I cyk, kolejny tydzień za nami, czas więc na jego podsumowanie i playlistę z moimi aktualnie ulubionymi utworami. Zapraszam!
Ostatni w pełni sierpniowy tydzień tego roku był pierwszym po długiej przerwie, obfitujacym w pokaźną liczbę premier. Wiele z nich było przeze mnie od dawna wyczekiwanych, niektóre wpadły całkiem przypadkiem zabierając nieco "czasu antenowego" dotychczasowym pewniakom. Stąd ostateczny obraz dzisiejszego wpisu nawet mnie samego nieco zaskoczył. Zacznijmy może właśnie od nowości płytowych. Spośród albumów, które światło dzienne ujrzały w piątek przede wszystkim wyróznić muszę Till Glömskan Ad Oblivionem szwedzkiego Besvarjelsen. Jej tytuł, oznaczający tak po szwedzku jak i łacinie "do zapomnienia" jest dość przewrotny. Zawartym na niej psychodelicznym doom'n'rollem (tak bym najprościej okreslił ich obecny styl) naprawdę można zasłuchiwać się bez opamiętania i zdecydowanie nie jest to album "do zapomnienia" od razu po wyłączeniu odtwarzacza. Ma w sobie coś co wciąga, hipnotyzuje i domaga się więcej i więcej. Bardzo dobre wrażenie zrobił też na mnie nowy krązek weteranów thrashu Flotsam & Jetsam. Co prawda po latach ich styl przeniósł się bardziej w stronę drapieżnego speed metalu, nie uwazam tego jednak za wadę. Co więcej, to w tej dynamice i szybkości a także wwiercających się do głowy melodiach kryje się sekret Rats in the Temple. Nie będzie nadużyciem, jeśli powiem że ostatnie kilkanaście miesięcy to nadzwyczaj owocny czas dla miłośników thrash metalu a odpowiadają za to właśnie nadal brzmiące świeżo i intensywnie kapele z długim stażem na scenie. Legendą w swoim gatunku jest też Kamelot, choć przyznam, że od czasu odejścia (a nawet pod koniec jego obecności w grupie) Roya Khana nie zawsze utrzymywał równy poziom. Wydany w 2023 roku The Awakening był jednak dla mnie ostatecznym przebudzeniem i wyjściem z cienia rzucanego przez klasyczne albumy. Toni Karevik zbłysnął w końcu w pełni, pokazując więcej "siebie" niż Roya (a ja Karevika z płyt Seventh Wonder ubóstwiałem zawsze). Liczyłem więc, że podobnie będzie na Dark Asylum. I co? Ciężko póki co powiedzieć. Na pewno jest to krążek, który potrzebuje więcej czasu by się w niego wgryźć i odkryć wszystkie ukryte smaczki. Na ten moment powiem tylko tyle, że zespół zagrał swoje, choć co ciekawe, po trzech dniach słuchania najbardziej w pamięć zapadł mi One Last Masquerade z gościnnym wokalem Tobiasa Sammeta, momentami niebezpiecznie podobny do Twisted Mind - utworu Avantasii nagranego w duecie z... Royem Khanem.
Wspomniałem o nowościach, które trafiły do mnie przypadkiem i narobiły sporego zamieszania. Taką płytą okazało się femme katowickiego zespołu przeprosiny. Ekipa określa swój styl jako m.in. emo (i to 5-a fala!), screamo czy shoegaze czyli w większości są to gatunki, o którym mam niewielkie lub żadne pojęcie. A jednak coś między nami zagrało i to do tego stopnia, że sam się łapie na tym jak nucę księzycowe pustkowia (bardzo radiowe ale i jakże poetyckie) lub doszukuje się w jej dotyku śladów alcesto-podobnego blackgaze'u. Może właśnie ta terra incognita, jaką był dla mnie styl zespołu tym bardziej zauroczyła, zaintrygowała i zachwyciła prostego, rockowo-metalowego Muzycznego Kronikarza?
Zobaczymy jak długo utrzyma się sympatia do w/w albumów. Nie słabnie natomiast żar jaki wywołuje u mnie Power to Survive, najnowsze dzieło węgierskich power metalowców z Burning Sun. Jest to płyta mocno zakorzeniona w tradycji euro-powera, rozpędzona i pękająca wręcz od ilości świetnych melodii. Ktoś powie, że wszystko to już było. Ja mu odpowiem, że trzeba jednak mieć nie lada talent by ze zdawałoby się "ogranych" schematów wyciągnąć coś jeszcze, coś co sprawi, że nie sposób oderwać się od kompozycji. Od początku do końca słucha się jej z przyjemnością a w ostatnich dniach szczególnie ujęło mnie Light of the World. Wiem, że jest to, jak i cały album, element szerszej opowieści osadzonej w klimacie fantasy ale gdy słyszę "in my dark hours you're beside me (...) you are the Light of the World" nie sposób nabrać wrażenia, że jest to niezwykłe wyznanie miłości - uczucia, które nigdy nie gaśnie i pozwala pokonać nawet najgęstsze ciemności. A Wy jak to intereptujecie?
Zostańmy jeszcze przy power metalu, ponieważ odświeżyłem sobie ostatnio jeden z klasyków gatunku - No World Order niemieckiego Gamma Ray. W oczekiwaniu na nową solową płytę Kaia Hansena czuję, przyznam się, pewien żal i nostalgię do w/w zespołu a rzeczona płyta to wg mnie jedna z najlepszych pozycji w ich katalogu. Od rozpędzonych, przebojowych hymnów takich jak Follow Me po jedną z najpiękniejszych power metalowych ballad - Lake of Tears ten album oferuje to, co najlepsze w swoim gatunku. To, czego brakło mi na ostatnim Helloweenie i czego, obawiam się, w takiej intensywności nie poczuję na zbliżającym się Born with the Hammer...
Po raz kolejny polecam też kopalnię przebojów o nazwie Battle Beast. Jeśli szukacie melodyjnego metalu, czasem dynamicznego, czasem rytmicznego z silnym kobiecym wokalem i odrobiną disco, industrialu czy electro - praktycznie każda z siedmiu płyt fińskiej ekipy będzie jak znalazł.
Bardzo dużo czasu poświęcałem ostatnio na płytę Grimalkin, za którą stoi progresywny dream team zwany Pattern-Seeking Animals. Muzycy wchodzący w skład zespołu doświadczenie zbierali w różnych uznanych ekipach poruszających się po zróżnicowanych nurtach rocka i metalu progresywnego. Doświadczenia te procentują na każdej kolejnej płycie, które wydają z zaskakującą regularnością co 1-2 lata. I, o dziwo, im krócej pracują nad danym albumem tym lepszy efekt osiągają. Tak bowiem Grimalkin dużo mocniej przemawia do mnie od zeszłorocznego Friend of All Creatures, choć do poziomu Spooky Action at the Distance odrobinę mu jeszcze brakuje. Niemniej jednak, mogę śmiało zaliczyć szóste wydawnictwo ekipy do jednej z najciekawszych prog-rockowych płyt tego roku.
Takich kandydatek jest zresztą więcej. Dziś pozwolę sobie przytoczyć jeszcze tylko jedną a mianowicie Quetzalcoatl brytyjskiego The Tirith, do obecności której w moich cotygodniowych podsumowaniach zdążyliście się już pewnie przyzwyczaić. Dancing with Vampires is not very wise ale gdzie w grę wchodzą emocje, logika nie ma wstępu ;)
Na samym początku wspomniałem o doom'n'rollu. Nie wiem czy taki gatunek istnieje ale jak wiecie, doom metal ma wiele twarzy (może nawet więcej niż Grey ;) ). Spośród nich nie słabnie moja sympatia do psychodeliczno-stonerowego REZN i ich świetnej nowej płyty, tak samo jak do słowackiego Zemetras, będącego "słowiańską" odpowiedzią na Windhand. Duszno, surrealistyczne klimaty i bujające rytmy nigdy mi się nie znudzą.
Ptaszki śpiewają też, że w przyszłym roku nowy album wydaje Candlemass. Dobrze się składa, bo akurat kończę eksplorację ich dyskografii przypomnieniem sobie o zeszłorocznej EPce pt. Black Star. Mamy na niej dwa covery i dwa premierowe nagrania, po które nadal sięga się z przyjemnością.
Na zakończenie jeszcze trzy albumy z trzech całkiem innych "parafii". Folk-metalowy Radogost i jego dekadencko/pogańskie Dziedzictwo Ognia, łatwo wpadający w ucho Unbridled aor-owej grupy Pride of Lions i, dla kontrastu, mój ulubiony krążek Slayera - Seasons In The Abyss, gdzie znana z poprzedniczek agresja trochę może wyhamowuje a odrobina melodii potrafi całkiem przyjemnie zaskoczyć.
A jak Wam minął ten tydzień? Co Was zachwyciło, oczarowało, rozłożyło na łopatki etc? Piszcie w komentarzach, gdzie również znajdziecie link do najnowszej playlisty.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz