Za nami kolejny lipcowy tydzień i też słuchana przeze mnie muzyka stała się jakaś taka trochę bardziej letnia i pogodna. Oczywiście nie znaczy to, że zacząłem zasłuchiwać się w typowo letnich przebojach, tudzież surf rockowych evergreenach ale większa reprezentacja klasycznego rocka lub przebojowego AORa widoczna jest gołym okiem.
Jak tu jednak nie dać się uwieść melodyjnym, gitarowym kawałkom jeśli serwuje je taka legenda gatunku jak Jim Peterik. Gitarzysta i wokalista znany ze swych licznych projektów (z rozsławionym dzięki serii filmów o Rocky'm Balboa Survivor) po raz kolejny połączył siły z Toby'm Hitchcockiem i jako Pride of Lions nagrali kapitalny, idealny na lipiec album. Unbridled to w zasadzie kwintesencja ich stylu. Przebojowe melodie, subtelna gitara Peterika, harmonie wokalne obu panów i przemyślane teksty sprawiają, że słucha się ich naprawdę przyjemnie i po ostatnim akordzie dłoń automatycznie zmierza ku przyciskowi "repeat". Być może nie ma tu aż takiej magii jak na The Destiny Stone ani bombastycznej przebojowości znanej z Lion Heart ale droga, którą zespół obrał na swej ósmej płycie również przyniesie im wiele uznania i, mam nadzieję, rzeszę nowych fanów. Jeśli zastanawiacie się nad rozpoczęciem przygody z duetem Peterik/Hitchcock od najnowszej płyty, proponuję posłuchać I'll Be Your Rock, 1000 Long Goodbyes, Don't Waste a Wish on Me czy utworu tytułowego - na ten moment są moimi zdecydowanymi faworytami. Wspomniałem już o Survivor, jednej z legend AOR-a i tak, hity pokroju Eye of the Tiger czy Burning Heart często się u mnie ostatnio pojawiały. Spośród nich jednak dużo bardziej lubię ten drugi, nagrany na potrzeby czwartego Rocky'ego a z pozostałych "greatest hits" zespołu szczególną sympatią darzę romantyczny I Can't Hold Back. Oba kawałki znajdziecie na dzisiejszej playliście.
Gdyby tego było mało, dalej mamy legendę brytyjskiego hard rocka czyli zespół Nazareth. Choć już bez zmarłego w 2022 Dana McCafferty'ego (ale z jego błogosławieństwem) grupa aktywna jest do dziś, ja jednak największy sentyment mam do ich wczesnych dokonań i chętnie sięgam po kompilacje największych hitów a wśród nich są chociażby jedna z najbardziej ikonicznych power ballad w historii - Love Hurts czy bardziej rytmiczne, przebojowe This Flight Tonight (coverowane m.in. przez power metalowy Iron Savior).
Aktywni do dziś od sześćdziesięciu paru lat są oczywiście też Rolling Stonesi a wydany niedawno Foreign Tongues udowadnia, że drzemie w nich niepohamowany potencjał i ogień. Czuć to w dynamicznym Hit Me in the Head, trochę groteskowym Mr. Charms ale i w bluesach pokroju Beautiful Delilah. Jak widzicie, najnowszy krążek Stonesów to zbiór utworów, przy których nie można się nudzić.
Tydzień temu namiętnie słuchałem Da Capo, drugiej płyty psychodelicznych rockmanów z Love a w tym sięgnąłem po mniej mi znaną "trójkę". Forever Changes jest na pewno bardziej radiowy, brak na nim też jammowego kolosa wypełniającego całą stronę B ale i tak płyta zdobyła uznanie krytyków i w dniu premiery i przez kolejne dziesiątki lat. Osobiście najbardziej polecam The Red Telephone ale każdy miłośnik wczesnego rocka znajdzie tu coś dla siebie.
Bardzo ważne dla mnie było też oddanie hołdu zmarłej niedawno Bonnie Tyler, artystce będącej jednym z archetypów rockowej a nawet hard rockowej piosenkarki. Myślę, że nie będzie nadużyciem stwierdzenie, że gdyby nie Bonnie i przeboje w stylu If You Were a Woman (And I Was a Man) nie mielibyśmy Lity Ford, Lee Aaron czy przedstawicielki młodszego pokolenia jaką jest Chez Kane.
Dyskografię Budki Suflera można podzielić na hard-rockowo/progresywne i pop-rockowe etapy, które w zasadzie przeplatały się ze sobą przez 40 lat (uznanej przez wszystkie związane z zespołem strony) działalności. Od 1997 roku i premiery Nic Nie Boli Tak Jak Życie mieliśmy stopniowe dryfowanie w kierunku prostej i miłej dla ucha, przebojowej muzyki. Tak było też na kolejnej płycie studyjnej czyli Balu Wszystkich Świętych z 2001 roku. Większość słuchaczy ocenia ją przez pryzmat piosenki tytułowej (będącej jak to kiedyś określił K. Cugowski Takim Tangiem 2.0) ale gdy wsłuchać się z całość można odkryć niejedną rockową a nawet i prawie hard rockową perełkę. Nawiedzony dom, Świat od zaraz i Requiem nad ranem mają w sobie rockowy pazur ale jest on nieco stępiony przez wyciszenie gitar i trochę zbyt nachalne klawisze i smyczki. Budka od pierwszych płyt nie stroniła od symfonicznych aranży ale jednak czasem warto postawić na czysto rockowe instrumentarium. Bardzo niedocenianym utworem jest też zamykające płytę Lepiej Bądź Na Tak, gdzie lekkość refrenu kontrastuje z poważnym, można powiedzieć wręcz ponurym klimatem zwrotek.
W dalszym ciągu jestem pod wrażeniem nowej płyty warszawskich Mleczy. Album Niebieski brzmi jak kolekcja momentów, ulotnych chwil uchwyconych przez zespół tak, jak fotograf lub malarz zatrzymuje w locie przyrodę na tę jedną, decydującą sekundę. Czy nazwałbym to muzycznym impresjonizmem? Tak, bo jeśli impresja to inaczej wrażenie to młodzi bedroom popowcy zapewniają mi ich multum przy każdym odsłuchu Róży, Może Ty Też i pozostałych eterycznych kawałków.
Pogańska eteryczność i gotycki niepokój zawsze pięknie łączyły się na płytach Inkubus Sukkubus. W maju mieliśmy premierę bardzo udanego Eternal Monsters a teraz w lipcu postanowiłem wrócić do starszego o 12 lat Love Poltergeist. Na tym krążku zespół udanie zbalansował rockowy pazur z pagan-folkową aurą, co przez kilka kolejnych płyt nie było jednak regułą. A na pewno nie było tak, że aż do 2019 roku jakaś ich kompozycja zapadła mi tak mocno w pamięć jak zmysłowo zaśpiewane przez Candię Do What Thou Wilt.
W piątek pisałem o Wielkiej Czwórce Neo-Proga czyli zespołach, które na przełomie lat 70. i 80. XX wieku kładły podwaliny pod odrodzenie rocka progresywnego. Dziś natomiast napiszę o najnowszej płycie zespołu powstałego w 1971, który po dwóch latach zawiesił działalność by ostatecznie wrócić po 39 latach i regularnie nagrywać nową muzykę. Quetzalcoatl to już czwarty album The Tirith i muszę przyznać, że już od pierwszego kontaktu z utworem Dancing with Empires nie mogę wyjść z podziwu nad sugestywnością przekazu połączoną z odpowiednim muzycznym tłem jakie udało się osiągnąć muzykom. A to tylko jedna z dwunastu, utrzymanych gdzieś na pograniczu heavy i neo -proga pozycji na trackliście. Wielkie dzięki dla Muzycznego Ogródka Macieja Niemczyka, gdzie po raz pierwszy spotkałem się z ich twórczością.
Nie można nie wspomnieć, że prog-rockowa supergrupa Pattern-Seeking Animals szykuje się do wydania kolejnego albumu rok po premierze poprzedniego. Promują go jak na razie dwa single, z czego Traveller on the Wrong Road Home podoba mi się najbardziej i czekam niecierpliwie na więcej.
W końcu przyszedł czas na coś ekstremalnego. Słyszeliście bowiem może kiedyś o ekstremalnym hair metalu? Jeśli nie to polecam zespół Nitro i utwór Freight Train z płyty O.F.R. zilustrowany jeszcze bardziej ekstremalnie pokręconym teledyskiem. Jak inaczej opisać najmocniej utapirowane włosy muzyków, jakie kiedykolwiek widziałem, czterogryfową gitarę Michaela Angelo Batio (obecnie w Manowar) i tłuczące szklanki wysokie piski Jima Gillette? Esktremum. I choć zespół nagrał tylko dwie płyty, z czego Nitro II już było "normalniejsze" to za tę ekstremalność w podejściu do stylistyki hair metalu należy im się pamięć i szerszą rozpoznawalność.
Był już rock progresywny a teraz proponuję chwilę z progresywnym metalem. Amerykański Black Sites znam od 2019 roku i płyty Exile, na której znajduje się absolutny banger pt. The Night They Came For You. Kolejne albumy może nie miały już w sobie tak hitowych utworów ale przecież nie to jest najważniejsze w progresji. Tak właśnie rzecz się ma i z najnowszym For Eternity, które potwierdza wysokie umiejętności muzyków i ich zdolność do tworzenia interesujących i zostających na długo w pamięci dźwięków.
Jeśli chodzi o Candlemass i moje cotygodniowe słuchanie kolejnych płyt studyjnych, dotarłem w końcu do pierwszego aktu trylogii pt. Robert Loewe za mikrofonem. King of the Grey Island zawsze był dla mnie trochę w cieniu następnej, świetnej Death Magic Doom ale patrząc na całą historię zespołu jest to ważny album. Zwiastował pewną stabilizację i personalną i stylową "świeczek". Epic doom metal ponownie stał się dumny i majestatyczny a elementy power metalowe tylko tę podniosłość podkreślały z drugiego lub nawet trzeciego szeregu. Przez lata najbardziej z tego krążka lubiłem Emperor of the Void ale przez ten tydzień bardzo mocno wkręciłem się w Of Stars and Smoke i jego jakże wbijającą się do głowy szturmem melodykę.
W dziedzinie doom metalu nie mogę zapomnieć też o piątej płycie Khemmis, która nie jest może przełomowa ale świadczy o stabilizacji stylu grupy i mi po prostu ten właśnie styl, heavy/doomowy bardzo w ich wykonaniu odpowiada.
Na koniec jeszcze potwierdzenie, że polecony przez kolegów blogerów MuN ma się u mnie dobrze a Minerva's Fault z ostatniego albumu pt. Utra podoba się chyba najbardziej.
A teraz, gdy już wszystko co najważniejsze zostało zapisane proszę o Wasze podsumowania i refleksje na temat słuchanej przeze mnie muzyki, której pewien wycinek znajdziecie na playliście - link poniżej.




5.jpg)

