piątek, 14 sierpnia 2026

Testament w Klubie Studio 13.08.2026 - Setlista

 



Są takie okresy w życiu, gdy człowiek żyje w napieciu a stres daje się mocno we znaki. Szybkie tempo życia, dużo obowiązków zawodowych czy prywatnych, myśli kotłujące się w głowie. Gdy jest ich za dużo, droga do zaburzeń lękowych staje otworem. Na szczęście odpowiednio wcześnie można wprowadzić profilaktykę, w myśl starej zasady Morbium evitare quam curare facillius est. Łacina generalnie zna bardzo wiele ciekawych powiedzeń i w zasadzie są one jedyną wiedzą na temat tego klasycznego języka jaka mi pozostała po zajęciach z I roku studiów. Mieliśmy co prawda zaliczenie pisemne z diagnoz ale cóż, od lat już nikt ich w języku Horacego nie pisze. Ale co do powiedzonek, znane i w obecnych czasach bardzo aktualne jest też inne - Si vis pacem para bellum. Do takiej wojny rok temu kazał nam się przygotować amerykański Testament a tegoroczna letnia festiwalowa trasa koncertowa jest elementem promocji tej świetnej płyty. W jej ramach właśnie amerykańscy weterani thrashu zawitali do Klubu Studio w Krakowie w towarzystwie nie mniej znanych supportów - klasyków heavy metalu w postaci Metal Church i Armored Saint. I ja tam byłem, piwo zero piłem a co usłyszałem i zobaczyłem poniżej streściłem. Badum tss!

Ok, teraz na serio. Do tej pory nie byłem jeszcze nigdy na thrash metalowym koncercie. W portfolio mam powery, doomy, folki, hard rocki i cóż, gwiazdy rodzimego, rzekomo "inteligentnego" popu. Byłem więc niezmiernie ciekawy emocji jakie przyniesie mi kontakt z muzyką ciężką, intensywną i bezlitośnie bezpośrednią. Taką, która swoją energią wymiecie ze mnie wszystkie negatywne myśli i oczyści z niepotrzebnego napięcia. Na miasteczku AGHu, gdzie mieści się jeden z najpopularniejszych krakowskich klubów muzycznych przybyłem z pewnym wyprzedzeniem ale i tak musiałem ustawić się na szarym końcu długaśnej kolejki. Mogłem sie tego spodziewać, bo Testament to jednak gwiazda światowego formatu. Na szczęście wężyk ubranych na czarno, w obowiązkowe dżinsowe kamizele trve metalowców przesuwał się szybko. Gdzieś tam byłem ja, też niby w dżinsie ale koszulce naszej niezwykłej TOŃ-i (za późno się obudziłem z zamówieniem testamentowego merchu). Nie wszyscy jednak trzymali się ściśle dress code'u i wśród widzów trafili się i fani Kreator, Exodus, Vader czy nawet Helloween - metal łączy ludzi. Gdy już znalazłem się w środku swój set rozpoczynał Armored Saint. Jest to zespół, do którego wiodła mnie dość okrężna droga. Zaczęło się od covera March of the Saints autorstwa Powerwolf, potem był Anthrax i Stomp 442 z Johnem Bushem na wokalu a właściwie muzykę amerykańskich heavy metalowców poznałem lata później. Poznałem i polubiłem, poza tym bardzo cieszyłem się, że posłucham Busha na żywo, ponieważ jak pamiętacie na wiosnę oszalałem na punkcie Sound of the White Noise Anthraxu (gdzie też śpiewał, i to jak!). Powiem Wam, że John ma w sobie mega dużo energii, jego ruchy, głos który przez lata nie stracił zupełnie na mocy pobudzają do skakania, machania głową i wykrzykiwania Can U Deliver? Tak, John z ekipą dali radę. Setlista była fajnie ułożona, z naciskiem na klasyczne albumy ale nowości w postaci Close to the Bone z Emotion Factory Reset w wersji na żywo nie odstawały wcale od reszty. Jako wprowadzenie do całęgo gigu, 30 minut z Armored Saint to był naprawdę fajnie spędzony czas i potwierdzenie tezy, że warto przychodzić już na pierwszy support.

Następni w kolejce byli pionierzy speed, thrash i power metalu, choć ja bym ich nazwał po prostu heavy metalowcami z Metal Church. Tak jak pierwszy zespół wyróżniał się trochę bardziej groove'owym klimatem, tu dostaliśmy porządną dawkę speedu. Zaczęło się od dwóch intensywnych kawałków z ich drugiej płyty - The DarkTon of Bricks i Start the Fire dały znać, że zespół nas nie będzie oszczędzał i spodziewać możemy się ostrej jazdy bez trzymanki. Wokalnie świetnie wypadl tu, będący w składzie od roku Brian Allen a jego wysoki, skrzekliwy głos dobrze pasował do naładowanych metalową złością numerów. Podobnie jak Amored, mieliśmy dość przekrojowy set oparty o pierwsze dwie płyty (gdzie elementy thrashowe były mocno zaznaczone) ale pojawił się też jeden reprezentant najnowszej Dead to Rights. Ku mojej uciesze było to F.A.F.O. - mój absolutny faworyt. Numer, który można podzielić na trzy, przeplatające się ze sobą fazy - szybką, bardzo szybką i extremalnie szybką. Czad! Tak sobie teraz patrzę, że akapit poświęcony Kościołowi Metalu jest krótki i dość szybko przechodzę między wątkami. Taki był jednak ich występ - szybki, pędzący przed siebie na łeb na szyję, choć czasami zespół umiejętnie zwalniał i pozwalał sobie na quasi-balladowe wyciszenie, oczywiście w heavy metalowej konwencji (epickie When the Children Prey). I tak kolejna występująca tego wieczoru kapela ze swojej roli wywiązała się znakomicie. Publika była rozgrzana i z niecierpliwością czekał na "gwoździa programu".

A Testament cóż, w końcu objawił się i, jak na gwoździa przystało, przygwoździł nas do ziemi swoją muzyką. Na kilka minut przed 21ą z głośników popłynął hit Beastie Boys - Fight for your Right ale kurtyna z wielkim logiem weteranów z Bay Area nadal była opuszczona. Zespół kontynuował trzymanie nas w napięciu emisją mówionego intro ale w końcu, gdy kurtyna poszła w górę, dostaliśmy w końcu zaproszenie "Into the Pit" a na scenie i przed nią rozpoczęło się istnie szaleństwo. Perkusyjne nawałnice, siarczyście ostro tnace gitary i Chuck Billy w kapitalnej wokalnej formie, przechodzacy od czystych wokali, przez agresywną, thrashową chrypę aż po iscie deathowy growl, wspomagany dodatkowo przez Erica Petersona przetoczyły się przez Klub Studio niczym tornado. Publicznośc szalała, część w "moshpicie", część skacząc z tyłu i trzęsąc głową do zawrotnych rytmów kolejnych utworów. Myślę, że płynąca ze sceny energia nikogo nie pozostawiła obojętnym. Tak jak pisałem na wstępie, na typowo thrashowym koncercie nigdy jeszcze nie byłem więc chłonąłem ten szał całym sobą a gdy kapela sięgnęła po materiał z Para Bellum a zwłaszcza ekstremalnie ciężkie i agresywne For the Love of Pain odpłynąłem totalnie. To właśnie to, o czym wspominałem, bezkompromisowa, agresywna kanonada, która paradoksalnie pozwala oczyścić umysł ze wszystkich negatywnych emocji. Czy więc jako pscyhiatra, mogę polecić muzykę metalową jako formę leczenia? Może nie w monoterapii ale jako forma regulacji emocji sprawdza się znakomicie. A emocji było mnóstwo i o różnym zabarwieniu. Testament zadbał o urozmaiconą setlistę, z dominacją oczywiście najnowszego albumu ale tego się można było spodziewać. Poza tym, posłuchaliśmy też nieśmiertelnych kawałków z Practice What You Preach (w tym zagrany specjalnie dla publiczności w Krakowie Sins of Omission), The New Order czy debiutanckiego The Legacy a z bardziej współczesnych albumów wybrano The Formation of Damnation. Największą przyjemność (bo nie zaskoczenie - sprawdziłem sobie setlisty z ostatnich kilku występów) sprawiły mi dwa numery z niedoceniane, bo nieco innej, piątej płyty czyli The Ritual. Można mówić, że to już nie thrash, że to bardziej blues, hard-rock, taki testamentowy "black album" ale kurczę, w wersji koncertowej i Electric Crown i So Many Lies znakomicie uzupełniły set i pokazały prawidziwy ciężar, tym bardziej może podkreślony wolniejszymi tempami. Momentami zrobiło się nawet nieco psychodelicznie. A jeśli o wolniejsze tempa chodzi, usłyszeliśmy najbardziej znaną testamentową balladę, czyli... The Ballad - coś absolutnie epickiego, zwłaszcza w rozpędzonym finale. O formie wokalisty już wspomniałem, docenić należy też pozostałych muzyków i za kontakt z publicznością, ekspresyjne solówki czy atomowe 'drum solo' Chrisa Dovasa, po którym rozbrzmiały dwa ostatnie utwory, cofające nas w czasie o prawie 40 lat. Gdy wybrzmiały ostatnie dźwięki Over the Wall a panowie wśród oklasków opuścili scenę, echo ich muzyki jeszcze długo grało mi w głowie, nagle lekkiej i pełnej pozytywnych wrażeń. I w takim właśnie stanie muzycznego katharsis dotarłem do domu, a dziś z gardłem zdartym niemiłosiernie przelewam ne elktroniczny papier swe doświadczenia.

Tradycyjnie już po koncercie skleciłem sobie playlistę zawierającą wszystkie zaprezentowane utwory, Kto nie był wczoraj w Studio może poczuje dzięki niej choć ułamek tego co ja, a wszyscy którzy razem ze mną bawili się na koncercie przeniosą się w czasie o te godziny, potem dni, tygodnie i lata wstecz, do pewnego sierpniowego czwartku i przeżyją to jeszcze raz. 

Playlista: Testament at Klub Studio, Kraków 13.08.2026

poniedziałek, 10 sierpnia 2026

03.08-09.08.2026

 


Jeden tydzień za nami, kolejny właśnie się rozpoczyna a Muzyczna Kronika skrupulatnie to wszystko dokumentuje. Dziś zatem zapraszam Was na 32gie podsumowanie tygodnia w tym roku.

Jak to w wakacje, tydzień mieszany. Trochę nowości, trochę klasyki, trochę muzycznych poszukiwań. Z tego co nowe to na pewno czekałem na Eclipse, dziewiąty krążek symfoniczno-metalowej Xandrii. Trochę niepewności czułem, bo single choć poprawne i melodyjne to jednak nie rzuciły mnie na kolana tak, jak choćby Two Worlds z poprzedniej płyty. Na szczęście okazuje się, że nie zawsze utwory promujące album są tymi najlepszymi. Jednym z nich jest Masquerade, dynamiczny kawałek w power metalowym stylu, wzbogacony o odrobinę celtyckich nut i agresywniejsze, growlowane momenty, które pokazują pełnię wokalnych umiejętności Ambre Vourvahis. Nie mogę co prawda powiedzieć, że "dziewiątka" dorównuje "ósemce" ale potwierdza, że zespół nadal utrzymuje się w czołówce symfonicznego metalu.

Nowy album zaprezentował też doomgaze'owo/post-blackowy projekt Breaths. Od kilku lat śledzę kolejne wydawnictwa wychodzące spod ręki Jasona Robertsa i Descent utrzymuje wysoki poziom. Już pierwszy na trackliście Abandon all hope, ye who enter here roztacza melancholijną atmosferę, która z przerwami na silniejsze, bardziej rozpaczliwe emocje będzie utrzymywać się przez kolejne kilkadziesiąt minut. 

Z takiego atmosferycznego pogranicza rocka i metalu udało mi się nadrobić wydaną tydzień wcześniej debiutancką płytę nowozelandzkiego Luna and the Aether. Metanoia to senna mgła, w której jesteśmy zawieszeni niby w śnie ale tuż pod powierzchnią jawy. Znamienny jest tu tytuł mojego ulubionego utworu - Back to Bliss, ponieważ po odsłuchu całości, ma się wrażenie, że wracamy do stanu naturalnego spokoju, błogości tak kontrastującej z hałasami codziennego życia.

A skoro już o powrotach mowa, czy ktoś z Was czekał na nową porcję doom metalowych wszeteczeństw, jakie kilka lat temu zaserwowali nam na Carnal Confessions Niemcy z Fvneral Fvkk? Ja czekałem z perwersyjną wręcz niecierpliwością i, gdy tylko usłyszałem po raz pierwszy Bishop of the Iron Guard wróciły te wszystkie uniesienia, jakich doświadczyłem 6-7 lat temu. Uśmiecham się lubieżnie i proszę o więcej!

W zeszłym tygodniu brakło mi też czasu by dobrze wsłuchać się w A Mythmaker's Demise, najnowsze dzieło Viviena Lalu. Ilustrowane kolejną świetną pracą autorstwa Mathiasa Norena wydawnictwo jest pierwszym od 11 lat, w którym nie słyszymy Damiana Wilsona za mikrofonem. Bardzo lubię głos pana Damiana i obawiałem się, że nowy wokalista nie wyciągnie z muzyki Viviena tylu emocji. Na szczęście ten "nowy" głos wcale nie jest nowy, bo do swej roli wraca znany z pierwszych płyt zespołu Martin Lemar. Wraca i radzi sobie świetnie. Inteligentne kompozycje, mądre teksty i wysoki poziom artystyczny każdego z muzyków sprawiają, że A Mythmaker's Demise to płyta warta uwagi każdego miłośnika tak rocka jak i metalu progresywnego.

Moim ulubionym prog-rockowym zespołem jest bez wątpienia brytyjski Big Big Train. Tydzień temu wspominałem o ponownych seansach z płytą Grand Tour z 2019 roku a teraz sięgnąłem po starszą o kilka lat Folklore, która jak sama nazwa wskazuje, wzbogaca art-rockową bazę o więcej ludowych elementów. Mamy więc obok typowo neo-progowej, refleksyjnej The Transit of Venus Across the Sun 
otwierający album, zaskakująco skoczny jak na ich styl utwór tytułowy ze świetną grą fletu. W obu numerach błyszczy nieodżałowany David Longdon, jeden z najniezwyklejszych głosów w całej progresywnej muzyce.

W dalszym ciągu urzeka mnie piękno dźwięków, jakimi nasycili swój debiut muzycy z Cairiss. Przechodząc od mizantropijnego post-black metalu po tajemnicze, melancholijne shoegaze'owe opary, potrafią stworzyć świat, który niepokoi ale z którego mimo wszystkie nie możesz (bo nie chcesz) uciec. I tak jest od pierwszej na liście Nervosa po niezwykły finał w postaci Wildfire

Atmosfera to chyba słowo-klucz dzisiejszego wpisu. Mamy tu powiem też warszawskie Mlecze, subtelne ale i pełne trudnych emocji, nieraz w przewrotny sposób mówiące o tęsknocie, miłości, rozczarowaniu. Album Niebieski to na naszej rodzimej niezależnej scenie jedna z najlepszych wydanych jak dotąd płyt.

W dniu premiery nowe Dreamtale traktowałem z pewną rezerwą, choć np Thunderpath spodobało mi się od razu. Potrzebowałem jednak kolejnych kilku dni, by w Aetherbound dostrzec też więcej naprawdę dobrego power metalu. Przykładami udanych, melodyjnych i intensywnych galopad są m.in. Cosmic Play i Tale of Dreams i dzięki nim moja ogólna ocena płyty też się podnosi. Nie jest to album wybitny ale na ten moment udanie kontynuuje historię zespołu, sięgającą końca poprzedniego stulecia.

Kilka tygodni temu za to wróciłem do płyty Eclipse, na której śpiewał Erkki Seppanen. W tym tygodniu też słuchałem pana Seppanena ale w zdecydowanie innym wydaniu. Mowa o doom metalowym KYPCK, śpiewającym po rosyjsku i poświęconym tematyce wojennej. Znacie pewnie ich twórczość dzięki artykułowy "Moja Muzyczna Kronika Wolna od Anglika", gdzie była wzmianka o ostatniej, finalnej płycie zespołu, wydanej w 2023 roku. Dziś polecam Wam moją ulubioną płytę "Kurska" czyli Imya na Stene, chłodną i ponurą jak zima w '41, która zatrzymała Niemców pod Moskwą. 

Jeśli chodzi o Candlemass, nadal konsekwentnie przechodzę od album do albumu, tym razem sięgając po Death Thy Lover, epkę z 2016 roku. Rolę wokalisty pełni tu Mats Leven, współpracujący z Leifem wielokrotnie ale w ramach świeczek, obecny tylko na tym jednym, czteroutworowym wydawnictwie (chodzi oczywiście o krążki z premierowym materiałem). Minialbum wart uwagi przede wszystkim dzięki świetnemu utworowi tytułowemu.

Jedną z lepszych płyt w kategorii psychodeliczny doom jakim obdarował nas 2026 rok jest Cycles in the Infinite Dream amerykańskiego REZN. Duszne a jednocześnie przestrzenne, przytłaczające a jednocześnie wpadające w ucho melodie - tak grać potrafią tylko najlepsi. I choć na playlistę wrzucam dziś tylko jeden kawałek, z czystym sumieniem mogę go Wam polecić jako punkt wyjściowy do obcowania z całym albumem - w sumie był to przecież pierwszy wydany singiel ;)

Z płyt, o których Wam już pisałem nieraz podam tylko Unbridled aor-owych mistrzów z Pride of Lions i Phanerozoik I: Paleozoik niesamowitego The Ocean, którzy tu znaleźli chyba idealny balans między post-hc i metalem progesywnym, a z muzycznych poszukiwać polecam Tomorrow Blues, drugie dzieło szwajcarskiego Toad - może trochę lżejsze, mniej psychodeliczne a bardziej blues-rockowe ale nadal trzymające mocny poziom.

Pozostałe pozycje na dzisiejszej playliście to dalszy ciąg przygotowań do czwartkowego koncertu, jaki w krakowskim Klubie Studio dadzą Testament, Metal Church i Armored Saint. Z katalogu gwiazdy wieczoru przypominałem sobie jedną z najlepszych Practice What You Preach a z supportów w sumie po równo, i najnowsze krążki (odpowiednio Death to Rights i Emotion Factory Reset) jak i trochę klasyki sprzed kilkudziesięciu lat. Wszystko siadło pięknie i czuję, że hype na nadchodzące wydarzenie robi się u mnie coraż większy.

I to wszystko na dziś. Pamiętajcie, by wrzucać własne podsumowania w komentarzach a jeśli macie nieco ponad 2h wolnego czasu w swych odtwarzaczach, polecam najnowszą, tygodniówkową playlistę - link poniżej.



John Yelland - Playlista Tematyczna

 


Cześć! W Muzycznej Kronice pora na kolejny artykuł poświęcony konkretnemu wokaliście. Przy ostatnich tego typu wpisach liczyłem mniej więcej ilu artystów z każdego gatunku już prezentowałem i zdecydowanie wśród nich dominował power i doom metal. Co powiecie więc na muzyka, który dobrze odnajduje się w obu tych, epickich jakby nie było stylach? Panie i Panowie, przed Wami John Yelland!

Standardowo na początek krótka nota biograficzna. John przyszedł na świat 23 sierpnia 1990 roku, niedługo więc kończy 36 lat. Mimo młodego (tak, cały czas uważam, że roczniki '90 i '91 to jeszcze "młodość") ma na koncie wiele udanych albumów i współpracę z niejednym uwielbianym przeze mnie zespołem. Jego pierwszym zespołem był założony wespół z Tylerem Gipsonem Shadowseer. Kapela grała coś z pogranicza powera i thrashu a z Johnem w składzie wydała jedną EPkę pt. In the Company of Evil z 2010 roku. Rok później Yelland opuścił zespół, który istniał później jeszcze przez kilka lat i dorobił się jednej płyty długogrającej. 

Niemal równolegle z powstaniem Shadowseer John Yelland udzielał się w prog-powerej Disforia. To dzięki niej, a zwłaszcza bardzo dobrze przyjętemu debiutowi (niestety bez kontynuacji) The Age of Aether nasz dzisiejszy bohater nawiązał znajomość z Hansi Kürschem, frontmanem Blind Guardian i jednym z najwybitniejszych power metalowych wokalistów. Nie da się ukryć, że Niemiec od zawsze był dla Johna wzorem do naśladowania i mocno wpłynął na ukształtowanie się jego stylu śpiewania. Hansi zaśpiewał gościnnie w kilku utworach z tej płyty a jak zobaczycie w dalszej części artykułu, w różny sposób przez lata przewijał się w artystycznym życiu Yellanda.

Dość powiedzieć, że historia Judicator, od lat głównego zespołu Johna zaczęła się od koncertu Blond Guardian w 2012, na którym wokalista poznał gitarzystkę Alicię Cordisco. To spotkanie zaowocowało powstaniem początków wyłącznie internetowego projektu, który dość szybko zdobył tak duże uznanie fanów, że przeobraził się w pełnoprawny zespół. Zespół, który do dziś regularnie koncertuje i nagrywa świetne i przede wszystkim zróżnicowane albumy - od czysto powerowych przez prog-powerowe, bardzo osobiste (niesamowity At the Expanse of Humanity, za którym kryje się osobista tragedia muzyka) po zaskakujący, eksperymentalny prog-rockowy The Majesty of Decay. Na niektórych z nich też słyszymy gościnne wokale Hansiego. Co prawda, na kilka lat drogi Alicii i Johna rozeszły się, to jednak kilka miesięcy temu na oficjalnej stronie zespołu pojawiła się zaskakująca ale przyjęta przez mnie z radością informacja o jej powrocie do składu. 

W latach 2015-22 John udzielał się też w power/thrashowym Dire Peril. Wspólnie nagrali kilka singli i jedną LP ale w 2022 roku zespół oficjalnie zakończył działalność. 

W tym samym roku, w którym zakończyła się historia Dire Peril, Yelland zasilił szeregi epic doom metalowego Behölder. Zespołu, którego wydany rok temu debiut, In the Temple od the Tyrant, przesiąknięty fantastyką spod znaku Dungeons&Dragons idealnie trafił w moje gusta, nie tylko muzyczne. 

Każdy z prezentowanych tu artystów znany jest też z gościnnych występów. John również może się poszczycić niezwykle udanymi współpracami, choć ich liczba nie może się równać z mistrzem guest appearanców Fabio Lione. Wśród nich szczególnie bliskie memu sercu są występy na albumach z nazywanego tak przeze mnie Danielsen-verse, czyli projektach Eunomia i Legend of Valley Doom, nad którymi pieczę trzymają Peter i Markus Danielsen a opowiadana historia i lokacje wzajemnie się przenikają. John nagrywał też wokale na płytach Alicii Cordisco, i tej solowej z marca br i w ramach thrashowego Project: Roenwolfe. Wyróżnić trzeba też jego udział w nagraniach płyt mniej znanych aczkolwiek wartych uwagi zespołów power metalowych - Helion Prime, Emerald Rage a przede wszystkim zapomnianej i bardzo trudno dostępnej perełce w postaci jednego krążka zespoły Noble Beast, który nagrał chyba najlepszy utwór inspirowany serią fantasy Koło Czasu (The Dragon Reborn - tu link).

Jak widzicie, choć na wstępie wspomniałem, że John Yelland to punkt łączący power metal z epic zoomem, to jednak można uznać, że dzięki niemu też thrash metal w końcu znalazł swojego reprezentanta wśród prezentowanych na stronie muzyków. Żeby już nie przedłużać, zapraszam do odsłuchu playlisty z utworami, w których słychać głos Johna Yellanda. Dajcie znać, czy jest to Wasz pierwszy kontakt z jego twórczością i które z zaprzestanych kompozycji najbardziej przypadły Wam do gustu. 

Playlista: The Best of John Yelland

poniedziałek, 3 sierpnia 2026

27.07-02.08.2026

 


Drodzy Czytelnicy! Część z Was pewnie na własnej skórze doświadczyło takiego edukacyjnego tworu jak "gimnazjum". Mnie kojarzy się ono z 12-oma klasami w każdym roczniku (od a do l, nigdy wiecej tyle nie widziałem), malowaniem markerem przez starszych kolegów kotów, wąsów i innych hmm części ciała na czole pierwszakom i chociażby sztuką pisania rozprawek. W tamtych czasach lubiłem rozpoczynać rozprawki od jakiejś ciekawostki luźno związanej z tematem ale w sposób zaskakujący prowadzacy do tezy, którą potem trzeba było potwierdzić lub, co było chyba ciekawsze, obalić. Ostatnio zdałem sobie sprawę, że moje poniedziałkowe wpisy przypominają czasem właśnie rozprawkę. Czy w jakiś sposób mnie to przeraziło? Raczej nie, prędzej zanitrygowało. Tak czy siak, sensem powyższego wprowadzenia jest tylko zapewnienie Was, że dziś napiszę po prostu o muzyce, której w ostatnim tygodniu słuchałem najczęściej.

Po pierwsze REZN - psychodeliczno stoner/doomowa ekipa z Chicago, którą poznałem przy okazji premiery płyty Chaotic Divine z 2020 roku. Od tamtej pory śledzę jej poczynania regularnie a kilka miesięcy temu mogliście być świadkami mojej podróży przez kolejne pozycje w dyskografii Amerykanów. W lipcu zespół do tej podróży dodał kolejną stację - Cycles in Infinite Dream i w ten sposób uziemił mnie w swych onirycznych realiach na długi, długi czas. Mógłbym w tym miejscu rozpływać się w zachwytach nad płytą ale mam świadomość, że słowa nie oddadzą w pełni atmosfery i emocji emanujących z każdego z dziewięciu utworów. To trzeba usłyszeć na własne uszy i do tego Was mocno zachęcam.

Obecnie podróżuję natomiast przez katalog zespołu, który prezentuje zupełnie odmienna wizję doom metalu. Wizję, którą sam współtworzył a nawet dał nazwę całemu epic doom metalowi. Począwszy od legendarnego Epicus Doomicus Metallicus co tydzień słucham kolejnych płyt Candlemass, dochodząc obecnie do Psalms for the Dead, trzeciej i ostatniej z Robertem Lowe za mikrofonem. Najważniejsza refleksja z tego, a w zasadzie z dwóch poprzednich też, tygodnia jest taka, że zespół z panem Robertem nie nagrał ani jednej złej płyty. Okres 2006-12 można uznać za pewną stabilizację i brzmienia i działalności grupy, powrotu do klasycznego epic doomu uzupełnionego o pojedyncze bardziej dynamiczne, przywodzące na myśl powerowe galopady momenty. Moim ulubionym utworem z "Psalmów" jest właśnie takie intensywne Dancing in the Temple (Of the Mad Queen Bee) choć i w wolniejszych rejestrach wysoką jakość udaje się utrzymać a najlepszym przykładem jest The Sound of Dying Demons. Na dzisiejszej playliście znajdziecie też Siren Song, nie działający może aż tak na moją wyobraźnię ale bardzo reprezentatywny dla całości obrazu.

Kolejny przedstawiciel doom metalu w dzisiejszym podsumowaniu, włoskie Grivo to znowu hipnotyzujący doom przełamany eterycznością shoegaze'u, dzialający na zmysły nie smutkiem i ciężarem lecz właśnie taką mgiełką tajemniczości, która otacza zewsząd i przyprawia o gęsią skórkę. Tak jest i w przypadku tytułowego Impose jak i zamykającego album, mojego ulubionego Heaven Howls.

Tydzień temu pisałem o tym, że jak sięgam po black metal to najcześciej polski. I to się nadal zgadza, bo Martwimy Rtęci nadal regularnie napełnia mnie swym dekadentyzmem. Drugą jednak prawidłowością w mojej relacji z bm jest pewna skłonność do artystów wychodzących poza kanony gatunku i eksplorujący te sfery, w której blackowi najbliżej do shoegaze'u (a przecież jest tylko punktów stycznych kilka, choć dostrzeżenie ich zabrało mi naprawdę kilka lub kilkanaście lat). Takim właśnie post-blackowym tudzież blackgaze'owym wykonawcą jest angielski Cairiss. Moi obserwatorzy z FB już wczoraj mogli dowiedzieć się, że zaledwie w niecałe trzy dni jakie minęły od pierwszego kontaktu z ich muzyką, udało im się wskoczyć do czołówki najczęściej odtwarzanych artystów. Jest to sprawka płyty Wilderness, mającej w zeszły piątek swą premierę. Jest na niej tylko sześć kompozycji ale każda z nich to mnóstwo emocji, miksu delikatności i brutalności, niepokoju i błogości idealnie podkreślanych przez wokalny dualizm - od blackowego ochrypłego screamu po operowe soprany.

W świecie progresji utrzymuje się moje zanteresowanie nowymi albumami Black Sites (For Eternity, gdzie usłyszeć możemy też wpływy heavy, thrash czy nawet doom metalu) i The Tirith, którego Quetzalcoatl prócz cięższych momentów ma w sobie też coś z neo-progowej łagodności. Czekając natomiast na nowy album niemieckiego The Ocean, wszak z płyty na płytę bardziej prog-metalowego niż post-hardcore'owego, sięgnąłem po moją ulubioną płytę "kolektywu", czyli Phanerozoic I: Paleozoic. Dodajmy do tego jeszcze sentymentalną wycieczkę w postaci wieczornych seansów z utworem Theodora in Green and Gold, brytyjskiego Big Big Train i mamy cztery różne, fascynujące oblicza progresywnego grania.

Najdłuższą jednak podróżą mijającego tygodnia, bo aż o 55 lat wstecz były odsłuchy debiutanckiego albumu szwajcarskiej kapeli Toad. Płyta zatytułowana po prostu Toad to przykład wyśmienitego, brudnego hard rocka lat 70-ych a otwierającego ją Cotton Wood Hill mimo ponad 8-minut słucha się z wypiekami na twarzy i niesłabnącym zainteresowaniem. To też kolejny dowód na to, że muzyczna archeologia może być wspaniałą pasją.

Teraz krótka notatka, można rzec "muzyczny telegram". Nowy Radogost jest świetny i w kategorii polskiego folk metalu nie widzę w tym roku lepszej płyty niż Dziedzictwo Ognia

Już za 10 dni w Krakowie koncert daje jedna z legend thrashu, zespół Testament. Wybieram się na to wydarzenie, stąd przypominam sobie różne albumy Chucka Billy'ego i spółki. Tym razem wybór padł na The Formation of Damnation, który był pierwsza płytą zespołu, jaką poznałem w czasie, gdy jako metalowy neofita chciałem poznać każdy możliwy podgatunek. Do wielu zespołów i nurtów później już nie wracałem ale Testament jest ze mną do dziś a do ich dziesiątego krażka mam duży sentyment. Lubię w nim też swoistą melodykę, przywodzącą na myśl nieco goteburską szkołę melodeathu, zjawisko dość chyba częste w thrashu przełomu I i II dekady XXI wieku.

Teraz czas na zdecydowanie bardziej melodyjny kącik a zaczynamy go od AOR-owego Pride of Lions. Wiecie, że ich nowa płyta pt. Unbridled mocno mi siadła i potrafię słuchać jej na okrągło. W zeszłym tygodniu sięgnałem jednak tez po starszą o 9 lat Fearless, jedną z trzech najlepszych w całej dyskografii grupy dowodzonej przez panów Peterika i Hitchcocka.

A gdzie power metal? Ktoś spyta? Spokojnie, jest tu a nawet w większych ilościach niż w ostatnich kilku tygodniach. Dziś reprezentują go cztery zespoły, z których palma pierwszeństwa przypada zdecydowanie ekipie Marca Garau. Od 2019 roku były już klawiszowiec Derdian, rozwija własny projekt muzyczny pod nazwą Marc Garau's Magic Opera. Już ich poprzednie płyty były świetnie oceniane przez krytyków i publiczność, klasyfikując się wysoko w różnych zestawieniach typu "best of...". Mi zawsze jednak brakowało czasu, by porzadnie przysiąść do tej muzyki. Gdy w końcu obiecałem sobie, że zacznę śledzić ich poczynania i na bieżąco odsłuchiwać kolejne albumy, pojawił się The Final Flight i... ogłoszenie, że to rzeczywiście ostatni "lot" projektu pana Marca. Szkoda, bo album jest świetny i takiego pożegnania życzyłbym niejednej zasłużonej kapeli. Symfoniczny, neoklasycystyczny w pełnym tego słowa znaczeniu power metal - dynamiczny, podniosły, melodyjny i pięknie nawiązujący do twórczości wielu klasycznych kompozytorów (nie tylko wiedeńskich). Słuchając Magic Opera przypominają mi się wypowiedzi Luci Turillego, który zainicjował ten "neoklasycystyczny power" próbując grać na gitarze klawiszowe partytury Vivaldiego, Pagniniego czy Bacha. Tu czuć tę muzykę klasyczną przekonwertowaną na współczesne, metalowe brzmienia. Słowa uznania należą się też wokaliście - Antonowie Darusso, obdarzonemu mocnym, ochrypłym falsetem (jakkolwiek to brzmi). Głos tego pana znany mi jest w sumie też od kilkunastu lat, stoi on bowiem na czele innej włoskiej powerowej grupy - Wings of Destiny, mającej na koncie kilka świetnych krążków. Po jeden z nich, Kings of Terror sięgnąłem ostatnio niejako przy okazji i cóż, emocje wróciły a utwór tytułowy wylądował wśród najczęściej słuchanych w tym tygodniu. Przypadek? Nie sądzę. 

The Final Flight premierę miał 24 lipca a kilka dni temu światło dzienne ujrzał Aetherbound fińskiego Dreamtale, zespołu który mieliście okazję poznać za sprawą starszego o kilkanaście lat albumu Epsilon. Pisałem o nim jakiś czas temu, wspominając m.in. o charakterystycznym głosie Erkkiego Seppanena. Od kilku już lat skład zespołu jest inny ale nadal regularnie koncertują i nagrywają płyty. Wspomniany Aetherbound to już drugie wydawnictwo ery post-seppanen i co mogę o nim powiedzieć. Po kilku odsłuchach płyta wydaje się podobać, czuć że to Dreamtale zwłaszcza na koniec, gdy dostajemy kolejny w ich dorobku power metalowy song z mocno mechanicznym, elektronicznym beatem (Thunderpath dostępny na dzisiejszej playliście) ale czy to wystarczy, by zbliżyć się do wspomnianego Epsilon czy ostatniego z Erkkim Seventhian... - czas pokaże.

Wiem natomiat, że jednym z powerowych debiutów roku jest Heaven's Falling szwedzkiego Shadowborne i szczerze zdziwię się, jeśli u kolegów bloggerów specjalizujących się w tym nurcie muzyki metalowej nie będzie wysoko w kończących rok rankingach. U mnie miejsce ma niemal pewne.

Ostatni akapit to zwykle w rozprawce miejsce podsumowania przedstawionych argumentów, konfrontacji ich ze sobą i ostatecznego potwierdzenia lub zaprzeczenia głównej tezy utworu. W Muzycznej Kronice zaś to miejse, w którym zachęcam do odsłuchu playlisty, zapraszam do dyskusji i czekam na Wasze podsumowania. Może tak być? ;) 


Playlista: 02.08.2026

 

piątek, 31 lipca 2026

Lipiec 2026 - Podsumowanie Miesiąca

 


Przed nami ostatnie kilkanaście godzin lipca AD 2026. Nie będzie więc jakąś dużą niestosownością, jeśli już teraz pozwolę sobie na muzyczne podsumowanie miesiąca. W nim zaś, tradycyjnie, postaram się wyjaśnić których artystów dało się u mnie usłyszeć najczęściej i jakie miałem ku temu powody. Przejdźmy zatem do sedna.

Pride of Lions - przez nowy album, wydany na początku miesiąca Unbridled, który jest taki jaki być powinien, melodyjny, gitarowy i z lekką nutką romantyzmu. Kwintesencja AORa ale czego innego można się spodziewać, gdy ma się na pokładzie Jima Peterika i Toby'ego Hitchcocka?

Mlecze  - na rockowo-metalowym fanpeju rzadko jest miejsce na lżejsze i eteryczne dźwięki. Zawsze jednak gdy sięgam po takie dreampopowo-shoegaze'owe granie jest to coś, co wyraźnie wyróżnia się z tłumu. Tak też jest z Albumem Niebieskim warszawskiej formacji, który zadziwiająco synchronizuje się z moimi emocjami i trafia swoja poetyką w moją liryczną wrażliwość

Radogost - folk-metal, zwłaszcza polski od zawsze był jednym z uwielbianych przeze mnie gatunków, tak jak Młoda Polska ze swym dekadentyzmem z epok literackich też była mi bliska. Weterani polskiej sceny na nowym albumie po raz kolejny udanie połączyli oba te elementy więc obecność Dziedzictwa Ognia w dzisiejszym zestawieniu nie powinna nikogo dziwić

The Tirith - Dancing with Vampire is not very wise - być może, ale gdybym zaciekawiony tytułem tego utworu nie sięgnął po twórczość bryryjskich prog-rockowców, byłbym dziś zdecydowanie uboższym człowiekiem - tak pod kątem nomen omen wiedzy muzycznej ale i wrażeń estetycznych

Black Sites - za mrok, tajemniczość ale też pewną podniosłość i ciężar zaprezentowany na najnowszym krążku amerykańskiego zespołu, który nie jest może w gronie najbardziej znanych twórców progresywnego metalu ale muzycznie w niczym nie ustępuje popularniejszym kolegom po fachu

Shadowborne - power metalowi debiutanci ze Szwecji kolejny miesiąc pojawiają się regularnie w moich słuchawkach i jest to tylko i wyłącznie zasługa ich dynamicznej muzyki, czerpiącej to co najlepsze z różnych stron powerowego spektrum - od speed metalowej agresywności po elektronikę w stylu choćby Battle Beast

REZN - Cycles in the Infinite Dream przygniotły mnie swą psychodelą i stoner/doomową atmosferą już w dniu premiery i nie ma takiej siły by mnie wyrwała z tego opętańczego transu

Nazareth - tego zespołu przedstawiać nie trzeba. Szkocka legenda hard rocka, której zawdzięczamy Dream On, Love Hearts (choć to cover!!!) i wiele innych power ballad, choć kiedy trzeba panowie potrafili, ba, nadal potrafią dołożyć do pieca

Moonspell - do Far From God podchodziłem z pewną rezerwą, finalnie jakoś się do siebie przekonaliśmy i nie żałuję wspólnie spędzonego czasu. Płyta, która nie jest rewolucją ale której na pewno nie można się wstydzić 

Amberian Dawn - jedno z największych zaskoczeń tego roku. Gdy po albumie pełnym mało metalicznym coverów ABBY pojawił się Temptation's Gate, odpowiednio dociążony, dynamiczny a nawet agresywny byłem w szoku. I było to naprawdę fajne uczucie.

TodoMal - doom metal ma różne oblicza a to, które ukazuje hiszpański zespół nazwałbym atmosferyczno-romantycznym. Brak tu może stonerowej psychodelii i death/doomowego przytłoczenia, jest za to poetycka wręcz wrażliwość i umiejętność konstruowania nostalgicznych, muzycznych pejzaży

Powyższa 11-tka (to już ostatnie nawiązanie w MMK do minionego już, dość dziwnego Mundialu) to tylko czubek góry lodowej. Nie zdziwi Was zapewne, że w lipcu kontynuowałem odsłuch albumów, które mają duże szanse znaleźć się w absolutnej topce na zakończenie roku. Mowa o Neverending stoner/doomowego Monolorda i eponimicznej płycie parającego się bardziej heavy metalową odmianą doomu zespołu Khemmis. Oczywiście oddałem też szacunek legendzie rocka jaką jest The Rolling Stones, gdyż nagrywać tak dobre płyty jak Foreign Tongues w sześćdziesiątym którymś roku istnienia to jest jednak sztuka. Bardzo przyjemnie słuchało mi się też progresywnego folk-rocka autorstwa brytyjskiego Circulus czy kosmicznych, przestrzennych dźwięków jakie na pierwszym od lat albumie serwował post-rockowy Junius. Na zakończenie jeszcze nie sposób nie wspomnieć o albumie, który można określić mianem "pogrobowca" - mowa o Utra polskiego MuN, w którym sludge'owy ciężar miesza się z post-metalową progresją. 

A jak wygląda Wasze podsumowanie miesiąca? Chętnie rzucę okiem na Wasze kolaże, zapoznam się z refleksjami i spostrzeżeniami a przede wszystkim z przyjemnością posłucham muzycznych rekomendacji. Bo w Mojej Muzycznej Kronice to jednak muzyka jest najważniejsza. Miłego weekendu!

Playlista: Lipiec 2026


poniedziałek, 27 lipca 2026

20.07-26.07.2026

 


Synek mi wczoraj przed snem powiedział, że chciałby żeby nie było poniedziałków. Z jednej strony przyznałem mu rację, wszak znów trzeba wcześnie wstawać ale na tym podobno polega odpowiedzialność. Nasunęła mi się jednak też taka myśli - gdyby po niedzieli od razu był wtorek (lub może hmm piątek) to gdzie znalazłbym miejsce na tradycyjne podsumowanie tygodnia? Mamy jednak już ten poniedziałek więc skupmy się na najnowszym raporcie z działalności Muzycznej Kroniki.

Zacznę bez ogródek - REZN wrócił z nową płytą i nie zaskoczył. Nie zaskoczył, bo już pierwszy singiel Cloudfall pokazywał, że psychodeliczni stoner/doomowcy wracają do formy sprzed kilku lat i śmiało zmierzają po tytuł płyty roku. Konkurencja jak wiecie w 2026 zawiesiła wysoko poprzeczkę ale Cycles in the Infinite Dream ze swą jednocześnie przytłaczająco duszną atmosferą i niezwykle eteryczną lekkościa w prowadzeniu melodii jest godnym przeciwnikiem dla Draconian czy Monolord. Dwie próbki tego albumu w postaci wspomnianego już Cloudfall i hipnotyzującego Transient znajdziecie na playliście i jestem przekonany, że nie będziecie się mogli od nich oderwać. 

Doom metal obfituje zresztą ostatnio w zacne premiery. Tydzień po tygodniu godziny spędzam przy eponimicznym albumie heavy/doomowego Khemmis, ujęty jej poetycką aurą i podniosłym nastrojem. Mimo wszystko jednak niekwestionowanym Panem i Władcą epic doom metalu jest jego pionier czyli dowodzone przez Lefa Edlinga szwedzkie Candlemass. Mijający tydzień spedziłem przy jednej z moich ulubionych płyt z ich bogatej dyskografii - Death Magic Doom z 2009 roku. Jest to moim zdaniem najlepszy krążek z Robertem Lowe za mikrofonem (a samego Pana Roberta uważam też za jednego z trzech, po Längqviscie a przez Marcolinem najlepszych głosów w historii "świeczek"). 

Buszując sobie po internecie natrafiłem też przez przypadek na wydany z początkiem czerwca album Impose pochodzącego z Texasu trzyosobowego zespołu Grivo. Dobrze wiecie, że mam słabość do artystów balansujących na granicy doomu i shoegaze'u a że panowie w tej strefie czują się bardzo dobrze to nic dziwnego, że między nami zaiskrzyło. Leniwe tempa, przestrzenne gitary, senne zaśpiewy - takie połączenie świetnie sprawdza się jako soundtrack do wieczornego wyciszenia po kolejnym przebodźcowującym dniu.

W jednym z poprzednich akapitów poruszyłem temat albumów roku. Kilkoro kandydatów już udało mi się wyselekcjonować ale przed nami jeszcze niejedna, mam nadzieję, ciekawa premiera. Z dużą ekscytacją czekam na Solaris, pierwszy krążek post-metalowego The Ocean po gruntownej przebudowie niemieckiego kolektywu. Ukazały się już dwa (a nawet trzy, bo Belligerance jest podzielone na 2 części) single i oba robią na mnie bardzo dobre wrażenie. W tym tygodniu zasłuchiwałem się w pierwszy z nich, Light Pollution, pełen zwrotów akcji, zmian tempa i mieszanych wokali - bardzo różnorodny ale jednak totalnie "the-oceanowy". I super.

Pisałem kiedyś, że od wielu już lat, gdy sięgam po black metal zazwyczaj jest to któryś z rodzimych artystów. Jak w mało którym gatunku język polski pasuje do muzyki a charakterystyczna dla nurtu dekadencka poetyka mocno rezonuje z moimi sympatiami literackimi, wśród których romantyzm i Młoda Polska to w liryce dwa absolutnie ulubione okresy. Dokładnie w te rejestry uderza wrocławska Rtęć na swej najnowszej EPce pt. Martwimy. Oczywiście moje zainteresowanie wzbudziły nie tylko teksty, bo muzycznie również panowie prezentują bardzo wysoki poziom, umiejętnie łącząc punk z black metalem. Skojarzenia z późniejszym Darkthrone nasuwają się z automatu ale przecież projekt Fenriza i Nocturno to mój absolutny top w tym gatunku. 

Ale choć bardzo polubiłem EP-kę Rtęci, nadal też zanurzam się w eterycznym pop-gazie sączącym się z Albumu Niebieskiego warszawszkich Mleczy a także sięgnąłem po kolejną, jeszcze bardziej komercyjną płytę z pop-rockowego okresu Budki Suflera (Mokre Oczy z 2002 - z kilkoma udanymi pół-balladami, vide dzisiejsza playlista), to polską płytą tygodnia zostało niepodważalnie Dziedzictwo Ognia folk metalowego Radogosta. Pochodząca ze Śląska Cieszyńskiego ekipa jest jednym z najdłiżej działających w tej branży zespołów z bogatą i nieraz trochę bardziej skomplikowaną historią. Od pewnego czasu w ich twórczości dało się zauważyć więcej dekadenckich, psychodelicznych wątków a obok ludowej tematyki pojawiło się uwielbienie dla poezji Micińskiego. W przypadku Dziedzictwa mam jednak poczucie, że tym razem mamy spójny zestaw utworów, w których poetycką dekadencję udało się w pełni zasymilować z ludowością i naturalizmem. Obok Watahy Półksięzyca - wilczego hymnu znajdziemy tu też bardziej osobistą, liryczną Pustkę czy niespokojną Cząstkę Pierwotnego Zła. Warto docenić pracę skrzypiec, za które od lat odpowiada młodszy z braci Musiołów, Jan - ich celem nie jest jedynie nadanie muzyce "ludowego" sznytu ale świetnie sprawdzają się w tworzeniu klimatycznej atmosfery, oddającej dokładnie emocje towarzyszące kolejnym utworom.

Przez ostatnie dni kontynuowałem też przygodę z dwoma udanymi, choć różniącymi się stopniem ciężaru płytami progresywnymi. W przypadku Quetzalcoatl, czwartej płyty brytyjskiego The Tirith jest bardziej rockowo, ze słyszalnymi nawiązaniami do przedstawicieli różnych odcieni prog-rocka. Są jednak momenty, gdy robi się ciężej, wręcz nawet gotycko jak w klimatycznym Dancing with Vampires. Ten utwór towarzyszy mi już od kilku tygodni ale z każdym kolejnych odsłuchem grono faworytów powiększa się. Dołączyli do niego m.in. nastrojowy Moon King i zmuszający do refleksji, ekologiczny Save the Oak. Quetzalcoatl nie jest, uwierzcie, zwykłym zbiorem dwunastu piosenek które wysłuchamy i pójdziemy w swoją stonę. To dwanaście wrót, z których każde (nawet jeśli jest krótki intrem) prowadzi do nieco innego świata nieco innych lecz równie ekscytujących doznań. A to przecież w sztuce powinno najbardziej się liczyć. 

Black Sites i obecne z nami już od 10 dni For Eternity to już rasowy metal, stąd też przekazywane przezeń emocje z zasady będą mocniejsze ale muzykom udało się zostawić odpowiednią przestrzeń na subtelniejsze momenty. Umiejętny balans intensywnością muzyki sprawia, że zarówno nie jesteśmy przygnieceni matematyczną precyzją i logarytmiczną złożonością dźwięków ani nie zaczynamy ziewać w oczekiwaniu na mocniejsze uderzenie. Nie chcę takich deklaracji rzucać zbyt wcześnie ale czuję, że w moim prywatnym rankingu najnowszy album ma szansę zbliżyć się do archetypicznego Exile na bardzo bliską, znikomą wręcz odległość.

Co więcej mogę Wam napisać. W dziedzinie AORa nic się nie zmieniło. Pride of Lions z Unbridled rządzi niepodzielnie, pozostawiając przestrzeń jedynie dla krótkich chwil z innym projektem Jima Peterika (w sumie tym słynniejszym) czyli zespołem Survivor. Jak każdy trve metalowiec z wrażliwą duszą nie moge obyć się też bez power ballad a te obecnie najcześciej pochodzą z repertuaru szkockiej legendy hard rocka - zespołu Nazareth. Warto jednak nadmienić, że tak jak Dream On jest oryginalną kompozycją zespołu (dokładnie panów Rankin/Charlton) to najbardziej chyba znana Love Hurts pierwotnie nagrana została przez The Everly Brothers w 1960 roku. 

Znów trochę zaniedbałem power metal ale już teraz wiem, że dzięki zapowiedzianej jako finalna, płycie projektu Marco Garau's Magic Opera szybkie, neoklasyczne i symphoniczne metalowe granie znów rozgości się w moich odtwarzaczach na dłużej. A jeden akord z The Final Flight możecie odnaleźć na dołączonej do artykułu playliście. Polecam.

Powoli zaczynam tez przygotowania do sierpniowego koncertu Testament w Krakowie. Na tę okoliczność odświeżyłem sobie ich najnowszą płytę, wydaną jesienią Para Bellum i jestem z tego bardzo zadowolony, bo płynąca z niej energia i moc przekazu absolutnie nie straciły na sile i liczę że w wersji live muzyka thrashowych wyjadaczy zabrzmi jeszcze mocniej i dosadnie.

I z taką właśnie nadzieją warto rozpocząć kolejny tydzień. Czekam też z niecierpliwością na informację od Was, z jaką muzyką najchętniej spędzaliście czas, jakich odkryć dokonaliście i czego planujecie słuchać przez kolejne 7 dni. A użytkownikom "zielonej platformy" zostawiam link do playlisty:

Playlista: 26.07.2026

piątek, 24 lipca 2026

Moja Muzyczna Kronika Wolna Od Anglika - Playlista Tematyczna

 


Przyznam się, że niepokoi mnie niewielka aktywność w ostatnich paru miesiącach strony Strefa rokendrola wolna od angola w serwisach społecznościowych. Swego czasu, jak pewnie pamiętacie z FB, często wymienialiśmy się uwagami nt muzyczne i nie tylko. Z tego niepokoju i tęsknoty zrodził się pomysł na dzisiejszy wpis - skoro Strefa nadaje nieco rzadziej to warto może ożywić temat muzyki, zgodnie z "prawem Wilczura" śpiewanej w innych niż tylko "angolski" (i polski :P ). Poniżej przedstawię Wam kilkanaście lubianych przeze mnie płyt, z których każda reprezentuje inny język obcy. Nie zawsze będą to najbardziej znani przedstawiciele swego kraju, niejeden z Was pewnie dokonałby innego wyboru ale dlatego tym bardziej zachęcam do aktywnego udzielania się w sekcji komentarzy. A na koniec spotka Was jeszcze pewna mała, trochę przekorna niespodzianka. Jeśli chodzi o kolejność prezentowanych wydawnictw jest ona raczej losowa, choć starałem się unikać zestawiania obok siebie przedstawicieli tej samej grupy językowej. 

Teräsbetoni - Vaadimme metallia - pierwsza dekada XX wieku była okresem wielkiej popularności tego fińskiego odpowiednika Manowar. Jej ukoronowaniem był występ na Eurowizji w 2008 roku, gdzie heavy/power metalowcy dotarli do finału. Później drogi muzyków rozeszły się a wokalista/basista Jarkko Ahola  obecnie skupia się na kerierze solowej. Lubię czasem jednak wrócić do tej muzyki a szczególnym sentymentem darzę właśnie krążek numer 2, na którym prócz epickich bitewnych hymnów mamy też kilka power metalowych petard

Lucifer Was - Ein fix ferdig mann - początki tej norweskiej grupy sięgają końca lat 60-ych. W tym czasie przygotowywano materiał na debiutancki album ale zawieszenie działalności w 1974 roku przekreśliło te plany. 20 lat później doszło do reunionu i od 1997 (premiera Underground and Beyond pełnej stworzonych przed laty kompozycji) regularnie pojawiają się kolejne płyty zespołu, łączące w sobie elementy progresywnego rocka w stylu Jethro Tull (ten flet!) z nowoczesnym heavy metalem. Ein fix... z '24 roku to ich ostatnie jak dotąd dzieło, nagrane w całości po norwesku i docenione przez krytyków i słuchaczy, również w naszym kraju

Therion - Les Fleurs du mal - kiedy pisałem artykuł o cover i tribute albumach musiałem doznać zaćmienia, bo całkiem zapomniałem o tym niecodziennym wydawnictwie symfoniczno metalowej "bestii". Mamy tu kilkanaście francuskich przebojów muzyki pop (głównie tzw. ye-ye) z lat 60-ych i 70-ych w symfoniczno-metalowych aranżacjach a po niektóre do dziś sięgam nie rzadziej niż po Lemurię czy To Mega Therion

KAIPA - Inget nytt under solen - drugi album z początkowego, szwedzko-języcznego okresu działalności zespołu. Klawisze Hansa Lundina i gitara Roine Stolta sprawiają, że z równą ekscytacją słuchamy i monumentalnej suity otwierającej płytę jak i towarzyszących jej, bardziej kompaktowych "piosenek". Nic dziwnego, że Inget nytt uważane jest za jedno z arcydzieł skandynawskiego prog-rocka lat 70-ych

Opera Magna - POE - pewnie zdziwi Was, że w tym miejscu wybór nie padł na uwielbianego przeze mnie Mago de Oz. Chciałbym jednak pokazać, że Hiszpania może poszczycić się wieloma innymi interesującymi zespołami power i symphonic metalowymi a ten concept album poświęcony w całości twórczości Edgara Allana Poe tylko potwierdza tę tezę. 

J.M.K..E. Külmale maale - w latach 80-ych w Estońskiej (i innych zresztą też) SRR granie punk-rocka nie było rozsądną decyzją. Prześladowania ze strony władz radzieckich przyjmowały nieraz nawet formę przymusowych internacji w zakładach psychiatrycznych. Z takimi problemami musiał mierzyć się właśnie to założone w Talinnie trio. Jednak, gdy panowie nagrali humorystyczny i podszyty sarkazmem pean na cześć "perestroiki" zostali przez "władze" zaakceptowani. Wspomniany utwór (Tere perestroika) znajdziecie na wydanym w 1989 roku debiucie, gromadzącym nagrane w latach 80-ych utwory 

Die Apokalyptischen Reiter - Riders on the Storm - moja ulubiona płyta pochodzącego z Turyngii zespołu, który umiejętnie balansuje między folk, heavy, thrash i melodic death metalem. Od pierwszego dźwięku panowie bombardują nas szybkimi tempami, niezapomnianymi melodiami i bogactwem aranżacyjnym. I choć, przyznaję, zdarzy się im fragment bądź dwa śpiewane po angielsku ale no ludzie, nawet Rammstein nie zawsze "sing my mother tongue"

Nanowar of Steel - Italian Folk Metal - wybaczcie, nie mogłem się powstrzymać. Wiem, że jest to zespół satyryczny ale pomysłowości mógłby Włochom pozazdrościć niejeden tworzący "z przymrużeniem oka" artysta. Na tym albumie dostajemy kilkanaście utworów utrzymanych w szeroko rozumianej estetyce power metalu ale z wyraźnymi nawiązaniami do włoskiej kultury i ludowości (również tej XX-wiecznej, "miejskiej"). Pełno tu przygrywek na trąbkach, fletach, saksofonie czy solówek na akordeonie a całość uzupełniają zaproszeni goście - m.in. Alessandro Conti w pierwszym metalowym mazurku jaki słyszałem w życiu

Skorpió - Skorpió '73-'93 - miałem kiedyś okres fascynacji muzyką hard rockową zza żelaznej kurtyny. Trafiłem wówczas na tę składankę, zawierającą najlepsze utwory zespołu Skorpió, założonego w 1973 roku przez byłego członka Lokomotiv GT (również klasyka węgierskiej sceny) Karolya Frenreisza. I choć ta moja fascynacja nie przetrwała próby czasu, to dla takich perełek jak ta, myślę, że było warto

KYPCK Prestupleniya Protiv Chelovechestva - ostatni, finalny album fińskiego zespołu doom metalowego z tekstami wykonywanymi w całości po rosyjsku i poruszającymi wojenną tematykę. Skąd taki pomysł? Wokalista Erkki Seppänen prywatnie jest nauczycielem tego języka. W 2024 roku zespół podjął decyzję o zakończeniu działalności w tym formacie a tytuł pożegnalnego albumu, w polskim tłumaczniu brzmiący "zbrodnie przeciwko ludzkości" jest najlepszym wytłumaczeniem takiego kroku

Moonspell - 1755 - portugalsko-języczny concept album poświęcony tragicznemu w skutkach trzęsieniu ziemi w Lizbonie, jakże ciężki, agresywny i przygniatający w porównaniu z wcześniejszymi i późniejszymi dziełami Portugalczyków, idealnie oddaje grozę katastrofy, w której wg dzisiejszych obliczeń życie straciło od 10 do 50 tysięcy mieszkańców

XIII. Stoleti - Ztraceni w Karpatech - jeden z najlepszych albumów w dyskografii legendy gotyckiego rocka, zespołu bez którego nie wyobrażam sobie czeskiej sceny muzycznej. Także tu akurat wybór był oczywisty i mam nadzieję, że Elizabeth, Vampires i Dum kde tanci mrtvi, zamieszczone na dołączonej do wpisu playliście, staną się dla Was bramą do niezwykłego muzycznego świata popularnych "trzynastek:

Ennui - Mze Ukunisa - wydany w 2012 roku debiut gruzińskich funeral doom metalowców jest muzyczną interpretacją tekstów gruzińskiego poety doby modernizmu - Terenti'ego Graneli'ego. Na uwagę zwraca podniosła atmosfera, głęboki death metalowy growl wokalisty i zaskakująco melodyjne partie gitar nasuwające wręcz skojarzenia z rockiem progresywnym. 

Każdy z wymienionych albumów na podlinkowanej poniżej playliście reprezentują trzy najlepiej oddające ich styl i atmosferę utwory. Łącznie dałoby to nam 39 pozycji, więc żeby dobić do najbliższej okrągłej liczby ośmieliłem się wrzucić na koniec jeszcze jeden utwór. Jest to psychodeliczno-doomowa inkantacja z wokalizami wykonanymi w "tonianto", jak określiła to kiedyś wokalistka TOŃ-i, Monika Adamska-Guzowska. Dla zainteresowanych dodam, że swego czasu na fanpejdżu zespołu pojawiła się grafika z "tekstem" Korzeni, utworu od którego swój tytuł wzięła ich debiutancka płyta - jedno z absolutnych odkryć polskiego metalu AD 2024. Ja w tym kierunku poszedłbym nawet dalej, może jakieś lyric video?

Podsumowując, zachęcam serdecznie do lektury, odsłuchu playlisty i zapozniania się z twórczością wyżej wymienionych artystów a na koniec mam dla Was pytanie, jakie inne albumy zaśpiewane w całości w innym niż angielski języku obcym byście mi polecili? Możliwości jest naprawdę wiele a nigdzie przecież nie zadeklarowałem, że będzie to pierwszy i ostatni, "strefowy" artykuł ;)

Playlista: Muzyczna Kronika Wolna od Anglika

Najpopularniejsze