sobota, 12 września 2026

Roine Stolt - Playlista Tematyczna


Jakiś czas temu przy okazji artykułu o płytach śpiewanych w innych językach niż angielski (i polski) wspomniałem o swojej fascynacji szwedzką sceną progresywną, w tym między innymi latami 70-ymi. Dziś pragnę pociągnąć dalej ten temat, choć obiecuję, że dobijemy na pewno też do współczesności. Chciałbym bowiem przedstawić Wam artystę, który od 50 lat jest jedną z głownych postaci skandynawskiego rocka progresywnego. Panie i Panowie, Roine Stolt!

Na początek garść faktów z biografii muzyka. Roine Stolt urodził się 5 września 1956 roku w Uppsali, co oznacza, że nie tak dawno skończył 70 lat. Swą przygodę z muzyką zaczął natomiast jeszcze przed 15-ymi urodzinami jako basista w lokalnych zespołach rockowych. 

W 1973 roku został gitarzystą zespołu Orexis a już rok później dołączył do Kaipy, z którą nagrał trzy pierwsze płyty, do dziś uważane za kanon skandynawskiego prog-rocka, zwłaszcza dzięki umiejętnemu łączeniu elementów symfonicznych, art-rockowych i szwedzkiej muzyki ludowej. Po pięciu udanych latach ich drogi jednak się rozeszły. Kaipa pod wodzą Hansa Lundina wydała jeszcze dwa albumy i zawiesiła działalność a Stolt sformował nowy zespół o nazwie Fantasia. Po nagraniu dwóch albumów, muzyk skupił się jednak na działalności solowej. Swoje muzyczne pasje realizował m.in. jako gitarzysta sesyjny, koncertowy, producent (w ramach własnej wytwórni Foxtrot Music) czy aranżer. Obracał się wówczas w bardzo szerokim spektrum gatunków muzycznych, od rocka symfonicznego przez blues, jazz, funk czy pop. Taki właśnie miks muzyki popularnej i wyszukanego rocka możemy usłyszeć na jednej z jego solowych płyt pod tytułem The Lonely Heartbeat

Najważniejszym jednak albumem z tego okresu działalności muzyka był powstały na fali progresywnego odrodzenia The Flower King. Położył on podwaliny pod zespół nazwany od tytułu płyty The Flower Kings,  który przez kolejne kilkadziesiąt lat aż do dziś głównym obszarem muzycznej ekspresji Roine Stolta. Jest już kolejny możemy prześledzić artystyczne ewolucje muzyka choć u podwalin "kwietnych królów" leżała chęć powrotu do starej dobrej Kaipy lat 70. 

Która nota bene wróciła w 2002 roku i to ze Stoltem na pokładzie. Wydana wówczas płyta Notes from the past pokazała zespół w odnowionym składzie na niezwykle malowniczą, bogato aranżowaną i po prostu magiczną muzykę. Minęło kilka lat i Roine znów rozstał się ze swym pierwszym zespołem. Nie było to jednak całkowicie zakończenie tej historii. W 2014 powstała Kaipa da Capo, w której składzie obok Stolta znaleźli się Ingemar Bergmann i Tomas Errikson, oryginalni członkowie zespołu z pierwszego okresu działalności. Wspólnie wydali jeden album, tak jak przed laty w całości po szwedzku. 

Roine Stolt zaangażowany jest też w kilka  progresywnych supergrup - Translatlatic, obok takich tuzów gatunku jak Neal Morse czy Mike Portnoy oraz The Sea Within, gdzie partnerują mu m.in. Jonas Reingold i Daniel Glidenlöw. Tego typu ciekawych współprac jest zresztą więcej - duet z Jonem Andersonem, projekt Agents of Mercy z chociażby Nadem Sylvanem czy udział w nagraniach płyt The Tangent i Karmakanic, trasy koncertowe u boku Steve'a Hacketta i wiele wiele innych.

Niewielki ułamek każdej z nich choć mam nadzieję że reprezentatywny dla stylu każdej grupy spróbowałem zawrzeć na playliście, którą dołączam do tego artykułu. Jej tytuł The Best Of nie jest przesadny, ponieważ Pan Artysta to zdecydowanie najlepszy z najlepszych w swoim gatunku. A Wy, drodzy czytelnicy, czy macie swoje ulubione albumy, na których słychać gitarę, bas, wokal lub producencką dłoń naszego dzisiejszego bohatera? Czekam na wasze komentarze i propozycje do odsłuchu. 


Playlista: The Best of Roine Stolt


poniedziałek, 7 września 2026

31.08-06.09.2026

 


Pierwszym singlem promujacym najnowszy album szwedzkiego Besvarjelsen było Didn't Come to Party. Parafrazując ten tytuł, ja dziś też na przyjęcie nie zapraszam ale mam nadzieję, że lektura niniejszego podsumowania i odsłuch playlistowej "tygodniówki" przyniesie Wam tyle dobrej zabawy co niejedno "party". Zatem let's go.

Właśnie, Besvarjelsen, pochodząca ze Sztokholmu grupa narobiła swym nowym LP niemałego zamieszania. Dość powiedzieć, że Till Glomskam ad Oblivionem wygrało sierpniowe zestawienie Doom Charts. I zero zaskoczenia, bowiem jest to świetny przykład płyty mającej w sobie tyle samo psychodelicznego fuzzu co rock'n'rollowego pazura a głos Lei Amlang Alazam niesiony stonerowo-bluesowymi gitarami wbija się do mózgu nieubłaganie, hipnotyując i przyprawiając o bardzo przyjemne drżenie. Prócz wspomnianego singla, do najjaśniejszych punktów płyty należą też drugi "przebój" w postaci Accelerating Hearts czy bardziej majestatyczne Battles. Już dla tych trzech kawałków warto sięgnąć po album ale zapewniam, ciężko znaleźć na nim tzw "fillery".

Fani ciężkiej psychodelii i doom metalu znają też na pewno najnowszy krążek amerykańskiego REZN. Cycles in the Infinite Dream jest z nami już dobrych kilka tygodni ale cały czas ma w sobie coś, co sprawia, że nawet przy n-tym odsłuchu odkrywamy jakieś nowe smaczki a coraz to inny utwór staje się dla nas tym "naj". Jeśli o mnie chodzi, to na pierwsze miejsce wróciło Escher ale też w łaski wkradła się zamykająca krążek Terra Preta.

W zeszłym tygodniu zamknałem też kilkumiesięczną eksploracje dyskografii Candlemass, robiąc sobie jeszcze raz małe resume ulubionych płyt mistrzów epickiego doomu. Do odtwarzacza trafiały więc przede wszystkim przełomowy Epicus..., najlepszy z Messiahem Ancient Dreams i najlepszy z Robertem Lowe Death Magic Doom a także ostatni długograj - Sweet Evil Sun, który wprowadził "świeczki" do grona moich absolutnie uwielbianych wykonawców.

Odchodząc już od stonera i doomu ale pozostając wśród relfeksyjno-melancholijnej muzyki nie sposób nie wspomnieć o katowickim trio przeprosiny i ich fonograficznym debiucie zatytułowanym femme. Łącząc ze sobą cechy rocka alternatywnego, shoegaze'u i emo  panowie potrafią wyczarować niezwykle subtelne i wrażliwe obrazy, choć kiedy trzeba dodają też szczyptę agresji, złości i rozpaczy. Ta poetyckość najwspanialej wybrzmiewa w księżycowych pustkowiach, gdzie muzyczny minimalizm tym bardziej wzmacnia liryczny przekaz utworu.

O miłości pisać i śpiewać w sumie można na różne sposoby. W taki bardzo pozytywny sposób robi to Pride of Lions w utworze I'll Be Your Rock, pochodzacym z wydanej w lipcu płyty Unbridled. W kategorii AOR jest to jedna z moich ulubionych piosenek wydanych w tym roku a i cały album zapewne będzie wysoko w całorocznych podsumowaniach.

Jeśli sa jeszcze wśród czytelników strony osoby, które nie do końca rozumieją co to ten cały AOR, od razu wyjaśniam że obecnie tak nazywa się melodyjne i przebojowe rockowe bądź hard-rockowe granie. Z takiego ostrzejszego, melodyjnego hard rocka mam też dziś dla Was coś jeszcze - pochodzący z Atlanty zespół Kickin Valentina, którego nowy krazek Anthems of the Underground zwrócił moją uwagę szczególnie za sprawą singlowego Silver Moon, dynamicznego i łatwo wpadającego w ucho bangera.

W kwestii power metalu udało mi się, mam nadzieję, z nawiązką nadrobić czas spędzony z norweskim Triosphere i ich naprawdę solidnym krazkiem Oceans Above, Stars Below. Dwanaście lat po genialnym The Heart of the Matter zespół nadal jest w stanie wykrzesać z siebie wysokiej klasy proggujący power metal a pełniąca również rolę basistki Ida Haukland znów wkłada w swój głos tyle samo drapieżności co emocji. Słucha się tego albumu szybko i przyjemnie a melodie takich kawałków jak Of Tyrants, Shorelines czy Cadence of Chaos wibrują w głowie jeszcze jakis czas po zdjęciu słuchawek. Tak, zdecydowanie warto było czekać tak długo na nowy materiał tej ekipy, choć mam nadzieję, że kolejne wydawnictwo pojawi się zdecydowanie szybciej ;)

Węgierska scena power metalowa zrodziła kiedyś niesamowity zespół jakim był Wisdom. Informacja o zawieszeniu/zakończeniu działalności zasmuciła mnie mocno ale po kilku latach mogę powiedzieć z radością, że w kraju "bratanków" znów działa sztosowa powerowa kapela a nazywa się Burning Sun. Kwartet z Debreczyna ma na swym koncie już trzy albumy studyjne ale to dzięki ostatniemu z nich, Power to Survive poznałem ich twórczość i słucham namiętnie z tygodnia na tydzień, zwłaszcza niosącego piękne przesłanie Light of the World.

Oba wyżej wspomniane krążki jak i ostatnia część neoklasycystycznej trylogii wydanej pod szyldem Marc Garau's Magic Opera zatytułowana The Final Flight to według mnie najlepsze powerowe płyty ostatnich 2-3 miesięcy i nie zmieniła tego niestety najnowsza odsłona Kamelot. Dark Asylum jest co prawda przyzwoite, bardzo dobrze zagrane ale brakuje jej tego nienazwanego, nieokreślonego "czegoś" co sprawia, że dany album jaśnieje nieco mocniejszym blaskiem niż tuzin pozostałych, tego nomen omen "light of the world"...

Dwa tygodnie temu pisałem artykuł o rockowych i metalowych trylogiach, wspominając między innymi o epic/speed/power metalowym zespole Virgin Steele. Tak się właśnie składa, że od tamtej pory coraz częściej sięgam (po długiej, długiej przerwie) po The Marriage of Heaven and Hell (obie części) i czerpię z ich odsłuchu naprawdę sporo przyjemności. Wokal deFeisa to złoto i kazdy fan metalu powinien go choć raz usłyszeć. Serio.

Teraz pora na nieco agresywniejsza odmianę metalu, czyli thrash, choć zdaniem wielu Flotsam & Jetsam ma w sobie teraz więcej ze speedu czy nawet powera. To są jednak tylko etykietki a Rats in the Temple to kawał świentego, szybkiego i ostrego grania. Melodie są i dobrze, bo dzięki nim takie perełki jak The Ghost Behind My Door, Absolution czy Harvesting the Hate miażdżą jeszcze mocniej. Jest to album, który potrafi uzależnić a po 56 minutach i 24 sekundach słuchania masz ochotę na kolejne 56, 112, 178 etc... I to jest kurcze piękne! 

Tak jak tydzień temu, tak teraz również zanurzałem się w najlepszym moim zdaniem krążku Slayera czyli Seasons in the Abyss ale sięgnąłem również po legendę kanadyjskiej sceny, jednego z pionierów space metalu czyli zespół Voivod. Do odtwarzacza trafiał jednak głównie czysto thrashowy, surowy i ciężki debiut zatytułowany The Killing Technology. I choć zawsze fascynowała mnie ewolucja brzmienia zespołu to debiut jest chyba płytą, do której wracam najczęściej. 

Na koniec kącik progresywny a w nim, jak to mówią, samo dobro. Dobro, na które czekałem z niecierpliwością. Na trzecią część A Dark Poem norweskiego Green Carnation z ciekawością rozbudzoną dwoma, bardzo dobrymi poprzedniczkami a na drugą płytę Castle Mountain Moon zatytułowaną A Layman's Guide to Unobtainum w napięciu, czy Niemcom uda się dorównać niezwykłemu debiutowi. W obu przypadkach nagrodą za niecieprliwość była wspaniała muzyczna uczta, której ślad znajdziecie na dzisiejszej playliście. 

Dodajmy do tego jeszcze AutoMoto Animus amerykańskiego Phideaux i jej "ponowną" (czyli streamingową) premierę i mamy progresywny dream team. Ja co prawda najnowszej płyty pana Xaviera słuchałem dzięki bandcampowi już na początku czerwca ale jej pojawienie się na "zielonej platformie" dało mi impuls by znów sięgnąć po te niezwykle eklektyczne i wciągające dźwięki.

Mam też nadzieję, że muzyka, o której dziś pisałem też Was wciągnie i często będziecie tu wracać po nowości, polecajki i muzyczne archeologiczne odkrycia. Ja też zawsze jestem otwarty na Wasze sugestie i gdy tylko czas pozwala, staram się regularnie z nimi zapoznawać. Dlatego też, tym goręcej zachęcam do podzielenia się Waszymi podsumowaniami tygodnia. Poniżej zaś tradycyjnie, odnośnik do playlisty. Miłego odsłuchu!

Playlista: 06.09.2026

piątek, 4 września 2026

Sierpień 2026 - Podsumowanie Miesiąca

 


Gdy emocje już opadły, jak po wielkiej bitwie kurz, może Pan Kronikarz usiąść do pisania posta już. A wpis który oddaję właśnie w Wasze ręce jest podsumowaniem miesiąca, który w swych ramach zamknął niemal wszystkie moje muzyczne fascynacje. Oczywiście wśród słuchanych w tym okresie artystów jest dziesiątka, która zasługuje na specjalne wyróżnienie i to od jej prezentacji pozwolę sobie zacząć:

Pride of Lions - mam niesamowitą słabość do formacji, na czele której swoją wspólnie Jim Peterik i Toby Hitchcock - przedstawiciele dwóch różnych ale obu "złotych" generacji melodyjnego rocka. Unbridled to już kolejna płyta tej dwójki i jest dokładnie taka jaka być powinna - przebojowa i refleksyjna, melodyjna i z pazurem.

REZN - wiecie, że trochę narzekałem na Burden, poprzednie wydawnictwo stoner/doomerów z Chicago (choć z czasem jednak się polubiliśmy). Do Cycles In The Infinite Dreams mogę mieć natomiast tylko jedno zastrzeżenie - ta hipnotyzująca podróż do ogrodu psychodelicznych rozkoszy kończy się zdecydowanie za szybko!

Breaths - jednoosobowy post-blackowo-doomgaze'owy projekt Jasona Robertsa powraca z nowym konceptem, inspirowanym Piekłem Dantego. Na Descent jak nazwa wskazuje zanurzamy się w głąb, w eteryczne i niepokojące dźwięki, które niczym napis na Bramach Piekieł (i jeden z najlepszych utworów na płycie) każą nam porzucić wszelką nadzieję 

Marc Garau's Magic Opera - jeśli Luca Turilli uważany jest za jednego z pionierów neoklasycystycznego metalu to pan Garau na ostatnim albumie swojego fantasy power metalowego projektu tę neoklasycystyczność doprowadza do perfekcji a gitarowo-klawiszowe "dialogi" zaspokoją nawet najbardziej wyrafinowane gusta

Dreamtale - jakiś czas przed premierą nowej płyty fińskiej ekipy odświeżałem sobie starszy o ponad dekadę Epsilon i trochę obawiałem się, że tamta magia gdzieś się ulotniła. Cóż mogę dziś powiedzieć. Aetherbound jest trochę nierówną płytą ale dla kilku momentów chwały (vide playlista) warto dać mu szansę 

Battle Beast - sierpień był miesiącem, gdy wzięło mnie na battle-beastowe wspominki. Słuchałem więc z zamiłowaniem klasycznych płyt fińskiej ekipy a zwłaszcza Battle Beast i Bringer of Pain, nagranych odpowiednio z Nitte Valo i Noorą Louhimo na wokalu

Duszno - wydany na jesieni debiut warszawskiej grupy trafił na moją listę najlepszych płyt 2025 roku. W sierpniu zespół przygotował nam EPkę z premierowym materiałem, ponownie łącząc shoegaze'ową subtelność i zwiewność z pełnymi emocji lirykami

Burning Sun - Power to Survive światło dzienne ujrzał w drugiej połowie miesiąca ale w 10 dni potrafił wskoczyć do czołówki najczęściej słuchanych albumów. A przecież to tylko wierny klasykom gatunku melodyjny power metal. Tylko? "Synu nie bluzgaj"

Pattern-Seeking Animals - muzycy tworzący tę supergrupę mają coś na sumieniu - dzięki nim (ale też kilku innym, wymienionym dalej) grupom Muzyczna Kronika ponownie szeroko otworzyła się na progresywne granie i chłonie je wszystkimi kartkami. A panowie niech dalej piszą swoją własną historię złotymi zgłoskami tak skutecznie, jak na najnowszym albumie pt. Grimalkin

Zemetras - coś, co początkowo było dla mnie ciekawostką obecnie stało się jedną z ulubionych stoner/doomowych płyt ostatnich miesięcy. Polecam więc wszystkim ich slowacko-(a jakże!)-języczny debiut a jeśli moje rekomendacje Wam nie wystarczą, zerknijcie na najświeższą listę Doom Charts i "nie bądźcie niedowiarkami"

To była dziesiątka tych naj-naj. A co poza tym? Wspomniałem przed chwilą o moim powrocie do progresywnego rocka więc od razu powiem że wszystko zaczęło się od zespołu The Tirith, którego najnowszy album kręcił się u mnie kolejny miesiąc obok chociażby płyt Big Big Train (klasyczny już Folklore) czy Lalu (najnowszy A Mythmaker's Demise). Nie zapomniałem też o nieco cięższym progu spod znaku Black Sites. Poza tym moje muzyczne zamiłowania wahały się od dream-popowych Mleczy przez symfoniczno-metalową Xandrię (nowy album niestety na 3+) po atmosferyczny post-blackowy shoegaze jakim zaskoczyli mnie Brytyjczycy i Brytyjki z Cairiss. Do podsumowania rzutem na taśmę dostało się też szwedzkie Besvarjelsen za sprawą wydanego w zeszły piątek albumu Till Glömskan ad Oblivionem, o którym poczytacie u mnie jeszcze nie raz, bo piękne to jest granie (zerknęliście już na nowe Doom Chartsy?). 

Tak, podsumowanie sierpnia już prawie skończone. Przed nami wrzesień i czuję, że z niektórymi artystami spotkamy się za miesiąc przy okazji kolejnego miesięcznego topu. Teraz jednak oddaję głos Wam, drodzy czytelnicy, ciekawy z jaką muzyką przetrwaliście ostatnie wakacyjne tygodnie. A plejka jak zwykle na swoim miejscu:

poniedziałek, 31 sierpnia 2026

24.08-30.08.2026

 



I cyk, kolejny tydzień za nami, czas więc na jego podsumowanie i playlistę z moimi aktualnie ulubionymi utworami. Zapraszam!

Ostatni w pełni sierpniowy tydzień tego roku był pierwszym po długiej przerwie, obfitujacym w pokaźną liczbę premier. Wiele z nich było przeze mnie od dawna wyczekiwanych, niektóre wpadły całkiem przypadkiem zabierając nieco "czasu antenowego" dotychczasowym pewniakom. Stąd ostateczny obraz dzisiejszego wpisu nawet mnie samego nieco zaskoczył. Zacznijmy może właśnie od nowości płytowych. Spośród albumów, które światło dzienne ujrzały w piątek przede wszystkim wyróznić muszę Till Glömskan Ad Oblivionem szwedzkiego Besvarjelsen. Jej tytuł, oznaczający tak po szwedzku jak i łacinie "do zapomnienia" jest dość przewrotny. Zawartym na niej psychodelicznym doom'n'rollem (tak bym najprościej okreslił ich obecny styl) naprawdę można zasłuchiwać się bez opamiętania i zdecydowanie nie jest to album "do zapomnienia" od razu po wyłączeniu odtwarzacza. Ma w sobie coś co wciąga, hipnotyzuje i domaga się więcej i więcej. Bardzo dobre wrażenie zrobił też na mnie nowy krązek weteranów thrashu Flotsam & Jetsam. Co prawda po latach ich styl przeniósł się bardziej w stronę drapieżnego speed metalu, nie uwazam tego jednak za wadę. Co więcej, to w tej dynamice i szybkości a także wwiercających się do głowy melodiach kryje się sekret Rats in the Temple. Nie będzie nadużyciem, jeśli powiem że ostatnie kilkanaście miesięcy to nadzwyczaj owocny czas dla miłośników thrash metalu a odpowiadają za to właśnie nadal brzmiące świeżo i intensywnie kapele z długim stażem na scenie. Legendą w swoim gatunku jest też Kamelot, choć przyznam, że od czasu odejścia (a nawet pod koniec jego obecności w grupie) Roya Khana nie zawsze utrzymywał równy poziom. Wydany w 2023 roku The Awakening był jednak dla mnie ostatecznym przebudzeniem i wyjściem z cienia rzucanego przez klasyczne albumy. Toni Karevik zbłysnął w końcu w pełni, pokazując więcej "siebie" niż Roya (a ja Karevika z płyt Seventh Wonder ubóstwiałem zawsze). Liczyłem więc, że podobnie będzie na Dark Asylum. I co? Ciężko póki co powiedzieć. Na pewno jest to krążek, który potrzebuje więcej czasu by się w niego wgryźć i odkryć wszystkie ukryte smaczki. Na ten moment powiem tylko tyle, że zespół zagrał swoje, choć co ciekawe, po trzech dniach słuchania najbardziej w pamięć zapadł mi One Last Masquerade z gościnnym wokalem Tobiasa Sammeta, momentami niebezpiecznie podobny do Twisted Mind - utworu Avantasii nagranego w duecie z... Royem Khanem. 

Wspomniałem o nowościach, które trafiły do mnie przypadkiem i narobiły sporego zamieszania. Taką płytą okazało się femme katowickiego zespołu przeprosiny. Ekipa określa swój styl jako m.in. emo (i to 5-a fala!), screamo czy shoegaze czyli w większości są to gatunki, o którym mam niewielkie lub żadne pojęcie. A jednak coś między nami zagrało i to do tego stopnia, że sam się łapie na tym jak nucę księzycowe pustkowia (bardzo radiowe ale i jakże poetyckie) lub doszukuje się w jej dotyku śladów alcesto-podobnego blackgaze'u. Może właśnie ta terra incognita, jaką był dla mnie styl zespołu tym bardziej zauroczyła, zaintrygowała i zachwyciła prostego, rockowo-metalowego Muzycznego Kronikarza?

Zobaczymy jak długo utrzyma się sympatia do w/w albumów. Nie słabnie natomiast żar jaki wywołuje u mnie Power to Survive, najnowsze dzieło węgierskich power metalowców z Burning Sun. Jest to płyta mocno zakorzeniona w tradycji euro-powera, rozpędzona i pękająca wręcz od ilości świetnych melodii. Ktoś powie, że wszystko to już było. Ja mu odpowiem, że trzeba jednak mieć nie lada talent by ze zdawałoby się "ogranych" schematów wyciągnąć coś jeszcze, coś co sprawi, że nie sposób oderwać się od kompozycji.  Od początku do końca słucha się jej z przyjemnością a w ostatnich dniach szczególnie ujęło mnie Light of the World. Wiem, że jest to, jak i cały album, element szerszej opowieści osadzonej w klimacie fantasy ale gdy słyszę "in my dark hours you're beside me (...) you are the Light of the World" nie sposób nabrać wrażenia, że jest to niezwykłe wyznanie miłości - uczucia, które nigdy nie gaśnie i pozwala pokonać nawet najgęstsze ciemności. A Wy jak to intereptujecie?

Zostańmy jeszcze przy power metalu, ponieważ odświeżyłem sobie ostatnio jeden z klasyków gatunku - No World Order niemieckiego Gamma Ray. W oczekiwaniu na nową solową płytę Kaia Hansena czuję, przyznam się, pewien żal i nostalgię do w/w zespołu a rzeczona płyta to wg mnie jedna z najlepszych pozycji w ich katalogu. Od rozpędzonych, przebojowych hymnów takich jak Follow Me po jedną z najpiękniejszych power metalowych ballad - Lake of Tears ten album oferuje to, co najlepsze w swoim gatunku. To, czego brakło mi na ostatnim Helloweenie i czego, obawiam się, w takiej intensywności nie poczuję na zbliżającym się Born with the Hammer...

Po raz kolejny polecam też kopalnię przebojów o nazwie Battle Beast. Jeśli szukacie melodyjnego metalu, czasem dynamicznego, czasem rytmicznego z silnym kobiecym wokalem i odrobiną disco, industrialu czy electro - praktycznie każda z siedmiu płyt fińskiej ekipy będzie jak znalazł.

Bardzo dużo czasu poświęcałem ostatnio na płytę Grimalkin, za którą stoi progresywny dream team zwany Pattern-Seeking Animals. Muzycy wchodzący w skład zespołu doświadczenie zbierali w różnych uznanych ekipach poruszających się po zróżnicowanych nurtach rocka i metalu progresywnego. Doświadczenia te procentują na każdej kolejnej płycie, które wydają z zaskakującą regularnością co 1-2 lata. I, o dziwo, im krócej pracują nad danym albumem tym lepszy efekt osiągają. Tak bowiem Grimalkin dużo mocniej przemawia do mnie od zeszłorocznego Friend of All Creatures, choć do poziomu Spooky Action at the Distance odrobinę mu jeszcze brakuje. Niemniej jednak, mogę śmiało zaliczyć szóste wydawnictwo ekipy do jednej z najciekawszych prog-rockowych płyt tego roku. 

Takich kandydatek jest zresztą więcej. Dziś pozwolę sobie przytoczyć jeszcze tylko jedną a mianowicie Quetzalcoatl brytyjskiego The Tirith, do obecności której w moich cotygodniowych podsumowaniach zdążyliście się już pewnie przyzwyczaić. Dancing with Vampires is not very wise ale gdzie w grę wchodzą emocje, logika nie ma wstępu ;)

Na samym początku wspomniałem o doom'n'rollu. Nie wiem czy taki gatunek istnieje ale jak wiecie, doom metal ma wiele twarzy (może nawet więcej niż Grey ;) ). Spośród nich nie słabnie moja sympatia do psychodeliczno-stonerowego REZN i ich świetnej nowej płyty, tak samo jak do słowackiego Zemetras, będącego "słowiańską" odpowiedzią na Windhand. Duszno, surrealistyczne klimaty i bujające rytmy nigdy mi się nie znudzą. 

Ptaszki śpiewają też, że w przyszłym roku nowy album wydaje Candlemass. Dobrze się składa, bo akurat kończę eksplorację ich dyskografii przypomnieniem sobie o zeszłorocznej EPce pt. Black Star. Mamy na niej dwa covery i dwa premierowe nagrania, po które nadal sięga się z przyjemnością. 

Na zakończenie jeszcze trzy albumy z trzech całkiem innych "parafii". Folk-metalowy Radogost i jego dekadencko/pogańskie Dziedzictwo Ognia, łatwo wpadający w ucho Unbridled aor-owej grupy Pride of Lions i, dla kontrastu, mój ulubiony krążek Slayera - Seasons In The Abyss, gdzie znana z poprzedniczek agresja trochę może wyhamowuje a odrobina melodii potrafi całkiem przyjemnie zaskoczyć.

A jak Wam minął ten tydzień? Co Was zachwyciło, oczarowało, rozłożyło na łopatki etc? Piszcie w komentarzach, gdzie również znajdziecie link do najnowszej playlisty.

Playlista: 30.08.2026


piątek, 28 sierpnia 2026

Moje Ulubione Muzyczne Trylogie - Playlista Tematyczna


Nie wiem jak Wy ale ja mam tak często, że w głowie roi się mnóstwo ciekawych pomysłów, które wciąż czekają na realizację. I choć te myśli snują się po zakamarkach świadomości, brakuje jednak impulsy by wdrożyć je w życie. Tak też mam z moimi playlistami tematycznymi. O wartych uwagi albumowych trylogiach myślałem już chyba od pół roku ale zawsze coś innego okazywało się ważniejsze. Na szczęście zbliżająca się wielkimi krokami premiera trzeciej części A Dark Poem prog-metalowego Green Carnation stała się bodźcem do działania. Tak więc mam ogromną przyjemność zaprezentować Wam szesnaście różniących się gatunkowo ale podobnie interesujacych muzycznych trylogii:

Green Carnation - A Dark Poem - Pt. I: The Shores of Melancholia, Part II: Sanguis, Pt. III: The Messiah Complex - wspomniany już na wstępie trójpłytowy album norweskiego zespołu rzeczywiście można określić słowem "poemat". Balansujący między rockową progresją sprzed 40-50 lat a cięższymi, prog-metalowymi momentami, pełen osobistych, silnie nacechowanych emocjonalnie tekstów sprawia wrażenie obcowania z dziełem dalece wykraczającym poza ramy tak muzyczne jak i literackie.

Avantasia - The Wicked Trilogy - The Scarecrow, The Wicked Symphony, The Angel of Babylon - kiedy po kilku latach przerwy Tobias Sammet powrócił do swojej metalowej opery fani oczekiwali po raz drugi (a w zasadzie trzeci, zważywszy na 2-płytowy oryginał) tego samego - epickich power metalowych hymnów i folkowych ballad. Tobi natomiast wyciął im niezłego psikusa, rozszerzając stylistyczne ramy swojego wówczas pobocznego a obecnie głównego projektu. Pojawiło się więcej hard rocka, klasycznego heavy metalu a nawet odrobinę ejtisowej progresji a w warstwie tekstowej miejsce fantasy zajęły przeżycia jednostki nadmiernie wrażliwej i osamotnionej w rzczywistości, której w pełni nie rozumie. Od tych albumów zaczęła się też współpraca Sammeta z Jornem Lande, czasem żartobiliwe ujmowana pod nazwą "Jorn Lande's Bonjovitasia"

Swallow the Sun - Songs from the North - I: Gloomy, II: Beauty, III: Despair - monumentalne dzieło fińskiego zespołu to w sumie nie tyle trylogia, co trzyczęściowe wydawnictwo trwające w sumie ponad 2,5 godziny. Każda z wchodzących w skład tryptyku części prezentuje nieco inny styl muzyczny, od odpowiednio gotyckiego death/doomu przez akustyczne i folkowe, atmosferyczne utwory po ciężkie i przytłaczające, funeral doomowe procesje. Co ważne, przy takiej różnorodności, "Pieśni z północy" brzmią bardzo spójnie i mimo nietypowej jak na dzisiejsze czasy objętości, ich odsłuch od deski do deski w żadnym miejscu nie zaczyna się dłużyć

Helloween - Keeper of the Seven Keys - Pt. I, Pt. 2, The Legacy - dwie pierwsze części wydane w latach 1987-88 na lata ukształtowały europejską scenę power metalu, ba, właściwie to ją stworzyły. Nazywani często Iron Maiden na sterydach, muzycy spod znaku dyni zasłynęli z szybkiego, melodyjnego i przebojowego grania a falset debiutującego na pierwszych "Keeperach" Michaela Kiske stał się cechą charakterystyczną całego gatunku. Po latach, już z Andim Derisem za mikrofonem muzycy wrócili do tego cyklu, nagrywając wieńczącą go płytę The Legacy. Dla niektórych być może było to niszczenie legendy, dla mnie raczej pewna próba rozwinięcia i spojrzenia na swe początki świeżym, bogatszym o lata doświadczeń okiem

King Buffalo - The Pandemic Trilogy - The Burden of Restlessness (2021), Acehron (2021), Regenerator (2022) - wśród wielu zmian, które przyniosła pandemia koronawirusa były ograniczenia w kontaktach międzyludzkich, które naturalnie przyczyniły się do odwoływania koncertów i festiwali. Amerykańscy muzycy nie mogąc ruszyć w trasę koncertową, zamknięci w swoich domach, bombardowani licznymi mało optymistycznymi doniesieniami ze świata znaleźli sposób na kreatywne wykorzystanie tego czasu. Postanowili pisać i pisać jak najwięcej muzyki, którą po latach być może będzie można zaprezentować na żywo. Tak powstały trzy albumy, na których poznaliśmy różne oblicza psychodeliczno-progresywnego stoner rocka, w niezwykły sposób odwzorowujące stany emocjonalne towarzyszące szczęśliwie minionej już pandemii

Mago de Oz - Gaia (2003), Gaia II: La Voz Dormida (2005), Gaia III: Atlantia (2010), Gaia: Epilogo (2010) - po wydaniu dwupłytowej Finisterry, hiszpańscy muzycy zasmakowali w concept albumach na tyle, że rozpoczęli kolejną opowieść, która finalnie zamknęła się w trzech pokaźnych rozdziałach a jej swoistym uzupełnieniem został kompilacyjny Epilogo z niewydanymi wcześniej kompozycjami lub alternatywnymi wersjami znanych kawałków. Tematycznie Gaia opowiada o czasach hiszpańskich podbojów Ameryki Środkowej i Południowej, dotyka też ważnych kwestii ekologicznych, opowiadając o zniszczeniach środowiska naturalnego przez ludzi. Muzycznie cała saga jest trochę nierówna, co zwłaszcza widać w ostatniej części ale z drugiej strony, wiele utworów z różnych rozdziałów Gai do dziś należy u mnie do ścisłego topu twórczości tej folk-powerowej ekipy

Therion - Leviathan (2021), Leviathan II (2022), Leviathan III (2023) - po monumentalnej ale niezbyt dobrze przyjętej i trochę niezrozumianej przez publiczność trzyaktowej operze (w rozumieniu muzyki klasycznej a nie tzw. metal operze) Beloved Antichrist, Christofer Johnsson zapowiedział powrót do klasycznego, "normalnego" typu albumów, przygotowując serię wydawnictw nawiązujących do najbardziej znanych i lubianych elementów z pokaźnej dyskografii szwedzkiej legendy symfonicznego metalu. Miało być przebojowo i przystępnie ale co ważne, nie ucierpiał na tym poziom artystyczny i choć żadna z trzech części Leviathana nie przeskoczy Lemurii czy Theli, są to jednak bardzo solidne i dobrze słuchające się albumy.

Elvenking - The Reader of the Runes - Divination (2019), Rapture (2023), Luna (2025), Rites of Disclosure (2026) - Włosi z Elvenking na swej szóstej płycie, Red Silent Tides z 2010 roku umieścili utwór Runereader. Po kilku latach i trzech kolejnych, coraz mocniej power metalowych płytach postanowili wrócić do tego konceptu, tworząc trylogię w całości poświęconą tytułowemu "czytaczowi run". Muzycznie zaprezentowali na niej dość eklektyczny materiał, od szybkich i melodyjnych galopad, przez mroczniejsze, wolniejsze kawałki po folkowe, kinowe przestrzenie. Wspomniane powyżej Rites... to natomiast wydane w formie EPki uzupełnienie historii plus część coverów - bardziej dla kolekcjonerów i miłośników (w tym mnie ;) )

Cavern Deep - Cavern Deep (2021), Breach Pt. II (2023), The Bodiless (Pt. III) (2025) - chyba najcięższa, najbardziej smolista i najmroczniejsza trylogia w dzisiejszym zestawieniu. Szwedzi w swojej muzyce prezentują powolną, przytłaczającą, wpadającą w sludge wersję doom metalu, gdzieniegdzie przetykaną jedynie melancholijnym czystym śpiewem. Koncept całej trylogii nasuwa wiele podobieństw z prozą Lovecrafta - relikty dawnej cywilizacji, podróż w głąb mrocznych korytarzy, kontakt z nieznanym i ostatecznie bezcielesna metamorfoza, zjednoczenie z kosmosem i koniec... A może początek?

Bloodbound - Stormborn (2014), War of Dragons (2017), Rise of the Dragon Empire (2019) - szwedzcy power metalowcy długo czekali na wyklarowanie swojego własnego, charakterystycznego stylu, przeplatając kapitalne powerowe galopady (zbyt) nowoczesnym metalem na Tabula Rasa i manowaro-podobnym hymnicznym, choć jednak nieco płytkim heavy metalem przy okazji In the Name of Metal. Przełom nastąpił w 2014 roku, gdy płytą Stormborn skręcili mocno w stronę dynamicznego, melodyjnego i wyraźnie inspirowanego fantastyką (zwłaszcza prozą GRR Martina) power metalu. Wśród tych trzech albumów, nieformalnie zwanych smoczą trylogią, drugi czyli War of Dragons to mój absolutny numer 1 w ich katalogu. I choć panowie nie uniknęli pewnego spadku formy przy ostatniej części, utrzymanej w średnich tempach i trochę za bardzo "sfolkizowanej" to jednak dzięki nim zyskali rozgłos i dzisiejszą pozycję na europejskiej scenie metalowej

The Chronicles of Father Robin - The Songs & Tales of Airoea - Book I: The Tale of Father Robin (State of Nature) (2023), Book 2: Ocean Traveller (Metamorphosis) (2023), Book 3: Magical Chronicle (Ascension) (2024) - za tą trylogią kryje się niezwykła historia. Otóż, wiodący muzycy norweskiej sceny progresywnej, znani choćby z Wobbler czy Tusmorke zebrali się wspólnie by ozywić porzucone przed 30-u (!) laty, w szkole średniej historie o Ojcu Robinie i ubrać je w vintage'owe, inspirowane muzyką progresywną lat 70-ych brzmienia. Wyszło interesująco, ambitnie i bardzo... norwesko, choć nam raczej lata 70-e kojarzą się z brytyjską sceną. Cóż Kochani, to już kolejny sygnał by zapoznać się ze skandynawskim, pełnym ukrytych perełek progiem.

Rebellion - The History of the Vikings - Volume I - The Sagas of Iceland (2005), Volume II - Miklagard (2007), Volume III - Arise: From Ginnungagap to Ragnarök (2009) - Uwe Lullis, jeden z ojców sukcesu "średniowiecznej trylogii" zespołu Grave Digger, po rozstaniu z ekipą Chrisa Boltendahla założył swój własny, nazwany (po sporach prawnych)  zespół, którego nazwa bezpośrednio nawiązywała do legendarnego utworu Rebellion (The Clans are Marching). To nie jedyne zresztą podobieństwo. Tak jak w poprzedniej grupie, tak tu Lullis z zamiłowaniem przygotowywał kolejne concept albumy, co zaowocowało m.in. tą poświęconą Wikingom trylogią - surową, ciężką ale niepozbawioną też potężnych melodii i ładnie zwanych z angielska sing-along refrenów

Gong - Radio Gnome Invisible Trilogy - Part I - Flying Teapot (1973), Vol. 2 - Angel's Egg (1973), Vol. 3 - You (1974) - najstarsza i bodajże najdziwniejsza z wymienionych dziś trylogii. Surrealistyczny świat, wprowadzający słuchacza w świat stworzonej przez zespół mitologii, szalona w swej nieprzewidywalności muzyka, przyprawiająca niekiedy o prawdziwie psychodeliczno-kosmiczny zawrót głowy i bogate instrumentarium - gitary, syntezatory, dęciaki to wszystko razem daje nam kwintesencję tzw. sceny Canterbury - niełatwej być może w odbiorze przy pierwszym, drugim, dziesiątym podejściu ale nagradzających wytrwałych nieograniczoną ilością nieszablonowych muzycznych doznań

Dragonland - The Dragonland Chronicles - Part I - The Battle of The Ivory Plains (2001), Part II - Holy Wat (2002), Part III - Under the Grey Banner (2011) - szwedzka ekipa jak przystało na klasycznego przedstawiciela symfonicznego power metalu przełomu stuleci postanowiła nam opowiedzieć historię własnego świata fantasy. Po dwóch, dobrze skądinąd przyjętych albumach porzucili swoje "Kroniki" na rzecz innych tematów, oddając w nasze ręce m.in. świetną Astronomy. Po kilku latach postanowili jednak domknąć historię "Dragonland" płytą, która już od pierwszeo odsłuchu oszołomiła mnie idealnym wyczuciem balansu między symfonią a metalem i między storytellingiem a łatwością w odbiorze. Stąd też stoję na stanowisku, że każdy fan power metalu z twórczością zespołu (i wokalem Jonasa Heidgerta) zapoznać się powinien

Autumn Tears Love Poems for Dying Children - Act I (1996), Act 2: The Garden of Crystalline Dreams (1997), Act III: Winter and the Broken Angel (2000) - teraz coś z całkiem innej beczki. Autumn Tears to projekt kompozytora Teda Tringo, prezentujący neoklasycystyczne oblicze muzyki darkwave. Eteryczne, melancholijne brzmienia instrumentów klawiszowych i orkiestracji, operowe wokale, fragmenty mówione bądź szeptane i teskty eksplorujące jednocześnie najbardziej intensywne i tragiczne emocje - to wszystko sprawia, że po seansie już z jedną częścią trylogii czujemy się równie przytłoczeni jak po porządnym funeral doomie. 

Virgin Steele - The Marriage of Heaven and Hell Part I (1995), Part II (1996), Invictus (1998) - zespół charyzmatycznego wokalisty Davida DeFeis znany jest ze swojego epickiego stylu, balansującego gdzieś na pograniczu heavy, speed i power metalu. Znakiem rozpoznawczym grupy są też liczne nawiązujące do literatury, religii i filozofii albumy koncepcyjne. W tym przypadku mamy do czynienia z trzyczęściową sagą, której głównym tematem jest odwieczny konflikt między tym co "ludzkie" a tym co "boskie". Teksty nie tworzą jednej historii, swobodnie nawiązując m.in. do poezji, religii, mitologii i własnych przemyśleń. Widać jednak pewną prawidłowość - pierwsze dwa "akty" nawiązują mocno do dualistycznej natury świata i człowieka, natomiast finał prowadzi nas ku nieuniknionemy wyzwoleniu ludzkości spod "boskiej" kurateli

Finis coronat opus - koniec wieńczy dzieło. Co jednak, gdy w jednym artykule tych arcydzieł jest aż 16-e? Proponuję więc, by uniknąć nadmiernego przeładowania emocjonalnego i intelektualnego (które stało się moim udziałem gdy przygotowywałem ten wpis), po 1 utworze z każdego albumu na dzisiejszej playliście. Myślę, że jeśli choć jeden się Wam spodoba, śmiało ruszycie ku dalszej eksploracji tej czy innej muzycznej trylogii. Bo każda z tej szesnastki jest tego warta. A może znacie jeszcze jakieś inne rockowe, metalowe bądź całkiem inne gatunkowo trylogie, których nie znać po prostu nie wypada? Jeśli tak, piszcie w komentarzach! A link do playlisty poniżej:

   

poniedziałek, 24 sierpnia 2026

17.08-23.08.2026

 


Witam państwa już z Polski ale jeszcze urlopowo. A jak każdy prawdziwy Polak na urlopie, Mam mnóstwo rzeczy do zrobienia w domu więc dzisiejsze podsumowanie przeprowadzimy w trybie ekspresowym. Tak więc oto artyści, których w ostatnim tygodniu słuchałem najczęściej.

Battle Beast - przekrojowo przez całą dyskografię - przebojowy metal z nutą powera ale i ejtisowych, tanecznych rytmów

Pride of Lions - AORowe piosenki mistrza Peterika o miłości i innych emocjach - w sam raz na romantyczny wypad z małżonką 

Black Sites - amerykański progresywny groove metal, gdzie melodie nie słodzą nadmiernie a instrumentalna ekwilibrystyka nie przeszkadza w odbiorze

Mlecze - bo bedroom pop to nie proste piosenki o cin-cin ale pełne melancholii i osobistych treści bolesne muzyczne wyznania

Duszno i EPka zostań/wyjdź czyli cztery nowe shoegaze'owe perełki warszawskiej ekipy

Candlemass i pora na Sweet Evil Sun, jedną z trzech moich ulubionych płyt i tę konkretną, która że słuchacza zmieniła mnie w fanatyka

Debiutujący niedawno Zemetras, czyli stoner/doom po słowacku. Myślę że takiego poziomu odurzającej psychodelii nasi południowi sąsiedzi nie byliby w stanie osiągnąć śpiewając po angielsku 

Brytyjczycy z The Tirith udowadniają natomiast, że rock progresywny to niekoniecznie ciągle wytyczanie nowych ścieżek ale i umiejętne wybieranie tych już wydeptanych. A ta elektryczność to największa zaleta płyty Quetzalcoatl.

Rockowe supergrupy to zawsze trochę taki win or lose. Na szczęście Pattern-Seeking Animals należą do tej pierwszej grupy, co udowadniają kolejnym dobrym albumem

Jak pobyt we Włoszech to może coś włoskiego. W piątek pisałem o lokalnej scenie power metalowej więc jej przedstawiciel jest - Marc Garau's Magic Opera ze swym symfobiczno-neoklasycystycznym stylem. Zmobilizowałem się też w końcu do zapoznania z legendą rock progressivo italiano czyli Premiata Forneria Marconi i ich debiutem Storia Di Un Minuto, pokazującym oryginalne dla Płw. Apenińskiego podejście do tematu.

Historia prog-rocka to też mnóstwo dziś zapomnianych kapel z lat 70-ych. Od dwóch tygodni chronię od zapomnienia amerykański symfoniczno/art-rockowy Ethos

A wracając do powera, mocna nowość od Burning Sun. Szybkość, podniosłe i melodyjne refreny a w jednym utworze sam Herbie Langhans. Polecam!

Dynazty też umie w power metal, choć z płyty na płytę coraz go mniej. Jednak Titanic Mass ma w sobie sporo takiego grania i generalnie tutejsze galopady lubię najmocniej.

Pokoncerowo Testament i New Order, który przeżywa u mnie swoisty renesans. A wszystko dzięki zagranemu na wejście Into the Pit.

Jest jeszcze Wij i jego nowy splot, czyli Sznur - Tuja znów śpiewa czysto a tekst jak zwykle wymaga dłuższego "rozplątywania".

Na koniec Xandria i utwór Masquerade. Z nowej płyty lubię go najbardziej, choć jednak czuć, że to nie ten poziom co Wonders...

Cóż, już po muzycznym Teleexpressie, czekam na Wasze podsumowania a dla użytkowników "zielonej" platformy dodatkowo związana z artykułem playlista.

Playlista: 23.08.2026




piątek, 21 sierpnia 2026

Mój Top 30 Ulubionych Włoskich Zespołów Power Metalowych


Jak zapewne zauważyliście, nie jest to pierwszy artykuł z serii Top 30 Zespołów. Poprzednie były jednak poświęcone gatunkom, które nie grają raczej w mojej bibliotece pierwszych skrzypiec. Gdybym na przykład spróbował przygotować wpis na temat ulubionych zespołów doom, hair czy power metalowych dość szybko uzbierałbym nie top 30 a 40, 50, 100 i więcej. Kiedy tak jednak przygotowywałem się do krótkiego wypadu nad jezioro Como we Włoszech przyszedł mi do głowy lepszy pomysł. Przygotuję ranking ulubionych włoskich wykonawców power metalowych! Jest ich i tak sporo a sieci powiązań między nimi nieraz tak pogmatwane jak ścieżki fabularne w obecnym MCU. Dość powiedzieć, że w dzisiejszym zestawieniu niejeden wokalista, gitarzysta czy klawiszowiec pojawia się na płytach kilku różnych bandów. A wszystko zaczęło się na początku lat 90-ych od prog-powerowych Labyrinth i Athena ale włoską scenę powera na zawsze odmienił i ukierunkował debiut Rhapsody. Legendarny Tales a po nim Symphony of Enchanted Lands były odrodzeniem gatunku na tle całego kontynentu a zarazem wprowadziły do niego wiele elementów symfonicznych, neoklasycystycznych, ludowych i filmowych. Inspiracje fantastyką również zostały doprowadzone do niespotykanych dotąd rozmiarów. Kilku płytowe sagi fantasy z konkretnymi bohaterami, historie osadzone w całkowicie wymyślonych przez muzyków światach. Przełom lat 90-ych i 2000-ych obfitował w wysyp takich fantasy-powerowych składów. Z czasem scena się bardziej zróżnicowała ale nadal prym wiedzie symfoniczny epic power a zaraz za nim plasuje się jego progresywna odmiana. Pozostałe, bliższe folk, heavy, speed czy thrash metalowi warianty nie są aż tak popularne. Znamienny jest też większy niż w innych krajach udział kobiet w roli wokalisty a z zespołów tzw. (tfu!) female fronted dałoby się uzbierać całkiem odrębną listę. Przyjrzyjmy się jednak w końcu 'trzydziestce wspaniałych' i sami oceńmy, które warianty najbardziej przypadną Wam do gustu.

Zaczynamy więc od tych bardzo lubianych po te, bez których nie wyobrażam sobie muzycznego świata:

30. Holy Knights - jeden z mocno niedocenionych zespołów, bardzo przyjemny debiut w klimatach fantasy, potem dłuższą przerwa i powrót w bardziej progresywnym antruażu. Niestety od 2012 roku bez nowej muzyki od artystów z Sycylii

29. Highlord - trochę podobnie jak powyżej, stopniowa ewolucja od symfonicznego powera do mroczniejszego, progresywnego grania. W przeciwieństwie do Sycylijczyków zespół regularnie wydaje nowe płyty, choć ja osobiście najbliższy związek czuję z debiutem 

28. Kalidia - swego czasu było głośno o tej kapeli - supportujesz Rhapsody, nagrywasz dwa bardzo dobre albumy, wydajesz piosenkę o Arthasie i Lodowym Tronie ale nagle kończysz karierę. Na szczęście na gruzach Kalidii powstał niejeden równie ciekawy projekt 

27. Nocturna - dwie obdarzone szeroką skalą głosu wokalistki, dużo symfonicznych elementów - dla miłośników takiego grania fajna opcja jeśli szukacie czegoś nowego

26. Drakkar - surowy heavy/speed/power wierny zasadom niemieckiej szkoły - dobra odskocznia od neoklasycystycznych aranżacji 

25. Tezza F - jednoosobowy projekt Filippo Tezzy, w którym odpowiada za wokal i wszystkie instrumenty. Z jednej strony mocny worship powerowej klasyki, z drugiej wiele naprawdę świetnych, bombastycznych galopad w portfolio

24. 4th Dimension - dekadę temu jedna z nadziei nowej fali włoskiego powera, subtelny wokal, przestrzenne brzmienie i dwa obiecujące albumy po których nastała dłuuuga cisza

23. Wind Rose - folk/powerowe krasnoludy z Pizy udowadniają, że czasem kluczem do sukcesu jest znalezienie własnej niszy i odpowiednie ugoszczenie się w niej

22. Athena - pierwszy (obok Labyrinth) zespół Fabio Lione, pełen młodej energii i ciekawych pomysłów - co ważne, jako Athena XIX reaktywowany w starym składzie wydał rok temu powrotny, całkiem udany krążek 

21. Marco Garau's Magic Opera - projekt znanego klawiszowca Marco Garau, poznamy przeze mnie niestety przy okazji ich finalnego albumu. A szkoda bo patrząc na kunsztowną pracę gitar i klawiszy jest to neoklasycystyczny power przez duże "N"

20. Ancient Bards - jeden z symfoniczno-powerowych zespołów snujących na płytach opowieść o wymyślonym przez siebie świecie fantasy i losach zamieszkujących go bohaterów. Wyróżnia go szczególnie charakterystyczny wokal Sary Squadrani i kinowa atmosfera, której pozazdrościć im może sam Luca Turilli

19. Alterium - grupa założona przez utalentowaną wokalistkę, cosplayerkę i lekarkę weterynarii Nicolettę Rossellini po rozwiązaniu Kalidii. Co my tu mamy - dynamikę, melodię, teksty inspirowane WoWem i... jeden z najlepszych debiutów ostatnich lat w tym gatunku. Nic tylko słuchać i czekać na więcej

18. Cristiano Filippini's Flames of Heaven - jedno z moich najważniejszych odkryć zeszłego roku za sprawą Symphony of the Universe, drugiej płyty w ich dorobku, tym bliższej menu sercu że inspirowanej moim ulubionym anime. Jakim? Zgaduj, zgadula...

17. Arcane Tales - muzyczny projekt Luigiego Sorrano, będący niejako jego własną wizją rozwoju Rhapsody po zakończeniu pierwszej Sagi. Wizją autorską choć oddającą hołd klasyce i raczej rozwijającą te inspiracje na swój ciekawy sposób bez epigonicznego ślepego naśladownictwa 

16. Vexillum - folkowo-powerowa, sympatyczna ekipa mająca w sobie dużo pozytywnej energii w stylu Freedom Call ale nie unikająca też poważniejszych tematów 

15. Skeletoon - dowodzona przez Toniego Foolera ekipa znana z zawrotnych temp, klawiszowo-gitarowych pojedynków a przede wszystkim gościnnych występów uznanych gwiazd lokalnej sceny metalowej

14. DGM - jedna z najbardziej znanych włoskich grup progresywno-metalowych, balansująca między klasycznym prog-powerem w stylu Symphony X a, zwlaszcza na ostatniej płycie progresywnym rockiem w stylu retro

13. Nanowar of Steel - power metal z przymrużeniem oka, co ważne śmieszący za każdym razem tak samo choć w nieco inny sposób. I za tę kreatywność i ciągle wymykanie się z pułapki powtarzalności należy się panom najwyższe uznanie

12. Vision Divine - zespół założony przez Olafa Thorsena i Fabio Lione pod koniec lat 90-ych. Mimo licznych zmian personalnych, licznych odejść i powrotów wokalistów do składu, grupa jest nadal aktywna i dzielnie trzyma się swojego progresywno-melodyjnego powera

11. Luca Turilli (band) - side-project gitarzysty i jednego z liderów Rhapsody, początkowo stylistycznie mu bliski ale z czasem coraz bardziej ulatujący w kosmiczno-mistyczne rejony. Po podziale Rhapsody na dwa osobne bandy i powstaniu LT's Rhapsody stracił rację bytu a szkoda, bo zapowiadany był czwarty album, mocno inspirowany Keepersami i z czołową rolą Olafa Hayera, mocno niedocenianego wokalisty 

10. Elettra Storm - Crystal i Francis swoje muzyczne pasje dzielą między alternatywno-industrialne ReX i tą właśnie symfoniczno-powerową grupę, która w 2024 roku szturmem wdarła się do czołówki włoskiej sceny a rok temu jeszcze w niej umocniła 

9. Luca Turilli's Rhapsody - jedna z dwóch odsłon legendarnego zespołu po sławnym/niesławnym friendly splicie z 2011 roku. Paradoksalnie pod wodzą gitarzysty była bardziej klawiszowa i elektroniczna ale już na drugiej płycie wypracowała swój własny, cinematic metalowy styl. Niestety, na dwóch płytach się skończyło...

8. White Skull - szorstka i agresywna odsłona włoskiego powera z mocnym kobiecym wokalem Federici Boni (choć płyty z Gusem Gabarro czy Elisą de Palma też warte uwagi). Tekstowo często poruszają tematy historyczne z naciskiem na sylwetki silnych i bohaterskich kobiet

7. Derdian - zaczynając, jak wiele włoskich kapel, pod silnym wpływem Rhapsody ekipa Enrico Pistolese potrafiła się z czasem usamodzielnić i paradoksalnie, najlepsze albumy nagrała gdy odeszła na chwilę od swej czteroczęściowej sagi pt New Era i nagrała zróżnicowane i bardziej emocjonalne Limbo z niesamowitym Hymn of Liberty na czele

6. Temperance - najważniejszy i najbardziej znany projekt Marco Pastorino, którego znacie już z wielu artykułów na mojej stronie. W różnych konstelacjach, z różnymi muzykami Temperance już od kilkunastu lat raczy nas dopracowanymi, interesującymi symfoniczno-powerowymi albumami, wśród których znajdziemy też tzw concept albumu (choćby nadchodzący wielkimi krokami Arcani)

5. Kaledon - kolejny zespół, który wzorem Rhapsody na swych albumach snuje opowieści o wymyślonym przez siebie świecie fantasy. Na koncie mają już 7 głównych rozdziałów i trzy, że tak powiem, spin-offy. Niektórzy zarzucają im wtórność, ja jednak cenię sobie autentyczność, miłość do muzyki i fantastyki a przede wszystkim jest coś w ich muzyce, co sprawia, że po raz n-ty potrafię słuchać New Kingdom z powagą i uniesieniem, mimo że gdzieś z tyłu głowy rezonuje mi słynne przed laty misheard lyrics video (z którego zespół sam kiedyś zakpił na jednym z koncertów celowo zmieniając tekst na ten z filmiku)

4. Frozen Crown - rozpędzona maszyna do tworzenia dynamicznych, ostrych jak brzytwa powerowych numerów. Pod wodzą niezwykłej wokalistki Giady Jade Etro i znanego z różnych innych projektów kompozytora i gitarzysty Federico Mondelli grupa w zawrotnym tempie wypracowała sobie mocną pozycję tak na europejskiej scenie power metalowej jak i moim metalowym serduchu

3. Trick or Treat - założony w 2002 roku w Modenie jako cover band Helloween zespół dość szybko przeszedł do własnej twórczości, która liczy już sobie osiem studyjnych albumów. Szybka i melodyjna muzyka, inspirowana serialami animowanymi, grami wideo i innymi symbolami popkultury - power metal dla geeków? Jak najbardziej a to dopiero początek zalet. 

2. Elvenking - kapela, która znalazła się już w moim top 30 folk metalowych wykonawców. Nic dziwnego, bo ich brzmienie łączy w sobie wiele inspiracji - od muzyki ludowej przez power i melodic metal po cięższe momenty znane głównie z albumu The Scythe (określanego nieco mianem powercore). Moja znajomość z zespołem trwa już ponad 15 lat a jej najważniejszym punktem był koncert, jaki dali w 2012 roku w Krakowie dokładnie w moje urodziny. A supportowali wówczas:

1. Rhapsody (of Fire) - innej opcji nie ma, zespół który na zawsze zmienił moje postrzeganie muzyki, pokazał mi wielki świat metalu a jako miłośnikowi literatury fantasy pokazał jak umiejętnie łączyć tę pasję z muzyką. I chociaż to już nie jest ten sam zespół, co w 2007 roku to jestem z nim nadal, na dobre i na źle a każdy kolejny album może liczyć a moją przychylność. Tak, mój drodzy. Gdyby nie epic symphonic film score metal jak opisała ich lata temu Wikipedia, nie byłoby w ogóle Muzycznej Kroniki lub miałaby zdecydowanie inne, może gangsta-rapowe oblicze ;) 

To już jednak domena filozofów i specjalistów od alternatywnych rzeczywistości. Prawda jest taka, że dziś, pisząc do Was z deszczowej Varenny, znad filiżanki espresso zachęcam do odsłuchu playlisty zawierające ponad 50 power metalowych hitów od tych najbardziej jak i mniej znanych artystów. Dajcie też znać jakie są Wasze ulubione zespoły z Italii 🤘

Playlista: Top 30 Italian Power Metal Bands


Najpopularniejsze