poniedziałek, 15 czerwca 2026

08.06-14.06.2026

 


Poniedziałek, 15 czerwca - zapraszam na muzyczne podsumowanie tygodnia. Ten prosty, teleexpresowy wstęp nie oznacza oczywiście, że dalsze akapity będą równie skąpe. W tym wszystkim liczy się jednak muzyka, więc to jej oddaję głos.

A muzyki było sporo i to dość zróżnicowanej - gatunkowo i czasowo. Dominował jednak nadal świeżutki jak kwiaty na 1 listopada doom metal. Zauważyliście pewnie, że ostatnie kilka tygodni jest bardzo łaskawe dla miłośników tej odmiany metalu. Melancholijne uniesienia przeżywamy m.in. dzięki szwedzkiemu Draconian i płycie In Somnolent Ruin, pełnej pasji, mroku i tragizmu. Obecnie jest to zdecydowanie najczęściej słuchany przeze mnie krążek. Cofnąłem się jednak też w czasie o ponad 20 lat i przypomniałem sobie ich debiutancki Where Lovers Mourn, bardziej surowy ale równie urzekający a A Slumber Did My Spirit Seal leciało u mnie chyba równie często co Cold Heavens czy I Gave You Wings. Cieszy fakt, że zespół z tak długim stażem potrafi przez cały ten czas utrzymać zdolność do tworzenia muzyki, która poruszy nawet najbardziej zatwardziałe serce.

Kolejną doomową płytą, na którą czekałem od dawna i która w żadnym wypadku mnie nie zawiodła jest piąty długograj amerykańskiego Khemmis. Od płyty, której tytuł jest równocześnie nazwą kapeli mozna oczekiwać pewnego rodzaju manifestu programowego lub, z drugiej strony, pewnego podsumowania działalności. Myślę, że panowie osiągnęli i jedno i drugie. Mamy tu bowiem "klasyczną" dla nich odmianę doom metalu, gdzie elementy epickie łączą się z nawiązaniami do klasycznego heavy, odrobiną stonerowego klimatu i fragmentami zagranymi i zaśpiewanymi w bardziej agresywnym tonie. Nie ma tu może zbyt wielu innowacji ale jest 100% Khemmis w Khemmis i tego słucha się po prostu kapitalnie.

Mam ostatnio ogólnie jakąś słabość do epickiego doomu, bo czwarty tydzień z rzędu eksploruję dyskografię Candlemass. Zgodnie z llinią czasową sięgnąłem teraz po Tale of Creation, płytę ważną, gdyż dla wielu album ten wieńczy pierwszy, klasyczny okres działalności grupy. Ostatni (jak wtedy myślano) album z Marcolinem za mikrofnem, ostatni tak czysto epic doomowy (choć już z nutami us powera) i ostatni z obrazem XIX-wiecznego malarza na okładce (tym razem Gustav Dore w miejsce Thomasa Cole). Co mogę jeszcze rzec o tej płycie - nie wyjdę poza opinię tłumu, bo po prostu Tale of Creation dobrym albumem jest.

Kawał dobrego epic doomu znajdziecie też na Transience niemieckiego Mirror of Deception. Już od pierwszych dźwięków otwierającego krążek Death, Deliver Us możemy poczuć tę wzniosłą atmosferę, wsłuchać się w majestatyczne melodie i unosić wraz z nimi nad kolejnymi muzycznymi krajobrazami. 

Tak jak w przypadku wyżej opisanych albumów doceniam ich spójność i wierność zasadom gatunku lub własnym paradygmatom, tak Neverending, najnowszy album stoner/doomowego Monolord coraz bardziej mnie zaskakuje. Z jednej strony mamy takie czysto-monolordowe Oozing Wound a z drugiej trafiamy na zahaczającą o melodyjny rock The Masque. Na płycie jest zresztą jeszcze więcej kontrastów a ich odkrywanie, konfrontowanie i ostatecznie akceptowanie to moim zdaniem integralna część odsłuchu. Taka, która sprawia, że Neverending można słuchać, nomen omen, w nieskończoność.

Tak rozpisuję się nad doom metalem a może powiem kilka słów o zespole, bez którego być może tego gatunku, jak i metalu w ogóle by nie było? I nie, nie chodzi o Black Sabbath. Tzw. proto-metalowa scena lat 70-ych wydała na świat niejeden ciekawy twór i choć większość nie jest znana poza gronem muzycznych archeologów, tym bardziej warto o nich pisać. Takim właśnie zespołem jest szkocki Iron Claw, działający w latach 1969-74 (z późniejszymi krótkimi reunionami). Muzycy pozostawili po sobie całkiem pokaźny materiał, w którym wyraźnie słychać wpływy rocka psychodelicznego, progresywnego hard rocka czy mających dopiero nadejść doom i heavy metalu. Nic dziwnego, że brytyjski magazyn Classic Rock zaliczył ich do grona "zaginionych pionierów heavy metalu". Polecam!

W połowie lat 70-ych jednym z reprezentantów rodzimej sceny progresywnego tudzież psychodelicznego hard rocka była lubelska Budka Suflera. Jak jej kariera potoczyła się później, zwłaszcza po '97 wszyscy wiemy. Nie wszyscy jednak kojarzą wydaną w 2003 roku płytę Jest, zawierającą bardzo przekrojowy materiał z (ówcześnie) 30 lat działalności kapeli. Warto zwrócić szczególnie uwagę na dwie pierwsze kompozycje - To Moja Pieśń i Taniec Cieni, gdyż tak ciężko Budka nie zagrała już nigdy. Do trójki moich ulubionych numerów z tej płyty zalicza się też Każdy ma swoją tajemnicę, gitarowy i przebojowy (choć na rynku przesyconym obecnością i sukcesami Suflerów takowym nigdy nie został). 

Dziś mija tydzień od premiery nowego albumu brytyjskiej grupy Castanarc. Co prawda Forged by the Sun to tylko trzy kompozycje ale biorąc pod uwagę długość typową dla progresywnego rocka, dostajemy blisko 40 minut barwnej, wciągającej i przyjemnej muzyki. W moje gusta idealnie wpasował się drugi na liście Ceasefire for the innocent, w którym wszystkie cechy neo-progu zostały oddane w idealnych (13-minutowych) proporcjach.

Bardzo mocno wpadł mi w ucho pierwszy singiel zapowiadający nową płytę Xaviera Phideaux. Hey Humanity to melodyjna, neo-progowa kompozycja z mądrym, zmuszającym do refleksji tekstem. Cieszę się, że następca wydanego aż 8 lat temu Infernal jest już w drodze bo twórczość pana Xaviera to absolutnie mój prog-rockowy top.

Z odsłuchu na odsłuch coraz mocniej doceniam to, co prog-metalowcy z Evergrey zaprezentowali na Architects of the New Weave. Ciekawa ale nieprzekombinowana muzyka, pięknie interpretujący ją głos Toma Englunda i jakby dopełniające dziełan grafiki Matiasa Norrena. Dzieło, zdawałoby się kompletne. I może nie jest tak, że każda z 12-u pozycji na trackliście to muzyczna perełka ale jest tu zdecydowanie kilka wyróżniających się nut i dla spotkania z nimi warto dać się przeprowadzić przez mniej udane (choć i tak trzymające pewien stabilny poziom) fragmenty. 

Trochę z nostalgii sięgnałem też do dyskografii zespołu, który określić można było mianem progresywnego power/thrash metalu - choć szufladkowanie Nevermore zawsze uważałem za duże uproszczenie. Ale do sedna, sięgnąłem i jak zwykle na dłużej zatrzymałem się przy moim ulubionym Dead Heart in a Dead World. Wszystko na tej płycie do siebie pasuje, uzupełnia z niezapomnianym wokalem Warrela Dane'a. Ciekawe jakie będzie to nowe Nevermore bez zmarłego w 2017 roku wokalisty. Póki co pozostaje nam gdybanie i (tak jak w moim przypadku) przeglądanie dotychczasowego katalogu.

Elementy progresji znaleźć też można w muzyce Call the Fraud. Nowy album groove-metalowców jak zawsze prezentuje dość szeroki wachlarz pomysłów i inspiracji, z takim samym, solidnym, efektem jak w przypadku poprzedników.

Przy mocnej dominacji doom metalu i muzyki progresywnej trochę na drugi plan zszedł power metal. Trochę to efekt braku jakichś przełomowych premier - serio, ostatnia warta uwagi płyta ukazała się 2-2,5 miesiąca temu. Natura jednak próżni nie znosi więc wypełniłem ją sobie muzyką sprzed 10 a nawet 20 lat. Po pierwsze jeden z najlepszym albumów Iron Savior, czyli wspominany już w zeszłym tygogniu The Landing - pełen powerowych bangerów i heavy metalowych hymnów. Po drugie również niemiecka Chinchilla, aktywna przede wszystkim w latach 97-04 (choć w Encyclopedia Metallum mają nadal status Active). Ich płyty to taka kapsuła czasu, w której zamknięto wszystkie zalety (i część wad ale to cii...) europejskiego powera przełomu wieków - szybkość, melodie, gitarowo-klawiszowy patos i ten wokal, tak nieraz przypominający śpiew Tobiasa Sammeta na pierwszych płytach Edguy. No, nie da się takiej muzyki nie lubić. I choć przez ostatnie 20 lat power metal stawił czoła pewnym kryzysom, wyewulował (w różnych, nie zawsze trafionych kierunkach) to jednak druga połowa lat 90-ych i pierwsza dwutysięcznych jest tym magicznym złotym wiekiem euro-powera.

Moda ma to do siebie, że co jakiś czas wraca. Ostatnie lata na pewno można uznać za renesans klasycznego heavy metalu, co znalazło nawet odzwierciedlenie w próbie nazwania tego vintage'owego nurtu ''NWOTHM". Jednym z moich ulubionych przedstawicieli tej kategorii jest projekt Elle Tea, swoją trzecią już płytą długogrającą pt. Travelling udowadnia, że jeśli marzymy o podróży w czasie do lat 80-ych i ery autentycznego, granego z pasją heavy to kapitan Trevisan jest najlepszym przewodnikiem. Osiem utworów - od szybkiego The Eye of the Storm po spokojny, refleksyjny Vanish gwarantuje nam mnóstwo dobrej zabawy, headbangingu i "sing-along-ingu". Czego chcieć więcej od heavy metalu?

Jeszcze dalej w swoich vintage'owych inspiracjach cofnęła się Sian Greenaway. Była wokalistka stoner/doomowego Alunah (pisałem o nich tydzień temu) w 2024 roku zaczęła nową muzyczną przygodę pod szyldem Bobbie Dazzle. Jej pierwsza płyta, Fandabidozi to jedyny w swoim rodzaju psychodeliczny glam rock z dodatkowym atutem w postaci (niczym u Jethro Tull) solówek i przygrywek na flecie. Dodając do tego hippisowski antruaż uzyskała niezwykle mocno oddziałujący na słuchacza efekt, którego moc wcale nie słabnie wraz z upływającym czasem. A że wiadomo już, że idzie nowe to tym bardziej warto sobie przypomnieć (lub zapoznać z) Fandabidozi.

Na koniec jeszcze folk-metalowe odkrycie ostatnich tygodni czyli polskie Przesilenie. Ich debiutancki Kołowrót nie może wyjść mi z głowy a kolejne utwory rywalizują ze sobą o miejsce tego ulubionego. W tym tygodniu palma pierwszeństwa należy się muzycznej gawędzie pt. Błękitne, pełnej przygody, niepokoju i tej typowej dla ludowych baśni filozofii - uważaj o co i kogo prosisz, bo nie zawsze marzenia warte są swej ceny...

Są jednak marzenia, o które warto walczyć i takich Wam życzę. A na cały nadchodzący tydzień zostawiam Wam niniejszą playlistę i proszę Was o to samo - nie musi być playlsita ale będzie mi miło za każde podzielenie się Waszymi muzycznymi fascynacjami.

Playlista: 14.06.2026  

 

piątek, 12 czerwca 2026

Muzyczna Mapa Świata - Kanada

 


Z okazji rozpoczęcia 23-ch Mistrzostw Świata w Piłce Nożnej, rozgrywających się na boiskach Meksyku, Kanady i Stanów Zjednoczonych postanowiłem wrócić częściowo do formatu Muzycznej Mapy Świata i przygotować przegląd zespołów z kraju, który z tej całej trójki darzę największą sympatią. Chodzi oczywiści o, nawiązując do Arkadego Fiedlera, pachnącą żywicą Kanadę. Jest to kraj wiadomo, z kolonialną przeszłością, należący do Brytyjskiej Wspólnoty Narodów lecz w tym wszystkim nowoczesny i progresywny (przynajmniej w ostatnich kilku dziesięcioleciach). Co ciekawe, jest to w ogóle drugie, po Rosji największe państwo świata, choć jego gęstość zaludnienia, szczególnie w terytoriach subpolarnych nie zwala z nóg. Liczbą ludności nieznacznie tylko przewyższa Polskę (41,9mln vs 36,5mln), dla nas jednak liczy się to, że wśród tych kilkudziesięciu milionów trafiają się miłośnicy gitarowego grania i to o nich, i dla nich, jest ten wpis. Wybrałem do niego 13 (z drobnym wyjątkiem) wykonawców, których albo uwielbiam albo po prostu uważam za intrygujące i warte "przekazania dalej". A czemu 13? To takie nawiązanie do podziału administracyjnego Kanady, który wyróżnia 10 pół-autonomicznych prowincji i 3 zarządzane przez rząd federalny terytoria. Podobnie jak w przypadku Muzycznej Mapy Krakowa, nie miałem ambicji przygotowywać po 1 przedstawicielu każdej z nich, większość mieszkańców (i zespołów) skupia się bowiem na południu, przy granicy z USA.

Moxy - jeden z głównych przedstawicieli kanadyjskiego hard rocka lat 70-ych, zaliczany nieraz do grona kapel proto-metalowych. Do Muzycznej Kronik trafił za sprawą artykułów Zbyszka z Muzyczny Zawrót Głowy, którego z tego miejsca serdecznie pozdrawiam 

Rush - legendarne prog-rockowe trio, aktywne od końca lat 60-ych, stale rozwijające swoje brzmienie. Niedawno wrócili do aktywności koncertowej, czy będzie też nowy krążek? Póki co takie pogłoski nie krążą 

This Love is Drone - bardzo ciekawy zespół, grający bardzo mocno nasycony syntezatorami stoner/doom. Ich pierwsze dokonania w całości były instrumentalne, ostatnio pojawia się coraz więcej stonerowego, przesterowanego wokalu i brzmi to naprawdę obiecująco 

Dagger - hair metal najczęściej kojarzy nam się z Sunset Strip i klubami słonecznej Kalifornii. Mniej osób zna kanadyjską scenę, która wydała na świat niejedną ciekawą (i czasem nawet bardziej autentyczną) kapelę. W dzisiejszym artykule będzie ich kilka a Dagger choć najmniej z nich znany zdecydowanie ma wiele do zaoferowania miłośnikom gatunku

Smoulder - kanadyjski choć aktualnie rezydujący w Finlandii zespół jest obecnie jednym z najbardziej znanych reprezentantów swojego kraju w kategorii epic doom metal. Duża w tym zasługa charyzmatycznego wokalu Sarah Ann Kitteringham i "us-powerowej" dynamiki

Viathyn/Panthalassan - swego czasu Viathyn był u mnie jednym z najciekawszych zespołów prog power metalowych. Długie kompozycje, nieszablonowe rozwiązania melodyjne i folkowe wstawki sprawiły, że obcowanie z płytą Cynosure, te dobrych kilkanaście lat temu, było naprawdę wartościowym czasem. Niestety czekanie na jej następczynię przeciągało się ale finalnie, choć już pod inną nazwą i jako one-man project Jacoba Wrighta, dostaliśmy jeszcze ciekawszą, bardziej rozbudowaną i tym mocniej oddziałującą na zmysły muzykę 

Voivod - od agresywnego thrashu po elektroniczne, space metalowe pasaże - muzyczne odyseje zespołu z Quebecu udowadniają, że w metalu progresywnym już nie tylko sky a space is the limit

Annihilator - muzyczny kameleon, okresami pełnoprawny zespół, czasem jednoosobowy projekt Jeffa Watersa, raz soczyście thrashowy, innym razem radio-friendly rockowy czy industrialnie/groove'owy. W każdej z tych odsłon ciekawy i bezpośredni a o to w metalu chyba chodzi 

Blood Ceremony - na pograniczu tradycyjnego doom metalu i ciężkiej psychodelii lat 70-ych istnieje niezwykła muzyczna nisza. Jednym z zasiedlających ją zespołów jest ta kanadyjska grupa, która łącząc demoniczny, kobiecy wokal z równie złowieszczym fletem i pogańskimi inspiracjami potrafi wyekstrahować z nich kwintesencję occult rocka

Harem Scarem - jeden z niewielu zespołów powstałych na fali zachłyśnięcia się przebojowym i (nie bójmy się tego powiedzieć) komercyjnym hair metalem z Zachodniego Wybrzeża, który do dziś jest aktywny i może poszczycić się regularnie wydawanymi płytami dobrze przyjętymi zarówno przez publiczność jak i krytyków 

Huis - zespół założony jako side-project w 2009 roku przez Michele St Pere'a z Mystery przez lata działalności i 4 niezwykle albumy stał się pełnoprawnym partnerem i dopełnieniem starszej i bardziej utytułowanej formacji

Lee Aaron - niegdyś Metal Queen, dziś nadal wiedząca jak grać dobrego, melodyjnego rocka. Kanadyjska wokalistka zarówno w zmysłowej stylistyce hair metalu jak i dojrzalszej, blues rockowej odsłonie pociąga muzycznym wdziękiem jak nikt

Mystery - jeden z moich ulubionych prog-rockowych zespołów, który dzięki neoprogowej melodyce i misternej, art-rockowej konstrukcji utworów udowadnia że w tym gatunku można znaleźć złoty środek między formą a treścią 

Mam nadzieję, że taki przekrój przez rockowo-metalową mapę Kanady zaciekawi Was i zainspiruje do zgłębiania tematu. Pamiętajcie, że choć mniej znana od południowego sąsiada, kraina klonowego liścia potrafi zaskoczyć. Nie tylko zresztą muzyką ;) Na playliście znajdziecie po trzy najbardziej znane lub najbardziej przeze mnie lubiane utwory każdego z wykonawców. Piszcie, który z nich najbardziej Wam się spodoba i oczywiście dzielcie własnymi kanadyjskimi odkryciami.

Playlista: Canadian Rock & Metal

poniedziałek, 8 czerwca 2026

01.06-07.06.2026

 


Przed nami pierwsze czerwcowe podsumowanie tygodnia. Tydzień pogodowo zróżnicowany, od upalnego słońca po nagłe uderzenia deszczu i chłodu. W piątek nawet zanosiło się na burzę ale "przeszła bokiem". Muzycznie też można powiedzieć, że było u mnie podobnie, trafił się nawet grom z jasnego nieba ;)

Ale powolutku. A jak powoli to może zaczniemy od doomu, gdyż ten gatunek nadal dominuje w moich odtwarzaczach. Jest to sprawka między innymi nowej płyty szwedzkiego Monolord, która swym tradycyjnie surowym choć nieco odświeżonym i bardziej dynamicznym brzmieniem, wzmocnionym dodatkowo niezwykle melodyjnym wokalem Thomasa Jägera zaprasza w niekończącą się psychodeliczną podróż. Od otwierającego płytę, krótkiego Iodine aż po wieńczący dzieło utwór tytułowy ma się poczucie obcowania z dźwiękami, które rezonują z ukrytymi w głębi duszy emocjami. 

Dynamicznie i epicko do doom metalu podchodzi też na nowej płycie brytyjski Godthrymm. Założona przez byłych muzyków My Dying Bride kapela zwróciła moją uwagę już przy okazji premiery poprzedniego albumu, wydanego w 2023 Distortions ale dopiero na Reflections udało im się w pełni do mnie przemówić. Duża w tym zasługa urozmaiconego brzmienia - sąsiadują tu ze sobą i sentymentalne, klawiszowe ballady z intensywnym death/doomem (Endure My Skin z gościnnym wokalem samego Aarona Stainthorpe's) czy iście trashowymi galopami (druga część Trenches Deep mogłaby trafić spokojnie na krażki Megadeth czy Sodom). Przy całej tej różnorodności muzykom udało się utrzymać spójny charakter materiału, co jest dodatkowym atutem tego trwającego niecałe 50 minut wydawnictwa.

To nie wszystko na dziś w kategorii epic doom, już bowiem za 3, 2, 1 wzmianka o Ancient Dreams legendarnego Candlemass. Spytacie pewnie skąd pomysł na to odliczane? Prosta sprawa - jest to trzecia płyta zespołu, druga nagrana z Marcolinem na wokalu i pierwsza, która przychodzi mi na myśl, gdy ktoś wspomni o tym utalentowanym wokaliście. Jego pełna ekspresji interpretacja Mirror, Mirror sprawia, że jest to jeden z moich ulubionych utworów w całej dyskografii Candlemass. A wszak to tylko jeden z kilku świetnych kompozycji, w jakie obfituje ta płyta.

Dzięki wydanej niedawno przez Last Cathedral Records kompilacji The Silent Remains przesłuchałem w końcu najnowszą płytę niemieckiego Mirror of Deception i mogę ją Wam z czystym sumieniem polecić. Transcience ma w sobie wszystko to, co w epic doomie najlepsze - podniosłą atmosferę, odpowiednią dawkę mroku i majestatyczne melodie, o których ciężko powiedzieć, że wpadaja w ucho. One wbijają się w nie z siłą tarana rozbijającego zamkowe mury. Sprawdźcie zresztą sami - na playliście znajdziecie dwa najlepsze moim zdaniem numery z tej płyty.

W bardziej gotyckich i agresywniejszych klimatach w dalszym ciągu polecam Waszej uwadze przepiękne w swym tragizmie płyty portugalskiego A Dream of Poe (Katabasis) i Draconian (In Somnolent Ruin), od których naprawdę ciężko jest się oderwać. Poszerzyłem też swoją znajomość dyskografii Clouds o kolejne dwa krążki - Doliu i Departe. Naprawdę już przestaję się dziwić, że wydawnictwa zespołu od lat regularnie trafiały do czołówki plebiscytów na doomowe płyty roku.

A skoro już przy plebiscytach jesteśmy. Czy wiecie, że Afterlife jurassic punkowców z Hypnosaur trafił na majową listę Doom Charts, i to na 14 miejscu? Gratulacje dla chłopaków, bo to naprawdę kawał dobrego, dynamicznego i pociągającego grania, akceptowalnego i dla miłośników stonera, fuzzu i gruzu jak i tych, co to "słuchają wszystkiego". 

Kilka słów należy się też stonerowcom z Alunah, którzy kilka dni temu wydali pierwsze oficjalne nagranie z Daist Savage za mikrofonem. Embers of Belief to nagrany wspólnie z Samavayo split a po stronie Alunah mamy dwa premierowe kawałki i dwa koncertowe wykonania kilku starszych kompozycji. Przyznam się, że po niespodziewanym odejściu Sian Greenaway z zespołu, jego przyszłość była dla mnie zagadką. Dziś mogę napisać, że jestem już spokojny, bo Daisy w roli frontwoman czuje się swobodnie, wnosi inną magię niż Sian (i dobrze, to nie talent show tylko prawdziwa muzyka) a fragmenty La Pucelle śpiewane po francusku to creme de la creme całego splitu.

Na koniec tej, dość długiej wszak sekcji pt. doom i jemu podobne, dwa "szlacheckie" zespoły. Szlacheckie w nazwie, bo muzykę grają surową, autentyczną i raczej buntowniczą niż wygładzoną niczym serwetki na lordowskich stołach. The Admiral Sir Coudesley Shovell jest już Wam znany - kawał solidnego heavy-psychu wyraźnie inspirowanego latami 70-ymi. Drugim jest kapela, która inspirowała nie tylko "Admirała" ale i całą rzeszę kapel, później identyfikujących się jako hard-rockowe i metalowe. Sir Lord Baltimore to legenda proto-metalu a ich debiut, Kingdom Come z 1970 roku powinien być obowiązkową lekturą dla każdego specjalizującego się w ciężkich brzmieniach muzyka. 

Vintage to też pojęcie, jakim można określić projekt Elle Tea. Stojący za nim Leonardo Trevisan jest miłośnikiem klasycznego heavy metalu i wyraz temu daje już na trzeciej długogrającej płycie, zatytułowanej Travelling. Dzięki bandcampowi zapoznałem się z nią już jakiś czas temu i oczywiście bardzo polubiłem, teraz zaś, gdy trafiła na streamingi zajmie również należne jej miejsce na moich playlistach. Mam nadzieję, że polubicie ją tak samo jak ja oraz, że sięgniecie po poprzednie dzieła artysty, który spełnia się na nich nie tylko jako muzyk ale i ilustrator.

Inspiracje tradycyjnym heave i speed metalem to też sedno albumu pt. First Spell, debiutanckiej płyty zespołu Leatherwitch. Na jego czele stoi znana z Crystal Viper Marta Gabriel i muzycznie można ją traktować jako kontynuację kryształowej żmii, choć w bardziej surowym, speed metalowym wydaniu. Bardzo udanym wydaniu.

Wspomnianą przed chwilą płytę wieńczy utwór Walls of Jericho/Ride the Sky - cover zespołu Helloween. Tak się składa, że jeden z ojców power metalu niedawno obchodził 33 rocznicę wydanie swojego piątego albumu. Chameleon co prawda z powerem ma mało wspólnego, bardziej jest to radio-friendly hard-rock i jakoś chętnie do niego nie wracam. Tym razem zrobiłem wyjątek i z zaskoczyłem sam siebie, bo dynamiczny First Time i aor-owy When the Sinner całkiem mi siadły. Nie jest to jednak prawdziwy Helloween i, parafrazując opinię Weikatha nt znacznie lepszego ale też nie klasycznego The Dark Ride, jest to płyta tworu, który wyrósł w środku zespołu i po kilku latach pokazał światu jako "solowy Kiske".

Czystym power metalem jest za to jeden z moich ulubionych albumów Iron Savior (zespołu, który też jest niejako z Helloween związany ale to nie czas na kolejne dygresje). The Landing ukazał się w 2011 roku i przez kolejne 8-9 lat żadna inna płyta załogi Pieta Sielka nie miała do niego podjazdu. Dziesięć (a z into nawet jedenaście) prawdziwiych power, speed i heavy metalowych hymnów rozsadzało dysk od środka, tak jak i uszy słuchacza. Do dziś, gdy myślę o moich ulubionych piosenkach Iron Savior do głowy przychodzą mi z marszu (nomen omen) March of Doom, Hall of the Heroes i jeszcze kilka innych z tej płyty. W tym tygodniu wróciłem do niej "na chwilę" i to wystarczyło by zdominować powerową część dzisiejszego artykułu.

Miłym zaskoczeniem jest dla mnie płyta X, czyli jak nietrudno się domyślić, dziesiąta pozycja w dyskografii christian powerowetj Narnii. Po naprawdę średnio udanym Ghost Town panowie odzyskali formę. Może nie jest to jeszcze przysłowiowy "international level" ale choćby takiego Remedy (SOS) słucha się z przyjemnością (czego o wcześniejszym krążku napisać za bardzo nie mogę).

Wśród wielu stylów i nurtów muzycznych, znalazło się u mnie miejsce też na rock gotycki w wersji neopogańsko-okultystycznej czyli uwielbiany przeze mnie od lat Inkubus Sukkubus i płytę Eternal Monsters, którą uwielbiam od... 40 dni ;) i wciąż mnie zaskakuje (np. utworem Angel of Your Love, początkowo trochę przeoczonym). 

 Co jeszcze? Nowy album prog-metalowego Evergrey, Architects of the New Wave potrzebuje u mnie trochę czasu by się "przegryzł" ale powoli zaczyna między nami iskrzyć, choćby dzięki singlowemu The World is on Fire. Dobrze prezentuje się też Unpleasant Destructive, najnowsze dzieło groove metalowego Call the Fraud, jak zawsze zróżnicowane i dobrze zbalansowane. 

Na wstępie wspomniałem o "gromie z jasnego nieba", czas więc rozwinąć myśl. Wiadomo, że chodzi o nagłe i niespodziewane odkrycie, którym tym razem jest krążek Kołowrót folk metalowego Przesilenia. Jest to kolejny rodzimy zespół tworzący w tym nurcie z bardzo interesującym kobiecym wokalem. W przypadku Przesilenia jest on i trochę liryczny, i melancholijny ale potrafi też zaniepokoić, zwłaszcza w wersji szeptanej. Z racji, że na Kołowrót trafiłem kilka dni temu i jeszcze się w pełni w niego nie zagłębiłem zostawiam Wam na plejce jedynie utwór tytułowy ale zapewniam, im dalej w czerwiec (i bliżej letniego "przesilenia") tym tej muzyki na pewno pojawi się więcej.

I to już wszystko. Poniżej znajdziecie link do wspomnianej już w kilku miejscach playlisty, będącej muzyczną ilustracją dzisiejszego artykułu. Tradycyjnie życzę miłego odsłuchu i zachęcam do przyłączenia się do cotygodniowego resumee Waszych muzycznych zwyczajów. 

Playlista: 07.06.2026

piątek, 5 czerwca 2026

Peter Tägtgren - Playlista Tematyczna

 


Dwa dni temu swoje 56-e urodziny obchodził prawdziwy metalowy człowiek renesansu. Wokalista, perkusista, gitarzysta, klawiszowiec, kompozytor i producent. Jednym słowem Peter Tägtgren. Myślę, że to, i moje ostatnie zamiłowanie do industrial metalowego PAIN, najlepszy pretekst by dzisiejszy artykuł poświęcić jemu i tworzonej przez niego muzyce.

Peter urodził się 3 czerwca 1970 roku w Ludwice, w szwedzkim regionie Dalarna. Początkowo, bo już w wieku 9 lat kształcił się w grze na perkusji by później rozwinąć swój wachlarz umiejętności o gitarę, bas czy klawisze. Jego pierwszy zespół o nazwie Conquest działał w latach 80-ych ale zostało po nim jedynie kilka demówek. Później artysta przeniósł się do Stanów Zjednoczonych, gdzie zetknął się m.in. z muzykami Malevolent Creation włączył w prężenie rozwijającą scenę death metalową. Doświadczenie nabyte w trakcie pobytu w USA zaowocowało powstaniem zespołu Hypocrisy, jednego z dwóch najważniejszych projektów w życiu artysty. Założony w 1991 roku z czasem nieco złagodził swoje brzmienie i stał się jednym z czołowych przestawicieli szwedzkiego melodic death metalu. Kapela jest aktywna do dziś i na koncie ma już 13 albumów studyjnych. 

W 1996 roku powstał, początkowo jako side a aktualnie jeden z dwóch main-projectów Tägtgrena industrial metalowy PAIN. Ideą jaka przyświecała artyście było połączenie heavy metalu z elektroniką lat 80-ych i współczesnym (na lata 90-e) techno. Początkowo projekt czysto hobbystyczny rozrósł się zdecydowanie poza wydany w 1997 roku s/to debiut w takie utwory jak Shut Your Mouth czy Same Old Songs zrobiły dużo zamieszania na szwedzkich listach przebojów. Mimo, że jest to oficjalnie działalność w pełni jednoosobowa, Peter ma swój zespół koncertowy z którym regularnie rusza w trasy. W przeszłości supportowali choćby fiński Nightwish.

Rok po debiucie PAIN w artystycznym życiu Petera pojawiło się kolejne wyzwanie, grindcore'owy Lock Up, z którym współpracował przez 4 lata i wziął udział w nagraniu dwóch płyt. Swoich sił artysta próbował też w stylistyce black metalowej (The Abyss, War). Koncertował też i nagrał jeden album z death metalową supergrupą Bloodbath. Jako gitarzysta wspierał też na trasach koncertowych legendę szwedzkiego black metalu - Marduk i eurodance'owego (choć z metalowymi korzeniami) artystę ukrywającego się pod pseudonimem E-Type.

Co ważne, swoje muzyczne idee Peter realizował nie tylko jako muzyk czy kompozytor ale zajął się też produkcją albumów swoich zespołów. Od 1995 roku działa jego prywatne studio The Abyss, w którym swoje albumy nagrywała cała rzesza znanych w świecie metalu kapel, w tym Sabaton, Dynazty, Children of Bodom, Therion, Dimmu Borgir czy Marduk. Śladem po tych współpracach są m.in. liczne gościnne występy naszego dzisiejszego bohatera - i w roli gardłowego i instrumentalisty. Wśród nich najmocniej od zawsze przemawia do mnie Gott Mit Uns z jednego z najlepszych albumów Sabatonu (Carolus Rex) ale nie zapominajmy też o The Alliance of Hellhoundz, napakowanym gwiazdami numerze thrashowego Destruction czy Synagoga Satanae z Monotheist, comebackowego krążka ojców black i doom metalu z Celtic Frost. Młodsi czytelnicy powinni też kojarzyć go z udziału w sesji nagraniowej najnowszego Exodusa, gdzie użyczył swojego głosu w trzecim na trackliście The Change of Me. 

Na koniec wspomnę jeszcze o wieloletniej kolaboracji z wokalistą Rammstein, Tillem Lindemannem przy jego solowych albumach. Peter odpowiadał na nich w całości za songwriting a także nagrywał wszystkie instrumenty. Współpraca zakończyła się w 2020 roku w nie do końca jasnych okolicznościach. Obaj muzycy podobno czuli niezwykłą chemię w trakcie pracy studyjnej ale trasy koncertowe ich od siebie oddalili. Jak było naprawdę ciężko stwierdzić ale obaj raczej dobrze na tym wyszli. Till dalej działał pod szyldem Lindemann, wywoływał skandale, szokował i dobrze się bawił a Peter wrócił do regularnej pracy przy Pain, co bardzo mnie ucieszyło a jego najnowszy krążek - I Am z 2024 roku w pełni spełnił moje oczekiwania.

A jakie, moi drodzy czytelnicy jest Wasze zdanie o Panu Tägtgrenie? Które albumy z jego udziałem (w każdej możliwej roli) są Wam najbliższe? Jeśli macie problem z podjęciem decyzji, może pomoże Wam odsłuch playlisty, na której zebrałem najlepsze moim zdaniem utwory sygnowane nazwiskiem Tägtgren. Miłego odsłuchu i czekam na komentarze.

A na koniec krótki cytat - Bye, Bye, Leave me alone! ;)

poniedziałek, 1 czerwca 2026

25.05-31.05.026

 


Witam wszystkich w ten poniedziałek, dla mnie już niestety pracujący. Nim jednak jeszcze na dłużej wsiąknę w tę szarą, deszczową, krakoską rzeczywistość, podsumujmy sobie ostatni urlopowy tydzień.

Większa część tego tygodnia upłynęła mi w ciepłej i słonecznej Chorwacji, natomiast większość słuchanej w tym czasie muzyki była zdecydowanie mroczniejsza i bardziej melancholijna. Zacznijmy może od krótkiej wzmianki o Dracnonian. In Somnolent Ruin to jedna z najlepszych doom metalowych płyt tego roku - idealnie balansująca między intensywnością emocji i przytłaczającą ciężkością brzmienia. 

Równie przytłaczająca jest Durere, kolejna płyta death/doomowej supergrupy Clouds. Po zeszłotygodniowym obcowaniu z melancholijną Destin, mam wrażenie, że tu muzyka staje się bardziej surowa, niepokojąca, wręcz "ostateczna". Niemniej jednak, czas przy niej spędzony jest niezwykłym doznaniem i cieszę się, że w końcu uzupełniam braki w moim muzycznym "wykształceniu".

Kontynuuję też jeszcze jeden zwyczaj z tamtego tygodnia. Przypomniawszy i przeżywszy raz jeszcze mój ukochany Epicus Doomicus Metallicus poszedłem krok dalej, do drugiej płyty Candlemass. Nightfall to ważna płyta w dyskografii legendarnej formacji, pierwsza z Messiahem Marcolinem za mikrofonem. Muzycznie to naturalne rozwinięcie motywów z debiutu ale wokal Messiaha, pełen wycieczek w wyższe rejestry czy prawie operowych zagrywek dodaje do niej pewnej chaotycznej demoniczności, stając się na długie lata jednym ze znaków rozpoznawczych zespołu i wzorem do naśladowania dla rzeszy młodszych epic doom metalowych muzyków. 

Po death i epic doomie czas na stonerową wariację na temat. W tej kategorii działo się naprawdę sporo, zwłaszcza od piątku. Mamy bowiem (i mam nadzieję uwielbiamy) nowe krążki Monolord (Neverending) i Elder (Through Zero). Oba hipnotyzujące, psychodeliczne i jakkolwiek to brzmi nastrojowe. 

W ostatnich kilku, kilkunastu dniach mieliśmy też premiery dwóch arcyciekawych zespołów z naszego rodzimego podwórka, nawiązujących w jakiś sposób do stoner/doomowej estetyki. Co prawda warszawski Hypnosaur określa swoją muzykę mianem "jurassic punku" ale nie sposób dostrzec w niej elementów przesyconego gruzem rock'n'rolla i psychodelicznej atmosfery. Ja takie eksperymenty jak na Afterlife biorę w ciemno. Drugą ze wspomnianych premier jest debiut projektu Damask, za którym stoi znany z Sautrus Weno Winter. W duecie z Andrianem Jegorowem proponują twórczość wymykającą się standardowym klasyfikacjom. Folk, doom, occult rock - takie połączenia stają się powoli naszą narodową specjalnością (a dba o to oczywiście niezastąpiony Filip Sarniak - vide TOŃ, Źrenice). Three Times Ten to naprawdę dobrze wykorzystane (niejeden już raz) 35 minut z życia.

Czas na nieco starszą płytę, odkrytą dzięki kwietniowej liście Doom Charts. The Admiral Sir Cloudesley Shovell na początku zaintrygował mnie głównie nazwą. Nie kryję, że był to główny powód, dla którego zapoznałem się z ich piątym albumem, zatytułowanym The Trouble With The Shovell. Zapoznałem i przede wszystkim polubiłem. Osiem kawałków pełnych brzęczących gitar, ochrypłego wokalu i dusznej, tawernianej atmosfery mija szybko i od razu palec sam wędruje do przycisku repeat.

W poprzednim tygodniu, wspominając o zespole The Ghoulstars pisałem, że ich muzyka kojarzy mi się trochę z m.in. Bloody Hammers. To fakt i tak mocno te skojarzenia na mnie wpłynęły, że sięgnąłem po katalog rzeczonej kapeli. Padło na Lovely Sort of Death, płytę z 2016 roku, dotychczas trochę przeze mnie pomijaną. Dziś ciężko mi powiedzieć, czemu bo okazuje się, że to kapitalne, przebojowe połączenie hard rockowej energii z doomowo-horrorową tematyką. Z jednej strony ma się wrażenie, że to typowo halloweenowa muzyka, z drugiej w ciepłe, majowe wieczory wchodzi równie dobrze a dwa pochodzące z tego krążka utwory - Messalina i Astral Traveler były w ogóle najczęściej słuchanymi przeze mnie obecnie kawałkami. 

Dobrze, teraz możemy przejść na jaśniejszą stronę mocy. Nim jednak wnikniemy w AOR, hard-rock czy power metal zatrzymajmy się gdzieś w pół drogi. Przy industrial metalowym projekcie Petera Tagtgrena, który przewija się u mnie okresowo od pewnego czasu. PAIN znam już od liceum i jak widać lubię do niego wracać, czy chodzi o klasyki w rodzaju Bye/Die z płyty Dancing With the Dead (mojej ulubionej) czy nowsze, jak choćby Call Me z 2016 roku, w której gościnnie usłyszeć możemy Joakima Broden z Sabaton

A więc power. Tu sprawa jest jasna, bo prawie cały mój czas skradła Ondine, druga płyta prog-powerowego Dimhav. Dłuższe niż standardowe, kunsztownie zaaranżowane i umiejętnie prowadzone by nie znudzić słuchacza kompozycje perfekcyjnie dopełniają się z wokalem samego Daniela Heimana, który mam nadzieję, zostanie już z zespołem na zawsze. Posłuchajcie sobie choćby The Sunken Star czy wciągającego jak wir morski Call of the Deep by zrozumieć o czym mówię. Dla milośników powera pozycja obowiązkowa.

Następnie, dwie udane EP-ki znanych i lubianych włoskich kapel, czyli Rites of Disclosure folk/powerowego Elvenkinga (i tu ten pierwiastek powera jest wyraźniejszy niż na dwóch ostatnich LP) i A Clockwork Reverie prog/powerowego Vision Divine z wracającym z klasą Michele Luppim. Solidne porcje melodyjnego i dynamicznego grania, szkoda tylko, że nie dłuższe.

Warto dać też szansę debiutowi Leatherwitch, czyli formacji założonej przez Martę Gabriel po rozwiązaniu Crystal Viper. I choć ta muzyka jest bliższa speed/heavy metalowi niż euro-powerowi to na First Spell nie brakuje zapadających w ucho melodii a miłą niespodzianką jest cover Ride the Sky z pierwszej płyty Helloween. I to ma właśnie sens, bo gdybym miał porównać Frist Spell do jakiegoś klasyka, byłoby nim Walls of Jericho

W zeszłym tygodniu odświeżyłem sobie też mój ulubiony album hard rockowego Eclipse. O ile jednak w poprzednim podsumowaniu znalazła się tylko wzmianka o Paradigm, tak teraz mogę napisać, że wszystkie emocje, które miałem słuchając go w 2019 roku odżyły na nowo a z racji, że ta muzyka jest tak energetyzująca i pobudzająca do działania, wtórowałem z pasją Erikowi w śpiewaniu takich bangerów jak Viva La Victoria, The Masquerade czy When the Winter Ends. Wszystkie trzy znajdziecie na playliście, możecie więc pośpiewać z nami ;)

Z takich wspominek trafiło mi się też kilka sesji z różnymi płytami AOR-owego Giant, zwłaszcza z pochodzącą z 1992 roku Time to Burn, na której znajdziemy jeden z ich najlepszych numerów czyli I'll Be There (When It's Over).

Jak już pisałem na wstępie, byłem na urlopie. Sporo czasu w Chorwacji spędziłem za kółkiem, krążąc między Zadarem, Splitem a Plitwicami. Żeby umilić czas też pozostałym podróżnikom, sięgałem bo lepiej tolerowaną przez małżonkę muzykę. Stąd w dzisiejszym podsumowaniu znalazło się miejsce na klasyczne i przede wszystkim, lubione przez nas oboje zespoły (hard)-rockowe. A są to AC/DC (nieśmiertelne T.N.T.) i Bon Jovi z moim ulubionym albumem Slippery When Wet na czele. 

Przyszedł czas na kończący artykuł akapit. W nim bez niespodzianek. Zachęcam do odsłuchu cotygodniowej playlisty, podzielenia się swoimi podsumowaniami i wrażeniami z muzycznych (i nie tylko podróży) a także życzę Wam miłego dnia i udanego całego tygodnia.

Playlista: 31.05.2026

niedziela, 31 maja 2026

Maj 2026 - Podsumowanie Miesiąca

 


Jak pewnie zauważyliście, zmieniłem nieco schemat publikowania postów na Facebooku. Playlistonosz wskoczył na piątek a Piosenka na Niedzielę stała się Piosenką na Sobotę. Wszystko dlatego, by dziś, pisząc podsumowanie miesiąca mieć już prawie cały maj za sobą. Jaka więc była ta moja majowa muzyka? Wystarczy zerknąć na listę najchętniej słuchanych w tym okresie zespołów a prezentuje się ona następująco:

Draconian - szwedzcy wirtuozi death/doom/gothic metalu nowe albumy wydają ostatnio co 5-6 lat. Jeśli jednak będą to tak poetycko piękne w swej melancholii dzieła jak Im Somnolent Ruin będę czekał cierpliwie 

Inkubus Sukkubus - od neo-pogańskiego folku do klasycznego rocka gotyckiego. 28-a płyta zespołu nie zaskakuje ale też nie zawodzi. Brytyjczycy grają swoje a ja nadal biorę to w ciemno

Kingsmash - jedno z odkryć miesiąca. Typowo niemiecki styl będący wypadkową hard rocka, heavy metalu i powera serwowany w porządny, nie budzący podejrzeń o zbyt bliskie naśladownictwo sposób 

PAIN - side-project Petera Tägtgrena z Hypocrisy, u mnie zaś numer jeden jeśli chodzi o działalność szwedzkiego muzyka. Ostatni album wydali co prawda 2 lata temu ale ja mijający właśnie miesiąc poświęciłem na szybką przebieżkę przez moje ulubione albumy industrialnych metalowców 

Creye - czwarty album pochodzącej ze Szwecji kapeli emanuje luzem i radością z gry, czego brakło na wydanej trzy lata temu "trójce". Jeśli lubicie melodyjne, optymistyczne hard rockowe granie polecam Waszej uwadze tego użytkownika 

Anthrax - podobno biały szum pomaga się skoncentrować, wyciszyć przed snem etc. Może i tak ale nie w przypadku tak właśnie zatytułowanej płyty najbardziej niedocenianego z Wielkiej Czwórki Thrash Metalu, która młóci mi w głowie kolejny już miesiąc 

Barren Earth - podwójny smutek, po pierwsze muzyczny bo jak to w doom metalu bywa, przesycone są nim kompozycje fińskiego zespołu a po drugie, gdyż zespół już jakiś czas temu zawiesił działalności i nie słyszałem żadnej plotki na temat zmiany tego stanu rzeczy

Rexoria - do trzech razy sztuka mówi polskie przysłowie. I czasem się sprawdza, ponieważ Fallen Dimension był trzecim albumem (z czterech w ich katalogu) szwedzkiej heavy/powerowej kapeli do którego podchodziłem i w końcu coś między nami zaiskrzyło. Dość mocno nawet.

Angellore - można nagrać album, na którym znajdzie się tylko 5 utworów. Z tej piątki każdy może być trochę inny, czasem nawet zaskakująco eksplorujący nowe dźwiękowe rewiry a jednocześnie trzymać się swojego stylu. Ta sztuka udała się doom metalowcom z Francji na ich najnowszym krążku o wiele mówiącym tytule Nocturnes.

Zespół Sztylety - dla odmiany coś noise-rockowego i po polsku. Wszystkie Rany Niezabliźnione to udana mieszanka młodzieńczego buntu z charakterystyczną już bardziej dla człowieka trzydziestoletniego ( ;) ) nostalgią.

The Ghoulstars - fińska kapela, która niespodziewanie wskoczyła do mojego muzycznego rozkładu dnia. Westernowy hard rock z lekko gotyckim sznytem trafi na pewno w gusta słuchaczy lubujących się w takich zespołach jak Desperadoz, Ghoultown czy Bloody Hammers. Czyli do mnie ;)

Trochę tak po piłkarsku wyróżniłem powyżej 11-tu artystów. Oczywiście tych, którzy pomogli mi przejść przez maj było więcej. Nadal kręciły się u mnie kandydatki do płyty roku w swoich kategoriach, czyli nowe albumy hard-rockowej petardy Chez Kane czy debiut power metalowego Godspear. Nie można też zapominać o solidnych krążkach, którym uraczyli nas tak hołdujący latom 80-ym hair metalowcy pokroju Crashdiet jak i pamiętający dobrze ten czas (przynajmniej częściowo) muzycy hard rockowego Hardline. Na koniec jeszcze słówko o cosplay-metalowym (tak nazywam ten nurt power metalu) Hans&Valter, którzy uraczyli nas już drugą "pełnometrażówką", trochę groteskową, trochę patetyczną - gdzie problem?

Tak więc maj już praktycznie za nami, przed nami czerwiec, który jak widać po liście piątkowych premier zaczyna się z hukiem (toczącego się gruzu). Nim jednak na dobre zagłębimy się we wszystkie Eldery, Monolordy i Skórzane Wiedźmy dajcie znać jak prezentują się Wasze podsumowania. A pod niedzielny obiad tradycyjnie miesięczna playlista.

Playlista: Maj 2026







sobota, 30 maja 2026

18.05-24.05.2026

 


Dobar dan! Pozdrawiam Was ze słonecznego Zadaru i zapraszam na szybkie podsumowanie ostatniego tygodnia. Z racji małej ilości czasu Muzyczna Kronika przyjmuje dziś postać Muzycznego Telegramu, bądź Muzycznej Pocztówki. Postaram się jednak o każdym z najczęściej słuchanych artystów wspomnieć choć jednym zdaniem. A więc zaczynamy:

Najlepsza epic doom metalowa płyta w historii? Ciężko powiedzieć ale to debiutowi (a prywatnie mojej ulubionej płycie) Candlemass ten nurt zyskał swoją nazwę. Epicus Doomicus Metallicus na zawsze!

Melancholia nasycona ciężarem, mrok przeplatający się z niepokojem i rozpaczą a niski, death metalowy growling z krystalicznie czystym kobiecym wokalem - tak można scharakteryzować dwie wybitne premiery maja - In Somnolent Ruins szwedzkiego Draconian i Nocturnes francuskiego Angellore.

Mijają tygodnie a ja nadal odkrywam coś nowego na Katabasis doom metalowego A Dream of Poe. Tym razem zauroczyła mnie Lamia, swą niemalże neo-progową melancholijną spiewnością.

Od artykułu nt Mikko Kotamäki'ego po dyskografię Clouds? Można i tak. Ja z wiadomych przyczyn eksplorację zacząłem od Destin i odkryłem tam jeszcze kilka momentów równie intensywnych i pięknych jak Fields of Nothingness.

Wśród stoner/doomowy premier ostatnich tygodni najmocniej przemawia do mnie Skull Servant i jego Seven Trumpets, łącząc hipnotyzujące psychodeliczne melodie z momentami zahaczającymi o sludge pyłem i ciężarem.

Trochę pogańskiej magii w folkowo/gotyckim wydaniu jak zwykle dostarcza mi Inkubus Sukkubus - od kilkunastu dni za sprawą kolejnej solidnej płyty jaką jest niewątpliwie Eternal Monsters.

Refleksje, wzruszenia i wyciszenia to coś, czego zawsze dostarcza mi niemiecki Sylvan - czy pod postacią przejmującego concept albumu Posthumous Silence czy lżejszego, niemalże piosenkowego Presets. Od dawna jest to jeden z moich ulubionych neo-progowych składów i cieszy mnie, że po dłuższej przerwie wróciłem do częstego obcowania z ich muzyką.

Na punkcie Sound of the White Noise, wydanej w 1993 roku płyty Anthrax mam fioła od dłuższego czasu i mogę z pełną świadomością napisać, że obok ReLoad Mety i Necroshine Overkilla jest to moja ulubiona 'thrash related' płyta z lat 90-ych. 

Sięgałem też po zdecydowanie jaśniejszą stronę gitarowej muzyki. Nowy album szwedzkiego Creye to zgrabnie zagrany, przyjemny dla ucha AOR. Trochę czasu znalazłem również dla nowej królowej melodyjnego hard rocka - Chez Kane jest jak w jednej ze swych piosenek - too dangerous ale i tak "I cannot stop". 

Po wielokrotnym odsłuchaniu (i oczywiście polubieniu) tegorocznej płyty Tyketto przyszedł czas na moment z klasyką, czyli wydany w 1991 debiutancki Don't Come Easy, który zasługuje by wymieniać go obok takich albumów jak Slippery When Wet czy Cherry Pie.

Ostatnio wspominałem o nowej fali skandynawskiego hair metalu. Do tego nurtu zalicza się zdecydowanie szwedzkie Eclipse a album Paradigm (od którego zacząłem przygodę z kapelą Erika Martensona) to prawdziwa kopalnia gitarowych przebojów.

Ze Skandynawii przenieśmy się na Dziki Zachód, bo Ghoulstars choć fiński to sprawnie miksuje klimat country & western z horror punkiem i heavy metalem a słuchając ich debiutu człowiek czuje się jak na seansie filmów Tarantino.

Jeśli chodzi o power metal to tutaj grały same nowosci. Po pierwsze Dimhav i płyta Ondine, tym razem tematycznie marynistyczna ale nadal z tym samym Danielem Heimanem za mikrofonem, który udowadnia że choć od wygaszenia działalności Lost Horizon minęły już dekady, w rozbudowanych prog-powerowych kompozycjach czuje się znakomicie. Następnie Elvenking i swoisty suplement do trylogii Reader of the Runes - EPka Rites of Disclosure, gdzie obok kilku nowych utworów dostajemy garść ciekawych coverów. 

I jeszcze jedna power metalowa EPka. Clockwork Reverie to pierwsze nagranie Vision Divine z powracającym po 17 latach Michele Luppim. Bardzo udane choć jest niedosyt, że to tylko 4 nowe kompozycje.

I to wszystko. Taka skrótowa forma nie oznacza, że Wy nie możecie się rozpisać. Czekam na Wasze podsumowania a poniżej zostawiam link do playlisty. Enjoy!

Playlista: 24.05.2026

Najpopularniejsze