piątek, 24 kwietnia 2026

Melodic Death Metal - Nieznane i Niedoceniane

 


Od ostatniego artykułu z serii Nieznane i Niedoceniane minął już prawie rok. Czas więc podjąć się eksploracji kolejnego gatunku w poszukiwaniu ukrytych, nieoszlifowanych lub przepadłych w dziejach historii diamentów. Tym razem padło na styl, w którym nie czuję się specjalnie pewnie ale może właśnie dlatego dużo frajdy przyniosło mi buszowanie po archiwach muzyki, poznawanie nieznanego i docenianie niedocenianego. Dowiedziałem się dzięki temu też, że wbrew pozorom jest to dość różnorodny gatunek a pod powierzchnią, którą niczym pokrywa lodowa na księżycach Jowisza, którą tworzy kilka najbardizej znanych grup, drzemie masa solidnego grania. 

Na początek może krótka charakterystyka i historia melodeathu. Podgatunek ten charakteryzuje się łagodniejszym od tradycyjnego death metalu brzmieniem, większą ilością melodyjnych riffów, nierzadko obecnością instrumentów klawiszowych i znacznym udziałem czystych wokali obok raczej krzykliwego, dobrze artykułowanego niż głębokiego i bulgoczącego growlingu. Dla mniej wtajemniczonych styl ten może nieco przywodzić na myśl metalcore ale puryści gatunkowi zdecydowanie odrzucają ten pogląd (co innego trve gatekeeperzy, odbierający melodeathowi prawa do nazywania siebie death, czy w ogóle metalem). 

Melodic death jako podgatunek wyodrębnił się z death metalu w Szwecji na początku lat 90-ych. Najważniejszym ośrodkiem kształtującego się wtedy stylu był Goteborg - stamtąd pochodzą uznawani za ojców gatunku At the Gates, In Flames czy Dark Tranquility. Obok nich do tego grona zalicza się czasem brytyjskie Carcass i fińskie Sentenced za sprawą wydanych w 1993 roku płyt Heartwork i North From Here. Najważniejszymi płytami, kładącymi podwaliny pod całą późnijeszą scenę były jednak Slaughter of the Soul At the Gates i The Jester Race In Flames. Z czasem popularność tylu, zwanego wówczas goteburskim zaczęła obejmować coraz szersze obszary, wychodząc poza miasto (np. Soilwork ze szwedzkiego Helsingborga czy Arch Enemy z Halmstad) i kraj (fińskie Children of Bodom i Insomnium, kanadyjski The Agonist czy amerykański The Black Dhalia Murder). W tym okresie (przełom lat 90-ych i 2000-ych) zaczyna być dostrzegalne coraz więcej elementów power metalowych, takich jak melodyjność, klawisze a także większa dbałość o czyste, wypolerowane (i znów przez ortodoksów uważane za sztuczne) brzmienie. W XXI wieku melodeath zaczyna przenikać do mainstreamu i zarazem wpływać jak i czerpać coraz więcej elementów z metalcore'a. Z drugiej strony część zespołów z kręgu odradzającego się po zapaści thrash metalu inkorporuje do swej twórczości charakterystyczne melodeathowe brzmienie gitar - najlepszym przykładem może być niemiecki Kreator od płyty Violent Revolution po, w zasadzie, dzień dzisiejszy. Sam melodeath też coraz bardziej się różnicuje, nabiera a to cech viking/folkowych (Amon Amarth, Ensiferum) a to bardziej atmosferycznych (Insomnium) lub doom czy gothic metalowych (Amorphis). Z czasem też ojcowie gatunków, pokroju In Flames czy Soilwork okresowo oddalają się od tradycyjnego melodeathu na rzecz industrialu, nu czy groove metalu. Ktoś powie, że to zwykły sell out, ja raczej jestem zdania, że naturalna ewolucja brzmienia i chęć stałego szukania inspiracji. Są przecież zespoły, które nie jeden a więcej razy wprowadziły do metalu coś całkiem nowego.

Tak więc ostatnie kilka dni spędziłem na różnych metalowych grupach, śledząc poświęcone muzyce fanpejdże i oczywiście na niezastąpionej Encyclopedia Metallum. Efektem tego jest poniższa playlista, na której znajdziecie 50 różnych melodeathowych zespołów - od tych zapomnianych z lat 90-ych po dopiero startujące, od przedstawicieli rodzimej sceny (pozdrawiam Eternal Fear i Warbell), przez znane Wam z różnych moich artykułów Rites of November po przybyszów z muzycznych antypodów, od klasycznego melodeathu (o co prosił swego czasu Alojzy Zgred) po rózne stylistyczne mariaże. Kryterium wyboru było jedno, mniej niż 2k miesięcznych słuchaczy w Spotify. Każdy z wykonawców reprezentowany jest tradycyjnie przez 3 kompozycje więc łatwo policzyć - macie tu 150 utworów, co po zsumowaniu daje nam ponad 12 godzin muzyki. Także ten teges - macie zajęcie na cały dzisiejszy dzień.

Na koniec jeszcze jedno pytanie i jedna prośba. Po pierwsze jakie jest Wasze zdanie na temat tego stylu i po drugie, dajcie znać, jeśli wśród tych 50-u artystów jakiś konkretny szczególnie przypadnie Wam do gustu. Hail!

Playlista: Melodic Death Metal - Unknown and Underrated


poniedziałek, 20 kwietnia 2026

13.04-19.04.2026

 


W zeszły poniedziałek podsumowywałem tydzień określony przeze mnie mianem misz-maszu. Cóż, siedem dni później czas na jeszcze bardziej chyba zróżnicowany gatunkowo artykuł. 

Zacznę może jednak tradycyjnie - od mojego ulubionego power metalu. Rok bieżący jak na razie nie zawodzi i obfituje w wiele ciekawych premier, także wśród debiutantów. Najlepszym przykładem jest Turn to the Light międzynarodowego projektu Godspear, który potrafi w galopady a melodie udekorowane charakterystycznym głosem Konstantina Naumenko to prawdziwa uczta dla uszu. To właśnie drugi na trackliście So They Say jest najczęściej aktualnie słuchanym przeze mnie numerem.

Mijają kolejne tygodnie od premier odpowiednio drugiego i trzeciego albumu islandzkiego Power Paladin i szwedzkiego Evermore a ja mogę tylko rzec, że skandynawski power prezentuje świetną formę. Nie zdziwię się, gdy przynajmniej jeden (a może i dwa) z tych krążków trafi do rankingu najlepszych płyt tego roku. I to nie tylko w swojej kategorii. 

W piątek premierę miał też nowy album grupy Victorius. World War Dinosaur w dalszym ciągu eksploruje dinozaurobotowe lore, przywodzące na myśl pierwszy sezon Power Rangers. Trochę tylko w tym wszystkim jest coraz więcej "cheese'u" a mniej porywających solówek, zapadających w pamieć hymnów i miażdżacych galopad. Robi się bardziej cyfrowo i komputerowo a trochę mniej w tym "ducha". Płyty słucha się szybko, nawet bardzo ale po odsłuchu nie zostaje w głowie tyle co choćby przy kapitalnym Space Ninjas From Hell. Ale to jest trochę pułapka, w którą wpadają zespoły okupujące dość wąskie nisze - gatunkowe lub tematyczne.

Mam wrażenie, że podobna przypadłość zaczyna pomału trapić niemiecki Powerwolf. Od Sacrament of Sin kazda kolejna płyta wydaje się być pisana według tych samych schematów. Na szczęście i Call of the Wild Wake Up the Wicked bronia się rozmachem, melodiami i klimatem, to czuć już tą powtarzalność. Stąd z takim zamiłowaniem wracam do początków ich działalności, w tym do najbliższego memu sercu (bo pierwszemu poznanemu) concept albumu Lupus Dei. To tu znajdziemy chociażby taki koncertowy killer jak When The Moon Shines Red, do zapoznania z którym serdeczenie zapraszam. Szkoda tylko, że choć byłem na ich koncertach i w 2016 i 2024, to nigdy go na żywo nie usłyszałem...

W minionym tygodniu dokończyłem też power metalową trylogię Mariusa Danielsena. Trzecia część Legend of Valley Doom to płyta świetna i kto wie, czy nawet momentami nie stawiłbym ja wyżej od debiutu. Na pewno obsada jest z dotychczasowych części najbogatsza, gdyż obok starej gwardii w postaci świetnego jak zawsze Daniela Heimana mamy też Alessandro Contiego, Marco Pastorino czy Ralfa Scheepersa - taki power metalowy creme de la creme ;) Na dzisiejszą playlistę wrzuciłem trzy moje absolutnie ulubione numery, z których każdy to soczysta, powerowa galopada.

Pozostając po stronie "melodyjnych" gatunków dwa zdania poświęcę twórcom hard-rockowo/glamowo/AOR-owym. Tu oczywistym wyborem jest zadziorna i "niegrzeczna" Chez Kane z trzecim krążkiem pt. Reckless (tytuł świetnie oddaje charakter wokalistki). Nie można tez nie wspomnieć o wydanej przed kilkoma dniami nowej płycie weteranów z Hardline. Nie osłuchałem się jeszcze dość dobrze z Shout ale wydany wcześniej na singlu utwór tytułowy trzyma poziom. Warto wspomnieć, że niedługo zespół odwiedzi po raz pierwszy Polskę więc będzie szansa posłuchać tego na zywo (choć ja już niestety mam inne, nieprzekładalne plany na ten dzień...)

Na pograniczu hard rocka i metalu (w zależności od tego jak true jesteśmy) plasuje się nu metal. Gatunek jak się okazuje dość szeroki i otwarty na różne inne, nowoczesne inspiracje. I choć może nic z takiego czystego nju nie słuchałem, to można do tej grupy zaliczyć Static-X. Dużo więcej tu industrialu, elementów rapu czy electropopu (tak czuję) to jednak płyta Shadow Zone ma w sobie coś, co potrafi na dłużej przyciągnąć. 

Jedyną w swoim rodzaju muzykę gra na pewno brytyjski Skindred. Wg Wikipedii łączą oni ze sobą metal, punk, reggae, dancehall i drum'n'bass (ło matko...). Brzmieniowo jednak najlepiej określić ich mianem reggae lub ragga metalu. Lata temu miałem fazę na płytę Roots, Rock, Riot ale później nie śledziłem ich kariery. W piątek wydali płytę You Got This, którą z ciekawości sobie odpaliłem i kurza twarz, dałem się ponieść. Industrialowe rytmy, karaibski flow, rap przełamywany wpadającymi w ucho melodiami. Coś jakże innego od mojej muzycznej rutyny a może właśnie czegoś takiego było mi trzeba? Nie spodziewałem się, a jednak "I Got This" :P

Zupełnie też nie spodziewałem się, że w poprzedni weekend nową i jak się okazuje, pożegnalną płytę wyda heavy/doomowy Spirit Adrift. Było co prawda ogłaszane przy okazji premiery niealbumowego singla, Eternal Celestial Energy, że długograj ukaże się w tym roku ale dokładna data była totalnym zaskoczeniem. Stąd też dopiero od poniedziałku udało mi się poświęcić więcej czasu temu krażkowi i jest to ten rodzaj albumu, którym można się żegnać z duma i podniesioną głową. Choć nastrój i okoliczności towarzyszące Infinite Illumination nie należą do najszczęśliwszych. Problemy rodzinne i zdrowotne, walka z przeciwnościami losu, upadanie i wstawanie, poświęcenie i wypalenie - czuć to każdą sekundą, każdym riffem i każdym wydartym z głębi duszy słowem. I można tu prawić wzniosłe frazesy, klepać po plecach i powtarzać, że jeszcze się wszystko ułoży. Ale czasem lepiej po prostu usiąść i posłuchać...

Emocje tak namacalne a jednak tak ulotne niczym babie lato wypełniają też A Dark Poem Part II: Sanguis grupy Green Carnation. Jest tu doom metalowa melancholia i prog-rockowa nastrojowość, snute przez gitarę opowieści czasem wzmocnione sa bardziej ekstremalnymi formami wyrazu, nie tracąc jednak nic ze swej spójności. 

Bardzo spójny w swej różnorodności jest też nowy krążek amerykańskiego Kolm. Nowczesny rock progresywny, w którym znajdzie się miejsce i na syntezatory i cieższe, iście metalowe fragmenty - tak w skrócie można opisać Yugen. Jednocześnie jest to płyta łatwo trafiająca do słuchacza (duża w tym zasługa melodyjnych, przystępnych wokali) i bogata w artystyczne smaczki, zapraszająca do kolejnych seansów, w celu dostrzeżenia nowych wątków, warstw i interpretacji. Ja to zaproszenie z ochotą przyjałem, a Wy?

Wiem, że przeszedłem już do prog-rocka ale ten Green Carnation mi tak jakoś emocjonalnie mocno rezonował z klimatem Spirit Adrift. Wrócę jeszcze na chwilę do doom metalu a w zasadzie do stoner/doomu. Bardzo fajnego stoner/doomu bo prowadzonego przez wyrwane rodem z lat 70-ych organy Hammonda. Fangus to zespół z Qubecu w Kanadzie a więc z rejonu bardziej znanego z grup neo-progresywnych niż kamieniarskich. Panowie jednak w swojej lidze radzą sobie świetnie i mogę powiedzieć, że to jedno z moich  najciekawszych odkryć w tym gatunku w ostatnim półroczu. Polecam więc jak najbardziej album Emerald Dream - 4 miejsce w kwietniowym DoomCharts nie przyznaje się za ładny uśmiech ;)

Mówiąc o odkryciach. Jednym z najważniejszych w zeszłym roku był u mnie (i u niektórych kolegów po fachu) zespół Astronoid. Ich ostatnie dzieło zatytułowane Stargod w dwa miesiące od premiery przebiło się do mojej topki za cały 2025 a przecież są i redaktorzy, u których zebrało najwyższe laury. Był to mój pierwszy kontakt z muzyką post-metalowo/shoegazeowo zespołu. Od pewnego czasu więc planowałem odsłuch wcześniejszych krążków i tym własnie sposobem siegnąłem po starszy o trzy lata Radiant Bloom. To co się rzuca w uszy od razu, to większa eteryczność kosztem przebojowości, od której Stargod aż kipiał (choć nadal to była taka subtelna przebojowość). Bardziej intensywnie też pracuje perkusja, wspierając wszechobecne ściany dźwięku. W tej właśnie pracy sekcji rytmicznej można upatrywać pewnych thrashowych naleciałości, choć trzeba się mocno wsłuchać. Sami muzycy jednak tak właśnie określają swoją twórczość - dream thrash a to chyba właśnie autor powinien najlepiej wiedzieć, co autor [sic!] miał na myśli. 

To był dream thrash. Teraz czas na prawdziwie rasoy thrash, czyli wchodzący w skład Wielkiej Czwórki Anthrax. Już ostatnio pisałem, że wędruję sobie po dyskografii zespołu, skacząc od klasyków po nowocześniejsze (i już nie tak czysto thrashowe) albumy. Ten rozstrzał w ostatnim tygodniu był zresztą dość pokaźny, bo najwięcej czasu spędziłem przy "dwójce" czyli Spreding the Disease z 1985 roku i późniejszej o, bagatela, 26 lat Worship Music. Co ważne, obie cenię i chętnie do nich wracam. 

Żeby potwierdzić tezę o misz-maszu czas na wyjątkowo sporadycznie goszczący u mnie gatunek. Metalcore był dla mnie od zawsze taką lżejszą wersją melodeathu, z agresywnymi wokalami przeplatanymi czystymi partiami ale gitary i perkusja nie miały aż takiej intensywności niż w goteburskim brzmieniu. Zdarzają się jednak kapelę, które grając metalcore z pasją i zaangażowaniem zwracają moją uwagę. Jednym z nich jest warszawskie Deadly Nightshade, które nie tak dawno wydało swoją debiutancką EP-kę. Fatum Ultimum to 22 minuty muzyki agresywnej, trochę połamanej a kiedy trzeba wystarczająco ale też nie nadmiernie melodyjnej. Wśród sześciu, a w zasadzie czterech bo dwa to krótkie minutowe "etiudy" numerów szczególnie wyróżniłby Never Let You z fajnym zwolnieniem w refrenie, rozdzielającym brutalizm od refleksji. Podsumowując, nawet jeśli zazwyczaj omijacie metalcore to dla chłopaków zróbcie wyjątek, bo czuję, że dużo dobrego jeszcze przed nimi.

Na sam koniec ekipa o bardzo niecodziennej nazwie The Neptune Power Federation. Wielu z Was może widzi ją po raz pierwszy ale na łamach Muzycznej Kroniki ten australijski ansambl gościł już w marcu '24 przy okazji poprzedniej płyty Goodnight My Children. 10 kwietnia światło dzienne ujrzał zaś najnowszy krążek grupy, Mondo Tomorrow - zobaczcie, kolejna premiera, której się nie spodziewałem i kolejna, która zostanie chyba ze mną na dłużej. Co mogę powiedzieć o tej płycie? Brzmieniowo nadal mamy tu psychodeliczny, okultystyczny hard-rock, który spodoba się na pewno wielbicielom Lucifer , Coven czy Blood Ceremony. Ja te trzy zespoły lubię więc na pewno będę się w Mondo... zasłuchiwał.

Tak wygląda mój, wzbogacony o kolejne nuty, muzyczny ratatouille. Jestem ciekaw, jak Wam minął tydzień. Czy raczej mono-gatunkowo czy równie lub nawet bardziej różnorodnie jak mi. Czekam na podsumowania, kolaże i refleksje Wasze :) Playlista jak zwykle poniżej.

Playlista: 19.04.2026

piątek, 17 kwietnia 2026

Konstantin Naumenko - Playlista Tematyczna

 


W tym miesiącu ukazała się jedna płyta o szczególnym dla mnie znaczeniu. Jest nią Turn to The Light - debiut powermetalowego Godspear. Szczególna dlatego, że za mikrofonem tej kanadyjskiej skąd inąd grupy stoi Ukrainiec, Konstantin Naumenko. Jego głos po raz pierwszy poznałem za sprawą gościnnego występu w utworze Ready to Die Beetwen Stara naszego rodzimego zespołu Pathfinder. Swego czasu była to świetnie zapowiadającą się grupa a głos Konstantina dodał tylko rozpędzonej, epickiej kompozycji dodatkowego smaku. Kilka lat później wracając do tego numeru pomyślałem, że warto może bliżej przyjrzeć się dokonaniom Naumenki. To był strzał w dziesiątkę a Trust Your Soul, wydana w 2009 roku płyta zespołu Sunrise przez długi długi czas nie schodziła z moich głośników. Rozpędzone All This Time i wspaniała, urocza i podniosła ballada Love will set you free to tylko kilka najbardziej charakterystycznych nut na tym krążku. Od tego też czasu Konstantin awansował do grona moich ulubionych power metalowych wokalistów i z uwagą śledziłem jego dokonania. Dziś właśnie chciałbym się z Wami podzielić najlepszymi moim zdaniem fragmentami z twórczości artysty. Ale najpierw, już tradycyjnie krótka notka biograficzna.

Konstantin pochodzi ze stolicy Ukrainy, Kijowa. Prócz umiejętności wokalnych zajmuje się też inżynierią dźwięku. Potrafi też grać na perkusji. Pierwsze muzyczne króli stawiał własnie jako perkusista w cossack metalowym (czytaj folk/powerowym) Tin' Sontsya, z którym nagrał jeden album. 

Na perkusji przez pierwsze dwa lata grał w swoim opis magnum, czyli Sunrise, łącząc te obowiązki ze stanowiskiem wokalisty. Zespół ten, mający na swoim koncie cztery płyty długogrające jest moim ulubionym metalowym zespołem zza wschodniej granicy. 

W 2011 roku dołączył do grającej mieszankę progresywnego i neoklasycystycznego power metalu kapeli Majesty of Revival, a rok później zasilił skład W. Angel's Conquest. W kolejnym roku wraz z żoną Darią założył również power metalową Delfinię. Wydali razem jeden długogrający album a po rosyjskiej inwazji na ich kraj, przenieśli się do Wielkiej Brytanii i nadal tworzą muzykę, czego potwierdzeniem jest singiel Time z 2025 roku.

Konstantin jest osobą znaną i szanowaną na całej słowiańskiej, powerowej scenie. Od 2020 roku reprezentuje barwy m.in. czeskiego Symphonity i polskiego Titanium.

Wspomniałem na początku, że głos Konstantina poznałem za sprawą gościnnego występu z poznańskim Pathfinder. To nie jedyny jego "guest apperance". Słuchacze z Polski powinni kojarzyć go z kilku utworów nagranych z Imaginature, brał też udział w sesjach nagraniowych metal opery Aldaria i kilku innych lokalnych zespołów metalowych.

Jako inżynier dźwięku dbał też o jakość nagrań na płytach art-rockowego projektu NOVI, któremu lideruje Daria Naumenko.

Żeby zamknąć artykuł klamrą kompozycyjną dodam jeszcze, że wspomniany na wstępie Godspear powstał w 2023 roku i przez ponad 2 lata stopniowo raczył nas singlami. Te zapowiadały się świetnie a pełny album, który siedzi w mych słuchawkach od tygodnia w pełni spełnił moje oczekiwania. Będzie o nim u mnie często ;)

Na zakończenie zostawiam Wam playlistę z moimi ulubionymi utworami z wokalem Konstantina. Liczę, że lista spodoba się tym spośród Was, którzy łaskawie patrzą na power metal a kto wie, może ktoś cudownie się nawróci?

Playlista: The Best of Konstantin Naumenko

środa, 15 kwietnia 2026

06.04-12.04.2026

 


Odkąd prowadzę tę stronę zauważyłem, że są tygodnie zdominowane przez konkretne, nieraz skrajne style muzyczne, jak i takie, która najłatwiej określić kolokwialnym wyrażeniem misz-masz. Ten zdecydowanie należy do takiej kategorii. Spójrzmy dlaczego.

Nadal bardzo chętnie sięgam po przebojowe, pełne ducha lat 80-ych AOR-owo/hard rockowe granie. Ten styl reprezentują zarówno wywodzący się z amerykańskiej ejtisowej sceny Tyketto jak i "młoda gniewna" Chez Kane, bez wątpienia mogąca być określona współczesną Litą Ford. Ich najnowsze płyty - Closer to the Sun i Reckless to w swej kategorii najlepsze aktualnie krażki w 2026 roku. 

Gdzieś w szerokim spektrum między melodyjnym rockiem a power metalem plasuje się Neverland Train, brzmiący trochę jak połączenie Meat Loaf i Queen z Helloween z okresu Pink Bubbles. Nie jest za mocno ale też nie za popowo, trochę musicalowo, epicko i dynamicznie. Myślę, że fani obu podgatunków muzyki gitarowej powinni być zadowoleni.

W świecie power metalu ostatnio dużo się dzieje. Nie skupiałem się jednak w tym tygodniu tylko na nowościach. Z klasyków, a za takie można już chyba uznawać płyty z 2013 roku, wróciłem do Preachers of the Night niemieckiego Powerwolf, a zwłaszcza do drugiego na trackliście Secrets of the Sacristy, zawsze stojącego nieco w cieniu bombastycznego openera (Amen & Attack). Trochę dla przekory posłuchałem również jeszcze starszej płyty - wydanej w 1991 Blazon Stone, za którą stoi piracka załoga Running Wild. To nie przypadek, gdyż jak wiecie z poprzednich wpisów, obecnie sporo czasu spędzam przy twórczości wiernych wyznawców Rock'n'Rolfa, zwanych nomen omen Blazon Stone. Tu warto wspomnieć o EP-ce Treasure Hunt, wiernej jak i cały katalog projektu, klasycznemu brzmieniu Running Wild. 

Wróćmy jednak do powera, bo oba pirate metalowe zespoły tylko częściowo można do tej kategorii zaliczyć. Tu mamy bardzo udany album Mournbraid szwedzkiego Evermore, który doceniam z tygodnia na tydzień coraz mocniej. Świetnie spisał się też sztandarowy przedstawiciel islandzkiego powera - Power Paladin, który na Beyond the Reach of the Enchantment proponuje nam i dynamikę, i szybkość, odrobinę agresji a nawet trochę "edguy'owego" humoru. To jednak płyty mające już po kilkanaście a nawet kilkadziesiąt dni. W tym towarzystwie "świeżynką" jest debiut międzynarodowego projektu Godspear. Co prawda część utworów, które finalnie znalazły się na Turn to the Light w formie singli znana była już w 2023 roku i, przynajmniej jeśli chodzi o mnie, budziła spore oczekiwania. Przede wszystkim cieszyłem się, że na wokalu znów mogę usłyszeć Konstantina Naumenkę, jednego z najlepszych power metalowych wokalistów Europy Środkowej i Wschodniej. Aktualnie jestem po kilku odsłuchach całości i myślę, że wokal wokalem ale kompozycje i instrumental też trzymają solidny poziom. 

Osobny akapit pragnę poświęcić metalowej operze Mariusa Danielsena - Legend of Valley Doom. Tydzień temu wspominałem w artykule o planach na czwartą część historii i moim powrocie do liczącego sobie już 11 lat debiutu. Idąc za ciosem, w tym tygodniu odświeżyłem sobie Part 2 z 2018 roku. Jest to krążek trochę nierówny, gdyż niektóre utwory zdają się nieco na siłę wydłużane i pompatyczne do granic dobrego smaku a z drugiej strony to tu jest kilka absolutnie najlepszych kompozycji z całej dotychczasowej historii "Doliny Zagłady". Dość wymienić Temple of the Ancient God, obłędnie odegrany przez Daniela Heimana i Michele Lupiego. Odegrany to właśnie słowo klucz, bo opera Danielsena to nie tylko płyta z muzyką a epicka podróż po fantastycznym świecie magii i miecza. 

Był już power, czas na doom. I tu też różnorodnie - zarówno jeśli chodzi o styl jak i wiek słuchanych przeze mnie w minionym tygodniu płyt. Zacznijmy może od najmłodszego wydawnictwa, w zasadzie singla. Wielu miłośników romantycznego, gotyckiego death/doomu czeka z niecierpliwością na nowy album Draconian, pierwszy od powrotu Lisy Johansson do roli wokalistki. W czwartek w sieci pojawiła się druga zapowiadająca go kompozycja - stonowana, zamyślona Misanthoper River. Nagrana w nieco innym tonie niż Cold Heavens ale nadal wierna duchowi zespołu.

Doom a może nawet bardziej stoner to jedna z wielu inspiracji dla lubelskich Źrenic, z których Śnienia nie mogę (i wcale nie chcę) się wybudzić.

Kontynuuję wędrówki po starszych płytach legend death/doomu czyli Paradise Lost i Anathema, choc żadna ze słuchanych obecnie nie należy już raczej do takiego stylu. Mowa o Paradise Lost z 2005 roku panów z Halifaxu i Alternative 4 grupy z Liverpoolu. W przypadku tej drugiej kapeli zahaczyłem również o bliższe klasyce ale nadal już nie tak brutalne Eternity a zwłaszcza o romantyczną Angelicę.

W późniejszym czasie Anathema jak wiadomo coraz bardziej oddalała się od doomu w stronę rocka progresywnego. I choć tej prog-rockowej wersji teraz nie słuchałem, sięgnąłem po innych reprezentantów gatunku. Zainspirowany wpisem na grupie RMP - Rock Metal Progresywny dałem szansę neo-progowemu Castanarc i wydanej w 1984 roku debiutanckiej Journey to the East. Internety opisują brzmienie Brytyjczyków jako mocno inspirowane Yes i Genesis ale ja słyszę w nim, zwłaszcza w bardziej balladowych kompozycjach echa REO Speedwagon. A że akurat REO bardzo lubię to i Castanarc nie pozostał mi obojetnym. Jeśli lubicie łągodne gitarowe pasaże z ujmującymi melodiami to zachęcam do wybrania się w tę muzyczną podróż.

Udało mi się w końcu głębiej zanurzyć w najnowsze dzieło Green Carnation czyli drugą część z zapowiedzianej jako trylogię serii A Dark Poem. Sanguis to muzyka z dużym ładunkiem emocjonalnym, adresowana do wrażliwego słuchacza a przy tym wszystkim jednak nadzwyczaj pogodna. Jakby te wszystkie stany emocjonalne, przez które w swym życiu przechodził lider zespołu, Tchort, doprowadziły go do przedziwnego katharsis a przelanie ich w muzykę uwolniło go od bólu. To oczywiście moja prywatna interpretacja albumu, więc jeśli czujecie inaczej to podzielcie się swoimi refleksjami.

Ciekawą płytę nagrał Kolm, prog-rockowy zespół z Los Angeles. Yugen to płyta pełna ciekawych pomsyłów, umiejętnego użycia elektroniki do budowania nastrojowych, czasem niepokojących krajobrazów. Muzycy nie boją się ekspertymentować ale spokojnie, do jakiegoś totalnego free jazzu jeszcze daleko. 

Na koniec kilka słabiej reprezentowanych gatunków, które raz u mnie grają a raz nie. Najczęściej z nich pojawia się ostatnio thrash metal, tym razem w osobie najmniej znanego przedstawiciela Wielkiej Czwórki. Był kiedyś czas, że miałem mocną fazę na Anthrax ale lata ciszy wydawniczej jakoś sprawiły, że ekipa Scotta Iana jakoś wypadła z kręgu mych zainteresowań. Mały renesans thrashu w mojej bibliotece, jaki trwa od jesieni sprawił, że znów chętniej zacząlem patrzeć w stronę "wąglika" a w ostatnim tygodniu sporo czasu spędziłem przy starszych albumach. Najmocniej siadł mi pierwszy nagrany z Johnem Bushem na wokalu i wpadający już mocniej w groove Sound of White Noise.

Dalej mamy industrial metalowy Static-X i płytę Shadow Zone - w zasadzie chyba jedyną z ich katalogu, której słucham dość regularnie. 

A na koniec płyta, której mało kto się u mnie spodziewał, a którą zawdzięczam stronie DreamStream. Mowa o Cruel World popowej artystki Holly Humberstone. Choć ten"pop" to pop ambitny, szukający różnych form wyrazu i budujący specyficzny, trochę melancholijny, trochę rozmarzony klimat.

 I tak właśnie minął ten tydzień. Jak było u Was? Podzielcie się swoimi podsumowaniami w komentarzach. Tam również link do aktualnej playlisty.

Playlista: 12.04.2026



piątek, 10 kwietnia 2026

Mój Top 30 Ulubionych Zespołów Folk Metalowych - Top Lista

 

Po kilku artykułach poświęconych wyłącznie polskiej scenie folkowej, folk-rockowej czy folk metalowej przyszedł czas, by nieco szerzej spojrzeć na tematykę "ludowego metalu". Ciekawiło mnie też jak nasi rodzimi artyści odnajdą się na tle zagranicznych wykonawców, gdyż osobiście uważam, że po latach posuchy, ostatnia dekada w tym podgatunku metalu była u nas niezwykle udana. Folk metalu słucham od dawna, może nie tak długo jak powera ale był to na pewno jeden z nurtów muzyki metalowej, który dość szybko przypadł mi do gustu. A jest to nurt bardzo różnorodny, wyróżniający się też pod kątem tekstowym, wiele bowiem zespołów wiernie trzyma się ojczystych języków i jest to pod wieloma względami jak najbardziej zrozumiałe. Mówimy wszak o ludowej, ojczystej muzyce i jej amalgamacie z cięzkimi brzmieniami. W dzisiejszym zestawieniu zebrałem 30 moich ulubionych zespołów metalowych charakteryzujących się silnym folkowym pierwiastkiem. Znajdziecie tu więc i klasyczny folk metal, pagan i viking jak i mieszanki folku z innymi stylami. Dopilnowałem jednak, by ten człon folk nawet wtedy stał na pierwszym lub ewentualnie drugim miejscu a na artystów, którzy ludowość traktują jako którąś tam z kolei inspirację być może umieszczę w przyszłości w jakimś innym zestawieniu. Mam tylko nadzieję, że nikogo takie pominięcie nie urazi. Ale dość gadania po próżnicy. Czas na prezentację trzydziestu wybranych.

30. Likho - folk, melodeath, metalcore a nawet beercore - tego na naszej scenie folk metalowej jeszcze nie było. Udany debiut kilka lat temu rozbudził apetyt na więcej

29. Metsatoll - jeden z pierwszych folk metalowych zespołów, jakie poznałem. Efekt chwilowej co prawda fascynacji Estonią, jej kulturą, historią i muzyką ale do dziś wracam do nich z przyjemnością

28. Silent Stream of Godless Elegy - czeski zespół łączący folk z doom metalem. Ciekawostką są dwa utwory zaśpiewane po polsku

27, Eluveitie - dla wielu gwiazda gatunku, dla mnie Inis Mona (na poziomie fanatyzmu) i sporo dobrych kawałków do posłuchania od czasu do czasu

26. Otyg - zespół założony przez blackmetalowego muzyka Andreasa Hedlunda, w którym oddaje hołd skandynawskiej muzyce ludowej 

25. Jerna - folk z elementami death metalu - głęboki męski growl i krystaliczny wokal Hanny w połączeniu z mało sielankowymi tekstami tworzą wyjątkowy klimat

24. Saltus - rodzimy pagan black metal. Jedna z licealnych fascynacji ale mimo upływu lat Bogów Moc Święta jest nadal w mieczu zaklęta 

23. Ancient Rites - belgijski folk/viking/symphonic black metal, który z tych gatunków potrafi wycisnąć maksimum epickości 

22. Cztery Mile Lasu - rockowo-metalowe adaptacje kultury i tradycji wielkopolskiej Biskupizny (i nie tylko)

21. Leśne Licho - słowiańskie podania i mity w folk metalowej wersji z kobiecym wokalem. I obowiązkowo zabijanie trolla (mieczem)

20. Diaboł Boruta - tu dla odmiany heavy metalowy folk w "męskim" wydaniu

19. Tierramystica - brazylijskie zespoły power metalowe z wielkim upodobaniem sięgają po inspiracje kulturami prekolumbijskimi a prym w tym właśnie wiedzie Tierramystica

18. Stworz - bardzo osobisty, liryczny pagan black metal. Jeden z projektów znanego na polskiej scenie muzycznej Wojsława

17. Skiltron - dudy, power metal i uwielbienie dla kultury i historii Szkocji. Czy to kapela z Highlands? Otóż nie, bo z dalekiej Argentyny!

16. Wind Rose - od progresywnego powera po kransoludzki folk. Taką nietypową drogę przeszła ta włoska kapela, zyskując z roku na rok coraz wierniejszą rzeszę sympatyków 

15. Crom - czyli Walter Grosse i spółka, grający folk/viking metal bardzo zróżnicowanej formie – od powerowych galopad, przez epickie marsze po liryczne, nastrojowe ballady 

14. Cronica - zespół od którego zaczął się u mnie renesans zainteresowania folk metalem. I choć na koncie mają wiele świetnych autorskich numerów, to najbardziej epicka ze wszystkich jest ich polsko-języczna adaptacja skandynawskiej pieśni Herr Mannelig, którą znałem wcześniej w wykonaniu folkowej Garmarny

13.  Dezperadoz - country to taki foll z dzikiego zachodu, więc miejsce w dzisiejszym artykule temu western metalowemu zespołowi z Niemiec po prostu się należało 

12. Runika - dynamiczny i soczyście heavy metalowy folk z wokalistką, która potrafi snuć nastrojowe gawędy ale gdy trzeba, pokaż ostry jak brzytwa pazur

11. Velesar - Marcin Velesar Wieczorek po krótkiej przygodzie z Radogostem założył własny zespół, w którym łączy słowiańskie tradycje z tradycyjnym, mocno maidenowskim Heavy metalem

10. Czarny Bez - jeden z najoryginalniejszych zespołów w dzisiejszym zestawieniu. Industrialne granie przywodzące na myśl Rammstein w połączeniu z polską muzyką ludową - jednym słowem to 

9. Bathory - Quorthon w latach 80-ych współtworzył black by w kolejnej dekadzie położyć podwaliny pod to, co zwiemy dziś viking metalem. Muzyka, która unieśmiertelniła swego twórcę po wsze czasy

8. Die Apokalypthischen Reiter - bombastyczny mariaż folku z melodyjnym death metalem a to wszystko w surowym jak pruska stał niemieckim języku 

7. Radogost - legenda rodzimej sceny. Początkowo mocno w duchu Korpuklaani, z czasem coraz bardziej dekadencko i poetycko. W każdym wydaniu na najwyższym poziomie

6. Falconer - norweski zespół power metalowy, który ludowość potrafił zawrzeć nie tylko w elementach muzycznych czy tekstowych ale też w wyłaniającej się z ich twórczości filozofii i atmosferze

5. Korpiklaani - tequila, piwo, wódka i sauna - jak folk metalowa impreza to tylko z muzyką fińskiego zespołu. Co ważne, wbrew opiniom złośliwych, zarzucających muzykom taką jarmarczną ludowość, panowie potrafią grać również na serio a ostatnia płyta, wydana dwa lata temu udowadnia, że przed nimi jeszcze sporo dobrego. A jeśli przy tym dobrze się bawią i my, słuchając ich również to tylko wartość dodana.

4. Tyr - farerski folk/viking metal z elementami heavy/powera. Zespół, który poznałem za sprawą mocno ludowej płyty Eric the Red z czasem coraz bardziej się metalizował. W jakiej by jednak nie był odsłonie, zawsze mogą liczyć na mój miecz, mój topór i mój łuk ;)

3. Alestorm - true scottish pirate metal. Kapitan Bowes z załogą zrewitalizowalo wykreowany przez Running Wild gatunek pirate metalu, wprowadzając do niego sporo elementów muzyki szantowej (stąd to charakterystyczne folkowe brzmienie) jak i więcej luzu i dystansu.  Czasem mam co prawda wrażenie, że wątki humorystyczne zaczynają dominować nad walorami artystycznymi, wydatrczy jednak kilka yarharharhar bym przestał sobie głowę tym zaprzątać ;)

2. Elvenking - folk/pagan/power z Sycylii. Przez lata aktywności zmieniali okresowo styl, eksperymentowali z brzmieniem ale nawet gdy zahaczali o metalcore (lub jak twierdzili niektórzy przy okazji The Scythe - powercore) zawsze wyróżnialo ich brzmienie skrzypiec, które nie były tylko folkowym ozdobnikiem ale pełnoprawnym, metalowym instrumentem

1. Mago de Oz - mój ulubiony zespół folk metalowy, mój ulubiony zespół z Hiszpanii jakby tego było mało, jeden z moich ulubionych zespołów power metalowych. Choć wiele osób twierdzi że przekąsem, że Mago no es power metal, ten kilkunastoosobowy kolektyw na w swojej dyskografii takie galopady, jakich mogłyby im pozazdrościć Helloween, Rhapsody czy inne Avantasie. Comprende?

Tak jak wspomniałem na wstępie, za nami 30 świetnych zespołów, 30 różnorodnych podejść do folk metalu a na dołączonej do artykułu playliście blisko 4 godziny muzyki z, nie przymierzając całego świata. Mam świadomość że to tylko wycinek tak bogatej sceny jaką jest folk metal, więc jeśli uważacie, że kogoś tu brakuje albo chcecie podzielić się swoimi faworytami, zachęcam do dyskusji. Sekcja komentarzy należy do Was!

wtorek, 7 kwietnia 2026

Marzec 2026 - Podsumowanie Miesiąca

 


Trudno uwierzyć, że level o nazwie Rok 2026 jest już w 25% ukończony. Zamiast jednak gdybać na nieuchronnością upływającego czasu zastanówmy się, czy ostatnie 31 dni udało się optymalnie wykorzystać pod kątem słuchania muzyki. Przed Wami więc lista artystów, z których twórczością spędziłem w marcu najwięcej czasu. 

Aeon Gods - wydany w 2024 roku debiut pt. King of Gods był soldinym power metalowym rzemiosłem. Na Reborn to Light udaje im się już wykrzesać iskierki artyzmu i ja to kupuję

Gladenfold - lubię power metalowy Kamelot, uwielbiam melodeathowy Soilwork, gdy więc odkrywam (na nowo i tym razem w pełni świadomie) zespół łączącyy ze sobą te dwa światy nie mogę przejść obok niego obojętnie

Źrenice - dwa lata temu w mojej głowie wybuchła warszawska Toń. Dziś, gdy niektórzy członkowie zespołu stawiają czoła zdecydowanie bardziej wymagającym wyzwaniom niż muzyka, na opuszczone przez nich miejsce szturmem wdarły się lubelskie Źrenice - tak samo eteryczne i hipnotyzujące ale mające swój własny, wyjątkowy urok 

Jag Panzer - us power to nie cukierkowa bajka tylko brzęk stali, chrzęst łamanych kopii i ryk silników pancernych bestii. To wszystko znajdziecie w bogatej dyskografii weteranów zamorskiego powera, którą w tym miesiącu szczególnie sobie przypominałem

Lor - "słuchaj skrzypiec, grają właśnie dla ciebie" - alt-folkowa perełka z Krakowa po raz kolejny pokazuje jak grać muzykę popularną na wysokim poziomie. Brawo dziewczyny! 

Tyketto - jest na świecie kilka kapel wyrosłych z amerykańskiej sceny hair metalowej przełomu lat 80. i 90. aktywnych do dziś nie tylko koncertowo ale i kompozycyjnie. Jedną z nich jest właśnie ta nowojorska grupa a ich najnowszy opus, Closer to the Sun ma szansę zostać hard rockową płytą roku

Ancient Rites - może i wyrosłem już trochę z klasycznego black metalu, to jednak nadal mam duży szacunek do kapel, który gatunek ten potrafiły interpretować w szerszy i bardziej eklektyczny sposób. W przypadku Belgów ich folkowo-symfoniczne aranże do dziś potrafią mocno wejść mi do głowy

Turbo - cały ostatni miesiąc mojej relacji z legendą polskiego metalu był konsekwencją koncertu w Klubie Studio, po którym w pełni doceniłem Blizny ale i dałem drugą bądź trzecią szansę Awatarowi

Froglord - czy stoner/sludge/doomowa kapela z definicji może ponownie nagrać swoje utwory w wersji "lower & slower"? Only Froglord can do that! Duży plus za charytatywny charakter tego przedsięwzięcia, na którego drugą część czekamy z niecierpliwością

Hanging Garden - na 2026 rok zapowiedziano kilka bardzo interesujących albumów utrzymanych w stylistyce gothic/death/doom metalu. Jako pierwi premierę mieli Finowie i Isle of Bliss to trzy kwadranse melancholii, dramaturgii i iście romantycznej grozy

Purple Lung - na pograniczu tradycyjnego, epickiego i stonerowego doom metalu znajdziecie nie tylko Castle Rat ale i ten pochodzący z Pensylwanii kwartet, odkryty trochę przypadkiem ale największe odkrycia bywały nieraz dziełem przypadku

Ennui - dumni reprezentanci Gruzji na funeral doomowej scenie radzą sobie bardzo dobrze a ich piąty album, wydane po długiej przerwie Qroba idealnie miesza ze sobą rytualny patos z surową, żałobną atmosferą

Wspomniana powyżej dwunastka to tylko wierzchołek góry lodowej. Marzec obfitował bowiem w wiele innych ciekawych premier. Hard rockowe Black Swan, glam rockowe StarBenders i AOR-owe Violet zaspokajały moje ejtisowe pragnienia a moje fantastyczno-geekowe ego przyjemnie łechtali pozostali przedstawiciele eusro i us powera, tacy jak  Mega Colossus, Vandor, Metal de Facto czy Angus McSix. Nie można w tym wszystkim nie wspomieć o jednym z moich ulubionych psych/stoner/doomowym ansamblu - REZN. Mój spiritualistyczny trip przez ich dyskografię trwał prawie dwa miesiące i nieraz działał na moją przebodźcowaną duszę jak najlepsze lekarstwo.

W ten oto sposób dotarliśmy do końca dzisiejszego artykułu. Jak zwykle podrzucam playlistę z ulubionymi utworami z tego miesiąca. Zachęcam do odsłuchu i dzielenia się swoimi podsumowaniami. A w ten Wielki Piątek mogę jeszcze tylko dodać - Zdrowych i Spokojnych Świąt, tudzież Spokojnego Urlopu ;)

poniedziałek, 6 kwietnia 2026

31.03-05.04.2026

 


Myślę, że w Poniedziałek Wielkanocny każdy z nas ma wiele innych spraw na głowie niż przegląd muzycznych podsumowań tygodnia. Postaram się więc z moich muzycznych statystyk wyciągnąć jak najwięcej konkretów a możliwie najmniej literackich ozdobników.

Nadal dominują u mnie Źrenice i ich niezwykły debiut Śnienie. Szkoda tylko, że mimo starań "naszego człowieka", płyta nie trafiła do marcowego zestawienia Doom Charts. Trafił tam natomiast, i to na wysokim czwartym miejscu Emerald Dawn kanadyjskiego Fangus. Ich psychodelicznych stoner w mocno vintage'owym stylu coraz bardziej mnie kręci. Nie dziwi mnie też wyróżnienie dla Greków z Fuzzing Nation, którzy na swym pełnometrażowym debiucie, zatytułowanym Mothertruck pokazują, że dobrze czują się i w pustynnych, heavy psychowych mid tempach jak i bardziej punkowych galopach (tu świetne I Don't Care At All). 

Doom metal to nie tylko stoner a gotycko-romantyczny Velian i jego trzeci album, Embers nadal potrafią mnie czymś zaskoczyć. W tym tygodniu cały czas po głowie chodził mi utwór The Endless Yearning, o którym chyba jeszcze tu nie wspominałem. 

Nowości nowościami ale nie brakowało też klasyki gatunku. Eponimiczny krążek Paradise Lost, jakże inny od tego, co grają (znów) po 2015 roku doceniam coraz mocniej za klimat osiągnięty bez potrzeby nadmiernego ubrutalniania brzmienia. Do tego dołączyłem Alternative 4, jeden z przełomowych albumów w dyskografii Anathemy. Akurat ten zespół z brytyjskich legend death/doomu zawsze gdzieś był na uboczu moich muzycznych zainteresowań ale raz na jakiś czas lubię po nich sięgnąć. A po ten krążek, ktory jest dla mnie odpowiednikiem One Second lub Believe wcześniej wymienionej kapeli, sięgam najczęściej.

W kategorii power metal aktualnie dwie z wydanych ostatnio płyt cieszą się u mnie największą sympatią. Beyond The Reach Of Enchantment islandzkiego Power Paladin i Mournbraid szwedzkiego Evermore. O ile o pierwszym z nich wiedziałem że mi się spodoba już po premierze pierwszych singli, tak drugi zyskuje u mnie z każdym kolejnym odsłuchem. 

Całkiem niespodziewanie przesiąkłem natomiast pirackim metalem od Blazon Stone. Zespół, który powstał jako hołd dla Running Wild obecnie jest bardziej wierny muzycznym tradycjom niż oryginał. Na dzisiejszej playliście jest to też najczęściej reprezentowany zespół.

Kolejny tydzień spędziłem też przy pierwszej płycie Alestorm, którą obok Sunset on the Golden Age i Curse of the Crystal Coconut uważam za najlepszą w ich dyskografii.

Aeon Gods to wiadomo, mocny kandydat do power metalowej płyty roku a Jag Panzer i Mechanic Warfare - klasyka us powera.

Słów kilka o prog powerowym Dimhav. Na jego czele stoi jeden z najlepszych wokalistów w gatunku - Daniel Heiman. Niedawno muzycy ogłosili, że w drodze jest ich drugi album więc ja odświeżyłem sobie debiut - wydany w 2019 The Boreal Flame, pełen rozbudowanych i intrygujących melodiami kompozycji.

Ciekawe też, czy Daniel weźmie udział w nagraniach nowej, czwartej już części Legend of Valley Doom. Power metalowa opera za którą stoi utalentowany muzyk i kompozytor Marius Danielsen jest dla mnie na równi, a ostatnio może nawet ponad słynną Avantasię. Po ogłoszeniu, że Marius pracuje nad kolejną częścią postanowiłem przypomnieć sobie wszystkie poprzednie rozdziały tej fantastycznej historii. Z debiutu polecam Wam szczególnie epickie i przebojowe Chamber of Wisdom. Jest to dla mnie numer szczególny, bo od niego zaczęła się moja przygoda z Doliną Zagłady a Edu Falaschi z Johanem Heidgertem tworzą prawdziwe "dynamic duo".

Na pograniczu powera, hard rocka i stadionowego rocka plasuje się nowy projekt Marco Pastorino i Jensa Fabera. Neverland Train to muzyczny hołd oddany Jimowi Steinmanowi, producentowi odpowiedzialnemu za największe sukcesy Meat Loafa i Bonnie Tyler. Na Alive in Hell słychać mocno te nawiązania, przepuszczone przez typowa dla Dawn of Destiny melodykę i charakterystyczne wokalne interpretacje Marco. Z racji świąt nie miałem zbyt wiele czasu na wnikliwe wsłuchanie się w całość ale czuć, że to fajna odmiana od epickich galopad, do których obaj muzycy nas przyzwyczaili.

Przebojowy hard rock to tu też samo dobro. Dwie płyty, które (jak na razie) bić się mogą o tytuł płyty roku w tej kategorii. Closer to the Sun Tyketto i Reckless Chez Kane zdecydowanie są w stanie przełamać dominację power i doom metalu, jaka zapanowała u mnie w ostatnich miesiącach.

Na początku roku fajną odmianą od moich najczęściej słuchanych gatunków było Cold Night for Aligators i ich tegoroczna płyta With All That's Left. Niektórych z zawartych tam utworów do dziś chętnie sobie posłucham. W tym tygodniu padło na Bittersweet Echoes i to tak często, że kompozycja wskoczyła na dzisiejszą playlistę.

I to wszystko. Starałem się skracać a i tak sporo się napisało. Cóż, żeby już nie przedłużać, zapraszam do odsłuchu playlisty i czekam na Wasze podsumowania i refleksje. Miłego (i mam nadzieję, że zgodnie z tradycją mokrego) dnia.

Playlista: 05.04.2026

Najpopularniejsze