poniedziałek, 12 stycznia 2026

05.01-11.01.2026

 


Jedenaście dni 2026 roku już za nami i rynek muzyczny powoli budzi się ze snu. Wśród nowości jakie trafiły do mej biblioteki w ostatnim tygodniu jest już kilka premier ale nadal jest czas na nadrabianie zaległości i polecajki od znajomych. Tak więc w dzisiejszym artykule myślę, że znajdziecie wszystkiego "po trochu".

Zacznijmy od nowości, zwłaszcza tych piątkowych. Co prawda w weekend znów wypadł mi wyjazd do rodziny więc słuchałem ich raczej z doskoku to i tak pewne utwory już utkwiły mi w pamięci. Były to Break the Silence, tytułowa piosenka z nowej płyty symfoniczno-metalowego Beyond the Black, WitchBitch Elite powracających po dłuuuugiej przerwie gotyckich metalowców z For My Pain... (serio, nie sądziłem że panowie zbiorą się i nagrają nowy album!) i coś z naszego polskiego podwórka - Death Is a Five Letter Word stoner doomowego Smoke Rites z gościnnym udziałem Moniki Adamskiej-Guzikowskiej (TOŃ). Tak, wszystkie te kawałki były wcześniej wypusczone jako single ale dla mnie to dobry punkt wyjściowy do dalszej eksploracji zawierających je wydawnictw. I taką eksplorację mam w planach na najbliższe dni. 

Singlem nie był za to Kotlin, wieńczący The Genghis Khan EP to End All Genghis Khan EPs - czteroutworową minipłytę mistrzów metalowej parodii z Nanowar of Steel. Od razu zaznaczam, nie jest to hołd oddany polskiemu producentowi ketchupu tylko jednemu z języków programowania, co ma też dość adekwatne odbicie w warstwie tekstowej.

Nowością w mojej bibliotece jest zespół Xentrix, choć generalnie wcale do "nowych" nie zależy. Ta trashowa ekipa swą karierę zaczęła bowiem w 1988 roku (a pod pierwotną nazwą nawet 4 lata wcześniej) a ja, zachęcony przez Metal Frenzi wzmiankami o "romantycznej melodyce" z ciekawości sięgnąłem po ich liczący już 37 lat debiut. I rzeczywiście Shattered Existence pełny jest "metalikowego" thrashu (zwłaszcza z okresu Ride i Master) z wyraźnie akcentowaną (ale nie tak jak w power metalu) melodyjnością. Słucha się tego bardzo przyjemnie a zwłaszcza dwóch utworó, które od razu wrzucam Wam na playlistę - Balance of Power i Crimes.

Pamiętacie może zespół Vehemence? Epicki, średniowieczny wręcz black metal, który swego czasu zagościł na chwilę na mojej stronie? Jeśli tak, to zaciekawi Was na pewno inny przedstawiciel tamtejszej sceny czarno-metalowej. Abduction to kapela na Encyklopedia Metallum klasyfikowana jako progressive black/death metal. Ja jednak na płycie Jehanne słyszę prawidziwie epicki, melodyjny black - z tnącymi niczym damascenśka stal riffami, nawałnicami perkusji i absolutnie mistrzowskim połączeniem harshów z czystym, niebezpiecznie przypominającym Tilla Lindemana wokalem. Dziękuję Jakub Fyda za polecenie kolejnej po Vehemence właśnie blackowej perełki.

Tej około black metalowej muzyki zresztą było u mnie więcej. Przypomniałem sobie m.in. jeden z albumów depresyjnego Apati - Morgondagen inställd i brist på intresse. Lata temu miałem mocną fazę na takie właśnie peryferyjne granie, mocno wchodzące w shoegaze czy depresyjny rock. W brzmieniu Apati zawsze było słychać wyraźne inspiracje absolutnymi guru tego ruchu - szwedzkim Lifelover i francuskim Alcest, co zwłaszcza czuć w moim ulubionym numerze Lamna Mig Ifred. Według niektórych te wpływy aż nazbyt silne ale jak było naprawdę chyba nigdy się nie dowiemy, bo jeden z głównych kompozytorów, Obehag zmarł w 2011 roku po przedawkowaniu metadonu.

Parę dobrych lat temu, gdy szukałem na laście zespołów podobnych do Alcest, trafiłem na włoski projekt Arctic Plateau. I choć black metalu jest tu dosłownie krztyna, całość brzmi bardziej post-rockowo i shoegaze'owo to Gianluca Divirgilio potrafi zakląć w swych dźwiękach trochę takiego mizantropijnego chłodu, łagodnej refleksji czy zimowej melancholii. Jako dobry przykład niech posłuży Alive, jedna z kilku kompozycji projektu, do której czuję największy sentyment.

Jest też jedna premiera z poprzedniego tygodnia, do której dopiero teraz porządnie przysiadłem. Mowa o Elevation death/doomowego duetu Enshine. Jest to ich pierwsza od 11 lat płyta długogrająca (nie liczę EPki Transcending Fire z 2021) i spełnia na pewno pokładane w niej nadzieję. Melancholijne, przestrzenne ale jednocześnie ciężkie granie, przewaga growlingu z krótkimi, budującymi klimat wstawkami łągodnego czystego wokalu pokazują, że w szerokim świecie doom metalu jest jeszcze miejsce na takie klasyczne, gotyckie granie. 

Podobnie rzecz ma się z czanogórskim Dvoeverie. Ich nowy album Byrdcynn regularnie gości u mnie od dnia premiery, zmienia się tylko najczęściej słuchany utwór. Tym razem najchętniej sięgam po Delight in Dark.

Pisałem na wstępie o nadrabianiu zaległości. W przypadku Power Train dowodzonej przez Tommy'ego Johanssona power metalowej Majestica nie było to stricte nadrabianie ale czułem, że po premierze nie poświęciłem jej odpowiednio dużo czasu. Wróciłem więc do niej i był to bardzo mile spędzony czas. A że przy okazji odświeżyłem sobie też Christmas Carol, epkę inspirowaną Opowieścią Wigilijną Ch. Dickensa to tylko wartość dodana.

Power metalu było zresztą więcej. Weźmy na przykład Ride Into Obsession Blind Guardian, najlepszą kompozycję inspirowaną serią pt. Koło Czasu Roberta Jordana, prywatnie moją ulubioną serią fantasy. Warto też napomknąć o Dawn of Destiny, jednej z moich ulubionych power metalowych formacji z kobiecym wokalem. W tym tygodniu przypominałem sobie ich drugi album z kapitalnym Days of Crying na czele.

Ulubioną płytą ostatniego tygodnia jest natomiast u mnie The Six Thousand nagrana przez prog-powerową grupę Sands of Eternity. Tak jak tydzień temu zachwycałem się pojedynczym 6000 tak teraz doceniam już w pełni cały krążek, solidny i pod względem kompozycyjnym, aranżacyjnym jak i melodycznym. Na dzisiejszej playliście reprezentują go aż 4 utwory, różnorodne ale w tej różnorodności jednakowo intrygujące.

Z rocka progresywnego warto wspomnieć o malezyjskim Martin Vengadesan & The Stalemate Factor (album The Rook's Siege) i jednoosobowym projekcie Cosmograf (The Orphan Epoch). Zaskakujące jest jednak jak do swojego hard-rockowo/power-popowego stylu elementy progresywne potrafił włączyć na płycie Day Trip to Narnia brytyjski Cats In Space. To już czwarty krążek tej grupy i ostatni z Paulem Manzim na wokalu. Cechą wyróżniającą go na tle całej dyskografii (sumiennie przeze mnie odsłuchiwanej od kilku tygodni) jest siedmioczęściowy The Story of Johnny Rocket, w którym znajdziemy i przebojowe melodie i instrumentalne przerywniki, i dynamiczne gitary i elektroniczne popisy. Day Trip to Narnia wskakuje niniejszym na moją prywatną listę "albumów progresywno-AOR-owych". 

Po sobotnim koncercie Czarny Bez nadal mam w głowie niejeden kawałek, jednak najgłębiej wryła się chyba Wodnica - mitologiczne wytłumaczenie, czemu mężczyźni boją się kranu 😉 Już niedługo wrzucę relację więc stay tunes.

Nie zapomniałem też o The Riven i wydanym (już) rok temu Visions of Tomorrow, choć tym razem nad utwór tytułowy zdecydowanie przedłożyłem przebojowy i rytmiczny Set My Heart on Fire.

Na dziś to wszystko. Teraz Wy nie zapomnijcie i podrzućcie proszę swoje podsumowania lub polećcie jakąś ciekawą i pasjonującą muzykę. Zapraszam też do odsłuchu playlisty, do której odnośnik znajdziecie pod artykułem. Miłego dnia!

Playlista: 11.01.2026

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Najpopularniejsze