Jak co poniedziałek zapraszam na muzyczne podsumowanie mojego tygodnia. Grało u mnie sporo ciekawej muzyki z różnych gatunków, zarówno tych najbardziej preferowanych jak i rzadziej "dodawanych do kolejki".
W czołówce nadal power metal i przede wszystkim świetny Bloodbound, który na Field of Sword przenosi nas do wieków średnich, ery zamków i rycerzy. I tak właśnie brzmi ta płyta, niczym szarża ciężkiej jazdy, rozbijająca w pył strwożonych pikinierów. Szybka perkusja, ostre gitary, gdzieniegdzie klawiszowe fanfary i porywające melodie - kwintesencja power metalu.
Nieco bardziej rozbudowaną, zwłaszcza o elementy symfoniczne muzykę tworzy Cristiano Filipini z zespołem Flames of Heaven. Pod względem ogólnego wrażenia, melodyjności czy mocy może nieco ustępuje szwedzkiej kapeli ale tak epickiej atmosfery jak w Darkside of Gemini jednak Bloodbound dawno nie osiągnął.
Coś w sobie ma też Draconicon, może mniej znany zespół z Włoch ale w albumie Dark Side of Magic z 2021 roku jest coś takiego, jakaś nomen omen niezwykła magia, która przyciąga do siebie swym nieco mniej pompatycznym, surowszym ale równie melodyjnym brzmieniem.
Są też takie płyty, które za pierwszym razem nie zachwyciły, za drugim nie przemówiły do siebie i potrzeba było kilku kolejnych odsłuchów by docenić zarejestrowane na nich kompozycje. Dobrym przykładem może być heavy/powerowy Steel Arctus. Przez 2 tygodnie od premiery Dreamruler nie potrafił się przebić przez wysyp innych, bardziej wówczas zajmujących mnie premier. Mamy jednak plot twist i dziś mogę powiedzieć, że to album bardzo solidny, mogący pochwalić się niejednym bangerem, wśród których najmocniej w pamięć zapada nie bawiący się w półśrodki, bezpośredni Defender of Steel. Steel Arctus to już kolejny przykład na to, że grecka scena to aktualnie czwarta siła na erenie europejskiego powera.
Podobnie jak z Dreamruler, miałem też z nową płytą szwedzkiego Treat, drugiego obok Europe najbardziej znanego przedstawiciela ejtisowego hard rocka. Ich nagrany w '87 Dreamhunter w niczym nie ustępuje słynnemu The Final Countdown a wśród krążków wydanych w XXI wieku, po reunionie, również znajdzie się kilka wyróżniających się pozycji. Pod koniec listopada ukazała się natomiast płyta nr 10, ztytułowana The Wild Cart i cóż, poza znanym z singli 1985 ani mnie nie rozpaliła ani tez jakoś nie odrzuciła. Dałem jej jeszcze jednak szansę i z dnia na dzień coraz bardziej się do niej przekonywałem. Nie jest to może ani wspomniany już wcześniej Dreamhunter ani świetny The Endgame sprzed 3 lat ale na pewno można spędzić przy nim niejedną fajną chwilę a miłośnicy AOR-a, glam metalu czy melodyjnego hard rocka nie powinni być zawiedzeni.
Zresztą, melodyjne gitarowe granie było u mnie obecne również za sprawą wschodzącej gwiazdy AOR-a - Cassidy Paris (kapitalny numer Give Me Your Love) i inspirowanej Kiss kapeli Starmen (w której każdy muzyk występuje w makijażu inspirowanym scenicznym alter-ego Paula Stanleya). Dodajmy do tego jedną z legend hair metalu, czyli Danger Danger, który, co ważne, w XXI wieku też potrafił nagrać bardzo udany krążek. Mowa o Revolve z 2009 roku, kończący się jednym z najlepszych kawałków w całej historii zespołu, znanym już moim facebookowym czytelnikom, Dirty Mind.
Melodyjnie i z charakterystycznym brzmieniem (już od lat) gitary grają też oczywiście weterani z Lady Pank. Na nowym krążku 45 pełno jest przyjemnych dla ucha, ironizujących kawałków. W tym tygodniu najchętniej słuchałem utworu Moje życie, kojarzącego się trochę z It's My Life Bon Joviego. Nie jest to oczywiście glam metal (choć LP kiedyś zbliżyło się nieco do tego stylu, patrzcie artykuł o polskim glam/hair metalu) ale wpada w ucho równie łatwo i nie razi mainstreamową popeliną.
Polską muzykę reprezentują dziś jeszcze dwa ciekawe zespoły. Here on Earth. Od kilku lat balansują na granicy rocka alternatywnego i post-rocka, wydając po drodze kilka dobrze odbieranych przez słuchaczy i krytyków albumów. Nie inaczej jest z ich najnowszym dziełem pt. Zaświat, na którym poetyckie, wymagające teksty łączą się z równie atmosferyczną i intrygującą muzyką.
Od kilku tygodni z głowy nie może mi wyjść warszawska Schema. Po wydanym niedawno monumentalnym i wiele obiecującym singlu Wejdź w moje bramy i mistrzowskim debiucie (Pierwsze zauroczenie), do którego wracam regularnie od kilku lat zmierzyłem się w końcu z do tej pory nieco pomijana EP-ką Miasto nierzeczywiste. Te cztery kompozycje zawsze gdzieś kątem oka (ew ucha) wyłapywałem ale jeszcze szybciej mi umykały i dopiero teraz, mając więcej czasu i przestrzeni postanowiłem oddać im sprawiedliwość. I nie żałuję. Jest tu 100% znanej i lubianej przeze mnie Schemy, może jeszcze bardziej surowej, przybrudzonej i nie tak podniosłej ale przemawiające równie mocno jak w przypadku późniejszych dzieł. Szczególnie ujęła mnie Industria, jej tekst i sunąca się niczym mgła przez poprzemysłowe ruiny melodia. I ten religijny pierwiastek, sprawiający wrażenie jakiegoś postindustrialnego misterium. Nie można być fanem polskiego doomu nie przesłuchawszy choć raz tego numeru. Amen.
Ok, nie kończę jeszcze. Przyznam się, że miałem ostatnio spory apetyt na ep-ki doom metalowych kapel, sięgnąłem bowiem tez po pierwsze wydawnictwo amerykańskiego Frayle, czteroutworową The White Witch. I ponownie ciekawie było posłuchać gdzie mistrzowie szpetaneg doom-gaze'a byli w 2018 roku, wiedząc dokąd zawędrowali przez kolejne 7 lat (vide moje jesienne podsumowania). Efektem tych zainteresowań jest obecność na playliście otwierającego EP-kę Let the Darkness In. Ciekaw jestem, czy Wam się spodoba.
Wchodząc na jescze wyższe poziomy doom metalowej gęstości ponownie proponuję zanurzyć się w twórzość funeralnego Oromet. Ich nowy krążek, The Sinking Isle to tylko trzy kompozycje ale każda potrafi mocno wbić się w serce. Przoduje w tym zwłaszcza ostatni na liście, Foresaken Tarn, przy którym naprawdę można poczuć się niczym na brzegu śmiertelnie cichego, skąpanego w bagiennych oparach, odartego z wszelkiego życia stawu.
Jeżeli szukacie natomiast doom metalowej psychodelii a sercom Waszym bliskie są zarówno wczesne płyt Black Sabbath jak i majestatyczne tempa Candlemass, nie możecie przegapić włoskiego Black Capricorn. Ja rok temu przegapiłem premierę Sacrifice Darkness ... and Fire ale na szczęście udało mi się nadrobić zaległości, bo płyta to iście intrygująca. Najlepiej zaś do przedstawionego kilka zdań wcześniej opisu pasuje utwór The Night That Came to Take You Away, chyba najcięższy z ich dyskografii. Polecam!
W tym tygodniu zakończyłem moją przygodę z dyskografią XIII. Stoleti, docierając do zeszłorocznej Noc vlku, płyty niespodziewanej i niespodziewanie udanej. Jak pewnie pamiętacie, trafiła ona na listę najlepszych albumów 2024 roku i teraz, po blisku 15 miesiącach od premiery zdecydowanie pozytywnie przeszła "weryfikację". Alchemistuv dum, Cerna kocka czy absolutnie najlepszy Muj bratre muj nadal mają w sobie to "coś" i super, bo "trzynastki" to zespół, który w rocku gotyckim jest u mnie, obok Inkubus Sukkubus, numerem 1!
Trochę mniej czasu minęło za to od premiery ostatniej plyty symfoniczno-metalowego Blackbriar, raptem cztery miesiące. Tu też nic się nie zmienia, The Last Sigh of Bliss potrafi poruszyć wrażliwe struny mej osobowości i niech to robi jak najdłużej. Muzycznego piękna nigdy za wiele.
Czas teraz na odrobinę progresji. Pozwólcie, że zacznę od frazeologizmu - nie chodzi o to, by złapać króliczka ale by gonić go. Tak się składa, że debiut fińskiego Humming Whale nosi tytuł Chasing Rabbits a ja, choć od premiery minął już prawie miesiąc, nadal odkrywam nowe warstwy, smaczki, inspiracje etc. Tym razem obok ulubionych Ocular i Hountor mocno wkręciłem się też w utwór tytułowy, zdradzający dość wyraźne wpływy hardcore'a.
Nie wiem jak Wy ale ja okładkę płyty traktuję jako integralną część dzieła, dopełniającą całość i/lub dopowiadającą opowieść do końca. W przypadku albumu Pachinko norweskiego Moron Police intensywność kolorów na froncie zdecydowanie koresponduje z intensywnością dźwięków na dysku. Muzyka jest zróżnicowana, czerpiąca i z folku i rocka i metalu, świetnie brzmiąca i w wersji rozpędzonej (mój ulubiony Alfredo and the Afterlife) i spokojniejszej, neo-progowej (Nothing Brakes). Zważywszy na fakt, że to odpowiednio numer 2 i 1 na trackliście, wyobraźcie sobie, że dalej jest równie ciekawie.
O nowej płycie Amorphis nie pisałem tu zbyt często. Krótko mówiąc, Borderlands nie wzbudziło we mnie większych emocji. Nie znaczy to jednak, że nie szanuję i nie lubię twórczości Finów. Otóż ostatnie kilka dni spędziłem bawiąc się wyśmienicie przy liczącym sobie już 16 lat Skyforger. Ciekawy fakt - pochodząca z niego Silver Bride to ulubiony utwór zespołu wśród moich znajomych (przynajmniej wg last.fm). I trudno im się dziwić.
Na koniec coś z innej bajki, choć nadal w szeroko pojętych ramach rocka i metalu. Dość przypadkowo natrafiłem niedawno na nową EP-kę pochodzącej z Kapsztadu grupy We Kill Cowboys. Back From the Dead aż kipi od punkowo-hardcore'owej energii, podanej w nowoczesnym, zahaczającym o "post" stylu. Szczególnie polecam Wam numer Cherry Lips, sprawdzający się świetnie gdy zamiast walczyć ze smokami i nurzać się w beznadziei, pragniecie po prostu "ponapier***ć". Amen.
Drugi amen w artykule ale tym razem już ostateczny. Tak wyglądał mój tydzień, a jak tam u Was? Zapraszam do dyskusji i polecania swoich odkryć. Jeszcze tylko link do playlisty i "niech gra muzyka!"

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz