Ho, ho, ho! Czy to już czas na podsumowanie tygodnia? Jak najbardziej. Zobaczmy więc, jak wygladają moje muzyczne statystyki po tym mikołajkowym tygodniu.
Najczęściej zdecydowanie sięgałem w tym czasie po muzykę power metalową - szybką, podniosła i melodyjną. Tak się złożyło, że w listopadzie swoje premiery miało kilka naprawdę solidnych albumów utrzymanych w tym nurcie. Szczególnie wyróżnić warto krążek zatytułowany Symphony of the Universe, za którym stoi gitarzysta i klawiszowiec Cristiano Filippini, wspierany przez muzyków znanych z wielu innych zasłużonych włoskich kapel. To już drugi album pod szyldem Flames of Heaven i muszę przyznać, że wśród trzynastu kompozycji (w tym dwa krótkie instrumentale) co najmniej kilka to absolutne earwormy. I nie chodzi tu tylko o tę typową powerową melodykę ale i umiejętne wykorzystanie elementów symfonicznych, budowanie klimatu (jak w ponad 8-minutowym Darkside of the Gemini) orarz solidny warsztat poszczególnych członków zespołu, z prawdziwym człowiekiem renesansu jakim jest Marco Pastorino (tu w roli wokalisty) na czele.
Dużo radości sprawia mi tez odsłuch najnowszego dzieła Szwedów z Bloodbound. Panowie nie zmienili zwycięskiej formuły jaką zaprezentowali na Tales from the North (jak dla mnie jedna z powerowych płyt '23 roku) a nawet dopieścili ją o więcej folkowych elementów. Nadal jest szybko, bombastycznie i ultraprzebojowo ale ciekawa praca klawiszy dodaje utworom rycerskiego nastroju.
W paźdzerniku jak pewnie pamiętacie jarałem się mocno płytą Oceans zespołu Terra Atlantica a zwłaszcza singlem Carribean Shores, ciekawym połączeniem power metalu z muzyką karaibską. Tym razem sięgnąłem po starszy krążek zespołu - wydany w 2020 roku Age of Steam. Jest to zdecydowanie bardziej surowa płyta ale nie brak na niej kapitalnych, łatwo wpadających w ucho numerów. Do mnie najmocniej przemawia Across the Sea of Time, który po krótkim intro mocnym uderzeniem wprowadza w "epokę pary". Można powiedzieć, że panowie naprawdę dołożyli tu do pieca.
Dość przypadkiem trafiłem też na inny krażek z początku lat 20-ych naszego wieku. Jest nim Dark Side of Magic włoskiej kapeli Draconicon. Jej okładka mignęła mi na głownej stronie last.fm wśród polecanych albumów. Zaciekawiony czarnym smokiem na tle purpurowego nieba (kto słuchający powera nie kocha smoków?) wyszukałem kilka pochodzących z niej utworów i kurde, dobrze się przy nich bawiłem. Jest to taki "włoski" neoklasycystyczny power jaki znamy od czasów Legendary Tales czy innego SOELa ale utrzymany w nieco mroczniejszym tonie. Jako przykład polecam Fiery Rage, który był pierwszym odsłuchanym przeze mnie numerem z DSoM. Może Was też zaczaruje?
Przejdźmy jeszcze na chwilę do Hiszpanii, która co prawda nie ma aż tak znanej power metalowej sceny jak Włochy ale jednak potrafiła wydać na świat kilka wyjątkowych zespołów. Weźmy na przykład pochodzący z Madrytu Dark Moor, swego czasu mocno nasycony muzyką symfoniczną. Ekipa aktywna jest już od 1993 roku, czyli tyle co niejedna włoska gwiazda gatunku (a w zasadzie jedna choć w kilku różnych wersjach). Przez ten czas popełnili niejeden genialny album ale też zdarzały się spektakularne klapy. Ja jednak wolę pamiętać o tych dobrych czasach, gdy światło dzienne ujrzało ich siódme dzieło, zatytułowane Autumnal. W tym tygodniu dość regularnie sięgałęm po niego i choć ulubionym utworem nadal pozostaje inspirowane losami Ofelii An End So Cold, to tym razem najwięcej czasu spędziłem przy On the Hill of Dreams, w którym gitary prowadzą ciekawy dialog z orkiestracjami. Polecam wszystkim miłośnikom symfonicznego spojrzenia na muzykę metalową.
Wszystkim spragnionym muzycznych wyzwań proponuję kącik poświęcony rockowi i metalowi progresywnemu. O debiucie grupy Humming Whale piszę juz od dwóch, trzech tygodni ale nie sposób oderwać się od tego ciężkiego, przemyślanego a jednocześnie tak po skandynawsku (choć Finlandia to w sumie nie Skandynawia :P ) chłodnego grania. Coraz bardziej też w Chasing Rabbits słyszę echa genialnego AM Universum, wydanego przed laty przez Amorphis jeszcze z Pasim Koskinenem na wokalu.
Jeśli o Chasing Rabbits pisałem, że jest trochę chłodna to płyta, o której teraz napiszę jest zdecydowanie bardziej ciepła i kolorowa. Już sama okładka Pachinko, przedstawiająca zmieniającego się w drzewo triceratops atakuje nas wieloma gorącymi barwami. Muzycznie również to "feeria barw i dźwięków" z wycieczkami w stronę flamengo rocka (tak, istnieje coś takiego i ma zresztą długa historię), hammondowymi popisami i nieraz zapierającymi dech w piersiach tempami jak w Alfredo and the Afterlife. Aż wierzyć się nie chce, że autorzy tego fenomenu, Moron Police pochodzą z Norwegii!
W sobotę byłem z rodziną w Teatrze Groteska na przedstawieniu dla dzieci z okazji Mikołajek. Grano Alicję w Krainie Czarów i to był dość ciekawy zbieg okoliczności, gdyż jak już Wam pewnie wiadomo, niedawno ukazała się nowa płyta tRKproject, na której Ryszard Kramarski inspiruje się własnie powieścią Lewisa Carolla. Dzięki temu synestetycznemu doznaniu z jeszcze większym zaintrygowaniem sięgałem po płytę Alice, co znalazło odzwierciedlenie w umiesczeniu dwóch pochodzacych z niej kompozycji na dzisiejszej playliście.
W piątek ukazał się tez drugi, a w zasadzie trzeci singiel promujący nadchodzący album zespołu Big Big Train. Brytyjczycy od wielu lat są moim ulubionym zespołem grającym rock neoprogresywny. I choć po śmierci Davida Longdona pewna czastka ich magii odeszła na zawsze, nowy wokalista, Alberto Bravin godnie go zastąpił a i muzycznie zespół daje radę. The Sharpest Blade to nieco pokręcona kompozycja, pozbawiona standardowego zwrotka-refren układu z dominującymi partiami wiolonczeli. Jest w niej jednak to coś i czuję, że przy zaplanowanym na luty The Woodcut spędzę niejeden zimowo-wiosenny wieczór.
Jesienno-zimowe klimaty to też dobry grunt pod doom metal. Trochę go u mnie było i to takiego naprawdę ciężkiego. Od kiedy ukazał się singiel Wejdź w moje bramy, regularnie słucham warszawskiej death/doomowej Schemy. I choć ich najnowsza kompozycja ma w sobie więcej progresji, trochę może i stonerowego klimatu to nadal jest to ta majestatyczna, epicka fabryka dźwięków jak na świetnym Pierwszym Zauroczeniu, z którego pochodzi Latarnik, mój absolutnie ulubiony numer zespołu. Dziś odpalając dołączoną do artykułu playlistę będziecie mieli okazję porównać oba wyżej wymienione utwory. I powiem Wam, że wybór tego lepszego będzie cholernie trudny.
Jeszcze ciężej, jeszcze bardziej ponuro i złowrogo brzmi Oromet. Amerykański duet to aktualnie jeden z najlepszych moim zdaniem przedstawicieli funeral doomu a wydana na początku listopada The Sinking Isle tylko to potwierdza. Mamy tu tylko trzy kompozycje, dwie po 10 i jedną ponad 20-minutową ale przez cały czas trwania albumu nie ma ani jednego momentu znużenia. A głęboki, death metalowy growl jakim dysponuje Dan Aguilar przenika swoim niesamowity vibrato do szpiku kości. Najlepiej to słychać w zamykającym płytę Foresaken Tarn, po który sięgam najczęściej.
Z włoskim Black Capricorn pierwszy raz zetknąłem się rok temu, gdy ich płytę Sacrifice Darkness... and Fire wyróżniło w jednym ze swych miesięcznych podsumowań renomowane Doom Charts. Zetknąłem się, posłuchałem ze dwa razy i zapomniałem. Los jednak bywa przekorny ("chce ze mną grać w poke... stop!) i gdy w zeszłym tyogdniu z ciekawości sięgnałem po tę samą płytę, będąc przekonanym że nigdy jej nie słyszałem, coś zaskoczyło i tak oto leci u mnie teraz codziennie. Jak pokrótce można opisać twórczość Włochów? Momentami minimalistyczna, psychodelicznie hipnotyzująca, innym razem przygniatająca cięższymi brzemieniami a wokalnie zbliżająca się do klasycznego Black Sabbath - czy potrzebne są jakieś lepsze rekomendacje?
Do inspiracji doom metalem przyznaje się też białostocki Hukoskop, określający się mianem doomgaze'u. Czuć to na tegorocznym Onirium, intrygującym concept albumie poświęconym tematyce snu. Tak się jednak składa, że w tym tygodniu najczęściej grał u mnie otwierający krążek Kogo zabił wąż? gdzie dominującymi wpływami są przede wszystkim post-punk i coldwave a którego największym atutem jest niewątpliwie dość ironiczny i przemycający dość stary już easter egg tekst.
Jak już przy różnej maści gaze'ach jesteśmy, nie zapomnijcie sprawdzić ostatnich wydawnictw shoegaze'owego duszno i post-metal/metalgaze'owego Astronoid. Coś czuję, że tak papierki i okruszki jak i Stargod u niejednego muzycznega zapaleńca trafią do tegorocznych topek.
Ciekawą propozycją jest Zaświat, czwarty już album alt/post-rockowego zespołu Here on Earth. Pochodząca z Katowic grupa oddaje w nasze ręce 10 zmuszających do myślenia i zostających na dłużej w głowie kompozycji, z których jak na razie najmocniej na mnie oddziaływuje znana już z singla We mnie, w tobie, pięknie opisująca relację dwojga ludzi, którą każdy może interpretować na swój własny sposób.
Prócz niezalu, czasem warto sięgnąć po grupę, która już od dawna działa w rockowym mainstreamie ale mimo 45 lat na karku nadal ma w sobie sporo, może już nie buntu ale ironii i niepokorności. Tak, Lady Pank nadal umie w rock i potwierdza to na płycie zatytułowanej po prostu 45. Z właściwym sobie luzem i humorem rozprawia się z codziennymi absurdami i aktualną sytuacją w kraju, jak w 500 plus ale i gdy trzeba bardziej refleksyjnie i miłośnie, nie stroni od autoironii (tu za przykład niech posłużą radiowe Motyle). Generalnie cieszy, że dalej czuć tu fajne gitary choć żeby czerpać z tej płyty maximum przyjemności warto od razu założyć, że rewolucyjnych zmian w brzmieniu spodziewać się nie należy. Ale chyba nie tego oczekuje się od "znanych i lubianych?".
Bardzo klasycznie, choć ostrzej bo na granicy hard rocka i AORu grają dwie kolejne ekipy. Cassidy Paris to australijska dziewczyna z gitarą, dobrym wokalem i zamiłowaniem do przebojowego, ostrego grania co dobrze sprawdza się na płycie Bittersweet. Starmen natomiast to totalny worshipping Paula Stanleya i grupy Kiss. Autorski i dający z siebie na Starmenized II więcej niż ich idole w ostatnich latach. Polecam!
Zostało nam jeszcze XIII. Stoleti i kolejna płyta w ich dyskografii. Frankenstein to w sumie kompilacja niż pełnoprawny długograj. Jak przeczytałem lata temu w jednej recenzji - pozszywany z martwych ciał remixów, rerecordingów, rarytasów i dwóch premierowych numerów. Trudno się nie zgodzić ale dla samego utworu tytułowego, który świetnie wypada w wersji koncertowej warto dać mu szansę. Ważne w tym wszystkim jest to, że w roku wydania tego krążka, Petr Stepan zarzekał się, że zdecydowanie bardziej od nagrywania nowych płyt woli granie koncertów. Na szczęście po kilku latach zdanie zmienił ale o tym, mam nadzieję, za tydzień.
Tak więc, żeby to tygodniowe oczekiwanie umilić podrzucam Wam aktualną "tygodniówkę" - link poniżej. Czekam też jak zawsze na Wasze podsumowania i zapraszam do dyskusji. Dzielmy się i muzyką i refleksjami.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz