Dziś wracamy do dwukrotnie już użytego formatu 4x4, tym razem jednak zamiast skupić się na całych albumach czy EP-kach postanowiłem pochylić się nad pojedynczymi utworami. A w zasadzie poczwórnymi, gdyż bohaterami dzisiejszego artykułu są kompozycje podzielone bądź składające się z czterech różnych części. Pewnie od razu nasuwa się Wam skojarzenie z prog-rockowymi suitami i nie jest ono na pewno mylne. Mamy bowiem dziś zarówno utwory z kręgu progresywnego rocka, mamy jedną rozbudowaną suitę ale są też kawałki o standardowej długości powiązane ze sobą tematycznie. Zacznijmy więc prezentację.
Voo Voo - Wizyta I, II, III, IV z albumu Voo Voo (1986)
Z muzyką zespołu dowodzonego przez Wojciecha Waglewskiego pierwszy raz zetknąłem się w 2007 roku dzięki serii wydawniczej Gwiazdy Polskiej Muzyki lat 80-ych. Byłem wtedy na początku swojej muzycznej drogi i chłonąłem jak gąbka wszystko co tylko wiązało się z rockiem i metalem. Z tej początkowej fascynacji został mi sentyment do Voo Voo i później z mniej lub większym zainteresowaniem śledziłem nowe albumy grupy. Na wspomnianej powyżej kompilacji znalazło się sporo utworów z wydanego w 1986 roku eponimicznego debiutu. Wśród nich były właśnie cztery części Wizyty, nieco szalonej, psychodelicznej i ironicznej jak poczucie humoru frontmana. Jak to zwykle przy muzyce Voo Voo mamy tu miks rocka, folku, muzyki orientalnej czy nawet jazzu. Utwory składające się na wizytę są mocno zróżnicowane od energetycznej, wręcz punkowej jedynki po surrealistyczną dwójkę czy moja ulubioną mocno psychodeliczną trójkę. Wszystkie cztery części składają się na przejmującą opowieść o przemijaniu, wręcz rozpływanie się jak cień podmiotu lirycznego w Wizycie III. Jeżeli szukacie niezwykłych, psychodelicznych doznań a kamieniarz i gruz trochę Wam się już przejadł to zachęcam do zapoznania się z debiutem Voo Voo. Oprócz Wizyty mamy na niej też równie szaloną Fazę, kolejny kilkuczęściowy utwór, o którym można napisać niejeden elaborat.
Sylvan - Farewell to Old Friends Pt. 1, 2, 3, 4 z albumu Sceneries (2012)
Niemiecki Sylvan w swojej muzyce łączy elementy symfonicznego i neo-progresywnego rocka z bardziej klasycznym gitarowym graniem, nie bojąc się również wypadów w bardziej metalowe rejony. Ich cechą charakterystyczną są misternie tkane melodie, charakterystyczny subtelny wokal i gitarowo-klawiszowe popisy. Licząca już sobie 13 lat płyta Sceneries jest uważana za jeden z najlepszych albumów kapeli. W całości składa się z pięciu czteroczęściowych kompozycji, których moją ulubioną jest zamykające płytę Farewell to Old Friends. W czym kryje się jego magia? Prześledźmy po kolei każdy kawałek. Part 1 opiera się głównie na gitarach akustycznych, ze spokojnym, komfortowym początkiem, który wraz z dołączeniem się kolejnych instrumentów nabiera coraz bardziej niepokojącego klimatu. Drugą część otwiera nieco szybsza instrumentalna cześć ze stylizowaną na akordeon grą klawiszy, która po chwili jednak zwalnia do cięższego, średniego tempa i ponownie niespokojnej atmosfery. Następnie mamy Part 3, gdzie główną rolę pełnią instrumentalne popisy gdzieniegdzie uzupełniane o przesterowany, nieco zawodzący wokal. Dzięki takiemu zagraniu napięcie w dalszym ciągu narasta by osiągnąć katharsis w balladowym, spokojnym zakończeniu. Podsumowując, Farewell to Old Friends to emocjonująca, dźwiękowa podróż, do udziału w której każdego zachęcam. A jeżeli sięgnięcie po cały album Sceneries mogę Wam zagwarantować, że każda z czterech pozostałych kompozycji oferuje zbliżone doznania. Co więcej, mimo prog-rockowej prowieniencji jest to muzyka łatwa w odbiorze i przemawiającą do wrażliwości każdego miłośnika ambitnego, rockowego grania.
Silverlane - The White Lady, Pt. 1 - A Ghost Appears, Pt. 2 - Golden Needle, Pt. 3 - Between the Trees, Pt. 4 - Days of Sorrow z płyty Above the Others (2010)
Czy ktoś pamięta jeszcze dziś niemiecki zespół Silverlane? Pod koniec pierwszej dekady XXI wieku byli objawieniem tamtejszej sceny power metalowej a oba wydane wtedy albumy zbierały wyśmienite recenzje. Niestety zmiany personalne i różne zawirowania zatrzymały tę prężnie rozwijającą się karierę. W 2022 roku kapelę stać było jeszcze na nagranie trzeciego albumu, który jednak przeszedł zupełnie bez echa. W końcu rok temu muzycy podjęli decyzję o definitywnym zakończeniu działalności. Dziś jednak, zamiast rozpaczać nad nieuchronnym losem cofnijmy się w czasie do 2010 roku i okresu, gdy za mikrofonem stał Ecki Singer, którego głos był jednym ze znaków rozpoznawczych zespołu. Na wydanej wtedy płycie Above the Others mamy cztery utwory składające się na historię Białej Damy. Pierwsza część White Lady to wprowadzająca w temat gitarowo-klawiszowa ballada po której następuje bardzo "kamelotowa", power metalowa Golden Needle. Uwielbiam refren tej piosenki, bardzo fajnie rozwijający omawianą historię. Trzecia część pełni bardziej narracyjną formę. Są to niespełna trzy minuty klimatycznego, symfonicznego grania, stanowiącego wprowadzenie do epickiego zakończenia, którym jest podniosłe, soczyste Days of Sorrow. Jest to jedna z kompozycji, których refren dosłownie śpiewa się sam. Zawsze kiedy wracam do pierwszych płyt Silverlane zastanawiam się, jak potoczyłyby się losy tego zespołu w alternatywnym świecie, bo jak widać i słychać, panowie (i pani klawiszowiec) potencjał mieli naprawdę spory.
Magic Pie - A Life's Work, Pt. 1 (Questions Unanswered), Pt. 2 (Overture), Pt. 3 (Brand New Day), Pt. 4 (The Suffering Joy)
Drugi w dzisiejszym zestawieniu przedstawiciel rocka neo-progresywnego, tym razem z Norwegii. Moja przygoda z tym zespołem zaczęła się dobrych kilka lat temu, gdy pierwszy raz usłyszałem utwór Motions of Desire z albumu o takim samym tytule. Muszę przyznać, że mocno mnie wtedy siekło i z uporem maniaka zacząłem poznawać pozostałe płyty kapeli. Na każdej z pięciu, jak dotąd wydanych płyt (a w drodze jest już szósta) muzycy umieszczają co najmniej jeden ponad 10-minutowy utwór, czy to pod postacią jednolitej suity czy, jak w przypadku trzech pierwszych krążków, kompozycji podzielonej na kilka osobnych części. Jedną z nich jest właśnie wydana w 2011 The Suffering Joy i czteroczęściowy A Life's Work. Zaczyna się on od spokojnego, klawiszowego Questions Answers, który przechodzi w instrumentalną Overture a następnie w kolejny spokojny, pięknie ozdobiony subtelną gitarą i klawiszowym syntezatorem Brand New Day. Po trzech niedługich przystawkach przechodzimy jednak do dania głównego, którym jest 17-minutowa część czwarta, od której podtytułu cały album bierze swą nazwę. No i cóż, tu mamy już w pełni symfoniczno-prog rockowe granie. Epicka, pełna instrumentalnego artyzmu i niezapomnianych wokalnych melodii suita to niezaprzeczalnie najlepszy moment tego jakże udanego albumu. Na dzisiejszej playliście jest też specjalnie umieszczona na końcu, by po odlsuchu jeszcze na długo została w Waszych uszach i pamięci. Mam nadzieję, że na zapowiedzianym na 16 mają albumie pt. Maestro norwescy proggersi utrzymają poziom prezentowany na The Suffering Joy i innych starszych albumach. Bardzo na to liczę.
I to już wszystko na dziś. Jak już zapowiedziałem powyżej, do artykułu dołączam oczywiście playlistę z z wszystkimi wymienionymi w tekście utworami. Dajcie znać, który z nich spodobał się wam najbardziej. A może macie jakieś swoje ulubione czteroczęściowe kompozycje?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz