poniedziałek, 24 listopada 2025

17.11-23.11.2025


Podobno optymalne proporcje dla bloga muzycznego to 70/30 - 70 procent artystów mniej znanych i 30% wielkich nazw. Szczerze mówiąc nigdy nie zastanawiałem się jak to wygląda u mnie ale dziś, pisząc kolejne podsumowanie tygodnia postanowiłem pójść tym tropem i przeanalizować, której grupy wykonawców słuchałem najczęściej. Zapraszam więc na tradycyjny poniedziałkowy przegląd muzyczny, tym razem artyści uszeregowani zostali pod względem globalnej rozpoznawalności (za kryterium posłużyła miesięczna ilość słuchaczy w najpopularniejszym serwisie streamingowym). 

Zaczniemy od zespołu, którego prócz mnie słuchało ostatnio kilkanaście innych osób. A szkoda, bo Erewän to bardzo przyjemny dla ucha francuski prog-rock. Na swej najnowszej płycie Soul is the Key współgrają ze sobą i elementy symfoniczne, folkowe i klasycznie rockowe. Do tego spokojny wokal i mądre teksty dają krążek, który spodoba się każdemu miłośnikowi neo-proga. 

Tegorocznym debiutantem jest fińska kapela Humming Whale, grająca metal progresywny. Już wydany kilka tygodni temu singiel Ocular zwrócił moją uwagę i z ciekawością czekałem na więcej. W końcu doczekałem się i już po tych kilku dniach mogę powiedzieć, że jest to jeden z najciekawszych debiutów tego roku. Ciężar przeplatany z melodyjnością, agresywne wokale na zmianę z przebojowymi melodiami i takim chłodnym, północnym klimatem - to krótka charakterystyka albumu, który swego finalnego kształtu nabierał przez, bagatela, dziewięć długich lat. Na playliście znajdziecie wspomniany wyżej Ocular ale czuję, że już niedługo będzie ich więcej.

W Finlandii na początku lat dwutysięcznych działał power metalowy Olympos Mons. Ich muzyka oddawała ducha epoki - melodyjna, szybka, bardziej nawet klawiszowa niż gitarowa, inspirowana mocno pierwszymi krązkami rodaków z Sonaty Arctici. Po dwóch albumach zespoł niestety zakończył działalność ale Ian E. Highhill, wokalista obdarzony charakterystycznym, trochę nosowym wokalem mikrofonu na kołek nie odwiesił. Sformował nowy zespół, Astralion i pod tym szyldem wydał w 2014 i 2016 dwa bardzo udane albumy - Astralion i Outlaw. Muzycznie w stylu zbliżonym ale jednak z większym zadziorem i intensywniejszą pracą perkusji. Oba krążki bardzo lubię i co jakiś czas do nich wracam, licząc po cichu na coś więcej. Tak było i w ostatnim tygodniu, czego ukoronowaniem jest obecność dwóch utworów na playliście. Mam nadzieję, że Wam się spodobają, a jeśli muzycy trafią kiedyś na ten tekst, apeluję i proszę - we want more!

W Ameryce bardzo często power metal (tzw. amerykański) nosi w sobie sporo elementów epic doom metalu. Nie inaczej jest w muzyce pochodzącego z Connecticut Mourn the Light. Sięgnałem po ich muzykę zwabiony własnie hasłem "epic doom metal" ale po dwóch tygodniach spędzonych przy Sorrow Feeds the Silence wyraźnie dostrzegam tam sporo powerowej estetyki. Nie jest to jednak wada, nawet powiem więcej, na stronach Kroniki i power i epic doom są bardzo mile widziane a gdy jest to tak zręcznie połączone jak w przypadku tej kapeli to miejsce na playliście "im się po prostu należy". 

Zgoła odmienna estetykę prezentuje szkocki Cwfen, który swój debiutancki krażek pt. Sorrows wydał już kilka miesięcy temu, 30 maja. Ja trafiłem na nich dość przypadkowo, przeglądając na laście wykonawców otagowanych jako doomgaze. Choć tu ten doomgaze to tylko jeden z filarów. Do pozostałych zaliczyć można post-black metal i okultystyczny proto-doom z lat 70-ych. Są to jak już widzicie trzy zdawałoby się raczej eteryczne fundamenty ale dźwięki, które na nich się opierają mają tę niezwykłą zdolność przenikania wprost do duszy słuchacza i robienia w niej sporo emocjonalnego zamieszania. Ale o to też chyba chodzi w muzyce, by ją czuć a nie tylko mieć "w tle".

W piątek krążek numer dwa wypuściła australijska artystka Cassidy Paris. Jej tytuł to Bittersweet i na pewno jest w tym ukryta pewna aluzja do sytuacji, która spotkała wokalistkę i jej tatę (który w zespole pełni funkcję basisty). Na wiosnę zaraz po wydaniu pierwszego singla (Butterfly - fajna bardzo nuta) i u progu dużej trasy koncertowej w roli supporta Harem Scarem, zespół nagle opuścili bracia Rogowski - główna gitara i perkusja. Na szczęście pozostałej dwójce udało się z tego jak widać wyjść obronną ręką i silniejsi o doświadczenia dowieźli bardzo przebojową i energiczną, hard-rockową płytę. Prócz singlowego Butterfly szczególnie spodobał mi się numer Give Me Your Love, w którym Cassidy śpiewa tak zmysłowo i nonszalancko jak Ke$ha w pamiętnym duecie z Alice Cooperem (What Baby Wants z Welcome 2 My Nightmare). 

Po tygodniowej przerwie, znów wróciłem do częstszego słuchania Arcane Tales, jednoosobowego power metalowego projektu osadzonego w klimatach fantastyki i inspirowanego twórczością starego Rhapsody. W przeciwieństwie do pierwowzoru, Luigi Sorrano poszedł krok dalej niż Turilli i opowiesci snute przy pomocy neoklasycystycznego powera przelał tez na kartki papieru, stając się pełnoprawnym autorem powieści fantasy. Niestety nie sa one dostępne w naszym języku a i nie mam nawet pewności, czy istnieje choćby angielskie tłumaczenie. A szkoda...

Za oknem mróz, Małopolska pod śniegiem a u mnie w gabinecie duszno. Shoegaze'owe duszno i romantyczna, bujająca kompozycja papierki i okruszki. Czasem taka chwila wytchnienia od rozpędzonego rycerskiego powera czy marszowego, depresyjnego doom metalu przyda się każdemu. 

Duszne, bagienne klimaty to też specjalność brytyjskiego Bog Wizard. Tytułowy utwór z najnowszego krążka sludge/doomowego tria Satanik Panik ma w sobie i brud i groove i odrobinę szaleństwa, co sprawia że nie sposób się od niego na dłużej oderwać. Polecam też pozostałe sześć kompozycji ale to jednak ta konkretna sprawia, że serce szybciej łomocze w piersi, niczym ta robiąca bah-bah-bah gitara (wybaczcie tę onomatopeję).

Teraz dla odmiany coś szybszego i lżejszego w odbiorze, bogatego w podniosłe, symfoniczne aranże. Na sukces drugiej płyty projektu Cristiano Filippini's Flames of Heaven zatytułowanej Symphony of the Universe prócz wspomnianych w poprzednim zdaniu cech składa się też wokal Marco Pastorino, prog/powerowego człowieka renesansu, znanego z występów w wielu uznanych włoskich zespołach i projektach, tak za mikrofonem jak i (a może przede wszystkim) z gitarą w ręku. Jeśli lubicie Temperance, Secret Sphere czy choćby Fallen Sanctuary (włosko/austriackie) to musicie sięgnąć i po ten krążek. 

Czeskiego XIII. Stoleti miesięcznie w Spotify słucha około 16 tys użytkowników. Ciekawe ilu z nich jest z Polski, bo gdy trzynastki przyjeżdżają na koncert to mają reagularnie sold outy. Jak wiecie, mnie udało się być na nich w październiku a już od końca września regularnie słucham każdej kolejnej studyjnej płyty, dochodząc aktualnie do 2009 roku i albumu Dogma. Albumu, który był jednym z pierwszych w ich dyskografii, którego przesłuchałem w całości. Po tylu latach nadal czuć w nim tę energię, bardziej punkową niż gotycką choć oczywiście utrzymaną w charakterystycznym klimacie. Mam wrażenie, że jest to jedno z najbardziej zróżnicowanych wydawnictw, gdzie obok siarczystego rockera w postaci Katakomb dostajemy nomen omen hipnotyzującego Hypnotyzera czy zmysłowy erotyk o wiele mówiącym tytule La Femme Fatale

Zespół Seventh Wonder w szerszej świadomości słuchaczy metalu zaistniał z pewnością w momencie, gdy wokalista Tommy Karevik został ogłoszony nowym frontmanem Kamelot. W ten właśnie sposób wpadła mi w ręce płyta Mercy Falls, która już od pierwszych spędzonych przy niej dni wryła mi się mocno do głowy i serca, zdecydowanie mocniej niż Silverthorn. Ładunek emocji jaki niesie z sobą opowiadana na krążku historia, mimo pewnych elementów, które dla lekarza mogą wydawć się nieco naciągane, sprawia że w gardle czuję ścisk a łzy same napływają do oczu. Mógłbym Wam strescić tę historię ale uważam, że spoilerowanie takiego arcydzieła byłoby zwyczajnym przestępstwem. Lepiej usiąść wygodnie w fotelu, nalać sobie wina, przygasić światła i ruszyć do Mercy Falls, where nobody's leaving...

Mielismy już progresywny power a co powiecie na progresywny stoner? Takim określeniem można najlepiej zobrazować styl, jaki prezentuje Howling Giant. Crucible & Ruin to piąty album amerykańskiej formacji i drugi z kolei notowany na 1 miejscu listy albumów miesiąca Doom Charts. Jak czytamy w opisie - jest to najbardziej złożony, ciężki i progresywny krążek grupy, sięgający brzmieniem aż po stratosferę. Myślę, że trudno o bardziej akuratny opis i lepszą rekomendację.

Znacznie dalej niż do stratosfery, bo na jeden z księżyców Jowisza (Io - prywatnie mój ulubiony) zabiera nas Remina w tak właśnie zatytułowanym utworze. Kosmiczna atmosfera i ten piękny, pełen emocji głos Heike Langhans potrafią oczarować każdego.

Zbliżamy się pomału do najbardziej rozpoznawalnych kapel. Elettra Storm w zeszłym roku szturmem wdarła się do power metalowej pierwszej ligi a tegorocznym albumem Evertale, równie przebojowym a zarazem nieco bardziej złożonym niż debiut coraz śmielej upomina się o miejsce w ekstraklasie. Na potwierdzenie mych słów zostawiam dwie najlepsze moim zdaniem kompozycje - Secrets of the Universe i Blue Phoenix, obie naładowane powerową energią. 

Therion to symfoniczno-metalowa instytucja, której nikomu przedstawiać nie trzeba. Listopad upływa u mnie pod dużym wpływem ich muzyki, słucham sobie wybiórczo płyt z różnych etapów ich wieloletniej kariery ale konkluzja zazwyczaj jest podobna, że w topce zazwyczaj ląduje przełomowe Theli i nie mniej ważna, zdecydowanie bardziej rozpoznawalna za sprawą utworu tytułowego Lemuria. Drobny ułamek każdej z nich znajdziecie na dzisiejszej plalyliście.

Najważniejszą dla mnie premierą minionego weekendu było Field of Swords, jedenasty już krążek szwedzkiego Bloodbound. Muzycy kontynuują tu wątki z poprzedniego, kapitalnego wręcz Tales from the North - osadzając epicki, bombastyczny power metal w realiach historycznych - tym razem przechodzac z ery wikingów do czasów średniowiecznego rycerstwa. Co warto podkreślić po tych trzech dniach - zespół utrzymał nie tylko styl i tematykę ale i wysoki poziom, z miejsca ustawiając się w walce o tytuł powerowego albumu roku. 

Na koniec zespół mający ponad 3 miliony słuchaczy w miesiącu - hiszpański i hiszpańsko-języczny Mago de Oz. Muzycznie mamy tu miks celtyckiego folku i europejskiego powera, choć i tradycyjny heavy w maidenowskim stylu się tutaj znajdzie. I choć psioczyłem, że na nowym krążku (Malicia, wydany pod koniec października) muzycy znów poszli w ilość, tracąc nieco na jakości (15 utworów, 76 min muzyki) to te najbardziej wyróżniające się kompozycje są w stanie pokryć te niedociągnięcia z nawiązką. 

I to już wszystko. Podliczmy więc. Zakładając punkt odcięcia na 100 tys słuchaczy, dzisiejsza playlista liczy sobie 22 utwory mniej i 8 utworów bardziej znanych artystów. Procentowo prawie idealnie. A co Wy na to? Który z wymienionych wykonwaców najbardziej Wam się spodobał i jak wyglądają Wasze podsumowania? 


 Playlista: 23.11.2025

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Najpopularniejsze