Po długiej, prawie półtorarocznej przerwie powracam do formatu artykułu, w którym polecam Wam konkretną wytwórnię płytową i wydane przez nią albumy. Pierwotny zamysł na dziś też zresztą był inny. Myślałem o wpisie poświęconym Ryszardowi Kramarskiemu, którego najnowsza płyta Alice, wydana pod szyldem tRKproject zachwyca mnie w ostatnim czasie. Nie jest to zreszta jedyne pola działalności tego wybitnego klawiszowca i kompozytora. Jest też założycielem legendy rodzimego neo-proga, zespołu Millenium, znanego do 1999 roku jak Framauro (co ciekawe,w 2020 roku ten drugi został reaktywowany i aktualnie obie kapele działają równocześnie) a na wiosnę tego roku pokazał światu nagraną wraz z synem płytę FatherSon, która nieraz już gościła na łamach Muzycznej Kroniki. Najważniejszy jednak dla dzisiejszego artykułu moment nadszedł w 1998 roku wraz z powstaniem Lynx Music, niezależnej wytwórni płytowej, zorientowanej przede wszystkim na promocję szeroko pojętej muzyki art-rockowej.
I tu właśnie, gdy zacząłem przeglądać listę wydanych przez Lynx Music albumów dostrzegłem jak wielu z tych artystów znam i doceniam, o niejednym też pisałem już na tej stronie. Poza wspomnianymi już powyżej projektami pana Ryszarda warto wymienić łódzkie Let See Thin, weteranów krakowskiej sceny z Albion (i jego alternatywę w postaci Noibla) czy polsko-boliwijski ewenement, czyli ATAN, którego album Ugly Monster zdobi moją kolekcję CD. W barwach Lynx Music ukazała się też pierwsza w XXI wieku płyta z premierowym materiałem rzeszowskiej kapeli RSC, jednej z najoryginalniejszych w polskim rocku lat 80-ych. Żeby jednak nie budować fałszywej narracji, że Lynx skupia się tylko na muzyce mocno zapatrzonej w przeszłość (początki neo-proga to wszak 1983 i Strip for a Jester’s Tear Marillionu), dodam, że w katalogu wytwórni znajdziemy też debiuty instrumentalnego, post-rockowego YENISEI czy stoner-rockowej Fangi. Świadczy to tylko o tym, że raz, świat ambitnego rocka nie zmierza wcale ku końcowi i dwa, że label pana Kramaskiego jeszcze nieraz zaskoczy nas czymś interesującym i intrygującym zarazem.
A drobne próbki albumów, które mnie osobiście zaskoczyły i ciężko się od nich oderwać znajdziecie na poniższej playliście. 15 wykonawców, 60 utworów i blisko 5 godzin muzyki idealnej na długie, w zasadzie już prawie zimowe wieczory. Takiej, którą najlepiej kontemplować w półmroku, z lampką wina (lub w moim przypadku raczej szklanką portera) w dłoni. Miłego odsłuchu!

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz