Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tematyczne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tematyczne. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 10 sierpnia 2026

John Yelland - Playlista Tematyczna

 


Cześć! W Muzycznej Kronice pora na kolejny artykuł poświęcony konkretnemu wokaliście. Przy ostatnich tego typu wpisach liczyłem mniej więcej ilu artystów z każdego gatunku już prezentowałem i zdecydowanie wśród nich dominował power i doom metal. Co powiecie więc na muzyka, który dobrze odnajduje się w obu tych, epickich jakby nie było stylach? Panie i Panowie, przed Wami John Yelland!

Standardowo na początek krótka nota biograficzna. John przyszedł na świat 23 sierpnia 1990 roku, niedługo więc kończy 36 lat. Mimo młodego (tak, cały czas uważam, że roczniki '90 i '91 to jeszcze "młodość") ma na koncie wiele udanych albumów i współpracę z niejednym uwielbianym przeze mnie zespołem. Jego pierwszym zespołem był założony wespół z Tylerem Gipsonem Shadowseer. Kapela grała coś z pogranicza powera i thrashu a z Johnem w składzie wydała jedną EPkę pt. In the Company of Evil z 2010 roku. Rok później Yelland opuścił zespół, który istniał później jeszcze przez kilka lat i dorobił się jednej płyty długogrającej. 

Niemal równolegle z powstaniem Shadowseer John Yelland udzielał się w prog-powerej Disforia. To dzięki niej, a zwłaszcza bardzo dobrze przyjętemu debiutowi (niestety bez kontynuacji) The Age of Aether nasz dzisiejszy bohater nawiązał znajomość z Hansi Kürschem, frontmanem Blind Guardian i jednym z najwybitniejszych power metalowych wokalistów. Nie da się ukryć, że Niemiec od zawsze był dla Johna wzorem do naśladowania i mocno wpłynął na ukształtowanie się jego stylu śpiewania. Hansi zaśpiewał gościnnie w kilku utworach z tej płyty a jak zobaczycie w dalszej części artykułu, w różny sposób przez lata przewijał się w artystycznym życiu Yellanda.

Dość powiedzieć, że historia Judicator, od lat głównego zespołu Johna zaczęła się od koncertu Blond Guardian w 2012, na którym wokalista poznał gitarzystkę Alicię Cordisco. To spotkanie zaowocowało powstaniem początków wyłącznie internetowego projektu, który dość szybko zdobył tak duże uznanie fanów, że przeobraził się w pełnoprawny zespół. Zespół, który do dziś regularnie koncertuje i nagrywa świetne i przede wszystkim zróżnicowane albumy - od czysto powerowych przez prog-powerowe, bardzo osobiste (niesamowity At the Expanse of Humanity, za którym kryje się osobista tragedia muzyka) po zaskakujący, eksperymentalny prog-rockowy The Majesty of Decay. Na niektórych z nich też słyszymy gościnne wokale Hansiego. Co prawda, na kilka lat drogi Alicii i Johna rozeszły się, to jednak kilka miesięcy temu na oficjalnej stronie zespołu pojawiła się zaskakująca ale przyjęta przez mnie z radością informacja o jej powrocie do składu. 

W latach 2015-22 John udzielał się też w power/thrashowym Dire Peril. Wspólnie nagrali kilka singli i jedną LP ale w 2022 roku zespół oficjalnie zakończył działalność. 

W tym samym roku, w którym zakończyła się historia Dire Peril, Yelland zasilił szeregi epic doom metalowego Behölder. Zespołu, którego wydany rok temu debiut, In the Temple od the Tyrant, przesiąknięty fantastyką spod znaku Dungeons&Dragons idealnie trafił w moje gusta, nie tylko muzyczne. 

Każdy z prezentowanych tu artystów znany jest też z gościnnych występów. John również może się poszczycić niezwykle udanymi współpracami, choć ich liczba nie może się równać z mistrzem guest appearanców Fabio Lione. Wśród nich szczególnie bliskie memu sercu są występy na albumach z nazywanego tak przeze mnie Danielsen-verse, czyli projektach Eunomia i Legend of Valley Doom, nad którymi pieczę trzymają Peter i Markus Danielsen a opowiadana historia i lokacje wzajemnie się przenikają. John nagrywał też wokale na płytach Alicii Cordisco, i tej solowej z marca br i w ramach thrashowego Project: Roenwolfe. Wyróżnić trzeba też jego udział w nagraniach płyt mniej znanych aczkolwiek wartych uwagi zespołów power metalowych - Helion Prime, Emerald Rage a przede wszystkim zapomnianej i bardzo trudno dostępnej perełce w postaci jednego krążka zespoły Noble Beast, który nagrał chyba najlepszy utwór inspirowany serią fantasy Koło Czasu (The Dragon Reborn - tu link).

Jak widzicie, choć na wstępie wspomniałem, że John Yelland to punkt łączący power metal z epic zoomem, to jednak można uznać, że dzięki niemu też thrash metal w końcu znalazł swojego reprezentanta wśród prezentowanych na stronie muzyków. Żeby już nie przedłużać, zapraszam do odsłuchu playlisty z utworami, w których słychać głos Johna Yellanda. Dajcie znać, czy jest to Wasz pierwszy kontakt z jego twórczością i które z zaprzestanych kompozycji najbardziej przypadły Wam do gustu. 

Playlista: The Best of John Yelland

piątek, 24 lipca 2026

Moja Muzyczna Kronika Wolna Od Anglika - Playlista Tematyczna

 


Przyznam się, że niepokoi mnie niewielka aktywność w ostatnich paru miesiącach strony Strefa rokendrola wolna od angola w serwisach społecznościowych. Swego czasu, jak pewnie pamiętacie z FB, często wymienialiśmy się uwagami nt muzyczne i nie tylko. Z tego niepokoju i tęsknoty zrodził się pomysł na dzisiejszy wpis - skoro Strefa nadaje nieco rzadziej to warto może ożywić temat muzyki, zgodnie z "prawem Wilczura" śpiewanej w innych niż tylko "angolski" (i polski :P ). Poniżej przedstawię Wam kilkanaście lubianych przeze mnie płyt, z których każda reprezentuje inny język obcy. Nie zawsze będą to najbardziej znani przedstawiciele swego kraju, niejeden z Was pewnie dokonałby innego wyboru ale dlatego tym bardziej zachęcam do aktywnego udzielania się w sekcji komentarzy. A na koniec spotka Was jeszcze pewna mała, trochę przekorna niespodzianka. Jeśli chodzi o kolejność prezentowanych wydawnictw jest ona raczej losowa, choć starałem się unikać zestawiania obok siebie przedstawicieli tej samej grupy językowej. 

Teräsbetoni - Vaadimme metallia - pierwsza dekada XX wieku była okresem wielkiej popularności tego fińskiego odpowiednika Manowar. Jej ukoronowaniem był występ na Eurowizji w 2008 roku, gdzie heavy/power metalowcy dotarli do finału. Później drogi muzyków rozeszły się a wokalista/basista Jarkko Ahola  obecnie skupia się na kerierze solowej. Lubię czasem jednak wrócić do tej muzyki a szczególnym sentymentem darzę właśnie krążek numer 2, na którym prócz epickich bitewnych hymnów mamy też kilka power metalowych petard

Lucifer Was - Ein fix ferdig mann - początki tej norweskiej grupy sięgają końca lat 60-ych. W tym czasie przygotowywano materiał na debiutancki album ale zawieszenie działalności w 1974 roku przekreśliło te plany. 20 lat później doszło do reunionu i od 1997 (premiera Underground and Beyond pełnej stworzonych przed laty kompozycji) regularnie pojawiają się kolejne płyty zespołu, łączące w sobie elementy progresywnego rocka w stylu Jethro Tull (ten flet!) z nowoczesnym heavy metalem. Ein fix... z '24 roku to ich ostatnie jak dotąd dzieło, nagrane w całości po norwesku i docenione przez krytyków i słuchaczy, również w naszym kraju

Therion - Les Fleurs du mal - kiedy pisałem artykuł o cover i tribute albumach musiałem doznać zaćmienia, bo całkiem zapomniałem o tym niecodziennym wydawnictwie symfoniczno metalowej "bestii". Mamy tu kilkanaście francuskich przebojów muzyki pop (głównie tzw. ye-ye) z lat 60-ych i 70-ych w symfoniczno-metalowych aranżacjach a po niektóre do dziś sięgam nie rzadziej niż po Lemurię czy To Mega Therion

KAIPA - Inget nytt under solen - drugi album z początkowego, szwedzko-języcznego okresu działalności zespołu. Klawisze Hansa Lundina i gitara Roine Stolta sprawiają, że z równą ekscytacją słuchamy i monumentalnej suity otwierającej płytę jak i towarzyszących jej, bardziej kompaktowych "piosenek". Nic dziwnego, że Inget nytt uważane jest za jedno z arcydzieł skandynawskiego prog-rocka lat 70-ych

Opera Magna - POE - pewnie zdziwi Was, że w tym miejscu wybór nie padł na uwielbianego przeze mnie Mago de Oz. Chciałbym jednak pokazać, że Hiszpania może poszczycić się wieloma innymi interesującymi zespołami power i symphonic metalowymi a ten concept album poświęcony w całości twórczości Edgara Allana Poe tylko potwierdza tę tezę. 

J.M.K..E. Külmale maale - w latach 80-ych w Estońskiej (i innych zresztą też) SRR granie punk-rocka nie było rozsądną decyzją. Prześladowania ze strony władz radzieckich przyjmowały nieraz nawet formę przymusowych internacji w zakładach psychiatrycznych. Z takimi problemami musiał mierzyć się właśnie to założone w Talinnie trio. Jednak, gdy panowie nagrali humorystyczny i podszyty sarkazmem pean na cześć "perestroiki" zostali przez "władze" zaakceptowani. Wspomniany utwór (Tere perestroika) znajdziecie na wydanym w 1989 roku debiucie, gromadzącym nagrane w latach 80-ych utwory 

Die Apokalyptischen Reiter - Riders on the Storm - moja ulubiona płyta pochodzącego z Turyngii zespołu, który umiejętnie balansuje między folk, heavy, thrash i melodic death metalem. Od pierwszego dźwięku panowie bombardują nas szybkimi tempami, niezapomnianymi melodiami i bogactwem aranżacyjnym. I choć, przyznaję, zdarzy się im fragment bądź dwa śpiewane po angielsku ale no ludzie, nawet Rammstein nie zawsze "sing my mother tongue"

Nanowar of Steel - Italian Folk Metal - wybaczcie, nie mogłem się powstrzymać. Wiem, że jest to zespół satyryczny ale pomysłowości mógłby Włochom pozazdrościć niejeden tworzący "z przymrużeniem oka" artysta. Na tym albumie dostajemy kilkanaście utworów utrzymanych w szeroko rozumianej estetyce power metalu ale z wyraźnymi nawiązaniami do włoskiej kultury i ludowości (również tej XX-wiecznej, "miejskiej"). Pełno tu przygrywek na trąbkach, fletach, saksofonie czy solówek na akordeonie a całość uzupełniają zaproszeni goście - m.in. Alessandro Conti w pierwszym metalowym mazurku jaki słyszałem w życiu

Skorpió - Skorpió '73-'93 - miałem kiedyś okres fascynacji muzyką hard rockową zza żelaznej kurtyny. Trafiłem wówczas na tę składankę, zawierającą najlepsze utwory zespołu Skorpió, założonego w 1973 roku przez byłego członka Lokomotiv GT (również klasyka węgierskiej sceny) Karolya Frenreisza. I choć ta moja fascynacja nie przetrwała próby czasu, to dla takich perełek jak ta, myślę, że było warto

KYPCK Prestupleniya Protiv Chelovechestva - ostatni, finalny album fińskiego zespołu doom metalowego z tekstami wykonywanymi w całości po rosyjsku i poruszającymi wojenną tematykę. Skąd taki pomysł? Wokalista Erkki Seppänen prywatnie jest nauczycielem tego języka. W 2024 roku zespół podjął decyzję o zakończeniu działalności w tym formacie a tytuł pożegnalnego albumu, w polskim tłumaczniu brzmiący "zbrodnie przeciwko ludzkości" jest najlepszym wytłumaczeniem takiego kroku

Moonspell - 1755 - portugalsko-języczny concept album poświęcony tragicznemu w skutkach trzęsieniu ziemi w Lizbonie, jakże ciężki, agresywny i przygniatający w porównaniu z wcześniejszymi i późniejszymi dziełami Portugalczyków, idealnie oddaje grozę katastrofy, w której wg dzisiejszych obliczeń życie straciło od 10 do 50 tysięcy mieszkańców

XIII. Stoleti - Ztraceni w Karpatech - jeden z najlepszych albumów w dyskografii legendy gotyckiego rocka, zespołu bez którego nie wyobrażam sobie czeskiej sceny muzycznej. Także tu akurat wybór był oczywisty i mam nadzieję, że Elizabeth, Vampires i Dum kde tanci mrtvi, zamieszczone na dołączonej do wpisu playliście, staną się dla Was bramą do niezwykłego muzycznego świata popularnych "trzynastek:

Ennui - Mze Ukunisa - wydany w 2012 roku debiut gruzińskich funeral doom metalowców jest muzyczną interpretacją tekstów gruzińskiego poety doby modernizmu - Terenti'ego Graneli'ego. Na uwagę zwraca podniosła atmosfera, głęboki death metalowy growl wokalisty i zaskakująco melodyjne partie gitar nasuwające wręcz skojarzenia z rockiem progresywnym. 

Każdy z wymienionych albumów na podlinkowanej poniżej playliście reprezentują trzy najlepiej oddające ich styl i atmosferę utwory. Łącznie dałoby to nam 39 pozycji, więc żeby dobić do najbliższej okrągłej liczby ośmieliłem się wrzucić na koniec jeszcze jeden utwór. Jest to psychodeliczno-doomowa inkantacja z wokalizami wykonanymi w "tonianto", jak określiła to kiedyś wokalistka TOŃ-i, Monika Adamska-Guzowska. Dla zainteresowanych dodam, że swego czasu na fanpejdżu zespołu pojawiła się grafika z "tekstem" Korzeni, utworu od którego swój tytuł wzięła ich debiutancka płyta - jedno z absolutnych odkryć polskiego metalu AD 2024. Ja w tym kierunku poszedłbym nawet dalej, może jakieś lyric video?

Podsumowując, zachęcam serdecznie do lektury, odsłuchu playlisty i zapozniania się z twórczością wyżej wymienionych artystów a na koniec mam dla Was pytanie, jakie inne albumy zaśpiewane w całości w innym niż angielski języku obcym byście mi polecili? Możliwości jest naprawdę wiele a nigdzie przecież nie zadeklarowałem, że będzie to pierwszy i ostatni, "strefowy" artykuł ;)

Playlista: Muzyczna Kronika Wolna od Anglika

piątek, 17 lipca 2026

4x4 - Wielkie Czwórki Metalu i Rocka

 



W środę przypominałem Wam o jednym z artykułów z serii 4x4. Dotychczas powstało kilka tego typu wpisów, z czego ostatni około roku temu. W związku z tym zacząłem się zastanawiać nad powrotem do tej formuły i w końcu znalazłem dobry temat. Pomyślałem sobie, że thrash metal ma swoją Wielką Czwórkę, tak samo grunge czy klasyczny doom metal. A jak jest w przypadku innych gatunków? W pierwszym wpisie na tym blogu zaznaczyłem, że moimi ulubionymi stylami są power metal, glam/hair metal, rock neo-progresywny i wszelkiej maści doom. Idąc tym tropem wpadłem na pomysł przygotowania artykułu o wielkich czwórkach każdego z tych gatunków - i tych mniej więcej ustalonych i "kanonicznych" i takich, które moim zdaniem mogłyby spełniać kryteria włączenia. A te, wzorem thrashowego Big4 to przede wszystkim bycie pionierem gatunku i wzorem do naśladowania przez kolejne pokolenia muzyków, nie tylko największą rozpoznawalność ale właśnie fundamentalne znaczenie w rozwoju danej gałęzi muzyki. Czy to się udało i czy moje wybory pokrywają się z Waszymi - zaraz zobaczymy.

Power Metal - Helloween, Blind Guardian, Stratovarius, Gamma Ray.

Power metal dzięki się zwyczajowo na amerykański i europejski. Ten drugi powstał w Niemczech za jego ojca chrzestnego uważany jest Kai Hansen - gitarzysta i wokalista, jeden z założycieli Helloween. Jego głos słychać na pierwszej płycie pt. Walls of Jericho - szybkiej, agresywnej i jeszcze bardziej speed/thrashowej niż stricte powerowej. Kolejne płyty już z Michaelem Kiske za mikrofonem (Kai skupił się na samej gitarze). Wydane z nim obie części Keepers to już prawdziwy fundament power metalu. Po tych krążkach Kai opuścił zespół i założył własną kapelę o nazwie Gamma Ray, która idee power metalowe rozwinęła dalej (w przeciwieństwie do coraz mniej metalowego wówczas Helloween), odkryła dla świata Ralfa Sheepersa a po kilku latach z powracającym do roli wokalisty Hansenem dala nam jedną z najlepszych płyt wszech czasów - pierwsze Land of the Free. Na progu lat 90-ych zadebiutował też Blind Guardian, początkowo też surowy i agresywny by z czasem wprowadzić do kanonu gatunku elementy symfoniczne, wokalne polifonie, akustyczne, ogniskowe balladki (vide Bard's Tale) i inspiracje literaturą s-f i fantasy, czego ukoronowaniem będzie wydany lata później concept albumu w całości oparty o Silmarillon Tolkiena. Jak w tym wszystkim mieści się Stratovarius? Otóż fińskiej ekipie droga do czystego powera zajęła trzy lub nawet cztery albumy ale najważniejsze jest to, że stały się one impulsem do rozwoju drugiej co do wielkości i znaczenia w Europie (po niemieckiej). Bez takich płyt jak Dreamscape czy Fourth Dimension nie byłoby zapewne Sonaty Arctici czy Nightwisha. Warto wspomnieć że choć to Timo Tolkki śpiewa na pierwszych trzech płytach to debiutujący na "czwórce" Timo Kotipelto stał się obok Kiske archetypem power metalowego falsetu, do którego odwoływał się później choćby Tobias Sammet. Jak potoczyły się dalej losy gatunku? Po chwilowej zadyszce przyszedł rok '97 i włoska eksplozja symfonicznego powera ale to już historia na całkiem inny artykuł.

Glam Metal - Twisted Sister, Motley Crue, W.A.S.P., Ratt.

Tu wykazałem się największą inwencją własną, nie ma bowiem żadnego w tej sprawie konsensusu. Poza tym największe gwiazdy gatunku niekoniecznie były tymi najbardziej wpływowymi czy pionierskimi. W swoim wyborze kierowałem się między innymi datą wydania debiutanckich płyt, wprowadzeniem do stylu pewnych charakterystycznych elementów i oczywiście też, choć nie przede wszystkim popularnością. Chciałem pokazać też metalową stronę nurtu nazwanego później trochę pogardliwie przydomkiem 'hair'. Początki glam metalu wyrosły bowiem z nowej fali brytyjskiego heavy metalu, zmodyfikowanej jednak o bardziej melodyjne brzmienie i elementy starszego o dekadę shock rocka i glam rocka. Charakterystyczny makijaż Twisted Sister, skandalizujące, ociekające erotyzmem teksty W.A.S.P. czy ekscentryczne zachowanie Motley Crue - budziło niesmak starszych pokoleń ale idealnie wpisywało się w ideały buntu, zrośnięte od lat z muzyką rockową i metalową. Zauważcie też, że brzmienie i tematyka pierwszych płyt były surowe, jakże inne od cukierkowego grania, tak promowanego przez MTV na przełomie lat 80-ych i 90-ych. Tak wielki wybuch popularności i wszechobecność w mediach stała się też gwoździem do trumny dla całego ruchu. Coraz bardziej przebojowe i komercyjne albumy (choć wcale nie słabe - przykład Rattowego Detonator) przestały pasować do nachodzącej wielkimi krokami brudnej i trudnej ostatniej dekady XX wieku. I nagle te same stacje i wytwornie, które promowały kolorowe, bombastyczne granie odcięło się od niego i zwróciło w stronę grunge'u (też wyeksploatowanego i porzuconego po kilku kolejnych latach). Krach była strasznym szokiem dla wielu muzyków (i glam i thrash metalowych) i wielu się z niego nie podniosło lub było zmuszone całkiem zmienić styl. W.A.S.P. na przykład poszedł w stronę cięższego heavy metalu z wpływami progresywnymi a wydany w 1991 The Crimson Idol był swego rodzaju próbą rozliczenia się z ejtisową przeszłością. Twisted Sister nie nagrało już żadnego albumu z premierowym materiałem (poza kolędami) a Ratt i Motley Crue dopiero około 2010 roku potrafiły zaskoczyć udanymi płytami - odpowiednio Infestation i Saints of Los Angeles. Na szczęście, dzięki Skandynawii od pewnego czasu mamy nową falę glam metalu, którą z uwagą śledzę i nieraz wspominam w swoich podsumowaniach. Bo radosny, przebojowy metal też powinien mieć swoje miejsce w muzycznym świecie.

Death/Doom Metal - My Dying Bride, Paradise Lost, Anathema, Katatonia.

Doom metal ma już swoją wielką czwórkę, czyli Candlemass, Pentagram, Saint Vitus i Trouble. Są to jednak przedstawiciele tzw. tradycyjnego doomu bądź doomu (Candlemass) epickiego. Mnie zawsze jednak najbardziej ciekawił rozwój bardziej ekstremalnej gałęzi gatunku jaką niewątpliwie jest jego mariaż z death metalem. Rozwój, który momentami przyjmował formy niemalże rewolucyjne ale o tym za chwilę powiemy. Możecie mi zwrócić uwagę, że w tej kategorii wyróżniono już tzw. Trójcę z Yorkshire, zwaną też Trójką Peaceville od promującej ich wytwórni. Zalicza się do niej pierwszą trójkę z wymienionych powyżej zespołów. Z drugiej strony katatonia też jest uważana za jednego z pionierów gatunku a jej historia i stopniowa ewolucja brzmienia bardzo dobrze koresponduje z rozwojem całego nurtu. Ale zacznijmy od przełomu lat 80. i 90., kiedy to właśnie w Yorkshire powstały zespoły, które grały ciężko i ponuro a przy tym wolniej niż inni przedstawiciele death metalu. W tekstach zaczęły pojawiać się tematy śmierci, przemijania ale i nieszczęśliwej miłości z czasem coraz bardziej poetyckie. W warstwie wokalnej dominował głęboki growling ale nieraz z akompaniamentem chóralnych zaśpiewów czy, po kilku latach, aksamitnie melancholijnych czystych wokali. Patrząc na dyskografię całej czwórki można powiedzieć, że debiuty były stylistycznie zbliżone do deathowych standardów ale każda kolejna płyta przynosiła coraz więcej przestrzeni i nowych elementów. Sam death/doom był również kluczowy w rozwoju mniej ekstremalnego podgatunku jakim jest gothic metal (nazwany tak od drugiego albumu Paradise'ów, na którym zadebiutowały symfoniczne wstawki). Dla każdej z wymienionych kapel przełomowe były jednak płyty nr 4, które całkowicie odcinały się od zapoczątkowanej kilka lat wcześniej stylistyki. Paradise Lost na Icon postawili na czyste, bliższe tradycyjnemu doomowo brzmienie, Like Gods of the Sun MDB pozbawiona growlingu, pełna smyczków i poetyckiej, melancholijnej ekspresji wokalnej Aarona to dziś klasyka metalu, Tonight's Decision Katatonii jest już wejściem w depresyjno-rockowe/metalowe terytorium a Alternative 4 Anathemy sygnalizuje całkowity rozbrat z metalowymi korzeniami. Jak więc mówić o Wielkiej Czwórce death/doomu kiedy po kilku latach doszło do tak radykalnej zmiany? Myślę, że wpływ tej czwórki na innych zaznaczał się nawet wtedy bo zobaczcie sami, jak potoczyły się losy innych przedstawicieli tej sceny - francuskiego Lake of Tears, szwedzkiego Tiamat czy holenderskiego The Gathering. Każdy z ich po pewnym czasie poszedł swoją drogą i w obranej stylistyce potrafił nadal tworzyć dzieła wybitne. A poza tym, niektórzy nawet po mezaliansach z muzyką elektroniczną (słynny Host PL) potrafili po latach powrócić tam, gdzie zaczynali. 

Rock Neo-Progresywny - Marillion, IQ, Pallas, Twelfth Night.

Tu sytuacja z jednej strony wydaje się prosta - za twórców nurtu uważa się sześciu wykonawców - prócz wybranej przez mnie grupy mamy też Pendragon i Solstice. Założyłem jednak na wstępie, że artykuł ma być o czwórkach więc decyzja o selekcji konkretnych nazw nie była łatwa. Postanowiłem jednak skupić się na tych zespołach, których sam słucham najczęściej. Stąd mimo, że Pendragon powstał już w 1978 roku (czyli przed najbardziej ikonicznym Marillion i moim ulubionym IQ) to jednak myślę, że choćby z punktu widzenia czytelnika, wybór Twelfth Night będzie ciekawszy i pomoże ocalić od zapomnienia ten trochę niedoceniony zespół. A Pendragon ze swoją rozpoznawalnością poradzi sobie i tak. Ale wróćmy do tematu głównego i zastanówmy się jak wyglądał rynek muzyczny na przełomie lat 70 i 80. Rewolucja punkowa, nadchodząca nwothm a z drugiej strony rozwój nowoczesnego popu sprawił, że zapotrzebowanie na skomplikowane, przeintelektualizowane albumy znacznie się zmniejszyło. Zamiast zmuszania do refleksji publiczność oczekiwała czegoś, co będzie korespondowało z buntem i buzujacą w młodzieży złością. W tych realiach przedstawiciele pierwszej fali rocka progresywnego nie potrafili się odnaleźć, szli w stronę elektroniki, "piosenkowego" pop-rocka lub całkiem zawieszali działalności. Jednak już pod koniec lat 70-ych w londyńskim Marquee Club zaczęły pojawiać się zespoły, które wyrosły co prawda z punku ale za cel postawiły sobie odrodzenie progresywnej muzyki. Zachowując pewną punkową ostrość i rezygnując z części dotychczas nierozłącznie prog-rockowych elementów (m.in. mellotron) potrafili zaciekawić słuchaczy opowiadanymi historiami. Do łask wróciły concept albumu ale teraz ich tematyka stała się bliższa problemom zwykłego człowieka - tu dobrym przykładem jest Marillion i poświęcony chorobie alkoholowej Clutching the Straws. Klimat neo-proga ogólnie był początkowo dość mroczny i myślę, że ten niepokój i pesymizm właśnie przemówił do wrażliwości drugiego pokolenia miłośników prog-rocka. Mroczne a zarazem teatralne oblicze gatunku prezentował też wspomniany już wcześniej Twelfth Night, natomiast IQ do teatralności dodawał rozmachu i bardziej klasycznego, symfoniczno-rockowego charakteru. Zresztą sami muzycy IQ trochę odcinali się od określenia neo-prog i uważali swoją muzykę za kontynuację zapoczątkowanej przez Yes czy, zwłaszcza wczesne Genesis fali. Na tle reszty ciekawie przebiega historia Pallas. Założony już w 1976 w Aberdeen zespół był początkowo pod mocnym wpływem punk rocka, co widać w pierwszych nagraniach, by płynnie przejść w coś co zostało potem określone neo-progiem. Szkoci byli również bohaterem skandalu, jaki wybuchł we wspomnianym Marquee Club - ich 15-minutowa suita The Ripper i ekstrawaganckie sceniczne przebranie wokalisty w czasach, gdy Rozpruwacz z Yorkshire był jeszcze na wolności mogło budzić kontrowersje. Co było potem? Pallas dotknęła choroba starszych kolegów i na swej drugiej płycie studyjnej (wydanej po kilkunastu latach) skierowali się w stronę prostszego rocka - można powiedzieć nawet że AORa. Minęło jednak 6 lat i od Beat the Drum dojrzały, symfoniczny prog-rock znów zagościł w ich repertuarze. Patrząc całościowo na te cztery różne historie i późniejszy rozwój drugiej fali rocka progresywnego można powiedzieć, że każda grupa wniosła coś wyjątkowego i sprawiła, że do dziś możemy cieszyć się muzyką wielu młodszych ale niemniej utalentowany artystów. A tych, jak wiecie z moich artykułów, nie brakuje. 

Mamy więc w ten sposób zaprezentowane po 4 fundamentalne zespoły w rozwoju 4 uwielbianych przeze mnie gatunków. Na koniec oczywiście dedykowana playlista i tu również idę "regułą czwórek', dodając do niej po 1 utworze z czterech pierwszych płyt każdego wykonawcy. Dzięki temu z jednej strony możemy zaobserwować krystalizowanie się charakterystycznych elementów danego stylu jak i, przynajmniej w niektórych przypadkach, jego dalszą ewolucję bądź, bywa i tak, porzucenie wyjściowych ram i sięganie po coś jeszcze innego i nowatorskiego. Mam więc nadzieję, że dla każdego z Was czas spędzony na jej odsłuchu będzie ciekawym i inspirującym doświadczeniem. Zapraszam też do dyskusji a jeśli też macie swoje "prywatne" wielkie czwórki, niekoniecznie wybranych przeze mnie gatunków, proszę o polecenia. Chętnie posłucham. 



piątek, 19 czerwca 2026

Albumy Ze Smokiem Na Okładce - Playlista Tematyczna

 


Już za kilka dni premiera trzeciego sezonu "Rodu Smoka". Jak pewnie już wiecie, jestem wielkim miłośnikiem fantastyki a proza G.R.R. Martina, choć nie należy u mnie do ścisłego topu, rozbudza wyobraźnię swoimi niedopowiedzeniami - w zasadzie nadal nie wiemy jak skończy się naprawdę Pieśń Lodu i Ognia a i historia Targaryenów w dalszym ciągu kryje wiele tajemnic. Z tej okazji postanowiłem przygotować artykuł, w którym przedstawię Wam kilkanaście ciekawych, nie zawsze dobrze znanych płyt, których okładki ozdobione są podobiznami najpiękniejszych i najbardziej majestatycznych stworzeń, jakie dały nam mity, baśnie i fantasy. Żeby uniknąć jednak tendencyjności i nieco podważyć tezę, że smoki to domena głównie power metalu postanowiłem udział tego najbliżej związanego z fantasy gatunku do 50%. Myślę, że sama playlista zyska na tej różnorodności a zarazem uda mi się dotrzeć też do gruzowo, thrashowo, aor-owej części obserwującej mnie społeczności. Tyle na wstępie. Zatem dracarys i do dzieła!

1. Rhapsody - Symphony of Enchanted Lands (1998) - wydane rok wcześniej Legendary Tales były na pewno przełomem w świecie, trochę przygasającego wówczas power metalu. Wprowadzenie elementów symfonicznych, osadzenie tekstów w wymyślonym świecie fantasy, podniosłe, potężne melodie dały impuls wielu młodym muzykom do zakładania własnym powerowych kapel. Mimo wszystko jednak dopiero ta płyta ugruntowała pozycję ekipy z Triestu i przyniosła grane po dzis dzień (przez wszystkie offspringi zespołu) bangery, wśród których Emerald Sword to kompozycja, która unieśmiertelniła swych twórców jeszcze za życia

2. Rhapsody of Fire - Dark Wings of Steel (2013) - jedna z bardziej kontrowersyjnych płyt w dorobku włoskiego zespołu. Pierwsza nagrana bez Luci Turilli'ego, pierwsza niebędąca częścią sagi fantasy i pierwsza z tak ponurą, mało bajkową okładką. Kolor smoka zaprojektowanego przez Felipe Machado Franco koresponduje z muzyką, która w miejsce przymiotnika epic proponuje romantic, w miejsce patetic zaś melancholic. Na krążku aż roi się od emocji dotychczas nie poruszanych przez zespół a kompozycje zachwycają przede wszystkim swym klimatem a nie jak do tej pory, nieco jednak przerysowywanym patosem. 

3. Trivium - In the Court of the Dragon (2021) - ostatni jak do tej pory długograj amerykańskiej kapeli, której muzyka balansuje na granicy metalcore i thrash metalu. Płyta jak najbardziej udana, choć bez większych stylistycznych niespodzianek ale myślę, że po znacznym złagodzeniu brzmienia, jakie panowie zaprezentowali na Silence in the Snow fani wolą raczej żeby już "nie było żadnych eksperymentów"

4. Flotsam & Jetsam - I Am the Weapon (2024) - Amerykanie przygotowują się właśnie do premiery nowego albumu, ja dziś pragnę natomiast przypomnieć ich poprzednie dzieło, które darzę pewnego rodzaju sentymentem. To dzięki tej płycie wróciłem do częstszego obcowania z muzyką kapeli. I choć nie ma już tutaj aż takiego thrashowego gniewu jak w początkach ich kariery, to w swojej speed/power/thrashowej niszy czują się nadal dobrze i mam nadzieję, że nadchodzące Rats in the Temple nie będzie niemiłym wyjątkiem

5. Bloodbound - War of Dragons (2017) - druga i zdecydowanie naj, najlepsza część "smoczej trylogii" szwedzkich power metalowców, inspirowanej między innymi światem Gry o Tron. Ta płyta jest rzeczywiście niczym wojna smoków, pełna ognia, pasji, dramaturgii a jej odsłuch od deski do deski to prawdziwa galopada do utraty tchu. Pure epic!

6. Twilight Force - Tales of Ancient Prophecies (2014) - jeżeli grasz symfoniczny power metal w klimatach fantasy a na okladce przedstawiono ziejącego ogniem smoka, nie uciekniesz przed porównaniem z Rhapsody. Masz wtedy dwa wyjścia - albo niczym epigon powielać utarte schematy albo rozwinąć twórczo i tchnąć w nie choćby iskierkę własnej osobowości. Myślę, że szwedzkim cosplayerom udało się to drugie a magia jaka bije od ich debiutu utrzymuje mnie w swej mocy do dziś

7. Howling Giant - Glass Future (2023) - jest to pierwsza płyta amerykańskich stoner/doom/psychodelic metalowców, którą poznałem dzięki serwisowi Doom Charts. Już wtedy zachwycił mnie ten trochę kosmiczny, duszny klimat, zdolność do pisania hipnotyzujących melodii i szukania nieoczywistych nieraz rozwiązań twórczych. I właśnie ten space-progowy pierwiastek jest dodatkowym atutem jaki skrywa w sobie Glass Future

8. Merlin - The Mortal (2019) - tu natomiast mamy w pełni "moje własne odkrycie" (choć zakładam, że któraś ich płyta trawiła do doomchartsowego zestawienia). Psychodeliczny stoner doom z niezwykle sugestywnymi partiami saksofonu był dla mnie jednym z pierwszych kontaktów z muzycznym gruzem i jak się pewnie domyślacie, nie zawrócił mnie z obranej drogi. A co zrobił później sam Merlin? Długo by opowiadać ;)

9. Axxis - Doom of Destiny (2007) - album, do którego wracam regularnie, choć w tym roku stuknie mu już 19 lat. Co poradzić mogę jednak na to, że spośród 15 zróżnicowanych stylistycznie pozycji w katalogu niemieckiej ekipy ta, kipiąca wręcz od power metalowej energii płyta jest ich zdecydowanym opus magnum.

10. Heavens Gate - Livin' in Hysteria (1991) - nieco zapomniana płyta zapomnianego zespołu, choć w momencie wydanie Heavens Gate było obok Helloween, Running Wild czy Rage jednym z pionierów i motorów napędowych niemieckiej sceny power metalowej. Przez kilkanaście lat istnienia wydali kilka ciekawych albumów ale to właśnie "dwójka" uważana jest za klasykę gatunku. Z ciekawostek, z kapelą od początku związany był znany producent i współpracownik Tobiasa Sammeta przy jego Avantasii - Sascha Paeth

11. Allen/Lande - The Showdown (2010) - dwóch niezwykłych wokalistów, dwa walczące smoki na okładce autorstwa Rodney'a Matthewsa i 11 melodyjnych, metalowych kawałków, za które odpowiada Magnus Karlsson. Czy mógłby być inny kandydat do tego zestawienia? 

12. Ten - Spellbound (1999) - czwarta płyta jednej z moich ulubionych hard-rockowych kapel. Dowodzona przez obdarzonego niezwykle intrygującym, aksamitnym głosem Gary'ego Hughesa na swoim koncie ma kilka ciekawych wydawnictw, które możnaby określić mianem concept-albumów. Ten krążek nie ma co prawda jednego motywu przewodniego ale wart jest uwagi chociażby jako pierwszy ilustrowany przez hiszpańskiego artystę Luisa Royo

13. Evertale - Of Dragons and Elves (2013) - krążek przesiąknięty smokami pod każdym względem. Jest "dragon" w tytule, jest na okładce (znów Felipe Machado Franco) a cała płyta to concept album oparty o serię fantasy pt. Dragonlance osadzoną w jednym ze światów gry fabularnej Dungeons&Dragons (którą znam i uwielbiam). Muzycznie natomiast mamy tu ciężki i surowy ale szybko zapadający w pamięć power metal

14. Draconicon - Dark Side of Magic (2021) - trafiłem na tę płytę całkiem przypadkowo w grudniu zeszłego roku, zwabiony majestatycznym smokiem na okładce. Jeśli śledziliście wówczas Muzyczną Kronikę to wiecie, że "siadło". Myślę, że każdy miłośnik power metalu powinien raz na jakiś czas sięgnąć po taką właśnie, mroczniejszą wersję swojej ulubionej muzyki

15. Saint Vitus - Mournful Cries (1988) - pozycja, której pierwotnie miało tu nie być. Przeglądając dyskografię znanych mi zespołów (a jest ich spoooro) zwróciła moją uwagę hybryda czerwonego smoka i trójgłowej hydry i nazwa zespołu, którego katalog od lat obiecuję sobie nadrobić. Czy więc to był zwykły zbieg okoliczności czy przeznaczenie - ciężko stwierdzić. Liczy się fakt, że od Dragon Time po pozostałe pięć utworów - wkręcam się w ten klimat coraz mocniej. Jest gruz!

16. Elle Tea - Travelling (2026) - vintage'owy heavy metal autorstwa multiinstrumentalisty Leonardo Trevisana, który również odpowiada za cały artwork na płycie. Pojawią się może rozbieżne zdania na temat przedstawionego na okładce gada - czy to już smok czy raczej wariacja nt pterodaktyla, ważne jednak by ocena muzycznej zawartości była spójna. Czyli jak najlepsza.

Szesnaście płyt, kilka różnych gatunków i jedna, najważniejsza cecha wspólna - smok na okładce. Choć po namyśle muszę zaznaczyć, że łączy je jeszcze jedno - wciągająca, ciekawa muzyka którą odkryć można bez wychodzenia z domu (i zbierania drużyny). W tym celu wybrałem po cztery najciekawsze moim zdaniem kompozycje z każdeg wyżej wymienionego wydawnictwa. Mam nadzieję, że odsłuch poniższej playlisty będzie dla Was taką chwilą magii w oczekiwaniu na nadchodzący, jeszcze szybciej niż 3 sezon HotD weekend. 

Playlista: Dragon Albums 

piątek, 5 czerwca 2026

Peter Tägtgren - Playlista Tematyczna

 


Dwa dni temu swoje 56-e urodziny obchodził prawdziwy metalowy człowiek renesansu. Wokalista, perkusista, gitarzysta, klawiszowiec, kompozytor i producent. Jednym słowem Peter Tägtgren. Myślę, że to, i moje ostatnie zamiłowanie do industrial metalowego PAIN, najlepszy pretekst by dzisiejszy artykuł poświęcić jemu i tworzonej przez niego muzyce.

Peter urodził się 3 czerwca 1970 roku w Ludwice, w szwedzkim regionie Dalarna. Początkowo, bo już w wieku 9 lat kształcił się w grze na perkusji by później rozwinąć swój wachlarz umiejętności o gitarę, bas czy klawisze. Jego pierwszy zespół o nazwie Conquest działał w latach 80-ych ale zostało po nim jedynie kilka demówek. Później artysta przeniósł się do Stanów Zjednoczonych, gdzie zetknął się m.in. z muzykami Malevolent Creation włączył w prężenie rozwijającą scenę death metalową. Doświadczenie nabyte w trakcie pobytu w USA zaowocowało powstaniem zespołu Hypocrisy, jednego z dwóch najważniejszych projektów w życiu artysty. Założony w 1991 roku z czasem nieco złagodził swoje brzmienie i stał się jednym z czołowych przestawicieli szwedzkiego melodic death metalu. Kapela jest aktywna do dziś i na koncie ma już 13 albumów studyjnych. 

W 1996 roku powstał, początkowo jako side a aktualnie jeden z dwóch main-projectów Tägtgrena industrial metalowy PAIN. Ideą jaka przyświecała artyście było połączenie heavy metalu z elektroniką lat 80-ych i współczesnym (na lata 90-e) techno. Początkowo projekt czysto hobbystyczny rozrósł się zdecydowanie poza wydany w 1997 roku s/to debiut w takie utwory jak Shut Your Mouth czy Same Old Songs zrobiły dużo zamieszania na szwedzkich listach przebojów. Mimo, że jest to oficjalnie działalność w pełni jednoosobowa, Peter ma swój zespół koncertowy z którym regularnie rusza w trasy. W przeszłości supportowali choćby fiński Nightwish.

Rok po debiucie PAIN w artystycznym życiu Petera pojawiło się kolejne wyzwanie, grindcore'owy Lock Up, z którym współpracował przez 4 lata i wziął udział w nagraniu dwóch płyt. Swoich sił artysta próbował też w stylistyce black metalowej (The Abyss, War). Koncertował też i nagrał jeden album z death metalową supergrupą Bloodbath. Jako gitarzysta wspierał też na trasach koncertowych legendę szwedzkiego black metalu - Marduk i eurodance'owego (choć z metalowymi korzeniami) artystę ukrywającego się pod pseudonimem E-Type.

Co ważne, swoje muzyczne idee Peter realizował nie tylko jako muzyk czy kompozytor ale zajął się też produkcją albumów swoich zespołów. Od 1995 roku działa jego prywatne studio The Abyss, w którym swoje albumy nagrywała cała rzesza znanych w świecie metalu kapel, w tym Sabaton, Dynazty, Children of Bodom, Therion, Dimmu Borgir czy Marduk. Śladem po tych współpracach są m.in. liczne gościnne występy naszego dzisiejszego bohatera - i w roli gardłowego i instrumentalisty. Wśród nich najmocniej od zawsze przemawia do mnie Gott Mit Uns z jednego z najlepszych albumów Sabatonu (Carolus Rex) ale nie zapominajmy też o The Alliance of Hellhoundz, napakowanym gwiazdami numerze thrashowego Destruction czy Synagoga Satanae z Monotheist, comebackowego krążka ojców black i doom metalu z Celtic Frost. Młodsi czytelnicy powinni też kojarzyć go z udziału w sesji nagraniowej najnowszego Exodusa, gdzie użyczył swojego głosu w trzecim na trackliście The Change of Me. 

Na koniec wspomnę jeszcze o wieloletniej kolaboracji z wokalistą Rammstein, Tillem Lindemannem przy jego solowych albumach. Peter odpowiadał na nich w całości za songwriting a także nagrywał wszystkie instrumenty. Współpraca zakończyła się w 2020 roku w nie do końca jasnych okolicznościach. Obaj muzycy podobno czuli niezwykłą chemię w trakcie pracy studyjnej ale trasy koncertowe ich od siebie oddalili. Jak było naprawdę ciężko stwierdzić ale obaj raczej dobrze na tym wyszli. Till dalej działał pod szyldem Lindemann, wywoływał skandale, szokował i dobrze się bawił a Peter wrócił do regularnej pracy przy Pain, co bardzo mnie ucieszyło a jego najnowszy krążek - I Am z 2024 roku w pełni spełnił moje oczekiwania.

A jakie, moi drodzy czytelnicy jest Wasze zdanie o Panu Tägtgrenie? Które albumy z jego udziałem (w każdej możliwej roli) są Wam najbliższe? Jeśli macie problem z podjęciem decyzji, może pomoże Wam odsłuch playlisty, na której zebrałem najlepsze moim zdaniem utwory sygnowane nazwiskiem Tägtgren. Miłego odsłuchu i czekam na komentarze.

A na koniec krótki cytat - Bye, Bye, Leave me alone! ;)

piątek, 22 maja 2026

Gianinni, Lione, Luppi - Playlista Tematyczna

 


Cześć wszystkim, czas na piątkowy tematyczny artykuł. Inspiracji do jego napisania miałem kilka. Najważniejsza z nich to dzisiejsza premiera EP-ki A Clockwork Reverie włoskiego prog-powerowego Vison Divine, na której po raz pierwszy od kilkunastu lat usłyszymy głos Michele Luppi'ego. Druga to pojawiające się w internecie głosy, że swój drugi album szykuje power metalowa supergrupa The 7th Guild, której przewodzą metalowi triumwirowie - Tomi Fooler ze Skeletoon, Ivan Gianini -były wokalista Vision Divine właśnie i następca samego Fabio Lione w Rhapsody of Fire - Giacomo Voli. Fabio, który był, nie zgadniecie, oryginalnym wokalistą Vision Divine. Czy też macie wrażenie, że włoska scena power metalowa przypomina ilością crossoverów kinowe uniwersum Marvela? Pytanie retoryczne. Przejdźmy jednak do sedna, czyli krótkich opisów każdego z trzech wokalistów, stojących w ciągu ostatnich 28 lat za mikrofonem w Vision Divine.

Fabio Lione - urodzony 9 października 1973 roku muzyk jest jednym z najbardziej znanych i rozpoznawalnych power metalowych wokalistów, choć przez lata można było go też usłyszeć w bardziej progresywnych i hard rockowych klimatach. Sam twierdzi, że inspirowały go m.in. takie zespoły jak Queen czy Europe i to od coverowania tychże zaczynał swą przygodę z muzyką. W moich artykułach pojawia się po raz kolejny ale cóż, rok w Muzycznej Kronice bez postu o Fabio to rok stracony. Jeśli chodzi o Vision Divine to można go uznać, obok Olafa Thorsena za jednego z dwóch założycieli. Nawet nazwa zespołu nawiązuje do ich obu - Divine miał być tytułem solowej płyty Olafa a Vision to pierwsza nazwa Labyrinth, w którym wcześniej obaj występowali. Fabio w kapeli pojawiał się zresztą dwukrotnie, za każdym razem nagrywając po dwa albumy. Za pierwszym razem odszedł w trakcie nagrań do trzeciego krążka, nie mogąc pogodzić ze sobą czasowo występów z Vision Divine i zdobywającym światowy rozgłos Rhapsody. Za drugim razem pojawił się w momencie, gdy RoF zawiesił na kilkanaście miesięcy działalność w związku z konfliktem z ówczesnym wydawcą (firmą Joeya DiMayo z Manowar). Z tego drugiego okresu pochodzi moja ulubiona płyta VD, utrzymany w klimacie dystopijnego sci-fi Destination Set to Nowhere. Gdy druga przygoda Fabio z zespołem dobiegła końca, jego miejsce zajął równie charyzmatyczny gardłowy:

Ivan Gianini. Ten urodzony w styczniu 1982 roku muzyk pierwszy raz wpadł mi w ucho w roku 2013 wraz z czwartą płytą symfoniczno power metalowego Derdian. Można powiedzieć, że to jego głos wprowadził zespół 2 całkiem nową erę, gdy po zakończeniu trylogii New Era [sic!] zaczęli wychodzić tematycznie poza ramy nakreślone przez starszych kolegów z Rhapsody. Limbo i rok młodszy od niego Human Reset to obok trzeciej Nowej Ery moje ulubione albumy zespołu. I choć Gianinni opuścił zespół w 2015 roku to po dwóch latach wrócił w jego szeregi i wspólnie nagrali kolejne dwa krążki, których najnowszy to tematyczny powrót do świata znanego z New Era.  Ale wróćmy do Vision Divine. Z zespołem Olafa Thorsena Ivan występował przez 6 lat a jego dziedzictwo to dwa dobrze przyjęte przez publiczność i krytyków płyty. W 2024 roku ukazał się również debiut międzynarodowego power metalowego projektu Violet Eternal, który swego czasu gościł u mnie regularnie a rok później pierwszy album wspomnianej już na wstępie supergrupy The 7th Guild. Widać, że w życiu artysty był to intensywny okres i być może jego odejście, dość nagłe, z VD związane było z chęcią skupienia się na innych projektach. Mimo tego, zaskakujące dla wszystkich zakończenia, nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło. Otworzyło to bowiem drogę do drugiego w historii zespołu powrotu a jego sprawcą został...

Michele Luppi, najlepiej wykształcony (dyplom  na Vocal Institute of Technology) całej trójki. Ten urodzony 7 kwietnia 1974 roku wokalista i klawiszowiec karierę muzyczną zaczynał w Mr. Pig - cover bandzie, nie zgadniecie, amerykańskiego Mr. Big. Później udzielał się jako muzyk, kompozytor i producent współpracując z wieloma znanymi hard-rockowymi artystami. W sierpniu 2003 roku dołączył do Vision Divine, gdy zespół pracował nad swoją trzecią płytą, Stream of Consciousness. Potem przyszły jeszcze dwie, Perfect Machine i 25th Hours, uważane dziś przez fanów za "klasyczne albumy zespołu". Artysta był w tym okresie dość zapracowany. W 2008 roku, w chwili swojego odejścia z Vision Divine miał już na koncie solową płytę, rozpoczętą współpracę z zespołem Los Angeles (w składzie m.in. Gregg Giuffria) a później założył chociażby melodic metalowy Killing Touch. Ważnym okresem w jego karierze była też współpraca z Whitesnake. Trwała ona dobre 10 lat a Luppi pełnił tam rolę klawiszowca i wokalisty wspomagającego. W 2010 roku pełnił rolę wokalisty podczas trasy koncertowej power metalowego Thaurorod a rok później dołączył do prog/powerowego Secret Sphere. Z tą kapelą związany był do 2020 roku, gdy jego miejsce zajął ponownie Roberto Messina. Jak widać nie tylko Vision Divine lubi powroty. A propos powrotów to wszyscy byli na pewno ciekawi jak ten comeback Luppi'ego do VD będzie wyglądać. Ja osobiście uważam po pierwszym odsłuchu A Clockwork Reverie, że może to być początek drugiej, wróć! Długiej i pięknej przygody.

Teraz jeszcze krótki akapit na temat playlisty. Jak zwykle w przypadku tego typu artykułów mamy po 10 utworów z każdym artystą, pięć z katalogu Vision Divine i pięć z innych zespołów i gościnnych występów. Każdy z wokalistów bowiem dość często udzielał się też na albumach innych kapel. W przypadku Fabio wybrałem tym razem jego bardziej progresywne współprace a jeśli chodzi o Ivana i Michele możecie się spotkać z kilkoma numerami z opisywanego przeze mnie przez 2 ostatnie miesiące Muzycznego Uniwersum Braci Danielsenów (czyli Eunomia i Legend of Valley Doom). Nic tylko słuchać!

I ostatnie zdanie na dziś - piszcie, które płyty lub pojedyncze utwory z katalogu panów Gianinni, Lione i Luppi lubicie najbardziej.

piątek, 15 maja 2026

Mikko Kotamäki - Playlista Tematyczna

 

Witajcie czytelnicy! Jeśli dobrze liczę, jest to już 15-y artykuł w całości poświęcony jednemu, konkretnemu muzykowi. Żeby uszczegółowić statystyki dodam jeszcze, że 6 z nich powiązanych było głównie z power metalem, 3 z rockiem/metalem progresywnym, 3 z hard rockiem i AOR (w tym Bjorn Strid równie mocno związany z melodeathem) a tylko dwa skupiały się na muzykach doom metalowych. W związku z tym, by wyrównać te dysproporcje, zważywszy na dość wyraźną obecność tego typu muzyki w mojej biblioteczce mam przyjemność zaprezentować Wam sylwetkę i muzykę Mikko Kotamäki'ego - jednego z najbardziej rozpoznawalnych wokalistów związanych z death/doom-ową sceną. 

Zacznijmy od notki biograficznej, choć nawet w Encyclopedia Metallum informacje o artyście są dość lakoniczne. Mikko urodził się 24 grudnia 1984 roku. Pierwsze kroki w świecie muzyki metalowej stawiał najprawdopodobniej już jako 14-latek w black metalowym Funeris Nocturum, pod pseudonimem Trmnt.xes lub po prostu Torment. Zaczynając od szybkiego i surowego blacku grupa przechodziła przez bardziej nasycony thrashem death metal by swój żywot zakończyć wydaniem płyty niemalże industrialnej. W 2004 roku z zespołu odeszli Mikko i grający na klawiszach Aleksi Munster a pozostali muzycy nie kontynuowali działalności z nowymi członkami.

W tym samym czasie Mikko był już związany z melodeathowym Enter My Silence, z którym nagrał wydaną w 2001 roku debiutancką Remotecontrolled Scythe

Od 2001 roku był już też członkiem zespołu, z którego kojarzy go pewnie najwięcej miłośników ciężkiego grania. Rok wcześniej Jukka Raivio założył bowiem grający death/doom Swallow the Sun. Zespół znany ze swojego melancholijnego stylu, kształtowanego przez ponad 20 lat i 9 albumów, stopniowo łagodzących ale jednocześnie wzbogacających brzmienie. 

W 2004 roku Mikko przyjął nowy przydomek i jako Goat Tormentor zaangażował się w projekty bliskie black metalowi. Najpierw w duecie z Atvarem jako fińskojęzyczna Verivala, w której odpowiadał nie tylko za wokal ale i gitary czy perkusje. Rok później rozpoczął zaś trwającą sześć lat przygodę z Alghazanth. Jej świadectwem są dwie symfoniczno blackowe płyty.

Kolejne lata przyniosły jeszcze krótki epizod w Empyrean Bane, zakończony nagraniem jednego dema i kilkuletni staż w Barren Earth, zespole, do którego ostatnio wróciłem po kilku latach przerwy. Wokal Mikko można usłyszeć na pierwszych demach kapeli i dwóch pierwszych płytach, z których debiute - Curse of the Red River to świetny przykład połączenia elementów melodeathu z doomowymi nastrojami. Do dziś potrafi mnie wciągnąć na długie godziny.

Pozostałe dwa zespoły, z którymi Kotamäki nagrywał regularnie płyty to death/doom/gothic metalowe Kuolemanlaakso (4 longplaya) i death/blackowe Hedonihil (debiut z 2019 roku).

Jak się pewnie domyślacie, Mikko ma na koncie też garść gościnnych występów. Wśród nich najciekawsze są współprace z m.in. legendarnymi Clouds, znanym Wam z moich ostatnich podsumowań melodic doomowym Hanging Garden,death doomowcami z Shores of Null czy z absolutną fińską rewelacją dla dzieci - zespołem Heavisaurus

W ostatnim roku natomiast, świat metalu zelektryzowała wieść, że Mikko Kotamäki wziął udział w trasie koncertowej z legendą doom metalu, brytyjskim My Dying Bride, zastępując (jako gość specjalny) samego Aarona Steinthorpe'a, którego kontakty z zespołem dość mocno napięły się, bądź jak uważa jedna ze stron - nadmiernie rozluźniły się. Obecnie nie wiadomo do końca jak potoczą się losy umierającej panny młodej ale jeśli Mikko miałby na stałe stanąć za mikrofonem myślę, że dam im szansę. Przez szacunek dla artysty jak i dla legendy My Dying Bride.

Podsumowując, widzicie sami, że Mikko może pochwalić się ciekawą karierą i dużą liczbą nagranych płyt, z czego niektóre weszły już na stałe do kanonu doom metalu. Jego zainteresowania wybiegają jednak poza tę niszę i myślę, że eksploracja innych, mniej znanych dzieł wokalisty będzie dla Was ciekawym doznaniem. Ja już nie mogę się doczekać gdy włączę play w przygotowywanej do tego artykułu playliście. A na niej już tradycyjnie utwory nagrane przez artystę z różnymi projektami - i jako główny gardłowy i w ramach gościnnego udziału. Miłego odsłuchu i dajcie znać, który utwór śpiewany przez Mikko jest Waszym ulubionym!

Playlista: The Best of Mikko Kotamäki

piątek, 17 kwietnia 2026

Konstantin Naumenko - Playlista Tematyczna

 


W tym miesiącu ukazała się jedna płyta o szczególnym dla mnie znaczeniu. Jest nią Turn to The Light - debiut powermetalowego Godspear. Szczególna dlatego, że za mikrofonem tej kanadyjskiej skąd inąd grupy stoi Ukrainiec, Konstantin Naumenko. Jego głos po raz pierwszy poznałem za sprawą gościnnego występu w utworze Ready to Die Beetwen Stara naszego rodzimego zespołu Pathfinder. Swego czasu była to świetnie zapowiadającą się grupa a głos Konstantina dodał tylko rozpędzonej, epickiej kompozycji dodatkowego smaku. Kilka lat później wracając do tego numeru pomyślałem, że warto może bliżej przyjrzeć się dokonaniom Naumenki. To był strzał w dziesiątkę a Trust Your Soul, wydana w 2009 roku płyta zespołu Sunrise przez długi długi czas nie schodziła z moich głośników. Rozpędzone All This Time i wspaniała, urocza i podniosła ballada Love will set you free to tylko kilka najbardziej charakterystycznych nut na tym krążku. Od tego też czasu Konstantin awansował do grona moich ulubionych power metalowych wokalistów i z uwagą śledziłem jego dokonania. Dziś właśnie chciałbym się z Wami podzielić najlepszymi moim zdaniem fragmentami z twórczości artysty. Ale najpierw, już tradycyjnie krótka notka biograficzna.

Konstantin pochodzi ze stolicy Ukrainy, Kijowa. Prócz umiejętności wokalnych zajmuje się też inżynierią dźwięku. Potrafi też grać na perkusji. Pierwsze muzyczne króli stawiał własnie jako perkusista w cossack metalowym (czytaj folk/powerowym) Tin' Sontsya, z którym nagrał jeden album. 

Na perkusji przez pierwsze dwa lata grał w swoim opis magnum, czyli Sunrise, łącząc te obowiązki ze stanowiskiem wokalisty. Zespół ten, mający na swoim koncie cztery płyty długogrające jest moim ulubionym metalowym zespołem zza wschodniej granicy. 

W 2011 roku dołączył do grającej mieszankę progresywnego i neoklasycystycznego power metalu kapeli Majesty of Revival, a rok później zasilił skład W. Angel's Conquest. W kolejnym roku wraz z żoną Darią założył również power metalową Delfinię. Wydali razem jeden długogrający album a po rosyjskiej inwazji na ich kraj, przenieśli się do Wielkiej Brytanii i nadal tworzą muzykę, czego potwierdzeniem jest singiel Time z 2025 roku.

Konstantin jest osobą znaną i szanowaną na całej słowiańskiej, powerowej scenie. Od 2020 roku reprezentuje barwy m.in. czeskiego Symphonity i polskiego Titanium.

Wspomniałem na początku, że głos Konstantina poznałem za sprawą gościnnego występu z poznańskim Pathfinder. To nie jedyny jego "guest apperance". Słuchacze z Polski powinni kojarzyć go z kilku utworów nagranych z Imaginature, brał też udział w sesjach nagraniowych metal opery Aldaria i kilku innych lokalnych zespołów metalowych.

Jako inżynier dźwięku dbał też o jakość nagrań na płytach art-rockowego projektu NOVI, któremu lideruje Daria Naumenko.

Żeby zamknąć artykuł klamrą kompozycyjną dodam jeszcze, że wspomniany na wstępie Godspear powstał w 2023 roku i przez ponad 2 lata stopniowo raczył nas singlami. Te zapowiadały się świetnie a pełny album, który siedzi w mych słuchawkach od tygodnia w pełni spełnił moje oczekiwania. Będzie o nim u mnie często ;)

Na zakończenie zostawiam Wam playlistę z moimi ulubionymi utworami z wokalem Konstantina. Liczę, że lista spodoba się tym spośród Was, którzy łaskawie patrzą na power metal a kto wie, może ktoś cudownie się nawróci?

Playlista: The Best of Konstantin Naumenko

piątek, 27 marca 2026

Covery & Tributy - Playlista Tematyczna

 


W dniu dzisiejeszym ukazał się nowy album weteranów niemieckiej sceny heavy/power metalowej. Nie jest to jednak płyta z całkowicie nowym materiałem. Na Awesome Anthems of the Galaxy załoga statku kosmicznego Iron Savior prezentuje własne wersje znanych i lubianych hitów muzyki popularnej, rockowej i dyskotekowej, głównie z lat 80-ych. Przez dobór utworów i tytuł albumu od razu nasuwa się pewne nawiązanie do postaci Star Lorda z serii filmów o Strażnikach Galaktyki. Po pierwszym odsłuchu mogę powiedzieć, że jest to płyta poprawna, zespół nadał trochę swojego charakteru coverowanym kawałkom ale ogólnie aranżacje nie odbiegają jakoś daleko od oryginałów. A przecież sztuka coveru to nie tylko odegranie utworów w sposób wierny pierwowzorowi, tylko raczej próba spojrzenia na niego w inny, do tej pory może zaniedbywany sposób, wyciągnięcia jakichś dodatkowych znaczeń lub po prostu wpisanie go w całkiem inne, nieraz zaskakujące ramy stylistyczne. Gdy tak się nad tym zastanawiałem, a single zapowiadające krążek pojawiały się już od kilku tygodni, postanowiłem napisać artykuł, w którym przedstawię różne inne ciekawe i/lub lubiane przeze mnie cover i tribute albumy. Wpis, jak i obrazującą go playlistę podzieliłem na trzy sekcje - w pierwszej znajdziecie cover albumy (czyli jeden zespół nagrywa utwory innych artystów), potem będą tribute albumy (tu na odwrót, różni artyści grają kawałki konkretnego zespołu) a na koniec bardzo specyficzne cover/tribute bandy, których głównym celem jest odtwarzanie i (jak w przypadku wymienionych dziś wykonawców) rearanżowanie piosenek innych wykonawców. Od razu muszę Was ostrzec, że wybór materiału jest tu bardzo, bardzo subiektywny stąd nieobecność tak znanych albumów jak Garage Inc. Mety czy Skeletons in the Closet Children of Bodom

I. COVER ALBUMY

- Poison - Poison'd - ostatni album ekipy Breta Michaelsa i C.C. Deville'a to zbiór kilkunastu klasyków rocka, nagranych w klasycznym dla zespołu hair metalowym stylu. Czuję duży sentyment do tego krążka, bo to dzięki niemu sięgnąłem po twórczość takich zespołów jak Sweet, The Cars czy Grand Funk Railroad

- Overkill - Coverkill - nazwa mojego ulubionego thrash metalowego zespołu jest zapożyczeniem z piosenki Motorhead, której cover znalazł się też na pierwszym longplayu Amerykanów. Tu towarzyszy jej 11 innych kompozycji, pierwotnie nagranych przez artystów, mających największy wpływ na powstanie i wykrystalizowanie się brzmienia zespołu

- HammerFall - Masterpieces - Szwedzi przez lata swojej działalności przyzwyczaili nas, że praktycznie na każdej płycie pojawiał się jakiś cover, czy w formie bonusu czy w podstawowej trakcliście. W końcu 27.08.2008 ukazał się krążek zbierający wszystkie dotychczas nagrane i trzy nowe covery. Warto wspomnieć, że pierwszm utworem zespołu, który kiedykolwiek słyszałem był Ravenlord z repertuaru grupy Stormwitch

- Axxis - reDISCOver(ed) - składanka niemieckiego zespołu zawierające ich własne interpretacje kilkunastu hitów światowej muzyki, z naciskiem na przeboje lat 80-ych. Płyta te jest też pewnym punktem zwrotnym w historii kapeli, sygnalizującym kolejną woltę stylistyczną, z europejskiego power metalu ponownie w hard rock i to w takim mocno retro stylu

- Slayer - Undisputed Attitude - legenda thrashu ponoć od dłuższego czasu zbierała się do nagrania cover albumu a nieprzychylne ich macierzystemu stylowi lata 90-e były ku temu najlepszym czasem. Zwłaszcza, że muzycy skupili się tu na utworach grup punkowych i hardcorowych, co tylko podkreśla wpływ jaki oba te style wywarły na wyodrębninenie się thrashu jako osobnego podgatunku metalu

- Krzysztof Cugowski - Integralnie - wokalista opowiadał kiedyś, że jest wielkim fanem bluesa. Gdy więc na przełomie wieków nagrywał album z własnymi wersjami swoich ulubionych utworów postanowił nadać im właśnie takiego bluesowo-jazzującego charakteru. Czy to się udało? Album nie dorównał sukcesem ówczesnym płytom Budki Suflera ale to raczej wydawnictwo z kategorii "śpiewam bo chcę a nie muszę"

- Nocny Kochanek - Stosunki Międzynarodowe - dobry dowcip najbardziej śmieszy za pierwszym razem. Tak też mam z twórczością tego jakże dziś popularnego zespołu, którego debiut lubię i bawi mnie do dziś. Słuchając kolejnych wydawnictw miejsce dobrej zabawy zajmuje nostalgia za ich dawną, poważną odsłoną w postaci Night Mistress. Wyjątek robię tylko dla tego albumu, który w fajny sposób (i z polskimi tekstami) interpretuje utwory, które są mi bardzo bliskie

- Huis - A Huis Clos - jedyny reprezentant rocka progresywnego w dzisiejszym zestawieniu na jesieni 2025 roku wydał płytę, która powstawała przez okres lockdownu, niejako będąc formą remedium na towarzyszącą pandemii atmosferę. Nie jest to też cover album sensu stricto, gdyż prócz własnych wersji klasyków prog-rocka mamy tu też trzy ponownie nagrane autorskie kawałki kanadyjskiej ekipy

II. TRIBUTE ALBUMY 

- Communio Luparum - od czasu Blessed & Possessed grupa Powerwolf zaczęła wydawć również płyty w wersjach deluxe, wzbogacone o dodatkowe metariały takie jak covery ulubionych artystów, własne kawałki zaśpiewane z udziałem gości specjalnych, czy tak jak w przypadku dodatkowego dysku do albumu Sacrament of Sin, z utworami zespołu, nagranymi i na nowo zaaranżowanymi przez zaprzyjaźnionych artystów. Nie ukrywam, że jest to mój ulubiony z tych wszystkich bonus disców a przeboje Powerwolf w wersjach stonerowych, folkowych czy glam metalowych bronią się naprawdę mocno

- Amberian Dawn - Take a Chance - A Metal Tribute to ABBA - czytałem kiedyś artykuł o płytach, które wywarły największy wpływ na rozwój power metalu. Wśród nich wymieniona była cała dyskografia Abby. Poza tym, często dość ironicznie melodyjny, symfoniczny metal z damskim wokalem określa się mianem "abba metalu". Fińska kapela przy okazji tego wydawnictwa zaakceptowała to wszystko i nawet więcej, poszła na całość, serwując nam swoje własne interpretacje najbardiej znanych piosenek szwedzkiego kwartetu

- The Keepers of Jericho - (A Tribute to Helloween) - tytuł tej dwupłytowej składanki mówi sam za siebie. Trzy legendarne płyty, trzy kamienie milowe w historii power metalu - Walls of Jericho i Keepers of the Seven Keys w interpretacji młodszych (jak na rok wydania - 2000) przedstawicieli sceny. Mnóstwo udanych przeróbek i kilka odkrytych zespołów, których słucham do dziś

- Ultimate Emo Party - Polskie Emo Kontra: Muzyka Popularna - co tu dużo mówić, iście szalona składanka. Piosenki mainstreamowych artystów (w tym będące swego czasu hitem sieci z powodu świetnego teledysku Co Ty mi dasz discopolowego MIGa) w interpretacji przedstawicieli różnych odcieni polskiego niezalu

- Grindcore Tribute to Krzysztof Krawczyk - "renowned polish singer" w wersji gore. Jeśli ktoś jeszcze łudził się, że kompletuję tu playlistę do auta, zjadliwą dla wszystkim domowników w tym momencie straci resztki nadziei. KWIIIIK!

- Best of Jethro Tull (Redux) - najlepsze utwory żywej (i nadal aktywnej) legendy art-rocka w gruzowo-kamieniarskich aranżacjach. Kolejna niezwykle udana pozycja w wydawanej przez Magnetic Eye Records serii "Redux"

III. COVER/TRIBUTE BANDY

- Vivaldi Metal Project - symfoniczno metalowy projekt założony przez Giuseppe Iampieri'ego w formula all-star bandu. Początkowo skupiony tylko i wyłącznie na metalowych coverach (z autorskimi tekstami) Antonio Vivaldiego później otworzył się też na innych klasycznych kompozytorów. Wśród zaproszonych gości obligatoryjnie "król guest appearanców" - Fabio Lione

- Apocalyptica - pierwszy album fińskiej formacji nosi tytuł Plays Metallica by Four Cellos i to w zasadzie najlepiej określa jej działalność. I choć z czasem pojawiło się coraz więcej autorskich kompozycji i wokal to właśnie w pełni instrumentalny debiut jest dla mnie kwintesencją ich twórczości

- Northern Kings - czterej fińscy wokaliści znany z występów w Nightwish, Sonata Arctica, Terasbetoni i Charon połączyli siły by grać symfoniczno metalowe covery światowych przebojów. Ta niezwykła supergrupa wydała tylko dwa albumy (2007 i 2008r) ale kilka lat pojawiła się na scenie po kilkunastoletniej przerwie

- Mandowar - mandolinowe, akustyczne covery AC/DC, Iron Maiden czy oczywiście Manowar to niecodzienny pomysł na zespół. Co na to Joey DeMaio i kumple? Albo nie wiedzą albo patrzą na to przychylniejszym okiem niż na Womanowar - żeński cover band najbardziej męskiego zespołu metalowego na świecie, z którym to swego czasu weszli na drogę sądową

- Slower - muzycy tak uznanych stoner/doomowych kapel jak Lowrider, Monolord, Kyss czy Year of the Cobra coverujący kawałki Slayera w sposób możliwie najwolniejszy. To musiało się udać! I choć na drugiej płycie projektu pojawiły się już pierwsze autorskie numery to eponimiczny debiut jak najbardziej spełnia warunki cover/tribute albumu

- The Baseballs - na koniec coś lżejszego gatunkowo i swego czasu popularnego w naszym kraju. Niemiecki zespół zajmuje się wykonywaniem współczesnych przebojów muzyki pop w aranżacjach stylizowanych na rock'n'roll czy rockabilly, ilustrując je utrzymanymi w klimatach lat 60-ych teledyskami. Największy sukces odniosła ich pierwsza płyta, Strike, która na tamten czas była czymś świeżym i niespotykanym. Potem jednak publiczność przyzwyczaiła się do tego stylu a popularność kapeli zaczęła sukcesywnie spadać.

Tak to już jest, że parafrazując pewne polskie przysłowie, łaska publiczności na pstrym koniu jeździ. Kto jak kto, ale artyści pop przekonują się o tym najczęściej. Niektórym jednak uda się nagrać nieśmiertelne przeboje wracające co kilka lat w kolejnych coverowych wersjach. Mam nadzieję, że powyższe zestawienie zaciekawi Was i z chęcią też sięgniecie po playlistę, na którą wybrałem po 3 utwory z każdego wspomnianego w tekście albumu czy wykonawcy. Pamiętajcie też, że czasem cover jest lepszy od oryginału ;)

Playlista: Covers & Tributes

piątek, 13 marca 2026

Tarja, Anette & Floor - Playlista Tematyczna

 


To już kolejny artykuł poświęcony trzem wokalistom tego samego zespołu. Do tej pory jednak skupiałem się tylko na Panach Piosenkarzach. Korzystając jednak z marca, miesiąca w którym obchodzimy Dzień Kobiet, postanowiłem zmienić ten stan rzeczy. A czy jest bardziej znany metalowy zespół z kobiecym wokalem, mający za sobą współpracę z trzema wokalistkami niż Nightwish? Myślę, że to zdanie jest zbędne, ale jeśli ktoś przez ostatnie 20 lat mieszkał w piwnicy bez dostępu choćby do radia to przypomnę, że dziś będzie o Tarji Turunen, Anette Olzon i Floor Jansen.

1. Tarja Turunen - urodziła się 17 sierpnia 1977 roku w Kitee, przy samej granicy z Rosją. Od 6 roku życia uczyła się śpiewu, gry na flecie i pianinie. Podczas nauki w szkole średniej dołączyła do założonego przez jej kolegę Tuomasa Holopainena zespołu Nightwish. Był to przełomowy moment i dla niej i dla całego świata symfonicznego metalu. Sięgający trzech oktaw wokal, power metalowa szybkość i symfoniczne aranże stały się znakiem rozpoznawczym coraz bardziej popularnego zespołu. Z czasem elementy symfoniczne i "przebojowość" coraz bardziej dominowały nad metalowym rdzeniem ale każdy kolejny album z miejsca pokrywał się złotem. Pojawiały się też jednak coraz większe tarcia wewnątrz kapeli, które doprowadziły do usunięcia wokalistki ze składu. Forma, na jaką zdecydował się lider czyli list otwarty zostawiony w garderobie Tarji pozostawiała wiele do życzenia ale jak można w nim było przeczytać, prawda i racja leżała gdzieś pośrodku obu zwaśnionych stron. Od 2005 roku Tarja kontynuowała muzyczną karierę jako solistka. Zaowocowało to kilkoma albumami, czasem utrzymanymi w metalowej stylistycez innym razem bardziej okolicznościowym (zimowe, świąteczne piosenki czy covery). Przez cały ten czas okazjonalnie pojawiała się jako gość specjalny na płytach innych wykonawców. Najbardziej znaną kooperacją z tego okresu jest utwór nagrany razem z Within Temptation na ich album pt. Hydra. W ostatnich latach szerokim echem obiła się zaś trasa koncertowa, w którą Tarja ruszyła wraz z dawnym kolegą z zespołu (też już zresztą poza Nightwishem), charyzmatycznym Marko Hietalą. Analizując karierę pani Turunen-Cabuli można powiedzieć, że dała sobie radę poza zespołem ale wydaje mi się, że trochę nie wykorzystała swojego potencjału. A Nightwish? Cóż, sięgnął po wokalistkę że Szwecji o całkiem innym profilu. Była nią:

2. Anette Olzon - pochodząca ze Szwecji artystka przyszła na świat 21 czerwca 1971 roku w muzykalnej rodzinie. Od dzieciństwa zajmowała się śpiewem, ćwiczyła też grę na oboju. Jej pierwszy zespół, do którego dołączyła w wieku 17 lat grał głównie covery. Prawdziwym więc debiutem Anette była współpraca z melodic/hard rockowym Alyson Avenue, gdzie szybko stała się główną wokalistką. Grupa reprezentowała bardzo popularną w Skandynawii scenę AOR. Wspólnie nagrali dwa dość dobrze przyjęte, zwłaszcza w Japonii (!) albumy. Gdy jednak okazało się, że Nightwish szuka wokalistki a nagrane przez Anette (przy udziale kolegów z dotychczasowej kapeli) demo spotkało się z uznaniem Tuomasa i reszty, piosenkarka musiała w całości poświęcić się współpracy z (już) żywą legendą fińskiego metalu. Początki nie były łatwe. Częste porównania do Tarji, dysponującej jednak bardziej wszechstronnymi umiejętnościami wokalnymi (choć trochę słabszą wymową angielskiego co znalazło odbicie w tzw. misheard lyrics) musiały być dla niej trudne. Najlepszą obroną jest jednak atak i ja osobiście uważam, że Anette poradziła sobie z presją a dwa nagrane z nią albumy i tak kładą na łopatki późniejsze dokonania Nightwish, a monumentalne Imaginaerum w niczym nie ustępuje klasykom z Tarją za mikrofonem. Wszystko co dobre, szybko się kończy. W 2012 roku podczas trasy koncertowej w USA z nie do końca jasnych przyczyn została zastąpiona przez Floor Jansen. Oficjalnie rozstano sie za porozumieniem, dla dobra obu stron. Sama wokalistka nie kryła jednak rozgoryczenia i żalu do lidera zespołu, który już po raz drugi okazał się nie do końca fair wobec koleżanki z kapeli. W następnych latach kariera Anette nie wyhamowała a ona sama angażowała się w wiele interesującyh projektów muzycznych. Poza solowymi albumami warto wymienić dwa krążki nagrane wspólnie z byłym gitarzystą Sonaty Arctici, Janim Litmainenem (jako zespół The Dark Element) utrzymane w symfoniczno/powerowej stylistyce. Anette całkiem udanie też wskoczyła w buty Jorna Lande, nagrywającego do tej pory w melodic metalowym duecie z Rusellem Allenem. Pod skrzydłami znanej z takich kolaboracji wytwórni Frontiers wydali już dwa krążki a w przygotowaniu jest trzeci. Najciekawsze są jednak gościnne występy wokalistki, wśród któych znajdziemy i death/doomowe Swallow the Sun, industrial metalowy Pain czy pop-rockowe The Rasmus. Idę o zakład, że nagrany z tym ostatnim singiel October & April nie raz mieliście okazję słyszeć w mainstreamowych rozgłośniach radiowych. 

3. Floor Jansen - artystka, która przed dołączeniem do Nightwish miała już za sobą dośc długą i bogatą karierę. Co ciekawe, ta urodzona w 1981 roku wokalistka jest najmłodszą z całej trójki. Początkowo zaśpiewała z zespołem jako zastępstwo za Anette, która z różnych przyczyn (m.in. wg lidera zespołu) nie była w stanie dokończyć trasy promującej Imagniaerum. Fani zespołu tę wiadomość przyjęli z radością, liczyli bowiem, że operująca sopranem dramatycznym artystka przywróci zespołowi w pełni symfoniczny charakter jaki mieli za czasów Tarji. Zaczęło się obiecująco, choć Endless Forms to była płyta "bezpieczna", typowa raczej dla ery Anette ale choćby Alpenglow dość szybko stał sie jednym z moich ulubionych utworów zespołu. Potem jednak nie było wcale lepiej. Dziwniej tak ale nie lepiej. Zespół próbował niby czegoś nowego ale mam wrażenie, że Tuomas trochę w swych wizjach pogubił się. Mimo wszystko Human. :II: Nature trzeba oddać, że przyświeca jej jakaś idea, choć realizacja jej nie wyszła najlepiej, to Yesterwynde z małymi wyjątkami dla mnie jest niesłuchalna. Wielka szkoda, bo mam poczucie, że możliwości Floor są na obu tych płytach zupełnie nie wykorzystane. Nie wspominając już o tym, że z power metalowych korzeni Nightwisha zupełnie już nic nie zostało. Także w przypadku Floor mam duży dysonans, bo docenić trzeba jej działalność w gothic-metalowym After Forever czy później w ReVamp, jej współpracę z Ayreonem czy choćby gościnny występ na przedostatniej płycie Avantasii, na której była jednym z najjaśniejszych punktów. 


Jak widać, historia zespołu nie jest prosta. Jakkolwiek by jednak nie oceniać postawy wokalistek czy samego lidera kapeli, wspólnie udało im się stworzyć jedną z najbardziej rozpoznawalnych i wpływowych grup symfoniczno metalowych. Na poniższej playliście, zgodnie z tradycją znajdziecie 15 utworów Nightwish, po pięć dla każdej artystki oraz również 15 utworów innych projektów, w których panie brały lub nadal biorą udział przy tym łącznie z występami gościnnymi. Jeśli jesteście gotowi na symfoniczną ucztę, po przeczytaniu artykułu kliknijcie play. Dajcie też znać, które dokonania zespołu i poszczególnych wokalistek są Wam najbliższe. 


Playlista: Tarja, Anette & Floor

piątek, 13 lutego 2026

Mattias Noren - Playlista Tematyczna

 


Kilka dni temu zespół Evergrey ogłosił wydanie swojego nowego, piętnastego już albumu zatytułowanego Architects Of A New Weave. Jednocześnie ujawniono okładkę płyty i poinformowano, że za jej powstanie odpowiedzialność wziął, współpracujący już wcześniej z legendą prog-metalu Mattias Noren. Tak się składa, że już w zeszłym roku myślałem nad artykułem i playlistą poświęcona jego twórczości. W końcu nadeszła więc najlepsza ku temu chwila. 

Na początek jak zwykle kilka słów o bohaterze dzisiejszego artykułu. Mattias Noren urodził się 12 października 1973 roku i jest szwedzkim artystą grafikiem, właścicielem firmy ProgArt Media. Przez ponad 20 lat swojej kreatywnej aktywności przyłożył się do powstania stukilkudziesięciu albumów muzycznych, zarówno nagranych przez tych najbardziej znanych jak i rzesze bardziej undergroundowych artystów. Przez te lata wypracował też swój własny, unikatowy styl operując w rozmytych barwach, półcieniach i mglistych plamach światła. Jego obrazy są jednocześnie dramatyczne i zagadkowe, teatralne i fotorealistyczne. Jak sam mówi, do każdego dzieła stara się podchodzić na nowo, jednakże obecnie bardzo często wykorzystuje technikę akwareli, może niezbyt popularną w ciężkich gatunkach muzyki ale dzięki temu wyróżniającą go z tłumu innych grafików.

Kiedy przystępowałem do pisania artykułu, kojarzyłem Mattias głównie z rockiem i (a nawet przede wszystkim) metalem progresywnym. Wspomniałem już o Evergrey ale była też Knight Arena, Cloudscape czy zeszłoroczny album IHLO. Gdy jednak zgłębiłem się w jego port-folio odkryłem tam też dużo płyt power metalowych, niektórych już dziś zapomnianych a lata temu dość często mi towarzyszących. W momencie wróciły wspomnienia i powiem Wam, że było to bardzo miłe doświadczenie. Zdziwiłem się też, że artysta współpracował też z zespołami symfoniczno-metalowymi takimi jak Epica czy (akurat często przeze mnie ostatnio słuchane) Dawn of Destiny. Trafił się nawet dark ambient w postaci norweskiego projektu [ówt kri]. Grafiki Norena jak widać dobrze korespondują ze stylem muzyki, którą ilustrują a to chyba najlepsze podsumowanie jego twórczości.

Przygotowując dzisiejszą playlistę początkowo opierałem się tylko na liście zilustrowanych albumów z oficjalnej strony artysty. Jak jednak możemy tam przeczytać, to tylko selekcja najciekawszych prac a ja jednak lubię zgłębiać temat z, nomen omen, kronikarską dokładnością. Po dokładnym riserczu na metal archives lista wydawnictw zwiększyła się dwu a nawet trzykrotnie. Chcąc być wierny tradycji i podrzuci Wam po 1 utworze z każdej płyty ozdobionej grafiką Mattiasa Norena poszedłem prawdziwego potwora, liczącego aż 146 pozycji. Daje to w sumie ponad 12 godzin muzyki. Polecam słuchać w trybie losowym ale od czasu do czasu rzucić też okiem na artwork. Pamiętajcie bowiem, że okładka to integralna część płyty i nieraz podkreśla lub uzupełnia to co muzycy chcą nam przekazać przy pomocy dźwięków. 

To tyle na dziś. Miłego odsłuchu i piszcie w komentarzach, która z okładek przygotowanych przez Mattiasa Norena podoba Wam się najbardziej.


piątek, 9 stycznia 2026

Marco Pastorino - Playlista Tematyczna

 


Zgodnie ze złożoną już kilkukrotnie, czy to w poprzednich postach czy komentarzach na FB, obietnicą przynoszę Wam dziś artykuł i playlistę poświęconą jednemu z najbardziej cenionych aktualnie w świecie power metalu (i nie tylko) muzykowi. Pani i Panowie, przed Wami gitarzysta i wokalista, kompozytor i autor tekstów - Marco Pastorino.

Artysta urodził się 17 września 1988 roku w Acqui Terme, niewielkim miasteczku we włoskim Piemoncie. Dorastał w okresie wielkiego power metalowego boomu w Italii, za którym stały przede wszystkim Rhapsody of Fire i Labyrinth, choć do swych ulubionych artystów zalicza przede wszystkim Edguy, Dream Theater i Savatage. Jest to wyraźnie widoczne w jego karierze muzycznej, gdyż głównie sięga po stylistykę power i prog metalową. 

Najbardziej znanym zespołem Marco, jego opus magnum jest na pewno Temperance, któremu przewodzi już trzynasty rok. Na koncie mają już siedem udanych i bardzo dobrze odebranych przez publiczność płyt. Pastorino, w zależności od albumu albo ogranicza się tylko do gry na gitarze (jak choćby na moim ulubionym Viridian) albo wspomaga też zespół wokalnie, co miało miejsce zarówno przed przyjściem Michele Guaiatolego jak i na ostatnim, wydanym przed dwoma laty Hermitage - Daruma Eyes Pt. 2, będącym swego rodzaju metalową operą. Na uwagę zasługuje też, że prócz typowo powerowego falsetu w jego repertuarze znajdziemy też bardziej agresywne formy ekspresji wokalnej.

Czytelnicy mojej strony jeszcze w pamięci na pewno mają, w co mocno wierzę, jedną z najlepszych płyt końcówki zeszłego roku. Mowa o Symphony of the Universe, drugim krążku projektu Cristiano Filippini's Flames of Heaven, będącym dla mnie jednym z symfoniczno-powerowych arcydzieł. Jeśli dobrze zinterpretowałem wywiad udzielony przez Cristiano jednemu z zagranicznych portali, autorem tekstów na tym inspirowanym anime i mangą Saint Seiya wydawnictwie jest właśnie Marco, za co ma u mnie kolejny duży plus. Zresztą, jego wokal słyszymy też na debiucie Flames of Heaven, do którego planuję wkrótce mocniej przysiąść.

W 2022 roku Pastorino połączył siły ze znanym z Serenity i Warkings Georgem Neuhauserem by nagrać z kolei power metalowy debiut roku. Mowa o projekcie Fallen Sanctuary i muzycznie dynamicznej i energetycznej a tekstowo podejmującej wiele trudnych tematów Terranova. Muzykom udało się tu odtworzyć magię towarzyszącą power metalowi w pierwszej dekadzie XXIw. Zresztą sama nazwa projektu zaczerpnięa z wydanej w 2008 roku płyty Serenity (mój pierwszy kontakt z zespołem) wiele już mówiła o ich inspiracjach. Co ważne, ptaszki śpiewają, że panowie pracują obecnie nad kontynuacją Terranovy. Czuję, że będzie na co czekać.

Sam Pastorino też dwa lata temu zasilił szeregi austriackiej kapeli i jego gitarę (a także miejscami wokal) możemy usłyszeć na płycie Nemesis AD, która jest co prawda bardziej kamelotowa niż Fallen Sanctuary ale broni się dopracowanymi i przyjemnymi dla ucha kompozycjami.

Inne power metalowe projekty i zespoły, w których słyszymy głos i/lub gitarę Marco to choćby melodic powerowy Wonders, gdzie łączy siły z niemniej utalentowanym i rozpoznawalnym muzykiem, grającym na klawiszach Bobem Katsionisem (m.in. Serious Black, Firewind, Revolution Renaissance), duety z Adrianne Cowan pod postacią Light&Shade czy nieistniejące już Bejelit

Drugim obliczem Marco Pastorino, o którym pisałem na wstępie jest to progresywne i tu przede wszystkim trzeba wspomnieć o założonym przez niego rok przed Temperance i prowadzonym niemal równolegle Virtual Symmetry. Swego czasu zaciekawiła mnie ich eponimiczna płyta z 2022 roku ale z różnych przyczyn nie mogłem poświęcić jej odpowiednio dużo czasu. Może w końcu uda się to nadrobić?

Przez kilka lat Pastorino wsytępował też przez kilka lat w prog-powerowym Secret Sphere. Jedną z nagranych wspólnie z nim płyt (Archetype) dość często słuchałem w trakcie pomaturalnych,czteromiesięcznych wakacji mam więc do niej niemały sentyment. 

Ciekawym projektem, z którym nasz dzisiejszy bohater był związany do 2011 roku był poruszający tematykę chrześcijańską prog-metalowy Timesword. Z tej współpracy została nam tylko jedna płyta, której niestety próżno szukać w streamingach ale na szczęście jest na bandcampie. Warto na niej zawiesić ucho, zwłaszcza dla wieńczącej dzieło prawie 20-minutowej suity.

Na koniec jeszcze krótka wzmianka o Even Flow, sardyńskiej grupie balansującej między progresywnym rockiem a metalem. Pastorino nagrał z nią w roli wokalisty dwa albumy i kilka EP-ek ale ich drogi artystyczne rozeszły się w zeszłym roku, a nawet i wcześniej, bo nowa wokalistka Emma wspierała zespół na koncertach już w drugiej połowie '24 roku.

Zaskoczeniem dla wszystkich może być natomiast informacje, że Marco przez kilka lat był też członkiem kapeli thrash metalowej. Mowa o The Ritual a wspólne granie zaowocowało ich jedyną płytą, wydaną w 2011 roku Beyond the Fragile Horizon. 

Oczywiście każdy goszczący w tego typu artykule artysta ma za sobą też co najmniej kilka występów gościnnych. Nie inaczej Pastorino a wśród nich szczególnie bliski mojemu sercu jest udział w nagraniach trzeciej części metalowej opery Marius Danielsen Legend of Valley Doom. Wokal Marco słychać w dwóch utworach z czego jeden z nich, Mines of Eloroth to mój absolutnie ulubiony utwór z całej dyskografii projektu. Poza tym warto wspomnieć jeszcze o obecności na płycie Re-Animated zespołu Trick or Treat, metalizującej znane nam wszystkim z kreskówek melodie.    

Pozostałe współprace Marco, jak również garść solowych utworów i kompozycje wszystkich wyżej wymienionych zespołów i projektów (po kilka najbardziej moim zdaniem reprezentatywnych) zgrupowałem na podlinkowanej poniżej playliście. Zachęcam do zapoznania się z nimi miłośników nie tylko power i prog-metalu ale każdego ceniącego sobie ambitną, doperacowaną muzykę. Miłej lektury, odsłuchu i przede wszystkim bezpiecznego weekendu dla Was!

(Źródło zdjęcia - oficjalna strona FB Marco Pastorino)

Playlista: The Best of Marco Pastorino

piątek, 19 grudnia 2025

Apes & Monkeys - Playlista Tematyczna


W trakcie katechezy zakonnica opowiada dzieciom o tym jak Bóg stworzył Adama i Ewę. Zgłasza się Jasio: A tata opowiadał mi, że pochodzimy od małp. A zakonnica na to: Powiedz swojemu tacie, że historia Waszej rodziny nie ma nic wspólnego z historią rodzaju ludzkiego. Badum tss...

Dawno nie było tu czerstwego żartu prowadzącego. Dawno nie było też "zwierzęcej playlisty". Dziś, gdy Rok Boży (bądź nieboży) 2025 zbliża się ku końcowi warto na chwilę ożywić obie te tradycje. Żart już mamy z głowy, może przejdźmy więc do prezentacji kilku wartych uwagi kapel, które w nazwie mają słowo "małpa". Słowo, które w języku angielskim występuje podwójnie, jako "ape" czyli małpa człekokształtna i "monkey" - bardziej ogólnie i głównie w kontekście małpiatek. Stąd mamy serię filmów (tylko oryginalna, żadne tam rebooty) Planet of the Apes a nie Monkeys ;) To tylko taka dygresja, nie jest to wszak strona o filmach. Dobra, przechodząc do sedna, dziś przygotowałem sylwetki 10-u zespołów i podobnie jak w przypadku artykułu o żabach i ropuchach, po którym nic już nie było takie samo w świecie fuzzu i gruzu :P jest tu sporo właśnie takiej dusznej, sladżowo-kamieniarskiej muzy, choć trafią się oczywiście wyjątki, w tym jeden na pewno baaardzo niespodziewany element. A jaki? Przeczytajcie a się dowiecie.

Ape Skull - włoskie trio grające szeroko pojętego stoner rocka, z wyraźnymi wpływami bluesa, funku i psychodelii. Na koncie trzy solidne albumy, z których najszybciej i najmocniej jednak wchodzi s/t debiut z 2013 roku

Monkey3 - najbardziej chyba znany zespół w dzisiejszym artykule. Założony w 2001 roku w Lozannie specjalizuje się w instrumentalnych, kosmiczno-psychodelicznych brzmieniach, pełnych ciężkich gitarowych riffów i hipnotyzujących, klawiszowych pejzaży

Apewards - jedno z moich ciekawszych odkryć tego roku. Niemieckie trio, łączące duszne, pustynne nuty z psychodelicznymi klimatami i hard-rockową dynamiką. 

Iron Monkey - angielski zespół sludge/doom metalowy, agresywny i bezpośredni. W 1999 roku zawiesili działalność, by po latach (już bez zmarłego w 2002 roku wokalisty Johnny'ego Morrow'a) wrócić jako duo i dowieźć kolejne tłuste, gęste i plugawą płyty

Ape Cave - na bandcampie zespół tak opisuje swoją muzykę - primal, progressive, psychedelic. Jest to jak najbardziej adekwatna charakterystyka, ja dodam jeszcze, że ta pochodząca z Portland grupa mocno inspirowała się naturą, z naciskiem na pustynie, kaniony, wulkany. Inspirowała, gdyż niestety w 2022 po wydaniu finalnej płyty Language of the Earth muzycy zawiesili jej działalność i skupili na innych projektach...

Bog Monkey - Bagienna Małpa zaprasza na noise-rockowo/sludge-doomową imprezę - będzie tłusto, duszno i psychodelicznie. Obecność obowiązkowa!

Second Hand Apes - przenosimy się do Finlandii, do Krainy Tysiąca Jezior. Czy nie jest tam zbyt zimno i wilgotno by tworzyć tak kamienistą, fuzzy-doomową odmianę rocka? W żadnym wypadku!

Robot Death Monkey - piwo, stoner, groove i twardziele z filmów akcji lat 80-ych - jesteście gotowi na takie połączenie? Gwarantuję, że z RDM to muzyczna jazda bez trzymanki

Ape Machine - trudno zliczyć inspiracje, jakimi kierują się członkowie zespołu pisząc muzykę ale jedno jest pewne, coś dla siebie znajdą tu zarówno fani psychodelii lat 70-ych, klasycznego rocka, bluesa, stonera czy szeroko pojętej progresji

Monkey Temple Nepal - prawdziwa gratka dla wszystkich muzycznych podróżników. Prawdopodobnie pierwszy alt-rockowy zespół z ukrytego wysoko w Himalajach Nepalu. Ich sława, umocniona dobrze przyjętym na lokalnym rynku debiutem powoli rozlewa się na całą południową Azję. Jest więc tylko kwestią czasu aż dotrze do Europy. Może więc warto zrobić ten krok i "posłuchać ich zanim to jeszcze było modne"

Posłuchać generalnie możecie wszystkich wymienionych artystów. Na dzisiejszej playliście wybrałem po cztery najbardziej znane, najciekawsze bądź najbardziej przeze mnie lubiane utwory z dyskografii każdego z 10-u zespołów. Macie więc łącznie ponad 3,5 godziny ciężkiej, nieraz przytłaczającej ale jednocześnie wciągającej jak ruchome piaski muzyki, do odsłuchu której gorąco zachęcam. Dajcie też znać, jeśli któraś grupa zrobi z Wami to co niegdyś Froglord z Markiem z Gruz Culture Propaganda ;)

Playlista: Apes & Monkeys


piątek, 5 grudnia 2025

Damian Wilson - Playlista Tematyczna

 


Dzisiejszy artykuł pierwotnie miał się ukazać dobre parę tygodni wcześniej, na początku października. 11 października bowiem swoje 56-e urodziny obchodził jeden z moich ulubionych prog-rockowych i prog-metalowych wokalistów - Damian Wilson. Jakoś tak wyszło jednak, że plany wydawnicze mi się zmieniły a pomysł na post wpadł do "readaktorskiej zamrażarki". Na szczęście, czas przechowywania pomysłów na artykuły jest u mnie zdecydowanie krótszy niż kontrowersyjnych ustaw w przypadku sejmowego zamrażarnika i dziś mam przyjemność przedstawić Wam krótki przegląd przez życie i twórczość pana Damiana. Zaczynajmy więc!

Damian Wilson urodził się jak już wspomniałem, 11 października 1969 w Wokey, w hrabstwie Surrey w Anglii. Jego kariera muzyczna zaczęła się na początku lat 90-ych od współpracy z neo-progresywnym zespołem Landmarq. W jej szeregach działał z przerwami do 1996 roku i nagrał trzy interesujące albumy. 

W 1993 roku zaśpiewał na debiutanckim albumie prog-metalowego Threshold, rozpoczynając swoją wieloletnią, choć rozbitą na trzy okresy przygodę z kapelą. Wracał bowiem do niej i w 1996 roku (płyta Extinct Instinct) i w 2007 (na następne 10 lat, co zaowocowało jednymi z najlepszych albumów w karierze zespołu - March of Progress i For the Journey). 

W 1997 roku światło dzienne ujrzała Cosmas, pierwsza solowa płyta wokalisty. Przez kolejne lata muzyk wydał ich jeszcze kilka, z których najbardziej monumentalnym dziełem jest I Thought the World Was Listening 1997 - 2011, zawierająca aż 31 nagrań - zarówno re-recordingi starych utworów jak i wcześniej niepublikowane czy też całkiem nowe utwory. 

Damian Wilson dość często i chętnie współpracował też z oboma panami Wakemanami (ojcem Rickiem i synem Adamem). Z tym drugim założył w 2006 roku prog-metalowy Headspace, mający dotychczas na koniec dwa albumy długogrające i jedną EP-kę. 

W 2010 roku został zaproszony przez gitarzystę Ruuda Jolie (znany głównie z Within Temptation ale i koncertujący swego czasu z Wilsonem w ramach Damian Wilson Band) do udziału w niecodziennym projekcie - Maiden UniteD, którego główną ideą było nagrywanie coverów Iron Maiden w oryginalnych, akustycznych aranżacjach. Prócz Wilsona w projekcie udział wzięli m.in. Anneke van Giersbergen a na koncertach pojawiali się m.in. Paul Di'Anno czy Blaze Bayley

W 2020 roku Damian zastąpił Paula Manzi'ego w roli wokalisty zespołu Arena - legendy brytyjskiej sceny neo-progresywnej. Zaowocowało to wydanym w 2022 roku albumem Theory of Molecular Inheritance, który trafił na łamy Muzycznej Kroniki tuż po jej powstaniu (jeszcze w postaci tylko i wyłącznie bloga muzycznego).

W tym samym roku rozpoczęła się współpraca wokalisty z francuskim klawiszowcem i kompozytorem Vivienem Lalu, działającym od 2003 roku pod szyldem Lalu. Dwa lata później ukazała się płyta Paint the Sky a już rok później kolejne wydawnictwo, zatytułowane The Fish Who Wanted to Be a King, uważane przeze mnie za najlepsze jak dotąd osiągnięcie zespołu. 

Jak każdy muzyk, któremu poświęcam specjalny artykuł, tak i Wilson znany jest z wielu gościnnych występów. Jego głos możemy usłyszeć na niektórych projektach słynnego Arjena Lucassena. Pojawia się też na albumach symfoniczno-metalowego After Forever, prog-metalowego Fughu, solowej płycie znanego z Pendragon Petera Gee czy koncepcyjnej płycie syngowanej marką Port Mahadia. Na uwagę zasługuje też płyta Far from Home autorstwa Max Enix, łącząca rock i metal progresywny z wieloma innymi gatunkami, goszcząca prócz Damiana Wilsona jeszcze wielu innych, pojawiających się na tej stronie w różnych inkarnacjach muzyków (chociażby wszechobecny Fabio Lione ;) ).

To była krótka notka biograficzna i w sumie najprostsza dla mnie część artykułu. Dużo trudniej było skonstruować odpowiednią playlistę by po pierwsze nie pominąć żadnego istotnego utworu a jednocześnie nie zalać słuchacza toną w większości progresywnego, wymagającego grania. Zdecydowałem więc włączyć do listy maksymalnie po 2 kompozycje z każdego zespołu, w którym był forntmanem lub udzielał się gościnnie nasz dzisiejszy wokalista.Po dokładnej selekcji ostało się nieco ponad 50 utworów, co daje w sumie około 5,5 godziny muzyki. W sumie, w sam raz na weekend. 

Tego też Wam życzę - miłej lektury, przyjemnego odsłuchu i udanego mikołajkowego weekendu!

Najpopularniejsze