poniedziałek, 11 maja 2026

04.05-10.05.2026

 


Poniedziałek przywitał mnie istną nawałnicą - zarówno obowiązków zawodowych jak i bardziej przyziemnie, ulewnym deszczem który nawiedził Małopolskę.W chwilach wytchnienia piszę więc to podsumowanie, szukając odpowiedzi na jedno pytanie - czy ostatnie siedem dni były równie intensywne muzycznie? 

Na pewno jak grom z jasnego nieba spadła na mnie płyta The Heart Remains at Home niemieckiego zespołu Kingsmash. Nigdy wcześniej o nim nie słyszałem bo i też rzeczony album jest ich pełnometrażowym debiutem. A co na nim się mieści, ze tak mnie wzięło? Prawdziwie niemiecka muzyka - miks hard rocka, heavy i power metalu. Taki solidny jak niemiecka stal - nie ma tu miejsca na dzwoneczkowe klawisze, jest mocna perkusja, ostre gitary i mało śpiewny ale pasujący do muzyki, surowy falset. O skali tego zjawiska niech zaświadczy fakt, że od momentu pierwszego odsłuchu utwór Sparrow przesłuchałem już ponad 20 razy. 

Przyjemnie zaskoczyła mnie power metalowa Rexoria, gdyż jej poprzednie albumy jakoś nie potrafiły mnie do siebie przekonać. Na szczęście najnowsze wydawnictwo - Fallen Dimension ma w sobie to coś i w przeciwieństwie do poprzedników po pierwszym odsłuchu zostaje mi w głowie coś więcej niż tylko jeden utwór. 

Od razu śpieszę z wyjaśnieniem, że pomimo mojego zachwytu nad utworem So They Say, debiutancki album grupy Godspear ma w sobie również kilka innych bardzo udanych kompozycji. W tym tygodniu szczególnie zamiłowanie poczułem do podniosłego ale i dynamicznego Of Glorious Past

Skoro już mowa o epickim, teatralnym wręcz power metalu cofnąłem się w czasie o kilka lat by ostatecznie zamknąć muzyczne uniwersum rodu Danielsen i sięgnąłem po drugą część The Chronicles of Eunomia. Szybkie i melodyjne kompozycje, klimat magii i miecza a także umiejętny dobór gości specjalnych sprawiają że jest to świetna propozycja dla wszystkich czekających na mającą niedługo nadejść czwartą część Legend o Dolinie Zagłady.

Opowieść jest także sednem najnowszej epki symfoniczno metalowego zespołu Whiteabbey. Trilogy II: Sweet Revenge oparta jest o historię Fabryki Czekolady Willy Wonky, rozsławionej przez dwa kasowe filmy. Przyznam się, że pochodzącym z Irlandii Północnej muzykom udało się oddać ten wcale nie tak bajkowy (jak pewnie wiecie i co tytuł też sugeruje) klimat. 

Wracamy do zjawisk atmosferycznych w przebiegu dzisiejszego podsumowania. To co bowiem zrobiła ze mną długo oczekiwana, nowa płyta Draconian można określić dosłownie krajobrazem po burzy. Ta przytłaczająca melancholia, atmosfera nie tyle smutku ile rozpaczy ale i gniewu, który tak wybrzmiewa w mocnym jak nigdy głosie Lisy w znanym już z singla Cold Heavens. To jednak nie wszystko, album jest urozmaicony i choćby Anima, gdzie swój gotycko-postrockowy pierwiastek po raz kolejny dodaje Daniel Anghede to drugi koniec doomowego spektrum. Nie można też zapomnieć o growlingu i poetyckich tekstach Andersa Jacobssona, które dopełniają tego (śmiertelnego) piękna.

Zespołem w niczym nieustępującym Szwedom, choć mniej znanym jest fiński Red Moon Architect. Rok temu wydali udany album October Decay ale ja tym razem odświeżyłem sobie drugi w ich katalogu Fall z 2015 z subtelnym choć przejmującym, klawiszowym This Won't Fade.

Miłośnicy takiego właśnie gotyckiego podejścia do doom czy też może death/doom metalu mają ostatnio dużo powodów do radości? Nie brzmi to doomowo, może do satysfakcji? Inną warta uwagi płytą jest Katabasis portugalskiego A Dream of Poe, z tą różnicą że tu growling sąsiaduje z męskim, czystym, wręcz momentami aksamitnym i emocjonalnym głosem.

Ostatnio znalazłem też czas na dwa zespoły, które już dokonały (bądź zawiesiły na czas nieokreślony) swego muzycznego żywota. Jednym z nich był progresywny melodeath/doomowy Barren Earth z a drugim wywodzący się również z death/doomu i stopniowo wplatający coraz więcej post-rockowych elementów Ghost Brigade. Oba z Finlandii, oba potrafiące kreślić niepokojące, mizantropijne pejzaże.

Nadszedł czas na kolejny grom z jasnego nieba, tym razem stonerowego. Jakiś czas temu pisałem Wam o odsłuchiwaniu całej dyskografii amerykańskiego REZN. Psioczyłem wtedy trochę na ich ostatnie dzieło, choć jak pewnie pamiętacie udało nam się w końcu polubić. Burden ukazało się rok po poprzedniej płycie i trochę było czuć zmęczenia materiału. Ale cóż to. W środę nagle pojawił się utwór Cloudfall a z nim zapowiedź kolejnego krążka. I niech mnie, widać że ekipa dobrze wykorzystała ostatnie kilka lat. Jest tu wszystko co w tej psychodelicznej, stonerowego jeździe najlepszej, włączając w to niesamowicie sugestywną melodię która wpada od razu do głowy.

Co jeszcze? Chociażby najbardziej industrialny Moonspell czyli The Butterfly Effect. Różne opinie krążą nt tego albumu, ja jednak mam wrażenie, że w tym chłodnym, nieco mechanicznym, zdehumanizowanym stylu czuć moonspellowy gotyk choć podany w nietypowej ale wcale nie gorszej formie. 

A jaka tam muzyczna pogoda w Kraju nad Wisłą? Raczej nie bezchmurnie, bo ani noise rockowy Zespół Sztylety ani nastrojowy hurdy gurdy metal, grany przez Michalinę Malisz z zespołem Lyrre to nie jest najbardziej pogodna muzyka. Ma jednak inne zalety i tak odpowiednio Wszystkie Rany Niezabliźnione i Nothing Is Promised to odpowiednio gorzkie autorefleksje podlane buntem i muzyczne studium niepewności i ulotności z lekko średniowiecznym w formie ale nie treści sznytem.

Bardzo ciekawie prezentuje się debiutancki dlugograj thrash metalowego Fantom. Na Breathtaking... panowie wyraźnie odwołują się do klasyki gatunku ale robią to w przemyślany sposób, tworząc amalgamat większości nurtów jakimi od lat 80-ych po czasy nam współczesne płynął thrash. Jest nawet tam miejsce na swoistą power balladę w postaci Wooden Weapon ale i na różne muzyczne żarciki (jak choćby wariacja na temat surf rocka w jednym z singlowych numerów). W skrócie krążek, który rodzimej scenie zdecydowanie ujmy nie przynosi.

Jedni odwołują się do klasyki metalu, inni są tą klasyką. Już się pewnie domyślacie że jestem po odsłuchu i nowego Venom i Darkthrone, czyli kapel które kładły podwaliny pod współczesny black metal, choć albo nigdy go nie grały w tej najbardziej znanej formie lub nie grają już od dawna. Jednak nadal jest między nimi wiele podobieństw, choć nie poradzili sobie z zadaniem nagrania nowego albumu jednakowo. Venom niestety prócz wyraźnych odwołań do legendarnej już płyty Black Metal nie proponuje na Into Oblivion nic ciekawego. Samo Lay Down Your Soul (tak, aż tak wyraźne odwołanie) nie uratuje krążka, na którym pozostałe 12 pozycji zlewa się ze sobą. Co innego norweski duet, który przez lata aktywności przechodził od progresywnego deathu po brudny, surowy black by potem zachłysnąć się crist punkiem i w końcu zatoczyć krąg i coraz bardziej wpadając w proto, lub może właśnie pre-historic metalowe klimaty. I kurczę, w każdej z tych odsłon radzą sobie wyjątkowo a Venoma cóż, tym razem zjadają na śniadanie.

Jedną z zalet prowadzenia muzycznego bloga jest znajdowanie zespołów, o których mało kto słyszał. Albo może właśnie ta zdolność sprawia, że w końcu zaczynamy dzielić się naszymi odkryciami że światem? Nie ma co tego jakoś mocno rozkminiać. Ważne, że takie odkrycia się zdarzają a tym razem był nim nowojorski Melidian, grający melodyjny hard rock/AOR. W 1989 roku wydali oni swój jedyny album, Ready to Rock pełen gitarowych, melodyjnych i pełnych rock'n'rollowego wigoru kawałków. Ja przy ich hard rockowych hymnach bawiłem się bardzo dobrze i do tego samego zachęcam Was.

Moi czytelnicy wiedzą, że wirusowy hair metal nie umarł wraz z końcem rzeczonej dekady. Zwłaszcza w Skandynawii w drugiej dekadzie nowego stulecia zaczęło działać wiele zespołów inspirujących się tą sceną, co zostało nawet ochrzczone mianem new wave of scandinavian hair metal. Sztandarowym przykładem jest szwedzki Crashdiet, niosący mimo wielu przeciwności dumnie w górze chorągiew glam metalu na kolejnej udanej płycie zatytułowanej Art of Chaos. 

Nadal chętnie sięgałem też po inną szwedzką melodyjną kapelę - Creye i ich czwartą płytę. Łagodniejsi, bardziej jednak AORowi niż Crashdiet ale również potrafiący wbić się do głowy swoimi przebojowymi melodiami. I co ważne, w kontekście przekombinowanej nieco IIIki - tym razem z dużym luzem i lekkością, taką powiem nawet autentycznością a to w muzyce rockowej najważniejsze.

Okej, miałem pisać w przerwach w pracy - jest 23 z hakiem i w końcu się wyrobiłem. Wrzucam więc Wam też link do playlisty, może komuś potrzeba energetycznego hard rocka, epickiego powera lub melancholijnego doomu na drugą część nocy lub następny dzień - wystarczy kliknąć play. Wszystkich też zachęcam do pochwalenia się swoimi statystykami odsłuchów z minionego tygodnia. G'nite!

Playlista: 10.05.2026

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Najpopularniejsze