poniedziałek, 22 czerwca 2026

15.06-21.06.2026

 


Witam wszystkich w pierwszy w pełni letni dzień a zarazem pierwszy dzień nowego tygodnia. To oznaczać może tylko jedno - przygotujcie się na kolejne muzyczne podsumowanie.

Znów będzie mocno doomowo, jakby na przekór upalnym, słonecznym dniom, choć niejeden z artystów, o których napiszę umie kreować prawdziwie duszne klimaty. Zaczniemy jednak od piękna utkanego z melancholii, rozpaczy i bólu jakim jest najnowsza płyta szwedzkiego Draconian. In Somnolent Ruin to kwintesencja twórczości zespołu - mieszanka gothic, death i doom metalu z nutą symfonicznego nokturnu. Płyta, której słuchać można bez końca.

Kilka lat temu zespół Khemmis wypuścił EP-kę pt. Doomed Heavy Metal - jest to o tyle znacząca informacje, ponieważ właśnie w takim kierunku ewoluowała przez lata ich muzyka. Wydana 10 dni temu piąta płyta, zatytułowana po prostu Khemmis ma w sobie bowiem i sporo doomowej melancholii, typowej dla epic doomu majestatyczności ale jest i sporo heavy metalowego ognia, przyspieszeń tempa (choć ostrożnych i w pełni kontrolowanych) ale w tym wszystkim nie zmienia się jedno - zdolność kreowania takich melodii, że człowiek słucha z zapartym tchem i czuje jakby przenosił się do innego, odwzorowanego po raz kolejny na świetnej okładce, świata.

Kolejny tydzień zanurzam się w dźwięki płynące z Transience nagranej przez epic doomowe Mirror of Deception. Tym razem najwięcej czasu poświęciłem zamykającej krążek kompozycji Meander i jej majestatycznemu i malowniczemu nurtowi.

Po drugiej stronie doomowego spektrum mamy kilka ciekawych stonerowych pozycji - dwie nowości i jeden klasyk gatunku. Może jednak obecnie określanie Elder tym mianem to nadmierne uogólnienie, bo Through Zero jak i jej poprzedniczki przedstawiają nam zespół z bardziej psychodeliczno, prog-rockowej strony. Jak dla mnie każda z tych odsłon jest jednak warta uwagi a kwestię otagowania zostawmy muzycznym purystom. Tu liczą się głównie emocje a tych takie kawałki jak choćby Sight Unseen zapewniają aż nadto. Jeśli chodzi o drugi album - tytuł Neverending może sugerować albo dłużące się w nieskończoność kompozycje albo krążek, którym zainteresowanie nie kończy się ani po 5-ym, ani 10-ym ani n-tym odsłuchu. Jak jest z tym wydawnictwem chyba nie muszę tłumaczyć. Słucham, słucham i oderwać się nie umiem. 

Teraz klasyka. Pamiętacie mój piątkowy artykuł o albumach ze smokiem na okładce? Rzutem na taśmę trafiła do niego Mournful Cries - czwarta pozycja w dyskografii Saint Vitus. Kapela, która uważana jest za jedną z pierwszych doom metalowych w ogóle, mocno przez lata inspirowała się wczesnym Black Sabbath ale sama również wywarła duży wpływ na młodszych artystów ze wskazaniem szczególnie na scenę psychodeliczno-stonerową. Na Mournful Cries udało im się po trochu upchnąć każdego z tych elementów, co w efekcie końcowym dało i nieźle bujającą, hipnotyzującą i ciężką, pełną mroku całość.

Jeśli mowa o pionierach doom metalu grzech nie wymienić Candlemass. A ja, jak już nieraz przy okazji innych kapel, robię sobie cotygodniowe tournee po ich dyskografii. Nadszedł czas na kontrowersyjny Chapter VI, który de facto jest piątym studyjnym (nie licząc Live z 1990) albumem zespołu. Wielu fanów w tamtym okresie odrzuciło płytę, głównie ze względu na zastąpienie charyzmatycznego Messiaha Marcolina Thomasem Vikströmem a także coraz bardziej widoczne power metalowe wpływy. Powiem Wam, że ja ten album po prostu bardzo lubię, choć nadal ciężko mi odnaleźć w nim te rzekomo powerowe inspiracje. Riffy wielu utworów bardziej przypominają thrash przełomu lat 80-ych i 90-ych, tempo jest szybsze i bardziej agresywne, melodie nie tak hymniczne ale kurcze, to jak Vikström interpretuje Julie Laughs No More, Aftermath czy bardziej tradycyjnie doomowe The Ebony Throne sprawia, że wcale nie tęsknię za Messiahem. Ale może spojrzenie na Chapter VI z blisko trzydziesto-paroletnim dystansem sprawia, że nie podchodzę do niego z nieporzebnymi uprzedzeniami. 

Na koniec doomowej sekcji jeszcze jedna całkiem świeża premiera - Mors Certa, Hora Incerta naszego rodzimego Starless Void. Z wszystkich wcześniej wymienionych mamy tu chyba najwięcej surowego, death czy black-metalowego sznytu i ta mieszanka robi swoje. Punktem szczytowym krążka są znane już z singla, śpiewane po polsku Mgły Nocnych Mar ale uwierzcie, pozostałe sześć numerów to też pełen plugawej, dusznej atmosfery gruzowy doom.

Polska scena muzyczna ma obecnie jeszcze więcej do zaoferowania. Czy słyszeliście może o projekcie Echo Zero? Jeśli nie to nadrabiajcie zaległości bo to najświeższa perełka poetycko-dekadenckiej krakowskiej sceny bm. Ich debiutancki krążek nosi tytuł E0 i jest w pełni concept albumem, którego głównym wątkiem jest odkrycie pod lodami Arktyki dziwnej anteny, będącej prawdopodobnie reliktem obcej cywilizacji. Jak dalej potoczy się akcje? Sprawdźcie sami. A jeśli ktoś, tak jak kolega Puszka szuka ciekawych post-metalowych concept albumów to E0 jest absolutnym must-have.

Na dokładkę wrzucam jeszcze utwór Błękitne folk-metalowego Przesilenie z zaznaczeniem, że w ich utworach ten "folk" nie jest tylko ozdobnikiem do raczej metalowego grania ale przenika każdy akord swoją atmosferą i ludową filozofią.

Melancholii ciąg dalszy, choć już w nieco lżejszej formie. Kilka tygodni temu swoją premierę miała druga część The Tarot of the Bohemians portugalskiego Heavenwood. Obie częsci dzieli aż dziesięć lat ale na szczęście moje zainteresowanie twórczością Ricardo Diasa przez ten czas nie osłabło i nową płytę przywitałem z zadowoleniem. I tak zostało, bo słucha się jej bardzo przyjemnie, nie straciła nic z gotyckiego klimatu poprzedniczki a miejscami udało się nawet ten nastrój nawet bardziej podrasować. Spośród 10-ciu nawiązujących tytułami do postaci z tarota kompozycji najbardziej podoba mi się The Moon i to ją znajdziecie na dzisiejszej playliście.

Swój niezwykły klimat ma też AM Universum, piąta i moja ulubiona (obok Eclipse) płyta Amorphis. Jak pewnie wiecie, wydana na jesieni Borderlines jakoś do mnie nie trafiła (nie przeszła kontroli granicznej :P ) ale do piątki i czasów Pasi Koskinena wracam bardzo chętnie i daję się ponieść romantycznej, trochę space i prog-rockowej magii jaką oferują Veil of Sin, Shatters Within, Alone i każda inna z pozostałych siedmiu punktów tracklisty. Pure magic.

Wiele osób myli gothic z symfonicznym metalem, zwłaszcza jeśli na wokalu mamy operującą klasycznym wokalem kobietę. Holenderski Blackbriar do miana gotyckiego nie aspiruje ale jako symphonic sprawdza się świetnie, co potwierdza na EP-ce Our Cursed Sleep, będącej swego rodzaju suplementem do ubiegłorocznego A Thousand Little Deaths. Przypominam, że tamten album trafił do mojej topki za 2025 rok więc oczekiwania wobec nowych 4 utworów miałem wysokie. Dziś, po kilku odsłuchach czuję, że to był dobrze spędzony czas a czy obronią się "po latach" - czas (właśnie) pokaże.

Krótki akapit na temat rocka gotyckiego i mojego ulubionego Inkubus Sukkubus. Pragnę poinformować Państwa, że Eternal Monsters jest ze mną kolejny tydzień i kolejny pochodzący z niego utwór coraz mocniej do mnie przemawia. Tym razem jest nim otwierający album She's A Killer, idealnie pasujący do maniery i osobowości wokalnej Candii.

Ostatnio wróciło mi zainteresowanie zespołami z lat 70-ych, czy to będących forpocztą zwiastującą nadejście heavy metalu czy nieco zapomnianych przedstawicieli tak popularnego wówczas rocka psychodelicznego, symfonicznego i progresywnego (niepotrzebne skreślić). Niezastąpionym wsparciem jest w tych wysiłkach blog Rockowy Zawrót Głowy, dostarczający wielu ciekawych inspiracji. W zeszłym tygodniu zaciekawiony czytanym miesiące temu artykułem o Jade Warrior zmobilizowałem się w końcu do zapoznania z twórczością jadeitowego wojownika. Pan Zbyszek pisał o nich, że to jeden z najbardziej oryginalnych i niezwykłych zespołów założonych w Anglii w roku 1970. Trudno się z nim nie zgodzić, bo też zakres inspiracji jakim ulegali muzycy jest baaardzo szeroki - od psychodelii po muzykę etniczną, blisko-, dalekowschodnią ale i afrykańską. To wszystko sprawiło, że po początkowym sensorycznym szoku dałem się pochłonąć. I choć na ten moment, najbliżej mi do s/t debiutu z 1971 roku to i na późniejszych krążkach można znaleźć sporo świetnych numerów. Te najczęściej przeze mnie słuchane, z progresywno-hard-rockowym A Prenormal Day in Brighton na czele znajdziecie oczywiście na dzisiejszej playliście.

Neo-progowy Castanarc też pochodzi z Anglii ale jest co najmniej o dekadę młodszy. W przciwieństwie jednak do nieaktywnego już od kilkunastu lat starszego kolegi, Powell, Holiday et al nadal nagrywają i wydają płyty z nową muzyką. Taką jest Forged by the Sun, o którym pisałem już tydzień temu. Ciekawa, złożona i spokojna w swoim bogactwie artystycznym muzyka idealnie sprawdza się wieczorem, gdy dzieci już śpią a człowiek może sobie siąść na tarasie i wsłuchać się w takie Ceasefire for the innocent, nie interferując w żaden sposób z dźwiękami otaczającej go przyrody. I to jest w tym wszystkim najpiękniejsze. 

Z cięższego progu mamy Evergrey i Architects of the New Weave - solidny, interesujący i taki evergreyowy po prostu.

Na koniec został power metal, który kolejny rok gdy przychodzą wakacje jest jakby słabiej u mnie reprezentowany. Może jednak najbliższe premiery zmienią ten stan rzeczy. Z ostatnio wydanych płyt najciekawiej jawił mi się debiut szwedzkiego Shadowborne zatytułowany Heaven's Falling. Ze względu na barwę głosu wokalistki Eiry Shadowborne nasuwały mi się pewne porównania z Battle Beast, jednak z o wiele mocniejszym naciskiem na power a nie na disco metal. Dodatkowym smaczkiem są liczne inspiracje do prozy G.R.R. Martina ze słynnym (choć serialowym, w książkach niepotwierdzonym jeszcze - a może nigdy?) Hold the Door na czele. Pytanie, czy premiera albumu na dwa dni przed premierą 3. sezonu House of the Dragon była celowo tak zaplanowana? Ja tak czy siak planuję i oglądać serial i słuchać Shadowborne bo ten swój power szyją naprawdę fajnie.

Drugim przedstawicielem powera jest projekt Fallen Sanctuary, za którym kryją się Marco Pastorino i Georg Neuhauser. Ich wydana w 2022 roku Terranova była moim zdaniem debiutem roku a wydane do tej pory single zapowiadające nowy krążek - znany już Wam (mam nadzieję) Master of the Sea i świeżutki, kilkudniowy Nothing Can Keep Us Apart zaostrzają apetyt na drugi taki majstersztyk. Oby ta forma się utrzymała do września a będzie mocny kandydat do płyty roku.

W sumie tego roku zostaje już coraz mniej. Ja za to zostawiam Wam link do playlisty i życzę miłego odsłuchu. Miło mi też będzie skonfrontować moje podsumowania, odkrycia i refleksje z Waszymi więc nie bójcie się komentować i wywoływać mnie do tablicy ;) Miłego dnia!

Playlista: 21.06.2026

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Najpopularniejsze