

Ciekawi mnie jeszcze, czy ktoś pamięta o takim zespole jak Terasbetoni? Swego czasu wystąpili nawet na Eurowizji, grali mocny heavy metal z pewnymi wpływami powera a za mikrofonem stał basista Jarkko Ahola. Panowie wydali kilka dobrze przyjetych płyt, potem wokalista rozpoczął karierę solową i zespół zawiesił działalność. A byli pewnym ewenementem na scenie, gdyż wszystkie utwory śpiewali w swoim macierzystym języku. Jeśli więc szukacie czegoś nieco "innego", zróbcie to co ja i sięgnijcie bo jakąś płytę fińskiego "żelazobetonu" ;)

Czy to już koniec? Nie całkiem. Jest na FB taka grupa jak RMP - Rock/Metal Progresywny i to w niej, w ramach swojej serii #alfabetrocka posty publikuje Krzysztof Pękala. Dzięki niemu poznałem już niejeden intrygujący a mniej znany zespół. Nie inaczej było w tym tygodniu a moim łupem padł Circulus, brytyjski zespół grający tak charakterystyczną dla Wysp mieszankę progresywnego rocka i folku. Za namową autora postu sięgnąłem po ich album nr 2, wydany w 2006 roku Clocks Are Like People i rozpłynąłem się w delikatnych dźwiękach, nasyconych nutką ludowej magii i podkreślonych umiejętnie dopasowanymi harmoniami wokalnymi, dzięki którym ma się wrażenie uczestnictwa w jakiejś gawędzie, snutej w tawernie na rozstajnych drogach, na skraju mrocznej puszczy. Serio.

Ok, teraz już dopłynęliśmy do drugiego brzegu. Kolejny tydzień za nami a tuż pod wpisem jak zwykle link do playlisty. Piszcie w komentarzach, jakiej Wy muzyki najczęściej słuchaliście, co Was zachwyciło, co rozczarowało i co nowego trafiło do Waszej biblioteki. Pozdrawiam!






czwartek, 2 lipca 2026

Czerwiec 2026 - Podsumowanie Miesiąca

 


My Dying Bride wydało kiedyś płytę 34,788%... Complete a rok 2026 w dniu dzisiejszym osiąga 50,411% by być już complete. Co to oznacza? Otóż, czerwiec już za nami i czas na muzyczne podsumowanie miesiąca. Jednego z nalepszych miesięcy tego roku, trzeba dodać. A czyja to zasługa? Wszystkich wymienionych poniżej artystów.

Draconian - bo In Somnolent Ruin, pierwsza studyjna płyta po powrocie Lisy Johansson nie była w żadnym wypadku bezwstydną grą na nostalgii a wręcz przeciwnie, zespół postawił na jeszcze bardziej podniosłe, przejmujące i przytłaczające brzmienia dowożąc nam jedną z najlepszych płyt roku

Monolord - bo przez lata stale rozwija, urozmaica i dopieszcza swój styl, nie pozwalając słuchaczowi się nudzić nawet przy dłuższych niż "standardowe 5 minut" kompozycjach a najnowsza Neverending to właśnie, nomen omen, potwierdzenie niekończącej się ewolucji szwedzkich stoner/doomowców

Khemmis - bo gdy niebędącą debiutem płytę nazywa się imieniem kapeli, stoi zwykle za tym jakiś poważniejszy powód. I tak właśnie piąty album Amerykanów można uznać za deklarację programową ich stylu, który sami określili mianem doomed heavy metalu

Nevermore - bo nikt nigdy nie grał i raczej nie będzie grał tak jak oni z Warrelem Dane za mikrofonem. I choć kibicuję ich powrotowi i z zainteresowaniem przyjmę informację o nowej muzyce wydanej pod tym szyldem, to jednak skład odpowiedzialny za Dead Heart in a Dead World i pokrewne będzie zawsze najbliższy memu sercu

Evergrey - bo ekipa Toma Eklunda jak nikt inny potrafi grać swoje, nie zjadając równocześnie wlasnego ogona. Architects to już ich piętnasty album więc taką opinię można uznać za komplement

Mirror of Deception - bo obok takiego albumu jak Transience nie można przejść obojętnie. I nawet jeśli odkrywasz go dobre kilka miesięcy po premierze, potrafisz poświęcić dla niego inne doom metalowe perełki, na które czekałeś od dawna

Przesilenie - bo w folk metalu nie chodzi tylko o granie heavy/power/death/doom/blacku (niepotrzebne skreślić) w akompaniamencie fletni Pana/dud/cymbałków etc tylko o przesycenie tej muzyki prawdziwie ludowym klimatem i sposobem myślenia. I to właśnie na Kołowrocie udało się idealnie zrealizować

Echo Zero - bo jeśli za fantastyczno-naukowy (jakkolwiek) concept album biorą się muzycy niezwiązani ze światem prog-rocka czy power metalu możemy spodziewać się czegoś wyjątkowego. A jeśli tymi osobami są muzycy odpowiedzialni chociażby za Gruzję czy Biesy, mający "w końcu na siebie pomysł" - efekt zwala z nóg.

Elle Zero - bo towarzyszenie Leonardo Trevisanowi od jego pierwszego albumu, obserwowanie jak rozwija swój warsztat muzyczny i (co ważne) ilustratorski z każdym kolejnym wydawnictwem to naprawdę wielka frajda. Większą może być jedynie odsłuch wieńczącego trylogię Travelling, mającego w sobie to co każda rasowa nwothm-owa płyta

Shadowborne - bo debiut szwedzkej kapeli, Heaven's Calling pojawił się u mnie w idealnym momencie. Swoimi inspirowanymi Pieśnią Lodu i Ognia tekstami wypełnia czas między jednym a drugi odcinkiem Rodu Smoka a muzyką - szybkim, melodyjnym i podrasowanym elektroniką power metalem "odzyskał" mnie dla tego gatunku po kilku dłuugich tygodniach przerwy

To była dopiero pierwsza "dziesiątka", której chciałbym szczególnie podziękować za mnóstwo muzycznych ale i intelektualnych i emocjonalnych doznań w ostatnim miesiącu. Warto jednak wspomnieć jeszcze o kilku innych ważnych dla mnie, z różnych powodów, artystach. Z czerwcowych nowości bardzo przyjemnie spędzało się czas chociażby z drugą częścią Tarot of the Bohemians, portugalskiego Heavenwood - gdzie elementy symfoniczno-gotyckie spotykały się z delikatną nutą doom metalu czy EP-ką symfoniczno-metalowego Blackbriar, zatytułowaną Our Long Cursed Sleep, będącą godnym zamknięciem rozdziału rozpoczętego rok temu przez kapitalne A Thousand Little Deaths. Jak zawsze ciekawy amalgamat gatunków zaprezentował szwedzki Call the Fraud na płycie Unpleasant Destructive a Eternal Monsters, wydana w maju dwudziesta-któraś płyta brytyjskiej legendy pagan-gothic-rocka, Inkubus Sukkubus swój okultystyczny wpływ wywierała na mnie przez kolejny miesiąc.  Nie mogę też nie wspomnieć o czerwcowym bohaterze muzycznych wykopalisk, czyli progresywno-hard-rockowo-psychodelicznym Jade Warrior z Wielkiej Brytanii i ich wydanych na początku lat 70-ych albumach, ze wskazaniem zwłaszcza na ten pierwszy, eponimiczny krążek. A jeżeli wierzycie, że stara miłość nie rdzewieje to najlepszym przykładem będzie u mnie namiętne słuchanie Am Universum, piątej płycie Amorphis, o której ciepłych słów napisałem już wiele - i przy okazji czerwcowych podsumowań tygodnia i również w postach z poprzednich lat. Nie ma i nie było w ich katalogu lepszej płyty - tak jest i nie zapraszam do dyskusji.

Oczywiście możemy, i nawet bardzo by mi było, gdybyśmy przedyskutowali pozostałe tematy, a zwłaszcza jeśli podzielicie się Waszymi czerwcowymi zestawieniami najchętniej słuchanym piosenek, płyt czy zespołów. A jeśli chcecie po prostu posłuchać dobrej muzyki, czerwcowa playlista już na Was czeka. Enjoy!

poniedziałek, 29 czerwca 2026

22.06-28.06.2026

 

Tydzień za tygodniem, każde kolejne podsumowanie jest nieco inne a proporcje między gatunkami płynnie się zmieniają. Są też jednak takie okresy, gdzie pewny trend zostaje utrzymany a nowości jest mniej. Trochę to wina wydawców, którzy na lato serwują nam mniejsza liczbę premier, trochę wina (a raczej zasługa) świetnych płyt, które zatrzymują mnie przy konkretnym stylu na dłużej. Dziś ponownie, po kolejnych 7-dniach przychodzi mi zadać sobie to samo pytanie - jak wyglądał mój muzyczny tydzień?

Rzeczywiście okres od 22-go do 28-go czerwca był czasem pewnej stabilizacji. Kolejne tygodnie spędziłem przy takich doom-metalowych arcydziełach jak In Somnolent Ruin death/gothic/doomowego Draconian, self-tittle albumu od bardziej tradycyjnie heavy metalowego Khemmis czy nowym krążku stoner/doomowców z Monolord pt. Neverending. Kontynuowałem też zapoznawanie się z liczącym sobie już blisko 40-lat czwartym albumem Saint Vitus - jednego z ojców doom metalu. Mournful Cries jak już wiecie, zwrócił moją uwagę przez okładkę z hybrydą smoka i hydry ale muzyka, jaką zespół tu prezentuje w pewien sposób koresponduje z ilustracją. Jest potężna, budząca respekt i niczym pożoga, pochłaniająca coraz mocniej. Na przeciwległym, bardziej piosenkowym ale niestroniącym od "gruzu i fuzu" biegunie postawiłbym pierwszy singiel zapowiadający nowe wydawnictwo szwedzkiego Besvärjelsen. Didn't Come to Party jest taki właśnie trochę imprezowy ale gdy tylko mamy na myśli jakieś psychodeliczno-okultystyczne party. Mnie się podoba.

Szwedzcy mistrzowie epickiego doom metalu, Candlemass na koncie ma 13 albumów studyjnych. Jak wiecie, odsłuchuję po kolei wszystkie, od legendarnego Epicusa. Tym razem przyszła kolej na mniej przeze mnie znany okres w ich twórczości, mianowicie czas Björna Flodkvista za mikrofonem. Zadebiutował on na szóstej (bo Chapter VI był piątym studyjniakiem) płycie zespołu, wydanej w 1998 roku Dactylis Glomerata. Jest to płyta trochę dziwna i na pierwszy rzut oka, mało "świeczkowa". Mamy tu coraz więcej instrumentów klawiszowych, bardziej psychodeliczne klimaty i ogólnie taki gotycki klimat, stojący w kontrze do podniosłych pieśni z "klasycznego okresu". Ma to jednak swój urok, a zwolnienie i wejście klawiszy w I Still See the Black to jeden z najlepszych momentów tej płyty. Na uwagę zwracają też dynamiczne, punkowe momenty w Lidocain God czy psychodela wyłaniająca się z Abstrakt Sun. Nie spodziewałem się, siadając do płyty, której wcześniej chyba nigdy w całości nie przesłuchałem, że przyniesie mi ona aż tyle niezwykłych doznań a jej mroczny klimat będzie być może jedynym źródłem chłodu w te upalne, czerwcowe dni.

Tak jak artykuł o smokach pozwolił mi wkręcić się w muzykę Saint Vitus, tak wtorkowa nitka na utwory inspirowane prozą GRR Martina przypomniała mi o Take the Black - solidnej choć rzadko dotychczas słuchanej przeze mnie kompozycji heavy/powerowego HammerFall. Czuję, że zawierający ją album, Chapter V zostanie ze mną na dłużej. 

Power metal ostatnio nie był u mnie częstym gościem. Na szczęście dzięki debiutującemu w zeszłym tygodniu Shadowborne nie musze sięgać jedynie po starsze krążki ale mogę ekscytować się szybkim, melodyjnym i również nieco elektronicznym brzmieniem płyty Heaven's Falling. Co więcej, gro utworów również jest inspirowanych Pieśnią Lodu i Ognia z epickim Hold the Door na czele.

Mówiąc o zmieniających się proporcjach gatunków warto wspomnieć o nowym, starym graczu wkraczającym od tygodnia na scenę. Metal symfoniczny z kobiecym wokalem, zwany czasem (może nieco krzywdząco) diva metalem miewa u mnie lepsze i gorsze okresy. Obecnie dzięki najnowszej EP-ce Blackbriar zainteresowanie wróciło a piątkowa premiera Temptation's Gate, pierwszego od sześciu lat albumu z premierowym materiałem, jaki przygotował fiński Amberian Dawn ten efekt wzmocniła. Jest to pierwsze wydawnictwo z nową wokalistką, Nicole Willerton w składzie i pierwsze od dawna pełne takiego ognistego, soczystego metalu z mocnym wskazaniem na symfoniczno-powerowe elementy. W kąt odrzucono ten cały abba metal, z jakiego ostatnio byli znani i wg mnie był to strzał w dziesiątkę a singlowy Moon to jeden z najostrzejszych i najcięższych kawałków w ich dorobku. Jak na dość ubogi premierowy piątek, Temptation's Gate było dla mnie płytą numer 1.

Drugi tydzień z rzędu spędziłem na przypominaniu sobie mojej ulubionej płyty Amorphis. AM Universum ma w sobie to coś, czego brakowało mi na kilku nowszych wydawnictwach. Melodie, nastrój, kosmiczny klimat i ten przełamujący to wszystko saksofon. Kurde, kiedyś to były czasy.

Nawiązując do jednego z wpisów Adriana Płodzienia na fb grupie MetalNews sięgnąłem po twórczość duńskiego VOLA. Śledzę ich z zainteresowaniem praktycznie od debiutu i, jeśli miałbym wejść w lekką polemikę z kolegą, najbardziej lubię to ich oblicze, w której elementy progresywne są równo wyważone z tymi post-metalowymi. Nadaje to całości pewnej unikalności, o którą w dzisiejszej muzyce naprawdę niełatwo. Stąd też na dzisiejszej playliście macie do spradzenia po 1 utworze z Inmazes i Applaus of a Distant Crowd.

Jeśli już o oryginalności w metalu mówimy to zapraszam do Krakowa na tutejszą black metalową scenę. W tym miesiącu wydała ona kolejny ciekawy projekt pod nazwą Echo Zero a ich debiut pt. E0 to niezwykła, post-blackowa płyta koncepcyjna. Połamane rytmy, szalone wokale i surrealistyczna historia - tak się gra tylko w Mieście Kraka.

Pora na niewielki progresywny kącik. W nim nadal panoszy się Jadeitowy Wojownik - legendarna prog-psychodeliczno-hard rockowa kapela z UK z debiutem, na którym prócz wymienionych nurtów trafiamy choćby na elementy etnicznej muzyki Masajów. Co mogę jeszcze dodać, jeśli szukacie czegoś przekraczającego bariery stylów a pociąga Was muzyczna archeologia, Jade Warrior jest dla Was.

Po jednej z wizyt w Maciejkowym Ogródku Muzycznym przypomniała mi się przepiękna kompozycja neo-progresywnego Mystery pt. Sailor and the Mermaid, pochodząca z albumu Beneath the Veil of a Winter's Face. Jak cała twórczość kanadyjskich muzyków, jest to niezwykle przejmujący i pełen piękna utwór, płynący powoli i wciągający każdą odegraną z pasją nutą. Dziękuję Maćku za te wszystkie wzruszenia, jakich w tym tygodniu doświadczałem i czekam na kolejne wyprawy.

Jakiś czas temu w audycji Epoka Żelaza pojawił się mój ulubiony bard, Damh the Bard. Było to miłe zaskoczenie a zarazem impuls, by również tak jak red. Julia, ponownie poczuć "ducha Albionu" - taki właśnie tytuł nosi płyta, po którą w tym tygodniu sięgnąłem by choć na chwilę przenieść się do staroangielskich lasów, pełnych szumu liści, śpiewu ptaków a przede wszystkim cienia i podmuchów wiatru na rozgrzanej twarzy.

Jak tu się nie rozmarzyć, gdy skóra spływa z człowieka razem z potem. Łapcie więc może odrobinę wiosenno, jesienno, zimowej muzyki, jakiej pełno jest na dzisiejszej playliście, słuchajcie, komentujcie i wrzucajcie swoje podsumowania. Obyście zawsze znaleźli wodę i cień!

Playlista: 28.06.2026 

piątek, 26 czerwca 2026

Wiosna 2026 - Podsumowanie Kwartału

 


Ciężko uwierzyć, że już dwa pierwsze kwartały nowego roku znikają w mrokach dziejów. Drugi z nich, wiosenny był u mnie trochę jak przysłowiowy kwiecień - przeplatał trochę zimowego, mrocznego doomu i psychodelii a letnimi, pogodnymi power metalem i aor-em, dodając do tego jeszcze trochę innych muzycznych frontów atmosferycznych. Najważniejsze jednak, że póki co był to chyba najlepszy artystycznie okres w tym roku a wiele z wydawnictw, o których za chwilę opowiem może spokojnie czekać na miejsce na liście albumów roku. 


NAJCZĘŚCIEJ SŁUCHANY UTWÓR

Draconian - Cold Heavens - po cichu liczyłem, że zapowiadany od dłuższego czasu nowy album szwedzkich death/doom/gothic metalowców będzie czymś pięknym w swej melancholii ale nie byłem przygotowany na to, że już pierwszy singiel wyrwie mnie z butów swoim ładunkiem emocjonalnym, niespotykaną dotąd mocą i siłą głosu wracającej po latach przerwy na swoje miejsce za mikrofonem Lisę Johansson. Tak energicznego, pełnego pasji i tragizmu numeru w swojej dyskografii jak dotąd Szwedzi nie mieli.


NAJLEPSZE ALBUMY KWARTAŁU

Ostatnie miesiące to zdecydowanie u mnie czas zadoomy i to od tego gatunku zaczniemy podsumowanie najlepszych płyt ostatnich trzech miesięcy. Nie będzie zaskoczeniem, gdy wymienię w tym gronie In Somnolent Ruin zespołu Draconian - wrażenia, jakie wywiera na mnie ich muzyka dobrze opisałem już powyżej.  W podobnym klimacie tworzą też francuskie Angellore, fińskie Hanging Garden i portugalskie A Dream of Poe a ich najnowsze dzieła, odpowiednio Nocturnes, Isle of Bliss i Katabasis: A Marriage Among Ashes również są warte uwagi ze względu na umiejętność łączenia grobowego ciężaru z romantyczną melodyką. Nie można pominąć też bardziej stonerowej gałęzi doom metalu, w której króluje szwedzki Monolord i jego najnowsza płyta pt. Neverending. Jestem pod wrażeniem jak można stałe ewoluować brzmienie pozostając wiernym swojej własnej stylistyce. Miłym zaskoczeniem, choć trochę górskim z uwagi na koniec działalności było Infinite Illumination heavy/doomowego Spirit Adrift. Wśród płyt mniej lub bardziej powiązanych z doom metalem umieściłbym Śnienie lubelskich Źrenic, choć pełno tu innych inspiracji - od psychodelii po folk, stoner czy nawet (w utworze Sam) poezję śpiewaną. Nic jednak nie przebije wbijających się w mózg z każdą kolejną nutą Innych, drugiego z najczęściej słuchanych ostatnio przede mnie kawałków. Mamy tu murowanego kandydata do tytułu debiut roku. 

Tak jak maj/czerwiec należały bardziej do doom metalu, tak okres od końca marca do połowy maja upłynął mi pod znakiem AOR/hard rocka/hair metalu i był to świetny czas. Pełne soczystych gitar, mocnego rytmu i przebojowych melodii plyty nowej królowej glam metalu Chez Kane (Reckless), legend gatunku zza oceanu takich jak Tyketto (Closer to the Sun) i Hardline (Shout) czy przedstawiciela coraz bardziej dominującej w AOR skandynawskiej sceny (Creye i zaskakująco udany krążek IV: Aftermath) były idealnym ładunkiem energii do przerwania wiosennego marazmu i, niczym przyroda, powrotu do życia. 

Rzadziej pisze ostatnio w poniedziałkowych postach o power metalu, było jednak w poprzednich miesiącach też sporo udanych krążków. Najbardziej polubiłem chyba efekt współpracy kanadyjsko-ukraińskiej w postaci projekty Godspear (z boskim Naumenką na wokalu) i ich pierwszego pełniaka pt. Turn to the Light. Ogólnie ten wiosenny power przychodził do mnie z różnych, mniej popularnych w gatunku kierunków. Weźmy choćby drugie wydawnictwo islandzkiego Power Paladin, pełne epickiego, symfonicznego grania w klimatach fantasy. Oczywiście tak reprezentatywne dla powera kraje jak Niemcy czy Szwecja również w tyle nie zostały. Mournbraid szwedzkiego, bardzo klasycznego Evermore i The Heart Remains at Home na skroś niemieckiego (bo czy inna nacja potrafi tak sprawnie łączyć hard rock, heavy i power metal) Kingsmash zapewniły mi godziny rozrywki na solidnym poziomie.

W tym całym powerowo, AORowo, doomowym zamieszaniu udało się nie przepaść kilku artystom ze zgoła innego środowiska. Rock gotycki w pogańskich klimatach kolejny raz dowiózł brytyjki Inkubus Sukkubus a o wieczory pełne muzycznych kontemplacji zadbali proggerzy z Kolm i Green Carnation.

W każdym podsumowaniu kwartału obowiązkowo znajduje się kącik z zespołami i płytami, o których sobie przypomniałem po latach lub odkrywałem całkiem na nowo. Tym razem bank rozbił Anthrax, najbardziej niedoceniany z Wielkiej Czwórki Thrashu. Dosłownie przepadłem w tym pełnym luzu i dystansu graniu, o jakie wzbogacili swój gatunek lecz dopiero wydany w "chudych latach 90-ych" Sound of the White Noise, wnoszący bardzo mocną inspirację groove metalem do repertuaru kapeli pokazał w pełni jej wielkość. Kurczę, za samo Only dałbym się pokroić ;) Inne muzyczne wspominki, które warto wymienić to Alternative 4, pierwsza tak nomen omen alternatywna płyta Anathemy czy trylogia Legend of Valley Doom Mariusa Danielsena, która już niedługo powinna zmienić się w tetralogię. Dla wielbicieli power metalowych oper pozycja absolutnie obowiązkowa.


NAJWIĘKSZE ZASKOCZENIE

Cóż, nie będę ukrywał że od kilku dni żyję ogłoszeniem, że Edguy, jeden z dwóch moich ulubionych zespołów wraca by dopisać ostatni rozdział swej historii. Jestem ciekaw objętości tego rozdziału i po cichu liczę też na nową, pożegnalną płytę. Przed oczami mam album zatytułowany po prostu Edguy, na którym za kompozycje odpowiadają po równo wszyscy członkowie bandu. W jakiś sposób byłoby to obejściem deklaracji Sammeta o "creative breaku". Ehh... Inne zaskoczenia to, bardziej pozytywne - powrót Creye do grania z sercem po trochę na siłę dociążonej trójce i slodko-gorzkie - pożegnalny album Spirit Adrift, o którym już wyżej pisałem.


NAJWIĘKSZE ROZCZAROWANIE

W tej kategorii nie było może płyt, które odrzucałyby całkiem od słuchania ale te dwie, i których napiszę po prostu jak na stojących za nimi artystów były co najwyżej "średnie". Najwięcej uwag mam do Venom, pionierów tak thrash jak i black metalu. Wydawałoby się że po nawiązującej do klasycznego Black Metal okładce i pierwszym singlu o wiele mówiącym tytule Lay Down Your Soul, Into Oblivion będzie triumfalnym powrotem do czasów surowego nwobhm. W rzeczywistości jednak dostaliśmy zestaw mało zajmujących kawałków, z których nawet silna nuta nostalgii nie potrafiła wykrzesać jakiegoś ognia. Płyta może nie do zwrotu ale do przesłuchania i  odłożenia na półkę. Drugą płytą, która wyraźnie blednie przy swoich poprzedniczkach jest World War Dinozaur niemieckiego Victorius. Jest niby szybko, jeszcze bardziej campowo niż wcześniej ale wyraźnie widać, że formuła dino-powera się wyczerpuje. Nie ma tu tego luzu, lekkości i zabawy jaką dawała mi (miłośnikowi lore Power Rangers) EPka Legend of the Power Saurus czy pierwszy LP Space Ninjas From Hell. Co prawda można tu jeszcze znaleźć fajne i wciągające utwory, takie jak choćby Golden Glory ale jedna kompozycja na dwanaście to trochę mierny wynik. Stać ich na pewno na więcej.

NAJWIĘKSZE ODKRYCIA

Cóż. Ten akapit podzielę na odkrycie de novo i odkrycie na nowo ;) Pierwszym jest Kingsmash, zespół którego w "zielonej platformie" słucha miesięcznie 234 osoby. Szkoda bo jeśli lubicie niemieckie granie w stylu Accept to i ci panowie muszą Wam przypaść do gustu. Na nowo natomiast odkryłem pirate metalowy Blazon Stone. Przestałem ich śledzić w zasadzie już po premierze drugiego krążka (czyli w 2015 roku) i z własnej winy przegapiłem kilka naprawdę udanych płyt. Udało mi się jednak nadrobić zaległości a wszystko dzięki czteroutworowej EPce Tresure Hunt, której premierę (grudzień '25) też przegapiłem :p Mam jednak nadzieję, że po kilku wiosennych artykułach, w których ciepło wypowiadam się na ten temat, Cedric wybaczy mi to niedopatrzenie.


OCZEKIWANA NA PRZYSZŁOŚĆ

Regularnie (co 3 miesiące ;) ) wrzucam tu listę albumów, na których premierę czekam z największym utęsknieniem. Niech zatem tradycji stanie się zadość a to rzeczone krążki:

Moonspell - Far From God - 03.07 (choć trochę z niepokojem)

Black Sites - From Eternity - 15.07

Rezn - Cycles In The Infinite Dream - 24.07

Xandria - Eclipse - 07.08

Triosphere - Oceans Above, Stars Below - 28.08

Kamelot - Dark Asylum - 28.08

Besvärjelsen - Til Glömskan Ad Oblivionem - 28.08

KingCrown - Moonfall - 04.09

Green Lung - Necropolitan - 11.09

Anthrax - Cursum Perficio - 18.09

Metalite - Discovery - 25.09

The Ocean - Solaris - 25.09


PODSUMOWANIE 

Podsumowanie aż 93 dni słuchania muzyki bez pominięcia choćby jednego artysty nie jest łatwe. Pomyślmy jednak co by było gdybyśmy mieszkali na Marsie, gdzie wiosna trwa aż 194 sole. Mam jednak nadzieję, że każdemu oddałem choć odrobinę niezwykłych doznań, jakie zapewniała mi ich muzyka. Każdą z tych chwil, każdą z niesamowitych nut postarałem się zamknąć w dołączonej do artykułu playliście. Życzę Wam wszystkim miłego odsłuchu, dziękuję za kolejną spędzoną wspólnie wiosnę i oczywiście pytam o Wasze podsumowania a także, parafrazując tytuł płyty polskiego Exodus, nadzieje-niepokoje na przyszłość. 

Kłaniam się, Wasz Kronikarz.

Playlista: Wiosna 2026


Najpopularniejsze