Cóż to był za tydzień! Dużo dobrej muzyki z poprzedniego weekendu, trochę muzycznych eksploracji, następnie piątkowy wysyp premier i wisienka na torcie - niedzielny koncert TONi w krakowskiej Alchemii. Żywiłem się, oddychałem i myślałem dosłownie muzyką. Dziś natomiast, gdy emocje powoli opadają czas to wszystko jakoś uszeregować i przekształcić w ładne i schludne podsumowanie. A więc...
Playlist Everyday - Moja Muzyczna Kronika
Myślą przewodnią bloga jest dzielenie się moimi gustami muzycznymi z innymi, w duchu starego dobrego last.fm. Prezentuję na nim krótkie, cotygodniowe podsumowania aktualnie słuchanej muzyki, rankingi i zestawienia połączone jakimś tematem przewodnim. Do każdego postu staram się dołączyć link do dedykowanej mu playlisty na Spotify. Zapraszam do lektury szczególnie miłośników ciężkich brzmień - rocka i metalu.
poniedziałek, 31 marca 2025
24.03-30.03.2025
Cóż to był za tydzień! Dużo dobrej muzyki z poprzedniego weekendu, trochę muzycznych eksploracji, następnie piątkowy wysyp premier i wisienka na torcie - niedzielny koncert TONi w krakowskiej Alchemii. Żywiłem się, oddychałem i myślałem dosłownie muzyką. Dziś natomiast, gdy emocje powoli opadają czas to wszystko jakoś uszeregować i przekształcić w ładne i schludne podsumowanie. A więc...
piątek, 28 marca 2025
Marzec 2025 - Podsumowanie Miesiąca
1. Avantasia - najczęściej przeze mnie słuchana płyta (Here Be Dragons), najczęściej odtwarzany utwór (Against the Wind). Wszystko solidne, dopracowane, wciągające na dłużej ale w tym wszystkim takie hmm zwyczajne. Porządnie wykonana rzemieślnicza robota ale ta magia, której oczekuję od Avantasii gdzieś uleciała w okolicach Moonglow i póki co, nie znalazła drogi do domu
2. Achelous - zespół w pełni zasłużenie wyróżniony w plebiscycie MS Awards w kategorii power metalowa płyta roku. Tower of High Sorcery to ciężki, szorstki i epicki power metal, w którym grecka scena zaczyna osiągać mistrzostwo
3. Brainstorm - niemiecka heavy/power metalowa ekipa (nie mylić z łotewskim pop-rockowym bandem o tej samej nazwie) już ponad 30 lat dostarcza nam mocnych, melodyjnych kompozycji i najnowsza, 15 już płyta pt. Plague of Rats nie jest bynajmniej wyjątkiem. Dla fanów Grave Diggera czy Paragona pozycja obowiązkowa
4. Year of the Cobra - piękne, melancholijne i chwytające za serce dźwięki wydobyte jedynie z gitary basowej i perkusji. Próżno jednak posądzać ten amerykański duet o minimalizm, gdyż na ich trzecim krażku dzieje się naprawdę dużo. Sprawdźcie sami
5. Fatherson - malowane dźwiękami muzyczne historie przybrane w neo-progowe, delikatne szaty. Wspólna płyta ojca i syna, Ryszarda i Michała Kramarskich zachwyca swoim klimatem i spójnością.
6. Karmakanic - marzec dla miłośników rocka progresywnego był naprawdę dobrym czasem. Kolejny krążek wypuścił dowodzony przez Jonasa Reingolda projekt Karmakanic. Na Transmutation znajdziemy to, co w prog-rocku najlepsze - i długie rozbudowane suity i pełne emocji, krótsze a nadal bogate dźwiękowo bardziej piosenkowe kompozycje
7. Turbo - legenda polskiego metalu daje o sobie znać naprawdę mocną płytą. Widać, że panowie idą wypracowaną od czasu Strażnika Światła ścieżka i czują się na niej naprawdę swobodnie. Czuć w tej muzyce radość z grania, choć tekstowo sporo tu gorzkich refleksji ale i złości wobec dzisiejszego świata, któremu mówimy zdecydowanie nie!
