Synek mi wczoraj przed snem powiedział, że chciałby żeby nie było poniedziałków. Z jednej strony przyznałem mu rację, wszak znów trzeba wcześnie wstawać ale na tym podobno polega odpowiedzialność. Nasunęła mi się jednak też taka myśli - gdyby po niedzieli od razu był wtorek (lub może hmm piątek) to gdzie znalazłbym miejsce na tradycyjne podsumowanie tygodnia? Mamy jednak już ten poniedziałek więc skupmy się na najnowszym raporcie z działalności Muzycznej Kroniki.
Zacznę bez ogródek - REZN wrócił z nową płytą i nie zaskoczył. Nie zaskoczył, bo już pierwszy singiel Cloudfall pokazywał, że psychodeliczni stoner/doomowcy wracają do formy sprzed kilku lat i śmiało zmierzają po tytuł płyty roku. Konkurencja jak wiecie w 2026 zawiesiła wysoko poprzeczkę ale Cycles in the Infinite Dream ze swą jednocześnie przytłaczająco duszną atmosferą i niezwykle eteryczną lekkościa w prowadzeniu melodii jest godnym przeciwnikiem dla Draconian czy Monolord. Dwie próbki tego albumu w postaci wspomnianego już Cloudfall i hipnotyzującego Transient znajdziecie na playliście i jestem przekonany, że nie będziecie się mogli od nich oderwać.
Doom metal obfituje zresztą ostatnio w zacne premiery. Tydzień po tygodniu godziny spędzam przy eponimicznym albumie heavy/doomowego Khemmis, ujęty jej poetycką aurą i podniosłym nastrojem. Mimo wszystko jednak niekwestionowanym Panem i Władcą epic doom metalu jest jego pionier czyli dowodzone przez Lefa Edlinga szwedzkie Candlemass. Mijający tydzień spedziłem przy jednej z moich ulubionych płyt z ich bogatej dyskografii - Death Magic Doom z 2009 roku. Jest to moim zdaniem najlepszy krążek z Robertem Lowe za mikrofonem (a samego Pana Roberta uważam też za jednego z trzech, po Längqviscie a przez Marcolinem najlepszych głosów w historii "świeczek").
Buszując sobie po internecie natrafiłem też przez przypadek na wydany z początkiem czerwca album Impose pochodzącego z Texasu trzyosobowego zespołu Grivo. Dobrze wiecie, że mam słabość do artystów balansujących na granicy doomu i shoegaze'u a że panowie w tej strefie czują się bardzo dobrze to nic dziwnego, że między nami zaiskrzyło. Leniwe tempa, przestrzenne gitary, senne zaśpiewy - takie połączenie świetnie sprawdza się jako soundtrack do wieczornego wyciszenia po kolejnym przebodźcowującym dniu.
W jednym z poprzednich akapitów poruszyłem temat albumów roku. Kilkoro kandydatów już udało mi się wyselekcjonować ale przed nami jeszcze niejedna, mam nadzieję, ciekawa premiera. Z dużą ekscytacją czekam na Solaris, pierwszy krążek post-metalowego The Ocean po gruntownej przebudowie niemieckiego kolektywu. Ukazały się już dwa (a nawet trzy, bo Belligerance jest podzielone na 2 części) single i oba robią na mnie bardzo dobre wrażenie. W tym tygodniu zasłuchiwałem się w pierwszy z nich, Light Pollution, pełen zwrotów akcji, zmian tempa i mieszanych wokali - bardzo różnorodny ale jednak totalnie "the-oceanowy". I super.
Pisałem kiedyś, że od wielu już lat, gdy sięgam po black metal zazwyczaj jest to któryś z rodzimych artystów. Jak w mało którym gatunku język polski pasuje do muzyki a charakterystyczna dla nurtu dekadencka poetyka mocno rezonuje z moimi sympatiami literackimi, wśród których romantyzm i Młoda Polska to w liryce dwa absolutnie ulubione okresy. Dokładnie w te rejestry uderza wrocławska Rtęć na swej najnowszej EPce pt. Martwimy. Oczywiście moje zainteresowanie wzbudziły nie tylko teksty, bo muzycznie również panowie prezentują bardzo wysoki poziom, umiejętnie łącząc punk z black metalem. Skojarzenia z późniejszym Darkthrone nasuwają się z automatu ale przecież projekt Fenriza i Nocturno to mój absolutny top w tym gatunku.
Ale choć bardzo polubiłem EP-kę Rtęci, nadal też zanurzam się w eterycznym pop-gazie sączącym się z Albumu Niebieskiego warszawszkich Mleczy a także sięgnąłem po kolejną, jeszcze bardziej komercyjną płytę z pop-rockowego okresu Budki Suflera (Mokre Oczy z 2002 - z kilkoma udanymi pół-balladami, vide dzisiejsza playlista), to polską płytą tygodnia zostało niepodważalnie Dziedzictwo Ognia folk metalowego Radogosta. Pochodząca ze Śląska Cieszyńskiego ekipa jest jednym z najdłiżej działających w tej branży zespołów z bogatą i nieraz trochę bardziej skomplikowaną historią. Od pewnego czasu w ich twórczości dało się zauważyć więcej dekadenckich, psychodelicznych wątków a obok ludowej tematyki pojawiło się uwielbienie dla poezji Micińskiego. W przypadku Dziedzictwa mam jednak poczucie, że tym razem mamy spójny zestaw utworów, w których poetycką dekadencję udało się w pełni zasymilować z ludowością i naturalizmem. Obok Watahy Półksięzyca - wilczego hymnu znajdziemy tu też bardziej osobistą, liryczną Pustkę czy niespokojną Cząstkę Pierwotnego Zła. Warto docenić pracę skrzypiec, za które od lat odpowiada młodszy z braci Musiołów, Jan - ich celem nie jest jedynie nadanie muzyce "ludowego" sznytu ale świetnie sprawdzają się w tworzeniu klimatycznej atmosfery, oddającej dokładnie emocje towarzyszące kolejnym utworom.
Przez ostatnie dni kontynuowałem też przygodę z dwoma udanymi, choć różniącymi się stopniem ciężaru płytami progresywnymi. W przypadku Quetzalcoatl, czwartej płyty brytyjskiego The Tirith jest bardziej rockowo, ze słyszalnymi nawiązaniami do przedstawicieli różnych odcieni prog-rocka. Są jednak momenty, gdy robi się ciężej, wręcz nawet gotycko jak w klimatycznym Dancing with Vampires. Ten utwór towarzyszy mi już od kilku tygodni ale z każdym kolejnych odsłuchem grono faworytów powiększa się. Dołączyli do niego m.in. nastrojowy Moon King i zmuszający do refleksji, ekologiczny Save the Oak. Quetzalcoatl nie jest, uwierzcie, zwykłym zbiorem dwunastu piosenek które wysłuchamy i pójdziemy w swoją stonę. To dwanaście wrót, z których każde (nawet jeśli jest krótki intrem) prowadzi do nieco innego świata nieco innych lecz równie ekscytujących doznań. A to przecież w sztuce powinno najbardziej się liczyć.
Black Sites i obecne z nami już od 10 dni For Eternity to już rasowy metal, stąd też przekazywane przezeń emocje z zasady będą mocniejsze ale muzykom udało się zostawić odpowiednią przestrzeń na subtelniejsze momenty. Umiejętny balans intensywnością muzyki sprawia, że zarówno nie jesteśmy przygnieceni matematyczną precyzją i logarytmiczną złożonością dźwięków ani nie zaczynamy ziewać w oczekiwaniu na mocniejsze uderzenie. Nie chcę takich deklaracji rzucać zbyt wcześnie ale czuję, że w moim prywatnym rankingu najnowszy album ma szansę zbliżyć się do archetypicznego Exile na bardzo bliską, znikomą wręcz odległość.
Co więcej mogę Wam napisać. W dziedzinie AORa nic się nie zmieniło. Pride of Lions z Unbridled rządzi niepodzielnie, pozostawiając przestrzeń jedynie dla krótkich chwil z innym projektem Jima Peterika (w sumie tym słynniejszym) czyli zespołem Survivor. Jak każdy trve metalowiec z wrażliwą duszą nie moge obyć się też bez power ballad a te obecnie najcześciej pochodzą z repertuaru szkockiej legendy hard rocka - zespołu Nazareth. Warto jednak nadmienić, że tak jak Dream On jest oryginalną kompozycją zespołu (dokładnie panów Rankin/Charlton) to najbardziej chyba znana Love Hurts pierwotnie nagrana została przez The Everly Brothers w 1960 roku.
Znów trochę zaniedbałem power metal ale już teraz wiem, że dzięki zapowiedzianej jako finalna, płycie projektu Marco Garau's Magic Opera szybkie, neoklasyczne i symphoniczne metalowe granie znów rozgości się w moich odtwarzaczach na dłużej. A jeden akord z The Final Flight możecie odnaleźć na dołączonej do artykułu playliście. Polecam.
Powoli zaczynam tez przygotowania do sierpniowego koncertu Testament w Krakowie. Na tę okoliczność odświeżyłem sobie ich najnowszą płytę, wydaną jesienią Para Bellum i jestem z tego bardzo zadowolony, bo płynąca z niej energia i moc przekazu absolutnie nie straciły na sile i liczę że w wersji live muzyka thrashowych wyjadaczy zabrzmi jeszcze mocniej i dosadnie.
I z taką właśnie nadzieją warto rozpocząć kolejny tydzień. Czekam też z niecierpliwością na informację od Was, z jaką muzyką najchętniej spędzaliście czas, jakich odkryć dokonaliście i czego planujecie słuchać przez kolejne 7 dni. A użytkownikom "zielonej platformy" zostawiam link do playlisty:

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz