poniedziałek, 6 lipca 2026

29.06-05.07.2026

 


Zastanawiam się nieraz, czy podsumowania tygodnia, w których piszę po raz kolejny o tych samych, świetnych płytach, od których wprost nie mogę się oderwać są dla Was równie ciekawe jak te pełne nowości, przypadkowych odkryć lub sentymentalnych powrotów do przeszłości. Szczerze, nie potrafię znaleźć na to jednej dobrej odpowiedzi, tak się jednak składa że ostatnie artykuły plasują się tak mniej więcej po środku. A jak jest w przypadku tego czerwcowo-lipcowego tygodnia zaraz się przekonacie.

Na początek trochę powtórki z rozrywki, czyli doom metalowe albumy roku, a przynajmnien pierwszego półrocza. Death/doom/gothic metalowy Draconian z In Somnolent Ruin, stoner/doomowy Monolord i jego Neverending oraz doomed heavy metalowcy z Khemmis i ich self-tittled piąty krążek. O każdym z nich napisałem już wiele dobrego i myślę, że nie pozostaje już nic innego jak tylko nadal zasłuchiwać się w te wzniosłe, melancholijne i lekko psychodeliczne dźwięki. W dalszym ciągu przyjemnie słucha mi się portugalskiego Heavenwood i wyczekiwanej od lat "dwójki" Tarot of the Bohemians. Wszystko za sprawą mojej ulubionej kompozycji, szóstej na trackliście The Moon, gdzie damsko-męski duet wokalny podkreśla gotycko-okultystyczny klimat tak utworu jak i całego wydawnictwa. 

Na pewno obserwujcie, że tego typu klimatów jest u mnie ostatnio naprawdę sporo. A to nie wszystko, bo doom i gothic metalowe zespoły dowożą kolejne ciekawe nagrania. Weźmy np dwie piątkowe premiery, na które czekałem z największą niecierpliwością. Pierwszą jest Graveyards of Joy hiszpańskiego Todomal, który łączy w sobie doom metalową melancholię ze space rockowymi przestrzeniami uzyskując w efekcie coś, co najbardziej adekwatnie określić można mianem atmosferycznego doomu. Ilość subtelności, jaką muzycy włożyli w swoje kompozycje jest w tym gatunku naprawdę rzadko spotykana a przy tym wszystkim udało się im nie ulecieć całkiem w "rajską dziedzinę ułudy" i nie stracić przez to "słuchalności". Czuję, że w takie kawałki jak For Mędrcy czy utwór tytułowy będę zanurzał się regularnie przez kolejne tygodnie. 

Trochę inaczej mam z Far From God portugalskiego Moonspell. Jest to zespół, który na koncie ma kilka świetnych krążków, kilka nie zawsze trafionych eksperymentów i kilka po prostu przyzwoitych. Pierwsze zapowiadające płytę nr 13 single nie potrafiły mnie porwać. Udało się to dopiero wydanemu całkiem niedawno The Great Wolf in the Sky i dziś, gdy już jestem po kilku sesjach z całością materiału czuję, że jest to płyta, która ma w sobie coś ale wymaga czasu i uważności by w pełni ją docenić. Liczę, że to mi się uda.

Na granicy rocka i metalu, psychodelii i shoegaze'u plasuje się Junius, zespół który niespodziewanie wydał po kilku latach przerwy nową, naprawdę solidną i wciągającą płytę. Sotera ma w sobie coś z kosmicznej eteryczności swych poprzedniczek ale jednocześnie wydaje się bardziej dociążona i, jakby to nie zabrzmiało, przebojowa. Szczególnie dobrze słychać to w utworze pt. Lucifera, który też wczoraj wrzucałem na swojego FB. Na taki Junius warto było czekać.

Przyszła kolej też na siódmy album w dyskografii Candlemass, zatytułowany From the 13th Sun. Leif Edling nigdy nie ukrywał, że był to hołd dla najlepszego zespołu wszech czasów, jak określał Black Sabbath. I w wielu miejscach to porównanie było trafione. Otóż Black Sabbath ma w katalogu albumy, które wcale nie brzmią jak Black Sabbath a "trzynastym słońcem" Candlemass dorobił się płyty, która wcale nie brzmi jak Candlemass. I czy to źle? Akurat w tym przypadku wyszło bardzo ciekawie, nietypowo bo to najbardziej psychodeliczno-stonerowa płyta w dorobku szwedzkiej legendy epic doom metalu. Weźmy np dwie kompozycje, które najbardziej polubiłem - Elephant Star to hołd oddany Children of the Grave i całemu Master of Reality Sabbathów a Galatea ma w sobie coś tak gruzowo-onirycznego jak twórczość młodszego o lata REZN. Tak więc podsumowując tydzień spędzony z tą płytą, nie były to może "świeczki" ale i tak kawał świetnego, choć całkiem innego doomu.

Na koniec doomowej części dzisiejszego wpisu, coś z nowości singlowych. Croak to owoc ponownej współpracy bagiennych metalowców z Froglord z dziesiątą muzą, gdyż utwór ten promuje film pt. Frogman Returns. Muzycznie mamy tu klasyczne dla żabiego lorda sludge'owo gruzowe doomu i cóż, nie sposób sparafrazować klasyka - żabo, jesteś piękna.

Ostatnio wspominałem o renesansie symfonicznego metalu z operowym żeńskim wokalem. I to się dzieje nadal bo nowa płyta Amberian Dawn, Temptation's Gate bardzo mi się podoba. Zwłaszcza że ten pierwiastek metalowy, a czasem wręcz power metalowy jest tak mocno zaznaczony. Melodyjne, podniosłe galopady a miejscami nawet agresywniejsze, growlowane wstawki robią robotę. Łagodniejsza i subtelniejsza jest natomiast EPka Long Cursed Sleep holenderskiego Blackbriar ale Zora i jej świta od zawsze z tej poetyckiej delikatności byli znani. Ten zwrot ku symfonicznemu graniu zaowocował też sięgnięciem po twórczość innego holenderskiego zespołu. I to takiego naprawdę mainstreamowego. Odświeżyłem bowiem sobie The Heart of Everything, jeden z moich ulubionych albumów w dyskografii Within Temptation. Przez lata myślałem, że to ich ostatni prawdziwie symfoniczno metalowy krążek i choć ostatnie wydawnictwo wróciło trochę do korzeni, to do poziomu takich kompozycji jak Our Solemn Hour czy The Howling nie udało im się zbliżyć.

Miłośnikom power metalu za to mogę obwieścić, że styl ten wraca u mnie do łask. Przyczyniły się do tego po równo i stare i najnowsze albumy. Z tego pierwszego grona najwięcej czasu spędziłem z Epsilon, piątym i uwielbianym przeze mnie albumem fińskiego Dreamtale. To płyta, która ma w sobie to, co w muzyce zespołu najlepsze. Erkki Seppanen ze swym wyjątkowym wokalem, szybkość i melodie, mocne i wartościowe teksty i tą jakże typowo fińską mieszankę klawiszowych popisów z gitarowym podkładem. I choć ten album wydano w 2011 roku to duchem jak najbardziej wpisuje się w złotą dla powera pierwszą połowę lat dwutysięcznych. 

Druga płyta, jeszcze starsza bo kończąca niedawno 24 lata to Dragonslayer szwedzkiego Dream Evil. Do jej posłuchania zachęcił mnie swoimi komentarzami Michał Czyżewski i z tego miejsca mu bardzo dziękuję. Ja z Dream Evil osobiście zawsze najchętniej sięgałem po najbardziej znaną Book of Heavy Metal ale patrząc w czysto power metalowych kategoriach to ten koncept album, opowiadający o, nie zgadniecie, polowaniu na smoka jest najbardziej ognistym, najszybszym i najbardziej powerowym w ich całym katalogu. I zajebiście się go słucha, po prostu.

Pozostając w Szwecji, kolejny tydzień czas umilał mi Chapter V: Unbent, Unbound, Unbroken heavy/powerowego Hammerfall. Jest to album, który miał tego pecha, że ukazał się po kapitalnym Crimson Thunder i przez lata stał zawsze w jego cieniu. A przecież to też świetny zestaw utworów, zarówno metalowych hymnów w stylu Blood Bound jak i powerowych patatajek jak Secrets. No i, co ważne dla fanów fantastyki, jest to pierwszy krążek aż tak wyraźnie inspirowany Pieśnią Lodu i Ognia - sam tytuł to przecież zawołanie rodowe Martellów z Dorne. Wiedzieliście o tym?

Ten sam, wspomniany powyżej Michał ostatnio często sięgał po twórczość Jorna Lande. Jak się to ma do mojego tygodnia? Otóż Jorn był pierwszym wokalistą niemieckiego Masterplan, zespołu, który powstał jako rozwinięcie stylu zaprezentowanego na The Dark Ride, najmroczniejszym albumie w historii Helloween. Macierzysta kapela odrzuciła pomysły Rolanda Grapowa i Uli Kuscha, ci więc założyli własną formację. Dziś w Masterplan z tej trójki został tylko Grapow a za mikrofonem stoi znany z wielu hard, heavy i powerowych składów Rick Altzi. Ta grupa wydała niedawno płytę Metalmorphosis, która jest w porządku. Po prostu w porządku, można jej posłuchać bez bólu uszu, Altzi dość dobrze zastępuje Jorna a muzyka trzyma poziom sprzed lat. Wszystko jest na swoim miejscu ale jakby tego przebłysku geniuszu gdzieś tam zabrakło. 

Ciekawi mnie jeszcze, czy ktoś pamięta o takim zespole jak Terasbetoni? Swego czasu wystąpili nawet na Eurowizji, grali mocny heavy metal z pewnymi wpływami powera a za mikrofonem stał basista Jarkko Ahola. Panowie wydali kilka dobrze przyjetych płyt, potem wokalista rozpoczął karierę solową i zespół zawiesił działalność. A byli pewnym ewenementem na scenie, gdyż wszystkie utwory śpiewali w swoim macierzystym języku. Jeśli więc szukacie czegoś nieco "innego", zróbcie to co ja i sięgnijcie bo jakąś płytę fińskiego "żelazobetonu" ;)

Czy to już koniec? Nie całkiem. Jest na FB taka grupa jak RMP - Rock/Metal Progresywny i to w niej, w ramach swojej serii #alfabetrocka posty publikuje Krzysztof Pękala. Dzięki niemu poznałem już niejeden intrygujący a mniej znany zespół. Nie inaczej było w tym tygodniu a moim łupem padł Circulus, brytyjski zespół grający tak charakterystyczną dla Wysp mieszankę progresywnego rocka i folku. Za namową autora postu sięgnąłem po ich album nr 2, wydany w 2006 roku Clocks Are Like People i rozpłynąłem się w delikatnych dźwiękach, nasyconych nutką ludowej magii i podkreślonych umiejętnie dopasowanymi harmoniami wokalnymi, dzięki którym ma się wrażenie uczestnictwa w jakiejś gawędzie, snutej w tawernie na rozstajnych drogach, na skraju mrocznej puszczy. Serio.

Ok, teraz już dopłynęliśmy do drugiego brzegu. Kolejny tydzień za nami a tuż pod wpisem jak zwykle link do playlisty. Piszcie w komentarzach, jakiej Wy muzyki najczęściej słuchaliście, co Was zachwyciło, co rozczarowało i co nowego trafiło do Waszej biblioteki. Pozdrawiam!






Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Najpopularniejsze