Zacznę je trochę przewrotnie bo tak anonsowałem ten hard rock a zespołem, który najczęsciej u mnie leciał i ma najbogatszą reprezentację na dzisiejszej playliście jest melodeathowy Warbell. Jak pewnie się domyślacie, jest to pokłosie artykułu o nieznanych i niedocenianych zespołach melodic death metalowych. Ja co prawda ich twórczość znałem już wcześniej ale dopiero teraz mnie wzięło na nich aż tak mocno. Nic jednak dziwnego bo jest to intensywna muzyka - szybka i ciężka, brutalna w formie ale melodyjna w treści. Nie uświadczymy tu raczej czystych wokali, jest balansowanie od głębokiego, grubego growlu bo bardziej typowy dla gatunku wysoki skrzek, które jednak potrafią pociągnąć melodie siejące w głowie prawdziwe spustoszenie. W tym tygodniu katowałem głównie ich debiut - pochodzący z 2015 roku Havoc i szczerze go Wam polecam.
Nie słabnie też moje zainteresowanie Anthrax. Jest to też przykład kapeli, która zasługuje na większe uznanie niż tylko rola "tego czwartego z Wielkiej Czwórki". Jak pokazała historia, w latach 90-ych radziła sobie bowiem wcale nie słabiej niż chociażby Metallika a Sound of the White Noise był przykładek na stały rozwój zespołu i szukanie nowych dróg. Z tygodnia na tydzień coraz bardziej lubię tę płytę i polecam miłośnikom i thrash i groove metalu.
Nadal też poszerzam moją znajomość dream thrashowego Astronoid. Tym razem padło na ich debiut zatytułowany Air i wydany w 2016 roku. Muszę przyznać, że tak jak na nowszych krażkach ten "thrash" pojawiał się raczej tylko w nazwie, to tutaj jest bardziej widoczny, zwłaszcza w pracy sekcji rytmicznej, która potrafi nieraz dorzucić do pieca. Nad nią zaś unosi się eteryczny wokal, pasujący jak ulał do członu "dream". Może ta płyta nie jest jeszcze tak dopieszczona jak trzy kolejne ale jako symbioza dwóch zdawałoby się przeciwnych światów sprawdza się bardzo dobrze.
Mniej niż w ostatnich tygodniach siedziałem w power metalu, choć So They Say ukraińsko-kanadyjskiego Godspear nadal bardzo miło się słucha. Piszę nadal, choć od premiery ich debiutu nie minął jeszcze nawet miesiąc. Dużo więcej, bo coś około 144 miesięcy dzieli nas od premiery siódmego albumu jednej z najpopularniejszych heavy/powerowych grup na świecie. Mowa o szwedzkim Sabaton i płycie Heroes, jednej z moich ulubionych i znaczącej koniec pewnego okresu w ich działalności. Był to pierwszy krążek po odejściu 2/3 składu i ostatni z serii "co nowszy to lepszy". Odkąd "bohaterowie" ujrzeli światło dzienne Sabaton świetne bądź bardzo dobre płyty przeplata z co najwyżej przeciętnymi. Ale dziś nie czas na takie rozkminy. Dziś słucham To Hell and Back i czuję się jakbym naprawdę był w "piekle pod Anzio".
W świecei power metalu nie brakuje zespołów, które osobiście nazywm cosplay metalowymi. Wiecie, wymyślone światy, historie, pseudonimy i stroje, obowiązkowo w klimatach s-f i fantasy. Dla jednych może być to przykład typowo powerowego "cheesu", dla innych forma zabawy, spojrzenia na muzykę bez zbędnej napinki i z sympatią dla ulubionej literatury. Jednym z takich bandów jest szwedzki Hans & Valter, czyli jak sami kiedyś o sobie powiedzieli - Gloryhammer z Linkopping. Czyli wiecie już jaki to rodzaj powera - mocno klawiszowy, bombastyczny i przebojowy. Niedawno ukazała się druga płyta zespołu, The Prophecy, z którą spędziłem niejeden magiczny majowy dzień.
Jak już przy magii i mieczu jesteśmy. W świecie filmu czy komiksu często mamy do czynienia z tzw. crossoverami. Bohaterowie różnych opowieści spotykają się razem by walczyć ze złem - najprostszy przykład MCU. A czy w power metalu można znaleźć takie zjawisko? Otóż tak i nawiązuje ono do metalowej opery Marius Danielsen Legend of Valley Doom. Mowa o zespole Eunomia, założoym w 2011 roku przez Petera Danielsena, który jest klawiszowcem i głównym wokalistą. Od 2013 wspiera go brat, Marius i tu koło się zamyka. A żeby dodać jeszcze wszystkiemu dodatkowe smaczku - Eunomia to też saga fantasy i jedna z krain, które przewijają się też w legendach o Dolinie Zagłady. Wspólnych wątków jest więcej i do ich eksploracji Was zachęcam. W tym tygodniu zasłuchiwałem się w pierwszej części Chronicles of Eunomia, na której pojawiło się też kilku ciekawych gości. Na playlistę wrzuciłem dwa utwory, które spodobały mi się najbardziej.
Wyższośc hard rocka musiał w tym tygodniu uznać tez doom metal. I choć debiut lubelskiego Black Weedow potrafi nieźle zakręcić człowiekiem swoimi brudnymi gitarami i psychodelicznymi melodiami a rzeszowski Toad Twister dodatkowo zmiażdżyć wcale nie tak małą szczyptą bagnistego sladżu to najwięcej emocji i wrażeń tym razem przyniósł mi portugalski Dream of Poe. Pisałem już o Katabasis, najnowszej ich płycie w zeszłym tygodniu ale muszę to powtórzyć - emocje płynące z zawartych na niej kompozycji są niemal namacalne. Słuchasz ich uchem, umysłem i duszą, płyną niesione smętnymi gitarami i wolnymi, majestatycznymi uderzeniami perkusji przez tętnice i żyły rozlewając się po ciele nasycając i oczyszczając zarazem. Coś pięknego.
Piękno płynie też z nowego singla francuskiego Angellore. Po pierwszej próbce z nadchodzącej płyty, brzmiącej niczym The 69 Eyes nie wiedziałem do końca czego się mam spodziewać. Nie mam oczywiście nic do rocka gotyckiego ale Angellore zawsze wyobrażałem sobie w zdecydowanie cięższych szatach. I takie dokładnie jest Falling Brids, łączące w sobie wszystkie charakterystyczne dla zespołu sygnatury podane w nowej, świeżej ale klasycznej formie.
Falling Birds to nie jedyny singiel na dzisiejszej playliście. I tu w końcy wkraczamy w świat hard rocka, AOR-a i hair metalu. Piosenka Unbridled ukazała się w poprzedni piątek i jest to utwór tytułowy z nadchodzącego albumu Pride of Lions. Ten AOR-owy zespół skupiony wokół dwóch wybitnych muzyków - Jima Peterika (czy nazwa Survivor coś Wam mówi?) i Toby'ego Hitchcocka. Jest to mój absolutnie ulubiony wykonawca w tym gatunku muzyki i niezmiernie mnie ucieszyło, że już wkrótce dostaniemy nową dawkę ich muzyki. Co prawda Unbridled to nie taki hit, który łapie od pierwszego odsłuchu ale jako apetizer przed całą płytą jak najbardziej mi się podoba. Liczę jednak na nieco więcej.
Z hard-rockowych nowości poznaliście już nowy krążek szwedzkiego Degreed, który momentami jak w zadziornym One Helluva Ride ociera się nawet o heavy metal. W zeszłym tygodniu brakło mi natomiast trochę czasu na lepsze zapoznanie się z czwartym krążekiem również szwedzkiego Creye. Z tą kapelą mam pewien problem. Ich drugi album z 2021 roku dosłownie rozłożył mnie na łopatki. Lekki i przebojowy a w dodatku przyjemnie gitarowy słuchał się sam. Dwa lata później dostaliśmy "trójkę" która mnie jednak trochę zawiodła. Zbyt mocna modernizacja brzmienia, więcej "efektów" a mniej energii i spontaniczności. Jakby cała magia rozpłynęła się w technicznym dopracowaniu a w dbałości o szczegóły zniknął gdzieś "ogół". Stąd do ich czwartego krążka podchodziłem jednocześnie z nadzieją i rezerwą. Ale jednak podszedłem, posłuchałem raz, drugi, trzeci i coś w końcu zaklikało. Znów jest więcej swobody, luzu i melodie płyną głównym nurtem, bez niepotrzebnych tam i zapór.
Ogólnie wiosna jest jak widać dobrą porą na słuchanie melodyjnych odmian rocka i metalu. Reckless - trzecia płyta Chez Kane cieszy się moją niesłabnąca sympatią już piaty, szósty tydziń z rzędu. Po krótkiej przerwie wróciłem też do Tyketto i ich najnowszej Closer to the Sun. Oba krążki mają w sobie ducha lat 80-ych z charakterystyczną dla epoki energią, hedonizmem i bezpośredniością.
A skoro o latach 80-ych mowa to do tego wszystkiego odświeżyłem sobie trzecią płytę hair metalowego White Lion. Album Big Game ukazał się w 1989 roku i choć nie był aż tak przebojowy jak poprzedzające go Mane Attraction to już za sam dynamiczny, nieco nwobhmowy Radar Love warto o nim pamiętać. I za ten surowy, zachrypnięty głos Mike'a Trampa, jedynego gościa o tym nazwisku, którego darzę szacunkiem ;)
Ok, stop Panie Michale. Ten blog miał być wolny od polityki. Darujcie więc tę małą dygresję, łapcie najnowszą playlistę i piszcie jak u Was minął ten dłuugi, majówkowy tydzień.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz