Za nami kolejny tydzień, kolejny ważny dla miłośników thrash metalu. Cały metalowy świat zapewne elektryzowała zapowiadana jako ostatnia w karierze płyta Megadeth. Wbrew pozorom jednak nie zdominowała ona aż tak mojego odtwarzacza, znajdowałem czas też na inną, czasem dość odległą stylistycznie muzykę. Spójrzmy więc jak ten tydzień wypadł w statystykach.
Najczęściej słuchanym zespołem było, tu pewnie zaskoczenie, niemieckie Dawn of Destiny. Jak już pisałem w poprzednich artykułach, wzięło mnie na wspominki i skaczę sobie po całej dyskografii symfonicznych power metalowców. Tym razem częściej sięgałem po krążki nagrane z Tanją Maul, pierwszą wokalistką która odeszła z zespołu w 2010 roku. To jej głos słyszymy m.in. w Days of Crying, jednej z najlepszych kompozycji pierwszego etapu ich kariery.
Jak już przy symfonicznym metalu jesteśmy to w piątek ukazała się dość ciekawa płyta - Dreadful Waters zespołu Coronatus. Ta nazwa była mi już znana ale jakoś nigdy nie podjąłem się próby zapoznania z ich twórczością. Trochę z braku laku (weekend przyniósł w sumie 2-3 interesujące mnie premiery z czego tylko 1 longplaya) sięgnąłem najpierw po wydane wcześniej single a później po cały krążek i cóż, przemówiło do mnie. Symfoniczno-operowe aranże, różnorodne harmonie wokalne (trzy wokalistki plus "męskie" wstawki) i przede wszystkim subtelne, wpadające w ucho melodie zrobiły swoje. Szczególnie szantowy A Seaman's Yarn zapadł mi w pamięć, stając się jednym z najczęściej słuchanych w tym tygodniu utworów.
W końcu mogłem też głębiej wsłuchać się w Set the Dark on Fire, najnowszy album austriackiego Edenbridge. Krążek zaczyna się z wysokiego c, od epickiego, utrzymanego w wyższych tempach i klasycznym dla zespołu magicznym klimacie The Ghostship Diaries, potem tej energii i magii trochę zaczyna brakować ale nadal jest to całkiem przyzwoita opcja dla wszystkich spragnionych symfoniczno-metalowego grania.
Symfoniczny power metal był też stylem w którym dobrze czuło się francuskie Heavenly. W moim wspominkowym kąciku zagościł ich ostatni jak dotąd (i kto wie czy nie w ogóle) album Carpe Diem. Już nie tak rozpędzony jak poprzednie cztery ale kryjący w sobie niejedną wartą uwagi kompozycję. Dla przykładu weźmy numer tytułowy - podniosły, dynamiczny, z refrenem który "śpiewa się sam".
Niemiecki Freedom Call jest za to nadal aktywny o nawet gościł w ten weekend w Krakowie. Niestety nie dałem rady stawić się na koncercie ale zrekompensowałem to sobie odsłuchem jednej z dwóch najlepszych płyt w ich katalogu. Po mocno hard rockowym, cukierkowym i the happiest of the happy metalowym (choć i tak mającym swój urok) Land of the Crimson Dawn i zwiastującym powrót do metalowego wszechświata Beyond przyszła na świat płyta idealna, totalna, intensywnie power metalowa. Masters of Light było odrodzeniem FC znanego choćby z Eternity. Ja te dwa krążki stawiam na równi i zachęcam do odsłuchu każdego z nich. Dziś jednak na playlistę wrzucam mój ulubiony Kings Rise and Fall.
To jeszcze nie wszystko w rubryce poświęconej "Metalowi Mocy". Odświeżyłem sobie zeszłoroczny debiut 7th Guild. Ten muzyczny triumwirat złożony z aktualnych wokalistów Rhapsody of Fire, Derdian i Skeletoon (odpowiednio Giacomo Voli, Ivan Gianini i Tomi Fooler) to kwintesencja szybkiego, melodyjnego i epickiego powera. A ich Triumviro to kolejny już album, któremu w dniu premiery nie poświęciłem odpowiednio dużo czasu i teraz nadrabiam. Może dołączycie?
Co dalej? Sands of Eternity i ich świetny longplay The Six Thousand, Twilight Opera - nowa EPka zespołu Asterise. Ten międzynarodowy projekt pod batutą naszego rodaka Bartłomieja Mężyńskiego z płyty na płytę coraz bardziej mi się podoba i na pewno będę nadal śledził ich rozwój. Potencjał słychać "gołym uchem".
Na pograniczu heavy i power metalu znajdziemy utwór Barbarian z płyty Fields of Blood wydanej przez Grave Digger w 2020 roku. Jest to ciężki, surowy niczym Lord Cumberland metalowy marsz i jednocześnie jeden z najlepszych numerów na krążku.
Nie jest to jedyny kawałek o tym tytule w dzisiejszym artykule. Drugim, jak już zapewne się domyślacie jest ten z najnowszej płyty Kreatora. Płyty, która wbrew wielu internetowym opiniom nie jest zła. Jest tylko podobna stylistycznie do kilku poprzednich i stąd zapewne ginie w rankingach. Ja mam kilka kawałków z Krushers których słucham częściej - wszystkie znajdziecie na dzisiejszej playliście.
A jak przy tym wszystkim wypadł Megadeth? Jak dla mnie raczej podobnie. Płyta solidna, będąca pewnym podsumowaniem wieloletniej kariery, sięgającą do różnych okresów twórczości, z lepszymi i mniej ciekawymi momentami. Różnica jest chyba taka że na Megadejwa miałem większy hype, któremu jednak muzyka do końca nie sprostała. Niemniej obu krążków słucha się dobrze, przyjemnie, bez większego "wow" ale też bez uczucia żenady.
Najlepsza styczniową premierą jest natomiast niezaprzeczalnie With All That's Left duńskiego Cold Night for Aligators. To chłodne, "matematyczno"-post metalowe granie chwyciło mnie za serce i za nic nie chce puścić. Według lasta w pierwszej piątce najczęściej słuchanych w zeszłym tygodniu utworów znajdziemy aż trzy z tego krążka.
Udało mi się też w końcu porządnie wsłuchać w Karnawał, EP-kę stoner/sludge'owego 13. Piętra. Makrokosmos i numer tytułowy to hipnotyzujące, psychodeliczne rytuały wciągające słuchacza niczym ruchome piaski nieostrożnych podróżnych.
Polski kamieniarz dał nam zresztą w styczniu niejedną udaną "elektroniczną pocztówkę". Taką jest chociażby Spundquarium - Live Session zarejestrowane przez krakowski Weedow w sali prób Fish Basket. Dobrze znane środowisko, klimat kameralnego jam session i totalna koncentracja na muzyce sprawiają że odsłuch całości to naprawdę cenne doświadczenie. Wersja kasetowa i płatna cyfrowa zawiera też dodatkową kompozycję, długą na bagatela 30 minut, bardziej idącą w kierunku drone i synth. Ja osobiście najbardziej jednak lubię nieco bardziej kompaktowe (tylko 10 minut z groszami) Liquid Sand.
W mojej doomgaze'owej biblioteczce pojawiła się nowa nazwa. Mowa o Elisie Giulii Teschner i jej zespole Ellereve. Ich muzyka to mieszanina post-metalu, doomu i blackgaze'a stąd moje zaszufladkowanie jej jako doomgaze uważam za jak najbardziej bliskie rzeczywistości. Umbra to jej nowy album, liczący już sobie co prawda trzy miesiące z hakiem ale do mnie dotarł stosunkowo niedawno. Dużym plusem płyty jest prócz nastrojowych kompozycji też trafny dobór gości specjalnych, w tym m.in. V. Wahntraum z Harakiri for the Sky, którego możemy usłyszeć w przejmującym The Veil of Your Death.
Ponownie rozkoszowalem się też zaskakującym Boo, pochodzącym z ostatniej płyty innych doomgaze'owców - tym razem z amerykańskiego Frayle. Jest to jeden z tych numerów, który dużo bardziej przemawia do słuchacza w formie teledysku, tak samo mrocznego i surrealistycznego jak sama muzyka.
Przejdźmy teraz do melodyjnego grania. Fajnie brzmi nowa płyta Beyond the Black, na której coraz bardziej podoba mi się chyba najszybszy na trackliście Hologram. Nadal też często słucham urozmaiconego ludowymi wstawkami Lat There Be Rain. Widać, że niemiecka ekipa z płyty na płytę szlifuje swój warsztat i wie jak zainteresować słuchacza.
Z Soen natomiast mam podobnie jak z Kreatorem czy Megadethem. Szwedzi mają swój styl i zbytnio poza pewne ramy się nie wychylają. Dostajemy więc produkt, który zadowoli dotychczasowych fanów ale bez jakiegoś przewietrzenia brzmienia może być trudno o nowych "wyznawców".
W cotygodniowym przeglądzie dyskografii brytyjskiego Cats In Space pora na Kickstart the Sun, pozycję numer pięć (licząc tylko studyjne albumy). To kolejna udana płyta, łącząca w sobie AOR-owską przebojowość z nutką wyspiarskiego prog-rocka. Moim numerem jeden jest od samego początku Fifty-One Pillow Bed, bardzo subtelnie i romantycznie traktująca o miłości.
Na tym się kończy to podsumowanie, którego napisanie zajęło mi cały dzisiejszy dzień. Oby kolejne były mniej napięte i zawsze towarzyszyła im dobra muzyka. Podzielcie się Waszymi podsumowaniami a ja zapraszam do odsłuchu playlisty.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz