Witam wszystkich. Znów mamy poniedziałek i znów podsumowanie tygodnia. Znów ciekawie, różnorodnie i nie zawsze oczywiście. Czyli właściwie jak?
Zacznijmy od najczęściej słuchanego zespołu. W kilku poprzednich wpisach nie ukrywałem, że zaraziłem się Anthraxem. O ile nikomu nie życzę infekcji rzeczoną bakterią, to (niesłusznie) najbardziej niedoceniana kapela z Wielkiej Czwórki thrash metalu ma naprawdę wiele do zaoferowania. I to nie tylko ich pure thrashowa twórczość z lat 80-ych ale też późniejsza - z Bushem na wokalu i groove'm w sercu. Nie znaczy to, że w tym tygodniu całkiem pominąłem tak pomnikowe krążki jak Among the Living, State of Euphoria czy Spreading the Disease, ale to przy tłustym shreddingu wypełniającym Sound of White Noise bawiłem się najlepiej.
Wiem, że ta opinia może stać trochę w kontrze z dużą grupą ortodoksyjnych fanów ale od zawsze mam słabość do tych mniej lubianych krązków znanych artystów. O ile jednak Sound of White Noise ma w Encyklopedii Metalu średnią notę 65%, to kolejny album, o którym chcę wspomnieć spada nieco niżej, bo do 55%. Lata 90-e były trudnym czasem dla obu, zwałczających się wcześniej nurtów muzyki metalowej. I thrash i hair metal musiały ustąpić przed eksplozją popularności grunge'u. Oba zresztą sobie z tym niezbyt dobrze radziły, choć wiele znanych nazw podejmowało przeróżne wysiłki by ten stan rzeczy zmienić. Rok 1997 dla Motley Crue miał być przełomem. W szeregi kapeli wraca oryginalny wokalista, Vince Neil a zespół wydaje nowy materiał (napisany jeszcze pod Johna Corabiego). Co z tego wychodzi? Generation Swine - dla jednych muzyczny maszkaron, dla drugich próba nowego, bardziej zaktualizowanego brzmienia. A dla mnie? Album na pewno nierówny ale zdecydowanie nie nazwałbym go katastrofą. Na plus zdecydowanie dynamiczny utwór tytułowy i romantyczny AOR w postaci Afraid.
Napisałem AOR choć może Nikki Sixx i koledzy obraziliby się na mnie za takie określenie. Ale co jest złego w AOR? Ja ten melodyjny hard rock bardzo lubię i ostatni tydzień dał mi sporo powodów, by ta sympatia nie zniknęła. Pierwszym jest pamiętający "trudne lata 90-e" Hardline, na czele którego nadal stoi wokalista Johnny Gioeli wspierany m.in. przez Frontiersowego wyjadacza Alessandro del Vecchio. W tym roku premierę miała ich ósma płyta Shout! i po 10 dniach spędzonych przy tym nagraniu nie powiem, tytuł jest adekwatny, bo są tam kawałki, które aż chce się wykrzykiwać razem z Johnnym. A rozpędzone Welcome to the Thunder to taka najintensywniejsza próbka tego albumu. Jeśli ktoś jednak lubi bardziej melodyjnie to proszę - Candy Love czy numer tytułowy proszą się o odsłuch. Polecam!
Warto zwrócić też uwagę na szwedzkie Degreed - również grające nowoczensego, melodyjnego hard rocka. Curtain Calls swoją premierę miało w piątek i już zdążyło mnie do siebie przekonać. Duża w tym zasługa ostrego, szybkiego openera One Helluva Night - dobrze rozgrzewającego na start ale co ważne, kapeli udaje się utrzymać ten ogień, choć z różną intensywnością aż do ostatniego akordu.
Przebojowo brzmi też utwór tytułowy z najnowszej płyty ragga metalowego Skindred. You Got This ma w sobie i trochę industrialu i ciężkich gitar i reggae'owych zaśpiewów ale połączone w jedną całość dają prawdziwego earworma.
Zróbmy sobie chwilę przerwy od głośnej i przebojowej muzyki. Czas na metal zagłady. Tu działo się naprawdę sporo i to w różnych podgatunkach doom metalu. Po pierwsze czekam z niecierpliwością na nową płyte stoner/doomowego Monolord. Jest to dla mnie ważny zespół, bo dzięki niemu zacząłem przekonywać się do tego stylu, wcześniej raczej trzymając się tradycyjnego, epickiego czy death/doomu. Tak więc Monolord stopniowo częstuje nas zapowiadającymi album singlami a drugi z nich - Oozing Wound to kompozycja, na którą czekałem od dawna. Surowa, mizantropijna i zarazem pełna hipnotycznych przestrzeni. Doprawdy, jeśli na Neverending będzie więcej takich kawałków to sprawa doomowej płyty roku roztrzygnie nam się już przed półroczem.
Bardzo mnie cieszy, że mimo wielu przeciwności losu, w końcu dostaliśmy nowy krążek portugalskiego A Dream of Poe. Ich melancholijny, gotycki doom metal pochłonął mnie bez reszty jakieś 8-9 lat temu za sprawą dwóch kapitalnych krążków. Wydany przed kilkoma dniami Katabasis: A Marriage Among Ashes jest godnym następcą A Waltz for Apophenia i The Wraith Uncrowned. Czuć w nim te same, rozdzierające serce emocje, smutek, tragizm ale gdzieś tam jest też poczucie siły, która pozwala wśród zgliszczy i popiołów dumnie trzymać się na nogach.
Te same emocje płyną z ostatniej, finalnej płyty Spirit Adrift. Tym bardziej znaczące, że moim ulubionym numerem z Infinite Illumination jest zamykający ją Where Once There Was An Ocean, czyli tak jakby ostatni ever w karierze tej zasłużonej heavy/doomowej formacji.
Dużo dobrego też działo się na rodzimej kamieniarskiej scenie. Chodzi o dwa ciekawe debiuty - eponimiczny stonerowego Black Weedow - bujającego, hipnotyzującego i pustynnego oraz esencję żabiego, bagiennego sliudge'u jaki na wcześniejszym o tydzień Asylum Profanation zafundował nam Toad Twister.
Trochę poza sferą doom metalu ale jednak w pewien sposób pokrewną muzykę gra The Neptune Power Federation. Najprościej byłoby opisać ją mianem occult doom rocka z elementami specyficznego, gotyckiego glamu. Obok rytmicznej, melodyjnej i krzykliwej miejscami muzyki, ważną rolę gra również wizerunek sceniczny artystów a zwłaszcza wokalistki. Ich nowy album Mondo Generator co prawda nic nowego do tego stylu nie wnosi ale w swojej kategorii uważam go za jak najbardziej udany.
W świecie power metalu absolutnie królowały dinozaury :P Ja wiem, że ostatnie kilka płyt Victorius trzeba brać z przymrużeniem oka, bo to takie powerowe Kung Fury. Niemniej jednak pomimo coraz silnej wyczuwalnej woni "cheesu" (bądź cringu - niepotrzebne skreślić) World War Dinozaur słucha się dobrze a dzięki swej szybkości czas przy niej spędzony mija bardzo szybko.
Są też płyty, które słucha się przyjemnie ale trzeba bardziej wytężać ucho - mają bowiem nieco ciekawsze i złożone brzmienie. Takim jest debiut kanadyjsko-ukraińskiego Godspear a utwór So They Say jest obecnie moim ulubionym power metalowym kawałkiem.
Przez ostatnie trzy tygodnie pisałem Wam o kolejnych płytach metalowej opery Marius Danielsen's Legend of Valley Doom. Jest to jeden z najlepszych przedstawicieli gatunku a w ostatnich latach pokusiłbym się o stwierdzenie, że deklasuje dwie najnowsze Avantasię. Muzyka pana Danielsen ma to do siebie, że raz zasłyszana nie może długo ulecieć z pamięci. Tak więc trzyma mnie nadal a dodatkowo, odpaliłem sobie też "solowego" Danielsena, czyli wydaną w 2023 roku War of the World, mającą zdecydowanie mniejszy rozmach ale z niesłabnącym talentem do tworzenia power metalowych bangerów.
Na koniec tej powerowej sekcji dwa powiązane ze sobą zespoły - tematycznie i personalnie. Mianowicie jedna z moich ulubionych płyt Sabatonu czyli Heores, nagrana już bez czwórki wieloletnich członków, którzy dwa lata temu opuścili szeregi kapeli i stworzyli Civil War. I to właśnie ten drugi, dość często słuchany przeze mnie ostatnio zespół, którego wokalistą przez pierwsze lata był charyzmatyczny Nils Patrick Johansson, najbardziej znany z heavy metalowego Astral Doors. Jest to zdecydowanie mniej znana od Sabatonu w metalowym świecie nazwa ale zapewniam, że pod tym szyldem powstało sporo naprawdę dobrej muzyki.
Legendę symfonicznego metalu, grupę Therion znam i lubię od lat. Często do nich wracam a zwłaszcza do płyt z pierwszej dekady obecnego wieku. Tym razem sięgnąłem po dwie ulubione - Lemurię i Gothic Kaballah a impulsem była lektura trzciej części trylogii Agla autorstwa polskiego pisarza Radka Raka. Już imię głównej bohaterki - Sofija coś mi mówiło ale gdy na końcu książki autor pisze, że inspirował się m.in. muzyką Therion połączyłem kropki a z głośników od razu popłynęła przepiękna, liryczna The Perennial Sophia.
Artykuł zacząłem od groove/thrashu, może więc skończe go dream thrashem? Tak bowiem swój styl opisuje grupa Astronoid i cześciowo jestem im w stanie uwierzyć, choć z każdą kolejną płytą tego "thrashu" było coraz mniej. Ja w tym tygodniu słiuchałem dwóch najnowszych - Radiant Bloom i Stargod - zdecydowanie bardziej sennych, rozmarzonych i eterycznych.
Życzę Wam, żebyśmy właśnie w takim rozmarzeniu weszli w ten nowy, krótszy, przedmajówkowy tydzień i żeby nie brakło w nim jak najlepszej muzyki. Dajcie znać jak Wam minął tydzień! A niżej, wiadomo, playlista:

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz