piątek, 10 kwietnia 2026

Mój Top 30 Ulubionych Zespołów Folk Metalowych - Top Lista

 

Po kilku artykułach poświęconych wyłącznie polskiej scenie folkowej, folk-rockowej czy folk metalowej przyszedł czas, by nieco szerzej spojrzeć na tematykę "ludowego metalu". Ciekawiło mnie też jak nasi rodzimi artyści odnajdą się na tle zagranicznych wykonawców, gdyż osobiście uważam, że po latach posuchy, ostatnia dekada w tym podgatunku metalu była u nas niezwykle udana. Folk metalu słucham od dawna, może nie tak długo jak powera ale był to na pewno jeden z nurtów muzyki metalowej, który dość szybko przypadł mi do gustu. A jest to nurt bardzo różnorodny, wyróżniający się też pod kątem tekstowym, wiele bowiem zespołów wiernie trzyma się ojczystych języków i jest to pod wieloma względami jak najbardziej zrozumiałe. Mówimy wszak o ludowej, ojczystej muzyce i jej amalgamacie z cięzkimi brzmieniami. W dzisiejszym zestawieniu zebrałem 30 moich ulubionych zespołów metalowych charakteryzujących się silnym folkowym pierwiastkiem. Znajdziecie tu więc i klasyczny folk metal, pagan i viking jak i mieszanki folku z innymi stylami. Dopilnowałem jednak, by ten człon folk nawet wtedy stał na pierwszym lub ewentualnie drugim miejscu a na artystów, którzy ludowość traktują jako którąś tam z kolei inspirację być może umieszczę w przyszłości w jakimś innym zestawieniu. Mam tylko nadzieję, że nikogo takie pominięcie nie urazi. Ale dość gadania po próżnicy. Czas na prezentację trzydziestu wybranych.

30. Likho - folk, melodeath, metalcore a nawet beercore - tego na naszej scenie folk metalowej jeszcze nie było. Udany debiut kilka lat temu rozbudził apetyt na więcej

29. Metsatoll - jeden z pierwszych folk metalowych zespołów, jakie poznałem. Efekt chwilowej co prawda fascynacji Estonią, jej kulturą, historią i muzyką ale do dziś wracam do nich z przyjemnością

28. Silent Stream of Godless Elegy - czeski zespół łączący folk z doom metalem. Ciekawostką są dwa utwory zaśpiewane po polsku

27, Eluveitie - dla wielu gwiazda gatunku, dla mnie Inis Mona (na poziomie fanatyzmu) i sporo dobrych kawałków do posłuchania od czasu do czasu

26. Otyg - zespół założony przez blackmetalowego muzyka Andreasa Hedlunda, w którym oddaje hołd skandynawskiej muzyce ludowej 

25. Jerna - folk z elementami death metalu - głęboki męski growl i krystaliczny wokal Hanny w połączeniu z mało sielankowymi tekstami tworzą wyjątkowy klimat

24. Saltus - rodzimy pagan black metal. Jedna z licealnych fascynacji ale mimo upływu lat Bogów Moc Święta jest nadal w mieczu zaklęta 

23. Ancient Rites - belgijski folk/viking/symphonic black metal, który z tych gatunków potrafi wycisnąć maksimum epickości 

22. Cztery Mile Lasu - rockowo-metalowe adaptacje kultury i tradycji wielkopolskiej Biskupizny (i nie tylko)

21. Leśne Licho - słowiańskie podania i mity w folk metalowej wersji z kobiecym wokalem. I obowiązkowo zabijanie trolla (mieczem)

20. Diaboł Boruta - tu dla odmiany heavy metalowy folk w "męskim" wydaniu

19. Tierramystica - brazylijskie zespoły power metalowe z wielkim upodobaniem sięgają po inspiracje kulturami prekolumbijskimi a prym w tym właśnie wiedzie Tierramystica

18. Stworz - bardzo osobisty, liryczny pagan black metal. Jeden z projektów znanego na polskiej scenie muzycznej Wojsława

17. Skiltron - dudy, power metal i uwielbienie dla kultury i historii Szkocji. Czy to kapela z Highlands? Otóż nie, bo z dalekiej Argentyny!

16. Wind Rose - od progresywnego powera po kransoludzki folk. Taką nietypową drogę przeszła ta włoska kapela, zyskując z roku na rok coraz wierniejszą rzeszę sympatyków 

15. Crom - czyli Walter Grosse i spółka, grający folk/viking metal bardzo zróżnicowanej formie – od powerowych galopad, przez epickie marsze po liryczne, nastrojowe ballady 

14. Cronica - zespół od którego zaczął się u mnie renesans zainteresowania folk metalem. I choć na koncie mają wiele świetnych autorskich numerów, to najbardziej epicka ze wszystkich jest ich polsko-języczna adaptacja skandynawskiej pieśni Herr Mannelig, którą znałem wcześniej w wykonaniu folkowej Garmarny

13.  Dezperadoz - country to taki foll z dzikiego zachodu, więc miejsce w dzisiejszym artykule temu western metalowemu zespołowi z Niemiec po prostu się należało 

12. Runika - dynamiczny i soczyście heavy metalowy folk z wokalistką, która potrafi snuć nastrojowe gawędy ale gdy trzeba, pokaż ostry jak brzytwa pazur

11. Velesar - Marcin Velesar Wieczorek po krótkiej przygodzie z Radogostem założył własny zespół, w którym łączy słowiańskie tradycje z tradycyjnym, mocno maidenowskim Heavy metalem

10. Czarny Bez - jeden z najoryginalniejszych zespołów w dzisiejszym zestawieniu. Industrialne granie przywodzące na myśl Rammstein w połączeniu z polską muzyką ludową - jednym słowem to 

9. Bathory - Quorthon w latach 80-ych współtworzył black by w kolejnej dekadzie położyć podwaliny pod to, co zwiemy dziś viking metalem. Muzyka, która unieśmiertelniła swego twórcę po wsze czasy

8. Die Apokalypthischen Reiter - bombastyczny mariaż folku z melodyjnym death metalem a to wszystko w surowym jak pruska stał niemieckim języku 

7. Radogost - legenda rodzimej sceny. Początkowo mocno w duchu Korpuklaani, z czasem coraz bardziej dekadencko i poetycko. W każdym wydaniu na najwyższym poziomie

6. Falconer - norweski zespół power metalowy, który ludowość potrafił zawrzeć nie tylko w elementach muzycznych czy tekstowych ale też w wyłaniającej się z ich twórczości filozofii i atmosferze

5. Korpiklaani - tequila, piwo, wódka i sauna - jak folk metalowa impreza to tylko z muzyką fińskiego zespołu. Co ważne, wbrew opiniom złośliwych, zarzucających muzykom taką jarmarczną ludowość, panowie potrafią grać również na serio a ostatnia płyta, wydana dwa lata temu udowadnia, że przed nimi jeszcze sporo dobrego. A jeśli przy tym dobrze się bawią i my, słuchając ich również to tylko wartość dodana.

4. Tyr - farerski folk/viking metal z elementami heavy/powera. Zespół, który poznałem za sprawą mocno ludowej płyty Eric the Red z czasem coraz bardziej się metalizował. W jakiej by jednak nie był odsłonie, zawsze mogą liczyć na mój miecz, mój topór i mój łuk ;)

3. Alestorm - true scottish pirate metal. Kapitan Bowes z załogą zrewitalizowalo wykreowany przez Running Wild gatunek pirate metalu, wprowadzając do niego sporo elementów muzyki szantowej (stąd to charakterystyczne folkowe brzmienie) jak i więcej luzu i dystansu.  Czasem mam co prawda wrażenie, że wątki humorystyczne zaczynają dominować nad walorami artystycznymi, wydatrczy jednak kilka yarharharhar bym przestał sobie głowę tym zaprzątać ;)

2. Elvenking - folk/pagan/power z Sycylii. Przez lata aktywności zmieniali okresowo styl, eksperymentowali z brzmieniem ale nawet gdy zahaczali o metalcore (lub jak twierdzili niektórzy przy okazji The Scythe - powercore) zawsze wyróżnialo ich brzmienie skrzypiec, które nie były tylko folkowym ozdobnikiem ale pełnoprawnym, metalowym instrumentem

1. Mago de Oz - 


wtorek, 7 kwietnia 2026

Marzec 2026 - Podsumowanie Miesiąca

 


Trudno uwierzyć, że level o nazwie Rok 2026 jest już w 25% ukończony. Zamiast jednak gdybać na nieuchronnością upływającego czasu zastanówmy się, czy ostatnie 31 dni udało się optymalnie wykorzystać pod kątem słuchania muzyki. Przed Wami więc lista artystów, z których twórczością spędziłem w marcu najwięcej czasu. 

Aeon Gods - wydany w 2024 roku debiut pt. King of Gods był soldinym power metalowym rzemiosłem. Na Reborn to Light udaje im się już wykrzesać iskierki artyzmu i ja to kupuję

Gladenfold - lubię power metalowy Kamelot, uwielbiam melodeathowy Soilwork, gdy więc odkrywam (na nowo i tym razem w pełni świadomie) zespół łączącyy ze sobą te dwa światy nie mogę przejść obok niego obojętnie

Źrenice - dwa lata temu w mojej głowie wybuchła warszawska Toń. Dziś, gdy niektórzy członkowie zespołu stawiają czoła zdecydowanie bardziej wymagającym wyzwaniom niż muzyka, na opuszczone przez nich miejsce szturmem wdarły się lubelskie Źrenice - tak samo eteryczne i hipnotyzujące ale mające swój własny, wyjątkowy urok 

Jag Panzer - us power to nie cukierkowa bajka tylko brzęk stali, chrzęst łamanych kopii i ryk silników pancernych bestii. To wszystko znajdziecie w bogatej dyskografii weteranów zamorskiego powera, którą w tym miesiącu szczególnie sobie przypominałem

Lor - "słuchaj skrzypiec, grają właśnie dla ciebie" - alt-folkowa perełka z Krakowa po raz kolejny pokazuje jak grać muzykę popularną na wysokim poziomie. Brawo dziewczyny! 

Tyketto - jest na świecie kilka kapel wyrosłych z amerykańskiej sceny hair metalowej przełomu lat 80. i 90. aktywnych do dziś nie tylko koncertowo ale i kompozycyjnie. Jedną z nich jest właśnie ta nowojorska grupa a ich najnowszy opus, Closer to the Sun ma szansę zostać hard rockową płytą roku

Ancient Rites - może i wyrosłem już trochę z klasycznego black metalu, to jednak nadal mam duży szacunek do kapel, który gatunek ten potrafiły interpretować w szerszy i bardziej eklektyczny sposób. W przypadku Belgów ich folkowo-symfoniczne aranże do dziś potrafią mocno wejść mi do głowy

Turbo - cały ostatni miesiąc mojej relacji z legendą polskiego metalu był konsekwencją koncertu w Klubie Studio, po którym w pełni doceniłem Blizny ale i dałem drugą bądź trzecią szansę Awatarowi

Froglord - czy stoner/sludge/doomowa kapela z definicji może ponownie nagrać swoje utwory w wersji "lower & slower"? Only Froglord can do that! Duży plus za charytatywny charakter tego przedsięwzięcia, na którego drugą część czekamy z niecierpliwością

Hanging Garden - na 2026 rok zapowiedziano kilka bardzo interesujących albumów utrzymanych w stylistyce gothic/death/doom metalu. Jako pierwi premierę mieli Finowie i Isle of Bliss to trzy kwadranse melancholii, dramaturgii i iście romantycznej grozy

Purple Lung - na pograniczu tradycyjnego, epickiego i stonerowego doom metalu znajdziecie nie tylko Castle Rat ale i ten pochodzący z Pensylwanii kwartet, odkryty trochę przypadkiem ale największe odkrycia bywały nieraz dziełem przypadku

Ennui - dumni reprezentanci Gruzji na funeral doomowej scenie radzą sobie bardzo dobrze a ich piąty album, wydane po długiej przerwie Qroba idealnie miesza ze sobą rytualny patos z surową, żałobną atmosferą

Wspomniana powyżej dwunastka to tylko wierzchołek góry lodowej. Marzec obfitował bowiem w wiele innych ciekawych premier. Hard rockowe Black Swan, glam rockowe StarBenders i AOR-owe Violet zaspokajały moje ejtisowe pragnienia a moje fantastyczno-geekowe ego przyjemnie łechtali pozostali przedstawiciele eusro i us powera, tacy jak  Mega Colossus, Vandor, Metal de Facto czy Angus McSix. Nie można w tym wszystkim nie wspomieć o jednym z moich ulubionych psych/stoner/doomowym ansamblu - REZN. Mój spiritualistyczny trip przez ich dyskografię trwał prawie dwa miesiące i nieraz działał na moją przebodźcowaną duszę jak najlepsze lekarstwo.

W ten oto sposób dotarliśmy do końca dzisiejszego artykułu. Jak zwykle podrzucam playlistę z ulubionymi utworami z tego miesiąca. Zachęcam do odsłuchu i dzielenia się swoimi podsumowaniami. A w ten Wielki Piątek mogę jeszcze tylko dodać - Zdrowych i Spokojnych Świąt, tudzież Spokojnego Urlopu ;)

poniedziałek, 6 kwietnia 2026

31.03-05.04.2026

 


Myślę, że w Poniedziałek Wielkanocny każdy z nas ma wiele innych spraw na głowie niż przegląd muzycznych podsumowań tygodnia. Postaram się więc z moich muzycznych statystyk wyciągnąć jak najwięcej konkretów a możliwie najmniej literackich ozdobników.

Nadal dominują u mnie Źrenice i ich niezwykły debiut Śnienie. Szkoda tylko, że mimo starań "naszego człowieka", płyta nie trafiła do marcowego zestawienia Doom Charts. Trafił tam natomiast, i to na wysokim czwartym miejscu Emerald Dawn kanadyjskiego Fangus. Ich psychodelicznych stoner w mocno vintage'owym stylu coraz bardziej mnie kręci. Nie dziwi mnie też wyróżnienie dla Greków z Fuzzing Nation, którzy na swym pełnometrażowym debiucie, zatytułowanym Mothertruck pokazują, że dobrze czują się i w pustynnych, heavy psychowych mid tempach jak i bardziej punkowych galopach (tu świetne I Don't Care At All). 

Doom metal to nie tylko stoner a gotycko-romantyczny Velian i jego trzeci album, Embers nadal potrafią mnie czymś zaskoczyć. W tym tygodniu cały czas po głowie chodził mi utwór The Endless Yearning, o którym chyba jeszcze tu nie wspominałem. 

Nowości nowościami ale nie brakowało też klasyki gatunku. Eponimiczny krążek Paradise Lost, jakże inny od tego, co grają (znów) po 2015 roku doceniam coraz mocniej za klimat osiągnięty bez potrzeby nadmiernego ubrutalniania brzmienia. Do tego dołączyłem Alternative 4, jeden z przełomowych albumów w dyskografii Anathemy. Akurat ten zespół z brytyjskich legend death/doomu zawsze gdzieś był na uboczu moich muzycznych zainteresowań ale raz na jakiś czas lubię po nich sięgnąć. A po ten krążek, ktory jest dla mnie odpowiednikiem One Second lub Believe wcześniej wymienionej kapeli, sięgam najczęściej.

W kategorii power metal aktualnie dwie z wydanych ostatnio płyt cieszą się u mnie największą sympatią. Beyond The Reach Of Enchantment islandzkiego Power Paladin i Mournbraid szwedzkiego Evermore. O ile o pierwszym z nich wiedziałem że mi się spodoba już po premierze pierwszych singli, tak drugi zyskuje u mnie z każdym kolejnym odsłuchem. 

Całkiem niespodziewanie przesiąkłem natomiast pirackim metalem od Blazon Stone. Zespół, który powstał jako hołd dla Running Wild obecnie jest bardziej wierny muzycznym tradycjom niż oryginał. Na dzisiejszej playliście jest to też najczęściej reprezentowany zespół.

Kolejny tydzień spędziłem też przy pierwszej płycie Alestorm, którą obok Sunset on the Golden Age i Curse of the Crystal Coconut uważam za najlepszą w ich dyskografii.

Aeon Gods to wiadomo, mocny kandydat do power metalowej płyty roku a Jag Panzer i Mechanic Warfare - klasyka us powera.

Słów kilka o prog powerowym Dimhav. Na jego czele stoi jeden z najlepszych wokalistów w gatunku - Daniel Heiman. Niedawno muzycy ogłosili, że w drodze jest ich drugi album więc ja odświeżyłem sobie debiut - wydany w 2019 The Boreal Flame, pełen rozbudowanych i intrygujących melodiami kompozycji.

Ciekawe też, czy Daniel weźmie udział w nagraniach nowej, czwartej już części Legend of Valley Doom. Power metalowa opera za którą stoi utalentowany muzyk i kompozytor Marius Danielsen jest dla mnie na równi, a ostatnio może nawet ponad słynną Avantasię. Po ogłoszeniu, że Marius pracuje nad kolejną częścią postanowiłem przypomnieć sobie wszystkie poprzednie rozdziały tej fantastycznej historii. Z debiutu polecam Wam szczególnie epickie i przebojowe Chamber of Wisdom. Jest to dla mnie numer szczególny, bo od niego zaczęła się moja przygoda z Doliną Zagłady a Edu Falaschi z Johanem Heidgertem tworzą prawdziwe "dynamic duo".

Na pograniczu powera, hard rocka i stadionowego rocka plasuje się nowy projekt Marco Pastorino i Jensa Fabera. Neverland Train to muzyczny hołd oddany Jimowi Steinmanowi, producentowi odpowiedzialnemu za największe sukcesy Meat Loafa i Bonnie Tyler. Na Alive in Hell słychać mocno te nawiązania, przepuszczone przez typowa dla Dawn of Destiny melodykę i charakterystyczne wokalne interpretacje Marco. Z racji świąt nie miałem zbyt wiele czasu na wnikliwe wsłuchanie się w całość ale czuć, że to fajna odmiana od epickich galopad, do których obaj muzycy nas przyzwyczaili.

Przebojowy hard rock to tu też samo dobro. Dwie płyty, które (jak na razie) bić się mogą o tytuł płyty roku w tej kategorii. Closer to the Sun Tyketto i Reckless Chez Kane zdecydowanie są w stanie przełamać dominację power i doom metalu, jaka zapanowała u mnie w ostatnich miesiącach.

Na początku roku fajną odmianą od moich najczęściej słuchanych gatunków było Cold Night for Aligators i ich tegoroczna płyta With All That's Left. Niektórych z zawartych tam utworów do dziś chętnie sobie posłucham. W tym tygodniu padło na Bittersweet Echoes i to tak często, że kompozycja wskoczyła na dzisiejszą playlistę.

I to wszystko. Starałem się skracać a i tak sporo się napisało. Cóż, żeby już nie przedłużać, zapraszam do odsłuchu playlisty i czekam na Wasze podsumowania i refleksje. Miłego (i mam nadzieję, że zgodnie z tradycją mokrego) dnia.

Playlista: 05.04.2026

poniedziałek, 30 marca 2026

23-30.03.2026

 


Witam wszystkich czytelników? Jak forma w ten pierwszy poniedziałek po zmianie czasu na letni? Mój zegar biologiczny powoli przestawia się na nowy tryb a pomaga mi w tym jak zawsze ulubiona muzyka. Sprawdźmy więc, czy wraz ze zmianą czasu cokolwiek zmieniło się w moich gustach.

Na pierwszym miejscu bez zmian. Lubelskie Źrenice i ich debiut zatytułowany Śnienie to płyta pełna psychodeliczno-eterycznej poetyki, zamglona, zamyślona a jednocześnie mocna w swym przekazie. Nie chcę rzucać zbyt szybko takich deklaracji ale jeśli chodzi o polski metal a w zasadzie jego bardziej stoner/doomową gałąź to jest to dla mnie najlepszy start od czasów Toni i ich Korzeni.

Równie chętnie słucham też przebojowego hard rocka jaki na swej najnowszej płycie serwuje nam Tyketto. Tydzień temu pisałem, że jak na 2026 rok to jest to najlepsza około-aorowo-glamowa płyta. Od piątku ma jednak silną konkurencję. Reckless to trzecia płyta Chez Kane, wokalistki którą śmiało można nazwać współczesną Litą Ford lub Lee Aaron. Mocny, zmysłowy głos, kipiące erotyzmem, energetyczne kawałki z jakże ejtisowymi solówkami na saksofonie, adekwatne do tamtych lat brzmienie syntezatorów i wystrzałowe gitary, może trochę zbyt dopieszczone i wyczyszczone współczesną technologią. Nie narzekajmy jednak tylko słuchajmy i bawmy się, bo Reckless niesie z sobą tej frajdy naprawdę sporo.

Nigdy nie ukrywałem też, że wśród wszystkich odmian metalu to power darzę największym uczuciem. Emocje te nie słabną od blisko 20 lat a pojawiające się regularnie premiery płytowe i mrowie młodych, zdolnych zespołów tylko cieszy moje trzydziestoparo letnie serce. I tak było też w ostatnim tygodniu. Jakby popatrzeć na staż słuchanych w tym okresie powerowych zespołów to praktycznie żaden z nich nie gra dłużej niż 10 lat. Miłośnicy starożytnych bogów z Aeon Gods w ciągu czterech lat dorobili się już dwóch albumów, z których tegoroczny Reborn to Light siedzi mi w głowie już drugi miesiąc. Z zaciekawieniem czekałem też na "trójkę" od szwedzkiego Evermore. W podsumowaniu 2023 roku zaliczyłem ich do swych największych muzycznych odkryć i trochę żałowałem, że w poprzedni weekend brakło mi czasu by mocniej przysiąść do Mournbraid. Na szczęście poprawiłem się trochę i mogę powiedzieć, że ujmy ten album im nie przynosi. Jest dynamicznie i melodyjnie z odpowiednią dawką metalowej ciężkości. I choć mniej tu numerów z automatu wpadających w ucho, dla miłośników power metalu powinna to być pozycja obowiązkowa. Trochę inaczej jest za to z Power Paladin. Ten pochodzacy z Islandii, wierny skandynawskiej szkole powera zespół nie tylko wyrównał poziom z debiutu ale wskoczył jeszcze o jeden stopień wyżej. Pozostając przy powerowym rdzeniu nie bał się sięgnąć po ostrzejsze formy wyrazu, pobawić się trochę konwencją i żartem dowożąc w ostateczności bardzo zróżnicowany i dający sporo prawidziwej radości krążek. Beyond the Reach of Enchantment - zapamiętajcie tą nazwę, będzie o niej głośno!

Jedną z moich ulubionych powerowych płyt 2025 roku była Symphony of the Universe włoskiego projektu Cristiano Filippini's Flames of Heaven i zainspirowana losami Rycerzy Zodiaku (tak, tymi z mangi i anime Saint Seiya). Był to mój pierwszy kontakt z muzyką pana Filippiniego, choć pięć lat wcześniej ukazała się debiutancka The Force Within. W tym tygodniu postanowiłem nadrobić zaległości i zapoznałem się z nią. Jak wrażenia? Jak najbardziej pozytywne. Ponownie (a w zasadzie to pierwszy raz) za mikrofonem mamy świetnego Marco Pastorino, gitary Filippiniego robią robotę a kompozycje, przeważnie powerowe galopady z lekkimi aor-owymi wstawkami są na solidnym poziomie. Album ten dokładnie pokazuje, jaki w Flames of Heaven drzemiał potencjał i cieszę się, że po tych kilku latach przerwy udało się go w pełni wykorzystać na drugiej płycie.

Muszę trochę doprecyzować zdanie sprzed dwóch akapitów. Z europejskiego powera nie słuchałem zespołów starszych niż 10 lat. Z amerykańskiego powera zaś grzmiał, siekł i tratował mocarny Jag Panzer z nieśmiertelnym Cold is the Blade na czele. Warto jednak sięgnąć tez po inne płyty z bogatej dyskografii tej zasłużonej kapeli. U mnie były to trochę późniejsze dokonania w postaci The Deviant Chord i The Scourge of Light.

A czy Alestorm można zaliczyć do power metalu? Sami muzycy określają się mianem true scottish pirate metalu ale oni nie są do końca poważni. Jednakże wydany w 2008 roku debiut - Captain Morgan's Revenge miał w sobie, obok pijackich (ale jakże pirackich) zaśpiewów jeszcze trochę powagi, której zabrakło mi na zeszłorocznej płycie. Dlatego gdy chcę posłuchać prawidziwego, powiedziałem prawdziwego Alestorma sięgam po pierwsze płyty z ich katalogu. Yarharharhar!

A co mam do powiedzenia w kwestii doomu i stonera? Było ciężko i było wolno - tak jak zresztą być powinno. Najlepiej to odda chyba fakt, że w piątek ukazał się Deceit and Misery, pełnoprawny debiut amerykańskiego Iron Slug. Kawałki utrzymane w nomen omen ślimaczym tempie i smoliście tłuste od ciężaru to idealna odmiana od bombastycznego hard rocka i pompatycznego powera (choć obie te cechy baaardzo lubię). Korzystając z okazji odświeżyłem sobie też krótką EP-kę sprzed dwóch lat (Debauched and Bored), którą otwiera świetny Beauty Left in Woods

Psychodelicznego stoner doomu nigdy za wiele a jak już taki saksofonowy tydzień (patrz wyżej) mi się zrobił to muzyka REZN pasuje tu znakomicie. Widać też, że instrumenty dęte potrafią znaleźć niejedną niszę w szeroko pojetym świecie rocka i metalu, dodając do niej coś "ekstra".

Doom to nie tylko stoner, choć współcześnie ten styl zdaje się współcześnie dominować. Bułgarski Velian proponuje w to miejsce muzykę bliższą gotykowi czy tradycyjnemu heavy metalowi. Jest melancholijnie i bardziej romantycznie ale, nie lękajcie się, wcale nie cukierkowo. Panowie potrafią jednak stworzyć odpowiednią atmosferę, w której ten pierwiastek doomowy jest stale obecny. Bardzo cieszy mnie też nowa płyta Hanging Garden, która do elementów doomu i gotyku dodaje zarówno symfoniczność jak i krztynę death-metalowej agresji, widocznej zwłaszcza w wokalu. Isle of Bliss to kolejne wielopoziomowe dzieło, które wyszło spod ręki fińskich artystów.

Drogę od death/doomu przez gothic, elektronikę i z powrotem przeszła jak wiadomo jedna z legend gatunku. Paradise Lost od dawna jest jednym z moich ulubionych doomowych zespołów i cenię ich między innymi właśnie za tą zmienność, wieczne poszukiwania, nieraz prowadzące w ślepe zaułki ale nigdy nie schodzące poniżej pewnego poziomu. Ostatnio sięgnąłem po album, który przez te wszystkie lata znajomości z "paradajsami" trochę pomijałem. A nosi on najprostszy z możliwych tytuł. Paradise Lost z 2005 roku to jak się okazuje płyta udana, klimatyczna i ciekawa, choć stylistycznie dość zwarta i jednolita. Jakbym miał określić ją przez pryzmat innych albumów zespołu, to powiedziałbym że jest połączeniem One Second z Faith Divides Us... a że to jedne z moich ulubionych płyt smutasów z Halifaxu, to self-tittled nie mógł mi się nie spodobać.

Na koniec trochę thrashu. Nowy Exodus co tu dużo mówić, nie porwał mnie. Z drugiej strony Goliath nie jest też płytą złą. Jakoś po prostu nie czuję tego krążka, słyszę ale nie słucham choć po kolejnym tygodniu mam już więcej niż jeden numer, do którego warto powrócić. Jest nim ciekawy Summon of the God Unknown, który obok singlowego Promise You This znajdziecie na dzisiejszej playliscie. Ogólnie tegoroczny thrash mnie nie rozpieszcza. O Krushers Kreatora pisałem, że dobrze się słucha ale oczekiwań nie miałem wobec niej też bardzo wysokich. Gdy przy okazji słuchania Goliatha wróciłem sobie do nowej płyty niemieckich thrasherów tragedii nie było a w przeciwieństwie do kolegów zza oceanu jednak więcej tu werwy, siły i (jak złośliwi komentują) przebojowości.

Do tej dwójki dorzuciłem też Under Attack innej legendy gatunku, niemieckiego Destruction i tym bardziej poczułem, że "kiedyś to były czasy, teraz nie ma czasów".

A jak u Was wygląda podsumowanie tygodnia? Jakieś zmiany, rewolucje, nawrócenia? ;) Poniżej plejka, miłego słuchania!

Playlista: 29.03.2026



piątek, 27 marca 2026

Covery & Tributy - Playlista Tematyczna

 


W dniu dzisiejeszym ukazał się nowy album weteranów niemieckiej sceny heavy/power metalowej. Nie jest to jednak płyta z całkowicie nowym materiałem. Na Awesome Anthems of the Galaxy załoga statku kosmicznego Iron Savior prezentuje własne wersje znanych i lubianych hitów muzyki popularnej, rockowej i dyskotekowej, głównie z lat 80-ych. Przez dobór utworów i tytuł albumu od razu nasuwa się pewne nawiązanie do postaci Star Lorda z serii filmów o Strażnikach Galaktyki. Po pierwszym odsłuchu mogę powiedzieć, że jest to płyta poprawna, zespół nadał trochę swojego charakteru coverowanym kawałkom ale ogólnie aranżacje nie odbiegają jakoś daleko od oryginałów. A przecież sztuka coveru to nie tylko odegranie utworów w sposób wierny pierwowzorowi, tylko raczej próba spojrzenia na niego w inny, do tej pory może zaniedbywany sposób, wyciągnięcia jakichś dodatkowych znaczeń lub po prostu wpisanie go w całkiem inne, nieraz zaskakujące ramy stylistyczne. Gdy tak się nad tym zastanawiałem, a single zapowiadające krążek pojawiały się już od kilku tygodni, postanowiłem napisać artykuł, w którym przedstawię różne inne ciekawe i/lub lubiane przeze mnie cover i tribute albumy. Wpis, jak i obrazującą go playlistę podzieliłem na trzy sekcje - w pierwszej znajdziecie cover albumy (czyli jeden zespół nagrywa utwory innych artystów), potem będą tribute albumy (tu na odwrót, różni artyści grają kawałki konkretnego zespołu) a na koniec bardzo specyficzne cover/tribute bandy, których głównym celem jest odtwarzanie i (jak w przypadku wymienionych dziś wykonawców) rearanżowanie piosenek innych wykonawców. Od razu muszę Was ostrzec, że wybór materiału jest tu bardzo, bardzo subiektywny stąd nieobecność tak znanych albumów jak Garage Inc. Mety czy Skeletons in the Closet Children of Bodom

I. COVER ALBUMY

- Poison - Poison'd - ostatni album ekipy Breta Michaelsa i C.C. Deville'a to zbiór kilkunastu klasyków rocka, nagranych w klasycznym dla zespołu hair metalowym stylu. Czuję duży sentyment do tego krążka, bo to dzięki niemu sięgnąłem po twórczość takich zespołów jak Sweet, The Cars czy Grand Funk Railroad

- Overkill - Coverkill - nazwa mojego ulubionego thrash metalowego zespołu jest zapożyczeniem z piosenki Motorhead, której cover znalazł się też na pierwszym longplayu Amerykanów. Tu towarzyszy jej 11 innych kompozycji, pierwotnie nagranych przez artystów, mających największy wpływ na powstanie i wykrystalizowanie się brzmienia zespołu

- HammerFall - Masterpieces - Szwedzi przez lata swojej działalności przyzwyczaili nas, że praktycznie na każdej płycie pojawiał się jakiś cover, czy w formie bonusu czy w podstawowej trakcliście. W końcu 27.08.2008 ukazał się krążek zbierający wszystkie dotychczas nagrane i trzy nowe covery. Warto wspomnieć, że pierwszm utworem zespołu, który kiedykolwiek słyszałem był Ravenlord z repertuaru grupy Stormwitch

- Axxis - reDISCOver(ed) - składanka niemieckiego zespołu zawierające ich własne interpretacje kilkunastu hitów światowej muzyki, z naciskiem na przeboje lat 80-ych. Płyta te jest też pewnym punktem zwrotnym w historii kapeli, sygnalizującym kolejną woltę stylistyczną, z europejskiego power metalu ponownie w hard rock i to w takim mocno retro stylu

- Slayer - Undisputed Attitude - legenda thrashu ponoć od dłuższego czasu zbierała się do nagrania cover albumu a nieprzychylne ich macierzystemu stylowi lata 90-e były ku temu najlepszym czasem. Zwłaszcza, że muzycy skupili się tu na utworach grup punkowych i hardcorowych, co tylko podkreśla wpływ jaki oba te style wywarły na wyodrębninenie się thrashu jako osobnego podgatunku metalu

- Krzysztof Cugowski - Integralnie - wokalista opowiadał kiedyś, że jest wielkim fanem bluesa. Gdy więc na przełomie wieków nagrywał album z własnymi wersjami swoich ulubionych utworów postanowił nadać im właśnie takiego bluesowo-jazzującego charakteru. Czy to się udało? Album nie dorównał sukcesem ówczesnym płytom Budki Suflera ale to raczej wydawnictwo z kategorii "śpiewam bo chcę a nie muszę"

- Nocny Kochanek - Stosunki Międzynarodowe - dobry dowcip najbardziej śmieszy za pierwszym razem. Tak też mam z twórczością tego jakże dziś popularnego zespołu, którego debiut lubię i bawi mnie do dziś. Słuchając kolejnych wydawnictw miejsce dobrej zabawy zajmuje nostalgia za ich dawną, poważną odsłoną w postaci Night Mistress. Wyjątek robię tylko dla tego albumu, który w fajny sposób (i z polskimi tekstami) interpretuje utwory, które są mi bardzo bliskie

- Huis - A Huis Clos - jedyny reprezentant rocka progresywnego w dzisiejszym zestawieniu na jesieni 2025 roku wydał płytę, która powstawała przez okres lockdownu, niejako będąc formą remedium na towarzyszącą pandemii atmosferę. Nie jest to też cover album sensu stricto, gdyż prócz własnych wersji klasyków prog-rocka mamy tu też trzy ponownie nagrane autorskie kawałki kanadyjskiej ekipy

II. TRIBUTE ALBUMY 

- Communio Luparum - od czasu Blessed & Possessed grupa Powerwolf zaczęła wydawć również płyty w wersjach deluxe, wzbogacone o dodatkowe metariały takie jak covery ulubionych artystów, własne kawałki zaśpiewane z udziałem gości specjalnych, czy tak jak w przypadku dodatkowego dysku do albumu Sacrament of Sin, z utworami zespołu, nagranymi i na nowo zaaranżowanymi przez zaprzyjaźnionych artystów. Nie ukrywam, że jest to mój ulubiony z tych wszystkich bonus disców a przeboje Powerwolf w wersjach stonerowych, folkowych czy glam metalowych bronią się naprawdę mocno

- Amberian Dawn - Take a Chance - A Metal Tribute to ABBA - czytałem kiedyś artykuł o płytach, które wywarły największy wpływ na rozwój power metalu. Wśród nich wymieniona była cała dyskografia Abby. Poza tym, często dość ironicznie melodyjny, symfoniczny metal z damskim wokalem określa się mianem "abba metalu". Fińska kapela przy okazji tego wydawnictwa zaakceptowała to wszystko i nawet więcej, poszła na całość, serwując nam swoje własne interpretacje najbardiej znanych piosenek szwedzkiego kwartetu

- The Keepers of Jericho - (A Tribute to Helloween) - tytuł tej dwupłytowej składanki mówi sam za siebie. Trzy legendarne płyty, trzy kamienie milowe w historii power metalu - Walls of Jericho i Keepers of the Seven Keys w interpretacji młodszych (jak na rok wydania - 2000) przedstawicieli sceny. Mnóstwo udanych przeróbek i kilka odkrytych zespołów, których słucham do dziś

- Ultimate Emo Party - Polskie Emo Kontra: Muzyka Popularna - co tu dużo mówić, iście szalona składanka. Piosenki mainstreamowych artystów (w tym będące swego czasu hitem sieci z powodu świetnego teledysku Co Ty mi dasz discopolowego MIGa) w interpretacji przedstawicieli różnych odcieni polskiego niezalu

- Grindcore Tribute to Krzysztof Krawczyk - "renowned polish singer" w wersji gore. Jeśli ktoś jeszcze łudził się, że kompletuję tu playlistę do auta, zjadliwą dla wszystkim domowników w tym momencie straci resztki nadziei. KWIIIIK!

- Best of Jethro Tull (Redux) - najlepsze utwory żywej (i nadal aktywnej) legendy art-rocka w gruzowo-kamieniarskich aranżacjach. Kolejna niezwykle udana pozycja w wydawanej przez Magnetic Eye Records serii "Redux"

III. COVER/TRIBUTE BANDY

- Vivaldi Metal Project - symfoniczno metalowy projekt założony przez Giuseppe Iampieri'ego w formula all-star bandu. Początkowo skupiony tylko i wyłącznie na metalowych coverach (z autorskimi tekstami) Antonio Vivaldiego później otworzył się też na innych klasycznych kompozytorów. Wśród zaproszonych gości obligatoryjnie "król guest appearanców" - Fabio Lione

- Apocalyptica - pierwszy album fińskiej formacji nosi tytuł Plays Metallica by Four Cellos i to w zasadzie najlepiej określa jej działalność. I choć z czasem pojawiło się coraz więcej autorskich kompozycji i wokal to właśnie w pełni instrumentalny debiut jest dla mnie kwintesencją ich twórczości

- Northern Kings - czterej fińscy wokaliści znany z występów w Nightwish, Sonata Arctica, Terasbetoni i Charon połączyli siły by grać symfoniczno metalowe covery światowych przebojów. Ta niezwykła supergrupa wydała tylko dwa albumy (2007 i 2008r) ale kilka lat pojawiła się na scenie po kilkunastoletniej przerwie

- Mandowar - mandolinowe, akustyczne covery AC/DC, Iron Maiden czy oczywiście Manowar to niecodzienny pomysł na zespół. Co na to Joey DeMaio i kumple? Albo nie wiedzą albo patrzą na to przychylniejszym okiem niż na Womanowar - żeński cover band najbardziej męskiego zespołu metalowego na świecie, z którym to swego czasu weszli na drogę sądową

- Slower - muzycy tak uznanych stoner/doomowych kapel jak Lowrider, Monolord, Kyss czy Year of the Cobra coverujący kawałki Slayera w sposób możliwie najwolniejszy. To musiało się udać! I choć na drugiej płycie projektu pojawiły się już pierwsze autorskie numery to eponimiczny debiut jak najbardziej spełnia warunki cover/tribute albumu

- The Baseballs - na koniec coś lżejszego gatunkowo i swego czasu popularnego w naszym kraju. Niemiecki zespół zajmuje się wykonywaniem współczesnych przebojów muzyki pop w aranżacjach stylizowanych na rock'n'roll czy rockabilly, ilustrując je utrzymanymi w klimatach lat 60-ych teledyskami. Największy sukces odniosła ich pierwsza płyta, Strike, która na tamten czas była czymś świeżym i niespotykanym. Potem jednak publiczność przyzwyczaiła się do tego stylu a popularność kapeli zaczęła sukcesywnie spadać.

Tak to już jest, że parafrazując pewne polskie przysłowie, łaska publiczności na pstrym koniu jeździ. Kto jak kto, ale artyści pop przekonują się o tym najczęściej. Niektórym jednak uda się nagrać nieśmiertelne przeboje wracające co kilka lat w kolejnych coverowych wersjach. Mam nadzieję, że powyższe zestawienie zaciekawi Was i z chęcią też sięgniecie po playlistę, na którą wybrałem po 3 utwory z każdego wspomnianego w tekście albumu czy wykonawcy. Pamiętajcie też, że czasem cover jest lepszy od oryginału ;)

Playlista: Covers & Tributes

poniedziałek, 23 marca 2026

16.03-22.03.2026

 


Witam Was i zapraszam na podsumowanie tygodnia, w którym zima zetknęła się z wiosną i oficjalnie przekazała jej władzę nad światem. Moment przełomowy, ekwinokcjum, stan harmonii między światłem a ciemnością, między power a doom metalem, glamem a thrashem, pop-folkiem a viking blackiem... Czy aby na pewno? Sprawdźmy!

Pozwólcie, że zacznę od krążka, który zadebiutował kilka dni temu lecz już od dobrych paru tygodni wszystkie znaki na niebie i ziemi zapowiadały, że nadchodzi coś niezwykłego. Najpierw Endymion wzbudził ciekawość, zdradzając już pewien potencjał. Potem Neuroza nie tylko podtrzymała ale i jeszcze mocniej roznieciła płomień zaintrygowania, który z pełną mocą, blaskiem swych różowo-turkusowo-purpurowych ogni wybuchł dokładnie 18 marca. Tego dnia ukazało się Śnienie, pierwszy album lubelskich Źrenic, który, co tu dużo mówić, zmiótł mnie totalnie z planszy. Łącząca w sobie wiele różnych inspiracji, balansująca gdzieś między psychodelią, post-metalem czy nawet stonerowym folkiem, nieszablonowa muzyka ma zdecydowanie właściwości uzależniające. Po jednym odsłuchu, chcesz jeszcze i jeszcze, bo nie czujesz byś odkrył już wszystkie skrywane "pod powieką" tajemnice. I tak jak źrenica reguluje ilość światła padającą na siatkówkę, tak przy obcowaniu ze Śnieniem nasze duchowe źrenice muszą być bardzo czujne, by nie zatracić się w nim na amen.

Jak widać Źrenice mocno zdominowały mą jaźń, nie oznacza to jednak, że zarzuciłem słuchanie innych rodzimych artystów. Nadal chętnie sięgam po naszą psychobilly'ową perełkę czyli groteskowo-horrorowe Psycho Beets czy też czwórkę dziewczyn z Krakowa, które nagrały piosenkę bez refrenu, której może i żadne radio nie kupi ale na playlistach Mojej Muzycznej Kroniki miejsce zagrzeje na dłużej czyli lor i pełne drobnych (albo i grubszych) złośliwości co-star. 

Kolejnym zespołem, który dość nagle zawładnął mną w ostatnim tygodniu jest belgijski Ancient Rites. Przy okazji poprzedniego podsumowania pisałem, że sobie odświeżyłem ich, moim zdaniem, najbardziej udany album Dim Carcosa ale jak widać, to było tylko preludium. Łatwo bowiem przeskoczyłem też do wcześniejszego o 3 lata Fatherland. Tak więc na zmianę leciała więc raz jedno raz drugie wydawnictwo a ja kąpałem się w symfoniczno-ludowo-black metalowych, podniosłych hymnach. 

W tym tygodniu dobiłem już do końca dyskografii stoner/doom/psychodelicznych geniuszy z REZN. Geniuszy, choć ich ostatnia płyta, Burden z 2024 roku w dniu premiery trochę mnie rozczarowała. Po świetnym Solace i intrygującym kolabo z Vinnum Sabbathi przyszła płyta w "ch stylu" ale jakby nieco pozbawiona duszy. Może nagranie trzech płyt w jednym roku to było za dużo, nie wiem. Coś się jednak przez te dwa lata zmieniło i nagle odnalazłem w Burden to, ćżego brakło mi wczęśniej. Może potrzebna była przerwa, nieco świeższe spojrzenie. Czy to jednak ważne? Liczy się dla mnie, że tym razem naprawdę potrafiłem czerpać z obcowania z Chasm, Indigo i resztą kompozycji pełnię przyjemności.

Różnych odcieni doom metalu było u mnie zresztą więcej. Z jego stonerowej odmiany powspominałem sobie Amerykanów z Pallbearer z niesamowitym utworem Caledonia na czele. Ale to ma klimat! Nie można też zapomnieć o dwóch albumach reprezentujących bardziej gotyckie oblicze metalu zagłady a których premiera miała miejsce w ten piątek. Pierwszy to Isle of Bliss fińskiego Hanging Garden, gdzie operowe kobiece wokale sąsiadują z niskim męskim growlingiem a całość skąpana jest w przytłaczającej ale jednocześnie dającej odrobinę oddechu symfonicznej melancholii. Dla miłośników Draconian et al. pozycja obowiązkowa. Embers natomiast to trzeci album bułgarskiego Velian, grającego mniej agresywnie, bliżej tradycyjnego heavy metalu ale bez opuszczania romantycznych rejonów emocjonalnego spektrum.

Piątek w ogóle był dniem ciekawych premier, również z rzadziej ostatnio u mnie goszczących gatunków. Na pewno wydarzeniem na skalę światową jest najnowszy album grupy Exodus. Legenda thrashu z Bay Area pierwszymi singlami nie porwała mnie zupełnie ale gdy pojawił się Promise You This zmieniłem zdanie. Dziś łupię ten kawałek regularnie ale czy Goliath obroni się jako całość, czy będzie to album jednego utworu - za wcześnie by wyrokować.

Nie jeden a dwa utwory zdążyłem polubić już z płyty Closer to the Sun, za którą stoi hard-rockowe Tyketto. Ta amerykańska kapela, której korzenie sięgają lat 80-ych i eksplozji popularności glam metalu udowadnia, że nadal potrafi pisać melodyjne, energetyczne i niebanalne zarazem numery. Duży plus za harmonijkę w Harley & Indians i za ten southernowy klimat w przebojowym Bad for Good. Muszę przyznać, że w kategorii hard-rock/AOR/glam metal jest to chyba pierwszy tak udany album w tym roku.

Dużo dobrego w tym roku dostali już miłośnicy power metalu. Ja jak wiecie się do nich zaliczam i cieszą mnie w dalszym ciągu takie albumy jak Reborn to Light grupy Aeon Gods i Soulbound mającego w sobie dużo z melodeathu Gladenfold. Szybkość, rozmach i melodyjność to kwintesencja gatunku a obie kapele pokazują, że z każdego z tych aspektów potrafią wycisnąć ile się da. Nowy krążek Angus McSix, nagrany w sumie już bez oryginalnego Angusa, wygląda przy nich trochę blado choć jeśli lubimy lekki i przebojowy metal potraktowany niezbyt serio to czemu nie, sam sobie czasem zanucę pod nosem 8-bitowy motyw z I Am Adam McSix czy pobaunsuję do techno-metalowego Ork Zero.

Gdy jednak potem pojawia się ochota na metal z krwi i kości, surowy i chłodny niczym stal to sięga bo weteranów US powera czyli Jag Panzer. W tym tygodniu remetalizowałem się przy pomocy dwóch płyt tego zespołu, Mechanized Warfare z przełomu stuleci i bardziej już współczesny The Deviant Chord. 

A gdzie w tym wszystkim miejsce dla Beyond The Black? Gdzieś pośrodku, gdyż poprzez te kilkanaście lat swojej aktywności i kilka docenionych przez publikę płyt niemiecka melodic/symphonic metalowa ekipa doczekała się pewnego miejsca w metalowym mainstreamie. I ja też lubię po nich sięgnąć, bo zamiast popadać to w jedną to w drugą skrajność warto czasem złapać chwilę równowagi. W końcu Równonoc tuż za nami.

Poniżej jak zwykle przekrojowa playlista dokumentująca moje muzyczne gusta z mijającego tygodnia. Miłego odsłuchu i dajcie znać, jak wam minęło te 7 dni? Pozdrawiam!


Playlista: 22.03.2026

piątek, 20 marca 2026

Zima 2026 - Podsumowanie Kwartału

 


Dzień dobry wszystkim w ten słoneczny dzień. Nie jest to jeszcze Dzień Wagarowicza ale może i lepiej, ja nie zamierzam bumelować i zapraszam na podsumowanie mijającej właśnie zimy.


NAJCZĘŚCIEJ SŁUCHANY UTWÓR

Sands of Eternity - 6000 - trafiłem na ten zespół zupełnie przypadkowo. Zaciekawiony wpisem na innym muzycznym blogu wyszukałem tytułowy utwór z płyty The Six Thousand w internecie, wcisnąłem play i wyszedłem z psem na spacer. Grudniowa noc, siarczysty mróz a w mojej głowie rozpętało się prog-powerowe szaleństwo. Takiej epickiej, stopniowo rozpędzającej się muzyki było mi trzeba. Tej samej nocy słuchałem jej w kółko i gdybym tylko poznał ją wcześniej to z miejsca trafiłaby do mojej rocznej topki.


NAJLEPSZE ALBUMY KWARTAŁU

Zima nie kojarzy się nam zbytnio z power metalem. To jednak w tym gatunku objawiło nam się sporo świetnych premier. Wspomniana powyżej płyta greckiego Sands of Eternity co prawda jest dzieckiem bardzo późnej jesieni ale u mnie było to niesamowicie udane otwarcie Nowego Roku. Nieszablonowe, epickie ale i melodyjne granie, w taki właśnie trochę szorstki grecki sposób pochłaniało mnie przez pierwsze tygodnie roku a i teraz lubię do niej wrócić. Nie mogę też nie wspomnieć o wydanych odpowiednio pod koniec stycznia i lutego The Ember Eye Pt. II: The Portal of Truth szwedzkiego Vandor i Reborn to Light miłośników starożytnych mitologii z Aeon Gods. Nie można też zapomnieć o mocniej wpadającym w melodeath Gladenfold, którego album Soulbound to również jedna z najlepszych premier ostatnich kilku tygodni.

Zimowe wieczory, przy słumionym świetle lampki nocnej, gorącej czekoladzie i ciepłym kocu to też dobry czas na refleksję czy kontemplację zawiłości muzyki, zwłaszcza progresywnej. W tym czasie najważniejszą premierą był Woodcut, pierwszy concept album w długiej historii legendy gatunku, zespołu Big Big Train. W miejsce długich i skomplikowanych kompozycji, muzycy postawili na krótsze, bardziej piosenkowe formy przeplatane licznymi muzycznymi interludiami, uzyskując chyba zamierzony efekt. Album ciekawi od pierwszej do ostatniej nuty. Pod tym względem niewiele ustępuje mu The Orphan Epoch jednoosobowego projektu comsograf, wydany co prawda dobre pół roku temu ale po pojawieniu się w streamingach sięgnąłem po niego raz jeszcze. I z podobnym, jak najlepszycm skutkiem. Nie spodziewałem się też że porządnego przedstawiciela progresywnego rocka znajdę w dalekiej Malezji. Każdy rockowy podróżnik powinien sobie obczaić twórczość projektu Martin Vengadesan and the Stalemate Factor a zwlascza ostatni akt pod tytułem The Rook's Siege. Intrygującą historię ma natomiast Where Do We Go From Here - jedyny krążek prog-rockowej supergrupy Abraham-Baker-Lyndon, nagrany wiele lat temu a wydany dopiero teraz, dzięki zaangażowaniu kilku pasjonatów z... tak, z naszego kraju.

Polska muzyka alternatywna zresztą też wydała tej zimy niejedną ciekawą płytę. Szczególną sympatią zapałałem do dwóch. Pierwsza to W lustrach anten, na której około-oświęcimski Zaułek pokazuje swoje własne podejście do poetyckiego, trochę shoegaze'owo rozmytego a trochę buntowniczego rocka. Jeśli chodzi o drugą pozycję, są nią Oceany - piąte już wydawnictwo w dorobku grupy Resoraki, którego mocną stroną jest umiejętność malowania pełnych emocji, choć nieoczywistych muzycznych pejzaży, czasem bardziej bezpośrednich, czasem ukrytych pod subtelnymi metaforami. 

W Warszawie odbywa się od kilku lat impreza o nazwie December's doom. A czy January, February i March w Muzycznej Kronice też były pełne doomu? Jak najbardziej, choć nie w takiej ilości jak powera. Grzech jednak byłoby nie wspomnieć o czarnogórskim Dvoeverie, wyraźnie inspirujących się "iconowymi" Paradajsami (album Byrdcynn). Bardzo udany powrót zaliczyli też eteryczni death/doomowy z Enshine na Elevation i prezentujący romantyczną odmianę gotyku For My Pain..., o których jeszcze wspomnę dwa słowa potem.

Z pozostałych gatunków szczególnie warte uwagi jest Cold Night For Aligators, które w sumie ciężko zaliczyć do jednego gatunku. Prog, math czy alternative metal zagrany w baaardzo chłodnym stylu ma to coś, co intryguje i nie pozwala się oderwać nawet na chwilę. Sporo też thrashowałem w tym okresie i wiem, że najgorętszym tematem wśród miłośników tego podgatunku była nowa płyta Kreatora. Ja, i powtarzam po raz kolejny, nieoczekiwałem od Krushers of the World żadnego przełomu a to co dostałem tych oczekiwań nie zawiodło. Dobra, solidna płyta ale bez przebłysku geniuszu, który mimo równie długiej kariery w XXI wieku nadal udziela się nowojorskiemu Overkill. Dla przykładu podam chociażby krążek The Electric Age, będący moim absolutnie numerem jeden w całej dyskografii tej grupy.

Odchodząc już całkiem od nowości dodam tylko że koniec grudnia aż do połowy lutego poświęciłem na wyprawie w kosmos z dyskografią hard-rockowego, przebojowego Cats in Space.


NAJWIĘKSZE ZASKOCZENIE

Największym zaskoczeniem był zdecydowanie powrót fińskiej gothic metalowej grupy For My Pain... Jeszcze w 2023 roku pisałem o nich w artykule o "Bohaterach Jednego Albumu" a tu cyk, w styczniu 2026 roku wychodzi druga płyta zatytułowana Buried Blue i jest to powrót z wielką klasą. Kilkanaście lat jakie upłynęły od debiutu w niczym nie złagodził zdolności muzyków do zamykania w swej twórczości prawdziwej mrocznej melancholii.


NAJWIĘKSZE ROZCZAROWANIE

Nie było ich tak wiele (i za takie nie uważam wcale Krushers... wiadomego zespołu). Myślę jednak, że po tylu latach nałogowego słuchania muzyki człowiek już na etapie wybierania płyt do przesłuchania robi sobie konkretną selekcję, stąd trudniej o duże rozczarowania. Z drugiej strony są artyści od których oczekiwałem więcej i dobrym przykładem jest symfoniczno-metalowe Edenbridge. Ich nowa płyta Set the Dark on Fire zaczyna się od epickiego, pełnego mocy The Ghostship Diaries a później stopniowo ten ogień znika w ciemnościach. Innym przykładem może być Soen, kiedyś powiew świeżości w prog-metalowym świecie a dziś uznana kapela grająca swoje. Swoje i nic więcej. Rozczarowały mnie też dwa pierwsze single promujące nowego Exodusa ale kilka dni temu pojawił się Promise You This, który sieknął mnie mocno więc całego Goliatha nie spisuję jeszcze na straty.


NAJWIĘKSZE ODKRYCIA

W zasadzie o każdym z nich już pisałem wcześniej, bo i power metalowe Sands of Eternity i wielogatunkowe Cold Night for Aligators zostały już przeze mnie w samych superlatywach scharakteryzowane. Jest jednak debiutująca dosłownie przed chwilą kapela, która może być odkryciem roku w polskim rockowo-metalowym niezalu i wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że kolejne podsumowania - tygodnia, miesiąca, kwartału a może i roku będą należały do nich. Mowa oczywiście o lubelskich (choć z sandomierskimi akcentami jeśli dobrze zgaduję) Źrenicach! 


OCZEKIWANA NA PRZYSZŁOŚĆ

Patrzę sobie teraz na listę płyt, na które najbardziej czekam i mam taką refleksję, że po thrashowy/powerwolf/progresywnej zimie czeka nas również powerowa ale zdecydowanie bardziej zadoomana wiosna. Choć myślę, że jak zwykle trafi się ktoś spoza mojej prywatnej muzycznej bańki i nawet jeśli nie wywróci w pełni stolika to chociaż patelni nie ukradnie ;)

Power Paladin - Beyond The Reach Of Enchantment - 27.03

Victorius - World War Dinosaur - 17.04

A Dream Of Poe - Katabasis: A Marriage Among Ashes - 24.04

Fuzzing Nation - Under the Sun - IV. 2026

Black Sites - For Eternity - 06.05

Crashdïet - Art Of Chaos - 08.05

Draconian - In Somnolent Ruin - 08.05

Elder - Through Zero - 29.05

Evergrey - Architects Of A New Weave - 05.06

Triosphere Oceans Above, Stars Below - TBA


PODSUMOWANIE

To wszystko na dziś. Żegnamy więc zimę i śmiało patrzymy w stronę nadchodzącej wiosny. Niech przyniesie nam dużo dobrej muzyki, nie tylko flower power metalu ale też soczystego doomu i barwnego jak łąka w kwietniu prog-rocka. A gdy coraz dłuższymi wieczorami dzień chylił będzie się do snu, poprośmy o odrobinę sennego shoegaze'a i eterycznego dreampopu. A ja, jak zwykle pod koniec artykułu zostawiam playlistę z 40-ma najchętniej słuchanymi przeze mnie w ostatnich trzech miesiącach utworami i pytam jak Wam upłynęły te ostatnie trzy miesiące.


Playlista: Zima 2026


Najpopularniejsze