W ten jakże mroźny poniedziałek pragnę zaprosić Was na muzyczne podsumowanie tygodnia. Dźwięki, które mi przez ten czas towarzyszyły w pewien sposób korespondowały z pogodą. Znalażło się co prawda też trochę cieplejszych brzmień ale to jednak chłód był słowem kluczem łączącym ze sobą część artystów.
Pierwszy argument. Na dzisiejszej playliście najwięcej utworów należy do włoskiego projektu Arctic Plateau, grającego coś pomiędzy post-rockiem, depresyjnym blackiem i shoegaze'm. Eteryczne, chłodne dźwięki, rozmyte gitary, łagodne wokale przeplatane gdzieniegdzie rozpaczliwym, gardłowym krzykiem. Jest to muzyka, która na pewno spodoba się miłośnikom Alcest ale o bezrefleksyjnym kopiowaniu wzorów mistrze Neige'a nie ma tu mowy. Gianluca ma w rękawie sporo swoich pomyslów i z każdą kolejną płytą jego muzyczna osobowość zaznacza się coraz mocniej. Ja w tym tygodniu sumiennie przeszedłem przez wszystkie trzy albumy projektu i z każdego z nich przekazuję Wam przynajmniej jeden utwór.
Alcest a także kultowy swego czasu Lifelover stanowiły również główne źródło inspiracji dla szwedzkiego Apati, którego Morgongaden... jest jednym z moich ulubionych albumów reprezentujących nurt dsbm. Warto o nim pamiętać, bo tak jak w przypadku bardziej znanych rodaków, główny kompozytor odszedł zdecydowanie za wcześnie.
Zupełnie inny rodzaj black metalu gra francuskie Abduction. Już tydzień temu polecałem Wam ich epicki album Jehanna. Dziś mogę tylko potwierdzić, że nie było to chwilowe zauroczenie.
Zauroczony można też zostać słuchając Last Leaf Down i ich zeszłorocznego krążka Weigh of Silence. Swego czasu pisałem o nim w bardzo ciepłych słowach, później jednak stopniowo rzadziej u mnie gościł. Nie wiem czemu, bo gdy teraz przypomniałem sobie takie kompozycje jak A Quiet Lost War czy Cold Heart zaczynam żałować, że nie uwzględniłem ich w mojej całorocznej topce.
Romantyczno-gotycki klimat po wielu wielu latach przerwy udało się wskrzesić Finom z For My Pain... Przyznam, że już dawno temu straciłem nadzieję na nowy krążek tej, przynajmniej w momencie powstania, supergrupy (obok muzyków znanych z Eternal Tears of Sorrow w nagraniu debiutu brał udział m.in. sam Tuomas z Nightwisha). Czasem jednak dobrze być w błędzie a Buried Blue to naturalna kontynuacja starszej o 23(!) lata Fallen. Co ciekawe, jedną z najlepszych pozycji na trackliście jest Windows Are Weeping, przez użycie dud i gościnny wokal Troya Donockley'a mocno kojarzący się z współczesną twórczością Nightwish właśnie. Tyle, że, cóż, ten jeden tylko numer zjada wszystko to, co trafiło na Yesterwynde. Sorry Tuomas...
Kolejny tydzień jestem pod wrażeniem drugiego albumu warszawskiego Smoke Rites. I nie tylko przez wzgląd na wokal Moniki Adamskiej-Guzikowskiej w Death Is a Five Letter Word ale i za rasowy stonerowy banger w postaci The Devil's Advocate czy pozostałe 5 numerów, jakie trafiły na Eager Eyes of Talion. Napisałbym, że to gruz na światowym poziomie ale ludzie, polski gruz aktualnie to właśnie ten "international level". Nie ma więc zaskoczenia.
Zaskoczyło mnie miło natomiast Beyond the Black. Gdy w internetach pojawiały się pierwsze single zapowiadające szósty krążek niemieckiego kwartetu obawiałem się trochę o jakoś całej płyty. Po interesującym i energicznym Rising High i przebojowym utworze tytułowym kolejne dwie pozycje były takie hmm nijakie. Gdy jednak w końcu zanurzyłem się w cały krążek, słuchany od deski do deski okazało się, że niejedna struna mojej duszy zaczyna rezonować symetrycznie z muzyką zespołu i krystalicznym, mocnym jak zawsze wokalem Jennifer Haben. A liczne folkowe wstawki, jak we wspomnianym już Rising High czy urastającym do rangi najlepszego na płycie Let There Be Rain to strzał w dziesiątkę. Słucham namiętnie i nic nie zapowiada bym tego zaprzestał.
To były premiery sprzed 1,5 tygodnia a jak w moich uszach odnalazły się, dość głośne zresztą, nowości z tego piątku? Cóż, Soen i Kreator bez zaskoczenia ale i bez rozczarowania. Obie ekipy trzymają się swojego, wypracowanego przez lata stylu. Pierwsi dopieszczają lekko gotycki, melodyjny prog, raz bardziej metalowy, raz jednak bliższy nowoczesnemu hard rockowi. Coraz więcej tu Soen, coraz mniej Tool. I tak chyba powinno być. Rewolucji też nie mamy u weteranów teutońskiego thrashu, choć ostatnie kilka krążków Kreator mogło by być klasyfikowane jako melo-thrash (przez analogię do melo-deathu a to właśnie inspiracje goteborską szkołą stały za odrodzeniem jakiego zespół dostąpił przy okazji Violent Revolution). Nie spodziewałem się innego grania i może dlatego jako jeden z nielicznych w polskim internecie nie czuję się zawiedziony. A ten symfoniczno-gotycki sznyt w utworze tytułowym przywodzący na myśl moją ukochaną Endoramę to dodatkowe pól punktu za styl.
W piątek światło dzienne ujrzała też płyta, którą mogę śmiało nazwać moim największym odkryciem 2026 roku (a przynajmniej jego pierwszych kilkunasty dni). Cold Night for Alligators wpadło mi w oko przypadkiem, gdy przeglądałem nadchodzące premiery na portalu Metal Storm. W rubryce genre stało: djent/progressive math metal a gdy spojrzałem na kraj pochodzenia (Dania), wiedziałem, że moge spodziewać się czegoś niezwykłego. Przykłady takich formacji jak VOLA czy rozwiązany niedawno Isbjorg to tylko najbardziej jaskrawe przykłady tego jedynego w swoim rodzaju, chłodnego, duńskiego prog-metalu. I taką właśnie muzykę znajdziemy na With All That's Left. Trochę eteryczną, trochę połamaną, z jednej strony refleksyjną a z drugiej aż krzyczącą od nagromadzonych emocji. Czuję, że przy jej akompaniamencie spędzę niejeden styczniowy wieczór.
Ostatnio mam znów ochotę na poznawanie klasyki thrash metalu. Po Xentrix i ich debiucie Shattered Existence zainspirowany ostatnią audycją Epoka Żelaza sięgnąłem po drugi krążek Flotsam and Jetsam zatytołany No Place for Disgrace. Co mogę rzec po kilku odsłuchach? Kawał dobrego thrashowego łomotu, agresywnego i szybkiego. Wydaje mi się też, że nieco mniej melodyjnego niż Doomsday... ale w dobrym thrashu to nie powinno chyba stać na pierwszym miejscu.
W dyskografii Cats in Space, przez którą podróżuję od pewnego czasu przyszła kolej na Atlantis. Pierwsza płyta z Damienem Edwardsem za mikrofonem i pierwsza, którą przesłuchałem w całosci. To właśnie pochodzący z niej Magic Lovin' Feeling jest źródlem mojej niesłabnącej od 6-7 lat fascynacji tym brytyjskim zespołem. Jest to krążek pełen przebojowych nut, soczystych gitar i głośnej perkusji, z qeenopodobnymi harmoniami wokalnymi i pewną, nieco mniejszą niż poprzednio, dozą progresywności. Głos Damiena też robi swoje, nieco cieplejszy i mniej ochrypły niż Paula Manziego ale potrafiący unieść i te bardziej agresywne linie melodyczne. Na playliście znajdziecie trzy utwory z Atlantis, z czego przynajmniej dwa (obok wspomnianego Magic też Queen of the Neverland) to absolutny top jeśli chodzi o całą dyskografię "kotów".
Ok, a gdzie power metal? Złośliwi może powiedzą, że przecież już pisałem o Kreator. Ja jednak zachowam powagę i przyznam, że rzadziej sięgam ostatnio po mój ulubiony podgatunek metalu. Czasem sobie posłucham różnych płyt niemieckiego Dawn of Destiny (z moją ulubioną Of Silence na czele), nadal mocno działa na mnie też prog/powerowy Sands of Eternity i ich utwór 6000. Na fali powtórek z zeszłego roku poświęciłem też więcej czasu debiutowi grupy Dragonknight zatytułowanemu Legions. Finowi potrafią w power metal a ich wokalista, Mikael Salo, swego czasu pokazał się z bardzo dobrej strony na pierwszej płycie Metal de Facto. I chociaż Legions ostatecznie nie trafiło do mojego Podsumowania Roku to jest to jeden z ciekawszych debiutów w gatunku ostatnich kilku lat. Dajcie mu szansę.
I to wszystko na dziś. Liczę, żę popołudnie spędzone przy dobrej muzyce ogrzeje lepiej niż ciepły koc i gorące kakao. A że można to połączyć to wiecie co robić. Link do playlisty poniżej a ja mogę Wam życzyć tylko - trzymajcie się cieplutko i dajcie znać jak Wam minął tydzień.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz