Playlist Everyday - Moja Muzyczna Kronika
Myślą przewodnią bloga jest dzielenie się moimi gustami muzycznymi z innymi, w duchu starego dobrego last.fm. Prezentuję na nim krótkie, cotygodniowe podsumowania aktualnie słuchanej muzyki, rankingi i zestawienia połączone jakimś tematem przewodnim. Do każdego postu staram się dołączyć link do dedykowanej mu playlisty na Spotify. Zapraszam do lektury szczególnie miłośników ciężkich brzmień - rocka i metalu.
piątek, 17 lipca 2026
4x4 - Wielkie Czwórki Metalu i Rocka
poniedziałek, 13 lipca 2026
06.07-12.07.2026
Poniedziałek, więc dzień obowiązkowego podsumowania tygodnia. Już sam rzut okiem na lastowy kolaż mówi nam, że był to tydzień bardzo zróżnicowany. Nie będę Was zatem trzymał w niepewności, tylko od razu przejdę do sedna.
Tym razem zacznijmy może od nowości, bo choć sezon ogórkowy w pełni, to tym razem wytwórnie przygotowały nam wspaniałą ucztę - może nie objętościowo ale na pewno pełną smaku. Największy hit, wiadomo, Foreign Tongues i żywa legenda rocka. The Rolling Stones na scenie obecni są już siódmą dekadę i co ciekawe, zamiast odcinać kupony od swej popularności, dowieźli nam drugą świetną płytę w ciągu ostatnich kilku lat. Jest tu wszystko to, czym Stonesi są - i trochę bluesa, i rock'n'rolla a nawet ostrzejsze, hard rockowe nuty. Całość skąpana jest zaś w niesamowitym luzie, takim, na jaki pozwolić sobie mogą prawdziwi giganci. Zero kalkulacji co się sprzeda a co nie, tylko muzyka, która jak mój ulubiony utwór z albumu - Hit Me in the Head.
Inną legendą rocka, choć już bardziej tego glam czy AOR jest Jim Peterik. Założyciel m.in. Survivor od kilkunastu lat działa w duecie z wokalistą Tobym Hitchcockiem a ich zespół nazywa się Pride of Lions. Nazwa zapewne Wam znana, bo często o nich wspominam przy różnych okazjach. W piątek premierę miał Unbridled - płyta numer 8 w ich katalogu, która jest taka jaka być powinna. Melodyjna, gitarowa z fajnymi harmoniami wokalnymi Jima i Toby'ego, mądrymi tekstami (choć już nie tak "filozoficznymi" jak na najlepszej The Destiny Stone) i utworami, które potrafią zapaść w pamięć. Po kilku odsłuchach najmocniej siadło mi póki co I'll Be Your Rock ale liczę, że tych "przebojów" będzie znacznie więcej.
Szóstego czerwca premierę miała za to płyta AutoMoto Animus amerykańskiego kompozytora Xaviera Phideaux. Już jakiś czas temu pisałem tu o promującym jego nowe wydawnictwo singlu Hey Humanity, i to pisałem z zachwytem. Jak na tym tle wypada cała płyta? Muszę powiedzieć, że pan Xavier dał radę a muzykę zawartą na płycie z czystym sumieniem można określić crossover lub eclectic progiem. Mnogość różnych inspiracji, mieszania stylów w celu uzyskania konkretnego efektu jest godna podziwu. Już sam opener w postaci Do What You Will zaskakuje elektronicznym feelingiem przywodzącym na myśl raczej new romantic niż new... wróć neo-prog. Ale czy nie tym jest właśnie progres? Nieustannym rozwijaniem się. Niemniej, jakby nie było, jest to dalej ten sam szukający i znajdujący swoją drogę Phideaux a każda takie niewielkie odchylenie jest tylko i wyłącznie wartością dodaną.
Kolejna premiera jest teoretycznie najmniej rockowa, choć nadal mieści się w szerokim spektrum alternatywy. Warszawskie Mlecze miło zaskoczyły mnie już w przypadku zeszłorocznego debiutu, pełnego rozmarzonych, subtelnych dźwięków, balansujących pomiędzy indie-popem czy shoegazem. W tym roku zespół poszedł za ciosem a Album Niebieski ma w sobie jeszcze więcej emocji, zmysłowości i eteryczności ale i może nieco więcej rockowego pazura? Tak czy siak, jeśli Maruda był jeszcze nieśmiałą próbą zaistnienia w świadomości słuchaczy, to nowa płyta pokazuje już w pełni ukształtowany bedroom pop, jak swój styl określają sami artyści.
Na jednej z facebookowych grup ktoś pisał, że lato to taki czas, gdzie prócz całych albumów, trafia się naprawdę sporo interesujących singli. Według mnie z tym jest różnie ale w zeszłym tygodniu katowałem namiętnie dwie nowe propozycje z dwóch różnych stron mojego muzycznego spektrum. The One to pierwsza zapowiedź nowej płyty włoskich power metalowców z Frozen Crown - rozpędzona, melodyjna, bliska stylistycznie do klasycznego Helloween. Cieszy mnie to i liczę, że po lekkiej zadyszce jaką zespół złapał na ostatnim LP (War Hearts), "Legenda o Sześciu Królach" będzie triumfalnym powrotem do formy. Po odsłuchu The One mam powody by w to wierzyć. Drugi singiel to dość niespodziewany numer, biorąc pod uwagę dotychczasowego dokonania stojącej za nim kapeli. Necropolitan Line jest zwariowaną, psychodeliczno-punkową petardą, której złowieszczości dodają jeszcze wypełniające tło i solówkę organy Hammonda. Nie wiem czemu i zapewnie nie taka była intensja muzyków ale kojarzy mi się to mocno z Phantom Trainem z szóstej części Final Fantasy.
Pora teraz na dwie "wewnętrzne nowości" przez co rozumiem artystów, którzy dopiero teraz zawitali w moja muzyczne progi. Odkrycie MuN zawdzięczam solidarnie dwóm muzycznym pejom - MyWave i Rolowy Świat Muzyki. Obaj koledzy po fachu ich najnowszą (i być może ostatnią) płytę pt Utra uznali za jedno z najlepszych wydawnictw pierwszej połowy 2026 roku. Postanowiłem zweryfikować te inforrmacje i dziś mogę napisać, że trudno się im dziwić. Jest to płyta z gatunku tych, które już od pierwszej nuty potrafią zaintrygować a potem jest jeszcze lepiej. Mnie w ich twórczości ujęła umiejętność płynnego zmieniania stylów i nastrojów przy zachowawniu jednakże własnej muzycznej tożsamości. I chociaż internety szufladkują MuN jako amalgamant stonera, post-rocka i post-metalu, mnie osobiście ciężko uciec od pewnych porównań z norweski prog-death metalowym In Vain.
Uzyskanie odpowiedniego klimatu i nastroju nie jest łatwe. Tym trudniej oddać konkretne emocje, jeśli świadomie (lub z przyczyn losowych) rezygnujemy z warstwy wokalnej w muzyce. W tej sytuacji musisz namówić gitarę, bas, perkusję by mówiły za Ciebie, by potrafiły uruchomić w słuchaczu dokładnie te struny, wywołać dokładnie te obrazy, które sobie zamierzyłeś. Takiego zadania podejmuje się już od dobrych kilku lat jedno-osobowy zespół Alien Dishwasher i po wielokrotnych odsłuchach jego kompozycji, z których najbardziej przypadła mi do gustu Sisyphos Strive stwierdzam, że nie jest to nomen omen "syzyfowa praca".
Po wielu latach przerwy, mając ostatnio jakiś niewytłumaczalny apetyt na psychodeliczno-progresywne początki rocka, zwróciłem się ku amerykańskiej kapeli Love i ich drugiej płycie pt. Da Capo. Znajdziemy na niej siedem kompozycji, z których sześć (strona A) to krótkie, "piosenkowe" formy przywodzące trochę na myśl bardziej odjechaną wersję Beatlesów a ostatnia, Reveleation to jedno wielkie jam session z licznymi muzycznymi cytatami, które mogło być jeszcze większe, masywniejsze gdyby nie naciski wytwórni i zwykłe fizyczne ograniczenia czasu na płycie winylowej. Mimo tak skrajnych różnic, każda ze stron jest ważnym etapem w historii muzyki gitarowej i równie mocno zachęcam do odsłuchu Orange Skies i She Comes in Colors (obecne na playliscie) jak i tego niezwykłego Revelation.
Z 1966 roku przeskoczmy do 2005 roku, gdy dla wielu miłośników Candlemass wszystko wracało do normy. Za mikrofonem znów stał Marcolin a światło dzienne ujrzała płyta o najprostszym na świecie tytule, zwana dziś "białą płytą". Oczekiwania były spore i wydawało się, że rzeczywiście po kilku mniej "candlemasowych" (choć wcale nie uważam, że nieudanych) albumach przyszła pora na powrót do klasycznego epic doom metalu. Tego właśnie krażka słuchałem uważnie przez cały mijający tydzień i, też z perspektywy ponad 20 lat, mogę powiedzieć że ten "powrót" był całkiem udany choć teraz widzę go jednak jako pewną rozgrzewkę przed tym, co miało dopiero nadejść. Jakby jednak nie patrzeć, jest to solidny krażek z kilkoma wybijającymi się kompozycjami - wśród nich najmocniej przemówił do mnie Spellbreaker.
Pozostałe albumy, które umilały mi ostatnio czas juz znacie. Są wśród nich płyty wybitne - In Somnolent Ruin death/doomowego Draconian, bardzo dobre - stoner/doomowe Neverending szwedzkiego Monolord, debiut power metalowego Shadowborne zatytułowany Heaven's Falling i zaskakujące "metalowością" Temtation's Gate Finów z Amberian Dawn. Nie mogę pominąć też moich ostatnich odkryć czyli pregresywno-psychodelicznego folk-rocka autorstwa brytyjskiego Circulus, niezwykle sugestywnego, atmosferycznego doom-metalu jaki na płycie Gravejards of Joy gra hiszpański TodoMal a także dwóch power metalowych "re-wizyt" czyli Dragonslayer - koncepcyjnego debiutu Dream Evil z 2002 roku i Epsilon fińskiego Dreamtale - jednej z najlepszych płyt 2011 roku w swej kategorii.
Na koniec zostaje nowy Moonspell, który jest wydawnictwem dość specyficznym, trochę trudnym w odbiorze i budzącym różne emocje. W momentach, gdy już myślę, że czas dać sobie z nim spokój on wraca do mnie z czymś nowym, dotychczas niezauważonym i ciekawość rozpala się ponownie. W tym tygodniu takim kagankiem nadziei był Biblical i kto wie, może od niego wyjdzie w końcu iskra, dzięki której w końcu Far From God zapłonie dla mnie pierwszą jasnością.
I z taką nadzieją zostawiam Was na cały nadchodzący tydzień. Niech Wasza ulubiona muzyka towarzyszy Wam w trudnych i dobrych chwilach, nie tylko "w tle" ale niczym najwierniejszy przyjaciel. A gdy już opadnie trochę ten patos, wylewający się z ostatnich linijek, dajcie znać jak wyglądał Wasz muzyczny tydzień. A poniżej, wiadomo, playlista ;)
piątek, 10 lipca 2026
Rockowo-Metalowe Suity - Top Lista
Dziś zapraszam na artykuł, o którym myślałem już od kilku miesięcy ale cały czas zmieniała mi się jego koncepcja. Artykuł wyjątkowy, bo też traktujący o wyjątkowej formie muzycznej ekspresji. W końcu jednak podjąłem rzuconą sobie samemu rękawicę i przedstawiam Wam zestawienie 30-u rockowych i metalowych suit - najbardziej zaskakujących, najciekawszych lub po prostu najbardziej przeze mnie lubianych. Jak w każdym przypadku takiej TOP-ki, jest to całkowicie subiektywna lista i oczywiście nie zawsze będzie zgadzać się z Waszymi poglądami ale pamiętajcie, że Muzyczna Kronika ma być przestrzenią do swobodnej wymiany myśli, więc już teraz zapraszam do polemiki :) Wybierając kompozycje do listy starałem się też przedstawić albo nieco mniej znane utwory, utrzymane w "mało-suitowym" gatunku czy, jak niektórych przypadkach, nieco luźniej nawiązujących do definicji suity. Wszystko po to, by dać Wam jak najbardziej zróżnicowaną kolekcję. Ale właśnie, tak się rozpisuję na wstępie a nawet nie wspomniałem czy ta rockowa (bądź metalowa) suita jest.
Otóż w skrócie można powiedzieć, że suita jest długim, kilkuczęściowym utworem lub grupą utworów tworzących jedną, mniej lub bardziej zróżnicowaną ale zazwyczaj spójną tematycznie całość. Wzorcem dla tego typu kompozycji były suity romantyczne czy, bliższe nieco czasowo suity impresjonistyczne, złożone z szeregu miniatur muzycznych połączonych tematycznie ze sobą. Za pierwszą rockową suitę uznaje się zwykle wydane w 1968 roku Ars Longa, Vita Brevis zespołu The Nice, In Held Twas In I z repretuaru Procol Harun czy Saucerful of Secrets Pink Floyd, grupy która obok Yes doprowadziła ten typ utworu do perfekcji. Lata 70-e i światowa dominacja rocka progresywnego i psychodelicznego była złotą erą suity rockowej. Większość szanujących się wówczas artystów podejmowała próby zmierzenia się z niełatwym wszak wyzwaniem nagrywania tak skomplikowanych form, w których nie liczyło się tylko zgranie muzyków ze sobą ale i indywidualne popisy instrumentalistów, w postaci licznych partii solowych, zahaczających nieraz o bardzo swobodne wręcz jammowanie. Nadeszły jednak eksplozja punku i muzyka stała się bardziej zaangażowana, intensywniejsza i bardziej dobitna. Zainteresowanie suitami na pewien czas zmalało i dopiero rozwój i coraz większa "specyfikacja" muzyki metalowej stworzyła odpowiednie warunki do ponownego tworzenia długich, epickich, filmowych wręcz kompozycji będących adekwatnym uzupełnieniem opowiadanej historii, często z gatunku s-f czy fantasy. Nie można też zapomnieć o muzyce neo-progresywnej, której zwiastunem był debiutujący w 1983 roku brytyjski Marillion (vide Grendel ze Script for a Jester's Tear). Obecnie po tego typu formy wyrazu sięgają, obok artystów prog rockowych i metalowych, przede wszystkim przedstawiciele symphonic, power i doom metalu, choć jak zobaczycie poniżej, swoje suity mają też twórcy innych podgatunków muzyki gitarowej.
Przejdźmy teraz do konkretów. W poprzednich Top Listach kolejność prezentowanych zespołów odpowiadała mniej więcej moim osobistym sympatiom. W tym przypadku, jako że uszeregowanie tylu niezwykłych dzieł od najmniej do najbardziej lubianego okazało się jeszcze bardziej karkołomnym wyzwaniem niż sama selekcja, postawiłem na kolejność chronologiczną. Czas jest wszak trochę bardziej bezwzględny (pozdrawiam pana Einsteina) niż moje chwilowe kaprysy ;) Zaczynamy więc od różowych lat 70-ych i dekada po dekadzie zmierzamu ku "cyfrowym i sterylnym" latom 20-ym obecnego wieku.
- Uriah Heep - Salisbury (1971) - druga płyta brytyjskich prekursorów hard rocka i heavy metalu najbardziej znana jest z przeboju Lady in Black ale to tytułowy kawałek, 16-minutowa progresywna suita nagrana z towarzyszeniem 24 (lub 26 w zal od źródła) osobową orkiestrą pozostaje ich opus magnum
- Toad - Life Goes On (1971) - ciekawy przykład połączenia hard-rocka z rockiem psychodelicznym i bluesem, najdłuższa kompozycja na debiutamckiej płycie Szwajcarów z częstymi zmianami tempa i długimi partiami instrumentalnymi
- Skaldowie - Krywaniu, Krywaniu (1972) - sam utwór jak i biorąca od niego nazwę płyta to jakże inne oblicze zespołu, znanego powszechnie z lekkich big-bitowych porzebojów. Tu, w ponad 17-u minutach mamy niezwykłą próbę połączenia zachodnich progresywno-psychodelicznych wzorców z rodzimym, góralskim folkiem. Na uwagę, obok swobodnej interpretacji wiersza Tetmajera zasługują muzyczne cytaty z m.in. Czajkowskiego, Borodina czy Roselliniego
- Budka Suflera - Najdłuższa droga (1976) - pewnie większość z Was spodziewała się znaleźć tu zajmującą całą drugą stronę debiutackiego LP lubelskiej grupy suitę Szalony Koń, będącą najdłuśzym utworem w dorobku Suflerów. Ja trochę na przekór proponuję coś nieco krótszego ale artystycznie i aranżacyjnie nawet chyba bardziej skomplikowanego. Do legendy przeszła próba zagrania Najdłuższej drogi na koncercie w Holandii, gdzie już po 2-3 minutach muzycy zupełnie rozjechali się z prowadzonymi tematami muzycznymi osiągając poziom rasowego free-jazzu by jakimś cudem dojść do siebie i "skończyć w tym samym momencie"
- Exodus - Ten Najpiękniejszy Dzień (1980) - zamykający pierwszą wydaną (a drugą nagraną) płytę polskiego art-rockowego zespołu czteroczęściowy utwór to ponad 19-minut pięknego, refleksyjnego grania w sam raz na wyciszenie po ciężkim dniu. Szkoda tylko, że w momencie premiery longplaya w Polsce wybuchła eksplozja gniewnego, antysystemowego rocka i taka introwertyczna muzyka straciła nagle na znaczeniu
- Twisted Sister - Horror-Teria: (The Beginning) (1984) - wybór może kontrowersyjny, bo gdzie glam metalowi do progresywnego grania. A jednak ta niespełna 8-minutowa, dwuczęściowa opowieść o seryjnym mordercy i spotykającej go sprawiedliwości może być uznana ze swego rodzaju mini-suitę
- Helloween - Keeper of the Seven Keys (1988) - pierwsza prawdziwie power metalowa suita, pochodząca z albumu, który położył podwaliny pod cały gatunek. Epickie zamknięcie historii o kluczniku i najdłuższy utwór w dorobku niemieckiego zespołu do czasu wydania The King for a 1000 Years w 2005 roku (będącego nota bene kontynuacją tej opowieści)
- Bathory - Twilight of the Gods (1991) - począwszy od Blood, Fire, Death, z każdą kolejną płytą Quorthon coraz bardziej rozwijał styl nazwany viking metalem, inkorporując do niego elementy progresywne, epic doomowe czy klastycystyczne, czego świetnym przykładem jest ta kilkunastominutowa kompozycja z wyraźnie zaznaczonym prologiem, rozwinięciem i epilogiem
- W.A.S.P. - The Great Misconceptions of Me (1992) - epicki finał rockowej opery, w której Blackie Lawless zawarł sporo autobiograficznych wątków. Nie ma tu może, jak w klasycznej suicie ścisłego podziału na częsci ale rozmach, klimat i wpływ jaki ten utwór wywarł na mnie zapewniły mu miejsce w dzisiejszym podsumowaniu. I ta zbieżność - Crimosn Idol - Crimson King ;)
- Running Wild - Genesis (The Making and the Fall of Man) (1994) - Black Hand Inn to rzadki w dyskografii pirate metalowców concept album opowiadający o człowieku wskrzeszonym z martwych by głosić innym nadejście Apokalipsy a Genesis to wieńczący go 15-minutowy kolos, inspirowany pracami Zachary'ego Stichina. Coś co warto znać.
- Lake of Tears - The Path of the Gods (Upon the Highest Mountain, Part 2) (1995) - ta rozbudowana kompozycja zamyka drugą płytę francuskiego zespołu Headstones, będącą pierwszym krokiem na drodze od klasycznego death/doomu ku bardziej atmosferycznemu, gotycko-akustycznemu stylowi a każda z wymienionych przeze mnie inspiracji znajduje swe miejsce w utworze
- Symphony X - Divine Wings of Tragedy (1996) - dwudziesto-kilkuminutowy kolos złożony z 8 części, inspirowany muzycznie Bachem i Holstem a lirycznie Miltonem i Boską Komedią to modelowy przykład prog-metalowej suity i jeden ze znaków rozpoznawczych amerykańskiej kapeli
- Edguy - Theater of Salvation (1999) - niemiecki zespół na swym koncie ma kilka numerów dłuższych niż 10 minut ale wśród nich to utwór tytułowy z płyty numer 3. jest moim ulubionym, od podniosłego klawiszowego wstępu przez epicki refren po, zupełnie zaskakujące, jodłowane outro - kreatywność pana Sammeta nie znała wówczas granic
- Avantasia - Seven Angels (2002) - jeśli ktoś mnie zapyta, czym jest metal opera, puszczę mu ten kawałek, będący absolutną kwintesencją pierwszych Avantasii i mimo upływu tylu lat pozostaje niedoścignionym wzorem, a może i pewnym koszmarem dla Tobiasa, z którego cienia nadal nie może się całkowicie wydostać
- Mago de Oz - La cantata del Diablo (Missit me Dominus) (2005) - były już suity prog-rockowe, symfoniczno-powerowe a nawet glam i doom metalowe, czas więc na przedstawiciela folk-metalu. Nie jest to zresztą jedyna tak epicka "piosenka" w ich katalogu ale jej rozmach i złożoność nie mają sobie równych do dziś. Utwór ten zamyka dwupłytowe wydawnictwo zatytułowne Gaia II: La Voz Dormida a z ciekawostek dodam, że w jego konstrukcję wplątano wątki z The Edge of Darkness Iron Maiden
- Rhapsody of Fire - Hereos of the Waterfall's Kingdom (2010) - w historii power metalu były dwa najważniejsze wydarzenia - premiera Keeperów Helloweenu i późniejszy o 10 lat debiut włoskiego Rhapsody. Ten drugi zespół do perfekcji rozwinął długie, filmowe symfoniczno-powerowe suity a wybrany przeze mnie grand finale sagi The Dark Secret to z wielu względów szczytowe osiągnięcie "zjednoczonego Rhapsody", w którym zawarto każdy z typowych dla twórczości zespołu elementów - od folkowej, śpiewanej po włosku ballady, przez powerowe galopady, agresywny "angelic scream" Fabio Lione po partie dialogowe prawdziwych aktorów i niezapomniany głos narratora, którym był sam Sir Christopher Lee
- Furia - Halny (2010) - polski black metal już dawno wyszedł poza ramy nakreślone w Norwegii lat 90-ych a jednym z prowodyrów tego ruchu była śląska Furia, która już w 2010 roku zaprezentowała dwudziestominutową suitę, mieszającą black metal z ambientem, post-rockiem, psychodelą, zimną falą, folkiem i (tu dopisz co chcesz...). A to był tylko 2010 rok...
- My Dying Bride - Barghest O' Whitby (2011) - legenda death/doom metalu na koncie miała już wiele długich, kilkunastominutowych utworów ale raczej były to po prostu powolnie sunące klasyczne kompozycje. W 2011 roku ukazała się jednak EP-ka zawierająca tylko jeden dwudziestosiedmiominutowy, skomplikowany utwór będący muzyczną adaptacja ludowej legendy o czarnym psie, ukazującym się nocą ludziom, których wkrótce czeka śmierć
- Stratovarius - Elysium (2011) - najambitniejszy utwór zespołu w erze post-Tolkki, punkt kulminacyjny i zarazem utwór tytułowy z drugiego albumu nagranego bez wieloletniego lidera i założyciela, trzyczęściowa symfoniczno-powerowa suita z częstymi zmianami nastroju i tempa i moimi ulubionymi przejściami z charakterystycznym suspensem przed głównymi refrenami
- Bane of Winterstorm - Last Sons of Perylin (2013) - nie byłbym sobą, gdybym nie umieścił tu jakiegoś niszowego, mniej znanego, choć patrząc na dobór gości specjalnych na pierwszej i niestety jedynej płycie długogrającej pochodzącego z Australii zespołu można było oczekiwać po niej wysokiej jakości. Tak rzeczywiście się stało, ponieważ dostaliśmy tu pięć długich i rozbudowanych kompozycji, z których do dzisiejszego zestawienia wybrałem ostatnią - najdłuższą, najbardziej intrygującą i doprowadzającą snutą przez cały krążek opowieść do końca
- Kaipa - A Map of your secret world (2014) - wśród tylu niezapomnianych suit, jakie znajdziemy w katalogu weteranów szwedzkiego rocka progresywnego ciężko wybrać tę jedną, jedyną. Ostateczną decyzję podjąłem w zasadzie w ostatniej chwili ale myślę, że ta magiczna nomen omen, przejmująca i marzycielska kompozycja zasługuje na to, by postawić ją tuż przed innymi
- While Heaven Wept - The Memory Of Bleeding / Souls In Permafrost / Searching The Stars (2014) - przez lata działalności twórczej amerykański zespół stopniowo przechodził od epickiego doom metalu w stronę niemniej rozbudowanego ale jednak bardziej atmosferycznego i klimatycznego grania, którego ukoronowaniem był wydany w 2014 roku Suspended at Aphelion. I choć póki co nie ma widoków na kontynuację, warto przypomnieć sobie tę trzyczęściową kompozycję, którą z czystym sumieniem można określić mini-suitą
- Marius Danielsen - Legend of the Valley Doom (2015) - każda epicka historia ma swój początek i to właśnie na swej pierwszej płycie wydanej w ramach metal opery Legend of the Valley Doom Marius Danielsen zamieścił najdłuższą i najabrdziej epicką próbkę swoich możliwości, którą ożywiły takie tuzy power metalu jak choćby Timo Tolkki na guitarze czy John Yelland za mikrofonem - a to tylko czubek góry lodowej zaproszonych gości
- Karnataka - Secrets of Angels (2015) - utwór tytułowy z mojej ulubionej płyty w dyskografii walijskiej grupy łączącej rock progresywny z delikatną popową przebojowością i lokalnym folklorem. Na wokalu świetna Hayley Griffiths a na dudach (uillean pipes) znany obecnie z Nightwish Troy Donockley. Jeśli folkowe nuty w Nightwishu są Wam bliskie, Karnataka na pewno tez Wam się spodoba
- Big Big Train - Voyager (2019) - wydany w 2019 roku album Grand Tour był dla mnie jedną z pierwszych okazji do obcowania z twórczością tego niezwykłego, brytyjskiego zespołu. Jak się pewnie domyślacie, wykorzystałem ją w pełni a dziś BBT to jeden z moich ulubionych przedstawicieli rocka progresywnego. Duża w tym zasługa jednej z trzech umieszczonych na płycie kilkunastominutowych suit, która świetnie oddaje podróżnicze klimaty i sam motyw wędrówki śladami starożytnej Europy aż po wyczekiwany "homecoming"
- King Buffalo - Red Star Pt. 1 & 2 (2020) - do dziś nie mogę się zdecydować czy to amerykańskie trio jest najbardziej progresywnym zespołem heavy-psychowym czy najbardziej psychodelicznym prog-rockowym. W odpowiedzi na to pytanie nie pomagają takie niezwykłe, hipnotyzująco-przygniatające kolosy jak zajmująca ponad połowę czasu nagraniowego EP-ki Dead Star szesnastominutwa suita, która zachwyci nawet najbardziej wysmakowane psychodeliczno-progresywne gusta
- Soilwork - A Whisp of the Atlantic (2020) - melodic death metal zdecydowanie nie jest "suitowym" gatunkiem ale jeśli ma się w składzie tak wszechstronnego muzyka jak Bjorn Strid, nawet i szesnastominutowa, pełna różnych linii melodycznych i nawiązująca do różnych stylów (prócz melodeathu choćby i AOR, prog-rock czy nawet jazz) kompozycja jest w stanie się obronić. I w dodatku być najjaśniejszym punktem całej EPki o tym samym tytule.
- Mystery - Pearls and Fire (2023) - wspomniałem na wstępie, że do odrodzenia suit przyczynił się m.in. rock neo-progresywny. Mystery to absolutnie mistrzowie gatunku a suity towarzyszą im od lat. Być może dlatego ich warsztat z płyty na płytę jest jeszcze lepszy, co owocuje tak niezwykłymi i przejmującymi kompozycjami jak Pearls nad Fire, dwunastominutowa grown-up song opowiadająca o losach Leo, jego trudnej relacji z ojcem, wiecznych próbach uzyskania jego aprobaty aż po dramatyczny finał, którego jednak nie zamierzam Wam spojlerować
- Lazersleep - Gravity (Chapter III, I, II) (2025) - rok temu debiutacnki album fińskiego kwartetu spadł na mnie jak grom z jasnego nieba i w samym środku lata ja zanurzałem się w smętne, oniryczne i psychodeliczne klimaty, których absolutnym ukoronowaniem jest ta monumentalna, trzyczęściowa kompozycja
- Shepherds of Cassini - Abyss (2025) - na zakończenie kilkunastominutowa kompozycja wpisującego się w szeroko rozumiany nurt eksperymentalnego post-metalu nowozelandzkiego zespołu. Powolne budowanie napięcia, elementy łagodne kontrastujące z bardziej brutalnymi, instrumentalne popisy i te jakże charakterystyczne dla ich brzmienia elektryczne skrzypce robią swoje. Czuję, że całe to zestawienie byłoby znacznie uboższe, gdybym w ostatniej chwili nie przypomniał sobie o jej istnieniu
Trzydzieści utworów, z czego tylko dwa krótsze niż 10 minut. Ile mamy więc łącznie? Siedem i pół godziny ambitnej, pełnej nagłych zwrotów, zmian tempa i emocji muzyki. Jak tego słuchać? Proponuję w trybie "losowym" - być może Fortuna zapozna Was z artystą, który na dobre wejdzie do Waszego muzycznego panteonu. Osoby nie do końca usatysfakcjonujące moimi wyborami zaś jeszcze raz zapraszam do dyskusji i podsuwania mi swoich ulubionych rockowo-metalowych suit. Być może za kilka miesięcy powstanie druga odsłona takiego zestawienia a wtedy, kto wie, może odnajdziecie też swoich faworytów. Na ten moment życzę Wam udanego weekendu i celebrowania wolnego czasu z jak najlepszą muzyką!
Playlista: My Top 30 Rock & Metal Suites
poniedziałek, 6 lipca 2026
29.06-05.07.2026
czwartek, 2 lipca 2026
Czerwiec 2026 - Podsumowanie Miesiąca
poniedziałek, 29 czerwca 2026
22.06-28.06.2026
Tydzień za tygodniem, każde kolejne podsumowanie jest nieco inne a proporcje między gatunkami płynnie się zmieniają. Są też jednak takie okresy, gdzie pewny trend zostaje utrzymany a nowości jest mniej. Trochę to wina wydawców, którzy na lato serwują nam mniejsza liczbę premier, trochę wina (a raczej zasługa) świetnych płyt, które zatrzymują mnie przy konkretnym stylu na dłużej. Dziś ponownie, po kolejnych 7-dniach przychodzi mi zadać sobie to samo pytanie - jak wyglądał mój muzyczny tydzień?
Rzeczywiście okres od 22-go do 28-go czerwca był czasem pewnej stabilizacji. Kolejne tygodnie spędziłem przy takich doom-metalowych arcydziełach jak In Somnolent Ruin death/gothic/doomowego Draconian, self-tittle albumu od bardziej tradycyjnie heavy metalowego Khemmis czy nowym krążku stoner/doomowców z Monolord pt. Neverending. Kontynuowałem też zapoznawanie się z liczącym sobie już blisko 40-lat czwartym albumem Saint Vitus - jednego z ojców doom metalu. Mournful Cries jak już wiecie, zwrócił moją uwagę przez okładkę z hybrydą smoka i hydry ale muzyka, jaką zespół tu prezentuje w pewien sposób koresponduje z ilustracją. Jest potężna, budząca respekt i niczym pożoga, pochłaniająca coraz mocniej. Na przeciwległym, bardziej piosenkowym ale niestroniącym od "gruzu i fuzu" biegunie postawiłbym pierwszy singiel zapowiadający nowe wydawnictwo szwedzkiego Besvärjelsen. Didn't Come to Party jest taki właśnie trochę imprezowy ale gdy tylko mamy na myśli jakieś psychodeliczno-okultystyczne party. Mnie się podoba.
Szwedzcy mistrzowie epickiego doom metalu, Candlemass na koncie ma 13 albumów studyjnych. Jak wiecie, odsłuchuję po kolei wszystkie, od legendarnego Epicusa. Tym razem przyszła kolej na mniej przeze mnie znany okres w ich twórczości, mianowicie czas Björna Flodkvista za mikrofonem. Zadebiutował on na szóstej (bo Chapter VI był piątym studyjniakiem) płycie zespołu, wydanej w 1998 roku Dactylis Glomerata. Jest to płyta trochę dziwna i na pierwszy rzut oka, mało "świeczkowa". Mamy tu coraz więcej instrumentów klawiszowych, bardziej psychodeliczne klimaty i ogólnie taki gotycki klimat, stojący w kontrze do podniosłych pieśni z "klasycznego okresu". Ma to jednak swój urok, a zwolnienie i wejście klawiszy w I Still See the Black to jeden z najlepszych momentów tej płyty. Na uwagę zwracają też dynamiczne, punkowe momenty w Lidocain God czy psychodela wyłaniająca się z Abstrakt Sun. Nie spodziewałem się, siadając do płyty, której wcześniej chyba nigdy w całości nie przesłuchałem, że przyniesie mi ona aż tyle niezwykłych doznań a jej mroczny klimat będzie być może jedynym źródłem chłodu w te upalne, czerwcowe dni.
Tak jak artykuł o smokach pozwolił mi wkręcić się w muzykę Saint Vitus, tak wtorkowa nitka na utwory inspirowane prozą GRR Martina przypomniała mi o Take the Black - solidnej choć rzadko dotychczas słuchanej przeze mnie kompozycji heavy/powerowego HammerFall. Czuję, że zawierający ją album, Chapter V zostanie ze mną na dłużej.
Power metal ostatnio nie był u mnie częstym gościem. Na szczęście dzięki debiutującemu w zeszłym tygodniu Shadowborne nie musze sięgać jedynie po starsze krążki ale mogę ekscytować się szybkim, melodyjnym i również nieco elektronicznym brzmieniem płyty Heaven's Falling. Co więcej, gro utworów również jest inspirowanych Pieśnią Lodu i Ognia z epickim Hold the Door na czele.
Mówiąc o zmieniających się proporcjach gatunków warto wspomnieć o nowym, starym graczu wkraczającym od tygodnia na scenę. Metal symfoniczny z kobiecym wokalem, zwany czasem (może nieco krzywdząco) diva metalem miewa u mnie lepsze i gorsze okresy. Obecnie dzięki najnowszej EP-ce Blackbriar zainteresowanie wróciło a piątkowa premiera Temptation's Gate, pierwszego od sześciu lat albumu z premierowym materiałem, jaki przygotował fiński Amberian Dawn ten efekt wzmocniła. Jest to pierwsze wydawnictwo z nową wokalistką, Nicole Willerton w składzie i pierwsze od dawna pełne takiego ognistego, soczystego metalu z mocnym wskazaniem na symfoniczno-powerowe elementy. W kąt odrzucono ten cały abba metal, z jakiego ostatnio byli znani i wg mnie był to strzał w dziesiątkę a singlowy Moon to jeden z najostrzejszych i najcięższych kawałków w ich dorobku. Jak na dość ubogi premierowy piątek, Temptation's Gate było dla mnie płytą numer 1.
Drugi tydzień z rzędu spędziłem na przypominaniu sobie mojej ulubionej płyty Amorphis. AM Universum ma w sobie to coś, czego brakowało mi na kilku nowszych wydawnictwach. Melodie, nastrój, kosmiczny klimat i ten przełamujący to wszystko saksofon. Kurde, kiedyś to były czasy.
Nawiązując do jednego z wpisów Adriana Płodzienia na fb grupie MetalNews sięgnąłem po twórczość duńskiego VOLA. Śledzę ich z zainteresowaniem praktycznie od debiutu i, jeśli miałbym wejść w lekką polemikę z kolegą, najbardziej lubię to ich oblicze, w której elementy progresywne są równo wyważone z tymi post-metalowymi. Nadaje to całości pewnej unikalności, o którą w dzisiejszej muzyce naprawdę niełatwo. Stąd też na dzisiejszej playliście macie do spradzenia po 1 utworze z Inmazes i Applaus of a Distant Crowd.
Jeśli już o oryginalności w metalu mówimy to zapraszam do Krakowa na tutejszą black metalową scenę. W tym miesiącu wydała ona kolejny ciekawy projekt pod nazwą Echo Zero a ich debiut pt. E0 to niezwykła, post-blackowa płyta koncepcyjna. Połamane rytmy, szalone wokale i surrealistyczna historia - tak się gra tylko w Mieście Kraka.
Pora na niewielki progresywny kącik. W nim nadal panoszy się Jadeitowy Wojownik - legendarna prog-psychodeliczno-hard rockowa kapela z UK z debiutem, na którym prócz wymienionych nurtów trafiamy choćby na elementy etnicznej muzyki Masajów. Co mogę jeszcze dodać, jeśli szukacie czegoś przekraczającego bariery stylów a pociąga Was muzyczna archeologia, Jade Warrior jest dla Was.
Po jednej z wizyt w Maciejkowym Ogródku Muzycznym przypomniała mi się przepiękna kompozycja neo-progresywnego Mystery pt. Sailor and the Mermaid, pochodząca z albumu Beneath the Veil of a Winter's Face. Jak cała twórczość kanadyjskich muzyków, jest to niezwykle przejmujący i pełen piękna utwór, płynący powoli i wciągający każdą odegraną z pasją nutą. Dziękuję Maćku za te wszystkie wzruszenia, jakich w tym tygodniu doświadczałem i czekam na kolejne wyprawy.
Jakiś czas temu w audycji Epoka Żelaza pojawił się mój ulubiony bard, Damh the Bard. Było to miłe zaskoczenie a zarazem impuls, by również tak jak red. Julia, ponownie poczuć "ducha Albionu" - taki właśnie tytuł nosi płyta, po którą w tym tygodniu sięgnąłem by choć na chwilę przenieść się do staroangielskich lasów, pełnych szumu liści, śpiewu ptaków a przede wszystkim cienia i podmuchów wiatru na rozgrzanej twarzy.
Jak tu się nie rozmarzyć, gdy skóra spływa z człowieka razem z potem. Łapcie więc może odrobinę wiosenno, jesienno, zimowej muzyki, jakiej pełno jest na dzisiejszej playliście, słuchajcie, komentujcie i wrzucajcie swoje podsumowania. Obyście zawsze znaleźli wodę i cień!
piątek, 26 czerwca 2026
Wiosna 2026 - Podsumowanie Kwartału
NAJCZĘŚCIEJ SŁUCHANY UTWÓR
Draconian - Cold Heavens - po cichu liczyłem, że zapowiadany od dłuższego czasu nowy album szwedzkich death/doom/gothic metalowców będzie czymś pięknym w swej melancholii ale nie byłem przygotowany na to, że już pierwszy singiel wyrwie mnie z butów swoim ładunkiem emocjonalnym, niespotykaną dotąd mocą i siłą głosu wracającej po latach przerwy na swoje miejsce za mikrofonem Lisę Johansson. Tak energicznego, pełnego pasji i tragizmu numeru w swojej dyskografii jak dotąd Szwedzi nie mieli.
NAJLEPSZE ALBUMY KWARTAŁU
Ostatnie miesiące to zdecydowanie u mnie czas zadoomy i to od tego gatunku zaczniemy podsumowanie najlepszych płyt ostatnich trzech miesięcy. Nie będzie zaskoczeniem, gdy wymienię w tym gronie In Somnolent Ruin zespołu Draconian - wrażenia, jakie wywiera na mnie ich muzyka dobrze opisałem już powyżej. W podobnym klimacie tworzą też francuskie Angellore, fińskie Hanging Garden i portugalskie A Dream of Poe a ich najnowsze dzieła, odpowiednio Nocturnes, Isle of Bliss i Katabasis: A Marriage Among Ashes również są warte uwagi ze względu na umiejętność łączenia grobowego ciężaru z romantyczną melodyką. Nie można pominąć też bardziej stonerowej gałęzi doom metalu, w której króluje szwedzki Monolord i jego najnowsza płyta pt. Neverending. Jestem pod wrażeniem jak można stałe ewoluować brzmienie pozostając wiernym swojej własnej stylistyce. Miłym zaskoczeniem, choć trochę górskim z uwagi na koniec działalności było Infinite Illumination heavy/doomowego Spirit Adrift. Wśród płyt mniej lub bardziej powiązanych z doom metalem umieściłbym Śnienie lubelskich Źrenic, choć pełno tu innych inspiracji - od psychodelii po folk, stoner czy nawet (w utworze Sam) poezję śpiewaną. Nic jednak nie przebije wbijających się w mózg z każdą kolejną nutą Innych, drugiego z najczęściej słuchanych ostatnio przede mnie kawałków. Mamy tu murowanego kandydata do tytułu debiut roku.
Tak jak maj/czerwiec należały bardziej do doom metalu, tak okres od końca marca do połowy maja upłynął mi pod znakiem AOR/hard rocka/hair metalu i był to świetny czas. Pełne soczystych gitar, mocnego rytmu i przebojowych melodii plyty nowej królowej glam metalu Chez Kane (Reckless), legend gatunku zza oceanu takich jak Tyketto (Closer to the Sun) i Hardline (Shout) czy przedstawiciela coraz bardziej dominującej w AOR skandynawskiej sceny (Creye i zaskakująco udany krążek IV: Aftermath) były idealnym ładunkiem energii do przerwania wiosennego marazmu i, niczym przyroda, powrotu do życia.
Rzadziej pisze ostatnio w poniedziałkowych postach o power metalu, było jednak w poprzednich miesiącach też sporo udanych krążków. Najbardziej polubiłem chyba efekt współpracy kanadyjsko-ukraińskiej w postaci projekty Godspear (z boskim Naumenką na wokalu) i ich pierwszego pełniaka pt. Turn to the Light. Ogólnie ten wiosenny power przychodził do mnie z różnych, mniej popularnych w gatunku kierunków. Weźmy choćby drugie wydawnictwo islandzkiego Power Paladin, pełne epickiego, symfonicznego grania w klimatach fantasy. Oczywiście tak reprezentatywne dla powera kraje jak Niemcy czy Szwecja również w tyle nie zostały. Mournbraid szwedzkiego, bardzo klasycznego Evermore i The Heart Remains at Home na skroś niemieckiego (bo czy inna nacja potrafi tak sprawnie łączyć hard rock, heavy i power metal) Kingsmash zapewniły mi godziny rozrywki na solidnym poziomie.
W tym całym powerowo, AORowo, doomowym zamieszaniu udało się nie przepaść kilku artystom ze zgoła innego środowiska. Rock gotycki w pogańskich klimatach kolejny raz dowiózł brytyjki Inkubus Sukkubus a o wieczory pełne muzycznych kontemplacji zadbali proggerzy z Kolm i Green Carnation.
W każdym podsumowaniu kwartału obowiązkowo znajduje się kącik z zespołami i płytami, o których sobie przypomniałem po latach lub odkrywałem całkiem na nowo. Tym razem bank rozbił Anthrax, najbardziej niedoceniany z Wielkiej Czwórki Thrashu. Dosłownie przepadłem w tym pełnym luzu i dystansu graniu, o jakie wzbogacili swój gatunek lecz dopiero wydany w "chudych latach 90-ych" Sound of the White Noise, wnoszący bardzo mocną inspirację groove metalem do repertuaru kapeli pokazał w pełni jej wielkość. Kurczę, za samo Only dałbym się pokroić ;) Inne muzyczne wspominki, które warto wymienić to Alternative 4, pierwsza tak nomen omen alternatywna płyta Anathemy czy trylogia Legend of Valley Doom Mariusa Danielsena, która już niedługo powinna zmienić się w tetralogię. Dla wielbicieli power metalowych oper pozycja absolutnie obowiązkowa.
NAJWIĘKSZE ZASKOCZENIE
Cóż, nie będę ukrywał że od kilku dni żyję ogłoszeniem, że Edguy, jeden z dwóch moich ulubionych zespołów wraca by dopisać ostatni rozdział swej historii. Jestem ciekaw objętości tego rozdziału i po cichu liczę też na nową, pożegnalną płytę. Przed oczami mam album zatytułowany po prostu Edguy, na którym za kompozycje odpowiadają po równo wszyscy członkowie bandu. W jakiś sposób byłoby to obejściem deklaracji Sammeta o "creative breaku". Ehh... Inne zaskoczenia to, bardziej pozytywne - powrót Creye do grania z sercem po trochę na siłę dociążonej trójce i slodko-gorzkie - pożegnalny album Spirit Adrift, o którym już wyżej pisałem.
NAJWIĘKSZE ROZCZAROWANIE
W tej kategorii nie było może płyt, które odrzucałyby całkiem od słuchania ale te dwie, i których napiszę po prostu jak na stojących za nimi artystów były co najwyżej "średnie". Najwięcej uwag mam do Venom, pionierów tak thrash jak i black metalu. Wydawałoby się że po nawiązującej do klasycznego Black Metal okładce i pierwszym singlu o wiele mówiącym tytule Lay Down Your Soul, Into Oblivion będzie triumfalnym powrotem do czasów surowego nwobhm. W rzeczywistości jednak dostaliśmy zestaw mało zajmujących kawałków, z których nawet silna nuta nostalgii nie potrafiła wykrzesać jakiegoś ognia. Płyta może nie do zwrotu ale do przesłuchania i odłożenia na półkę. Drugą płytą, która wyraźnie blednie przy swoich poprzedniczkach jest World War Dinozaur niemieckiego Victorius. Jest niby szybko, jeszcze bardziej campowo niż wcześniej ale wyraźnie widać, że formuła dino-powera się wyczerpuje. Nie ma tu tego luzu, lekkości i zabawy jaką dawała mi (miłośnikowi lore Power Rangers) EPka Legend of the Power Saurus czy pierwszy LP Space Ninjas From Hell. Co prawda można tu jeszcze znaleźć fajne i wciągające utwory, takie jak choćby Golden Glory ale jedna kompozycja na dwanaście to trochę mierny wynik. Stać ich na pewno na więcej.
NAJWIĘKSZE ODKRYCIA
Cóż. Ten akapit podzielę na odkrycie de novo i odkrycie na nowo ;) Pierwszym jest Kingsmash, zespół którego w "zielonej platformie" słucha miesięcznie 234 osoby. Szkoda bo jeśli lubicie niemieckie granie w stylu Accept to i ci panowie muszą Wam przypaść do gustu. Na nowo natomiast odkryłem pirate metalowy Blazon Stone. Przestałem ich śledzić w zasadzie już po premierze drugiego krążka (czyli w 2015 roku) i z własnej winy przegapiłem kilka naprawdę udanych płyt. Udało mi się jednak nadrobić zaległości a wszystko dzięki czteroutworowej EPce Tresure Hunt, której premierę (grudzień '25) też przegapiłem :p Mam jednak nadzieję, że po kilku wiosennych artykułach, w których ciepło wypowiadam się na ten temat, Cedric wybaczy mi to niedopatrzenie.
OCZEKIWANA NA PRZYSZŁOŚĆ
Regularnie (co 3 miesiące ;) ) wrzucam tu listę albumów, na których premierę czekam z największym utęsknieniem. Niech zatem tradycji stanie się zadość a to rzeczone krążki:
Moonspell - Far From God - 03.07 (choć trochę z niepokojem)
Black Sites - From Eternity - 15.07
Rezn - Cycles In The Infinite Dream - 24.07
Xandria - Eclipse - 07.08
Triosphere - Oceans Above, Stars Below - 28.08
Kamelot - Dark Asylum - 28.08
Besvärjelsen - Til Glömskan Ad Oblivionem - 28.08
KingCrown - Moonfall - 04.09
Green Lung - Necropolitan - 11.09
Anthrax - Cursum Perficio - 18.09
Metalite - Discovery - 25.09
The Ocean - Solaris - 25.09
PODSUMOWANIE
Podsumowanie aż 93 dni słuchania muzyki bez pominięcia choćby jednego artysty nie jest łatwe. Pomyślmy jednak co by było gdybyśmy mieszkali na Marsie, gdzie wiosna trwa aż 194 sole. Mam jednak nadzieję, że każdemu oddałem choć odrobinę niezwykłych doznań, jakie zapewniała mi ich muzyka. Każdą z tych chwil, każdą z niesamowitych nut postarałem się zamknąć w dołączonej do artykułu playliście. Życzę Wam wszystkim miłego odsłuchu, dziękuję za kolejną spędzoną wspólnie wiosnę i oczywiście pytam o Wasze podsumowania a także, parafrazując tytuł płyty polskiego Exodus, nadzieje-niepokoje na przyszłość.
Kłaniam się, Wasz Kronikarz.
Najpopularniejsze
-
W dzisiejszym artykule chciałbym podzielić się moimi ulubionymi płytami z gatunku, który kiedyś (dobre 14-15 lat) był dla mnie ważny, lecz...
-
Podobno najtrudniej zarobić pierwszy milion a potem już idzie z górki. Niektórzy mówią też, że tę pierwszą bańkę trzeba po prostu ukraść, ...
-
Końcówka sierpnia, końcówka wakacji i ostatnie tygodnie naprawdę "nieletniego" lata - dobry czas by przyjść do Was z muzycznym p...



5.jpg)


