poniedziałek, 18 maja 2026

11.05-17.05.2026

 


Dzień dobry! W tym roku mieliśmy już różne tygodnie ale Aor-owo/death doomowy przytrafił mi się chyba po raz pierwszy. Czy ja to sprawka? Zaraz się przekonacie.

Po pierwsze Draconian, klasyka melancholijnego, gotyckiego death/doomu. In Somnolent Ruin to ich pierwsza płyta od 6 lat i pierwsza po powrotnej zmianie na stanowisku wokalistki. Moja przygoda z tą kapelą zaczęła się jeszcze w czasach Lisy i choć, pokochałem Heike w każdej jej odsłonie to ucieszyła mnie informacja, że po jej odejściu to właśnie oryginalna wokalistka wraca do zespołu. I jest to powrót triumfalny. Nowa płyta może nie ma w sobie tej eteryczności jaką gwarantował głos Heike ale Lisa z drugiej strony ma w sobie moc, którą najpełniej pokazuje w singlowym Cold Heavens. Ta rozpaczliwa desperacja, rozdzierający serce ból świetnie pasują do bardzo ekspresywnej, tym razem, muzyki. Niezwykłych kompozycji jest tu zresztą więcej. Anima z post-rockowym vibem dzięki gościnnemu występowi Daniela Anghede czy zaśpiewana z desperackim wyrzutem I Gave You Wings potrafią wciągnąć na długo. 

Tydzień później, czyli w ten piątek światło dzienne ujrzała płyta Nocturnes francuskiego Angellore. Już wcześniej pisałem o jednym z zapowiadających ją numerów, ponad 10-minutowym Falling Birds. Polubiłem ten utwór od pierwszego odsłuchu i zastanawiałem się czy cały album będzie utrzymany w tym, klasycznym death/doomowym klimacie czy jednak muzycy zaskoczą nas większą ilością gotyckiego rocka jak w pierwszym singlu. Ostatecznie wyszło tak 70/30 dla death/doomu, bo pozostałe 3 utwory to monumentalne, melancholijne kompozycje ale z fragmentami lżejszymi i większą obecnością czystego męskiego wokalu obok tradycyjnego duetu 'piękna i bestia'. W tym wszystkim jednak udało się zachować ducha Angellore i to jest najważniejsze.

Następnie mamy dwa zespoły oscylujące wokół death doomu, które już zakończyły bądź zawiesiły działalność - melodyjnie progresywny Barren Earth, na którego dwóch pierwszych płytach śpiewał bohater mojego piątkowego postu - Mikko Kotamäki i bardziej depresyjno-post rockowe Ghost Brigade, którego Disembodied Voices to jeden z moich ulubionych doom metalowych utworów ever. 

Wróciłem też do tegorocznej premiery, wydanej w zeszłym miesiącu Isle of Bliss fińskiego Hanging Garden, który po raz kolejny umiejętnie balansuje między melancholijnym death doomem (np Eternal Trees of Turquis) i nastrojowym gotykiem (dla odmiany Beneath the Fallen Sky). 

Przy całej sympatii dla death/doomu nie zapomniałem też całkowicie o jego dusznej, gruzowej odmianie. Tu wyróżnić trzeba Seven Trumpets - pierwszy studyjny dlugograj (po serii EPek i koncertówce) Skull Servant. Śledzę ich poczynania już od kilku lat i muszę przyznać, że dowieźli solidną porcję psychodelicznego stonera.

Nowy album zapowiedział za to ciekawym i wciągającym singlem brytyjski Green Lung. Evil in this House ma ten charakterystyczny dla nich okultystyczny sznyt choć klimatem bardziej zbliża się do powieści grozy niż pogańskiego folku jak przy okazji ostatniego krążka. Mówimy jednak o zespole, który śpiewał też o starych bogach czym puszczał oczko do miłośników prozy Lovecrafta więc 'wszystko zostaje w rodzinie'.

Teraz czas na inny zespół który na polu rocka gotyckiego i mrocznego, pogańskiego folku działa już przeszło 30 lat a tegoroczna płyta, Eternal monsters jest 28 w ich dyskografii.  Płytą, która rewolucji w brzmieniu grupy nie przynosi ale nie tego oczekuje obecnie od Inkubus Sukkubus. Czekałem na połączenie romantyzmu z mistycyzmem, gitar i syntezatorów z dzwonami w sekcji rytmicznej i przede wszystkim na nastrojowe melodie prowadzone wiecznie młodym głosem pani McKormack. 

Nie mogłem się też powstrzymać od ponownego zapadnięcia w Śnienie z lubelskimi Źrenicami. Ich połączenie psychodelii, doomu, stonera i folku to murowany kandydat do tytułu debiut roku a Inni znajdzie się z pewnością w pierwszej piątce najczęściej słuchanych w 2026-ym utworów. 

Z premierowych albumów moją ciekawość wzbudził debiut zespołu Ghoulstars, głównie ze względu na swoją horrorową estetykę. Po przesłuchaniu kilku utworów wiedziałem, że jestem w domu. Takiego połączenia horrobilly'owych Ghoultown z hard rockowym okultyzmem a la Bloody Hammers szukałem od dawna. Jest w tym i dynamika i slasherowo-westernowy klimat podane w dopracowanej choć nieco szalonej formie. Czy po kilku miesiącach The Dark Overlords of the Universe utrzyma się w mojej bibliotece czy będzie tylko chwilową ciekawostką - jeszcze się okaże. Na razie wchodzi aż miło.

Teraz druga połowa tygodnia czyli AOR i wszystko co w rocku, hard rocku i metalu przebojowe i melodyjne.  Tu palma pierwszeństwa należy się kapeli, która dała początek nurtowi zwanemu nową falą skandynawskiego hair metalu. Jak wiadomo chodzi o Crashdiet, którego najnowsza płyta kręci się u mnie nieprzerwanie już drugi tydzień. Art of Chaos jest godna swojej nazwy, bo choć nie ma tu jakiejś death metalowej łomotaniny ani połamanych dźwięków czy częstych zmian tempa, to czuć że kapeli daleko do uporządkowanego, analitycznego podejścia do muzyki. Jest głośno, jest przebojowo, jest hedonistycznie i to w tym wszystkim jest właśnie najlepsze. To muzyka do radosnego headbangingu i skakania po mieszkaniu z wyimaginowaną gitarą w ręku. 

Nadal często sięgam po nowe degreed, głównie za sprawą openera w postaci One Helluva Ride. Ten numer to prawdziwa hard rockowa, a może powinienem powiedzieć speed rockowa jazda bez trzymanki. 

Ejtisowe geny potrafili utrzymać w sobie też muzycy Hardline. Co prawda kapela powstała już w latach 90-ych ale muzycznie i duchowo mocno sięgała do poprzedniej dekady. Nie inaczej jest na najnowszej płycie zatytułowanej Shout, w pełnej melodyjnych i rytmicznych hard rockowych killerów. W tym tygodniu najczęściej słuchałem dwóch "o miłości" – Candy Love i Mother Love. 

Wokalista Hardline - Johnny Gioeli gości na dzisiejszej playliście jeszcze w jednej roli - nomen omen gościa w zamykającej nowy album power metalowej Rexorii power balladzie Heart of Sorrow. Ciekawy pomysł z zostawieniem tego typu kompozycji na koniec - taki moment jak po treningu gdy można wreszcie spowolnić oddech po intensywnych ćwiczeniach. A muzyka z Fallen Dimension na siłownię nadaje się idealnie. 

Kolejny tydzień gości u mnie też niemiecki Kingsmash i jego pierwszy longplay zatytułowany The Heart Remains at Home . Pokrótce można określić ich jako typowy dla naszych zachodnich sąsiadów miks hard rocka z heavy/power metalem. 

To nie wszystkie mariaże hard rocka z power metalem. Czy pamięta ktoś album Tinnitus Sanctus grupy Edguy? Na tym krążku Tobiasz Sammet z zespołem coraz mocniej zaczęli eksperymentować z brzmieniem, próbując uciec od klasycznego euro-powera. Udawało się to ze zmiennym szczęściem ale akurat ta płyta, gdzie słychać wyraźne inspiracje hard rockiem czy proto-metalem lat 70-ych (brudne gitary, organy Hammonda, bardziej poważne choć nadal groteskowe teksty) ma w sobie coś wyjątkowego (czego brakło na kolejnej Age of the Joker). Z jednej strony cieszyłem się gdy na Space Police wrócili do stylu z czasów Hellfire Club, z drugiej gdzieś tam jest we mnie niezaspokojona ciekawość co by było gdyby nie zarzucili tego akurat kierunku rozwoju. Na pocieszenie zostaje mi taki epicki Dragonfly, w którym prócz nowych dla zespołu elementów czuć echa innego hymnu, Vain Glory Opera. 

Wracając na chwilę do Rexoria, muszę powiedzieć że zawsze słuchając ich mam wrażenie, że barwa głosu wokalistki kogoś mi przypomina. W końcu jednak udało mi się ustalić kogo. Otóż jest to Federica de Boni z włoskiej heavy/power metalowej grupy White Skull. Zadowolony z tego odkrycia postanowiłem przypomnieć sobie moje ulubione utwory kapeli i stąd na dzisiejszej playliście znajdziecie chociażby poświęconą Evicie Peron Lady of Hope i muzyczny ale i życiowy manifest w postaci Ad Maiora Semper. 

Na koniec krótki thrash metalowy akcent. A w zasadzie już raczej groove metalowy.  Nie umiem tego wytłumaczyć ale w ostatnich tygodniach Sound of the White Noise siadł mi jak mało która płyta Anthrax i dużo chętniej sięgam po nią niż po klasyki pokroju Among the Living. Kilka dni temu ukazał się też (w końcu) nowy singiel amerykańskiej ekipy ale jeszcze nie wyrobiłem sobie na jego temat zdania. Na razie jest ok ale zobaczymy po kilku kolejnych odsłuchach.

Ok a teraz ja chciałbym zobaczyć Wasze kolaże i krótkie sprawozdania z ostatniego tygodnia. Czy będą jakieś crossovery czy się raczej stylistycznie rozminiemy? Każdą odpowiedź i tak będzie poprawna. A użytkownikom "zielonej platformy" zostawiam tradycyjnie tygodniówkową playlistę.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Najpopularniejsze