Czesi śmieją się z nas, że mówimy Dzień dobry a w Polsce żaden dzień nie jest dobry. Może coś w tym jest, bo zwłaszcza poniedziałkowe poranki do takich nie należą. Ale poniedziałek to też czas muzycznego podsumowania tygodnia, na które serdecznie zapraszam. Może wspólnie trochę sobie poprawimy nastrój?
Zacznijmy więc od doom metalu (he he). Ostatnio rzadziej sięgałem po ten gatunek metalu, częściej jak już to wybierałem dsbm czy inne formy "atmosferycznego" metalu. Przyszedł jednak czas na zmianę a to za sprawą kilku bardzo dobrych albumów. Przede wszystkim w końcu sięgnąłem po krążek, który szeroko wzmiankowany był wśród najlepszych z zeszłego roku, czy to w rankingach Doom Charts czy naszych rodzimych muzycznych blogerów i redaktorów (np. 6-te miejsce u Puszka FM). O jaki krążek chodzi? Oczywiście o Return From the Point of No Return greckiego Nightstalker. Jest to niesamowita dźwiękowa podróż, duszna, psychodeliczna, trochę bluesowa a przy tym wszystkim niesamowicie "sabbathowa". Już sam wokal nasuwa podobieństwa z Księciem Ciemności ale i podkład dźwiękowy zdecydowanie mógłby trafić na jeden z pierwszych albumów Black Sabbath. Nie wiem sam czemu tak długo odkładałem zapoznanie się z tym niezwykłym wydawnictwem. Biję się w pierś i deklaruje, że jak wrócić do regularnego słuchania stoner/doomu to tylko z "powrotem z miejsca bez powrotu".
W sumie jak już o powrotach. Na fali stonerowego odrodzenia odświeżyłem sobie też Let it Burn, debiut amerykańskiego kwartetu REZN. Klasyka psychodelicznego, ezoterycznego i odpowiednio przybrudzonego doom metalu pochłonęła mnie tak samo jak lata temu, gdy dopiero poznawałem ich twórczość. Wake, Harvest the Void - to tylko dwa przykłady dźwiękowych rytuałów od których nie sposób się oderwać. Podrzucam je na playlistę i liczę, że Was też wciągną na długie, wieczorne godziny.
Z doom metalowych nowości warto poświęcić czas na zapoznanie się z nową płytą zespołu Sundecay. The Blood Lives Again miało swoją premierę w ten piątek i jest to długogrający debiut Kanadyjczyków. Internety piszą o nich jako o psychodelicznym doom metalu, ja jednak w konstrukcji utworów, ich długości i nacisku na odpowiednio przygniatający klimat śmiałbym zaliczyć ich nawet do epickiej gałęzi metalu zagłady. Wystarczy włączyć sobie ostatni na trackliście Will Dusk Defy Dawn by zrozumieć o czym mówię. Zresztą, zostawmy etykiety statystykom, niech wybrzmią emocje a tych na albumie na pewno nie brakuje.
Na pograniczu stonera, psychodelii czy depresyjnego rocka (a może po prostu slowcore'a?) znajdziemy taki niezwykłe ansambl jak Great Ooze. Pod sam koniec stycznia ta pochodząca z Seattle kapela wydała płytę zatytułowaną The Vast and Howling Wilderness a w tę środę w najnowszym Grzybo Braniu mogliśmy usłyszeć pochodzący z niej kawałek Ben's Garage, który zrobił na mnie niesamowite wrażenie. Od tego czasu słucham ich codziennie a rzeczonego numeru nawet po kilka razy. Z jednej strony niespieszne tempo, dobrze budowany klimat, stopniowanie napięcia a z drugiej jednak intensywny ładunek emocjonalny. Obok takiej kompozycji nie sposób przejść obojętnie. Co więcej, pozostale 7 numerów też ma się czym pochwalić. Nic tylko słuchać.
Gatunkiem muzycznym, który w pierwszych tygodniach bieżącego roku gościł u mnie zdecydowanie częściej niż zwykle jest za to thrash metal. Nowy Kreator, Megadeth, klasyczne krążki Xentrix - było tego sporo. W tym tygodniu też o nim nie zapomniałem, choć nieco zmienił się zestaw wykonawców. Nadal co prawda machałem głową na złamanie karku do The Electric Age Overkilla - jednej z najlepszych thrashowych płyt XXI wieku i absolutnego TOP 3 jeśli chodzi o deyskografię ekipy Bobbiego Blitza. Szybkość, agresja, hałas - ta płyta nie zwalnia nawet na chwilę a po ostatnim akordzie chce się jeszcze i jeszcze. Szaleńcze tempa to też specjalność reprezentanta młodszej generacji thrashu. Na założony w 2002 roku, północnoirlandzki Gama Bomb trafiłem przypadkiem w 2011 roku i od tego czasu co kilka lat lubię wskoczyć w ich surrealistyczny, rozpędzony świat. Tym razem, prócz najbardziej lubianej Tales from the Grave in Space sięgałem również po nieco nowszą, liczącą sobie 8 lat płytę Speed Between Lines z takim killerem jak Bring out the Monster na czele.
A wiecie jak trafiłem na wyżej wymienioną kapelę? Chciałem na laście wyszukać Gamma Ray i "coś mi się kliknęło nie tak". Power metalu nie było ale i tak było "zaje**ście". A propo powera, to słuchałem ostatnio właśnie sporo klasyki gatunku z lat 90-ych i dwutysięcznych - chociażby Land of the Free II rzeczonego Gamma Ray czy nigdy-nie-nudzącego się Theater of Salvation ich rodaków z Edguy. Świetna muzyka i szkoda tylko, że widoków na coś nowego z obu obozów niestety nie ma...
Na szczęście są muzycy, którzy dumnie niosą chorągwie power metalu a jedną z nich jest heavy/powerowy Greyhawk. Ich power jest taki mocno amerykański (nie powinno to dziwić skoro są z Seattle) ale na równi z ciężarem i szybkością dbają też o warstwę melodyczną. Wychodzi im to bardzo zgrabnie a wydana w piątek Warriors of Greyhawk to płyta z rodzaju tych, które potrafią zaciekawić na dłużej. Tego życzę i Wam i sobie.
Z nowym Edenbridge mam tak, że przez kilka dni słucham bardzo chętnie, potem na kilka dni zapominam o istnieniu Set the Dark on Fire by znów powrócić do tego symfoniczno-metalowego uniwersum. Zeszły tydzień miał więcej tych "drugich dni" a ja utwierdziłem się w przekonaniu, że choć jako całość płyta w ziemię nie wgniata to za sam opener w postaci epickiego The Ghostship Diaries należy się Austriakom duży plus.
Pora na jedyny w dzisiejszym artykule concept album. Warto wspomnieć, że też jak dotąd jedyny w dyskografii prog-rockowego Big Big Train. Woodcut to dzieło ambitne, składające się z 16-tu kompozycji dających łącznie 65 minut muzyki - zarówno refleksyjnej jak i dramatycznej, wyciszającej jak i budzącej pewien "jaskółczy" niepokój. Czuć, że muzycy włożyli w proces twórczy wiele serca i emocji a że tematem przewodnim albumu jest życie artysty, można traktować go też jako pewną metaforę własnych losów a wiemy, że ta legenda brytyjskiej sceny mierzyła się z różnymi przeciwnościami. Wciaż jednak trwała, wciąż tworzyła, rzeźbiąc w drewnie czasu swój artystyczny manifest.
Niepokój to też jedna z emocji jaka towarzyszy odsłuchowi Oceanów. Na swej najnowszej płycie alternatywno/progresywne Resoraki umieściły niezwykłą kompozycję - Osiem minut po wybuchu słońca, o której pisałem już nie raz. Są jednak na płycie też inne utwory, może nie tak przytłaczające ale równie zaskakujące inteligentnymi tekstami i dźwiękowymi pejzażami. Wśród nich coraz bardziej wkręcam się w mający w sobie coś psychodelicznego Mróz i drzewo morwy. "Gorąco" polecam.
Podobnie rzecz się ma z W lustrach anten alt-rockowego Zaułka. Ktoś powie, że to tylko 27 minut muzyka a ja mu na to, że mało kto w 27 minutach potrafi zawrzeć tyle emocji, marzeń i przemyśleń. Mamy tu i zadziorność i trochę elektroniki, odrobinę dreampopowej subtelności i shoegaze'owej eteryczności. Przystępując do odsłuchu sami nie wiemy kiedy z 27 minut robi się 54, 81, 108 i tak dalej i tak dalej...
Dobra, mieliśmy już doom, power, thrash, psychodelię, alternatywę i progresję. A co powiecie na trochę swing metalu? Tak, dobrze słyszycie. Shoo Bee Doom to kapela, która wymyśliła swój własny gatunek metalu. Jak inaczej bowiem nazwać połączenie bigbandowych dęciaków z hard-rockowymi gitarami? Do tego mocno jazzujący wokal Eden Levin i mamy muzyczną podróż w czasie z lat 20-ych XXI do lat 20-ych XX wieku. Bardzo intrygującą podróż!
Tym nieco tanecznym akcentem zamykam dzisiejsze podsumowanie. Nie zapomnijcie podzielić się Waszymi statystykami, kolażami czy po prostu refleksami. Miłego dnia i miłego odsłuchu dzisiejszej playlisty. Link tam gdzie zawsze:
.jpg)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz