Już za kilka dni premiera trzeciego sezonu "Rodu Smoka". Jak pewnie już wiecie, jestem wielkim miłośnikiem fantastyki a proza G.R.R. Martina, choć nie należy u mnie do ścisłego topu, rozbudza wyobraźnię swoimi niedopowiedzeniami - w zasadzie nadal nie wiemy jak skończy się naprawdę Pieśń Lodu i Ognia a i historia Targaryenów w dalszym ciągu kryje wiele tajemnic. Z tej okazji postanowiłem przygotować artykuł, w którym przedstawię Wam kilkanaście ciekawych, nie zawsze dobrze znanych płyt, których okładki ozdobione są podobiznami najpiękniejszych i najbardziej majestatycznych stworzeń, jakie dały nam mity, baśnie i fantasy. Żeby uniknąć jednak tendencyjności i nieco podważyć tezę, że smoki to domena głównie power metalu postanowiłem udział tego najbliżej związanego z fantasy gatunku do 50%. Myślę, że sama playlista zyska na tej różnorodności a zarazem uda mi się dotrzeć też do gruzowo, thrashowo, aor-owej części obserwującej mnie społeczności. Tyle na wstępie. Zatem dracarys i do dzieła!
1. Rhapsody - Symphony of Enchanted Lands (1998) - wydane rok wcześniej Legendary Tales były na pewno przełomem w świecie, trochę przygasającego wówczas power metalu. Wprowadzenie elementów symfonicznych, osadzenie tekstów w wymyślonym świecie fantasy, podniosłe, potężne melodie dały impuls wielu młodym muzykom do zakładania własnym powerowych kapel. Mimo wszystko jednak dopiero ta płyta ugruntowała pozycję ekipy z Triestu i przyniosła grane po dzis dzień (przez wszystkie offspringi zespołu) bangery, wśród których Emerald Sword to kompozycja, która unieśmiertelniła swych twórców jeszcze za życia
2. Rhapsody of Fire - Dark Wings of Steel (2013) - jedna z bardziej kontrowersyjnych płyt w dorobku włoskiego zespołu. Pierwsza nagrana bez Luci Turilli'ego, pierwsza niebędąca częścią sagi fantasy i pierwsza z tak ponurą, mało bajkową okładką. Kolor smoka zaprojektowanego przez Felipe Machado Franco koresponduje z muzyką, która w miejsce przymiotnika epic proponuje romantic, w miejsce patetic zaś melancholic. Na krążku aż roi się od emocji dotychczas nie poruszanych przez zespół a kompozycje zachwycają przede wszystkim swym klimatem a nie jak do tej pory, nieco jednak przerysowywanym patosem.
3. Trivium - In the Court of the Dragon (2021) - ostatni jak do tej pory długograj amerykańskiej kapeli, której muzyka balansuje na granicy metalcore i thrash metalu. Płyta jak najbardziej udana, choć bez większych stylistycznych niespodzianek ale myślę, że po znacznym złagodzeniu brzmienia, jakie panowie zaprezentowali na Silence in the Snow fani wolą raczej żeby już "nie było żadnych eksperymentów"
4. Flotsam & Jetsam - I Am the Weapon (2024) - Amerykanie przygotowują się właśnie do premiery nowego albumu, ja dziś pragnę natomiast przypomnieć ich poprzednie dzieło, które darzę pewnego rodzaju sentymentem. To dzięki tej płycie wróciłem do częstszego obcowania z muzyką kapeli. I choć nie ma już tutaj aż takiego thrashowego gniewu jak w początkach ich kariery, to w swojej speed/power/thrashowej niszy czują się nadal dobrze i mam nadzieję, że nadchodzące Rats in the Temple nie będzie niemiłym wyjątkiem
5. Bloodbound - War of Dragons (2017) - druga i zdecydowanie naj, najlepsza część "smoczej trylogii" szwedzkich power metalowców, inspirowanej między innymi światem Gry o Tron. Ta płyta jest rzeczywiście niczym wojna smoków, pełna ognia, pasji, dramaturgii a jej odsłuch od deski do deski to prawdziwa galopada do utraty tchu. Pure epic!
6. Twilight Force - Tales of Ancient Prophecies (2014) - jeżeli grasz symfoniczny power metal w klimatach fantasy a na okladce przedstawiono ziejącego ogniem smoka, nie uciekniesz przed porównaniem z Rhapsody. Masz wtedy dwa wyjścia - albo niczym epigon powielać utarte schematy albo rozwinąć twórczo i tchnąć w nie choćby iskierkę własnej osobowości. Myślę, że szwedzkim cosplayerom udało się to drugie a magia jaka bije od ich debiutu utrzymuje mnie w swej mocy do dziś
7. Howling Giant - Glass Future (2023) - jest to pierwsza płyta amerykańskich stoner/doom/psychodelic metalowców, którą poznałem dzięki serwisowi Doom Charts. Już wtedy zachwycił mnie ten trochę kosmiczny, duszny klimat, zdolność do pisania hipnotyzujących melodii i szukania nieoczywistych nieraz rozwiązań twórczych. I właśnie ten space-progowy pierwiastek jest dodatkowym atutem jaki skrywa w sobie Glass Future
8. Merlin - The Mortal (2019) - tu natomiast mamy w pełni "moje własne odkrycie" (choć zakładam, że któraś ich płyta trawiła do doomchartsowego zestawienia). Psychodeliczny stoner doom z niezwykle sugestywnymi partiami saksofonu był dla mnie jednym z pierwszych kontaktów z muzycznym gruzem i jak się pewnie domyślacie, nie zawrócił mnie z obranej drogi. A co zrobił później sam Merlin? Długo by opowiadać ;)
9. Axxis - Doom of Destiny (2007) - album, do którego wracam regularnie, choć w tym roku stuknie mu już 19 lat. Co poradzić mogę jednak na to, że spośród 15 zróżnicowanych stylistycznie pozycji w katalogu niemieckiej ekipy ta, kipiąca wręcz od power metalowej energii płyta jest ich zdecydowanym opus magnum.
10. Heavens Gate - Livin' in Hysteria (1991) - nieco zapomniana płyta zapomnianego zespołu, choć w momencie wydanie Heavens Gate było obok Helloween, Running Wild czy Rage jednym z pionierów i motorów napędowych niemieckiej sceny power metalowej. Przez kilkanaście lat istnienia wydali kilka ciekawych albumów ale to właśnie "dwójka" uważana jest za klasykę gatunku. Z ciekawostek, z kapelą od początku związany był znany producent i współpracownik Tobiasa Sammeta przy jego Avantasii - Sascha Paeth
11. Allen/Lande - The Showdown (2010) - dwóch niezwykłych wokalistów, dwa walczące smoki na okładce autorstwa Rodney'a Matthewsa i 11 melodyjnych, metalowych kawałków, za które odpowiada Magnus Karlsson. Czy mógłby być inny kandydat do tego zestawienia?
12. Ten - Spellbound (1999) - czwarta płyta jednej z moich ulubionych hard-rockowych kapel. Dowodzona przez obdarzonego niezwykle intrygującym, aksamitnym głosem Gary'ego Hughesa na swoim koncie ma kilka ciekawych wydawnictw, które możnaby określić mianem concept-albumów. Ten krążek nie ma co prawda jednego motywu przewodniego ale wart jest uwagi chociażby jako pierwszy ilustrowany przez hiszpańskiego artystę Luisa Royo
13. Evertale - Of Dragons and Elves (2013) - krążek przesiąknięty smokami pod każdym względem. Jest "dragon" w tytule, jest na okładce (znów Felipe Machado Franco) a cała płyta to concept album oparty o serię fantasy pt. Dragonlance osadzoną w jednym ze światów gry fabularnej Dungeons&Dragons (którą znam i uwielbiam). Muzycznie natomiast mamy tu ciężki i surowy ale szybko zapadający w pamięć power metal
14. Draconicon - Dark Side of Magic (2021) - trafiłem na tę płytę całkiem przypadkowo w grudniu zeszłego roku, zwabiony majestatycznym smokiem na okładce. Jeśli śledziliście wówczas Muzyczną Kronikę to wiecie, że "siadło". Myślę, że każdy miłośnik power metalu powinien raz na jakiś czas sięgnąć po taką właśnie, mroczniejszą wersję swojej ulubionej muzyki
15. Saint Vitus - Mournful Cries (1988) - pozycja, której pierwotnie miało tu nie być. Przeglądając dyskografię znanych mi zespołów (a jest ich spoooro) zwróciła moją uwagę hybryda czerwonego smoka i trójgłowej hydry i nazwa zespołu, którego katalog od lat obiecuję sobie nadrobić. Czy więc to był zwykły zbieg okoliczności czy przeznaczenie - ciężko stwierdzić. Liczy się fakt, że od Dragon Time po pozostałe pięć utworów - wkręcam się w ten klimat coraz mocniej. Jest gruz!
16. Elle Tea - Travelling (2026) - vintage'owy heavy metal autorstwa multiinstrumentalisty Leonardo Trevisana, który również odpowiada za cały artwork na płycie. Pojawią się może rozbieżne zdania na temat przedstawionego na okładce gada - czy to już smok czy raczej wariacja nt pterodaktyla, ważne jednak by ocena muzycznej zawartości była spójna. Czyli jak najlepsza.
Szesnaście płyt, kilka różnych gatunków i jedna, najważniejsza cecha wspólna - smok na okładce. Choć po namyśle muszę zaznaczyć, że łączy je jeszcze jedno - wciągająca, ciekawa muzyka którą odkryć można bez wychodzenia z domu (i zbierania drużyny). W tym celu wybrałem po cztery najciekawsze moim zdaniem kompozycje z każdeg wyżej wymienionego wydawnictwa. Mam nadzieję, że odsłuch poniższej playlisty będzie dla Was taką chwilą magii w oczekiwaniu na nadchodzący, jeszcze szybciej niż 3 sezon HotD weekend.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz