poniedziałek, 7 września 2026

31.08-06.09.2026

 


Pierwszym singlem promujacym najnowszy album szwedzkiego Besvarjelsen było Didn't Come to Party. Parafrazując ten tytuł, ja dziś też na przyjęcie nie zapraszam ale mam nadzieję, że lektura niniejszego podsumowania i odsłuch playlistowej "tygodniówki" przyniesie Wam tyle dobrej zabawy co niejedno "party". Zatem let's go.

Właśnie, Besvarjelsen, pochodząca ze Sztokholmu grupa narobiła swym nowym LP niemałego zamieszania. Dość powiedzieć, że Till Glomskam ad Oblivionem wygrało sierpniowe zestawienie Doom Charts. I zero zaskoczenia, bowiem jest to świetny przykład płyty mającej w sobie tyle samo psychodelicznego fuzzu co rock'n'rollowego pazura a głos Lei Amlang Alazam niesiony stonerowo-bluesowymi gitarami wbija się do mózgu nieubłaganie, hipnotyując i przyprawiając o bardzo przyjemne drżenie. Prócz wspomnianego singla, do najjaśniejszych punktów płyty należą też drugi "przebój" w postaci Accelerating Hearts czy bardziej majestatyczne Battles. Już dla tych trzech kawałków warto sięgnąć po album ale zapewniam, ciężko znaleźć na nim tzw "fillery".

Fani ciężkiej psychodelii i doom metalu znają też na pewno najnowszy krążek amerykańskiego REZN. Cycles in the Infinite Dream jest z nami już dobrych kilka tygodni ale cały czas ma w sobie coś, co sprawia, że nawet przy n-tym odsłuchu odkrywamy jakieś nowe smaczki a coraz to inny utwór staje się dla nas tym "naj". Jeśli o mnie chodzi, to na pierwsze miejsce wróciło Escher ale też w łaski wkradła się zamykająca krążek Terra Preta.

W zeszłym tygodniu zamknałem też kilkumiesięczną eksploracje dyskografii Candlemass, robiąc sobie jeszcze raz małe resume ulubionych płyt mistrzów epickiego doomu. Do odtwarzacza trafiały więc przede wszystkim przełomowy Epicus..., najlepszy z Messiahem Ancient Dreams i najlepszy z Robertem Lowe Death Magic Doom a także ostatni długograj - Sweet Evil Sun, który wprowadził "świeczki" do grona moich absolutnie uwielbianych wykonawców.

Odchodząc już od stonera i doomu ale pozostając wśród relfeksyjno-melancholijnej muzyki nie sposób nie wspomnieć o katowickim trio przeprosiny i ich fonograficznym debiucie zatytułowanym femme. Łącząc ze sobą cechy rocka alternatywnego, shoegaze'u i emo  panowie potrafią wyczarować niezwykle subtelne i wrażliwe obrazy, choć kiedy trzeba dodają też szczyptę agresji, złości i rozpaczy. Ta poetyckość najwspanialej wybrzmiewa w księżycowych pustkowiach, gdzie muzyczny minimalizm tym bardziej wzmacnia liryczny przekaz utworu.

O miłości pisać i śpiewać w sumie można na różne sposoby. W taki bardzo pozytywny sposób robi to Pride of Lions w utworze I'll Be Your Rock, pochodzacym z wydanej w lipcu płyty Unbridled. W kategorii AOR jest to jedna z moich ulubionych piosenek wydanych w tym roku a i cały album zapewne będzie wysoko w całorocznych podsumowaniach.

Jeśli sa jeszcze wśród czytelników strony osoby, które nie do końca rozumieją co to ten cały AOR, od razu wyjaśniam że obecnie tak nazywa się melodyjne i przebojowe rockowe bądź hard-rockowe granie. Z takiego ostrzejszego, melodyjnego hard rocka mam też dziś dla Was coś jeszcze - pochodzący z Atlanty zespół Kickin Valentina, którego nowy krazek Anthems of the Underground zwrócił moją uwagę szczególnie za sprawą singlowego Silver Moon, dynamicznego i łatwo wpadającego w ucho bangera.

W kwestii power metalu udało mi się, mam nadzieję, z nawiązką nadrobić czas spędzony z norweskim Triosphere i ich naprawdę solidnym krazkiem Oceans Above, Stars Below. Dwanaście lat po genialnym The Heart of the Matter zespół nadal jest w stanie wykrzesać z siebie wysokiej klasy proggujący power metal a pełniąca również rolę basistki Ida Haukland znów wkłada w swój głos tyle samo drapieżności co emocji. Słucha się tego albumu szybko i przyjemnie a melodie takich kawałków jak Of Tyrants, Shorelines czy Cadence of Chaos wibrują w głowie jeszcze jakis czas po zdjęciu słuchawek. Tak, zdecydowanie warto było czekać tak długo na nowy materiał tej ekipy, choć mam nadzieję, że kolejne wydawnictwo pojawi się zdecydowanie szybciej ;)

Węgierska scena power metalowa zrodziła kiedyś niesamowity zespół jakim był Wisdom. Informacja o zawieszeniu/zakończeniu działalności zasmuciła mnie mocno ale po kilku latach mogę powiedzieć z radością, że w kraju "bratanków" znów działa sztosowa powerowa kapela a nazywa się Burning Sun. Kwartet z Debreczyna ma na swym koncie już trzy albumy studyjne ale to dzięki ostatniemu z nich, Power to Survive poznałem ich twórczość i słucham namiętnie z tygodnia na tydzień, zwłaszcza niosącego piękne przesłanie Light of the World.

Oba wyżej wspomniane krążki jak i ostatnia część neoklasycystycznej trylogii wydanej pod szyldem Marc Garau's Magic Opera zatytułowana The Final Flight to według mnie najlepsze powerowe płyty ostatnich 2-3 miesięcy i nie zmieniła tego niestety najnowsza odsłona Kamelot. Dark Asylum jest co prawda przyzwoite, bardzo dobrze zagrane ale brakuje jej tego nienazwanego, nieokreślonego "czegoś" co sprawia, że dany album jaśnieje nieco mocniejszym blaskiem niż tuzin pozostałych, tego nomen omen "light of the world"...

Dwa tygodnie temu pisałem artykuł o rockowych i metalowych trylogiach, wspominając między innymi o epic/speed/power metalowym zespole Virgin Steele. Tak się właśnie składa, że od tamtej pory coraz częściej sięgam (po długiej, długiej przerwie) po The Marriage of Heaven and Hell (obie części) i czerpię z ich odsłuchu naprawdę sporo przyjemności. Wokal deFeisa to złoto i kazdy fan metalu powinien go choć raz usłyszeć. Serio.

Teraz pora na nieco agresywniejsza odmianę metalu, czyli thrash, choć zdaniem wielu Flotsam & Jetsam ma w sobie teraz więcej ze speedu czy nawet powera. To są jednak tylko etykietki a Rats in the Temple to kawał świentego, szybkiego i ostrego grania. Melodie są i dobrze, bo dzięki nim takie perełki jak The Ghost Behind My Door, Absolution czy Harvesting the Hate miażdżą jeszcze mocniej. Jest to album, który potrafi uzależnić a po 56 minutach i 24 sekundach słuchania masz ochotę na kolejne 56, 112, 178 etc... I to jest kurcze piękne! 

Tak jak tydzień temu, tak teraz również zanurzałem się w najlepszym moim zdaniem krążku Slayera czyli Seasons in the Abyss ale sięgnąłem również po legendę kanadyjskiej sceny, jednego z pionierów space metalu czyli zespół Voivod. Do odtwarzacza trafiał jednak głównie czysto thrashowy, surowy i ciężki debiut zatytułowany The Killing Technology. I choć zawsze fascynowała mnie ewolucja brzmienia zespołu to debiut jest chyba płytą, do której wracam najczęściej. 

Na koniec kącik progresywny a w nim, jak to mówią, samo dobro. Dobro, na które czekałem z niecierpliwością. Na trzecią część A Dark Poem norweskiego Green Carnation z ciekawością rozbudzoną dwoma, bardzo dobrymi poprzedniczkami a na drugą płytę Castle Mountain Moon zatytułowaną A Layman's Guide to Unobtainum w napięciu, czy Niemcom uda się dorównać niezwykłemu debiutowi. W obu przypadkach nagrodą za niecieprliwość była wspaniała muzyczna uczta, której ślad znajdziecie na dzisiejszej playliście. 

Dodajmy do tego jeszcze AutoMoto Animus amerykańskiego Phideaux i jej "ponowną" (czyli streamingową) premierę i mamy progresywny dream team. Ja co prawda najnowszej płyty pana Xaviera słuchałem dzięki bandcampowi już na początku czerwca ale jej pojawienie się na "zielonej platformie" dało mi impuls by znów sięgnąć po te niezwykle eklektyczne i wciągające dźwięki.

Mam też nadzieję, że muzyka, o której dziś pisałem też Was wciągnie i często będziecie tu wracać po nowości, polecajki i muzyczne archeologiczne odkrycia. Ja też zawsze jestem otwarty na Wasze sugestie i gdy tylko czas pozwala, staram się regularnie z nimi zapoznawać. Dlatego też, tym goręcej zachęcam do podzielenia się Waszymi podsumowaniami tygodnia. Poniżej zaś tradycyjnie, odnośnik do playlisty. Miłego odsłuchu!

Playlista: 06.09.2026

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Najpopularniejsze