Przed nami ostatnie kilkanaście godzin lipca AD 2026. Nie będzie więc jakąś dużą niestosownością, jeśli już teraz pozwolę sobie na muzyczne podsumowanie miesiąca. W nim zaś, tradycyjnie, postaram się wyjaśnić których artystów dało się u mnie usłyszeć najczęściej i jakie miałem ku temu powody. Przejdźmy zatem do sedna.
Pride of Lions - przez nowy album, wydany na początku miesiąca Unbridled, który jest taki jaki być powinien, melodyjny, gitarowy i z lekką nutką romantyzmu. Kwintesencja AORa ale czego innego można się spodziewać, gdy ma się na pokładzie Jima Peterika i Toby'ego Hitchcocka?
Mlecze - na rockowo-metalowym fanpeju rzadko jest miejsce na lżejsze i eteryczne dźwięki. Zawsze jednak gdy sięgam po takie dreampopowo-shoegaze'owe granie jest to coś, co wyraźnie wyróżnia się z tłumu. Tak też jest z Albumem Niebieskim warszawskiej formacji, który zadziwiająco synchronizuje się z moimi emocjami i trafia swoja poetyką w moją liryczną wrażliwość
Radogost - folk-metal, zwłaszcza polski od zawsze był jednym z uwielbianych przeze mnie gatunków, tak jak Młoda Polska ze swym dekadentyzmem z epok literackich też była mi bliska. Weterani polskiej sceny na nowym albumie po raz kolejny udanie połączyli oba te elementy więc obecność Dziedzictwa Ognia w dzisiejszym zestawieniu nie powinna nikogo dziwić
The Tirith - Dancing with Vampire is not very wise - być może, ale gdybym zaciekawiony tytułem tego utworu nie sięgnął po twórczość bryryjskich prog-rockowców, byłbym dziś zdecydowanie uboższym człowiekiem - tak pod kątem nomen omen wiedzy muzycznej ale i wrażeń estetycznych
Black Sites - za mrok, tajemniczość ale też pewną podniosłość i ciężar zaprezentowany na najnowszym krążku amerykańskiego zespołu, który nie jest może w gronie najbardziej znanych twórców progresywnego metalu ale muzycznie w niczym nie ustępuje popularniejszym kolegom po fachu
Shadowborne - power metalowi debiutanci ze Szwecji kolejny miesiąc pojawiają się regularnie w moich słuchawkach i jest to tylko i wyłącznie zasługa ich dynamicznej muzyki, czerpiącej to co najlepsze z różnych stron powerowego spektrum - od speed metalowej agresywności po elektronikę w stylu choćby Battle Beast
REZN - Cycles in the Infinite Dream przygniotły mnie swą psychodelą i stoner/doomową atmosferą już w dniu premiery i nie ma takiej siły by mnie wyrwała z tego opętańczego transu
Nazareth - tego zespołu przedstawiać nie trzeba. Szkocka legenda hard rocka, której zawdzięczamy Dream On, Love Hearts (choć to cover!!!) i wiele innych power ballad, choć kiedy trzeba panowie potrafili, ba, nadal potrafią dołożyć do pieca
Moonspell - do Far From God podchodziłem z pewną rezerwą, finalnie jakoś się do siebie przekonaliśmy i nie żałuję wspólnie spędzonego czasu. Płyta, która nie jest rewolucją ale której na pewno nie można się wstydzić
Amberian Dawn - jedno z największych zaskoczeń tego roku. Gdy po albumie pełnym mało metalicznym coverów ABBY pojawił się Temptation's Gate, odpowiednio dociążony, dynamiczny a nawet agresywny byłem w szoku. I było to naprawdę fajne uczucie.
TodoMal - doom metal ma różne oblicza a to, które ukazuje hiszpański zespół nazwałbym atmosferyczno-romantycznym. Brak tu może stonerowej psychodelii i death/doomowego przytłoczenia, jest za to poetycka wręcz wrażliwość i umiejętność konstruowania nostalgicznych, muzycznych pejzaży
Powyższa 11-tka (to już ostatnie nawiązanie w MMK do minionego już, dość dziwnego Mundialu) to tylko czubek góry lodowej. Nie zdziwi Was zapewne, że w lipcu kontynuowałem odsłuch albumów, które mają duże szanse znaleźć się w absolutnej topce na zakończenie roku. Mowa o Neverending stoner/doomowego Monolorda i eponimicznej płycie parającego się bardziej heavy metalową odmianą doomu zespołu Khemmis. Oczywiście oddałem też szacunek legendzie rocka jaką jest The Rolling Stones, gdyż nagrywać tak dobre płyty jak Foreign Tongues w sześćdziesiątym którymś roku istnienia to jest jednak sztuka. Bardzo przyjemnie słuchało mi się też progresywnego folk-rocka autorstwa brytyjskiego Circulus czy kosmicznych, przestrzennych dźwięków jakie na pierwszym od lat albumie serwował post-rockowy Junius. Na zakończenie jeszcze nie sposób nie wspomnieć o albumie, który można określić mianem "pogrobowca" - mowa o Utra polskiego MuN, w którym sludge'owy ciężar miesza się z post-metalową progresją.
A jak wygląda Wasze podsumowanie miesiąca? Chętnie rzucę okiem na Wasze kolaże, zapoznam się z refleksjami i spostrzeżeniami a przede wszystkim z przyjemnością posłucham muzycznych rekomendacji. Bo w Mojej Muzycznej Kronice to jednak muzyka jest najważniejsza. Miłego weekendu!

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz