Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Top Tygodnia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Top Tygodnia. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 12 października 2026

05.10-11.10.2026

 


Jak patrzę na ostatnie podsumowania tygodnia to mam wrażenie, że każdy z nich wyróżnia się czymś innym na tle pozostałych. Ten zakończony wczoraj nie jest wyjątkiem. Tym razem cechą szczególną jest większy udział żeńskich wokali, bo nawet na ilustrującym artykuł kolażu 5 z 9 okładek to płyty zespołów z kobietą za mikrofonem. 

Podsumowanie zaczniemy właśnie od psychodeliczno-glam rockowej Bobbie Dazzle. Po odejściu ze stoner/doomowej Alunah Sian Blu Greenaway rozpoczęła nowy rozdział swojej kariery, mieszając ulubione wzorce z lat 60-ych i 70-ych z odrobiną XXI-wiecznego stonera. Efekt był niezwykle intrygujący juz na wydanym 2 lata temu debiucie ale nieraz druga płyta boleśnie weryfikuje obiecujące projekty. Na szczęście Star Power pokazuje Bobbie jako nadal pełną pomysłów, rozwijającą i rozszerzającą swoje brzmienia, nie bojącą się sięgać nawet po szybkie, heavy metalowe tempa. Miłym zaskoczeniem jest tez gościnny udział Lity Ford, którą bardzo cenię za jej klasyczne albumy. Reasumując, rock'n'rollowe rytmy, psychodeliczny flet i wysoki, dramatyczny wokal Sian tworzą wspólnie bardzo ciekawą i spójną całość i czuję, że mamy przed sobą jeszcze wiele godzin słuchania. 

Mariaż rock'n'rolla ze stoner/doomem choć że zdecydowaną przewagą tych drugich prezentuje szwedzkie Besvärjelsen a ich tegoroczna płyta Till Glömskan... to wydawnictwo bez słabych momentów i co tydzień inny zestaw piosenek trafia do mojej topki. Tym razem ten zaszczyt spotkał dwie psychodeliczne perełki - Battles i Pulse. 

W ten piątek premierę miała też najnowsza płyta epic doomowego Smoulder. Witch Wife in An Alien World czerpie też trochę z US powera i dobrze słuchać to w otwierającym tracklistę Water Wars, szybkim i soczystym. Euro-powerowe szaleństwo to znowu domena Włochów i Włoszek z Frozen Crown. Nowym albumem udowodnili, że wbrew nazwie powerowy żar płonie w nich pełną mocą a jeśli nawet dwa lata temu tego ognia trochę zabrakło to Legend of the Six Kings nadrabia ten niedobór z nawiązką. Bardzo udaną płytę, jak już wiecie, zaliczyło norweskie Triosphere, którego basistka obdarzona jest agresywnym choć melodyjnym głosem. Przekonuje mnie coraz bardziej też nowe Matelite, choć tu tytuł płyty nie do końca jest adekwatny. Discovery eksploruje bowiem dotychczasową, elektroniczno-powerową niszę ale robi to nadal w solidnym stylu. 

Zostawmy z boku na chwilę premierowe wydawnictwa. Kilka dni temu ukazał się bardzo istotny dla polskiej muzyki re-recording. Legenda polskiego rocka gotyckiego, Closterkeller odświeżyła bowiem swój klasyk Cyan. Przyznam się, że sam z muzyką Anji i chłopaków zetknąłem się dopiero przy okazji Viridian, więc cała XX-wieczna historia zespołu mnie ominęła ale jeśli oryginał brzmiał jeszcze lepiej niż reCyan nie dziwię się, że jest dziś uważany za dzieło kultowe.

Za jedną z najlepszych (jak do tej pory) płyt roku odpowiada też kobieta - odważna, hard-rockowa bestia jak można określić Chez Kane. Wydana w kwietniu Reckless to zbiór rozgrzanych, gitarowych przebojów jakich nie powstydziliby się jej starsi koledzy z Poison, Motley Crue czy Bon Jovi. 

Po "męskiej" stronie (choć wiemy, że przynajmniej na pewnych płaszczyznach tę kategorię są dość umowne) mamy sporo progresywnego grania. Po pierwsze chilijskie Aisles i pełne różnych emocji Irrationally. Po zdominowanym przez pandemiczny lęk Beyond Drama przyszedł czas na nieco lżejszy ale też trochę melancholijny, refleksyjny album. Dużym plusem płyty jest jej "lekkość" rozumiana jako przyswajalność, bo artystycznej dojrzałości i kunsztu odmówić mu nie można. Czuć to szczególnie mocno w moich ulubionych Come Back, Anywhere czy Think I'm a Ghost. Myślę, że w przekroju całego roku może być to płyta na Top 10 lub nawet Top 5, choć w tej ostatniej grupie bezapelacyjnie znajdą się takie crossover-progowe dzieła jak AutoMoto Animus amerykańskiego artysty Xaviera Phideaux i A Layman's Guide to Unobtainium niemieckiego Castle Mountain Moon. Słucham ich kolejny tydzień i nie mogę wyjść z wrażenia. 

Tak, ten rok jest bardzo życzliwy dla miłośników rocka progresywnego. Nie można jednak zapominać o klasyce a akurat w tym gatunku (jak w wielu wielu innych) porównań do klasyki uniknąć nie sposób. Ja właśnie po klasykę również sięgałem i były to dwie odmienne czasowo i stylistycznie płyty ale każda z nich wywarła na mnie nieoceniony wpływ. Pierwsza z nich - Przechodniem Byłem Między Wami Budki Suflera. Lata 70e, Suflerzy swoim psychodeliczno-progresywnym hard-rockiem przyprawiają naszą scenę muzyczną, przyzwyczajoną do bigbitu o prawdziwe osłupienie. Swoją drugą płytą poszli krok dalej, wprowadzając elementy funku, bluesa i jeszcze bardziej komplikując formy muzyczne. Co się stało potem, cała Polska wie ale te najwcześniejsze albumy (i kilka późniejszych) to przykład ambitnego, autentycznego rocka.

Druga płyta to znowu rock neo-progresywny w najlepszym, choć mrocznym jak na ten styl, wydaniu. The Road of Bones brytyjskiego IQ to płyta monumentalna, pełna kunsztownych suit ale i przejmujących krótszych form. Dla mnie jej kwintesencją jest jednak numer tytułowy, płynący powoli ale pochłaniający po czubek głowy - niczym potężna, nizinna rzeka.

Psychodelicznego grania było u mnie więcej. W muzyczne (nie bad) tripy zabierali mnie Green Lung z Froglordem. Ci pierwsi oprowadzali po okultystycznych, dusznych zakątkach Londynu a drudzy na bagna pełne pradawnych, płazich bóstw.

Pozostali artyści reprezentują różne nurty, mniej i bardziej przeze mnie eksplorowane. Jest więc i legenda hair metalu czyli Cinderella w wersji przekrojowej, bo i najbardziej popularna Long Cold Winter grała u mnie i niedoceniana Still Climbing. W ucho wpadł mi też nowy singiel z nadchodzącej płyty Iron Savior - trzeci z kolei ale pierwszy, któremu udało się mnie porwać. Bardzo dobry debiut zaliczyła melodeath/doomowa Woliera a nie mogę też nie wspomnieć o mającym swój płytowy start dwa lata wcześniej Namorze. Doceniam go z tym większa mocą im bardziej porównuję z kontrpropozycjami zza drugiej, trzeciej, czwartej... strony barykady. 

I to wszystko na dziś. Dajcie znać jak Wam minął tydzień i oczywiście zachęcam do odsłuchu najnowszej "tygodniówki" w Spotifaju.

Playlista: 11.10.2026

poniedziałek, 5 października 2026

28.09-04.10.2026

 


Tydzień tygodniowi nierówny. Źródłem tych odmienności może być i liczba słuchanych płyt, epoka w której powstały czy prezentowany na nich gatunek. Czasem więcej jest premier, czasem odkopanych perełek sprzed lat, raz dominują zaskakujące odkrycia, innym razem solidne wydawnictwa weteranów. Są też takie tygodnie, gdzie wszystkiego jest "po trochu". Na takie właśnie podsumowanie chciałbym Was dziś zaprosić.

Przejdziemy przez nie wedle drogowskazów nakreślonych kilka zdań wcześniej. Na pierwszy ogień więc idą najświeższe premiery a wśród nich w orbicie moich zainteresowań znalazły się cztery albumy. Po pierwsze The Legend of the Six Kings włoskiego Frozen Crown. Jest to szósty album power metalowego sekstetu i pomimo wątpliwości jakie chwilowo miałem po premierze niektórych singli, wydaje się, że zespół wraca na drogę chwały. Szybkie, dynamiczne utwory, gitarowe, wielowarstwowe popisy trójki gitarzystów i mocny, czysty jak wypolerowana stal wokal Jade, wsparty miejscami męskim tonem (w tym i growlingiem) Federico Mondelliego - wszystko znów brzmi świeżo i swobodnie, po będącym jednak pewną oznaką zmęczenia materiału poprzedniku z 2024 roku. Przyjemnie jak i za pierwszym razem słucha się Bobbie Dazzle, czyli glamrockowego zespołu znanej niegdyś z Alunah wokalistki Sian Blu Greenaway. Jeśli połączenie Jethro Tull z T-Rex i Suzie Quattro było w Waszym bingo na ten rock to jestem pewien, że przy Star Power spędzicie niejeden jesienny wieczór. Bynajmniej nie na jesienarskich posiadówach. Do wieczornych kontemplacji natomiast zaprasza nas chilijskie Aisles, jeden z najważniejszych zespołów na tamtejszej prog-rockowej scenie. Dla kogoś, kto neo-prog kojarzy głównie z Europą i Kanadą może to być pewna egzotyka, ja uważam jednak, że Irrationally broni się raczej jakością kompozycji, mnogością inspiracji i melancholijnym ale niepozbawionym też jasnych barw (vide okładka) klimatem. Czwartą z jeszcze pachnących nowością płyt, jakie kręciły się u mnie w tym tygodniu jest Bagienny Stan [sic!] pomorskiego, "rodzinnego" melodeath/doom metalowego zespołu Woliera. Co prawda, melodeath nie jest u mnie w topie gatunków ale w tym wydaniu, zanurzony w doomowej melancholii wchodzi do głowy od pierwszego odsłuchu.

Oprócz nowości płytowych, niedawno wyszło tez kilka ciekawych singli. Wśród nich jest i doomgaze'owe Shedfromthebody, choć premierowy Dawn Lung ma w sobie więcej post-rocka czy nawet dream popu w stylu Ethel Cain. Klasyki trzymają się za to muzycy AOR-owego Cats in Space a ich najnowsza kompozycja Miracle to dobry przykład melodyjnego, gitarowego grania. Nie zaskakuje też włosko-japońskie Violet Eternal przy okazji wydania utworu Azure Explosion, eksplodującego w głowie już przy pierwszych dźwiękach. Przy okazji nowego utworu przypomniałem sobie też ich pierwszy album, wydany dwa lata temu Reload the Violet i musze przyznać, że materiał ten nie starzeje się a Ivan Gianini i jego "szortski falset" jak wino, z roku na rok są coraz lepsze.

Przy takiej ilości nowości można się zastanowić, czy wrześniowe premiery nie spadną z kolejki odtwarzania. Niektóre zapewne tak ale najlepsze zostaną. I tak rzecz się ma z majestatycznym, zmuszającym do skupienia ale nagradzającym słuchacza niezwykłością doznań albumem Solaris niemieckiego The Ocean. Klasyfikowani jako post-hc, prog-metal czy sludge po raz kolejny wymykają się szufladkowaniu, sięgając nawet po krautrockowe i ambientowe środki wyrazu, tak naprawdę grając po prostu swoje. Nadal wiele radości sprawia mi eksploracja nowej płyty fińskiego, jednoosobowego projektu o nazwie Confusion Field. Jest coś takiego w Resiliance Remains, że każdy jej odsłuch uruchamia nieco inne struny w duszy słuchacza, oddziałuje na inne ośrodki kory mózgowej. Ale czy nie tego powinniśmy oczekiwać od muzyki? Zarówno progresywnej jak i mniej eksperymentalnej. A skoro już mowa o czymś bardziej "straightforward" - polecam Metalite i płytę Discovery. Może i bezpieczną (choć miks elektroniki i power metalu dla twardogłowych fanów wcale nie jest safety zone) ale przy tym bardzo przyjemną w odbiorze. Ostatnim utworem na płycie jest kawałek pt Triforce, mocno kojarzący się z Legend of Zelda. Jest jednak w dzisiejszym artykule zespół, który nie ograniczył się do jednej piosenki. Dreamseeker, metal opera pod batutą Johannesa Skyblazera, oparta w całości o jRPG Chrono Trigger. Pierwsza część A Trigger in Time aż kipi od epickich power-metalowych hymnów, epickich symfonii i lirycznych, spokojniejszych fragmentów. Wśród nich króluje zaś Dreamstone, najczesciej słuchany przeze mnie w tym tygodniu utwór, zaśpiewany wspólnie przez m.in. Andersa Skolda z Veonity, Narcissę czy Dejanę Garcevic z Claymorean. Prócz Dreamseekera warto wspomnieć też o Lunage. Nowy album tego projektu muzycznego, za którym stoi muzyk i youtuber zarazem, Miguel de Lys, Time of Sword and Sorcery można także uznać za metal operę a wśród zaproszonych gości mamy takie sławy gatunku jak Fabio Lione (a jakże!), Nicoletta Rosselini czy John Yelland. 

Druga połowa 2026 roku to też dobry czas dla thrash metalu, nawet chyba lepszy niż poprzednie 6 miesięcy. Uważam bowiem, że zarówno Flotsam & Jetsam jak i Anthrax przygotowały solidne choć nieco różniące się od siebie barwami thrashu - pierwsi od lat idą w stronę speed/powerowych naleciałości a drudzy kierują się ku heavy/groove metalowym rejonom. W obu przypadkach skutecznie i z korzyścią dla jakości i przyswajalności muzyki.

Przez kolejny tydzień kontynuuję podróże po tajemniczych zakamarkach "Londynu-Pod" jak określiłby to pewien pisarz, o którym teraz się już nie mówi, a konduktorem tego metra, "linii nekropolitarnej" jest nikt inny jak psychodeliczni gruziarze zagłady z Green Lung. Czasem jednak wychodzę ze stoner/doomowych podziemi wprost w dreamgaze'owe piaski. Sands - tak właśnie nazywa się piąty album amerykańskiej formacji Soft Science. Pisałem o nich już nie raz, dziś tylko polecę Wam utwór Hope, początkowo w cieniu bardziej ekspresywnego openera (Spinning), z czasem ukazujący kolejne pokłady kompozytorskiej i wykonawczej staranności.

Jak pewnie zauważyliście, kolejne akapity to coraz starsze (póki co licząc w miesiącach) albumy. Najstarszym zaś ale nadal z AD 2026 jest Birth of Light power metalowego Aeon Gods. W marcu i kwietniu byłem zafascynowany tym krążkiem i przy okazji zbliżającego się pomału (dość leniwie jeszcze) końca roku postanowiłem sprawdzić, czy nadal wzbudza tyle samo emocji. Wynik testu jest pozytywny a muzyczna eksploracja starożytnego Egiptu nigdy nie była fajniejsza.

Dobrze, do podsumowania w dzisiejszym artykule zostały mi jeszcze cztery albumy. Od czterech też zaczałem - przypadek? Niech wypowiedzą się numerolodzy. Ja chciałbym natomiast przypomnieć Wam o szwajcarskim zespole Lunatica. Kapela ta łączyła ze sobą elementy symfonicznego metalu z power metalową budową utworów, w tym dość częstym użyciem podwójnej stopy. Trafiłem na nią dawno temu przypadkowo, przez cover synthpopowego przeboju Hymn z repertuaru Ultravox. Kilka miesięcy później zespół ogłosił, że wydaje nową płytę, czwartą w swojej karierze zatytułowaną New Shores. W dniu premiery bardzo mi się spodobała, z czasem nabrałem do niej pewnego krytycyzmu i zacząłem dostrzegać jej nierówności, drobne niedociągnięcia. Jest coś jednak takiego we wspomnieniach, że zawsze trochę bardziej pamiętamy te dobre cechy. Tak też dziś, gdy wracam sobie do ich twórczości, wolę cieszyć się przejmującym Into the Dissonance czy dynamicznym Two Dreamers niż komentowac pod nosem, że to "disney metal". Myślę, że gdyby spełniły się w końcu obietnice powrotu, jakie od lat muzycy składają, to brałbym nową Lunaticę w ciemno. 

Kolejny zespół to nihil novi sub sole, ale warto wspomnieć, że choć obecnie Xandria kojarzy się z głosem (i czystym i growlingiem) Ambre Vourvahis, to cztery pierwsze, klasyczne wydawnictwa to była era legendarnej już Lisy Middelhauve. Zespół grał wówczas typowy dla pierwszej dekady lat 2000-ych symfoniczno-operowo-gotycki metal, nadając ton całej scenie obok Lacuny Coil, Within Temptation czy Nightwisha. Ostatnią płytą jaką Lisa nagrała z zespołem była Salome - The Seventh Veil, mniej operowa, bardziej przebojowa (i hard-rockowa?) ale jednak mająca swój niezwykły klimat. Do dziś kilka moich ulubionych piosenek zespołu pochodzi z tego wydawnictwa i z pierwszej czwórki do niej wracam najczęściej. Was również do tego zachęcam, dla niektórych czytelników 2007 rok to już niemal prehistoria.

Dla mnie taką prehistorią może być za to czwarty album glam metalowej Cinderella, choć Still Climbing tak jak i poprzedniczka, opisywana przeze mnie ostatnio, to już bardziej blues rock z elementami hard rocka niż ejtisowy hair metal. W tej zmianie jednak dojrzały słuchacz potrafi dostrzec coś dobrego i próbę obrony, przetrwania zmasowanej eksplozji grunge'u. Szczerze mówiąc, Still Climbing w pełni poznałem dopiero kilka dni temu ale wow, są tam utwory, chociażby Blood from the Stone, które postawiłbym w jednym rzędzie z największymi przebojami Toma Keifera i reszty ekipy. Serio.

W 1994 roku, w dniu premiery w/w albumu miałem 3,5 roku. Jak więc nazwać płytę wydaną 20 lat wcześniej? Może po prostu niezwykłym doznaniem estetycznym? Tak, odkryta, wręcz odkopana w ramach muzycznej archeologii The Prince of Heaven's Eyes pochodzącej z Belfastu grupy Fruupp to przykład najlepszego symfonicznego rocka, takiego jaki nigdy przed latami 70-ymi i prawdopodobnie nigdy później nie miał szansy powstać. Jest i odrobina psychodelii, rock'nrollowej piosenkowości ale i ambitne próby zmierzenia się z dłuższa i bardziej złożoną formą. Mnie szczególnie, prócz może naiwnej ale zapadającej w pamięc okładki, ujął utwór The Perfect Wish, mający w sobie odrobinę z każdego elementu składającego się na cały krążek. Naprawdę ciekawe znalezisko i bądźcie pewni, będzie tego jeszcze wiecej w najbliższych dniach (i pewnie tygodniach).

Od 2026 do 1974 roku - pół wieku muzyki, parafrazując słynnego poetę Juliana Alfreda Pankratza, wicehrabię de Lettenhove - zamknięte w kilkunastu akapitach niniejszego artykułu i trzydziestu utworach składających się na kolejną playlistę. Nic tylko czytać, słuchać i, o co jak zawsze proszę, komentować!

Playlista: 04.10.2026

poniedziałek, 28 września 2026

21.09-27.09.2026

 


Jak co poniedziałek przedstawiam najnowszy muzyczny raport i towarzyszącą mu playlistę. Wstęp krótki, bo muzyki dużo więc to jej należy się najwięcej miejsca.

Zacznijmy może od premier, nie tak licznych jak tydzień temu ale jednak bardzo dla mnie ważnych. The Ocean, niemiecki prog/post-metalowy kolektyw wydał właśnie nowy krążek, pierwszy po znacznych zmianach personalnych i pierwszy, od dłuższego czasu, swym konceptem wykraczający poza "geologiczną serię". W sumie, ekipa Robina Stapsa doszła na poprzedniej płycie do czwartorzędu więc cóż im pozostało? Może ruszyć do gwiazd? Tak zrobili i to w sposób najblizszy memu sercu. Solaris nie bez powodu kojarzy się z najsłynniejszym dziełem Lema, choć lider grupy wzorował się na filmie Tarkowskiego z 1972 roku, który poznał przed przeczytaniem książki (co czasem bywa naprawdę błogosławieństwem). Co sądzę o tej płycie? Posłuże się pewną analogią. Album jest jak "ocean" na tytułowej planecie, obie strony próbują nawiązać kontakt lecz nie jest to takie proste. W przeciwieństwie jednak do literacko-filmowego pierwowzoru, udało mi się znaleźć wspólny język z muzyką i z dnia na dzień zanurzam się w nią coraz głębiej.

Kosmiczno-cybernetyczna atmosfera unosi się też nad nowym krążkiem szwedzkiego Metalite. Muzycznie to całkiem inny świat, bo mamy tu głównie nasycony elektroniką, melodyjny power metal. Przyznam się, że trzy ostatnie albumy zespołu bardzo mi się podobały, choć każdy kolejny wydawał się o kilka procent słabszy od wcześniejszego. Trochę też czułem, że Discovery będzie kontynuować ten trend a gdy wybrane do promocji single nie zachwyciły mój lęk narastał. Szczęśliwie single nie były najlepszymi numerami na płycie. Na ten moment na pewno Neon Rain dobrze mi siedzi a w gronie kandydatów do wyróżnienia czeka jeszcze kilka kolejnych. Czy uda się im wyciągnać całość do poziomu Expedition One lub A Virtual World? Jeszcze zobaczymy ale szansa jest i to niemała.

Od czasu wydania pierwszej Avantasii metal opery kojarzą się głównie z power metalem. Ten gatunek lubuje się także we wszelkiego rodzaju fantastyce i coraz częściej sięga też po gry video. Te wszystkie elementy łączy w sobie projekt Johannesa Frykholma aka Skyblazera o nazwie Dreamseeker. A Trigger in Time, Pt.I to muzyczna wariacja na temat jednego z najlepszych jRPG w historii - Chrono Trigger. Czy będzie to też jedna z najlepszych metal oper w historii? Po pierwszych kilku odsłuchach jest naprawdę dobrze. Raz, że dobór gości ciekawy i są tu bardzo zdolni wokaliści choć może mniej rozpoznawalni niż u Sammeta, dwa - symfoniczno-powerowe kompozycje słuchają się świetnie, nie dłużą, nie nużą nadmiarem elementów narracyjnych. Po prostu jest w punkt.Szczerze mówiąc, nie był to krążek jakoś mocno przeze mnie oczekiwany ale zdaje się, że trafiło mi się kolejne "odkrycie roku".

Z piątkowych premier zaciekawił mnie też trzeci album fińskiego Confusion Field. W ostatnich latach zdarzało mi się słuchać pojedynczych utworów projektu, za który odpowiada Tomi Kankainen ale nie przeradzało się to w bliższą znajomość z całą jego twórczością. Tym razem jednak, gdy w czwartek wrzucałem na singlową playlistę najnowszy numer Tomiego coś się zmieniło. Conjuring Conflict przykuł moją uwagę na dłużej a w piątek, gdy byłem już po pierwszym odsłuchu całego Resilience Remains, poczułem, że taki nieco chłodny, ciężki prog może być idealną propozycją na nadchodzące coraz chłodniejsze dni i dłuższe wieczory. Szczególnie ujął mnie piąty na płycie Is That All, który wrzucam na dzisiejszą playlistę. 

Z albumów o tydzień starszych najczęściej słuchałem oczywiście The Gathering of Dreams, drugiego wydawnictwa symfoniczno-powerowego Fallen Sanctuary. Na ten moment to jeden z najlepszych reprezentantów swego gatunku w tej połowie roku (obok Power to Survive węgierskiego Burning Sun). Szybkość, melodie, przejmujące teksty i ten duet Pastorino/Neuhauser - czy można prosić o więcej? 

W końcu więcej czasu spędziłem też z debiutem włoskiej grupy Aletheya. Chance to Reborn ma w sobie coś pierwotnie autentycznego, co przywodzi na myśl początek lat 2000-ych. Kompozycje są starannie zaaranżowane, utrzymany balans między symfonią a metalem, między melodią a ciężarem, dzięki czemu siła muzyki bierze się z energii i dynamizmu a nie tych wszystkich, nieraz naprawdę "over-the-top" ozdobników. A to, zwłaszcza w symfonicznym powerze nie zawsze proste do osiągnięcia.

Od kilku tygodni chwalę Of Tyrants z katalogu norweskiego Triosphere, jednocześnie wspominając o wydanej przed laty jej poprzedniczce The Heart of the Matter. W tym tygodniu postanowiłem słuchać ich na zmianę a efekty w postaci ulubionych kawałków z każdej z nich znajdziecie na playliście. Wiecie też, że mieszanymi uczuciami darzę najnowszą Xandrię, choć jest tam kilka udanych (i jedna świetna) kompozycji. Jako całość Eclipse jednak blednie przy klasycznych albumach grupy. Jeden z nich właśnie, czwartą Salome - The Seventh Veil zacząłem sobie przypominać i znów poczułem się jak kilkunastolatek eksplorujący jeszcze mu nieznane królestwa i krainy metalu. Jasne, że to był całkiem inny świat a umysł "neofity" bywa mniej krytyczny niż kogoś z bagażem wielu lat doświadczeń, jednak pewnych emocji ani czas ani większa świadomość nie jest w stanie stłumić. A w przypadku Salome nigdy bym na to nie pozwolił.

Wśród rożnych opinii nt Cursum Perficio staram się trzymać bardzo racjonalnego myślenia. Anthrax to niewątpliwie zespół zasłużony w historii metalu. Wielka Czwórka Thrashu na pewno mu się należy (choć nie wszyscy tak sądzą) a i w latach 90-ych potrafił zaproponować coś innego i wartościowego. Cursum też ma w sobie sporo dobrej muzyki ale na rewolucje nikt chyba nie liczył? Myślę, że można tę płytę nazwać solidną robotą i nawet jeśli bywa czasem nierówna, to czas przy niej spędzony to przyjemne kilkadziesiąt minut.

Przez ostatnie dwa tygodnie słucham sobie też dreamgaze'owego Soft Science - raz częsciej, raz rzadziej ale ich płyta pt. Sand zawsze gdzieś tam jest i szepcze do ucha, eterycznym głosem Katie Haley bym włączył Spinning i kolejne dziewięc z umieszczonych na krążku utworów. I ja ulegam z nieskrywaną radością.

Od końca sierpnia na rynku pojawiło się też kilka bardzo mocnych stonerowo-psychodeliczno-doomowych krązków. O Besvarjelsen piszę regularnie i na pewno wrzucę Till Glomskam na listę najlepszych płyt roku, coraz częściej też w tej kategorii myślę o Necropolitan angielskiego Green Lung. Oba albumy mają w sobie pewien rock'n'rollowy pierwiastek, który nie przeszkadza a tylko dodatkowo wzmacnia już i tak silne hipnotyczno-okultystyczne wątki. 

Na łamy Muzycznej Kroniki powrócił też Froglord, tym razem przy okazji debiutu Amphibian Ascending. Było w tym nieco przypadku, szukałem bowiem płyt do zaplanowanego na październik artykułu (nic więcej nie zdradzę) a to wydawnictwo pasowało do niego jak ulał. Na chybił trafił wybrałem Pesticide i kurcze, co ja przez ostatnie kilka lat miałem w głowie, że jakoś głębiej w ten krążek nie wchodziłem. Ile tu bagiennej duchoty, ile prawdanej grozy, ile zachłannie przeżerających się przez umysł melodii. Nic dziwnego, że wywyższony na debiucie Żabi Lord przez kolejne lata kontynuuje swój triumfalny marsz.

Jak już pewnie wiecie z piątkowego wpisu, czekam z utęsknieniem na nowe albumy Wija i Fvneral Fvkk. Każdy z zespołów zaprezentował już po dwa single z odpowiednio Protistów i Indecent Idols, które tylko ten apetyt nasiliły. Jeśli uda się ten poziom rozciągnąć na pozostałe kompozycje o wysokie miejsca w kończących rok podsumowaniach będę spokojny.

Jedną z najlepszych płyt tego roku jest Woodcut, wydany w lutym pierwszy concept album w dyskografii prog-rockowego Big Big Train. Jego historia toczy się wokół rzeźbiącego w drewnie artysty i uwierzcie, w każdym utworze jestem w stanie poczuć niezwykłą staranność z jaką rzeźbiarz wycina kolejne warstwy drewna, najostrzejszym nożem (vide The Sharpest Blade), pewną ręką i ze spokojnym umysłem. 

Rock progresywny to niezwykle urozmaicone i bogate środowisko muzyczne, do którego ostatnimi czasy znów sięgam regularnie. Przyczyniło się do tego kilka świetnych premier, wśród których szczególnie wyróżnić muszę A Layman's Guide To Unobtainum niemieckego Castle Mountain Moon. Najczęściej na stronie piszę o melodyjnym i jak na prog-rock "przebojowym" utworze tytułowym ale obecnie zauroczyła mnie pierwsza część kompozycji Maps, refleksyjna, spokojna, mocno neo-progowa.

Od neo-progu zaczynał zespół Galahad, jednak z legend gatunku, by potem coraz bardziej wzbogacać swoje brzemienia przez elementy tak elektroniki jak i metalu. W tym tygodniu towarzyszyły mi aż trzy płyty tej brytyjskiej grupy, każda prezentująca nieco inne oblicze. Były to Sleepers - kwintesencja neo-progu, ciężka i epicka Empires Never Last i Quiet Storms - okoliczne wydawnictwo, prezentujące wybrane klasyki zespołu w delikatniejszych, akustycznych aranżacjach (brawo szcególnie za przejmującą interpretację Guarding Angel). Po jednym przedstawicielu każdej z nich znajdziecie na dołączonej do artykułu playliście. 

Na koniec jeszcze glam metalowa Cinderella i jej blues rockowa płyta Heartbreak Station. Brzmi dziwnie? Może trochę przesadziłem, bo przy "trójce" te bluesowe elementy dopiero zaczynały dominować, nie przysłaniając jeszcze energii i przebojowości typowej dla lat 80-ych. Z drugiej strony, Heartbreak Station na pewno zyskuje na urozmaiceniu brzmienia i patrząc obiektywnie, może jest najambitniejszą propozycją ekipy Toma Keifera? W mojej ocenie nie przebije jednak dwóch poprzedniczek, natomiast w ramach poszerzania horyznotów warto się z nią zapoznać.

Moja Muzyczna Kronika to miejsce, które mam nadzieje pomaga Wam odkrywać nową muzykę. Sam też staram się czerpać jak najwięcej z Waszych rekomendacji. Stąd jednocześnie zachęcając do lektury i odsłuchu playlistowej "tygodniówki", proszę o Wasze podsumowania minionego tygodnia - czy w formie kolażu, playlisty czy zwykłego komentarza, każda aktywność będzie mile widziana :)

Playlista: 27.09.2026


poniedziałek, 21 września 2026

14.09-20.09.2026

 


Od przybytku głowa nie boli, głosi porzekadło. Można się z nim zgadzać, bądź nie, wszystko zależy od punktu widzenia, lub w kwestii muzycznej - słyszenia. Miesiąc temu zżymaliśmy się, że premier płytowych jest niewiele, dziś każdy kolejny piątek przynosi ich tyle, że ciężko każdej poświęcić odpowiednią ilość czasu. Ta przypadłość dopadła też i mnie a jej efekty zobaczycie w najnowszym podsumowaniu tygodnia. 

Sporo w nim jest nowości i od nich zaczniemy. Osiemnastego września ukazało się aż siedem płyt, którymi planowałem się zainteresować. Nie ze wszystkimi spędziłem jednak tyle czasu ile bym chciał. Na dzień dzisiejszy mogę jednak powiedzieć, że zdecydowanie oczekiwaniom sprostał projekt Fallen Sanctuary, na czele którego stoją wspólnie Georg Neuhauser i Marco Pastorino a ich drugi album, The Gathering of Dreams to ponownie porywający melodiami i przeszywający na wskroś ładunkiem emocjonalnym power metal. Czego innego jednak spodziewać się po artystach, których nazwiska przewijają się przez niejeden powerowy klasyk (m.in. Temperance, Serenity, Warkings). Drugi solowy album zaprezentowała też żywa legenda powera - Kai Hansen. Born with the Hammer po pierwszym odsłuchu nie powalił mnie z nóg ale z każdym kolejnym podejściem zaczął mocno zyskiwać w mych oczach. Nie jest to całkiem styl Gamma Ray ani Helloween ale w sumie chyba dobrze, że artysta szuka nieco innych dróg i inspiracji. Czuć tu odrobinę Queen, jest też niezwykła lekkość i humor, zabawa formą, trochę dyskotekowych rytmów a ten cały misz masz mimo wszystko sprawia bardzo spójne, zgrabne wrażenie i to właśnie jest największy plus wydawnictwa. 

Na wysokości zadania stanął też Anthrax za sprawą wydanego po dziesięcioletniej przerwie Cursum Perficio. W odbiorze tej płyty pomaga mi fakt, że już dawno pogodziłem się z tym, że czasy Caught in the Mosh minęły a ekipa Scotta Iana znalazła swój styl, będący wypadkową thrash, groove i tradycyjnego heavy metalu. Kto to zaakceptuje, ten przy każdym kolejnym wydawnictwie zespołu będzie się dobrze bawił. 

Po troche przeciwnej stronie muzycznego spektrum plasuje się grupa, która sądząc po nazwie, inspiracje czerpie z twórczości drone metalowego Earth. Muzyka Bees Made Honey in the Vein Tree jest jednak bardziej eteryczna i organiczna niż w przypadku autorów płyty Bees Made Honey in the Lion's Skull. In Between Strides to już czwarty longplay w katalogu niemieckich psychodelicznych doomsterów i każda z pięciu umieszczonych na nim kompozycji to hipnotyzująca podróż do wnętrza siebie, wśród nadziei, niepokojów ale i marzeń. Po prostu, chwila dla siebie. 

Takich rozmytych, shoegaze'owych dźwięków słuchałem zresztą częściej. Trochę przespałem co prawda dzień premiery nowej płyty amerykańskiego Soft Science ale udało mi się nadrobić zaległości i mogę polecić Sand każdemu miłośnikowi delikatnych melodii ubranych w opadające słuchacza niczym wieczorna mgła ściany dźwięków. Muzycy swój styl określają mianem dreamgaze'u a ja wyczuwam w nim zaskakujące podobieństwa do również dream- ale dream-thrashowego Astronoid, a zwłaszcza do ich ostatniej płyty, która przez wielu z Was została uznana płytą roku. Polecam zatem Sand, może też dacie się jej oczarować. 

Nadrabiane zaległości dotyczyło też przedstawicieli progresywnego grania. Tydzień wcześniej ukazały się zrówno EP-ka prog-rockowego Slug Comparison i album greckich progmetalowców z Mother of Millions. Odpowiednio Cold in, cold out jak i T, wykorzystują odmienne środki wyrazu - akustyczne, refleksyjne kompozycje vs cięższe, nasycone intensywnymi emocjami i pewnym patosem metalowe strzały ale żadnemu z nich nie sposób odmówić kunsztu i wirtuozerii. Do grona nowości dorzucę jeszcze nowy singiel Wija, zatytułowany Duch, pełen agresji, energii i cytatów z tzw klasyki polskiej literatury. Nie wiem jak Wy ale ja czuje, że zbliżający się wielkimi krokami krążek zatytułowany Protisty ponownie zrobi sporo zamieszania na naszej muzycznej scenie.

Tak jak przed tygodniem, ponownie ścierały się u mnie dwa symbole lat 80-ych, swego czasu antagonistycznie wobec siebie nastawione, ostatecznie połączone w upadku za sprawą eksplozji grunge na początku kolejnej dekady. Hair metalowa Cinderella zaprosiła mnie do swojego najbardziej przebojowego albumu, Long Cold Winter, z którego pochodzą takie gitarowe killery jak Gypsy Road czy Take Me Back a także słynna power ballada Don't Know What You Got (Till It's Gone). Po drugiej stronie Slayer, choć w dwudziestopierwszowiecznym wydaniu. World Painted Blood było pierwszą ich płytą, jaką poznałem bo akurat premiera zbiegła się czasowo z moją konwersją na metal. Z tego też względu, choć nie ma ten siły rażenia co pierwsze wydawnictwa, darzę ją dużym sentymentem a niedowiarkom wrzucam na dzisiejszą playlistę kipiące złością Americon i rytmicznie skandowany przez Toma Human Strain. 

Na wstępie wspomniałem, że minął już czas wakacyjnej posuchy i dobrych albumów regularnie przybywa. Z premier przełomu sierpnia i września regularnie słucham najnowszych wydawnictw speed/thrashowego Flotsam & Jetsam (Rats in the Temple), power metalowych Triosphere (szorstkie i dynamiczne Oceans Above, Stars Below) i Burning Sun (podniosłe i melodyjne Power to Survive) czy triumfującego w ostatnim zestawieniu Doom Charts Till Glömskan ad Oblivionem szwedzkiego Besvärjelsen. Wśród wyróżnionych był też słowacki Zemetras, którego debiut uważam za jedno ze swoich najciekawszych odkryć bieżącego roku. We wrześniowym notowaniu tej uznanej strony z pewnością pojawi się za to Necropolitan, czwarty pełny album Brytyjczyków z Green Lung, pełen psychodelicznego mroku przywodzącego na myśl skąpany w mglistym świetle lamp gazowych Londyn epoki wiktoriańskiej. 

Do moich ulubionych prog rockowych płyt ostatnich tygodni i miesięcy z pewnością mogę zaliczyć AutoMoto Animus czerpiącego z różnych nurtów Xaviera Phideaux i Grimalkin, za który odpowiada supergrupa Pattern-Seeking Animals. Oba krążki pokazują nam jak można pisać przyjemne i łatwo zapamiętywalne melodie, nie popadając w banał i "popelinę". Moim zdaniem są to kolejni mocno kandydaci (a jest ich nie mało) do tytułów płyty roku i to nie tylko w swoim gatunku.

Wśród starszych płyt też było sporo progresji, choć w bardziej power metalowym wydaniu. Włoskie DGM ma w swojej dyskografii sporo udanych płyt ale kolejny już tydzień dominuje u mnie The Passage z 2016, na którym znajduje się mój ulubiony Animal. O Symphony X i płycie Paradise Lost też pisałem w poprzednim podsumowaniu ale cóż, wszystko o takiej nazwie, czy to nazwa zespołu czy tytuł płyty musi być wyśmienite ;)

Z pozostałych krążkowy, których miałem nieskrywaną przyjemność słuchać były Break the Silence symphonic metalowego Beyond the Black. Album w ciekawy sposób eksplorujący zróżnicowane folkowe terytoria (muzykę świata można wręcz powiedzieć) to duży krok naprzód po jednak dość przeciętnym choć dopracowanym poprzedniku. Druga płyta to niedawne odkrycie czyli blues-rockowa heavy americana jaką serwuje nam Beaux Gris Gris and The Apocalypse. Polecam Hot Nostalgia Radio każdemu, kto szuka czegoś nowego a około-psychodeliczbe klimaty są mu bliskie. 

Dwadzieścia dwa zespoły - dawno nie było tak zróżnicowanego podsumowania. Mam nadzieję, że odsłuch dołączonej do wpisu playlisty otworzy Was na różne nowe kierunki, bo przecież ciągle poszukiwania to główny cel tej strony. Czekam też i na Wasze komentarze i polecenia. Pozdrawiam!


Playlista: 20.09.2026


poniedziałek, 14 września 2026

07.09-13.09.2026

 


Za nami kolejny tydzień pod dyktando progresywnych odmian rocka i metalu, choć jak się zaraz przekonacie, nie tylko. Trafi się też kilka zaskakujących kontrastów i jedno, nie mniej zaskakujące odkrycie.

Zacznijmy może od niego właśnie. Chodzi o bardzo specyficzną grupę zwaną Beaux Gris Gris & The Apocalypse. Jej nazwa rzuciła mi się w oczy przypadkiem i od razu poczułem chęć sprawdzenia co się za nią kryje. Okazało się, że to strasznie przyjemna w odsłuchu, wciągająca wariacja na temat bluesa, soulu, occult rocka i americany, czyli coś, co raz na jakiś czas ma u mnie szansę pojawić się na dłużej. Póki co jadę z Satisfy Your Queen na repeacie ale cały krążek Hot Nostalgia Radio z 2024 roku jest pełen takich właśnie nieco dziwacznych, dusznych od kalifornijskiego słońca przebojów.

Przebojowa psychodelia to też określenie pasujące do zespołu ze zgoła innej strefy klimatycznej. Necropolitan, czwarty długograj stoner/doomowców z Green Lung to muzyczny hołd złożony miejskim legendom ze stolicy Anglii. Klimat jaki wyziera z 9 zawartych na nim utworów nieodparcie kojarzy mi się z powieściami pisarza, którego imienia nie wolno wymawiać a słuchając takiego Dance to the Grave od razu aż chce się "tańczyć Makabrela".

To zresztą nie wszystko jeśli chodzi o szeroko pojmowaną psychodelę. Weźmy na przukład świetny i doceniany przez wielu bardziej poczytnych niż ja muzofilów nowy krążek Besvarjelsen czy Cycles in the Infinite Dream amerykańskiego REZN - płyty, które należą do najlepszych w swej kategorii w tym roku. 

Broni nie złożyła też power metalowa reprezentacja mojej biblioteki. Nawet pojawiło się w niej kilka nowych lub dawno nie słyszanych nazw. O węgierskim Burning Sun piszę kolejny raz i zapewne pisać będę jeszcze często, bo mocno wkręciłem się w Power to Survive. Doceniłem też wcześniej nieco pominięty utwór Over And Beyond z gościnnym udziałem gitarzystki znanej choćby z Frozen Crown - Alexandry Lioness, tu w roli wokalistki obdarzonej szorstki, tradycyjnie heavy metalowym głosem. 

W końcu miałem też więcej czasu by porządnie wsłuchać się w nowy album francuskiego KingCrown, w którego składzie znajdziemy między innymi muzyków zaangażowanych wcześniej w
Nightmare a także w świetny zeszłoroczny debiut Aedansky. Ich wariant Power metalu bliższy jest pierwszemu z dwóch wymienionych wcześniej zespołów, czyli ciężki, surowy i shore. Panowie nie zapomnieli jednak też o melodiach i patosie, bez których solidny power obejść się nie może. 

Cały czas też odkrywam Oceans Above, Stars Below norweskiej grupy Triosphere. W tym tygodniu bardzo spodobał mi się utrzymany w średnich tempach Cadence of Things, w których szczególnie ujęła mnie wokalna interpretacja Idy Haukland. To już kolejny w tym artykule przykład mocnego żeńskiego wokalu. 

Bardzo szeroki wachlarz umiejętności, obejmujący m.in. growling ma też Aime Vourvahis z symfoniczno-metalowej Xandrii. I choć ich najnowsze dzieło nie ujęło mnie za serce to lubię sobie posłuchać kilka kawałków z niego, w tym Masquerade. Trochę dla kontrastu wróciłem też do najlepszego numeru z jej poprzedniczki, czyli Two Worlds - siedmiodniowego epickiego killera. 

Są zespoły z "frontwoman", są też takie w całości złożone z dziewczyn. Niedawno swój drugi album wydał właśnie taki power metalowy girlsband o nazwie Pirate Queen. Nazwa mówi sama za siebie jaką tematykę podejmują artystki, ja odpowiem tylko że robią to w niezłym stylu.

Od kilku tygodni wróciłem do Virgin Steele, tym razem obok Marriage of Heaven and Hell przypomniałem sobie ich ostatnie wydawnictwo, The Passion of Dionysus z 2023 roku z kapitalnym You'll Never See The Sun Again, subtelnym i dynamicznym, epickim i refleksyjnym zarazem. 

Miała być dominacja progresji, gdzie się podziała? A więc na poczatek dwa uznane zespoły sceny prog/powerowej o zbliżonym brzmieniu - włoskie DGM i amerykańskie Symphony X. W katalogu każdego z nich mam kilka płyt, do których regularnie powracam. Są to odpowiednio The Passage i Paradise Lost, w których techniczne smaczki dzielą "scenę" z wyrazistymi melodiami i interesującą tematyką tekstów.

Przejdźmy teraz do rocka progresywnego. W samym tym gatunku wyróżnia się kilkadziesiąt nurtów i stylów, choć ja zdecydowanie najczęściej sięgam po neo-prog, crossover i rock symfoniczny. Ikoną polskiej sceny tego pierwszego jest Ryszard Kramarski a concept albumu wydawane pod szyldem tRKproject, inspirowane różnymi baśniami, mitami czy literaturą to prawdziwa sztuka na wielu płaszczyznach. Tak jak już wczoraj mogliście zobaczyć na FB, ostatnio znów słucham płyty Odyssey9999, na której obok iście filmowych epików w stylu Twelve Spaceships mamy jedną z najpiękniejszych power ballad (jeśli mogę tak to ująć) - Calypso Nymph. 

Neo-progresywne inspiracje da się usłyszeć też w twórczość Castle-Mountain-Moon. Niemiecka grupa na koncie ma dwie płyty studyjne z czego druga liczy sobie dopiero kilkanaście dni. Tyle czasu (plus dodatkowe kilka tygodni od pieszego singla) wystarczyły mi stwierdzić, że jest to jedna z najlepszych progresywno-rockowych płyt tego roku - dopracowaną w najmniejszym szczególe i niezwykle dobrze wyważoną, nie ma to niepotrzebnych opisów instrumentalnych, nie ma prowadzących donikąd przedłużających się pasaży a i warstwa tekstowa skręć w prawo potrafi zaciekawić ale nie przytłacza nadmiarem filozofiiczno-egzystencjalnej metafizyki. 

Podobnie rzecz się ma z wcześniejszą o dwa miesiące AutoMoto Animus, na której Xavier Phideaux, jak przystało na crossover prog, ponownie pokazuje nam jak zręcznie i swobodnie potrafi łączyć przeróżne inspiracje w spójną i wciągającą bez reszty całość. New romantic? Rock symfoniczny? Gitarowe, pół-akustyczne piosenki? Wyobraźnia pana Xaviera zdaje się nie mieć granic 

Talentu wyżej wymienionych artystów, chodź miło czasem pomyśleć, że moje playlisty też jakiś tam niezły sposób łączą ze sobą różne, dawałoby się skrajny gatunku. Spójrzmy na poniższy przykład ikon hair metalu – pochodzącej z Pensylwanii cinderelli kropka jest to pierwsza płyta tego zespołu, którą słyszałem i muszę przyznać że jej przypadku na pewno większy nacisk tą kaiser i spółka położyli na człon metal niż na hair. W efekcie mamy płytę melodyjną ale jednak nie pozbawioną metalicznej ostrości w grupie muzyki gitarowej ale melodyjnej i łatwo wpadającej w ucho mamy też rajd of Lion i moją jest ładną sympatię do wydanego w tym roku krążka pod tytułem Unbridled. 

W drugim narożniku stoi Slayer - my brutalniejsze przedstawiciel wielkiej czwórki trash metalu. Można że naturalny wróg Cinderelli i im podobnych. Tym razem trafił do podsumowania dzięki płycie South of Heaven, poprzedzającej moje ulubione Seasons in the Abyss. Zawsze ją tak trochę pomijałem a przecież te rytmiczne, wiercące w głowie gitary i zimniejszy niż zwykle, bardziej zdehumanizowany głos Toma Array'i potrafią zwrócić i utrzymać uwagę słuchacza na dłużej.

Mam też nadzieję, że dzisiejszy wpis też zdoła zwrócić Waszą uwagę i podzielicie się Waszymi tygodniowymi podsumowania mi, rankingami lub kolażami. A spragnionym dobrej, zróżnicowanej muzyki jak zawsze polecam swoją najnowszą playlistę. Trzymajcie się!






poniedziałek, 7 września 2026

31.08-06.09.2026

 


Pierwszym singlem promujacym najnowszy album szwedzkiego Besvarjelsen było Didn't Come to Party. Parafrazując ten tytuł, ja dziś też na przyjęcie nie zapraszam ale mam nadzieję, że lektura niniejszego podsumowania i odsłuch playlistowej "tygodniówki" przyniesie Wam tyle dobrej zabawy co niejedno "party". Zatem let's go.

Właśnie, Besvarjelsen, pochodząca ze Sztokholmu grupa narobiła swym nowym LP niemałego zamieszania. Dość powiedzieć, że Till Glomskam ad Oblivionem wygrało sierpniowe zestawienie Doom Charts. I zero zaskoczenia, bowiem jest to świetny przykład płyty mającej w sobie tyle samo psychodelicznego fuzzu co rock'n'rollowego pazura a głos Lei Amlang Alazam niesiony stonerowo-bluesowymi gitarami wbija się do mózgu nieubłaganie, hipnotyując i przyprawiając o bardzo przyjemne drżenie. Prócz wspomnianego singla, do najjaśniejszych punktów płyty należą też drugi "przebój" w postaci Accelerating Hearts czy bardziej majestatyczne Battles. Już dla tych trzech kawałków warto sięgnąć po album ale zapewniam, ciężko znaleźć na nim tzw "fillery".

Fani ciężkiej psychodelii i doom metalu znają też na pewno najnowszy krążek amerykańskiego REZN. Cycles in the Infinite Dream jest z nami już dobrych kilka tygodni ale cały czas ma w sobie coś, co sprawia, że nawet przy n-tym odsłuchu odkrywamy jakieś nowe smaczki a coraz to inny utwór staje się dla nas tym "naj". Jeśli o mnie chodzi, to na pierwsze miejsce wróciło Escher ale też w łaski wkradła się zamykająca krążek Terra Preta.

W zeszłym tygodniu zamknałem też kilkumiesięczną eksploracje dyskografii Candlemass, robiąc sobie jeszcze raz małe resume ulubionych płyt mistrzów epickiego doomu. Do odtwarzacza trafiały więc przede wszystkim przełomowy Epicus..., najlepszy z Messiahem Ancient Dreams i najlepszy z Robertem Lowe Death Magic Doom a także ostatni długograj - Sweet Evil Sun, który wprowadził "świeczki" do grona moich absolutnie uwielbianych wykonawców.

Odchodząc już od stonera i doomu ale pozostając wśród relfeksyjno-melancholijnej muzyki nie sposób nie wspomnieć o katowickim trio przeprosiny i ich fonograficznym debiucie zatytułowanym femme. Łącząc ze sobą cechy rocka alternatywnego, shoegaze'u i emo  panowie potrafią wyczarować niezwykle subtelne i wrażliwe obrazy, choć kiedy trzeba dodają też szczyptę agresji, złości i rozpaczy. Ta poetyckość najwspanialej wybrzmiewa w księżycowych pustkowiach, gdzie muzyczny minimalizm tym bardziej wzmacnia liryczny przekaz utworu.

O miłości pisać i śpiewać w sumie można na różne sposoby. W taki bardzo pozytywny sposób robi to Pride of Lions w utworze I'll Be Your Rock, pochodzacym z wydanej w lipcu płyty Unbridled. W kategorii AOR jest to jedna z moich ulubionych piosenek wydanych w tym roku a i cały album zapewne będzie wysoko w całorocznych podsumowaniach.

Jeśli sa jeszcze wśród czytelników strony osoby, które nie do końca rozumieją co to ten cały AOR, od razu wyjaśniam że obecnie tak nazywa się melodyjne i przebojowe rockowe bądź hard-rockowe granie. Z takiego ostrzejszego, melodyjnego hard rocka mam też dziś dla Was coś jeszcze - pochodzący z Atlanty zespół Kickin Valentina, którego nowy krazek Anthems of the Underground zwrócił moją uwagę szczególnie za sprawą singlowego Silver Moon, dynamicznego i łatwo wpadającego w ucho bangera.

W kwestii power metalu udało mi się, mam nadzieję, z nawiązką nadrobić czas spędzony z norweskim Triosphere i ich naprawdę solidnym krazkiem Oceans Above, Stars Below. Dwanaście lat po genialnym The Heart of the Matter zespół nadal jest w stanie wykrzesać z siebie wysokiej klasy proggujący power metal a pełniąca również rolę basistki Ida Haukland znów wkłada w swój głos tyle samo drapieżności co emocji. Słucha się tego albumu szybko i przyjemnie a melodie takich kawałków jak Of Tyrants, Shorelines czy Cadence of Chaos wibrują w głowie jeszcze jakis czas po zdjęciu słuchawek. Tak, zdecydowanie warto było czekać tak długo na nowy materiał tej ekipy, choć mam nadzieję, że kolejne wydawnictwo pojawi się zdecydowanie szybciej ;)

Węgierska scena power metalowa zrodziła kiedyś niesamowity zespół jakim był Wisdom. Informacja o zawieszeniu/zakończeniu działalności zasmuciła mnie mocno ale po kilku latach mogę powiedzieć z radością, że w kraju "bratanków" znów działa sztosowa powerowa kapela a nazywa się Burning Sun. Kwartet z Debreczyna ma na swym koncie już trzy albumy studyjne ale to dzięki ostatniemu z nich, Power to Survive poznałem ich twórczość i słucham namiętnie z tygodnia na tydzień, zwłaszcza niosącego piękne przesłanie Light of the World.

Oba wyżej wspomniane krążki jak i ostatnia część neoklasycystycznej trylogii wydanej pod szyldem Marc Garau's Magic Opera zatytułowana The Final Flight to według mnie najlepsze powerowe płyty ostatnich 2-3 miesięcy i nie zmieniła tego niestety najnowsza odsłona Kamelot. Dark Asylum jest co prawda przyzwoite, bardzo dobrze zagrane ale brakuje jej tego nienazwanego, nieokreślonego "czegoś" co sprawia, że dany album jaśnieje nieco mocniejszym blaskiem niż tuzin pozostałych, tego nomen omen "light of the world"...

Dwa tygodnie temu pisałem artykuł o rockowych i metalowych trylogiach, wspominając między innymi o epic/speed/power metalowym zespole Virgin Steele. Tak się właśnie składa, że od tamtej pory coraz częściej sięgam (po długiej, długiej przerwie) po The Marriage of Heaven and Hell (obie części) i czerpię z ich odsłuchu naprawdę sporo przyjemności. Wokal deFeisa to złoto i kazdy fan metalu powinien go choć raz usłyszeć. Serio.

Teraz pora na nieco agresywniejsza odmianę metalu, czyli thrash, choć zdaniem wielu Flotsam & Jetsam ma w sobie teraz więcej ze speedu czy nawet powera. To są jednak tylko etykietki a Rats in the Temple to kawał świentego, szybkiego i ostrego grania. Melodie są i dobrze, bo dzięki nim takie perełki jak The Ghost Behind My Door, Absolution czy Harvesting the Hate miażdżą jeszcze mocniej. Jest to album, który potrafi uzależnić a po 56 minutach i 24 sekundach słuchania masz ochotę na kolejne 56, 112, 178 etc... I to jest kurcze piękne! 

Tak jak tydzień temu, tak teraz również zanurzałem się w najlepszym moim zdaniem krążku Slayera czyli Seasons in the Abyss ale sięgnąłem również po legendę kanadyjskiej sceny, jednego z pionierów space metalu czyli zespół Voivod. Do odtwarzacza trafiał jednak głównie czysto thrashowy, surowy i ciężki debiut zatytułowany The Killing Technology. I choć zawsze fascynowała mnie ewolucja brzmienia zespołu to debiut jest chyba płytą, do której wracam najczęściej. 

Na koniec kącik progresywny a w nim, jak to mówią, samo dobro. Dobro, na które czekałem z niecierpliwością. Na trzecią część A Dark Poem norweskiego Green Carnation z ciekawością rozbudzoną dwoma, bardzo dobrymi poprzedniczkami a na drugą płytę Castle Mountain Moon zatytułowaną A Layman's Guide to Unobtainum w napięciu, czy Niemcom uda się dorównać niezwykłemu debiutowi. W obu przypadkach nagrodą za niecieprliwość była wspaniała muzyczna uczta, której ślad znajdziecie na dzisiejszej playliście. 

Dodajmy do tego jeszcze AutoMoto Animus amerykańskiego Phideaux i jej "ponowną" (czyli streamingową) premierę i mamy progresywny dream team. Ja co prawda najnowszej płyty pana Xaviera słuchałem dzięki bandcampowi już na początku czerwca ale jej pojawienie się na "zielonej platformie" dało mi impuls by znów sięgnąć po te niezwykle eklektyczne i wciągające dźwięki.

Mam też nadzieję, że muzyka, o której dziś pisałem też Was wciągnie i często będziecie tu wracać po nowości, polecajki i muzyczne archeologiczne odkrycia. Ja też zawsze jestem otwarty na Wasze sugestie i gdy tylko czas pozwala, staram się regularnie z nimi zapoznawać. Dlatego też, tym goręcej zachęcam do podzielenia się Waszymi podsumowaniami tygodnia. Poniżej zaś tradycyjnie, odnośnik do playlisty. Miłego odsłuchu!

Playlista: 06.09.2026

poniedziałek, 31 sierpnia 2026

24.08-30.08.2026

 



I cyk, kolejny tydzień za nami, czas więc na jego podsumowanie i playlistę z moimi aktualnie ulubionymi utworami. Zapraszam!

Ostatni w pełni sierpniowy tydzień tego roku był pierwszym po długiej przerwie, obfitujacym w pokaźną liczbę premier. Wiele z nich było przeze mnie od dawna wyczekiwanych, niektóre wpadły całkiem przypadkiem zabierając nieco "czasu antenowego" dotychczasowym pewniakom. Stąd ostateczny obraz dzisiejszego wpisu nawet mnie samego nieco zaskoczył. Zacznijmy może właśnie od nowości płytowych. Spośród albumów, które światło dzienne ujrzały w piątek przede wszystkim wyróznić muszę Till Glömskan Ad Oblivionem szwedzkiego Besvarjelsen. Jej tytuł, oznaczający tak po szwedzku jak i łacinie "do zapomnienia" jest dość przewrotny. Zawartym na niej psychodelicznym doom'n'rollem (tak bym najprościej okreslił ich obecny styl) naprawdę można zasłuchiwać się bez opamiętania i zdecydowanie nie jest to album "do zapomnienia" od razu po wyłączeniu odtwarzacza. Ma w sobie coś co wciąga, hipnotyzuje i domaga się więcej i więcej. Bardzo dobre wrażenie zrobił też na mnie nowy krązek weteranów thrashu Flotsam & Jetsam. Co prawda po latach ich styl przeniósł się bardziej w stronę drapieżnego speed metalu, nie uwazam tego jednak za wadę. Co więcej, to w tej dynamice i szybkości a także wwiercających się do głowy melodiach kryje się sekret Rats in the Temple. Nie będzie nadużyciem, jeśli powiem że ostatnie kilkanaście miesięcy to nadzwyczaj owocny czas dla miłośników thrash metalu a odpowiadają za to właśnie nadal brzmiące świeżo i intensywnie kapele z długim stażem na scenie. Legendą w swoim gatunku jest też Kamelot, choć przyznam, że od czasu odejścia (a nawet pod koniec jego obecności w grupie) Roya Khana nie zawsze utrzymywał równy poziom. Wydany w 2023 roku The Awakening był jednak dla mnie ostatecznym przebudzeniem i wyjściem z cienia rzucanego przez klasyczne albumy. Toni Karevik zbłysnął w końcu w pełni, pokazując więcej "siebie" niż Roya (a ja Karevika z płyt Seventh Wonder ubóstwiałem zawsze). Liczyłem więc, że podobnie będzie na Dark Asylum. I co? Ciężko póki co powiedzieć. Na pewno jest to krążek, który potrzebuje więcej czasu by się w niego wgryźć i odkryć wszystkie ukryte smaczki. Na ten moment powiem tylko tyle, że zespół zagrał swoje, choć co ciekawe, po trzech dniach słuchania najbardziej w pamięć zapadł mi One Last Masquerade z gościnnym wokalem Tobiasa Sammeta, momentami niebezpiecznie podobny do Twisted Mind - utworu Avantasii nagranego w duecie z... Royem Khanem. 

Wspomniałem o nowościach, które trafiły do mnie przypadkiem i narobiły sporego zamieszania. Taką płytą okazało się femme katowickiego zespołu przeprosiny. Ekipa określa swój styl jako m.in. emo (i to 5-a fala!), screamo czy shoegaze czyli w większości są to gatunki, o którym mam niewielkie lub żadne pojęcie. A jednak coś między nami zagrało i to do tego stopnia, że sam się łapie na tym jak nucę księzycowe pustkowia (bardzo radiowe ale i jakże poetyckie) lub doszukuje się w jej dotyku śladów alcesto-podobnego blackgaze'u. Może właśnie ta terra incognita, jaką był dla mnie styl zespołu tym bardziej zauroczyła, zaintrygowała i zachwyciła prostego, rockowo-metalowego Muzycznego Kronikarza?

Zobaczymy jak długo utrzyma się sympatia do w/w albumów. Nie słabnie natomiast żar jaki wywołuje u mnie Power to Survive, najnowsze dzieło węgierskich power metalowców z Burning Sun. Jest to płyta mocno zakorzeniona w tradycji euro-powera, rozpędzona i pękająca wręcz od ilości świetnych melodii. Ktoś powie, że wszystko to już było. Ja mu odpowiem, że trzeba jednak mieć nie lada talent by ze zdawałoby się "ogranych" schematów wyciągnąć coś jeszcze, coś co sprawi, że nie sposób oderwać się od kompozycji.  Od początku do końca słucha się jej z przyjemnością a w ostatnich dniach szczególnie ujęło mnie Light of the World. Wiem, że jest to, jak i cały album, element szerszej opowieści osadzonej w klimacie fantasy ale gdy słyszę "in my dark hours you're beside me (...) you are the Light of the World" nie sposób nabrać wrażenia, że jest to niezwykłe wyznanie miłości - uczucia, które nigdy nie gaśnie i pozwala pokonać nawet najgęstsze ciemności. A Wy jak to intereptujecie?

Zostańmy jeszcze przy power metalu, ponieważ odświeżyłem sobie ostatnio jeden z klasyków gatunku - No World Order niemieckiego Gamma Ray. W oczekiwaniu na nową solową płytę Kaia Hansena czuję, przyznam się, pewien żal i nostalgię do w/w zespołu a rzeczona płyta to wg mnie jedna z najlepszych pozycji w ich katalogu. Od rozpędzonych, przebojowych hymnów takich jak Follow Me po jedną z najpiękniejszych power metalowych ballad - Lake of Tears ten album oferuje to, co najlepsze w swoim gatunku. To, czego brakło mi na ostatnim Helloweenie i czego, obawiam się, w takiej intensywności nie poczuję na zbliżającym się Born with the Hammer...

Po raz kolejny polecam też kopalnię przebojów o nazwie Battle Beast. Jeśli szukacie melodyjnego metalu, czasem dynamicznego, czasem rytmicznego z silnym kobiecym wokalem i odrobiną disco, industrialu czy electro - praktycznie każda z siedmiu płyt fińskiej ekipy będzie jak znalazł.

Bardzo dużo czasu poświęcałem ostatnio na płytę Grimalkin, za którą stoi progresywny dream team zwany Pattern-Seeking Animals. Muzycy wchodzący w skład zespołu doświadczenie zbierali w różnych uznanych ekipach poruszających się po zróżnicowanych nurtach rocka i metalu progresywnego. Doświadczenia te procentują na każdej kolejnej płycie, które wydają z zaskakującą regularnością co 1-2 lata. I, o dziwo, im krócej pracują nad danym albumem tym lepszy efekt osiągają. Tak bowiem Grimalkin dużo mocniej przemawia do mnie od zeszłorocznego Friend of All Creatures, choć do poziomu Spooky Action at the Distance odrobinę mu jeszcze brakuje. Niemniej jednak, mogę śmiało zaliczyć szóste wydawnictwo ekipy do jednej z najciekawszych prog-rockowych płyt tego roku. 

Takich kandydatek jest zresztą więcej. Dziś pozwolę sobie przytoczyć jeszcze tylko jedną a mianowicie Quetzalcoatl brytyjskiego The Tirith, do obecności której w moich cotygodniowych podsumowaniach zdążyliście się już pewnie przyzwyczaić. Dancing with Vampires is not very wise ale gdzie w grę wchodzą emocje, logika nie ma wstępu ;)

Na samym początku wspomniałem o doom'n'rollu. Nie wiem czy taki gatunek istnieje ale jak wiecie, doom metal ma wiele twarzy (może nawet więcej niż Grey ;) ). Spośród nich nie słabnie moja sympatia do psychodeliczno-stonerowego REZN i ich świetnej nowej płyty, tak samo jak do słowackiego Zemetras, będącego "słowiańską" odpowiedzią na Windhand. Duszno, surrealistyczne klimaty i bujające rytmy nigdy mi się nie znudzą. 

Ptaszki śpiewają też, że w przyszłym roku nowy album wydaje Candlemass. Dobrze się składa, bo akurat kończę eksplorację ich dyskografii przypomnieniem sobie o zeszłorocznej EPce pt. Black Star. Mamy na niej dwa covery i dwa premierowe nagrania, po które nadal sięga się z przyjemnością. 

Na zakończenie jeszcze trzy albumy z trzech całkiem innych "parafii". Folk-metalowy Radogost i jego dekadencko/pogańskie Dziedzictwo Ognia, łatwo wpadający w ucho Unbridled aor-owej grupy Pride of Lions i, dla kontrastu, mój ulubiony krążek Slayera - Seasons In The Abyss, gdzie znana z poprzedniczek agresja trochę może wyhamowuje a odrobina melodii potrafi całkiem przyjemnie zaskoczyć.

A jak Wam minął ten tydzień? Co Was zachwyciło, oczarowało, rozłożyło na łopatki etc? Piszcie w komentarzach, gdzie również znajdziecie link do najnowszej playlisty.

Playlista: 30.08.2026


poniedziałek, 24 sierpnia 2026

17.08-23.08.2026

 


Witam państwa już z Polski ale jeszcze urlopowo. A jak każdy prawdziwy Polak na urlopie, Mam mnóstwo rzeczy do zrobienia w domu więc dzisiejsze podsumowanie przeprowadzimy w trybie ekspresowym. Tak więc oto artyści, których w ostatnim tygodniu słuchałem najczęściej.

Battle Beast - przekrojowo przez całą dyskografię - przebojowy metal z nutą powera ale i ejtisowych, tanecznych rytmów

Pride of Lions - AORowe piosenki mistrza Peterika o miłości i innych emocjach - w sam raz na romantyczny wypad z małżonką 

Black Sites - amerykański progresywny groove metal, gdzie melodie nie słodzą nadmiernie a instrumentalna ekwilibrystyka nie przeszkadza w odbiorze

Mlecze - bo bedroom pop to nie proste piosenki o cin-cin ale pełne melancholii i osobistych treści bolesne muzyczne wyznania

Duszno i EPka zostań/wyjdź czyli cztery nowe shoegaze'owe perełki warszawskiej ekipy

Candlemass i pora na Sweet Evil Sun, jedną z trzech moich ulubionych płyt i tę konkretną, która że słuchacza zmieniła mnie w fanatyka

Debiutujący niedawno Zemetras, czyli stoner/doom po słowacku. Myślę że takiego poziomu odurzającej psychodelii nasi południowi sąsiedzi nie byliby w stanie osiągnąć śpiewając po angielsku 

Brytyjczycy z The Tirith udowadniają natomiast, że rock progresywny to niekoniecznie ciągle wytyczanie nowych ścieżek ale i umiejętne wybieranie tych już wydeptanych. A ta elektryczność to największa zaleta płyty Quetzalcoatl.

Rockowe supergrupy to zawsze trochę taki win or lose. Na szczęście Pattern-Seeking Animals należą do tej pierwszej grupy, co udowadniają kolejnym dobrym albumem

Jak pobyt we Włoszech to może coś włoskiego. W piątek pisałem o lokalnej scenie power metalowej więc jej przedstawiciel jest - Marc Garau's Magic Opera ze swym symfobiczno-neoklasycystycznym stylem. Zmobilizowałem się też w końcu do zapoznania z legendą rock progressivo italiano czyli Premiata Forneria Marconi i ich debiutem Storia Di Un Minuto, pokazującym oryginalne dla Płw. Apenińskiego podejście do tematu.

Historia prog-rocka to też mnóstwo dziś zapomnianych kapel z lat 70-ych. Od dwóch tygodni chronię od zapomnienia amerykański symfoniczno/art-rockowy Ethos

A wracając do powera, mocna nowość od Burning Sun. Szybkość, podniosłe i melodyjne refreny a w jednym utworze sam Herbie Langhans. Polecam!

Dynazty też umie w power metal, choć z płyty na płytę coraz go mniej. Jednak Titanic Mass ma w sobie sporo takiego grania i generalnie tutejsze galopady lubię najmocniej.

Pokoncerowo Testament i New Order, który przeżywa u mnie swoisty renesans. A wszystko dzięki zagranemu na wejście Into the Pit.

Jest jeszcze Wij i jego nowy splot, czyli Sznur - Tuja znów śpiewa czysto a tekst jak zwykle wymaga dłuższego "rozplątywania".

Na koniec Xandria i utwór Masquerade. Z nowej płyty lubię go najbardziej, choć jednak czuć, że to nie ten poziom co Wonders...

Cóż, już po muzycznym Teleexpressie, czekam na Wasze podsumowania a dla użytkowników "zielonej" platformy dodatkowo związana z artykułem playlista.

Playlista: 23.08.2026




poniedziałek, 17 sierpnia 2026

10.08-16.08.2026

 


Przyznam się, że zainspirowało mnie ostatnie wydanie listy Doom Charts, w którym redaktorzy w pewien sposób konfrontowali swoje wybory z tymi przewidzianymi przez Sztuczną Inteligencję. Pod ich wpływem zacząłem się zastanawiać, czy AI na podstawie obserwacji moich cotygodniowych raportów będzie w stanie z dużym prawdopodobieństwem oszacować kształt kolejnego podsumowania. Poprosiłem więc najbardziej znany moduł sztucznej inteligencji o prognozę na okres 10-16 sierpnia w formie pliku docs, z zastrzeżeniem, że odczytam go dopiero w niedzielę po północy. Dziś, gdy przychodzi mi podsumować poprzedni tydzień spróbuję zrobić to w odniesieniu do tego, co przewidział czat dżi-pi-ti. A więc:

AI: Prognozowany charakter tygodnia: ciężki, ale nie monotonny — z wyraźnym przeplataniem atmosferycznego doom metalu, epickiego power/prog metalu i klasycznego rockowego brzmienia.

Ja: Ciężka muzyka - tu się zgodzę ale czego można się spodziewać od fana metalu i hard rocka? Jest też jak zwykle dość eklektycznie (w ramach przyjętej konwencji), choć za atmosferę odpowiadają głównie artyści dream popowo/shoegazeowi i post-metalowi (czy nawet post-hard corowi), epickość leży po stronie doom metalowców a elementy powera bardziej odnaleźć można wśród symfoniczno-metalowych ekip. Jeśli zaś chodzi o klasyczny rock to też różnie można tę klasykę rozumieć - słuchałem bowiem i AOR-a i nieco zapomnianej klasyki rocka progresywnego. Niestety (a może i stety) przedstawicieli rockowego mainstreamu zabrakło.

AI: Najbardziej prawdopodobny obraz tygodnia:
1–2 mocne reprezentacje doom/funeral doom/doomgaze;

Ja: Na dzisiejszej playliście artystów będących w spektrum doom metalu mamy aż 5, z czego przewagę mają epic doomowcy - szwedzkie Candlemass i album, który dla wielu był zaskoczeniem, gdyż po wielu wielu latch, na The Door to Doom słyszymy Johana Langqvuista, muzyka, który nagrał wokale na legendarny Epicus Doomicus Metallicus ale z zespołem nie zagrał nawet jednego koncertu. Powrócił jednak do składu a był to powrót jak najbardziej udany a obecnie jest w trakcie prac nad kolejnym, czernastym już studyjnym longplayem. Po niedawnej premierze singla zapowiadającego drugą, wyczekiwaną przeze mnie płytę niemieckiego Fvneral Fvkk, wróciłem do wydanego w 2019 roku debiutu. Konfrontując nowe ze starym mogę tylko powiedzieć, że zapowiadane na październik Indecent Idols będzie kolejnym ważnym krokiem w karierze doomowych lubieżników. Znalazłem też trochę czasu dla stonerowo-psychodelicznej strony doom metalowego spektrum. O ile jednak obecność REZN i ich najnowszego albumu nikogo nie dziwi, to słowacki Zemetras, o którym jeszcze wspomnę to jedna z zaskakujących emocji. AI stoner doomu nie przewidziało ale w przypadku doomgaze'a było już bliższe prawdy. Słucham bowiem już drugi tydzień nowego breaths, łączącego elementy post-bm z doom gazem właśnie. Limbo, bo taki tytuł nosi nowy album tego jednoosobowego projektu jest rozpisaną na dwie części muzyczną interpretacją Piekła Dantego i w zimnych, eterycznych dźwiękach czuć sporo tej rozpaczy, cierpienia ale i tęsknoty (bo czyż największą karą w piekle jest niezaspokojona tęsknota za idealnym absolutem?). Jest jeszcze kwestia zespołów, które z doomem nie mają gatunkowo nic wspólnego ale ich atmosferyczne, nawiązujące do shoegaze'a brzmienia bardziej jednak pasują do tego akapitu niż do kolejnych. Z nowości muszę więc wspomnieć o EPce zostań/wyjdź, na której warszawskie duszno przedstawia cztery nowe, klimatyczne i osobiste numery, z których najdłużej w głowie i duszy zostają żółte tapety - ciężko pisać o różnych odcieniach miłości nie uciekając się do banałów a tu jednak ta sztuka jak najbardziej się udała. W podobnym tonie, choć nieco bliżej dreampopowej lekkości (choć emocjonalnie to nadal waga ciężka) nadają znane już Wam z poprzednich wpisów Mlecze na Albumie Niebieskim, który ma naprawdę duże szanse by trafić na moją listę płyt roku.

AI: 1–2 utwory prog lub neo-prog;
Ja: Trochę trafiona prognoza, trochę nie. Brak bowiem stricte przedstawicieli rocka neo-progresywnego, choć wg niektórych debiut brytyjskiego Big Big Train z 1990 roku wpisywał się w ten nurt. Z czasem jednak styl jednego z moich ulubionych prog-rockowych zespołów wyewoluował w kierunku symfonicznego crossover progu, mocno inspirowanego latami 70-ymi. Co prawda granice między nurtami są płynne to liczba inspiracji, jakie znajdziemy na płycie Folklore, a szczególnie w utworze tytułowym - folk, rock, symfonia, może nawet jazz - zdecydowanie uzasadnia użycie słowa "crossover". Na playliście znajdziecie też dwa utwory amerykańskiego zespołu Ethos, pochodzące z jego drugiej płyty pt. Ardour. Był to swego czasu jeden z obiecujących przedstawicieli symfoniczno/art-rockowej sceny po drugiej stronie Atlantyku ale niestety, nigdy nie wyszedł z cienia chociażby Kansas czy King Crimson. A szkoda, bo jak pokazuje przykład Ardour, umiejętności tworzenia wielowarstwowych, przesyconych elektroniką i klawiszami (organy, moog, clavinet, mellotron) stawiały ich na równi z najlepszymi. I choć wiem, że właśnie z klasyką zachodniego rocka powinienem ich porównywać, to moje skojarzenia od razu biegną w stronę naszego polskiego Exodusa czy Budki Suflera z czasów Ona Przyszła Prosto z Chmur. Sztuczna Inteligencja pominęła w swych prognozach (lub podciągnęła pod inną kategorię) niemiecki The Ocean - mistrzów gatunkowych syntez. W oczekiwaniu na ich najnowszy krążek sięgam w ostatnich tygodniach po różne starsze wydawnictwa i tym razem padło na Heliocentric, dotąd stojący u mnie trochę w cieniu bliźniaczego (ale nie-jednojajowego) Anthropocentric. Muszę jednak w tym momencie zweryfikować moje poglądy, gdyż jest to również dobra porcja ambitnej i wymagającej muzyki. Nie tak bezpośrednia jak Antropo, więcej tu eteryczności i kosmicznej atmosfery ale być może taki był zamysł - na jednym albumie skupić się na człowieku i jego intensywnych emocjach a na drugiej szukać astralnych uniesień i jedności z Wszechświatem.

AI: kilka pozycji power/symphonic/melodic metal;

Ja: tu mnie masz, ejaj. Słuchałem bowiem i symfonicznego, neoklasycystycznego powera w postaci Marc Garau's Magic Opera, który w najlepszy, włoski sposób potrafi skomponować taką muzykę, którą równie dobrze zagrałby współczesny zespół metalowy jak i orkiestra za czasów Bacha, Mozarta czy Beethovena. A te klawiszowo-gitarowe polifonie to już prawdziwa wisienka na torcie. W drugą stronę jest symfoniczno metalowa Xandria, która od dawna już lubi sporadycznie romansować z power metalowymi schematami, co fajnie widać w rozpędzonej Masquerade ale gdy trzeba, potrafi też zagrać zaskakująco melodyjnie i przebojowo (Northstar). Nie zapominajmy też, że obecna wokalistka Ambre Vourvahis ma w repertuarze też agresywny, melodeathowy growling i nie boi się z niego korzystać. Trzecim wyżej wymienionym podgatunkiem zaś jest melodic metal i kryterium to spełnia bez wątpienia dwa dość często słuchane przeze mnie w tym tygodniu zespoły. Po pierwsze szwedzkie Dynazty i mój ulubiony album z ich katalogu, Titanic Mass. Panowie grają przebojowo, melodyjnie i soczyście a gdy trzeba to też ruszą w perkusyjny galop (i te momenty jak Keys to Paradise lubię chyba najbardziej). Druga ekipa to znana z wplatania w bombastyczne metalowe hymny solidnej dawki elektroniki i dance'owej rytmiki Battle Beast. Nie bójcie się jednak, mimo tych dyskotekowych sympatii nie brak im metalowego pazura, co potwierdza choćby jeden z ich klasyków - Out of Control, swego czasu coverowany przez Sabaton.


AI: pojedyncze wejścia klasycznego hard rocka/AOR/glam

Ja: nie wiem, czy jeśli wśród 30 utworów na plejce, aż 4 pochodzą z repertuaru AOR-owego Pride of Lions, można to nazwać pojedynczym wejściem. Bardziej adekwatne byłoby określenie wejście razem z drzwiami i futryną. Unbridled jest po prostu tak dobrą płytą, że ciężko się od niej oderwać a Peterik z Hitchcockiem udowadniają po raz n-ty, że "rock'n'roll' is never out of passion


AI: przynajmniej jedno niszowe odkrycie, które może zostać później szerzej opisane;

Ja: przynajmniej jedno, czyli dwa też mogą być. O Ethosie napisałem szerzej w poprzednich akapitach natomiast fakt istnienia Zemetras tylko delikatnie zaakceptowałem. Ale, jak sam czat to "przewidział", warto Słowaków szerzej opisać. Informacje na ich temat dostępne w internetach są nieco skąpe ale jeśli taka kategoria jak psychodeliczny stoner doom z kobiecym wokalem budzi w Was skojarzenia choćby z Windhand czy Messa to jesteście w domu. I jeśli tylko przebrnięcie przez liryki w całości po słowacku (a jeśli bywacie na Kronice dość często to z różnymi słowiańskim językami macie styczności vide czeskie XIII. Stoleti), czeka Was kilkadziesiąt minut hipnotyzującej muzycznej uczty. Jako apetizer proponuję otwierający ich debiut kawałek Kto Vie Viac o Smrti - może wciągnie Was tak jak mnie.


AI: możliwy powrót do wykonawcy słuchanego już wcześniej w ostatnich tygodniach.

Ja: to już reguła u mnie, że gdy spodoba mi się jakiś krążek to słucham go nie tylko przez premierowy tydzień ale i kolejne miesiące, wracam też często do swoich ulubionych pozycji. Dobrym przykładem jest Dziedzictwo Ognia folk metalowego Radogost, które odkrywam na nowo przy każdym odsłuchu a tym razem najchętniej sięgałem po Cząstkę Pierwotnego Zła. Wiele z wyżej wymienionych płyt to też tegoroczne premiery lub sentymentalne powroty (choćby wspomniane wcześniej Folklore, Heliocentric czy The Door to Doom). AI nie przewidziało jednak, i ja w sumie też się nie spodziewałem, że dostaniemy nowość od Wija, i to taką w starym dobrym wijowym stylu (choć Bluzg świetnie się słuchało ale jednak czuć było, że to taki stylistyczny skok w bok na kilka szybkich numerków). Sznur prezentuje Wija jednocześnie w starej psychodeliczno-proto-metalowej i nowej, bo czteroosobowej wersji i świetnie spełnia swoją rolę jako promującego nadchodzącą płytę singla - budzi zainteresowanie i apetyt na więcej. Czat nie odrobił też lekcji z kilku poprzednich wpisów, gdzie informowałem o oczekiwaniu na koncert Testament w Krakowie. Jak wiecie z mojej relacji było mega mega świetnie a w głowie do dziś dudni mi Into the Pit, od której thrasherzy z Bay Area rozpoczęli swój występ. Choć może AI nie chciała promować zespołu mającego w repertuarze (kapitalną swoją drogą) kompozycję o wiele mówiącym tytule Infanticide AI?

Jaki wniosek z tej konfrontacji? Mam nadzieję, że pozytywny i tak jak ja czujecie, że póki co sztuczna inteligencja nie zastąpi całkiem ludzkości, a na pewno nie zastąpi Muzycznego Kronikarza - tak tu jak i w mojej codziennej pracy. Na koniec zaś tradycyjnie, łapcie link do playlisty i piszcie co u Was leciało z głośników najczęściej!

Playlista: 16.08.2026


poniedziałek, 10 sierpnia 2026

03.08-09.08.2026

 


Jeden tydzień za nami, kolejny właśnie się rozpoczyna a Muzyczna Kronika skrupulatnie to wszystko dokumentuje. Dziś zatem zapraszam Was na 32gie podsumowanie tygodnia w tym roku.

Jak to w wakacje, tydzień mieszany. Trochę nowości, trochę klasyki, trochę muzycznych poszukiwań. Z tego co nowe to na pewno czekałem na Eclipse, dziewiąty krążek symfoniczno-metalowej Xandrii. Trochę niepewności czułem, bo single choć poprawne i melodyjne to jednak nie rzuciły mnie na kolana tak, jak choćby Two Worlds z poprzedniej płyty. Na szczęście okazuje się, że nie zawsze utwory promujące album są tymi najlepszymi. Jednym z nich jest Masquerade, dynamiczny kawałek w power metalowym stylu, wzbogacony o odrobinę celtyckich nut i agresywniejsze, growlowane momenty, które pokazują pełnię wokalnych umiejętności Ambre Vourvahis. Nie mogę co prawda powiedzieć, że "dziewiątka" dorównuje "ósemce" ale potwierdza, że zespół nadal utrzymuje się w czołówce symfonicznego metalu.

Nowy album zaprezentował też doomgaze'owo/post-blackowy projekt Breaths. Od kilku lat śledzę kolejne wydawnictwa wychodzące spod ręki Jasona Robertsa i Descent utrzymuje wysoki poziom. Już pierwszy na trackliście Abandon all hope, ye who enter here roztacza melancholijną atmosferę, która z przerwami na silniejsze, bardziej rozpaczliwe emocje będzie utrzymywać się przez kolejne kilkadziesiąt minut. 

Z takiego atmosferycznego pogranicza rocka i metalu udało mi się nadrobić wydaną tydzień wcześniej debiutancką płytę nowozelandzkiego Luna and the Aether. Metanoia to senna mgła, w której jesteśmy zawieszeni niby w śnie ale tuż pod powierzchnią jawy. Znamienny jest tu tytuł mojego ulubionego utworu - Back to Bliss, ponieważ po odsłuchu całości, ma się wrażenie, że wracamy do stanu naturalnego spokoju, błogości tak kontrastującej z hałasami codziennego życia.

A skoro już o powrotach mowa, czy ktoś z Was czekał na nową porcję doom metalowych wszeteczeństw, jakie kilka lat temu zaserwowali nam na Carnal Confessions Niemcy z Fvneral Fvkk? Ja czekałem z perwersyjną wręcz niecierpliwością i, gdy tylko usłyszałem po raz pierwszy Bishop of the Iron Guard wróciły te wszystkie uniesienia, jakich doświadczyłem 6-7 lat temu. Uśmiecham się lubieżnie i proszę o więcej!

W zeszłym tygodniu brakło mi też czasu by dobrze wsłuchać się w A Mythmaker's Demise, najnowsze dzieło Viviena Lalu. Ilustrowane kolejną świetną pracą autorstwa Mathiasa Norena wydawnictwo jest pierwszym od 11 lat, w którym nie słyszymy Damiana Wilsona za mikrofonem. Bardzo lubię głos pana Damiana i obawiałem się, że nowy wokalista nie wyciągnie z muzyki Viviena tylu emocji. Na szczęście ten "nowy" głos wcale nie jest nowy, bo do swej roli wraca znany z pierwszych płyt zespołu Martin Lemar. Wraca i radzi sobie świetnie. Inteligentne kompozycje, mądre teksty i wysoki poziom artystyczny każdego z muzyków sprawiają, że A Mythmaker's Demise to płyta warta uwagi każdego miłośnika tak rocka jak i metalu progresywnego.

Moim ulubionym prog-rockowym zespołem jest bez wątpienia brytyjski Big Big Train. Tydzień temu wspominałem o ponownych seansach z płytą Grand Tour z 2019 roku a teraz sięgnąłem po starszą o kilka lat Folklore, która jak sama nazwa wskazuje, wzbogaca art-rockową bazę o więcej ludowych elementów. Mamy więc obok typowo neo-progowej, refleksyjnej The Transit of Venus Across the Sun 
otwierający album, zaskakująco skoczny jak na ich styl utwór tytułowy ze świetną grą fletu. W obu numerach błyszczy nieodżałowany David Longdon, jeden z najniezwyklejszych głosów w całej progresywnej muzyce.

W dalszym ciągu urzeka mnie piękno dźwięków, jakimi nasycili swój debiut muzycy z Cairiss. Przechodząc od mizantropijnego post-black metalu po tajemnicze, melancholijne shoegaze'owe opary, potrafią stworzyć świat, który niepokoi ale z którego mimo wszystkie nie możesz (bo nie chcesz) uciec. I tak jest od pierwszej na liście Nervosa po niezwykły finał w postaci Wildfire. 

Atmosfera to chyba słowo-klucz dzisiejszego wpisu. Mamy tu powiem też warszawskie Mlecze, subtelne ale i pełne trudnych emocji, nieraz w przewrotny sposób mówiące o tęsknocie, miłości, rozczarowaniu. Album Niebieski to na naszej rodzimej niezależnej scenie jedna z najlepszych wydanych jak dotąd płyt.

W dniu premiery nowe Dreamtale traktowałem z pewną rezerwą, choć np Thunderpath spodobało mi się od razu. Potrzebowałem jednak kolejnych kilku dni, by w Aetherbound dostrzec też więcej naprawdę dobrego power metalu. Przykładami udanych, melodyjnych i intensywnych galopad są m.in. Cosmic Play i Tale of Dreams i dzięki nim moja ogólna ocena płyty też się podnosi. Nie jest to album wybitny ale na ten moment udanie kontynuuje historię zespołu, sięgającą końca poprzedniego stulecia.

Kilka tygodni temu za to wróciłem do płyty Eclipse, na której śpiewał Erkki Seppanen. W tym tygodniu też słuchałem pana Seppanena ale w zdecydowanie innym wydaniu. Mowa o doom metalowym KYPCK, śpiewającym po rosyjsku i poświęconym tematyce wojennej. Znacie pewnie ich twórczość dzięki artykułowy "Moja Muzyczna Kronika Wolna od Anglika", gdzie była wzmianka o ostatniej, finalnej płycie zespołu, wydanej w 2023 roku. Dziś polecam Wam moją ulubioną płytę "Kurska" czyli Imya na Stene, chłodną i ponurą jak zima w '41, która zatrzymała Niemców pod Moskwą. 

Jeśli chodzi o Candlemass, nadal konsekwentnie przechodzę od album do albumu, tym razem sięgając po Death Thy Lover, epkę z 2016 roku. Rolę wokalisty pełni tu Mats Leven, współpracujący z Leifem wielokrotnie ale w ramach świeczek, obecny tylko na tym jednym, czteroutworowym wydawnictwie (chodzi oczywiście o krążki z premierowym materiałem). Minialbum wart uwagi przede wszystkim dzięki świetnemu utworowi tytułowemu.

Jedną z lepszych płyt w kategorii psychodeliczny doom jakim obdarował nas 2026 rok jest Cycles in the Infinite Dream amerykańskiego REZN. Duszne a jednocześnie przestrzenne, przytłaczające a jednocześnie wpadające w ucho melodie - tak grać potrafią tylko najlepsi. I choć na playlistę wrzucam dziś tylko jeden kawałek, z czystym sumieniem mogę go Wam polecić jako punkt wyjściowy do obcowania z całym albumem - w sumie był to przecież pierwszy wydany singiel ;)

Z płyt, o których Wam już pisałem nieraz podam tylko Unbridled aor-owych mistrzów z Pride of Lions i Phanerozoik I: Paleozoik niesamowitego The Ocean, którzy tu znaleźli chyba idealny balans między post-hc i metalem progesywnym, a z muzycznych poszukiwać polecam Tomorrow Blues, drugie dzieło szwajcarskiego Toad - może trochę lżejsze, mniej psychodeliczne a bardziej blues-rockowe ale nadal trzymające mocny poziom.

Pozostałe pozycje na dzisiejszej playliście to dalszy ciąg przygotowań do czwartkowego koncertu, jaki w krakowskim Klubie Studio dadzą Testament, Metal Church i Armored Saint. Z katalogu gwiazdy wieczoru przypominałem sobie jedną z najlepszych Practice What You Preach a z supportów w sumie po równo, i najnowsze krążki (odpowiednio Death to Rights i Emotion Factory Reset) jak i trochę klasyki sprzed kilkudziesięciu lat. Wszystko siadło pięknie i czuję, że hype na nadchodzące wydarzenie robi się u mnie coraż większy.

I to wszystko na dziś. Pamiętajcie, by wrzucać własne podsumowania w komentarzach a jeśli macie nieco ponad 2h wolnego czasu w swych odtwarzaczach, polecam najnowszą, tygodniówkową playlistę - link poniżej.



poniedziałek, 3 sierpnia 2026

27.07-02.08.2026

 


Drodzy Czytelnicy! Część z Was pewnie na własnej skórze doświadczyło takiego edukacyjnego tworu jak "gimnazjum". Mnie kojarzy się ono z 12-oma klasami w każdym roczniku (od a do l, nigdy wiecej tyle nie widziałem), malowaniem markerem przez starszych kolegów kotów, wąsów i innych hmm części ciała na czole pierwszakom i chociażby sztuką pisania rozprawek. W tamtych czasach lubiłem rozpoczynać rozprawki od jakiejś ciekawostki luźno związanej z tematem ale w sposób zaskakujący prowadzacy do tezy, którą potem trzeba było potwierdzić lub, co było chyba ciekawsze, obalić. Ostatnio zdałem sobie sprawę, że moje poniedziałkowe wpisy przypominają czasem właśnie rozprawkę. Czy w jakiś sposób mnie to przeraziło? Raczej nie, prędzej zanitrygowało. Tak czy siak, sensem powyższego wprowadzenia jest tylko zapewnienie Was, że dziś napiszę po prostu o muzyce, której w ostatnim tygodniu słuchałem najczęściej.

Po pierwsze REZN - psychodeliczno stoner/doomowa ekipa z Chicago, którą poznałem przy okazji premiery płyty Chaotic Divine z 2020 roku. Od tamtej pory śledzę jej poczynania regularnie a kilka miesięcy temu mogliście być świadkami mojej podróży przez kolejne pozycje w dyskografii Amerykanów. W lipcu zespół do tej podróży dodał kolejną stację - Cycles in Infinite Dream i w ten sposób uziemił mnie w swych onirycznych realiach na długi, długi czas. Mógłbym w tym miejscu rozpływać się w zachwytach nad płytą ale mam świadomość, że słowa nie oddadzą w pełni atmosfery i emocji emanujących z każdego z dziewięciu utworów. To trzeba usłyszeć na własne uszy i do tego Was mocno zachęcam.

Obecnie podróżuję natomiast przez katalog zespołu, który prezentuje zupełnie odmienna wizję doom metalu. Wizję, którą sam współtworzył a nawet dał nazwę całemu epic doom metalowi. Począwszy od legendarnego Epicus Doomicus Metallicus co tydzień słucham kolejnych płyt Candlemass, dochodząc obecnie do Psalms for the Dead, trzeciej i ostatniej z Robertem Lowe za mikrofonem. Najważniejsza refleksja z tego, a w zasadzie z dwóch poprzednich też, tygodnia jest taka, że zespół z panem Robertem nie nagrał ani jednej złej płyty. Okres 2006-12 można uznać za pewną stabilizację i brzmienia i działalności grupy, powrotu do klasycznego epic doomu uzupełnionego o pojedyncze bardziej dynamiczne, przywodzące na myśl powerowe galopady momenty. Moim ulubionym utworem z "Psalmów" jest właśnie takie intensywne Dancing in the Temple (Of the Mad Queen Bee) choć i w wolniejszych rejestrach wysoką jakość udaje się utrzymać a najlepszym przykładem jest The Sound of Dying Demons. Na dzisiejszej playliście znajdziecie też Siren Song, nie działający może aż tak na moją wyobraźnię ale bardzo reprezentatywny dla całości obrazu.

Kolejny przedstawiciel doom metalu w dzisiejszym podsumowaniu, włoskie Grivo to znowu hipnotyzujący doom przełamany eterycznością shoegaze'u, dzialający na zmysły nie smutkiem i ciężarem lecz właśnie taką mgiełką tajemniczości, która otacza zewsząd i przyprawia o gęsią skórkę. Tak jest i w przypadku tytułowego Impose jak i zamykającego album, mojego ulubionego Heaven Howls.

Tydzień temu pisałem o tym, że jak sięgam po black metal to najcześciej polski. I to się nadal zgadza, bo Martwimy Rtęci nadal regularnie napełnia mnie swym dekadentyzmem. Drugą jednak prawidłowością w mojej relacji z bm jest pewna skłonność do artystów wychodzących poza kanony gatunku i eksplorujący te sfery, w której blackowi najbliżej do shoegaze'u (a przecież jest tylko punktów stycznych kilka, choć dostrzeżenie ich zabrało mi naprawdę kilka lub kilkanaście lat). Takim właśnie post-blackowym tudzież blackgaze'owym wykonawcą jest angielski Cairiss. Moi obserwatorzy z FB już wczoraj mogli dowiedzieć się, że zaledwie w niecałe trzy dni jakie minęły od pierwszego kontaktu z ich muzyką, udało im się wskoczyć do czołówki najczęściej odtwarzanych artystów. Jest to sprawka płyty Wilderness, mającej w zeszły piątek swą premierę. Jest na niej tylko sześć kompozycji ale każda z nich to mnóstwo emocji, miksu delikatności i brutalności, niepokoju i błogości idealnie podkreślanych przez wokalny dualizm - od blackowego ochrypłego screamu po operowe soprany.

W świecie progresji utrzymuje się moje zanteresowanie nowymi albumami Black Sites (For Eternity, gdzie usłyszeć możemy też wpływy heavy, thrash czy nawet doom metalu) i The Tirith, którego Quetzalcoatl prócz cięższych momentów ma w sobie też coś z neo-progowej łagodności. Czekając natomiast na nowy album niemieckiego The Ocean, wszak z płyty na płytę bardziej prog-metalowego niż post-hardcore'owego, sięgnąłem po moją ulubioną płytę "kolektywu", czyli Phanerozoic I: Paleozoic. Dodajmy do tego jeszcze sentymentalną wycieczkę w postaci wieczornych seansów z utworem Theodora in Green and Gold, brytyjskiego Big Big Train i mamy cztery różne, fascynujące oblicza progresywnego grania.

Najdłuższą jednak podróżą mijającego tygodnia, bo aż o 55 lat wstecz były odsłuchy debiutanckiego albumu szwajcarskiej kapeli Toad. Płyta zatytułowana po prostu Toad to przykład wyśmienitego, brudnego hard rocka lat 70-ych a otwierającego ją Cotton Wood Hill mimo ponad 8-minut słucha się z wypiekami na twarzy i niesłabnącym zainteresowaniem. To też kolejny dowód na to, że muzyczna archeologia może być wspaniałą pasją.

Teraz krótka notatka, można rzec "muzyczny telegram". Nowy Radogost jest świetny i w kategorii polskiego folk metalu nie widzę w tym roku lepszej płyty niż Dziedzictwo Ognia. 

Już za 10 dni w Krakowie koncert daje jedna z legend thrashu, zespół Testament. Wybieram się na to wydarzenie, stąd przypominam sobie różne albumy Chucka Billy'ego i spółki. Tym razem wybór padł na The Formation of Damnation, który był pierwsza płytą zespołu, jaką poznałem w czasie, gdy jako metalowy neofita chciałem poznać każdy możliwy podgatunek. Do wielu zespołów i nurtów później już nie wracałem ale Testament jest ze mną do dziś a do ich dziesiątego krażka mam duży sentyment. Lubię w nim też swoistą melodykę, przywodzącą na myśl nieco goteburską szkołę melodeathu, zjawisko dość chyba częste w thrashu przełomu I i II dekady XXI wieku.

Teraz czas na zdecydowanie bardziej melodyjny kącik a zaczynamy go od AOR-owego Pride of Lions. Wiecie, że ich nowa płyta pt. Unbridled mocno mi siadła i potrafię słuchać jej na okrągło. W zeszłym tygodniu sięgnałem jednak tez po starszą o 9 lat Fearless, jedną z trzech najlepszych w całej dyskografii grupy dowodzonej przez panów Peterika i Hitchcocka.

A gdzie power metal? Ktoś spyta? Spokojnie, jest tu a nawet w większych ilościach niż w ostatnich kilku tygodniach. Dziś reprezentują go cztery zespoły, z których palma pierwszeństwa przypada zdecydowanie ekipie Marca Garau. Od 2019 roku były już klawiszowiec Derdian, rozwija własny projekt muzyczny pod nazwą Marc Garau's Magic Opera. Już ich poprzednie płyty były świetnie oceniane przez krytyków i publiczność, klasyfikując się wysoko w różnych zestawieniach typu "best of...". Mi zawsze jednak brakowało czasu, by porzadnie przysiąść do tej muzyki. Gdy w końcu obiecałem sobie, że zacznę śledzić ich poczynania i na bieżąco odsłuchiwać kolejne albumy, pojawił się The Final Flight i... ogłoszenie, że to rzeczywiście ostatni "lot" projektu pana Marca. Szkoda, bo album jest świetny i takiego pożegnania życzyłbym niejednej zasłużonej kapeli. Symfoniczny, neoklasycystyczny w pełnym tego słowa znaczeniu power metal - dynamiczny, podniosły, melodyjny i pięknie nawiązujący do twórczości wielu klasycznych kompozytorów (nie tylko wiedeńskich). Słuchając Magic Opera przypominają mi się wypowiedzi Luci Turillego, który zainicjował ten "neoklasycystyczny power" próbując grać na gitarze klawiszowe partytury Vivaldiego, Pagniniego czy Bacha. Tu czuć tę muzykę klasyczną przekonwertowaną na współczesne, metalowe brzmienia. Słowa uznania należą się też wokaliście - Antonowie Darusso, obdarzonemu mocnym, ochrypłym falsetem (jakkolwiek to brzmi). Głos tego pana znany mi jest w sumie też od kilkunastu lat, stoi on bowiem na czele innej włoskiej powerowej grupy - Wings of Destiny, mającej na koncie kilka świetnych krążków. Po jeden z nich, Kings of Terror sięgnąłem ostatnio niejako przy okazji i cóż, emocje wróciły a utwór tytułowy wylądował wśród najczęściej słuchanych w tym tygodniu. Przypadek? Nie sądzę. 

The Final Flight premierę miał 24 lipca a kilka dni temu światło dzienne ujrzał Aetherbound fińskiego Dreamtale, zespołu który mieliście okazję poznać za sprawą starszego o kilkanaście lat albumu Epsilon. Pisałem o nim jakiś czas temu, wspominając m.in. o charakterystycznym głosie Erkkiego Seppanena. Od kilku już lat skład zespołu jest inny ale nadal regularnie koncertują i nagrywają płyty. Wspomniany Aetherbound to już drugie wydawnictwo ery post-seppanen i co mogę o nim powiedzieć. Po kilku odsłuchach płyta wydaje się podobać, czuć że to Dreamtale zwłaszcza na koniec, gdy dostajemy kolejny w ich dorobku power metalowy song z mocno mechanicznym, elektronicznym beatem (Thunderpath dostępny na dzisiejszej playliście) ale czy to wystarczy, by zbliżyć się do wspomnianego Epsilon czy ostatniego z Erkkim Seventhian... - czas pokaże.

Wiem natomiat, że jednym z powerowych debiutów roku jest Heaven's Falling szwedzkiego Shadowborne i szczerze zdziwię się, jeśli u kolegów bloggerów specjalizujących się w tym nurcie muzyki metalowej nie będzie wysoko w kończących rok rankingach. U mnie miejsce ma niemal pewne.

Ostatni akapit to zwykle w rozprawce miejsce podsumowania przedstawionych argumentów, konfrontacji ich ze sobą i ostatecznego potwierdzenia lub zaprzeczenia głównej tezy utworu. W Muzycznej Kronice zaś to miejse, w którym zachęcam do odsłuchu playlisty, zapraszam do dyskusji i czekam na Wasze podsumowania. Może tak być? ;) 


Playlista: 02.08.2026

 

Najpopularniejsze