poniedziałek, 16 lutego 2026

09.02-15.02.2026

 


Czesi śmieją się z nas, że mówimy Dzień dobry a w Polsce żaden dzień nie jest dobry. Może coś w tym jest, bo zwłaszcza poniedziałkowe poranki do takich nie należą. Ale poniedziałek to też czas muzycznego podsumowania tygodnia, na które serdecznie zapraszam. Może wspólnie trochę sobie poprawimy nastrój?

Zacznijmy więc od doom metalu (he he). Ostatnio rzadziej sięgałem po ten gatunek metalu, częściej jak już to wybierałem dsbm czy inne formy "atmosferycznego" metalu. Przyszedł jednak czas na zmianę a to za sprawą kilku bardzo dobrych albumów. Przede wszystkim w końcu sięgnąłem po krążek, który szeroko wzmiankowany był wśród najlepszych z zeszłego roku, czy to w rankingach Doom Charts czy naszych rodzimych muzycznych blogerów i redaktorów (np. 6-te miejsce u Puszka FM). O jaki krążek chodzi? Oczywiście o Return From the Point of No Return greckiego Nightstalker. Jest to niesamowita dźwiękowa podróż, duszna, psychodeliczna, trochę bluesowa a przy tym wszystkim niesamowicie "sabbathowa". Już sam wokal nasuwa podobieństwa z Księciem Ciemności ale i podkład dźwiękowy zdecydowanie mógłby trafić na jeden z pierwszych albumów Black Sabbath. Nie wiem sam czemu tak długo odkładałem zapoznanie się z tym niezwykłym wydawnictwem. Biję się w pierś i deklaruje, że jak wrócić do regularnego słuchania stoner/doomu to tylko z "powrotem z miejsca bez powrotu".

W sumie jak już o powrotach. Na fali stonerowego odrodzenia odświeżyłem sobie też Let it Burn, debiut amerykańskiego kwartetu REZN. Klasyka psychodelicznego, ezoterycznego i odpowiednio przybrudzonego doom metalu pochłonęła mnie tak samo jak lata temu, gdy dopiero poznawałem ich twórczość. Wake, Harvest the Void - to tylko dwa przykłady dźwiękowych rytuałów od których nie sposób się oderwać. Podrzucam je na playlistę i liczę, że Was też wciągną na długie, wieczorne godziny.

Z doom metalowych nowości warto poświęcić czas na zapoznanie się z nową płytą zespołu Sundecay. The Blood Lives Again miało swoją premierę w ten piątek i jest to długogrający debiut Kanadyjczyków. Internety piszą o nich jako o psychodelicznym doom metalu, ja jednak w konstrukcji utworów, ich długości i nacisku na odpowiednio przygniatający klimat śmiałbym zaliczyć ich nawet do epickiej gałęzi metalu zagłady. Wystarczy włączyć sobie ostatni na trackliście Will Dusk Defy Dawn by zrozumieć o czym mówię. Zresztą, zostawmy etykiety statystykom, niech wybrzmią emocje a tych na albumie na pewno nie brakuje.

Na pograniczu stonera, psychodelii czy depresyjnego rocka (a może po prostu slowcore'a?) znajdziemy taki niezwykłe ansambl jak Great Ooze. Pod sam koniec stycznia ta pochodząca z Seattle kapela wydała płytę zatytułowaną The Vast and Howling Wilderness a w tę środę w najnowszym Grzybo Braniu mogliśmy usłyszeć pochodzący z niej kawałek Ben's Garage, który zrobił na mnie niesamowite wrażenie. Od tego czasu słucham ich codziennie a rzeczonego numeru nawet po kilka razy. Z jednej strony niespieszne tempo, dobrze budowany klimat, stopniowanie napięcia a z drugiej jednak intensywny ładunek emocjonalny. Obok takiej kompozycji nie sposób przejść obojętnie. Co więcej, pozostale 7 numerów też ma się czym pochwalić. Nic tylko słuchać.

Gatunkiem muzycznym, który w pierwszych tygodniach bieżącego roku gościł u mnie zdecydowanie częściej niż zwykle jest za to thrash metal. Nowy Kreator, Megadeth, klasyczne krążki Xentrix - było tego sporo. W tym tygodniu też o nim nie zapomniałem, choć nieco zmienił się zestaw wykonawców. Nadal co prawda machałem głową na złamanie karku do The Electric Age Overkilla - jednej z najlepszych thrashowych płyt XXI wieku i absolutnego TOP 3 jeśli chodzi o deyskografię ekipy Bobbiego Blitza. Szybkość, agresja, hałas - ta płyta nie zwalnia nawet na chwilę a po ostatnim akordzie chce się jeszcze i jeszcze. Szaleńcze tempa to też specjalność reprezentanta młodszej generacji thrashu. Na założony w 2002 roku, północnoirlandzki Gama Bomb trafiłem przypadkiem w 2011 roku i od tego czasu co kilka lat lubię wskoczyć w ich surrealistyczny, rozpędzony świat. Tym razem, prócz najbardziej lubianej Tales from the Grave in Space sięgałem również po nieco nowszą, liczącą sobie 8 lat płytę Speed Between Lines z takim killerem jak Bring out the Monster na czele.

A wiecie jak trafiłem na wyżej wymienioną kapelę? Chciałem na laście wyszukać Gamma Ray i "coś mi się kliknęło nie tak". Power metalu nie było ale i tak było "zaje**ście". A propo powera, to słuchałem ostatnio właśnie sporo klasyki gatunku z lat 90-ych i dwutysięcznych - chociażby Land of the Free II rzeczonego Gamma Ray czy nigdy-nie-nudzącego się Theater of Salvation ich rodaków z Edguy. Świetna muzyka i szkoda tylko, że widoków na coś nowego z obu obozów niestety nie ma...

Na szczęście są muzycy, którzy dumnie niosą chorągwie power metalu a jedną z nich jest heavy/powerowy Greyhawk. Ich power jest taki mocno amerykański (nie powinno to dziwić skoro są z Seattle) ale na równi z ciężarem i szybkością dbają też o warstwę melodyczną. Wychodzi im to bardzo zgrabnie a wydana w piątek Warriors of Greyhawk to płyta z rodzaju tych, które potrafią zaciekawić na dłużej. Tego życzę i Wam i sobie.

Z nowym Edenbridge mam tak, że przez kilka dni słucham bardzo chętnie, potem na kilka dni zapominam o istnieniu Set the Dark on Fire by znów powrócić do tego symfoniczno-metalowego uniwersum. Zeszły tydzień miał więcej tych "drugich dni" a ja utwierdziłem się w przekonaniu, że choć jako całość płyta w ziemię nie wgniata to za sam opener w postaci epickiego The Ghostship Diaries należy się Austriakom duży plus.

Pora na jedyny w dzisiejszym artykule concept album. Warto wspomnieć, że też jak dotąd jedyny w dyskografii prog-rockowego Big Big Train. Woodcut to dzieło ambitne, składające się z 16-tu kompozycji dających łącznie 65 minut muzyki - zarówno refleksyjnej jak i dramatycznej, wyciszającej jak i budzącej pewien "jaskółczy" niepokój. Czuć, że muzycy włożyli w proces twórczy wiele serca i emocji a że tematem przewodnim albumu jest życie artysty, można traktować go też jako pewną metaforę własnych losów a wiemy, że ta legenda brytyjskiej sceny mierzyła się z różnymi przeciwnościami. Wciaż jednak trwała, wciąż tworzyła, rzeźbiąc w drewnie czasu swój artystyczny manifest. 

Niepokój to też jedna z emocji jaka towarzyszy odsłuchowi Oceanów. Na swej najnowszej płycie alternatywno/progresywne Resoraki umieściły niezwykłą kompozycję - Osiem minut po wybuchu słońca, o której pisałem już nie raz. Są jednak na płycie też inne utwory, może nie tak przytłaczające ale równie zaskakujące inteligentnymi tekstami i dźwiękowymi pejzażami. Wśród nich coraz bardziej wkręcam się w mający w sobie coś psychodelicznego Mróz i drzewo morwy. "Gorąco" polecam.

Podobnie rzecz się ma z W lustrach anten alt-rockowego Zaułka. Ktoś powie, że to tylko 27 minut muzyka a ja mu na to, że mało kto w 27 minutach potrafi zawrzeć tyle emocji, marzeń i przemyśleń. Mamy tu i zadziorność i trochę elektroniki, odrobinę dreampopowej subtelności i shoegaze'owej eteryczności. Przystępując do odsłuchu sami nie wiemy kiedy z 27 minut robi się 54, 81, 108 i tak dalej i tak dalej...

Dobra, mieliśmy już doom, power, thrash, psychodelię, alternatywę i progresję. A co powiecie na trochę swing metalu? Tak, dobrze słyszycie. Shoo Bee Doom to kapela, która wymyśliła swój własny gatunek metalu. Jak inaczej bowiem nazwać połączenie bigbandowych dęciaków z hard-rockowymi gitarami? Do tego mocno jazzujący wokal Eden Levin i mamy muzyczną podróż w czasie z lat 20-ych XXI do lat 20-ych XX wieku. Bardzo intrygującą podróż!

Tym nieco tanecznym akcentem zamykam dzisiejsze podsumowanie. Nie zapomnijcie podzielić się Waszymi statystykami, kolażami czy po prostu refleksami. Miłego dnia i miłego odsłuchu dzisiejszej playlisty. Link tam gdzie zawsze:

Playlista: 15.02.2026

piątek, 13 lutego 2026

Mattias Noren - Playlista Tematyczna

 


Kilka dni temu zespół Evergrey ogłosił wydanie swojego nowego, piętnastego już albumu zatytułowanego Architects Of A New Weave. Jednocześnie ujawniono okładkę płyty i poinformowano, że za jej powstanie odpowiedzialność wziął, współpracujący już wcześniej z legendą prog-metalu Mattias Noren. Tak się składa, że już w zeszłym roku myślałem nad artykułem i playlistą poświęcona jego twórczości. W końcu nadeszła więc najlepsza ku temu chwila. 

Na początek jak zwykle kilka słów o bohaterze dzisiejszego artykułu. Mattias Noren urodził się 12 października 1973 roku i jest szwedzkim artystą grafikiem, właścicielem firmy ProgArt Media. Przez ponad 20 lat swojej kreatywnej aktywności przyłożył się do powstania stukilkudziesięciu albumów muzycznych, zarówno nagranych przez tych najbardziej znanych jak i rzesze bardziej undergroundowych artystów. Przez te lata wypracował też swój własny, unikatowy styl operując w rozmytych barwach, półcieniach i mglistych plamach światła. Jego obrazy są jednocześnie dramatyczne i zagadkowe, teatralne i fotorealistyczne. Jak sam mówi, do każdego dzieła stara się podchodzić na nowo, jednakże obecnie bardzo często wykorzystuje technikę akwareli, może niezbyt popularną w ciężkich gatunkach muzyki ale dzięki temu wyróżniającą go z tłumu innych grafików.

Kiedy przystępowałem do pisania artykułu, kojarzyłem Mattias głównie z rockiem i (a nawet przede wszystkim) metalem progresywnym. Wspomniałem już o Evergrey ale była też Knight Arena, Cloudscape czy zeszłoroczny album IHLO. Gdy jednak zgłębiłem się w jego port-folio odkryłem tam też dużo płyt power metalowych, niektórych już dziś zapomnianych a lata temu dość często mi towarzyszących. W momencie wróciły wspomnienia i powiem Wam, że było to bardzo miłe doświadczenie. Zdziwiłem się też, że artysta współpracował też z zespołami symfoniczno-metalowymi takimi jak Epica czy (akurat często przeze mnie ostatnio słuchane) Dawn of Destiny. Trafił się nawet dark ambient w postaci norweskiego projektu [ówt kri]. Grafiki Norena jak widać dobrze korespondują ze stylem muzyki, którą ilustrują a to chyba najlepsze podsumowanie jego twórczości.

Przygotowując dzisiejszą playlistę początkowo opierałem się tylko na liście zilustrowanych albumów z oficjalnej strony artysty. Jak jednak możemy tam przeczytać, to tylko selekcja najciekawszych prac a ja jednak lubię zgłębiać temat z, nomen omen, kronikarską dokładnością. Po dokładnym riserczu na metal archives lista wydawnictw zwiększyła się dwu a nawet trzykrotnie. Chcąc być wierny tradycji i podrzuci Wam po 1 utworze z każdej płyty ozdobionej grafiką Mattiasa Norena poszedłem prawdziwego potwora, liczącego aż 146 pozycji. Daje to w sumie ponad 12 godzin muzyki. Polecam słuchać w trybie losowym ale od czasu do czasu rzucić też okiem na artwork. Pamiętajcie bowiem, że okładka to integralna część płyty i nieraz podkreśla lub uzupełnia to co muzycy chcą nam przekazać przy pomocy dźwięków. 

To tyle na dziś. Miłego odsłuchu i piszcie w komentarzach, która z okładek przygotowanych przez Mattiasa Norena podoba Wam się najbardziej.


poniedziałek, 9 lutego 2026

02.02-08.02.2026

 


Tydzień polski? Tydzień prog-power metalowy? A może po prostu zwyczajny tydzień z życia Muzycznej Kroniki? Poczytamy, zobaczymy.

Jeśli chodzi o polską reprezentację dzisiejszego podsumowania dominuje w niej muzyczna poezja. Intensywne, bardzo obrazowe erotyki prog metalowego Spherical sąsiadują z bardziej osobistymi aczkolwiek nieraz przewrotnymi lirykami oświęcimskiego Zaułka, przedstawiciela dość prężnej tamtejszej scenę alternatywnej. Do tego dochodzą łączące w sobie i alternatywę i progresję utwory zespołu Resoraki, dotykające tak istotnych tematów jak przemijanie - jednostek i całego świata.

W przypadku power metalu też sporo się działo, czy to w postaci premier czy bardziej leciwych już kawałków. Z tych pierwszych mamy np. Love Kills! czyli trzeci dlugograj niemieckiego Induction. Jest to mój pierwszy poważniejszy kontakt z twórczością tego młodego zespołu i oceniam go nader pozytywnie. 

Lubię też wydaną kilka tygodni wcześniej EP-kę Twilight Opera projektu Asterise, za którym stoi nasz rodak Bartek Mężyński. Trochę czasu spędziłem również z klasyką gatunku, trzecim (a w zasadzie) czwartym albumem Edguy zatytułowanym Theater of Salvation. Patrząc na pełną dyskografię zespołu jest to jedna z moich absolutnie ulubionych pozycji.

Przypomniałem sobie też zeszłoroczny album najbardziej znanych w power metalu bliźniaków. Bracia Janglöv i ich zespół Twins Crew [sic!] na Chapter IV zagrali melodyjny, łatwo przystępny i wierny zasadom sztuki power metal. Nic dodać, nic ująć a wrócić czasem się chce.

Zdecydowanie jednak najczęściej gościł u mnie album The Ember Eye Part II: The Portal of Truth szwedzkiego zespołu Vandor. Szybkość, melodyjność i odpowiednia doza ciężaru robi swoje. I choć ktoś powie, że nic w tym odkrywczego to ja mu na to, że Europa jest piękna choć już na wskroś poznana ;) 

Z okolopowerowych rejonów można wspomnieć też o Epinikion, symfoniczno metalowym zespole z Holandii i płycie The Force of Nature. Kiedyś pisałem że metal z śpiewająca w klasycznym stylu wokalistką powoli się "kończy" a tu proszę, kolejna już zadająca kłam moim teoriom ekipa. Jak mnie to cieszy.

Czas na prog. I to nie byle jaki. Jeden z moich ulubionych ekip tworzących w tym nurcie, brytyjski Big Big Train wraca z kolejną płytą. Woodcut to pierwszy concept album w ich wieloletniej historii, oparty na losach zmagającego się z życiem Artysty. Jest to, jak zwykle zresztą, album pełen emocji, dźwięków tak nasyconych nimi że zdawałoby się aż namacalnych. Bogate instrumentarium, wielość inspiracji, duży nacisk na narracyjną rolę kompozycji - to tylko niektóre z zalet krążka, który słój po słoju pozwala nam z każdym kolejnym odsłuchem docierać bliżej sedna. 

Co dalej. Podpatrzony u Dezarbuzator Shroom Cloud ze swym gęstym jak chmura zawodników po nadepnięcie na purchawkę i równie dusznym debiutem. Stoner? Sludge? Doom? A może fungicore? Zamiast przypinać etykiety radzę po prostu posłuchać. Fanom gothic/doomu nieustannie polecam też czarnogórskie Dvoeverie - tym razem prócz Birds z najnowszego krążka proponuję do odsłuchu kawałek Porcelain z debiutu - pierwszy tego zespołu jaki kiedykolwiek słyszałem. Jak widać zaciekawił mnie na dobre.

Teraz trochę thrashu. Kiedyś smieszkowałem z Połamane dźwięki o nowym Kreator (który tak, serio, polubiłem). W tym tygodniu jednak postanowiłem trochę od niego odetchnąć i sięgnąłem po zgoła inne albumy - surowy, zimny Renewal i absolutnie zaskakujący na tle całego katalogu a najbliższą memu sercu Endoramę.

Przerwę zrobiłem też od Megadeth ale nie od samego amerykańskiego thrashu. Sięgnąłem bowiem po Electric Age nowojorskiego Overkill a więc mojego ulubionego przedstawiciela tej odmiany metalu. Płytę, od której zacząłem uwielbiać ekipę Bobbiego, szybką, zadziorną, piorącą słuchacza ostro po pysku. I przy tym niesamowicie wręcz wpadającą w ucho. Kosmos! 

Na koniec jeszcze dorzuciłem sobie trochę porządnego, melodyjnego hard rocka od Cats in Space (tym razem z różnych albumów) i tym oto sposobem zamknął się mój muzyczny tydzień.

A jak minął Wasz? Łapcie łącze do plejki a sekcję komentarzy oddaję w Wasze ręce.

Playlista: 08.02.2026

piątek, 6 lutego 2026

III Urodziny Muzycznej Kroniki - Top Lista

 


To już trzy lata jak prowadzę Muzyczną Kronikę, znaną wcześniej też pod mianem Playlist Everyday. Ostatnie 12 miesięcy było niezwykle udane pod wieloma względami. Poznałem wielu niezwykłych artystów i nawiązałem nowe znajomości wśród, jak to kiedyś określił red. Puszka niskopoczytnych blogerów muzycznych. Myślę, że spokojnie już przekroczyliśmy wspólnie barierę 3 tys obserwujących, nawet pokusiłbym się o sugestię, że i od 5k już niewiele nas dzieli. Z tego miejsca chciałbym pozdrowić choćby Pana od Popkultury, Electrolite.fm czy Metal Frenzi.

Sama Kronika też się rozrosła, pojawiły się nowe stałe "punkty programu" jak uznany za neologizm roku "PLAYLISTONOSZ" czy środowy cykl "Z Archiwum...", w którym wracam do artykułów sprzed lat, często nawet sprzed dnia, gdy obok strony na blogspocie otworzyłem też fanpage na Facebooku. 

Cieszy też fakt, że z grona ponad 700 obserwujących wielu z Was włącza się aktywnie w życie strony, dzieląc się swoimi podsumowaniami, odkryciami i refleksjami. Kronika jest miejscem w ramach rocka i metalu dość eklektycznym, gdzie obok siebie może pojawić się i hair metal i norweski black, neo-prog i power metal a także wiele bardziej niszowych gatunków ze szczególnym wskazaniem na doomgaze. Tak też różnorodnie prezentuje się grono obserwatorów, gdzie są specjaliści od gruzu, sladżu i kamieniarza jak i bardziej melodyjnej muzyki. To wszystko sprawia, że, mam nadzieję, każdy miłośnik gitarowego grania znajdzie tu coś dla siebie.

Zgodnie z tradycją, z okazji urodzin Kroniki przygotowałem playlistę, na której znajdziecie po jednym utworze aż 50-u wykonawców, których odkryłem w trakcie ostatniego roku. Wśród nich 10-tka najważniejszych odkryć prezentuje się następująco:

Blackbriar - metal symfoniczny 

The Gathering - gothic/doom/trap

Cristiano Filippini's Flames of Heaven - symphonic power metal

Moron Police - rock progresywny

Humming Whale - metal progresywny 

Astronoid - dream thrash/post-metal/metalgaze

Aedan Sky - symphonic power metal

Duszno - shoegaze

The Süns - proto-metal/blues rock

Bog Wizard - stoner/sludge/doom

Link do pełnej playlisty jak zwykle pod artykułem. Ja jeszcze raz serdecznie dziękuję za kolejny wspólny rok i liczę, że najbliższe 365 dni będą równie emocjonujące i pełne tylko dobrej muzyki. Trzymajcie się cieplutko i nie dajcie grypie (sezon infekcyjny w pełni!)



poniedziałek, 2 lutego 2026

25.01-01.02.2026

 


Jak co poniedziałek pora na podsumowanie tygodnia, tym razem zmuszony jestem przygotować nieco skróconą wersję (dość intensywny dzień dziś u mnie) ale mam nadzieję, że nikt z artystów towarzyszących mi przez ostatnie 7 dni nie zostanie pominięty.

Zacznijmy od reprezentanta powiatu oświęcimskiego. Alt rockowy Zaułek poznałem dwa lata temu dzięki audycji W zimnej toni prowadzonej przez wokalistkę (nomen omen) TONi, Monikę Adamską-Guzikowską. Już pierwsza EP-ka z cudownymi Oczami ze szkła chwyciła mnie za serce i bardzo często wracałem do tej poetyckiej, trochę zimnej muzyki. Czy W lustrach anten dorównały jakością czteroutworowej poprzedniczce? Jak najbardziej, jeszcze jak! Rodzeństwo Boińskich et al. pokazało światu nieco dojrzalszą wersję siebie, nie tracąc przy tym nic ze swej tożsamości. Z ośmiu znajdujących się na longplayu numerów co najmniej dwa już trafiły do grona "moich ulubionych" a czuję, że to dopiero początek pięknej przygody, jaką mam zamiar przeżywać przy każdym odsłuchu albumu. 

Innym przedstawicielem rodzimego "niezalu" (bo rock progresywny raczej nie jest gatunkiem mainstreamowym) jest grodziski Spherical. Sami mówią o sobie "rockowo metalowa poezja progresywna" i trafiają tym w sedno. Na nowej, drugiej już w katalogu EPce zatytułowanej Drugie Spojrzenie w Siebie teksty grają bardzo ważną rolę. Świetnie brzmią np. Przebiśniegi, w których erotyzm ujęty jest w sposób baardzo daleki od banału. Dodając do tego klimatyczną muzykę i mamy kompozycję potrafiącą dosłownie pochłonąć słuchacza bez reszty. 

To były dwie z czterech nowości w dzisiejszym artykule. Pozostałe dwie to już muzyka zagraniczna i power metal. Po pierwsze Black & Damned i ich płyta numer trzy - Resurrection wydana w marcu zeszłego roku, przez wielu recenzentów uznana za jeden z albumów miesiąca. Korzystając z małej liczby styczniowych premier postanowiłem nadrobić trochę power metalowych zaległości i to już kolejne warte uwagi wydawnictwo. Jest tu ciężar, mrok i trochę progresji przez co na album trzeba poświęcić kilka godzin więcej ale jest to wysiłek wart świeczki.

Przeciwnie szwedzki Vandor - klasyczny melodyjny power, wierny zasadom sztuki, nie próbujący na siłę być czymś więcej. I to w tym wszystkim jest super, bo wrażenia z odsłuchu drugiej części The Ember Eye są porównywalne z tymi jakie swego czasu miałem w latach dwutysięcznych przy kontakcie z takimi tuzami metalu jak Stratovarius, Sonata Arctica czy Edguy.

Skoro już o Edguyu, z wielką przyjemnością wróciłem sobie do ich starych płyt (sprzed 2006r) a zwłaszcza do Theater of Salvation - i choć doceniam to co Tobias później osiągnął to jednak pierwsze krążki mają w sobie magię, której próżno szukać później.

Z pierwszej dekady XXI wieku pochodzi też debiut zespołu Dawn of Destiny zatytułowany po prostu Begins. Do tej pory jakoś pomijałem ten krążek i dopiero w styczniu, gdy odświeżyłem sobie ich dyskografię okazało się, że w niczym nie ustępuje późniejszym dziełom (jak choćby Of Silence zaczynający się od epickiego We Are Your Voice). Szczególnie przejmujący Alone at Night robi wrażenie a Tanja Maul pokazuje w nim pełnię swojego głosu. 

Poza tym trochę nowości i (pięknych) staroci - Sands of Eternity z najlepszym albumem przełomu 25/26, Freedom Call z jednym z dwóch najlepszych krążków z ich dyskografii ever (Masters of Light) czy polski akcent w postaci nowej EP Asterise.

Z pozostałych mamy m.in. legendy thrashu - tym razem Megadeth, do którego coraz bardziej się przekonuję. Początkowo byłem raczej team-krushers ale elektryczność nowej płyty kapeli Mustaine'a to coś czym zdecydowanie wygrywa z Kreatorem. Zobaczymy co będę gadał za miesiąc lub dwa, który album wygra tę próbę czasu.

Pojawiał się też metal symfoniczny w różnych wersjach, ten bardziej teatralno-operowy od Coronatus i ten bardziej metalowo-przebojowy (Beyond the Black). 

Następnie trochę doom metalu i to obowiązkowo "atmosferycznego" choć do budowania tej atmosfery służą różnym zespołom różne środki. Enshine tworzy ją przez gotyckie symfonie i melodeathowe harmonie wokalne a Remina oferuje nam bardzo eteryczną, rozmytą shoegaze'owymi impresjami muzykę. Jako wielki fan wokalu Heike możecie być pewni, że do płyt tej formacji wracać będę jeszcze nieraz.

Co akapit wymieniam kolejne podgatunki metalu a są grupy, które mają swój własny styl, który ciężko zdefiniować. Tak jest w przypadku Cold Night for Aligatora, które w zależności od portalu jest opisywane jako prog-metal, math-rock czy djent (ale czy djent to gatunek?). Jakby nie było liczy się to, że czas spędzony przy ich twórczości a zwłaszcza najnowszej płycie, With All That's Left to prawdziwa uczta dla uszu. A o to chyba chodzi przede wszystkim.

Na koniec ostatnia z jak dotąd wydanych płyta Cats In Space. Na Time Machine ponownie mamy mieszaninę gitarowego grania na AORową modłę, queenowych harmonii wokalnych, bigbandowych klimatów i odrobiny brytyjskiej progresji. Jest pompatycznie, melodyjnie ale i ciekawie. I choć moje ulubione utwory to odpowiednio numer 1 i 2 na trackliście, to Time Machine jako całość oceniam bardzo solidnie i nie czuć wcale znudzenia przy słuchaniu od deski do deski.

Poniedziałek pomału się kończy a ja kończę artykuł. Pamiętajcie by napisać jak Wam minął tydzień a użytkowników serwisu streamingowego z zielonym logiem zapraszam do odsłuchu tygodniówkowej playlisty.


Playlista: 01.02.2026


piątek, 30 stycznia 2026

Styczeń 2026 - Podsumowanie Miesiąca

 

Wiem, że po raz kolejny wyskakuję z podsumowaniem miesiąca, gdy ten, de facto jeszcze trwa. Zostało co prawda niecałe 1,5 dnia ale to trochę za mało by lastowych statystykach doszło do rewolucji. Wydane dziś (lub wczoraj) premiery choć zapowiadają się bardzo ciekawie to jednak chyba nie zdążą się aż tak rozpanoszyć w moich odtwarzaczach by powalczyć o styczeń. Jak więc aktualnie, i jak zapewne wyglądać będzie jutro o 23:59 muzyczne podsumowanie pierwszego miesiąca 2026 roku? Po raz n-ty na to pytanie odpowiem, wyróżniając artystów, których muzyka zrobiła na mnie największe wrażenie.

Beyond the Black - poprzedniej płycie niemieckiego kwartetu brakowało trochę świeżości i przestrzeni, na Break the Silence na szczęście mamy sporo ciekawych pomysłów, zwłaszcza folkowych nawiązań, sprawiających że dostajemy do rąk (i uszu) 10 zróżnicowanych, interesujących utworów

For My Pain... - bardzo przyjemne zaskoczenie i to na wielu polach, po pierwsze, że po tylu latach udało im się zebrać i nagrać coś nowego, po drugie dlatego, że to "nowe" ma w sobie i klimat sprzed lat i nie powiela zarazem 1 do 1 wzorców z przeszłości

Cold Night for Alligator - odkrycie miesiaca, zimny, matematyczny prog-metal pełen wciągających melodii, połamanych dźwięków i tej jakże typowej dla duńskich kapel atmosfery - dla wielbicieli VOLA pozycja obowiązkowa

Kreator - oj budzi kontrowersje ta nowa płyta legendy niemieckiego thrashu. Ja zaskoczony nie jestem, spodziewałem się melodyjnego, szybkiego i (przyzwoicie) agresywnego grania i takie też dostałem - płytą roku Krushers nie będą, płytą miesiąca u mnie chyba też nie ale przyjemności jaka płynie z odsłuchu nikt im nie odbierze

Sands of Eternity - 6000 z płyty o (niemalże) tym samym tytule to absolutnie najczęściej przeze mnie słuchany w styczniu kawałek. Greccy prog-powerowcy mają takowych znacznie więcej i żałuję tylko, że ta wydana w grudniu płyta trafiła do mnie tuż przed Sylwestrem. Miałaby duże szanse na wejście do rocznej topki

Smoke Rites - w kategorii stoner/doom to u mnie album miesiąca. Uwielbiam zanurzać się w te hipnotyzujące dźwięki, duszne, powolne ale i nieustępliwe jak sunący tuż nad podłogą, gęsty, gryzący dym

Cosmograf - The Orphan Epoch to płyta, do której lubię wracać, pełna refleksyjnego, neo-progowego grania ale i odważnie eksplorująca nieco cieższe obszary muzycznego spektrum

Dawn of Destiny - moja przygoda z tą symfoniczno-powerową grupą trwa już kilkanaście lat, w tym miesiącu zrobiłem sobie mały przegląd ich dyskografii i powiem Wam, że wrażenia były jak zawsze tylko pozytywne

Enshine - kolejny zespół, który po dłuższej przerwie wydał nowy album i mnie nim oczarował. Atmosferyczny death/doom pierwszej klasy - tak nie gra się już od dawna... A szkoda

Dvoeverie - czarnogórski zespół gothic/doom metalowy płytą Byrdcynn udowadnia, że zasługuje na uwagę szerszego grona miłośników ciężkiej, melancholijnej muzyki

Martin Vengadesan & The Stalemate Factor - mocno inspirowany brytyjską sceną rock progresywny z Malezji. Dla jednych geograficzna ciekawostka, dla mnie godziny spędzone na przeżywaniu ciekawej, złożonej muzyki

Nanowar of Steel - grając muzykę będącą parodią jakiegoś nurtu, subkultury czy zjawiska społecznego trzeba uważać, bo szybko można zacząć zjadać własny ogon. Włoskie kapeli udaje się uniknąć tego losu i zawsze być na bieżąco z godnymi "obśmiania" tematami

Prócz, nazwijmy ich laureatów jest jeszcze kilka drobniejszych wyróżnień, z różnych, nieraz odległych stylistycznie gatunków muzycznych. Weźmy np post-metalowy blackgaze Arctic Plateau, dsbm'owe Apati czy soczyste, stoner/doomowe 13. Piętro sąsiadujący z nieco mniej znaną ale klasyką thrashu (Xentrix) i bogatym instrumentalnie dźwiękowo i wokalnie symfoniczno-metalowy Coronatus. To wszystko sprawia, że jak na początek roku, był to niezwykle ciekawy artystycznie miesiąc i liczę, że będę wracał do poznanych w tym okresie płyt często i z niesłabnącą przyjemnością. A jeśli ktoś chciałby już teraz sobie "powrócić" to zawsze może odpalić przygotowaną przeze mnie playlistę z 30-oma najczęściej odtwarzanymi przez niżej podpisanego kompozycjami. Pamiętajcie też, że równie emocjonująco czekam zawsze na Wasze podsumowania. Piszcie więc, co też u Was grało najczęściej!


Playlista: Styczeń 2026

poniedziałek, 26 stycznia 2026

19.01-25.01.2026

 

Za nami kolejny tydzień, kolejny ważny dla miłośników thrash metalu. Cały metalowy świat zapewne elektryzowała zapowiadana jako ostatnia w karierze płyta Megadeth. Wbrew pozorom jednak nie zdominowała ona aż tak mojego odtwarzacza, znajdowałem czas też na inną, czasem dość odległą stylistycznie muzykę. Spójrzmy więc jak ten tydzień wypadł w statystykach.

Najczęściej słuchanym zespołem było, tu pewnie zaskoczenie, niemieckie Dawn of Destiny. Jak już pisałem w poprzednich artykułach, wzięło mnie na wspominki i skaczę sobie po całej dyskografii symfonicznych power metalowców. Tym razem częściej sięgałem po krążki nagrane z Tanją Maul, pierwszą wokalistką która odeszła z zespołu w 2010 roku. To jej głos słyszymy m.in. w Days of Crying, jednej z najlepszych kompozycji pierwszego etapu ich kariery.

Jak już przy symfonicznym metalu jesteśmy to w piątek ukazała się dość ciekawa płyta - Dreadful Waters zespołu Coronatus. Ta nazwa była mi już znana ale jakoś nigdy nie podjąłem się próby zapoznania z ich twórczością. Trochę z braku laku (weekend przyniósł w sumie 2-3 interesujące mnie premiery z czego tylko 1 longplaya) sięgnąłem najpierw po wydane wcześniej single a później po cały krążek i cóż, przemówiło do mnie. Symfoniczno-operowe aranże, różnorodne harmonie wokalne (trzy wokalistki plus "męskie" wstawki) i przede wszystkim subtelne, wpadające w ucho melodie zrobiły swoje. Szczególnie szantowy A Seaman's Yarn zapadł mi w pamięć, stając się jednym z najczęściej słuchanych w tym tygodniu utworów.

W końcu mogłem też głębiej wsłuchać się w Set the Dark on Fire, najnowszy album austriackiego Edenbridge. Krążek zaczyna się z wysokiego c, od epickiego, utrzymanego w wyższych tempach i klasycznym dla zespołu magicznym klimacie The Ghostship Diaries, potem tej energii i magii trochę zaczyna brakować ale nadal jest to całkiem przyzwoita opcja dla wszystkich spragnionych symfoniczno-metalowego grania. 

Symfoniczny power metal był też stylem w którym dobrze czuło się francuskie Heavenly. W moim wspominkowym kąciku zagościł ich ostatni jak dotąd (i kto wie czy nie w ogóle) album Carpe Diem. Już nie tak rozpędzony jak poprzednie cztery ale kryjący w sobie niejedną wartą uwagi kompozycję. Dla przykładu weźmy numer tytułowy - podniosły, dynamiczny, z refrenem który "śpiewa się sam".

Niemiecki Freedom Call jest za to nadal aktywny o nawet gościł w ten weekend w Krakowie. Niestety nie dałem rady stawić się na koncercie ale zrekompensowałem to sobie odsłuchem jednej z dwóch najlepszych płyt w ich katalogu. Po mocno hard rockowym, cukierkowym i the happiest of the happy metalowym (choć i tak mającym swój urok) Land of the Crimson Dawn i zwiastującym powrót do metalowego wszechświata Beyond przyszła na świat płyta idealna, totalna, intensywnie power metalowa. Masters of Light było odrodzeniem FC znanego choćby z Eternity. Ja te dwa krążki stawiam na równi i zachęcam do odsłuchu każdego z nich. Dziś jednak na playlistę wrzucam mój ulubiony Kings Rise and Fall. 

To jeszcze nie wszystko w rubryce poświęconej "Metalowi Mocy". Odświeżyłem sobie zeszłoroczny debiut 7th Guild. Ten muzyczny triumwirat złożony z aktualnych wokalistów Rhapsody of Fire, Derdian i Skeletoon (odpowiednio Giacomo Voli, Ivan Gianini i Tomi Fooler) to kwintesencja szybkiego, melodyjnego i epickiego powera. A ich Triumviro to kolejny już album, któremu w dniu premiery nie poświęciłem odpowiednio dużo czasu i teraz nadrabiam. Może dołączycie?

Co dalej? Sands of Eternity i ich świetny longplay The Six Thousand, Twilight Opera - nowa EPka zespołu Asterise. Ten międzynarodowy projekt pod batutą naszego rodaka Bartłomieja Mężyńskiego z płyty na płytę coraz bardziej mi się podoba i na pewno będę nadal śledził ich rozwój. Potencjał słychać "gołym uchem".

Na pograniczu heavy i power metalu znajdziemy utwór Barbarian z płyty Fields of Blood wydanej przez Grave Digger w 2020 roku. Jest to ciężki, surowy niczym Lord Cumberland metalowy marsz i jednocześnie jeden z najlepszych numerów na krążku.

Nie jest to jedyny kawałek o tym tytule w dzisiejszym artykule. Drugim, jak już zapewne się domyślacie jest ten z najnowszej płyty Kreatora. Płyty, która wbrew wielu internetowym opiniom nie jest zła. Jest tylko podobna stylistycznie do kilku poprzednich i stąd zapewne ginie w rankingach. Ja mam kilka kawałków z Krushers których słucham częściej - wszystkie znajdziecie na dzisiejszej playliście.

A jak przy tym wszystkim wypadł Megadeth? Jak dla mnie raczej podobnie. Płyta solidna, będąca pewnym podsumowaniem wieloletniej kariery, sięgającą do różnych okresów twórczości, z lepszymi i mniej ciekawymi momentami. Różnica jest chyba taka że na Megadejwa miałem większy hype, któremu jednak muzyka do końca nie sprostała. Niemniej obu krążków słucha się dobrze, przyjemnie, bez większego "wow" ale też bez uczucia żenady.

Najlepsza styczniową premierą jest natomiast niezaprzeczalnie With All That's Left duńskiego Cold Night for Aligators. To chłodne, "matematyczno"-post metalowe granie chwyciło mnie za serce i za nic nie chce puścić. Według lasta w pierwszej piątce najczęściej słuchanych w zeszłym tygodniu utworów znajdziemy aż trzy z tego krążka. 

Udało mi się też w końcu porządnie wsłuchać w Karnawał, EP-kę stoner/sludge'owego 13. Piętra. Makrokosmos i numer tytułowy to hipnotyzujące, psychodeliczne rytuały wciągające słuchacza niczym ruchome piaski nieostrożnych podróżnych. 

Polski kamieniarz dał nam zresztą w styczniu niejedną udaną "elektroniczną pocztówkę". Taką jest chociażby Spundquarium - Live Session zarejestrowane przez krakowski Weedow w sali prób Fish Basket. Dobrze znane środowisko, klimat kameralnego jam session i totalna koncentracja na muzyce sprawiają że odsłuch całości to naprawdę cenne doświadczenie. Wersja kasetowa i płatna cyfrowa zawiera też dodatkową kompozycję, długą na bagatela 30 minut, bardziej idącą w kierunku drone i synth. Ja osobiście najbardziej jednak lubię nieco bardziej kompaktowe (tylko 10 minut z groszami) Liquid Sand.

W mojej doomgaze'owej biblioteczce pojawiła się nowa nazwa. Mowa o Elisie Giulii Teschner i jej zespole Ellereve. Ich muzyka to mieszanina post-metalu, doomu i blackgaze'a stąd moje zaszufladkowanie jej jako doomgaze uważam za jak najbardziej bliskie rzeczywistości. Umbra to jej nowy album, liczący już sobie co prawda trzy miesiące z hakiem ale do mnie dotarł stosunkowo niedawno. Dużym plusem płyty jest prócz nastrojowych kompozycji też trafny dobór gości specjalnych, w tym m.in. V. Wahntraum z Harakiri for the Sky, którego możemy usłyszeć w przejmującym The Veil of Your Death. 

Ponownie rozkoszowalem się też zaskakującym Boo, pochodzącym z ostatniej płyty innych doomgaze'owców - tym razem z amerykańskiego Frayle. Jest to jeden z tych numerów, który dużo bardziej przemawia do słuchacza w formie teledysku, tak samo mrocznego i surrealistycznego jak sama muzyka.

Przejdźmy teraz do melodyjnego grania. Fajnie brzmi nowa płyta Beyond the Black, na której coraz bardziej podoba mi się chyba najszybszy na trackliście Hologram. Nadal też często słucham urozmaiconego ludowymi wstawkami Lat There Be Rain. Widać, że niemiecka ekipa z płyty na płytę szlifuje swój warsztat i wie jak zainteresować słuchacza.

Z Soen natomiast mam podobnie jak z Kreatorem czy Megadethem. Szwedzi mają swój styl i zbytnio poza pewne ramy się nie wychylają. Dostajemy więc produkt, który zadowoli dotychczasowych fanów ale bez jakiegoś przewietrzenia brzmienia może być trudno o nowych "wyznawców". 

W cotygodniowym przeglądzie dyskografii brytyjskiego Cats In Space pora na Kickstart the Sun, pozycję numer pięć (licząc tylko studyjne albumy). To kolejna udana płyta, łącząca w sobie AOR-owską przebojowość z nutką wyspiarskiego prog-rocka. Moim numerem jeden jest od samego początku Fifty-One Pillow Bed, bardzo subtelnie i romantycznie traktująca o miłości. 

Na tym się kończy to podsumowanie, którego napisanie zajęło mi cały dzisiejszy dzień. Oby kolejne były mniej napięte i zawsze towarzyszyła im dobra muzyka. Podzielcie się Waszymi podsumowaniami a ja zapraszam do odsłuchu playlisty. 


Playlista: 25.01.2026

Najpopularniejsze