Poniedziałek, 15 czerwca - zapraszam na muzyczne podsumowanie tygodnia. Ten prosty, teleexpresowy wstęp nie oznacza oczywiście, że dalsze akapity będą równie skąpe. W tym wszystkim liczy się jednak muzyka, więc to jej oddaję głos.
A muzyki było sporo i to dość zróżnicowanej - gatunkowo i czasowo. Dominował jednak nadal świeżutki jak kwiaty na 1 listopada doom metal. Zauważyliście pewnie, że ostatnie kilka tygodni jest bardzo łaskawe dla miłośników tej odmiany metalu. Melancholijne uniesienia przeżywamy m.in. dzięki szwedzkiemu Draconian i płycie In Somnolent Ruin, pełnej pasji, mroku i tragizmu. Obecnie jest to zdecydowanie najczęściej słuchany przeze mnie krążek. Cofnąłem się jednak też w czasie o ponad 20 lat i przypomniałem sobie ich debiutancki Where Lovers Mourn, bardziej surowy ale równie urzekający a A Slumber Did My Spirit Seal leciało u mnie chyba równie często co Cold Heavens czy I Gave You Wings. Cieszy fakt, że zespół z tak długim stażem potrafi przez cały ten czas utrzymać zdolność do tworzenia muzyki, która poruszy nawet najbardziej zatwardziałe serce.
Kolejną doomową płytą, na którą czekałem od dawna i która w żadnym wypadku mnie nie zawiodła jest piąty długograj amerykańskiego Khemmis. Od płyty, której tytuł jest równocześnie nazwą kapeli mozna oczekiwać pewnego rodzaju manifestu programowego lub, z drugiej strony, pewnego podsumowania działalności. Myślę, że panowie osiągnęli i jedno i drugie. Mamy tu bowiem "klasyczną" dla nich odmianę doom metalu, gdzie elementy epickie łączą się z nawiązaniami do klasycznego heavy, odrobiną stonerowego klimatu i fragmentami zagranymi i zaśpiewanymi w bardziej agresywnym tonie. Nie ma tu może zbyt wielu innowacji ale jest 100% Khemmis w Khemmis i tego słucha się po prostu kapitalnie.
Mam ostatnio ogólnie jakąś słabość do epickiego doomu, bo czwarty tydzień z rzędu eksploruję dyskografię Candlemass. Zgodnie z llinią czasową sięgnąłem teraz po Tale of Creation, płytę ważną, gdyż dla wielu album ten wieńczy pierwszy, klasyczny okres działalności grupy. Ostatni (jak wtedy myślano) album z Marcolinem za mikrofnem, ostatni tak czysto epic doomowy (choć już z nutami us powera) i ostatni z obrazem XIX-wiecznego malarza na okładce (tym razem Gustav Dore w miejsce Thomasa Cole). Co mogę jeszcze rzec o tej płycie - nie wyjdę poza opinię tłumu, bo po prostu Tale of Creation dobrym albumem jest.
Kawał dobrego epic doomu znajdziecie też na Transience niemieckiego Mirror of Deception. Już od pierwszych dźwięków otwierającego krążek Death, Deliver Us możemy poczuć tę wzniosłą atmosferę, wsłuchać się w majestatyczne melodie i unosić wraz z nimi nad kolejnymi muzycznymi krajobrazami.
Tak jak w przypadku wyżej opisanych albumów doceniam ich spójność i wierność zasadom gatunku lub własnym paradygmatom, tak Neverending, najnowszy album stoner/doomowego Monolord coraz bardziej mnie zaskakuje. Z jednej strony mamy takie czysto-monolordowe Oozing Wound a z drugiej trafiamy na zahaczającą o melodyjny rock The Masque. Na płycie jest zresztą jeszcze więcej kontrastów a ich odkrywanie, konfrontowanie i ostatecznie akceptowanie to moim zdaniem integralna część odsłuchu. Taka, która sprawia, że Neverending można słuchać, nomen omen, w nieskończoność.
Tak rozpisuję się nad doom metalem a może powiem kilka słów o zespole, bez którego być może tego gatunku, jak i metalu w ogóle by nie było? I nie, nie chodzi o Black Sabbath. Tzw. proto-metalowa scena lat 70-ych wydała na świat niejeden ciekawy twór i choć większość nie jest znana poza gronem muzycznych archeologów, tym bardziej warto o nich pisać. Takim właśnie zespołem jest szkocki Iron Claw, działający w latach 1969-74 (z późniejszymi krótkimi reunionami). Muzycy pozostawili po sobie całkiem pokaźny materiał, w którym wyraźnie słychać wpływy rocka psychodelicznego, progresywnego hard rocka czy mających dopiero nadejść doom i heavy metalu. Nic dziwnego, że brytyjski magazyn Classic Rock zaliczył ich do grona "zaginionych pionierów heavy metalu". Polecam!
W połowie lat 70-ych jednym z reprezentantów rodzimej sceny progresywnego tudzież psychodelicznego hard rocka była lubelska Budka Suflera. Jak jej kariera potoczyła się później, zwłaszcza po '97 wszyscy wiemy. Nie wszyscy jednak kojarzą wydaną w 2003 roku płytę Jest, zawierającą bardzo przekrojowy materiał z (ówcześnie) 30 lat działalności kapeli. Warto zwrócić szczególnie uwagę na dwie pierwsze kompozycje - To Moja Pieśń i Taniec Cieni, gdyż tak ciężko Budka nie zagrała już nigdy. Do trójki moich ulubionych numerów z tej płyty zalicza się też Każdy ma swoją tajemnicę, gitarowy i przebojowy (choć na rynku przesyconym obecnością i sukcesami Suflerów takowym nigdy nie został).
Dziś mija tydzień od premiery nowego albumu brytyjskiej grupy Castanarc. Co prawda Forged by the Sun to tylko trzy kompozycje ale biorąc pod uwagę długość typową dla progresywnego rocka, dostajemy blisko 40 minut barwnej, wciągającej i przyjemnej muzyki. W moje gusta idealnie wpasował się drugi na liście Ceasefire for the innocent, w którym wszystkie cechy neo-progu zostały oddane w idealnych (13-minutowych) proporcjach.
Bardzo mocno wpadł mi w ucho pierwszy singiel zapowiadający nową płytę Xaviera Phideaux. Hey Humanity to melodyjna, neo-progowa kompozycja z mądrym, zmuszającym do refleksji tekstem. Cieszę się, że następca wydanego aż 8 lat temu Infernal jest już w drodze bo twórczość pana Xaviera to absolutnie mój prog-rockowy top.
Z odsłuchu na odsłuch coraz mocniej doceniam to, co prog-metalowcy z Evergrey zaprezentowali na Architects of the New Weave. Ciekawa ale nieprzekombinowana muzyka, pięknie interpretujący ją głos Toma Englunda i jakby dopełniające dziełan grafiki Matiasa Norrena. Dzieło, zdawałoby się kompletne. I może nie jest tak, że każda z 12-u pozycji na trackliście to muzyczna perełka ale jest tu zdecydowanie kilka wyróżniających się nut i dla spotkania z nimi warto dać się przeprowadzić przez mniej udane (choć i tak trzymające pewien stabilny poziom) fragmenty.
Trochę z nostalgii sięgnałem też do dyskografii zespołu, który określić można było mianem progresywnego power/thrash metalu - choć szufladkowanie Nevermore zawsze uważałem za duże uproszczenie. Ale do sedna, sięgnąłem i jak zwykle na dłużej zatrzymałem się przy moim ulubionym Dead Heart in a Dead World. Wszystko na tej płycie do siebie pasuje, uzupełnia z niezapomnianym wokalem Warrela Dane'a. Ciekawe jakie będzie to nowe Nevermore bez zmarłego w 2017 roku wokalisty. Póki co pozostaje nam gdybanie i (tak jak w moim przypadku) przeglądanie dotychczasowego katalogu.
