Witam Was moi drodzy czytelnicy. Zapraszam na cotygodniowe podsumowanie. Postaram się tym razem nie rozpisywać, gdyż czas jak się okazuje bywa dość ograniczonym zasobem. Także zerknij my sobie, jakie albumy grały u mnie ostatnio najczęściej.
Zacznijmy od power metalu. Tu dominował głównie Forever od superbohatera kiego Grailknights - triumfalny, melodyjny i pełen ironicznego patosu. Bardzo cenię też Evertale, drugi album włoskiego Elettra Storm, gdzie obok symfonicznego przepychu i błyskawicznych temp dostajemy też łatwo wpadające w ucho melodie. Kolejne dwa albumy, Legends Sabatonu i Steelbound Battle Beast nie wnoszą niby nic nowego do brzmienia tych zespołów ale w swojej niszy to nadal solidna porcja odpowiednio historii ubranej w metalowe brzmienia i bombastycznego disco metalu.
Na uwagę zasługuje też Gladenfold, zespół dotychczas rzadko przeze mnie słuchany. Niedawno panowie zapowiedzieli nowy album, zaprezentowali ciekawy singiel a ja dzięki temu w końcu zabrałem się za poprzednie wydawnictwo - docenione choćby w Metal Storm Awards - Nemesis. Mamy tu bardzo zgrabne połączenie power metalu z melodeathem, momentami czuć tu Kamelot, w innym miejscu bardziej Soilwork ale przede wszystkim jest to po prostu Gladenfold.
Kolejne trzy albumy to różnie pojmowany folk metal. Najpierw hiszpański Mago de Oz i ich nowa płyta pt. Malicia. Zespół gra dalej to co umie najlepiej, celtycki folk połączony z melodyjnym power metalem. Jak zwykle mamy tu kilka łatwo przyswajalnych przebojów ale album jako całość trochę traci na swojej długości. Kilka mniej udanych utworów mniej i byłoby celująco.
Czarny Bez już znacie. Industrialny metal romansujacy ze słowiańskim folkiem. Muzyka oryginalna i naprawdę wciągająca.
Jest jeszcze Stworz, który niedawno wydał swój nowy krążek zatytułowany U Śmierci na komornem. Pogański black metal z jak zwykle poetyckimi tekstami. Nie ma tu może takiej depresyjnosci jak w pokrewnym mu Kresie ale czuć tę słowiańską nostalgię, do której się już przyzwyczailiśmy.
Słów kilka należy się polskiemu Aquilla, który w poprzednim tygodniu nie dostał ode mnie tyle czasu na ile zasłużył. Sentinels of a New Dawn to porządny heavy metal, szybki, z odpowiednią dawką melodii ale nie wchodzący we flower metalowe klimaty. Jest surowo, jest żelaziście niczym w pulpowej fantastyce lat 30-ych.
Testament na Para Bellum wchodzi momentami na iście black metalowe terytoria ale cóż, każde nawet najtwardsze metalowe serce wzruszy się przy nastrojowej power balladzie. I taka jest Meant to Be, trochę zaskakująca ale mająca w sobie to coś.
Power ballady były bardzo lubiane przez kapele hair i glam metalowe, na które "prawdziwi thrasherzy" zwykli patrzeć z góry. Ironia losu, ona gatunki spotkał ten sam los wraz z nastaniem ery grunge'u. Na szczęście jak widać i jeden i drugi powstał jak feniks z popiołów. Jeśli chodzi o glam metal, teraz często określany mianem sleaze metalu to centrum tego ruchu stała się Skandynawia. Zerknijcie ma fiński Shiraz Lane i płytę In Vertigo, duch lat 80-ych wiecznie żywy.
Żeby jednak nie było tak kolorowo przejdźmy w mroczniejsze klimaty. Miłośnicy stoner doomu uwielbiają bagienne klimaty a Bog Wizard na swym najnowszym dziele, Satanik Panik dowozi naprawdę błotnistą muzę, świetny groove, gitarowy brud i szorstki wokal sprawiają, że można zapaść się w tę muzykę niczym Frodo w bagna na Polach Dagorlad.
W końcu miałem też więcej czasu na Howling Giant i album Crucible & Ruin. Ten kosmiczny stoner z progresywnym sznytem został wybrany albumem miesiąca przez Doom Charts, grzechem więc byłoby nie zapoznać się z nim. I dobrze, bo płyta naprawdę nieziemska.
Odświeżałem sobie też krążek Emerald Forest and the Blackbird fińskich death/doom metalowców że Swallow the Sun. Pamiętam jak w roku premiery album był dość słabo oceniany, ja też wtedy uwagi na niego nie zwróciłem. Dopiero po dwóch latach dałem im kolejną szansę i totalnie odleciałem. Ten romantyzm, ten nastrój zaklęty w dźwiękach czekał chyba aż dojrzeję i jako słuchacz i jako człowiek. Do dziś uważam go za absolutny top 3 w dyskografii zespołu a Labirynth of London (czwarty utwór w serii The Horror) mogę słuchać bez końca.
Doom metal to aktualnie chyba najszerzej eksplorowany podgatunek metalu, jednym z pokrewnych mu stylów jest doomgaze. Można do niego zaliczyć m.in. Frayle choć ostatni krążek mail w sobie więcej metalicznego pierwiastka. Z drugiej strony, eterycznie i ambientowe podchodzi do tematu Suvi Savikko w swym projekcie shedfromthebody. Everything Out There Has a Teeth to drugi krążek artystki wydany w tym roku a kryje się na nim utwór, którego się nie spodziewałem. Nature's Weapon odchodzi od ambientowego doomgaze'u w brzmienie alternatywne, którego nie powstydziliby by się twórcy post-hc. Musicie tego posłuchać.
Doomgaze to nie jedyny gatunek pokrewny metalowi, który czerpie wzorce z shoegaze'u. W muzyce amerykańskiego Astronoid post-metal wzbogacony jest o shoegaze'owe elementy. Efekt końcowy jest bardzo ciekawy i powiem Wam, że wydana w piątek płyta Stargod była najczęściej słuchaną przeze mnie premierą weekendu.
O Ethel Cain chciałbym napisać coś więcej, bo w końcu zmierzyłem się z płytą Willoughby Tucker, I’ll Always Love You ale czuję, że są w polskim internecie osoby, które piękniej opiszą tę płytę (np. Partyturiada). Wszystkim pozostałym polecam po prostu zasłuchać się w tych nastrojowych dźwiękach.
Teraz obowiązkowa rubryka pod nazwą kolejny album XIII. Stoleti. Tydzień temu miałem pisać o Ztraceni w karpatech, moim ulubionym krążku zespołu ale jakoś tak wyszło, że nie załapał się do podsumowania. W tym tygodniu wziąłem się za następną płytę, w sumie trochę pomijaną przeze mnie - Metropolis. Wyróżnia się ona na tle pozostałych bardzo dużą koncentracją na budujących klimat syntezatorach. Drugim wyróżnikiem są też po raz pierwszy chyba w historii zespołu teksty po angielsku, jak świetny London After Midnight. Cieszę się, że w tym tygodniu udało mi się poświęcić czas na dokładne zapoznanie się z tym krążkiem, bo dziś wiem że bym tego żałował.
Na sam koniec podrzucam Wam klasykę symfonicznego metalu. Zespol Therion to absolutna legenda metalu. Na koncie ma kilkanaście i więcej płyt a wśród tej chmary za jedno ze szczytowych osiągnięć uważana jest płyta Vovin. Jak jednak nie kochać płyty, na której jest takie barokowo-metalowe misterium jak Rise of Sodom and Gomorrah.
Ok, tydzień się skończył tak jak i artykuł. Potomnym zostawiam playlistę z najczęściej słuchanych w tym czasie utworami. Liczę, że się Wam spodobają i że podzielicie się swoimi statystykami.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz