poniedziałek, 13 lipca 2026

06.07-12.07.2026

 


Poniedziałek, więc dzień obowiązkowego podsumowania tygodnia. Już sam rzut okiem na lastowy kolaż mówi nam, że był to tydzień bardzo zróżnicowany. Nie będę Was zatem trzymał w niepewności, tylko od razu przejdę do sedna.

Tym razem zacznijmy może od nowości, bo choć sezon ogórkowy w pełni, to tym razem wytwórnie przygotowały nam wspaniałą ucztę - może nie objętościowo ale na pewno pełną smaku. Największy hit, wiadomo, Foreign Tongues i żywa legenda rocka. The Rolling Stones na scenie obecni są już siódmą dekadę i co ciekawe, zamiast odcinać kupony od swej popularności, dowieźli nam drugą świetną płytę w ciągu ostatnich kilku lat. Jest tu wszystko to, czym Stonesi są - i trochę bluesa, i rock'n'rolla a nawet ostrzejsze, hard rockowe nuty. Całość skąpana jest zaś w niesamowitym luzie, takim, na jaki pozwolić sobie mogą prawdziwi giganci. Zero kalkulacji co się sprzeda a co nie, tylko muzyka, która jak mój ulubiony utwór z albumu - Hit Me in the Head. 

Inną legendą rocka, choć już bardziej tego glam czy AOR jest Jim Peterik. Założyciel m.in. Survivor od kilkunastu lat działa w duecie z wokalistą Tobym Hitchcockiem a ich zespół nazywa się Pride of Lions. Nazwa zapewne Wam znana, bo często o nich wspominam przy różnych okazjach. W piątek premierę miał Unbridled - płyta numer 8 w ich katalogu, która jest taka jaka być powinna. Melodyjna, gitarowa z fajnymi harmoniami wokalnymi Jima i Toby'ego, mądrymi tekstami (choć już nie tak "filozoficznymi" jak na najlepszej The Destiny Stone) i utworami, które potrafią zapaść w pamięć. Po kilku odsłuchach najmocniej siadło mi póki co I'll Be Your Rock ale liczę, że tych "przebojów" będzie znacznie więcej.

Szóstego czerwca premierę miała za to płyta AutoMoto Animus amerykańskiego kompozytora Xaviera Phideaux. Już jakiś czas temu pisałem tu o promującym jego nowe wydawnictwo singlu Hey Humanity, i to pisałem z zachwytem. Jak na tym tle wypada cała płyta? Muszę powiedzieć, że pan Xavier dał radę a muzykę zawartą na płycie z czystym sumieniem można określić crossover lub eclectic progiem. Mnogość różnych inspiracji, mieszania stylów w celu uzyskania konkretnego efektu jest godna podziwu. Już sam opener w postaci Do What You Will zaskakuje elektronicznym feelingiem przywodzącym na myśl raczej new romantic niż new... wróć neo-prog. Ale czy nie tym jest właśnie progres? Nieustannym rozwijaniem się. Niemniej, jakby nie było, jest to dalej ten sam szukający i znajdujący swoją drogę Phideaux a każda takie niewielkie odchylenie jest tylko i wyłącznie wartością dodaną.

Kolejna premiera jest teoretycznie najmniej rockowa, choć nadal mieści się w szerokim spektrum alternatywy. Warszawskie Mlecze miło zaskoczyły mnie już w przypadku zeszłorocznego debiutu, pełnego rozmarzonych, subtelnych dźwięków, balansujących pomiędzy indie-popem czy shoegazem. W tym roku zespół poszedł za ciosem a Album Niebieski ma w sobie jeszcze więcej emocji, zmysłowości i eteryczności ale i może nieco więcej rockowego pazura? Tak czy siak, jeśli Maruda był jeszcze nieśmiałą próbą zaistnienia w świadomości słuchaczy, to nowa płyta pokazuje już w pełni ukształtowany bedroom pop, jak swój styl określają sami artyści.

Na jednej z facebookowych grup ktoś pisał, że lato to taki czas, gdzie prócz całych albumów, trafia się naprawdę sporo interesujących singli. Według mnie z tym jest różnie ale w zeszłym tygodniu katowałem namiętnie dwie nowe propozycje z dwóch różnych stron mojego muzycznego spektrum. The One to pierwsza zapowiedź nowej płyty włoskich power metalowców z Frozen Crown - rozpędzona, melodyjna, bliska stylistycznie do klasycznego Helloween. Cieszy mnie to i liczę, że po lekkiej zadyszce jaką zespół złapał na ostatnim LP (War Hearts), "Legenda o Sześciu Królach" będzie triumfalnym powrotem do formy. Po odsłuchu The One mam powody by w to wierzyć. Drugi singiel to dość niespodziewany numer, biorąc pod uwagę dotychczasowego dokonania stojącej za nim kapeli. Necropolitan Line jest zwariowaną, psychodeliczno-punkową petardą, której złowieszczości dodają jeszcze wypełniające tło i solówkę organy Hammonda. Nie wiem czemu i zapewnie nie taka była intensja muzyków ale kojarzy mi się to mocno z Phantom Trainem z szóstej części Final Fantasy.

Pora teraz na dwie "wewnętrzne nowości" przez co rozumiem artystów, którzy dopiero teraz zawitali w moja muzyczne progi. Odkrycie MuN zawdzięczam solidarnie dwóm muzycznym pejom - MyWave i Rolowy Świat Muzyki. Obaj koledzy po fachu ich najnowszą (i być może ostatnią) płytę pt Utra uznali za jedno z najlepszych wydawnictw pierwszej połowy 2026 roku. Postanowiłem zweryfikować te inforrmacje i dziś mogę napisać, że trudno się im dziwić. Jest to płyta z gatunku tych, które już od pierwszej nuty potrafią zaintrygować a potem jest jeszcze lepiej. Mnie w ich twórczości ujęła umiejętność płynnego zmieniania stylów i nastrojów przy zachowawniu jednakże własnej muzycznej tożsamości. I chociaż internety szufladkują MuN jako amalgamant stonera, post-rocka i post-metalu, mnie osobiście ciężko uciec od pewnych porównań z norweski prog-death metalowym In Vain

Uzyskanie odpowiedniego klimatu i nastroju nie jest łatwe. Tym trudniej oddać konkretne emocje, jeśli świadomie (lub z przyczyn losowych) rezygnujemy z warstwy wokalnej w muzyce. W tej sytuacji musisz namówić gitarę, bas, perkusję by mówiły za Ciebie, by potrafiły uruchomić w słuchaczu dokładnie te struny, wywołać dokładnie te obrazy, które sobie zamierzyłeś. Takiego zadania podejmuje się już od dobrych kilku lat jedno-osobowy zespół Alien Dishwasher i po wielokrotnych odsłuchach jego kompozycji, z których najbardziej przypadła mi do gustu Sisyphos Strive stwierdzam, że nie jest to nomen omen "syzyfowa praca".

Po wielu latach przerwy, mając ostatnio jakiś niewytłumaczalny apetyt na psychodeliczno-progresywne początki rocka, zwróciłem się ku amerykańskiej kapeli Love i ich drugiej płycie pt. Da Capo. Znajdziemy na niej siedem kompozycji, z których sześć (strona A) to krótkie, "piosenkowe" formy przywodzące trochę na myśl bardziej odjechaną wersję Beatlesów a ostatnia, Reveleation to jedno wielkie jam session z licznymi muzycznymi cytatami, które mogło być jeszcze większe, masywniejsze gdyby nie naciski wytwórni i zwykłe fizyczne ograniczenia czasu na płycie winylowej. Mimo tak skrajnych różnic, każda ze stron jest ważnym etapem w historii muzyki gitarowej i równie mocno zachęcam do odsłuchu Orange Skies i She Comes in Colors (obecne na playliscie) jak i tego niezwykłego Revelation.

Z 1966 roku przeskoczmy do 2005 roku, gdy dla wielu miłośników Candlemass wszystko wracało do normy. Za mikrofonem znów stał Marcolin a światło dzienne ujrzała płyta o najprostszym na świecie tytule, zwana dziś "białą płytą". Oczekiwania były spore i wydawało się, że rzeczywiście po kilku mniej "candlemasowych" (choć wcale nie uważam, że nieudanych) albumach przyszła pora na powrót do klasycznego epic doom metalu. Tego właśnie krażka słuchałem uważnie przez cały mijający tydzień i, też z perspektywy ponad 20 lat, mogę powiedzieć że ten "powrót" był całkiem udany choć teraz widzę go jednak jako pewną rozgrzewkę przed tym, co miało dopiero nadejść. Jakby jednak nie patrzeć, jest to solidny krażek z kilkoma wybijającymi się kompozycjami - wśród nich najmocniej przemówił do mnie Spellbreaker.

Pozostałe albumy, które umilały mi ostatnio czas juz znacie. Są wśród nich płyty wybitne - In Somnolent Ruin death/doomowego Draconian, bardzo dobre - stoner/doomowe Neverending szwedzkiego Monolord, debiut power metalowego Shadowborne zatytułowany Heaven's Falling i zaskakujące "metalowością" Temtation's Gate Finów z Amberian Dawn. Nie mogę pominąć też moich ostatnich odkryć czyli pregresywno-psychodelicznego folk-rocka autorstwa brytyjskiego Circulus, niezwykle sugestywnego, atmosferycznego doom-metalu jaki na płycie Gravejards of Joy gra hiszpański TodoMal a także dwóch power metalowych "re-wizyt" czyli Dragonslayer - koncepcyjnego debiutu Dream Evil z 2002 roku i Epsilon fińskiego Dreamtale - jednej z najlepszych płyt 2011 roku w swej kategorii.

Na koniec zostaje nowy Moonspell, który jest wydawnictwem dość specyficznym, trochę trudnym w odbiorze i budzącym różne emocje. W momentach, gdy już myślę, że czas dać sobie z nim spokój on wraca do mnie z czymś nowym, dotychczas niezauważonym i ciekawość rozpala się ponownie. W tym tygodniu takim kagankiem nadziei był Biblical i kto wie, może od niego wyjdzie w końcu iskra, dzięki której w końcu Far From God zapłonie dla mnie pierwszą jasnością.

I z taką nadzieją zostawiam Was na cały nadchodzący tydzień. Niech Wasza ulubiona muzyka towarzyszy Wam w trudnych i dobrych chwilach, nie tylko "w tle" ale niczym najwierniejszy przyjaciel. A gdy już opadnie trochę ten patos, wylewający się z ostatnich linijek, dajcie znać jak wyglądał Wasz muzyczny tydzień. A poniżej, wiadomo, playlista ;)

Playlista: 12.07.2026


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Najpopularniejsze