Elementy progresji znaleźć też można w muzyce Call the Fraud. Nowy album groove-metalowców jak zawsze prezentuje dość szeroki wachlarz pomysłów i inspiracji, z takim samym, solidnym, efektem jak w przypadku poprzedników.
Przy mocnej dominacji doom metalu i muzyki progresywnej trochę na drugi plan zszedł power metal. Trochę to efekt braku jakichś przełomowych premier - serio, ostatnia warta uwagi płyta ukazała się 2-2,5 miesiąca temu. Natura jednak próżni nie znosi więc wypełniłem ją sobie muzyką sprzed 10 a nawet 20 lat. Po pierwsze jeden z najlepszym albumów Iron Savior, czyli wspominany już w zeszłym tygogniu The Landing - pełen powerowych bangerów i heavy metalowych hymnów. Po drugie również niemiecka Chinchilla, aktywna przede wszystkim w latach 97-04 (choć w Encyclopedia Metallum mają nadal status Active). Ich płyty to taka kapsuła czasu, w której zamknięto wszystkie zalety (i część wad ale to cii...) europejskiego powera przełomu wieków - szybkość, melodie, gitarowo-klawiszowy patos i ten wokal, tak nieraz przypominający śpiew Tobiasa Sammeta na pierwszych płytach Edguy. No, nie da się takiej muzyki nie lubić. I choć przez ostatnie 20 lat power metal stawił czoła pewnym kryzysom, wyewulował (w różnych, nie zawsze trafionych kierunkach) to jednak druga połowa lat 90-ych i pierwsza dwutysięcznych jest tym magicznym złotym wiekiem euro-powera.
Moda ma to do siebie, że co jakiś czas wraca. Ostatnie lata na pewno można uznać za renesans klasycznego heavy metalu, co znalazło nawet odzwierciedlenie w próbie nazwania tego vintage'owego nurtu ''NWOTHM". Jednym z moich ulubionych przedstawicieli tej kategorii jest projekt Elle Tea, swoją trzecią już płytą długogrającą pt. Travelling udowadnia, że jeśli marzymy o podróży w czasie do lat 80-ych i ery autentycznego, granego z pasją heavy to kapitan Trevisan jest najlepszym przewodnikiem. Osiem utworów - od szybkiego The Eye of the Storm po spokojny, refleksyjny Vanish gwarantuje nam mnóstwo dobrej zabawy, headbangingu i "sing-along-ingu". Czego chcieć więcej od heavy metalu?
Jeszcze dalej w swoich vintage'owych inspiracjach cofnęła się Sian Greenaway. Była wokalistka stoner/doomowego Alunah (pisałem o nich tydzień temu) w 2024 roku zaczęła nową muzyczną przygodę pod szyldem Bobbie Dazzle. Jej pierwsza płyta, Fandabidozi to jedyny w swoim rodzaju psychodeliczny glam rock z dodatkowym atutem w postaci (niczym u Jethro Tull) solówek i przygrywek na flecie. Dodając do tego hippisowski antruaż uzyskała niezwykle mocno oddziałujący na słuchacza efekt, którego moc wcale nie słabnie wraz z upływającym czasem. A że wiadomo już, że idzie nowe to tym bardziej warto sobie przypomnieć (lub zapoznać z) Fandabidozi.
Na koniec jeszcze folk-metalowe odkrycie ostatnich tygodni czyli polskie Przesilenie. Ich debiutancki Kołowrót nie może wyjść mi z głowy a kolejne utwory rywalizują ze sobą o miejsce tego ulubionego. W tym tygodniu palma pierwszeństwa należy się muzycznej gawędzie pt. Błękitne, pełnej przygody, niepokoju i tej typowej dla ludowych baśni filozofii - uważaj o co i kogo prosisz, bo nie zawsze marzenia warte są swej ceny...
Są jednak marzenia, o które warto walczyć i takich Wam życzę. A na cały nadchodzący tydzień zostawiam Wam niniejszą playlistę i proszę Was o to samo - nie musi być playlsita ale będzie mi miło za każde podzielenie się Waszymi muzycznymi fascynacjami.






