Drodzy Czytelnicy! Część z Was pewnie na własnej skórze doświadczyło takiego edukacyjnego tworu jak "gimnazjum". Mnie kojarzy się ono z 12-oma klasami w każdym roczniku (od a do l, nigdy wiecej tyle nie widziałem), malowaniem markerem przez starszych kolegów kotów, wąsów i innych hmm części ciała na czole pierwszakom i chociażby sztuką pisania rozprawek. W tamtych czasach lubiłem rozpoczynać rozprawki od jakiejś ciekawostki luźno związanej z tematem ale w sposób zaskakujący prowadzacy do tezy, którą potem trzeba było potwierdzić lub, co było chyba ciekawsze, obalić. Ostatnio zdałem sobie sprawę, że moje poniedziałkowe wpisy przypominają czasem właśnie rozprawkę. Czy w jakiś sposób mnie to przeraziło? Raczej nie, prędzej zanitrygowało. Tak czy siak, sensem powyższego wprowadzenia jest tylko zapewnienie Was, że dziś napiszę po prostu o muzyce, której w ostatnim tygodniu słuchałem najczęściej.
Po pierwsze REZN - psychodeliczno stoner/doomowa ekipa z Chicago, którą poznałem przy okazji premiery płyty Chaotic Divine z 2020 roku. Od tamtej pory śledzę jej poczynania regularnie a kilka miesięcy temu mogliście być świadkami mojej podróży przez kolejne pozycje w dyskografii Amerykanów. W lipcu zespół do tej podróży dodał kolejną stację - Cycles in Infinite Dream i w ten sposób uziemił mnie w swych onirycznych realiach na długi, długi czas. Mógłbym w tym miejscu rozpływać się w zachwytach nad płytą ale mam świadomość, że słowa nie oddadzą w pełni atmosfery i emocji emanujących z każdego z dziewięciu utworów. To trzeba usłyszeć na własne uszy i do tego Was mocno zachęcam.
Obecnie podróżuję natomiast przez katalog zespołu, który prezentuje zupełnie odmienna wizję doom metalu. Wizję, którą sam współtworzył a nawet dał nazwę całemu epic doom metalowi. Począwszy od legendarnego Epicus Doomicus Metallicus co tydzień słucham kolejnych płyt Candlemass, dochodząc obecnie do Psalms for the Dead, trzeciej i ostatniej z Robertem Lowe za mikrofonem. Najważniejsza refleksja z tego, a w zasadzie z dwóch poprzednich też, tygodnia jest taka, że zespół z panem Robertem nie nagrał ani jednej złej płyty. Okres 2006-12 można uznać za pewną stabilizację i brzmienia i działalności grupy, powrotu do klasycznego epic doomu uzupełnionego o pojedyncze bardziej dynamiczne, przywodzące na myśl powerowe galopady momenty. Moim ulubionym utworem z "Psalmów" jest właśnie takie intensywne Dancing in the Temple (Of the Mad Queen Bee) choć i w wolniejszych rejestrach wysoką jakość udaje się utrzymać a najlepszym przykładem jest The Sound of Dying Demons. Na dzisiejszej playliście znajdziecie też Siren Song, nie działający może aż tak na moją wyobraźnię ale bardzo reprezentatywny dla całości obrazu.
Kolejny przedstawiciel doom metalu w dzisiejszym podsumowaniu, włoskie Grivo to znowu hipnotyzujący doom przełamany eterycznością shoegaze'u, dzialający na zmysły nie smutkiem i ciężarem lecz właśnie taką mgiełką tajemniczości, która otacza zewsząd i przyprawia o gęsią skórkę. Tak jest i w przypadku tytułowego Impose jak i zamykającego album, mojego ulubionego Heaven Howls.
Tydzień temu pisałem o tym, że jak sięgam po black metal to najcześciej polski. I to się nadal zgadza, bo Martwimy Rtęci nadal regularnie napełnia mnie swym dekadentyzmem. Drugą jednak prawidłowością w mojej relacji z bm jest pewna skłonność do artystów wychodzących poza kanony gatunku i eksplorujący te sfery, w której blackowi najbliżej do shoegaze'u (a przecież jest tylko punktów stycznych kilka, choć dostrzeżenie ich zabrało mi naprawdę kilka lub kilkanaście lat). Takim właśnie post-blackowym tudzież blackgaze'owym wykonawcą jest angielski Cairiss. Moi obserwatorzy z FB już wczoraj mogli dowiedzieć się, że zaledwie w niecałe trzy dni jakie minęły od pierwszego kontaktu z ich muzyką, udało im się wskoczyć do czołówki najczęściej odtwarzanych artystów. Jest to sprawka płyty Wilderness, mającej w zeszły piątek swą premierę. Jest na niej tylko sześć kompozycji ale każda z nich to mnóstwo emocji, miksu delikatności i brutalności, niepokoju i błogości idealnie podkreślanych przez wokalny dualizm - od blackowego ochrypłego screamu po operowe soprany.
W świecie progresji utrzymuje się moje zanteresowanie nowymi albumami Black Sites (For Eternity, gdzie usłyszeć możemy też wpływy heavy, thrash czy nawet doom metalu) i The Tirith, którego Quetzalcoatl prócz cięższych momentów ma w sobie też coś z neo-progowej łagodności. Czekając natomiast na nowy album niemieckiego The Ocean, wszak z płyty na płytę bardziej prog-metalowego niż post-hardcore'owego, sięgnąłem po moją ulubioną płytę "kolektywu", czyli Phanerozoic I: Paleozoic. Dodajmy do tego jeszcze sentymentalną wycieczkę w postaci wieczornych seansów z utworem Theodora in Green and Gold, brytyjskiego Big Big Train i mamy cztery różne, fascynujące oblicza progresywnego grania.
Najdłuższą jednak podróżą mijającego tygodnia, bo aż o 55 lat wstecz były odsłuchy debiutanckiego albumu szwajcarskiej kapeli Toad. Płyta zatytułowana po prostu Toad to przykład wyśmienitego, brudnego hard rocka lat 70-ych a otwierającego ją Cotton Wood Hill mimo ponad 8-minut słucha się z wypiekami na twarzy i niesłabnącym zainteresowaniem. To też kolejny dowód na to, że muzyczna archeologia może być wspaniałą pasją.
Teraz krótka notatka, można rzec "muzyczny telegram". Nowy Radogost jest świetny i w kategorii polskiego folk metalu nie widzę w tym roku lepszej płyty niż Dziedzictwo Ognia.
Już za 10 dni w Krakowie koncert daje jedna z legend thrashu, zespół Testament. Wybieram się na to wydarzenie, stąd przypominam sobie różne albumy Chucka Billy'ego i spółki. Tym razem wybór padł na The Formation of Damnation, który był pierwsza płytą zespołu, jaką poznałem w czasie, gdy jako metalowy neofita chciałem poznać każdy możliwy podgatunek. Do wielu zespołów i nurtów później już nie wracałem ale Testament jest ze mną do dziś a do ich dziesiątego krażka mam duży sentyment. Lubię w nim też swoistą melodykę, przywodzącą na myśl nieco goteburską szkołę melodeathu, zjawisko dość chyba częste w thrashu przełomu I i II dekady XXI wieku.
Teraz czas na zdecydowanie bardziej melodyjny kącik a zaczynamy go od AOR-owego Pride of Lions. Wiecie, że ich nowa płyta pt. Unbridled mocno mi siadła i potrafię słuchać jej na okrągło. W zeszłym tygodniu sięgnałem jednak tez po starszą o 9 lat Fearless, jedną z trzech najlepszych w całej dyskografii grupy dowodzonej przez panów Peterika i Hitchcocka.
A gdzie power metal? Ktoś spyta? Spokojnie, jest tu a nawet w większych ilościach niż w ostatnich kilku tygodniach. Dziś reprezentują go cztery zespoły, z których palma pierwszeństwa przypada zdecydowanie ekipie Marca Garau. Od 2019 roku były już klawiszowiec Derdian, rozwija własny projekt muzyczny pod nazwą Marc Garau's Magic Opera. Już ich poprzednie płyty były świetnie oceniane przez krytyków i publiczność, klasyfikując się wysoko w różnych zestawieniach typu "best of...". Mi zawsze jednak brakowało czasu, by porzadnie przysiąść do tej muzyki. Gdy w końcu obiecałem sobie, że zacznę śledzić ich poczynania i na bieżąco odsłuchiwać kolejne albumy, pojawił się The Final Flight i... ogłoszenie, że to rzeczywiście ostatni "lot" projektu pana Marca. Szkoda, bo album jest świetny i takiego pożegnania życzyłbym niejednej zasłużonej kapeli. Symfoniczny, neoklasycystyczny w pełnym tego słowa znaczeniu power metal - dynamiczny, podniosły, melodyjny i pięknie nawiązujący do twórczości wielu klasycznych kompozytorów (nie tylko wiedeńskich). Słuchając Magic Opera przypominają mi się wypowiedzi Luci Turillego, który zainicjował ten "neoklasycystyczny power" próbując grać na gitarze klawiszowe partytury Vivaldiego, Pagniniego czy Bacha. Tu czuć tę muzykę klasyczną przekonwertowaną na współczesne, metalowe brzmienia. Słowa uznania należą się też wokaliście - Antonowie Darusso, obdarzonemu mocnym, ochrypłym falsetem (jakkolwiek to brzmi). Głos tego pana znany mi jest w sumie też od kilkunastu lat, stoi on bowiem na czele innej włoskiej powerowej grupy - Wings of Destiny, mającej na koncie kilka świetnych krążków. Po jeden z nich, Kings of Terror sięgnąłem ostatnio niejako przy okazji i cóż, emocje wróciły a utwór tytułowy wylądował wśród najczęściej słuchanych w tym tygodniu. Przypadek? Nie sądzę.
The Final Flight premierę miał 24 lipca a kilka dni temu światło dzienne ujrzał Aetherbound fińskiego Dreamtale, zespołu który mieliście okazję poznać za sprawą starszego o kilkanaście lat albumu Epsilon. Pisałem o nim jakiś czas temu, wspominając m.in. o charakterystycznym głosie Erkkiego Seppanena. Od kilku już lat skład zespołu jest inny ale nadal regularnie koncertują i nagrywają płyty. Wspomniany Aetherbound to już drugie wydawnictwo ery post-seppanen i co mogę o nim powiedzieć. Po kilku odsłuchach płyta wydaje się podobać, czuć że to Dreamtale zwłaszcza na koniec, gdy dostajemy kolejny w ich dorobku power metalowy song z mocno mechanicznym, elektronicznym beatem (Thunderpath dostępny na dzisiejszej playliście) ale czy to wystarczy, by zbliżyć się do wspomnianego Epsilon czy ostatniego z Erkkim Seventhian... - czas pokaże.
Wiem natomiat, że jednym z powerowych debiutów roku jest Heaven's Falling szwedzkiego Shadowborne i szczerze zdziwię się, jeśli u kolegów bloggerów specjalizujących się w tym nurcie muzyki metalowej nie będzie wysoko w kończących rok rankingach. U mnie miejsce ma niemal pewne.
Ostatni akapit to zwykle w rozprawce miejsce podsumowania przedstawionych argumentów, konfrontacji ich ze sobą i ostatecznego potwierdzenia lub zaprzeczenia głównej tezy utworu. W Muzycznej Kronice zaś to miejse, w którym zachęcam do odsłuchu playlisty, zapraszam do dyskusji i czekam na Wasze podsumowania. Może tak być? ;)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz