poniedziałek, 30 marca 2026

23-30.03.2026

 


Witam wszystkich czytelników? Jak forma w ten pierwszy poniedziałek po zmianie czasu na letni? Mój zegar biologiczny powoli przestawia się na nowy tryb a pomaga mi w tym jak zawsze ulubiona muzyka. Sprawdźmy więc, czy wraz ze zmianą czasu cokolwiek zmieniło się w moich gustach.

Na pierwszym miejscu bez zmian. Lubelskie Źrenice i ich debiut zatytułowany Śnienie to płyta pełna psychodeliczno-eterycznej poetyki, zamglona, zamyślona a jednocześnie mocna w swym przekazie. Nie chcę rzucać zbyt szybko takich deklaracji ale jeśli chodzi o polski metal a w zasadzie jego bardziej stoner/doomową gałąź to jest to dla mnie najlepszy start od czasów Toni i ich Korzeni.

Równie chętnie słucham też przebojowego hard rocka jaki na swej najnowszej płycie serwuje nam Tyketto. Tydzień temu pisałem, że jak na 2026 rok to jest to najlepsza około-aorowo-glamowa płyta. Od piątku ma jednak silną konkurencję. Reckless to trzecia płyta Chez Kane, wokalistki którą śmiało można nazwać współczesną Litą Ford lub Lee Aaron. Mocny, zmysłowy głos, kipiące erotyzmem, energetyczne kawałki z jakże ejtisowymi solówkami na saksofonie, adekwatne do tamtych lat brzmienie syntezatorów i wystrzałowe gitary, może trochę zbyt dopieszczone i wyczyszczone współczesną technologią. Nie narzekajmy jednak tylko słuchajmy i bawmy się, bo Reckless niesie z sobą tej frajdy naprawdę sporo.

Nigdy nie ukrywałem też, że wśród wszystkich odmian metalu to power darzę największym uczuciem. Emocje te nie słabną od blisko 20 lat a pojawiające się regularnie premiery płytowe i mrowie młodych, zdolnych zespołów tylko cieszy moje trzydziestoparo letnie serce. I tak było też w ostatnim tygodniu. Jakby popatrzeć na staż słuchanych w tym okresie powerowych zespołów to praktycznie żaden z nich nie gra dłużej niż 10 lat. Miłośnicy starożytnych bogów z Aeon Gods w ciągu czterech lat dorobili się już dwóch albumów, z których tegoroczny Reborn to Light siedzi mi w głowie już drugi miesiąc. Z zaciekawieniem czekałem też na "trójkę" od szwedzkiego Evermore. W podsumowaniu 2023 roku zaliczyłem ich do swych największych muzycznych odkryć i trochę żałowałem, że w poprzedni weekend brakło mi czasu by mocniej przysiąść do Mournbraid. Na szczęście poprawiłem się trochę i mogę powiedzieć, że ujmy ten album im nie przynosi. Jest dynamicznie i melodyjnie z odpowiednią dawką metalowej ciężkości. I choć mniej tu numerów z automatu wpadających w ucho, dla miłośników power metalu powinna to być pozycja obowiązkowa. Trochę inaczej jest za to z Power Paladin. Ten pochodzacy z Islandii, wierny skandynawskiej szkole powera zespół nie tylko wyrównał poziom z debiutu ale wskoczył jeszcze o jeden stopień wyżej. Pozostając przy powerowym rdzeniu nie bał się sięgnąć po ostrzejsze formy wyrazu, pobawić się trochę konwencją i żartem dowożąc w ostateczności bardzo zróżnicowany i dający sporo prawidziwej radości krążek. Beyond the Reach of Enchantment - zapamiętajcie tą nazwę, będzie o niej głośno!

Jedną z moich ulubionych powerowych płyt 2025 roku była Symphony of the Universe włoskiego projektu Cristiano Filippini's Flames of Heaven i zainspirowana losami Rycerzy Zodiaku (tak, tymi z mangi i anime Saint Seiya). Był to mój pierwszy kontakt z muzyką pana Filippiniego, choć pięć lat wcześniej ukazała się debiutancka The Force Within. W tym tygodniu postanowiłem nadrobić zaległości i zapoznałem się z nią. Jak wrażenia? Jak najbardziej pozytywne. Ponownie (a w zasadzie to pierwszy raz) za mikrofonem mamy świetnego Marco Pastorino, gitary Filippiniego robią robotę a kompozycje, przeważnie powerowe galopady z lekkimi aor-owymi wstawkami są na solidnym poziomie. Album ten dokładnie pokazuje, jaki w Flames of Heaven drzemiał potencjał i cieszę się, że po tych kilku latach przerwy udało się go w pełni wykorzystać na drugiej płycie.

Muszę trochę doprecyzować zdanie sprzed dwóch akapitów. Z europejskiego powera nie słuchałem zespołów starszych niż 10 lat. Z amerykańskiego powera zaś grzmiał, siekł i tratował mocarny Jag Panzer z nieśmiertelnym Cold is the Blade na czele. Warto jednak sięgnąć tez po inne płyty z bogatej dyskografii tej zasłużonej kapeli. U mnie były to trochę późniejsze dokonania w postaci The Deviant Chord i The Scourge of Light.

A czy Alestorm można zaliczyć do power metalu? Sami muzycy określają się mianem true scottish pirate metalu ale oni nie są do końca poważni. Jednakże wydany w 2008 roku debiut - Captain Morgan's Revenge miał w sobie, obok pijackich (ale jakże pirackich) zaśpiewów jeszcze trochę powagi, której zabrakło mi na zeszłorocznej płycie. Dlatego gdy chcę posłuchać prawidziwego, powiedziałem prawdziwego Alestorma sięgam po pierwsze płyty z ich katalogu. Yarharharhar!

A co mam do powiedzenia w kwestii doomu i stonera? Było ciężko i było wolno - tak jak zresztą być powinno. Najlepiej to odda chyba fakt, że w piątek ukazał się Deceit and Misery, pełnoprawny debiut amerykańskiego Iron Slug. Kawałki utrzymane w nomen omen ślimaczym tempie i smoliście tłuste od ciężaru to idealna odmiana od bombastycznego hard rocka i pompatycznego powera (choć obie te cechy baaardzo lubię). Korzystając z okazji odświeżyłem sobie też krótką EP-kę sprzed dwóch lat (Debauched and Bored), którą otwiera świetny Beauty Left in Woods

Psychodelicznego stoner doomu nigdy za wiele a jak już taki saksofonowy tydzień (patrz wyżej) mi się zrobił to muzyka REZN pasuje tu znakomicie. Widać też, że instrumenty dęte potrafią znaleźć niejedną niszę w szeroko pojetym świecie rocka i metalu, dodając do niej coś "ekstra".

Doom to nie tylko stoner, choć współcześnie ten styl zdaje się współcześnie dominować. Bułgarski Velian proponuje w to miejsce muzykę bliższą gotykowi czy tradycyjnemu heavy metalowi. Jest melancholijnie i bardziej romantycznie ale, nie lękajcie się, wcale nie cukierkowo. Panowie potrafią jednak stworzyć odpowiednią atmosferę, w której ten pierwiastek doomowy jest stale obecny. Bardzo cieszy mnie też nowa płyta Hanging Garden, która do elementów doomu i gotyku dodaje zarówno symfoniczność jak i krztynę death-metalowej agresji, widocznej zwłaszcza w wokalu. Isle of Bliss to kolejne wielopoziomowe dzieło, które wyszło spod ręki fińskich artystów.

Drogę od death/doomu przez gothic, elektronikę i z powrotem przeszła jak wiadomo jedna z legend gatunku. Paradise Lost od dawna jest jednym z moich ulubionych doomowych zespołów i cenię ich między innymi właśnie za tą zmienność, wieczne poszukiwania, nieraz prowadzące w ślepe zaułki ale nigdy nie schodzące poniżej pewnego poziomu. Ostatnio sięgnąłem po album, który przez te wszystkie lata znajomości z "paradajsami" trochę pomijałem. A nosi on najprostszy z możliwych tytuł. Paradise Lost z 2005 roku to jak się okazuje płyta udana, klimatyczna i ciekawa, choć stylistycznie dość zwarta i jednolita. Jakbym miał określić ją przez pryzmat innych albumów zespołu, to powiedziałbym że jest połączeniem One Second z Faith Divides Us... a że to jedne z moich ulubionych płyt smutasów z Halifaxu, to self-tittled nie mógł mi się nie spodobać.

Na koniec trochę thrashu. Nowy Exodus co tu dużo mówić, nie porwał mnie. Z drugiej strony Goliath nie jest też płytą złą. Jakoś po prostu nie czuję tego krążka, słyszę ale nie słucham choć po kolejnym tygodniu mam już więcej niż jeden numer, do którego warto powrócić. Jest nim ciekawy Summon of the God Unknown, który obok singlowego Promise You This znajdziecie na dzisiejszej playliscie. Ogólnie tegoroczny thrash mnie nie rozpieszcza. O Krushers Kreatora pisałem, że dobrze się słucha ale oczekiwań nie miałem wobec niej też bardzo wysokich. Gdy przy okazji słuchania Goliatha wróciłem sobie do nowej płyty niemieckich thrasherów tragedii nie było a w przeciwieństwie do kolegów zza oceanu jednak więcej tu werwy, siły i (jak złośliwi komentują) przebojowości.

Do tej dwójki dorzuciłem też Under Attack innej legendy gatunku, niemieckiego Destruction i tym bardziej poczułem, że "kiedyś to były czasy, teraz nie ma czasów".

A jak u Was wygląda podsumowanie tygodnia? Jakieś zmiany, rewolucje, nawrócenia? ;) Poniżej plejka, miłego słuchania!

Playlista: 29.03.2026



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Najpopularniejsze