piątek, 10 lipca 2026

Rockowo-Metalowe Suity - Top Lista



Dziś zapraszam na artykuł, o którym myślałem już od kilku miesięcy ale cały czas zmieniała mi się jego koncepcja. Artykuł wyjątkowy, bo też traktujący o wyjątkowej formie muzycznej ekspresji. W końcu jednak podjąłem rzuconą sobie samemu rękawicę i przedstawiam Wam zestawienie 30-u rockowych i metalowych suit - najbardziej zaskakujących, najciekawszych lub po prostu najbardziej przeze mnie lubianych. Jak w każdym przypadku takiej TOP-ki, jest to całkowicie subiektywna lista i oczywiście nie zawsze będzie zgadzać się z Waszymi poglądami ale pamiętajcie, że Muzyczna Kronika ma być przestrzenią do swobodnej wymiany myśli, więc już teraz zapraszam do polemiki :) Wybierając kompozycje do listy starałem się też przedstawić albo nieco mniej znane utwory, utrzymane w "mało-suitowym" gatunku czy, jak niektórych przypadkach, nieco luźniej nawiązujących do definicji suity. Wszystko po to, by dać Wam jak najbardziej zróżnicowaną kolekcję. Ale właśnie, tak się rozpisuję na wstępie a nawet nie wspomniałem czy ta rockowa (bądź metalowa) suita jest.

Otóż w skrócie można powiedzieć, że suita jest długim, kilkuczęściowym utworem lub grupą utworów tworzących jedną, mniej lub bardziej zróżnicowaną ale zazwyczaj spójną tematycznie całość. Wzorcem dla tego typu kompozycji były suity romantyczne czy, bliższe nieco czasowo suity impresjonistyczne, złożone z szeregu miniatur muzycznych połączonych tematycznie ze sobą. Za pierwszą rockową suitę uznaje się zwykle wydane w 1968 roku Ars Longa, Vita Brevis zespołu The Nice, In Held Twas In I z repretuaru Procol Harun czy Saucerful of Secrets Pink Floyd, grupy która obok Yes doprowadziła ten typ utworu do perfekcji. Lata 70-e i światowa dominacja rocka progresywnego i psychodelicznego była złotą erą suity rockowej. Większość szanujących się wówczas artystów podejmowała próby zmierzenia się z niełatwym wszak wyzwaniem nagrywania tak skomplikowanych form, w których nie liczyło się tylko zgranie muzyków ze sobą ale i indywidualne popisy instrumentalistów, w postaci licznych partii solowych, zahaczających nieraz o bardzo swobodne wręcz jammowanie. Nadeszły jednak eksplozja punku i muzyka stała się bardziej zaangażowana, intensywniejsza i bardziej dobitna. Zainteresowanie suitami na pewien czas zmalało i dopiero rozwój i coraz większa "specyfikacja" muzyki metalowej stworzyła odpowiednie warunki do ponownego tworzenia długich, epickich, filmowych wręcz kompozycji będących adekwatnym uzupełnieniem opowiadanej historii, często z gatunku s-f czy fantasy. Nie można też zapomnieć o muzyce neo-progresywnej, której zwiastunem był debiutujący w 1983 roku brytyjski Marillion (vide Grendel ze Script for a Jester's Tear). Obecnie po tego typu formy wyrazu sięgają, obok artystów prog rockowych i metalowych, przede wszystkim przedstawiciele symphonic, power i doom metalu, choć jak zobaczycie poniżej, swoje suity mają też twórcy innych podgatunków muzyki gitarowej. 

Przejdźmy teraz do konkretów. W poprzednich Top Listach kolejność prezentowanych zespołów odpowiadała mniej więcej moim osobistym sympatiom. W tym przypadku, jako że uszeregowanie tylu niezwykłych dzieł od najmniej do najbardziej lubianego okazało się jeszcze bardziej karkołomnym wyzwaniem niż sama selekcja, postawiłem na kolejność chronologiczną. Czas jest wszak trochę bardziej bezwzględny (pozdrawiam pana Einsteina) niż moje chwilowe kaprysy ;) Zaczynamy więc od różowych lat 70-ych i dekada po dekadzie zmierzamu ku "cyfrowym i sterylnym" latom 20-ym obecnego wieku. 

- Uriah Heep - Salisbury (1971) - druga płyta brytyjskich prekursorów hard rocka i heavy metalu najbardziej znana jest z przeboju Lady in Black ale to tytułowy kawałek, 16-minutowa progresywna suita nagrana z towarzyszeniem 24 (lub 26 w zal od źródła) osobową orkiestrą pozostaje ich opus magnum

- Toad - Life Goes On (1971) - ciekawy przykład połączenia hard-rocka z rockiem psychodelicznym i bluesem, najdłuższa kompozycja na debiutamckiej płycie Szwajcarów z częstymi zmianami tempa i długimi partiami instrumentalnymi

- Skaldowie - Krywaniu, Krywaniu (1972) - sam utwór jak i biorąca od niego nazwę płyta to jakże inne oblicze zespołu, znanego powszechnie z lekkich big-bitowych porzebojów. Tu, w ponad 17-u minutach mamy niezwykłą próbę połączenia zachodnich progresywno-psychodelicznych wzorców z rodzimym, góralskim folkiem. Na uwagę, obok swobodnej interpretacji wiersza Tetmajera zasługują muzyczne cytaty z m.in. Czajkowskiego, Borodina czy Roselliniego 

- Budka Suflera - Najdłuższa droga (1976) - pewnie większość z Was spodziewała się znaleźć tu zajmującą całą drugą stronę debiutackiego LP lubelskiej grupy suitę Szalony Koń, będącą najdłuśzym utworem w dorobku Suflerów. Ja trochę na przekór proponuję coś nieco krótszego ale artystycznie i aranżacyjnie nawet chyba bardziej skomplikowanego. Do legendy przeszła próba zagrania Najdłuższej drogi na koncercie w Holandii, gdzie już po 2-3 minutach muzycy zupełnie rozjechali się z prowadzonymi tematami muzycznymi osiągając poziom rasowego free-jazzu by jakimś cudem dojść do siebie i "skończyć w tym samym momencie"

- Exodus - Ten Najpiękniejszy Dzień (1980) - zamykający pierwszą wydaną (a drugą nagraną) płytę polskiego art-rockowego zespołu czteroczęściowy utwór to ponad 19-minut pięknego, refleksyjnego grania w sam raz na wyciszenie po ciężkim dniu. Szkoda tylko, że w momencie premiery longplaya w Polsce wybuchła eksplozja gniewnego, antysystemowego rocka i taka introwertyczna muzyka straciła nagle na znaczeniu

- Twisted Sister - Horror-Teria: (The Beginning) (1984) - wybór może kontrowersyjny, bo gdzie glam metalowi do progresywnego grania. A jednak ta niespełna 8-minutowa, dwuczęściowa opowieść o seryjnym mordercy i spotykającej go sprawiedliwości może być uznana ze swego rodzaju mini-suitę 

- Helloween - Keeper of the Seven Keys (1988) - pierwsza prawdziwie power metalowa suita, pochodząca z albumu, który położył podwaliny pod cały gatunek. Epickie zamknięcie historii o kluczniku i najdłuższy utwór w dorobku niemieckiego zespołu do czasu wydania The King for a 1000 Years w 2005 roku (będącego nota bene kontynuacją tej opowieści)

- Bathory - Twilight of the Gods (1991) - począwszy od Blood, Fire, Death, z każdą kolejną płytą Quorthon coraz bardziej rozwijał styl nazwany viking metalem, inkorporując do niego elementy progresywne, epic doomowe czy klastycystyczne, czego świetnym przykładem jest ta kilkunastominutowa kompozycja z wyraźnie zaznaczonym prologiem, rozwinięciem i epilogiem

- W.A.S.P. - The Great Misconceptions of Me (1992) - epicki finał rockowej opery, w której Blackie Lawless zawarł sporo autobiograficznych wątków. Nie ma tu może, jak w klasycznej suicie ścisłego podziału na częsci ale rozmach, klimat i wpływ jaki ten utwór wywarł na mnie zapewniły mu miejsce w dzisiejszym podsumowaniu. I ta zbieżność - Crimosn Idol - Crimson King ;)

- Running Wild - Genesis (The Making and the Fall of Man) (1994) - Black Hand Inn to rzadki w dyskografii pirate metalowców concept album opowiadający o człowieku wskrzeszonym z martwych by głosić innym nadejście Apokalipsy a Genesis to wieńczący go 15-minutowy kolos, inspirowany pracami Zachary'ego Stichina. Coś co warto znać.

- Lake of Tears - The Path of the Gods (Upon the Highest Mountain, Part 2) (1995) - ta rozbudowana kompozycja zamyka drugą płytę francuskiego zespołu  Headstones, będącą pierwszym krokiem na drodze od klasycznego death/doomu ku bardziej atmosferycznemu, gotycko-akustycznemu stylowi a każda z wymienionych przeze mnie inspiracji znajduje swe miejsce w utworze

- Symphony X - Divine Wings of Tragedy (1996) - dwudziesto-kilkuminutowy kolos złożony z 8 części, inspirowany muzycznie Bachem i Holstem a lirycznie Miltonem i Boską Komedią to modelowy przykład prog-metalowej suity i jeden ze znaków rozpoznawczych amerykańskiej kapeli

- Edguy - Theater of Salvation (1999) - niemiecki zespół na swym koncie ma kilka numerów dłuższych niż 10 minut ale wśród nich to utwór tytułowy z płyty numer 3. jest moim ulubionym, od podniosłego klawiszowego wstępu przez epicki refren po, zupełnie zaskakujące, jodłowane outro - kreatywność pana Sammeta nie znała wówczas granic

- Avantasia - Seven Angels (2002) - jeśli ktoś mnie zapyta, czym jest metal opera, puszczę mu ten kawałek, będący absolutną kwintesencją pierwszych Avantasii i mimo upływu tylu lat pozostaje niedoścignionym wzorem, a może i pewnym koszmarem dla Tobiasa, z którego cienia nadal nie może się całkowicie wydostać  

- Mago de Oz - La cantata del Diablo (Missit me Dominus) (2005) - były już suity prog-rockowe, symfoniczno-powerowe a nawet glam i doom metalowe, czas więc na przedstawiciela folk-metalu. Nie jest to zresztą jedyna tak epicka "piosenka" w ich katalogu ale jej rozmach i złożoność nie mają sobie równych do dziś. Utwór ten zamyka dwupłytowe wydawnictwo zatytułowne Gaia II: La Voz Dormida a z ciekawostek dodam, że w jego konstrukcję wplątano wątki z The Edge of Darkness Iron Maiden

- Rhapsody of Fire - Hereos of the Waterfall's Kingdom (2010) - w historii power metalu były dwa najważniejsze wydarzenia - premiera Keeperów Helloweenu i późniejszy o 10 lat debiut włoskiego Rhapsody. Ten drugi zespół do perfekcji rozwinął długie, filmowe symfoniczno-powerowe suity a wybrany przeze mnie grand finale sagi The Dark Secret to z wielu względów szczytowe osiągnięcie "zjednoczonego Rhapsody", w którym zawarto każdy z typowych dla twórczości zespołu elementów - od folkowej, śpiewanej po włosku ballady, przez powerowe galopady, agresywny "angelic scream" Fabio Lione po partie dialogowe prawdziwych aktorów i niezapomniany głos narratora, którym był sam Sir Christopher Lee

- Furia - Halny (2010) - polski black metal już dawno wyszedł poza ramy nakreślone w Norwegii lat 90-ych a jednym z prowodyrów tego ruchu była śląska Furia, która już w 2010 roku zaprezentowała dwudziestominutową suitę, mieszającą black metal z ambientem, post-rockiem, psychodelą, zimną falą, folkiem i (tu dopisz co chcesz...). A to był tylko 2010 rok...

- My Dying Bride - Barghest O' Whitby (2011) - legenda death/doom metalu na koncie miała już wiele długich, kilkunastominutowych utworów ale raczej były to po prostu powolnie sunące klasyczne kompozycje. W 2011 roku ukazała się jednak EP-ka zawierająca tylko jeden dwudziestosiedmiominutowy, skomplikowany utwór będący muzyczną adaptacja ludowej legendy o czarnym psie, ukazującym się nocą ludziom, których wkrótce czeka śmierć

- Stratovarius - Elysium (2011) - najambitniejszy utwór zespołu w erze post-Tolkki, punkt kulminacyjny i zarazem utwór tytułowy z drugiego albumu nagranego bez wieloletniego lidera i założyciela, trzyczęściowa symfoniczno-powerowa suita z częstymi zmianami nastroju i tempa i moimi ulubionymi przejściami z charakterystycznym suspensem przed głównymi refrenami

- Bane of Winterstorm - Last Sons of Perylin (2013) - nie byłbym sobą, gdybym nie umieścił tu jakiegoś niszowego, mniej znanego, choć patrząc na dobór gości specjalnych na pierwszej i niestety jedynej płycie długogrającej pochodzącego z Australii zespołu można było oczekiwać po niej wysokiej jakości. Tak rzeczywiście się stało, ponieważ dostaliśmy tu pięć długich i rozbudowanych kompozycji, z których do dzisiejszego zestawienia wybrałem ostatnią - najdłuższą, najbardziej intrygującą i doprowadzającą snutą przez cały krążek opowieść do końca

- Kaipa - A Map of your secret world (2014) - wśród tylu niezapomnianych suit, jakie znajdziemy w katalogu weteranów szwedzkiego rocka progresywnego ciężko wybrać tę jedną, jedyną. Ostateczną decyzję podjąłem w zasadzie w ostatniej chwili ale myślę, że ta magiczna nomen omen, przejmująca i marzycielska kompozycja zasługuje na to, by postawić ją tuż przed innymi

- While Heaven Wept - The Memory Of Bleeding / Souls In Permafrost / Searching The Stars (2014) - przez lata działalności twórczej amerykański zespół stopniowo przechodził od epickiego doom metalu w stronę niemniej rozbudowanego ale jednak bardziej atmosferycznego i klimatycznego grania, którego ukoronowaniem był wydany w 2014 roku Suspended at Aphelion. I choć póki co nie ma widoków na kontynuację, warto przypomnieć sobie tę trzyczęściową kompozycję, którą z czystym sumieniem można określić mini-suitą

- Marius Danielsen - Legend of the Valley Doom (2015) - każda epicka historia ma swój początek i to właśnie na swej pierwszej płycie wydanej w ramach metal opery Legend of the Valley Doom Marius Danielsen zamieścił najdłuższą i najabrdziej epicką próbkę swoich możliwości, którą ożywiły takie tuzy power metalu jak choćby Timo Tolkki na guitarze czy John Yelland za mikrofonem - a to tylko czubek góry lodowej zaproszonych gości

- Karnataka - Secrets of Angels  (2015) - utwór tytułowy z mojej ulubionej płyty w dyskografii walijskiej grupy łączącej rock progresywny z delikatną popową przebojowością i lokalnym folklorem. Na wokalu świetna Hayley Griffiths a na dudach (uillean pipes) znany obecnie z Nightwish Troy Donockley. Jeśli folkowe nuty w Nightwishu są Wam bliskie, Karnataka na pewno tez Wam się spodoba

- Big Big Train - Voyager (2019) - wydany w 2019 roku album Grand Tour był dla mnie jedną z pierwszych okazji do obcowania z twórczością tego niezwykłego, brytyjskiego zespołu. Jak się pewnie domyślacie, wykorzystałem ją w pełni a dziś BBT to jeden z moich ulubionych przedstawicieli rocka progresywnego. Duża w tym zasługa jednej z trzech umieszczonych na płycie kilkunastominutowych suit, która świetnie oddaje podróżnicze klimaty i sam motyw wędrówki śladami starożytnej Europy aż po wyczekiwany "homecoming"

- King Buffalo - Red Star Pt. 1 & 2 (2020) - do dziś nie mogę się zdecydować czy to amerykańskie trio jest najbardziej progresywnym zespołem heavy-psychowym czy najbardziej psychodelicznym prog-rockowym. W odpowiedzi na to pytanie nie pomagają takie niezwykłe, hipnotyzująco-przygniatające kolosy jak zajmująca ponad połowę czasu nagraniowego EP-ki Dead Star szesnastominutwa suita, która zachwyci nawet najbardziej wysmakowane psychodeliczno-progresywne gusta

- Soilwork - A Whisp of the Atlantic (2020) - melodic death metal zdecydowanie nie jest "suitowym" gatunkiem ale jeśli ma się w składzie tak wszechstronnego muzyka jak Bjorn Strid, nawet i szesnastominutowa, pełna różnych linii melodycznych i nawiązująca do różnych stylów (prócz melodeathu choćby i AOR, prog-rock czy nawet jazz) kompozycja jest w stanie się obronić. I w dodatku być najjaśniejszym punktem całej EPki o tym samym tytule.

- Mystery - Pearls and Fire (2023) - wspomniałem na wstępie, że do odrodzenia suit przyczynił się m.in. rock neo-progresywny. Mystery to absolutnie mistrzowie gatunku a suity towarzyszą im od lat. Być może dlatego ich warsztat z płyty na płytę jest jeszcze lepszy, co owocuje tak niezwykłymi i przejmującymi kompozycjami jak Pearls nad Fire, dwunastominutowa grown-up song opowiadająca o losach Leo, jego trudnej relacji z ojcem, wiecznych próbach uzyskania jego aprobaty aż po dramatyczny finał, którego jednak nie zamierzam Wam spojlerować

- Lazersleep - Gravity (Chapter III, I, II)  (2025) - rok temu debiutacnki album fińskiego kwartetu spadł na mnie jak grom z jasnego nieba i w samym środku lata ja zanurzałem się w smętne, oniryczne i psychodeliczne klimaty, których absolutnym ukoronowaniem jest ta monumentalna, trzyczęściowa kompozycja

- Shepherds of Cassini - Abyss (2025) - na zakończenie kilkunastominutowa kompozycja wpisującego się w szeroko rozumiany nurt eksperymentalnego post-metalu nowozelandzkiego zespołu. Powolne budowanie napięcia, elementy łagodne kontrastujące z bardziej brutalnymi, instrumentalne popisy i te jakże charakterystyczne dla ich brzmienia elektryczne skrzypce robią swoje. Czuję, że całe to zestawienie byłoby znacznie uboższe, gdybym w ostatniej chwili nie przypomniał sobie o jej istnieniu


Trzydzieści utworów, z czego tylko dwa krótsze niż 10 minut. Ile mamy więc łącznie? Siedem i pół godziny ambitnej, pełnej nagłych zwrotów, zmian tempa i emocji muzyki. Jak tego słuchać? Proponuję w trybie "losowym" - być może Fortuna zapozna Was z artystą, który na dobre wejdzie do Waszego muzycznego panteonu. Osoby nie do końca usatysfakcjonujące moimi wyborami zaś jeszcze raz zapraszam do dyskusji i podsuwania mi swoich ulubionych rockowo-metalowych suit. Być może za kilka miesięcy powstanie druga odsłona takiego zestawienia a wtedy, kto wie, może odnajdziecie też swoich faworytów. Na ten moment życzę Wam udanego weekendu i celebrowania wolnego czasu z jak najlepszą muzyką!


Playlista: My Top 30 Rock & Metal Suites





poniedziałek, 6 lipca 2026

29.06-05.07.2026

 


Zastanawiam się nieraz, czy podsumowania tygodnia, w których piszę po raz kolejny o tych samych, świetnych płytach, od których wprost nie mogę się oderwać są dla Was równie ciekawe jak te pełne nowości, przypadkowych odkryć lub sentymentalnych powrotów do przeszłości. Szczerze, nie potrafię znaleźć na to jednej dobrej odpowiedzi, tak się jednak składa że ostatnie artykuły plasują się tak mniej więcej po środku. A jak jest w przypadku tego czerwcowo-lipcowego tygodnia zaraz się przekonacie.

Na początek trochę powtórki z rozrywki, czyli doom metalowe albumy roku, a przynajmnien pierwszego półrocza. Death/doom/gothic metalowy Draconian z In Somnolent Ruin, stoner/doomowy Monolord i jego Neverending oraz doomed heavy metalowcy z Khemmis i ich self-tittled piąty krążek. O każdym z nich napisałem już wiele dobrego i myślę, że nie pozostaje już nic innego jak tylko nadal zasłuchiwać się w te wzniosłe, melancholijne i lekko psychodeliczne dźwięki. W dalszym ciągu przyjemnie słucha mi się portugalskiego Heavenwood i wyczekiwanej od lat "dwójki" Tarot of the Bohemians. Wszystko za sprawą mojej ulubionej kompozycji, szóstej na trackliście The Moon, gdzie damsko-męski duet wokalny podkreśla gotycko-okultystyczny klimat tak utworu jak i całego wydawnictwa. 

Na pewno obserwujcie, że tego typu klimatów jest u mnie ostatnio naprawdę sporo. A to nie wszystko, bo doom i gothic metalowe zespoły dowożą kolejne ciekawe nagrania. Weźmy np dwie piątkowe premiery, na które czekałem z największą niecierpliwością. Pierwszą jest Graveyards of Joy hiszpańskiego Todomal, który łączy w sobie doom metalową melancholię ze space rockowymi przestrzeniami uzyskując w efekcie coś, co najbardziej adekwatnie określić można mianem atmosferycznego doomu. Ilość subtelności, jaką muzycy włożyli w swoje kompozycje jest w tym gatunku naprawdę rzadko spotykana a przy tym wszystkim udało się im nie ulecieć całkiem w "rajską dziedzinę ułudy" i nie stracić przez to "słuchalności". Czuję, że w takie kawałki jak For Mędrcy czy utwór tytułowy będę zanurzał się regularnie przez kolejne tygodnie. 

Trochę inaczej mam z Far From God portugalskiego Moonspell. Jest to zespół, który na koncie ma kilka świetnych krążków, kilka nie zawsze trafionych eksperymentów i kilka po prostu przyzwoitych. Pierwsze zapowiadające płytę nr 13 single nie potrafiły mnie porwać. Udało się to dopiero wydanemu całkiem niedawno The Great Wolf in the Sky i dziś, gdy już jestem po kilku sesjach z całością materiału czuję, że jest to płyta, która ma w sobie coś ale wymaga czasu i uważności by w pełni ją docenić. Liczę, że to mi się uda.

Na granicy rocka i metalu, psychodelii i shoegaze'u plasuje się Junius, zespół który niespodziewanie wydał po kilku latach przerwy nową, naprawdę solidną i wciągającą płytę. Sotera ma w sobie coś z kosmicznej eteryczności swych poprzedniczek ale jednocześnie wydaje się bardziej dociążona i, jakby to nie zabrzmiało, przebojowa. Szczególnie dobrze słychać to w utworze pt. Lucifera, który też wczoraj wrzucałem na swojego FB. Na taki Junius warto było czekać.

Przyszła kolej też na siódmy album w dyskografii Candlemass, zatytułowany From the 13th Sun. Leif Edling nigdy nie ukrywał, że był to hołd dla najlepszego zespołu wszech czasów, jak określał Black Sabbath. I w wielu miejscach to porównanie było trafione. Otóż Black Sabbath ma w katalogu albumy, które wcale nie brzmią jak Black Sabbath a "trzynastym słońcem" Candlemass dorobił się płyty, która wcale nie brzmi jak Candlemass. I czy to źle? Akurat w tym przypadku wyszło bardzo ciekawie, nietypowo bo to najbardziej psychodeliczno-stonerowa płyta w dorobku szwedzkiej legendy epic doom metalu. Weźmy np dwie kompozycje, które najbardziej polubiłem - Elephant Star to hołd oddany Children of the Grave i całemu Master of Reality Sabbathów a Galatea ma w sobie coś tak gruzowo-onirycznego jak twórczość młodszego o lata REZN. Tak więc podsumowując tydzień spędzony z tą płytą, nie były to może "świeczki" ale i tak kawał świetnego, choć całkiem innego doomu.

Na koniec doomowej części dzisiejszego wpisu, coś z nowości singlowych. Croak to owoc ponownej współpracy bagiennych metalowców z Froglord z dziesiątą muzą, gdyż utwór ten promuje film pt. Frogman Returns. Muzycznie mamy tu klasyczne dla żabiego lorda sludge'owo gruzowe doomu i cóż, nie sposób sparafrazować klasyka - żabo, jesteś piękna.

Ostatnio wspominałem o renesansie symfonicznego metalu z operowym żeńskim wokalem. I to się dzieje nadal bo nowa płyta Amberian Dawn, Temptation's Gate bardzo mi się podoba. Zwłaszcza że ten pierwiastek metalowy, a czasem wręcz power metalowy jest tak mocno zaznaczony. Melodyjne, podniosłe galopady a miejscami nawet agresywniejsze, growlowane wstawki robią robotę. Łagodniejsza i subtelniejsza jest natomiast EPka Long Cursed Sleep holenderskiego Blackbriar ale Zora i jej świta od zawsze z tej poetyckiej delikatności byli znani. Ten zwrot ku symfonicznemu graniu zaowocował też sięgnięciem po twórczość innego holenderskiego zespołu. I to takiego naprawdę mainstreamowego. Odświeżyłem bowiem sobie The Heart of Everything, jeden z moich ulubionych albumów w dyskografii Within Temptation. Przez lata myślałem, że to ich ostatni prawdziwie symfoniczno metalowy krążek i choć ostatnie wydawnictwo wróciło trochę do korzeni, to do poziomu takich kompozycji jak Our Solemn Hour czy The Howling nie udało im się zbliżyć.

Miłośnikom power metalu za to mogę obwieścić, że styl ten wraca u mnie do łask. Przyczyniły się do tego po równo i stare i najnowsze albumy. Z tego pierwszego grona najwięcej czasu spędziłem z Epsilon, piątym i uwielbianym przeze mnie albumem fińskiego Dreamtale. To płyta, która ma w sobie to, co w muzyce zespołu najlepsze. Erkki Seppanen ze swym wyjątkowym wokalem, szybkość i melodie, mocne i wartościowe teksty i tą jakże typowo fińską mieszankę klawiszowych popisów z gitarowym podkładem. I choć ten album wydano w 2011 roku to duchem jak najbardziej wpisuje się w złotą dla powera pierwszą połowę lat dwutysięcznych. 

Druga płyta, jeszcze starsza bo kończąca niedawno 24 lata to Dragonslayer szwedzkiego Dream Evil. Do jej posłuchania zachęcił mnie swoimi komentarzami Michał Czyżewski i z tego miejsca mu bardzo dziękuję. Ja z Dream Evil osobiście zawsze najchętniej sięgałem po najbardziej znaną Book of Heavy Metal ale patrząc w czysto power metalowych kategoriach to ten koncept album, opowiadający o, nie zgadniecie, polowaniu na smoka jest najbardziej ognistym, najszybszym i najbardziej powerowym w ich całym katalogu. I zajebiście się go słucha, po prostu.

Pozostając w Szwecji, kolejny tydzień czas umilał mi Chapter V: Unbent, Unbound, Unbroken heavy/powerowego Hammerfall. Jest to album, który miał tego pecha, że ukazał się po kapitalnym Crimson Thunder i przez lata stał zawsze w jego cieniu. A przecież to też świetny zestaw utworów, zarówno metalowych hymnów w stylu Blood Bound jak i powerowych patatajek jak Secrets. No i, co ważne dla fanów fantastyki, jest to pierwszy krążek aż tak wyraźnie inspirowany Pieśnią Lodu i Ognia - sam tytuł to przecież zawołanie rodowe Martellów z Dorne. Wiedzieliście o tym?

Ten sam, wspomniany powyżej Michał ostatnio często sięgał po twórczość Jorna Lande. Jak się to ma do mojego tygodnia? Otóż Jorn był pierwszym wokalistą niemieckiego Masterplan, zespołu, który powstał jako rozwinięcie stylu zaprezentowanego na The Dark Ride, najmroczniejszym albumie w historii Helloween. Macierzysta kapela odrzuciła pomysły Rolanda Grapowa i Uli Kuscha, ci więc założyli własną formację. Dziś w Masterplan z tej trójki został tylko Grapow a za mikrofonem stoi znany z wielu hard, heavy i powerowych składów Rick Altzi. Ta grupa wydała niedawno płytę Metalmorphosis, która jest w porządku. Po prostu w porządku, można jej posłuchać bez bólu uszu, Altzi dość dobrze zastępuje Jorna a muzyka trzyma poziom sprzed lat. Wszystko jest na swoim miejscu ale jakby tego przebłysku geniuszu gdzieś tam zabrakło. 

Ciekawi mnie jeszcze, czy ktoś pamięta o takim zespole jak Terasbetoni? Swego czasu wystąpili nawet na Eurowizji, grali mocny heavy metal z pewnymi wpływami powera a za mikrofonem stał basista Jarkko Ahola. Panowie wydali kilka dobrze przyjetych płyt, potem wokalista rozpoczął karierę solową i zespół zawiesił działalność. A byli pewnym ewenementem na scenie, gdyż wszystkie utwory śpiewali w swoim macierzystym języku. Jeśli więc szukacie czegoś nieco "innego", zróbcie to co ja i sięgnijcie bo jakąś płytę fińskiego "żelazobetonu" ;)

Czy to już koniec? Nie całkiem. Jest na FB taka grupa jak RMP - Rock/Metal Progresywny i to w niej, w ramach swojej serii #alfabetrocka posty publikuje Krzysztof Pękala. Dzięki niemu poznałem już niejeden intrygujący a mniej znany zespół. Nie inaczej było w tym tygodniu a moim łupem padł Circulus, brytyjski zespół grający tak charakterystyczną dla Wysp mieszankę progresywnego rocka i folku. Za namową autora postu sięgnąłem po ich album nr 2, wydany w 2006 roku Clocks Are Like People i rozpłynąłem się w delikatnych dźwiękach, nasyconych nutką ludowej magii i podkreślonych umiejętnie dopasowanymi harmoniami wokalnymi, dzięki którym ma się wrażenie uczestnictwa w jakiejś gawędzie, snutej w tawernie na rozstajnych drogach, na skraju mrocznej puszczy. Serio.

Ok, teraz już dopłynęliśmy do drugiego brzegu. Kolejny tydzień za nami a tuż pod wpisem jak zwykle link do playlisty. Piszcie w komentarzach, jakiej Wy muzyki najczęściej słuchaliście, co Was zachwyciło, co rozczarowało i co nowego trafiło do Waszej biblioteki. Pozdrawiam!






czwartek, 2 lipca 2026

Czerwiec 2026 - Podsumowanie Miesiąca

 


My Dying Bride wydało kiedyś płytę 34,788%... Complete a rok 2026 w dniu dzisiejszym osiąga 50,411% by być już complete. Co to oznacza? Otóż, czerwiec już za nami i czas na muzyczne podsumowanie miesiąca. Jednego z nalepszych miesięcy tego roku, trzeba dodać. A czyja to zasługa? Wszystkich wymienionych poniżej artystów.

Draconian - bo In Somnolent Ruin, pierwsza studyjna płyta po powrocie Lisy Johansson nie była w żadnym wypadku bezwstydną grą na nostalgii a wręcz przeciwnie, zespół postawił na jeszcze bardziej podniosłe, przejmujące i przytłaczające brzmienia dowożąc nam jedną z najlepszych płyt roku

Monolord - bo przez lata stale rozwija, urozmaica i dopieszcza swój styl, nie pozwalając słuchaczowi się nudzić nawet przy dłuższych niż "standardowe 5 minut" kompozycjach a najnowsza Neverending to właśnie, nomen omen, potwierdzenie niekończącej się ewolucji szwedzkich stoner/doomowców

Khemmis - bo gdy niebędącą debiutem płytę nazywa się imieniem kapeli, stoi zwykle za tym jakiś poważniejszy powód. I tak właśnie piąty album Amerykanów można uznać za deklarację programową ich stylu, który sami określili mianem doomed heavy metalu

Nevermore - bo nikt nigdy nie grał i raczej nie będzie grał tak jak oni z Warrelem Dane za mikrofonem. I choć kibicuję ich powrotowi i z zainteresowaniem przyjmę informację o nowej muzyce wydanej pod tym szyldem, to jednak skład odpowiedzialny za Dead Heart in a Dead World i pokrewne będzie zawsze najbliższy memu sercu

Evergrey - bo ekipa Toma Eklunda jak nikt inny potrafi grać swoje, nie zjadając równocześnie wlasnego ogona. Architects to już ich piętnasty album więc taką opinię można uznać za komplement

Mirror of Deception - bo obok takiego albumu jak Transience nie można przejść obojętnie. I nawet jeśli odkrywasz go dobre kilka miesięcy po premierze, potrafisz poświęcić dla niego inne doom metalowe perełki, na które czekałeś od dawna

Przesilenie - bo w folk metalu nie chodzi tylko o granie heavy/power/death/doom/blacku (niepotrzebne skreślić) w akompaniamencie fletni Pana/dud/cymbałków etc tylko o przesycenie tej muzyki prawdziwie ludowym klimatem i sposobem myślenia. I to właśnie na Kołowrocie udało się idealnie zrealizować

Echo Zero - bo jeśli za fantastyczno-naukowy (jakkolwiek) concept album biorą się muzycy niezwiązani ze światem prog-rocka czy power metalu możemy spodziewać się czegoś wyjątkowego. A jeśli tymi osobami są muzycy odpowiedzialni chociażby za Gruzję czy Biesy, mający "w końcu na siebie pomysł" - efekt zwala z nóg.

Elle Zero - bo towarzyszenie Leonardo Trevisanowi od jego pierwszego albumu, obserwowanie jak rozwija swój warsztat muzyczny i (co ważne) ilustratorski z każdym kolejnym wydawnictwem to naprawdę wielka frajda. Większą może być jedynie odsłuch wieńczącego trylogię Travelling, mającego w sobie to co każda rasowa nwothm-owa płyta

Shadowborne - bo debiut szwedzkej kapeli, Heaven's Calling pojawił się u mnie w idealnym momencie. Swoimi inspirowanymi Pieśnią Lodu i Ognia tekstami wypełnia czas między jednym a drugi odcinkiem Rodu Smoka a muzyką - szybkim, melodyjnym i podrasowanym elektroniką power metalem "odzyskał" mnie dla tego gatunku po kilku dłuugich tygodniach przerwy

To była dopiero pierwsza "dziesiątka", której chciałbym szczególnie podziękować za mnóstwo muzycznych ale i intelektualnych i emocjonalnych doznań w ostatnim miesiącu. Warto jednak wspomnieć jeszcze o kilku innych ważnych dla mnie, z różnych powodów, artystach. Z czerwcowych nowości bardzo przyjemnie spędzało się czas chociażby z drugą częścią Tarot of the Bohemians, portugalskiego Heavenwood - gdzie elementy symfoniczno-gotyckie spotykały się z delikatną nutą doom metalu czy EP-ką symfoniczno-metalowego Blackbriar, zatytułowaną Our Long Cursed Sleep, będącą godnym zamknięciem rozdziału rozpoczętego rok temu przez kapitalne A Thousand Little Deaths. Jak zawsze ciekawy amalgamat gatunków zaprezentował szwedzki Call the Fraud na płycie Unpleasant Destructive a Eternal Monsters, wydana w maju dwudziesta-któraś płyta brytyjskiej legendy pagan-gothic-rocka, Inkubus Sukkubus swój okultystyczny wpływ wywierała na mnie przez kolejny miesiąc.  Nie mogę też nie wspomnieć o czerwcowym bohaterze muzycznych wykopalisk, czyli progresywno-hard-rockowo-psychodelicznym Jade Warrior z Wielkiej Brytanii i ich wydanych na początku lat 70-ych albumach, ze wskazaniem zwłaszcza na ten pierwszy, eponimiczny krążek. A jeżeli wierzycie, że stara miłość nie rdzewieje to najlepszym przykładem będzie u mnie namiętne słuchanie Am Universum, piątej płycie Amorphis, o której ciepłych słów napisałem już wiele - i przy okazji czerwcowych podsumowań tygodnia i również w postach z poprzednich lat. Nie ma i nie było w ich katalogu lepszej płyty - tak jest i nie zapraszam do dyskusji.

Oczywiście możemy, i nawet bardzo by mi było, gdybyśmy przedyskutowali pozostałe tematy, a zwłaszcza jeśli podzielicie się Waszymi czerwcowymi zestawieniami najchętniej słuchanym piosenek, płyt czy zespołów. A jeśli chcecie po prostu posłuchać dobrej muzyki, czerwcowa playlista już na Was czeka. Enjoy!

poniedziałek, 29 czerwca 2026

22.06-28.06.2026

 

Tydzień za tygodniem, każde kolejne podsumowanie jest nieco inne a proporcje między gatunkami płynnie się zmieniają. Są też jednak takie okresy, gdzie pewny trend zostaje utrzymany a nowości jest mniej. Trochę to wina wydawców, którzy na lato serwują nam mniejsza liczbę premier, trochę wina (a raczej zasługa) świetnych płyt, które zatrzymują mnie przy konkretnym stylu na dłużej. Dziś ponownie, po kolejnych 7-dniach przychodzi mi zadać sobie to samo pytanie - jak wyglądał mój muzyczny tydzień?

Rzeczywiście okres od 22-go do 28-go czerwca był czasem pewnej stabilizacji. Kolejne tygodnie spędziłem przy takich doom-metalowych arcydziełach jak In Somnolent Ruin death/gothic/doomowego Draconian, self-tittle albumu od bardziej tradycyjnie heavy metalowego Khemmis czy nowym krążku stoner/doomowców z Monolord pt. Neverending. Kontynuowałem też zapoznawanie się z liczącym sobie już blisko 40-lat czwartym albumem Saint Vitus - jednego z ojców doom metalu. Mournful Cries jak już wiecie, zwrócił moją uwagę przez okładkę z hybrydą smoka i hydry ale muzyka, jaką zespół tu prezentuje w pewien sposób koresponduje z ilustracją. Jest potężna, budząca respekt i niczym pożoga, pochłaniająca coraz mocniej. Na przeciwległym, bardziej piosenkowym ale niestroniącym od "gruzu i fuzu" biegunie postawiłbym pierwszy singiel zapowiadający nowe wydawnictwo szwedzkiego Besvärjelsen. Didn't Come to Party jest taki właśnie trochę imprezowy ale gdy tylko mamy na myśli jakieś psychodeliczno-okultystyczne party. Mnie się podoba.

Szwedzcy mistrzowie epickiego doom metalu, Candlemass na koncie ma 13 albumów studyjnych. Jak wiecie, odsłuchuję po kolei wszystkie, od legendarnego Epicusa. Tym razem przyszła kolej na mniej przeze mnie znany okres w ich twórczości, mianowicie czas Björna Flodkvista za mikrofonem. Zadebiutował on na szóstej (bo Chapter VI był piątym studyjniakiem) płycie zespołu, wydanej w 1998 roku Dactylis Glomerata. Jest to płyta trochę dziwna i na pierwszy rzut oka, mało "świeczkowa". Mamy tu coraz więcej instrumentów klawiszowych, bardziej psychodeliczne klimaty i ogólnie taki gotycki klimat, stojący w kontrze do podniosłych pieśni z "klasycznego okresu". Ma to jednak swój urok, a zwolnienie i wejście klawiszy w I Still See the Black to jeden z najlepszych momentów tej płyty. Na uwagę zwracają też dynamiczne, punkowe momenty w Lidocain God czy psychodela wyłaniająca się z Abstrakt Sun. Nie spodziewałem się, siadając do płyty, której wcześniej chyba nigdy w całości nie przesłuchałem, że przyniesie mi ona aż tyle niezwykłych doznań a jej mroczny klimat będzie być może jedynym źródłem chłodu w te upalne, czerwcowe dni.

Tak jak artykuł o smokach pozwolił mi wkręcić się w muzykę Saint Vitus, tak wtorkowa nitka na utwory inspirowane prozą GRR Martina przypomniała mi o Take the Black - solidnej choć rzadko dotychczas słuchanej przeze mnie kompozycji heavy/powerowego HammerFall. Czuję, że zawierający ją album, Chapter V zostanie ze mną na dłużej. 

Power metal ostatnio nie był u mnie częstym gościem. Na szczęście dzięki debiutującemu w zeszłym tygodniu Shadowborne nie musze sięgać jedynie po starsze krążki ale mogę ekscytować się szybkim, melodyjnym i również nieco elektronicznym brzmieniem płyty Heaven's Falling. Co więcej, gro utworów również jest inspirowanych Pieśnią Lodu i Ognia z epickim Hold the Door na czele.

Mówiąc o zmieniających się proporcjach gatunków warto wspomnieć o nowym, starym graczu wkraczającym od tygodnia na scenę. Metal symfoniczny z kobiecym wokalem, zwany czasem (może nieco krzywdząco) diva metalem miewa u mnie lepsze i gorsze okresy. Obecnie dzięki najnowszej EP-ce Blackbriar zainteresowanie wróciło a piątkowa premiera Temptation's Gate, pierwszego od sześciu lat albumu z premierowym materiałem, jaki przygotował fiński Amberian Dawn ten efekt wzmocniła. Jest to pierwsze wydawnictwo z nową wokalistką, Nicole Willerton w składzie i pierwsze od dawna pełne takiego ognistego, soczystego metalu z mocnym wskazaniem na symfoniczno-powerowe elementy. W kąt odrzucono ten cały abba metal, z jakiego ostatnio byli znani i wg mnie był to strzał w dziesiątkę a singlowy Moon to jeden z najostrzejszych i najcięższych kawałków w ich dorobku. Jak na dość ubogi premierowy piątek, Temptation's Gate było dla mnie płytą numer 1.

Drugi tydzień z rzędu spędziłem na przypominaniu sobie mojej ulubionej płyty Amorphis. AM Universum ma w sobie to coś, czego brakowało mi na kilku nowszych wydawnictwach. Melodie, nastrój, kosmiczny klimat i ten przełamujący to wszystko saksofon. Kurde, kiedyś to były czasy.

Nawiązując do jednego z wpisów Adriana Płodzienia na fb grupie MetalNews sięgnąłem po twórczość duńskiego VOLA. Śledzę ich z zainteresowaniem praktycznie od debiutu i, jeśli miałbym wejść w lekką polemikę z kolegą, najbardziej lubię to ich oblicze, w której elementy progresywne są równo wyważone z tymi post-metalowymi. Nadaje to całości pewnej unikalności, o którą w dzisiejszej muzyce naprawdę niełatwo. Stąd też na dzisiejszej playliście macie do spradzenia po 1 utworze z Inmazes i Applaus of a Distant Crowd.

Jeśli już o oryginalności w metalu mówimy to zapraszam do Krakowa na tutejszą black metalową scenę. W tym miesiącu wydała ona kolejny ciekawy projekt pod nazwą Echo Zero a ich debiut pt. E0 to niezwykła, post-blackowa płyta koncepcyjna. Połamane rytmy, szalone wokale i surrealistyczna historia - tak się gra tylko w Mieście Kraka.

Pora na niewielki progresywny kącik. W nim nadal panoszy się Jadeitowy Wojownik - legendarna prog-psychodeliczno-hard rockowa kapela z UK z debiutem, na którym prócz wymienionych nurtów trafiamy choćby na elementy etnicznej muzyki Masajów. Co mogę jeszcze dodać, jeśli szukacie czegoś przekraczającego bariery stylów a pociąga Was muzyczna archeologia, Jade Warrior jest dla Was.

Po jednej z wizyt w Maciejkowym Ogródku Muzycznym przypomniała mi się przepiękna kompozycja neo-progresywnego Mystery pt. Sailor and the Mermaid, pochodząca z albumu Beneath the Veil of a Winter's Face. Jak cała twórczość kanadyjskich muzyków, jest to niezwykle przejmujący i pełen piękna utwór, płynący powoli i wciągający każdą odegraną z pasją nutą. Dziękuję Maćku za te wszystkie wzruszenia, jakich w tym tygodniu doświadczałem i czekam na kolejne wyprawy.

Jakiś czas temu w audycji Epoka Żelaza pojawił się mój ulubiony bard, Damh the Bard. Było to miłe zaskoczenie a zarazem impuls, by również tak jak red. Julia, ponownie poczuć "ducha Albionu" - taki właśnie tytuł nosi płyta, po którą w tym tygodniu sięgnąłem by choć na chwilę przenieść się do staroangielskich lasów, pełnych szumu liści, śpiewu ptaków a przede wszystkim cienia i podmuchów wiatru na rozgrzanej twarzy.

Jak tu się nie rozmarzyć, gdy skóra spływa z człowieka razem z potem. Łapcie więc może odrobinę wiosenno, jesienno, zimowej muzyki, jakiej pełno jest na dzisiejszej playliście, słuchajcie, komentujcie i wrzucajcie swoje podsumowania. Obyście zawsze znaleźli wodę i cień!

Playlista: 28.06.2026 

piątek, 26 czerwca 2026

Wiosna 2026 - Podsumowanie Kwartału

 


Ciężko uwierzyć, że już dwa pierwsze kwartały nowego roku znikają w mrokach dziejów. Drugi z nich, wiosenny był u mnie trochę jak przysłowiowy kwiecień - przeplatał trochę zimowego, mrocznego doomu i psychodelii a letnimi, pogodnymi power metalem i aor-em, dodając do tego jeszcze trochę innych muzycznych frontów atmosferycznych. Najważniejsze jednak, że póki co był to chyba najlepszy artystycznie okres w tym roku a wiele z wydawnictw, o których za chwilę opowiem może spokojnie czekać na miejsce na liście albumów roku. 


NAJCZĘŚCIEJ SŁUCHANY UTWÓR

Draconian - Cold Heavens - po cichu liczyłem, że zapowiadany od dłuższego czasu nowy album szwedzkich death/doom/gothic metalowców będzie czymś pięknym w swej melancholii ale nie byłem przygotowany na to, że już pierwszy singiel wyrwie mnie z butów swoim ładunkiem emocjonalnym, niespotykaną dotąd mocą i siłą głosu wracającej po latach przerwy na swoje miejsce za mikrofonem Lisę Johansson. Tak energicznego, pełnego pasji i tragizmu numeru w swojej dyskografii jak dotąd Szwedzi nie mieli.


NAJLEPSZE ALBUMY KWARTAŁU

Ostatnie miesiące to zdecydowanie u mnie czas zadoomy i to od tego gatunku zaczniemy podsumowanie najlepszych płyt ostatnich trzech miesięcy. Nie będzie zaskoczeniem, gdy wymienię w tym gronie In Somnolent Ruin zespołu Draconian - wrażenia, jakie wywiera na mnie ich muzyka dobrze opisałem już powyżej.  W podobnym klimacie tworzą też francuskie Angellore, fińskie Hanging Garden i portugalskie A Dream of Poe a ich najnowsze dzieła, odpowiednio Nocturnes, Isle of Bliss i Katabasis: A Marriage Among Ashes również są warte uwagi ze względu na umiejętność łączenia grobowego ciężaru z romantyczną melodyką. Nie można pominąć też bardziej stonerowej gałęzi doom metalu, w której króluje szwedzki Monolord i jego najnowsza płyta pt. Neverending. Jestem pod wrażeniem jak można stałe ewoluować brzmienie pozostając wiernym swojej własnej stylistyce. Miłym zaskoczeniem, choć trochę górskim z uwagi na koniec działalności było Infinite Illumination heavy/doomowego Spirit Adrift. Wśród płyt mniej lub bardziej powiązanych z doom metalem umieściłbym Śnienie lubelskich Źrenic, choć pełno tu innych inspiracji - od psychodelii po folk, stoner czy nawet (w utworze Sam) poezję śpiewaną. Nic jednak nie przebije wbijających się w mózg z każdą kolejną nutą Innych, drugiego z najczęściej słuchanych ostatnio przede mnie kawałków. Mamy tu murowanego kandydata do tytułu debiut roku. 

Tak jak maj/czerwiec należały bardziej do doom metalu, tak okres od końca marca do połowy maja upłynął mi pod znakiem AOR/hard rocka/hair metalu i był to świetny czas. Pełne soczystych gitar, mocnego rytmu i przebojowych melodii plyty nowej królowej glam metalu Chez Kane (Reckless), legend gatunku zza oceanu takich jak Tyketto (Closer to the Sun) i Hardline (Shout) czy przedstawiciela coraz bardziej dominującej w AOR skandynawskiej sceny (Creye i zaskakująco udany krążek IV: Aftermath) były idealnym ładunkiem energii do przerwania wiosennego marazmu i, niczym przyroda, powrotu do życia. 

Rzadziej pisze ostatnio w poniedziałkowych postach o power metalu, było jednak w poprzednich miesiącach też sporo udanych krążków. Najbardziej polubiłem chyba efekt współpracy kanadyjsko-ukraińskiej w postaci projekty Godspear (z boskim Naumenką na wokalu) i ich pierwszego pełniaka pt. Turn to the Light. Ogólnie ten wiosenny power przychodził do mnie z różnych, mniej popularnych w gatunku kierunków. Weźmy choćby drugie wydawnictwo islandzkiego Power Paladin, pełne epickiego, symfonicznego grania w klimatach fantasy. Oczywiście tak reprezentatywne dla powera kraje jak Niemcy czy Szwecja również w tyle nie zostały. Mournbraid szwedzkiego, bardzo klasycznego Evermore i The Heart Remains at Home na skroś niemieckiego (bo czy inna nacja potrafi tak sprawnie łączyć hard rock, heavy i power metal) Kingsmash zapewniły mi godziny rozrywki na solidnym poziomie.

W tym całym powerowo, AORowo, doomowym zamieszaniu udało się nie przepaść kilku artystom ze zgoła innego środowiska. Rock gotycki w pogańskich klimatach kolejny raz dowiózł brytyjki Inkubus Sukkubus a o wieczory pełne muzycznych kontemplacji zadbali proggerzy z Kolm i Green Carnation.

W każdym podsumowaniu kwartału obowiązkowo znajduje się kącik z zespołami i płytami, o których sobie przypomniałem po latach lub odkrywałem całkiem na nowo. Tym razem bank rozbił Anthrax, najbardziej niedoceniany z Wielkiej Czwórki Thrashu. Dosłownie przepadłem w tym pełnym luzu i dystansu graniu, o jakie wzbogacili swój gatunek lecz dopiero wydany w "chudych latach 90-ych" Sound of the White Noise, wnoszący bardzo mocną inspirację groove metalem do repertuaru kapeli pokazał w pełni jej wielkość. Kurczę, za samo Only dałbym się pokroić ;) Inne muzyczne wspominki, które warto wymienić to Alternative 4, pierwsza tak nomen omen alternatywna płyta Anathemy czy trylogia Legend of Valley Doom Mariusa Danielsena, która już niedługo powinna zmienić się w tetralogię. Dla wielbicieli power metalowych oper pozycja absolutnie obowiązkowa.


NAJWIĘKSZE ZASKOCZENIE

Cóż, nie będę ukrywał że od kilku dni żyję ogłoszeniem, że Edguy, jeden z dwóch moich ulubionych zespołów wraca by dopisać ostatni rozdział swej historii. Jestem ciekaw objętości tego rozdziału i po cichu liczę też na nową, pożegnalną płytę. Przed oczami mam album zatytułowany po prostu Edguy, na którym za kompozycje odpowiadają po równo wszyscy członkowie bandu. W jakiś sposób byłoby to obejściem deklaracji Sammeta o "creative breaku". Ehh... Inne zaskoczenia to, bardziej pozytywne - powrót Creye do grania z sercem po trochę na siłę dociążonej trójce i slodko-gorzkie - pożegnalny album Spirit Adrift, o którym już wyżej pisałem.


NAJWIĘKSZE ROZCZAROWANIE

W tej kategorii nie było może płyt, które odrzucałyby całkiem od słuchania ale te dwie, i których napiszę po prostu jak na stojących za nimi artystów były co najwyżej "średnie". Najwięcej uwag mam do Venom, pionierów tak thrash jak i black metalu. Wydawałoby się że po nawiązującej do klasycznego Black Metal okładce i pierwszym singlu o wiele mówiącym tytule Lay Down Your Soul, Into Oblivion będzie triumfalnym powrotem do czasów surowego nwobhm. W rzeczywistości jednak dostaliśmy zestaw mało zajmujących kawałków, z których nawet silna nuta nostalgii nie potrafiła wykrzesać jakiegoś ognia. Płyta może nie do zwrotu ale do przesłuchania i  odłożenia na półkę. Drugą płytą, która wyraźnie blednie przy swoich poprzedniczkach jest World War Dinozaur niemieckiego Victorius. Jest niby szybko, jeszcze bardziej campowo niż wcześniej ale wyraźnie widać, że formuła dino-powera się wyczerpuje. Nie ma tu tego luzu, lekkości i zabawy jaką dawała mi (miłośnikowi lore Power Rangers) EPka Legend of the Power Saurus czy pierwszy LP Space Ninjas From Hell. Co prawda można tu jeszcze znaleźć fajne i wciągające utwory, takie jak choćby Golden Glory ale jedna kompozycja na dwanaście to trochę mierny wynik. Stać ich na pewno na więcej.

NAJWIĘKSZE ODKRYCIA

Cóż. Ten akapit podzielę na odkrycie de novo i odkrycie na nowo ;) Pierwszym jest Kingsmash, zespół którego w "zielonej platformie" słucha miesięcznie 234 osoby. Szkoda bo jeśli lubicie niemieckie granie w stylu Accept to i ci panowie muszą Wam przypaść do gustu. Na nowo natomiast odkryłem pirate metalowy Blazon Stone. Przestałem ich śledzić w zasadzie już po premierze drugiego krążka (czyli w 2015 roku) i z własnej winy przegapiłem kilka naprawdę udanych płyt. Udało mi się jednak nadrobić zaległości a wszystko dzięki czteroutworowej EPce Tresure Hunt, której premierę (grudzień '25) też przegapiłem :p Mam jednak nadzieję, że po kilku wiosennych artykułach, w których ciepło wypowiadam się na ten temat, Cedric wybaczy mi to niedopatrzenie.


OCZEKIWANA NA PRZYSZŁOŚĆ

Regularnie (co 3 miesiące ;) ) wrzucam tu listę albumów, na których premierę czekam z największym utęsknieniem. Niech zatem tradycji stanie się zadość a to rzeczone krążki:

Moonspell - Far From God - 03.07 (choć trochę z niepokojem)

Black Sites - From Eternity - 15.07

Rezn - Cycles In The Infinite Dream - 24.07

Xandria - Eclipse - 07.08

Triosphere - Oceans Above, Stars Below - 28.08

Kamelot - Dark Asylum - 28.08

Besvärjelsen - Til Glömskan Ad Oblivionem - 28.08

KingCrown - Moonfall - 04.09

Green Lung - Necropolitan - 11.09

Anthrax - Cursum Perficio - 18.09

Metalite - Discovery - 25.09

The Ocean - Solaris - 25.09


PODSUMOWANIE 

Podsumowanie aż 93 dni słuchania muzyki bez pominięcia choćby jednego artysty nie jest łatwe. Pomyślmy jednak co by było gdybyśmy mieszkali na Marsie, gdzie wiosna trwa aż 194 sole. Mam jednak nadzieję, że każdemu oddałem choć odrobinę niezwykłych doznań, jakie zapewniała mi ich muzyka. Każdą z tych chwil, każdą z niesamowitych nut postarałem się zamknąć w dołączonej do artykułu playliście. Życzę Wam wszystkim miłego odsłuchu, dziękuję za kolejną spędzoną wspólnie wiosnę i oczywiście pytam o Wasze podsumowania a także, parafrazując tytuł płyty polskiego Exodus, nadzieje-niepokoje na przyszłość. 

Kłaniam się, Wasz Kronikarz.

Playlista: Wiosna 2026


poniedziałek, 22 czerwca 2026

15.06-21.06.2026

 


Witam wszystkich w pierwszy w pełni letni dzień a zarazem pierwszy dzień nowego tygodnia. To oznaczać może tylko jedno - przygotujcie się na kolejne muzyczne podsumowanie.

Znów będzie mocno doomowo, jakby na przekór upalnym, słonecznym dniom, choć niejeden z artystów, o których napiszę umie kreować prawdziwie duszne klimaty. Zaczniemy jednak od piękna utkanego z melancholii, rozpaczy i bólu jakim jest najnowsza płyta szwedzkiego Draconian. In Somnolent Ruin to kwintesencja twórczości zespołu - mieszanka gothic, death i doom metalu z nutą symfonicznego nokturnu. Płyta, której słuchać można bez końca.

Kilka lat temu zespół Khemmis wypuścił EP-kę pt. Doomed Heavy Metal - jest to o tyle znacząca informacje, ponieważ właśnie w takim kierunku ewoluowała przez lata ich muzyka. Wydana 10 dni temu piąta płyta, zatytułowana po prostu Khemmis ma w sobie bowiem i sporo doomowej melancholii, typowej dla epic doomu majestatyczności ale jest i sporo heavy metalowego ognia, przyspieszeń tempa (choć ostrożnych i w pełni kontrolowanych) ale w tym wszystkim nie zmienia się jedno - zdolność kreowania takich melodii, że człowiek słucha z zapartym tchem i czuje jakby przenosił się do innego, odwzorowanego po raz kolejny na świetnej okładce, świata.

Kolejny tydzień zanurzam się w dźwięki płynące z Transience nagranej przez epic doomowe Mirror of Deception. Tym razem najwięcej czasu poświęciłem zamykającej krążek kompozycji Meander i jej majestatycznemu i malowniczemu nurtowi.

Po drugiej stronie doomowego spektrum mamy kilka ciekawych stonerowych pozycji - dwie nowości i jeden klasyk gatunku. Może jednak obecnie określanie Elder tym mianem to nadmierne uogólnienie, bo Through Zero jak i jej poprzedniczki przedstawiają nam zespół z bardziej psychodeliczno, prog-rockowej strony. Jak dla mnie każda z tych odsłon jest jednak warta uwagi a kwestię otagowania zostawmy muzycznym purystom. Tu liczą się głównie emocje a tych takie kawałki jak choćby Sight Unseen zapewniają aż nadto. Jeśli chodzi o drugi album - tytuł Neverending może sugerować albo dłużące się w nieskończoność kompozycje albo krążek, którym zainteresowanie nie kończy się ani po 5-ym, ani 10-ym ani n-tym odsłuchu. Jak jest z tym wydawnictwem chyba nie muszę tłumaczyć. Słucham, słucham i oderwać się nie umiem. 

Teraz klasyka. Pamiętacie mój piątkowy artykuł o albumach ze smokiem na okładce? Rzutem na taśmę trafiła do niego Mournful Cries - czwarta pozycja w dyskografii Saint Vitus. Kapela, która uważana jest za jedną z pierwszych doom metalowych w ogóle, mocno przez lata inspirowała się wczesnym Black Sabbath ale sama również wywarła duży wpływ na młodszych artystów ze wskazaniem szczególnie na scenę psychodeliczno-stonerową. Na Mournful Cries udało im się po trochu upchnąć każdego z tych elementów, co w efekcie końcowym dało i nieźle bujającą, hipnotyzującą i ciężką, pełną mroku całość.

Jeśli mowa o pionierach doom metalu grzech nie wymienić Candlemass. A ja, jak już nieraz przy okazji innych kapel, robię sobie cotygodniowe tournee po ich dyskografii. Nadszedł czas na kontrowersyjny Chapter VI, który de facto jest piątym studyjnym (nie licząc Live z 1990) albumem zespołu. Wielu fanów w tamtym okresie odrzuciło płytę, głównie ze względu na zastąpienie charyzmatycznego Messiaha Marcolina Thomasem Vikströmem a także coraz bardziej widoczne power metalowe wpływy. Powiem Wam, że ja ten album po prostu bardzo lubię, choć nadal ciężko mi odnaleźć w nim te rzekomo powerowe inspiracje. Riffy wielu utworów bardziej przypominają thrash przełomu lat 80-ych i 90-ych, tempo jest szybsze i bardziej agresywne, melodie nie tak hymniczne ale kurcze, to jak Vikström interpretuje Julie Laughs No More, Aftermath czy bardziej tradycyjnie doomowe The Ebony Throne sprawia, że wcale nie tęsknię za Messiahem. Ale może spojrzenie na Chapter VI z blisko trzydziesto-paroletnim dystansem sprawia, że nie podchodzę do niego z nieporzebnymi uprzedzeniami. 

Na koniec doomowej sekcji jeszcze jedna całkiem świeża premiera - Mors Certa, Hora Incerta naszego rodzimego Starless Void. Z wszystkich wcześniej wymienionych mamy tu chyba najwięcej surowego, death czy black-metalowego sznytu i ta mieszanka robi swoje. Punktem szczytowym krążka są znane już z singla, śpiewane po polsku Mgły Nocnych Mar ale uwierzcie, pozostałe sześć numerów to też pełen plugawej, dusznej atmosfery gruzowy doom.

Polska scena muzyczna ma obecnie jeszcze więcej do zaoferowania. Czy słyszeliście może o projekcie Echo Zero? Jeśli nie to nadrabiajcie zaległości bo to najświeższa perełka poetycko-dekadenckiej krakowskiej sceny bm. Ich debiutancki krążek nosi tytuł E0 i jest w pełni concept albumem, którego głównym wątkiem jest odkrycie pod lodami Arktyki dziwnej anteny, będącej prawdopodobnie reliktem obcej cywilizacji. Jak dalej potoczy się akcje? Sprawdźcie sami. A jeśli ktoś, tak jak kolega Puszka szuka ciekawych post-metalowych concept albumów to E0 jest absolutnym must-have.

Na dokładkę wrzucam jeszcze utwór Błękitne folk-metalowego Przesilenie z zaznaczeniem, że w ich utworach ten "folk" nie jest tylko ozdobnikiem do raczej metalowego grania ale przenika każdy akord swoją atmosferą i ludową filozofią.

Melancholii ciąg dalszy, choć już w nieco lżejszej formie. Kilka tygodni temu swoją premierę miała druga część The Tarot of the Bohemians portugalskiego Heavenwood. Obie częsci dzieli aż dziesięć lat ale na szczęście moje zainteresowanie twórczością Ricardo Diasa przez ten czas nie osłabło i nową płytę przywitałem z zadowoleniem. I tak zostało, bo słucha się jej bardzo przyjemnie, nie straciła nic z gotyckiego klimatu poprzedniczki a miejscami udało się nawet ten nastrój nawet bardziej podrasować. Spośród 10-ciu nawiązujących tytułami do postaci z tarota kompozycji najbardziej podoba mi się The Moon i to ją znajdziecie na dzisiejszej playliście.

Swój niezwykły klimat ma też AM Universum, piąta i moja ulubiona (obok Eclipse) płyta Amorphis. Jak pewnie wiecie, wydana na jesieni Borderlines jakoś do mnie nie trafiła (nie przeszła kontroli granicznej :P ) ale do piątki i czasów Pasi Koskinena wracam bardzo chętnie i daję się ponieść romantycznej, trochę space i prog-rockowej magii jaką oferują Veil of Sin, Shatters Within, Alone i każda inna z pozostałych siedmiu punktów tracklisty. Pure magic.

Wiele osób myli gothic z symfonicznym metalem, zwłaszcza jeśli na wokalu mamy operującą klasycznym wokalem kobietę. Holenderski Blackbriar do miana gotyckiego nie aspiruje ale jako symphonic sprawdza się świetnie, co potwierdza na EP-ce Our Cursed Sleep, będącej swego rodzaju suplementem do ubiegłorocznego A Thousand Little Deaths. Przypominam, że tamten album trafił do mojej topki za 2025 rok więc oczekiwania wobec nowych 4 utworów miałem wysokie. Dziś, po kilku odsłuchach czuję, że to był dobrze spędzony czas a czy obronią się "po latach" - czas (właśnie) pokaże.

Krótki akapit na temat rocka gotyckiego i mojego ulubionego Inkubus Sukkubus. Pragnę poinformować Państwa, że Eternal Monsters jest ze mną kolejny tydzień i kolejny pochodzący z niego utwór coraz mocniej do mnie przemawia. Tym razem jest nim otwierający album She's A Killer, idealnie pasujący do maniery i osobowości wokalnej Candii.

Ostatnio wróciło mi zainteresowanie zespołami z lat 70-ych, czy to będących forpocztą zwiastującą nadejście heavy metalu czy nieco zapomnianych przedstawicieli tak popularnego wówczas rocka psychodelicznego, symfonicznego i progresywnego (niepotrzebne skreślić). Niezastąpionym wsparciem jest w tych wysiłkach blog Rockowy Zawrót Głowy, dostarczający wielu ciekawych inspiracji. W zeszłym tygodniu zaciekawiony czytanym miesiące temu artykułem o Jade Warrior zmobilizowałem się w końcu do zapoznania z twórczością jadeitowego wojownika. Pan Zbyszek pisał o nich, że to jeden z najbardziej oryginalnych i niezwykłych zespołów założonych w Anglii w roku 1970. Trudno się z nim nie zgodzić, bo też zakres inspiracji jakim ulegali muzycy jest baaardzo szeroki - od psychodelii po muzykę etniczną, blisko-, dalekowschodnią ale i afrykańską. To wszystko sprawiło, że po początkowym sensorycznym szoku dałem się pochłonąć. I choć na ten moment, najbliżej mi do s/t debiutu z 1971 roku to i na późniejszych krążkach można znaleźć sporo świetnych numerów. Te najczęściej przeze mnie słuchane, z progresywno-hard-rockowym A Prenormal Day in Brighton na czele znajdziecie oczywiście na dzisiejszej playliście.

Neo-progowy Castanarc też pochodzi z Anglii ale jest co najmniej o dekadę młodszy. W przciwieństwie jednak do nieaktywnego już od kilkunastu lat starszego kolegi, Powell, Holiday et al nadal nagrywają i wydają płyty z nową muzyką. Taką jest Forged by the Sun, o którym pisałem już tydzień temu. Ciekawa, złożona i spokojna w swoim bogactwie artystycznym muzyka idealnie sprawdza się wieczorem, gdy dzieci już śpią a człowiek może sobie siąść na tarasie i wsłuchać się w takie Ceasefire for the innocent, nie interferując w żaden sposób z dźwiękami otaczającej go przyrody. I to jest w tym wszystkim najpiękniejsze. 

Z cięższego progu mamy Evergrey i Architects of the New Weave - solidny, interesujący i taki evergreyowy po prostu.

Na koniec został power metal, który kolejny rok gdy przychodzą wakacje jest jakby słabiej u mnie reprezentowany. Może jednak najbliższe premiery zmienią ten stan rzeczy. Z ostatnio wydanych płyt najciekawiej jawił mi się debiut szwedzkiego Shadowborne zatytułowany Heaven's Falling. Ze względu na barwę głosu wokalistki Eiry Shadowborne nasuwały mi się pewne porównania z Battle Beast, jednak z o wiele mocniejszym naciskiem na power a nie na disco metal. Dodatkowym smaczkiem są liczne inspiracje do prozy G.R.R. Martina ze słynnym (choć serialowym, w książkach niepotwierdzonym jeszcze - a może nigdy?) Hold the Door na czele. Pytanie, czy premiera albumu na dwa dni przed premierą 3. sezonu House of the Dragon była celowo tak zaplanowana? Ja tak czy siak planuję i oglądać serial i słuchać Shadowborne bo ten swój power szyją naprawdę fajnie.

Drugim przedstawicielem powera jest projekt Fallen Sanctuary, za którym kryją się Marco Pastorino i Georg Neuhauser. Ich wydana w 2022 roku Terranova była moim zdaniem debiutem roku a wydane do tej pory single zapowiadające nowy krążek - znany już Wam (mam nadzieję) Master of the Sea i świeżutki, kilkudniowy Nothing Can Keep Us Apart zaostrzają apetyt na drugi taki majstersztyk. Oby ta forma się utrzymała do września a będzie mocny kandydat do płyty roku.

W sumie tego roku zostaje już coraz mniej. Ja za to zostawiam Wam link do playlisty i życzę miłego odsłuchu. Miło mi też będzie skonfrontować moje podsumowania, odkrycia i refleksje z Waszymi więc nie bójcie się komentować i wywoływać mnie do tablicy ;) Miłego dnia!

Playlista: 21.06.2026

piątek, 19 czerwca 2026

Albumy Ze Smokiem Na Okładce - Playlista Tematyczna

 


Już za kilka dni premiera trzeciego sezonu "Rodu Smoka". Jak pewnie już wiecie, jestem wielkim miłośnikiem fantastyki a proza G.R.R. Martina, choć nie należy u mnie do ścisłego topu, rozbudza wyobraźnię swoimi niedopowiedzeniami - w zasadzie nadal nie wiemy jak skończy się naprawdę Pieśń Lodu i Ognia a i historia Targaryenów w dalszym ciągu kryje wiele tajemnic. Z tej okazji postanowiłem przygotować artykuł, w którym przedstawię Wam kilkanaście ciekawych, nie zawsze dobrze znanych płyt, których okładki ozdobione są podobiznami najpiękniejszych i najbardziej majestatycznych stworzeń, jakie dały nam mity, baśnie i fantasy. Żeby uniknąć jednak tendencyjności i nieco podważyć tezę, że smoki to domena głównie power metalu postanowiłem udział tego najbliżej związanego z fantasy gatunku do 50%. Myślę, że sama playlista zyska na tej różnorodności a zarazem uda mi się dotrzeć też do gruzowo, thrashowo, aor-owej części obserwującej mnie społeczności. Tyle na wstępie. Zatem dracarys i do dzieła!

1. Rhapsody - Symphony of Enchanted Lands (1998) - wydane rok wcześniej Legendary Tales były na pewno przełomem w świecie, trochę przygasającego wówczas power metalu. Wprowadzenie elementów symfonicznych, osadzenie tekstów w wymyślonym świecie fantasy, podniosłe, potężne melodie dały impuls wielu młodym muzykom do zakładania własnym powerowych kapel. Mimo wszystko jednak dopiero ta płyta ugruntowała pozycję ekipy z Triestu i przyniosła grane po dzis dzień (przez wszystkie offspringi zespołu) bangery, wśród których Emerald Sword to kompozycja, która unieśmiertelniła swych twórców jeszcze za życia

2. Rhapsody of Fire - Dark Wings of Steel (2013) - jedna z bardziej kontrowersyjnych płyt w dorobku włoskiego zespołu. Pierwsza nagrana bez Luci Turilli'ego, pierwsza niebędąca częścią sagi fantasy i pierwsza z tak ponurą, mało bajkową okładką. Kolor smoka zaprojektowanego przez Felipe Machado Franco koresponduje z muzyką, która w miejsce przymiotnika epic proponuje romantic, w miejsce patetic zaś melancholic. Na krążku aż roi się od emocji dotychczas nie poruszanych przez zespół a kompozycje zachwycają przede wszystkim swym klimatem a nie jak do tej pory, nieco jednak przerysowywanym patosem. 

3. Trivium - In the Court of the Dragon (2021) - ostatni jak do tej pory długograj amerykańskiej kapeli, której muzyka balansuje na granicy metalcore i thrash metalu. Płyta jak najbardziej udana, choć bez większych stylistycznych niespodzianek ale myślę, że po znacznym złagodzeniu brzmienia, jakie panowie zaprezentowali na Silence in the Snow fani wolą raczej żeby już "nie było żadnych eksperymentów"

4. Flotsam & Jetsam - I Am the Weapon (2024) - Amerykanie przygotowują się właśnie do premiery nowego albumu, ja dziś pragnę natomiast przypomnieć ich poprzednie dzieło, które darzę pewnego rodzaju sentymentem. To dzięki tej płycie wróciłem do częstszego obcowania z muzyką kapeli. I choć nie ma już tutaj aż takiego thrashowego gniewu jak w początkach ich kariery, to w swojej speed/power/thrashowej niszy czują się nadal dobrze i mam nadzieję, że nadchodzące Rats in the Temple nie będzie niemiłym wyjątkiem

5. Bloodbound - War of Dragons (2017) - druga i zdecydowanie naj, najlepsza część "smoczej trylogii" szwedzkich power metalowców, inspirowanej między innymi światem Gry o Tron. Ta płyta jest rzeczywiście niczym wojna smoków, pełna ognia, pasji, dramaturgii a jej odsłuch od deski do deski to prawdziwa galopada do utraty tchu. Pure epic!

6. Twilight Force - Tales of Ancient Prophecies (2014) - jeżeli grasz symfoniczny power metal w klimatach fantasy a na okladce przedstawiono ziejącego ogniem smoka, nie uciekniesz przed porównaniem z Rhapsody. Masz wtedy dwa wyjścia - albo niczym epigon powielać utarte schematy albo rozwinąć twórczo i tchnąć w nie choćby iskierkę własnej osobowości. Myślę, że szwedzkim cosplayerom udało się to drugie a magia jaka bije od ich debiutu utrzymuje mnie w swej mocy do dziś

7. Howling Giant - Glass Future (2023) - jest to pierwsza płyta amerykańskich stoner/doom/psychodelic metalowców, którą poznałem dzięki serwisowi Doom Charts. Już wtedy zachwycił mnie ten trochę kosmiczny, duszny klimat, zdolność do pisania hipnotyzujących melodii i szukania nieoczywistych nieraz rozwiązań twórczych. I właśnie ten space-progowy pierwiastek jest dodatkowym atutem jaki skrywa w sobie Glass Future

8. Merlin - The Mortal (2019) - tu natomiast mamy w pełni "moje własne odkrycie" (choć zakładam, że któraś ich płyta trawiła do doomchartsowego zestawienia). Psychodeliczny stoner doom z niezwykle sugestywnymi partiami saksofonu był dla mnie jednym z pierwszych kontaktów z muzycznym gruzem i jak się pewnie domyślacie, nie zawrócił mnie z obranej drogi. A co zrobił później sam Merlin? Długo by opowiadać ;)

9. Axxis - Doom of Destiny (2007) - album, do którego wracam regularnie, choć w tym roku stuknie mu już 19 lat. Co poradzić mogę jednak na to, że spośród 15 zróżnicowanych stylistycznie pozycji w katalogu niemieckiej ekipy ta, kipiąca wręcz od power metalowej energii płyta jest ich zdecydowanym opus magnum.

10. Heavens Gate - Livin' in Hysteria (1991) - nieco zapomniana płyta zapomnianego zespołu, choć w momencie wydanie Heavens Gate było obok Helloween, Running Wild czy Rage jednym z pionierów i motorów napędowych niemieckiej sceny power metalowej. Przez kilkanaście lat istnienia wydali kilka ciekawych albumów ale to właśnie "dwójka" uważana jest za klasykę gatunku. Z ciekawostek, z kapelą od początku związany był znany producent i współpracownik Tobiasa Sammeta przy jego Avantasii - Sascha Paeth

11. Allen/Lande - The Showdown (2010) - dwóch niezwykłych wokalistów, dwa walczące smoki na okładce autorstwa Rodney'a Matthewsa i 11 melodyjnych, metalowych kawałków, za które odpowiada Magnus Karlsson. Czy mógłby być inny kandydat do tego zestawienia? 

12. Ten - Spellbound (1999) - czwarta płyta jednej z moich ulubionych hard-rockowych kapel. Dowodzona przez obdarzonego niezwykle intrygującym, aksamitnym głosem Gary'ego Hughesa na swoim koncie ma kilka ciekawych wydawnictw, które możnaby określić mianem concept-albumów. Ten krążek nie ma co prawda jednego motywu przewodniego ale wart jest uwagi chociażby jako pierwszy ilustrowany przez hiszpańskiego artystę Luisa Royo

13. Evertale - Of Dragons and Elves (2013) - krążek przesiąknięty smokami pod każdym względem. Jest "dragon" w tytule, jest na okładce (znów Felipe Machado Franco) a cała płyta to concept album oparty o serię fantasy pt. Dragonlance osadzoną w jednym ze światów gry fabularnej Dungeons&Dragons (którą znam i uwielbiam). Muzycznie natomiast mamy tu ciężki i surowy ale szybko zapadający w pamięć power metal

14. Draconicon - Dark Side of Magic (2021) - trafiłem na tę płytę całkiem przypadkowo w grudniu zeszłego roku, zwabiony majestatycznym smokiem na okładce. Jeśli śledziliście wówczas Muzyczną Kronikę to wiecie, że "siadło". Myślę, że każdy miłośnik power metalu powinien raz na jakiś czas sięgnąć po taką właśnie, mroczniejszą wersję swojej ulubionej muzyki

15. Saint Vitus - Mournful Cries (1988) - pozycja, której pierwotnie miało tu nie być. Przeglądając dyskografię znanych mi zespołów (a jest ich spoooro) zwróciła moją uwagę hybryda czerwonego smoka i trójgłowej hydry i nazwa zespołu, którego katalog od lat obiecuję sobie nadrobić. Czy więc to był zwykły zbieg okoliczności czy przeznaczenie - ciężko stwierdzić. Liczy się fakt, że od Dragon Time po pozostałe pięć utworów - wkręcam się w ten klimat coraz mocniej. Jest gruz!

16. Elle Tea - Travelling (2026) - vintage'owy heavy metal autorstwa multiinstrumentalisty Leonardo Trevisana, który również odpowiada za cały artwork na płycie. Pojawią się może rozbieżne zdania na temat przedstawionego na okładce gada - czy to już smok czy raczej wariacja nt pterodaktyla, ważne jednak by ocena muzycznej zawartości była spójna. Czyli jak najlepsza.

Szesnaście płyt, kilka różnych gatunków i jedna, najważniejsza cecha wspólna - smok na okładce. Choć po namyśle muszę zaznaczyć, że łączy je jeszcze jedno - wciągająca, ciekawa muzyka którą odkryć można bez wychodzenia z domu (i zbierania drużyny). W tym celu wybrałem po cztery najciekawsze moim zdaniem kompozycje z każdeg wyżej wymienionego wydawnictwa. Mam nadzieję, że odsłuch poniższej playlisty będzie dla Was taką chwilą magii w oczekiwaniu na nadchodzący, jeszcze szybciej niż 3 sezon HotD weekend. 

Playlista: Dragon Albums 

Najpopularniejsze