8. Alien - kolejna legenda, tym razem szwedzkiego hard-rocka. When Yesterday Comes Around cofa nas w czasie do przełomu lat 80 i 90-ych, gdy tego typu muzyka święciła największe triumfy. Ja, jako wielki miłośnik zarówno AOR-a jak i hair-metalu biorę ten krążek w ciemno
9. Destruction - thrash metal gości u mnie rzadko ale dla wielkiej trójki teutońskiego thrashu zawsze znajdzie się miejsce. Tym razem głośniki niszczyło mi, nomen omen, Destruction za sprawą swego najnowszego wydawnictwa - Birth of Malice. I muszę Wam powiedzieć, że tak dobrze przy muzyce Schmiera i kompanii bawiłem się ostatni raz jakieś 9 lat temu przy okazji premiery Under Attack
10. SOM - czy można łączyć doomgaze z dreampopem? A można jak najbardziej, jeszcze jak a przekonuje nas o tym w świetny sposób nowy album amerykańskich doom-popowców, gdzie eteryczne wokale w niezwykły sposób uzupełniają się z intensywnymi ale i pełnymi przestrzeni brzmieniami
11. Loveworms - nowy, mocny głos na rodzimej scenie alternatywnej. Miks post-punku z brytyjskim crank-wavem skutkuje 20-ma minutami pełnymi gniewu, ironii i złości. Jeśli ktoś zapyta mnie, czego oczekuje od szeroko pojętej muzyki punkowej, odpowiem, że buntu. I ten jak najbardziej w muzyce "miłosnych robaczków" znajdziecie
12. Owlbear - kolejny surowy heavy/power w dzisiejszym zestawieniu. Tym razem z kobiecym wokalem, choć moim zdaniem Katy Scary swoją siłą głosu przewyższa niejednego mężczyznę. Pod koniec lutego premierę miał drugi album kapeli i jest to płyta solidna, choć muszę przyznać że po świetnym openerze w postaci An Arrows Hail poziom kolejnych numerów nieco się obniża.
Prócz wymienionej powyżej dwunastki sięgałem jeszcze, choć nieco rzadziej m.in. po klasyków symfonicznego metalu z Lacuna Coil i Sirenii czy kanadyjskiego thrashu z Annihilator (choć pod postacią mało thrashowej płyty). Sporo czasu spędziłem też na odsłuchu innych, niewyróżnionych przedstawicieli prog-metalu (Shepherds of Cassini) czy prog-rocka (supergrupa Pattern-Seeking Animals i legendarne Rush). Każdy z nich to dziesiątki i setki minut pełnych muzycznych uniesień.
Mam nadzieję, że Wasz marzec minął równie udanie. Czekam z niecierpliwością na Wasze podsumowania a w międzyczasie zapraszam do odsłuchu marcowej playlisty. Link poniżej:
poniedziałek, 24 marca 2025
17.03-23.03.2025
Rok temu pierwsze wiosenne podsumowanie tygodnia zdominowane było przez power metal i hard rock. Dwa lata temu akcenty rozkładały się bardziej równomiernie między power i doom metal, hard i prog-rock. A jak sytuacja wygląda w Roku Pańskim 2025? Sprawdźmy.
Tym razem gatunkiem najczęściej przeze mnie słuchanym okazał się rock progresywny a w zasadzie jego podgatunek zwany neo-progiem. Stało się tak za sprawą kilku bardzo ciekawych wykonawców, z których w pierwszej kolejności chcę wyróżnić wspólny projekt Michała i Ryszarda Kramarskich, działających pod szyldem Fatherson. Wydany niedawno debiutancki krążek, zatytułowany po prostu fatherson to kolekcja 10 subtelnych i dopracowanych kompozycji, nieatakujących słuchacza częstymi zmianami metrum, kakofonią łamiących palce riffów a wręcz przeciwnie, zachęcających do zadumy i refleksji. Po prostu piękna muzyka.
Kolejny warty szerszego opisania krażek, na który trafiłem zupełnym przypadkiem, to concept album włoskiego projektu Avocado Moon Experiment zatytułowany Darrel's Journal 2116. Jest to zamknięta w pięciu rozdziałach opowieść sci-fi o losach ludzkiego miasta na Księżycu. Jak to zwykle bywa, snutą na płycie opowieść należy rozpatrywać w dwóch płaszczyznach, tej dosłownej, space-operowej i głębszej, analizującej emocje i pragnienia, które rządzą każdym z nas. Muzycznie mamy tu prawdziwe bogactwo - flet, klarnet, skrzypce w połączeniu z bardziej rockowym instrumentarium dbają o to, by dźwięki nie były tylko tłem opisywanej historii tylko idealnie dopełniają się z nią, dając słuchaczowi wrażenie prawidziwej synestezji. Jeśli miałbym wskazać jedną, jedyną wadę tego wydawnictwa to jest nią jego długość - 32 minuty to jak na rock progresywny niemalże singlowa długość. A biorąc pod uwagę, że póki co nie ma żadnych informacji o przygotowywanej kontynuacji, to tym większy niedosyt czujemy/
O Transmutation, nowej płycie Karmakanic pisałem już tydzień temu. Tym razem słuchałem jej nieco rzadziej ale np. taki Cosmic Love nadal często gościł w moich głośnikach.
Poza nim sięgnąłem też po mniej mi znane albumy z repertuaru RPWL i Knight Area - zespołów będących w moim top 5 jeśli chodzi o progresywne grania. Tym razem do odsłuchu wybrałem odpowiednio World Through My Eyes (z chyba najsłynniejszym utworem RPWL, czyli Roses, gdzie gościnnie za mikrofonem stanął znany ze współpracy z Genesis Ray Wilson) i The Sun Also Rises, jeden z mroczniejszych albumów w dyskografii Knight Area. Reprezentanci obu tych wydawnictw w solidarnej liczbie dwóch utworów są do odsłuchu na dzisiejszej playliście. Polecam, bo to prog-rock najwyższej klasy.
Bardzo często sięgałem też po muzykę zespołów heavy metalowych i hard-rockowych. Do pierwszej grupy nalezy oczywiście nasze polskie Turbo i coraz bardziej zyskujący u mnie najnowszy album pt. Blizny. Czuć w nim tę heavy metalową energię, czuć też bunt przeciwko rządzących naszym światem mechanizmom, jest też i miejsce na niejedną gorzką refleksję. Teksty utworów można powiedzieć, że są społecznie zaangażowane i choć może czasem wydadzą się infantylne, czasem może zbyt dosłowne to mają w sobie przekaz, który trafia prosto w sedno sprawy. Tak jak i sama muzyka, która na długo zapada w pamięć. Jeśli miałbym wybrać swoje ulubione utwory z tego krażka to na pewno będą to mocne i bezpośrednie Na dno i Zwyczajnie nie, bardziej poetycki Magnetyczny sen czy nagrane w duecie z Wojtkiem Cugowskim Do domu. Ciężko jednak na tym krążku znaleźć słaby utwór, więc może być tak, że gdy zapytacie mnie za miesiąc o moich faworytów to podam Wam całkiem inny zestaw. I w tym też widzę dużą zaletę płyty, na którą jak sami widzicie (i słyszycie) warto było czekać te 12(!) lat.
Teraz czas na coś hard-rockowego, choć szwedzki Alien określa się nieraz mianem zespołu AOR-owego, lub z drugiej strony, glam metalowego. Kapela ta najbardziej znana jest z wydanego w 1988 roku debiutanckiego albumu, pełnego gitarowych, hair-metalowych wręcz przebojów. Przez następne lata grupa wydawała nowe płyty z różną częstotliwością i różnym szczęściem, trzymając się ogólnie przyjętej hard-rockowej stylistyki. W ten piątek premierę miała kolejna już płyta, When Yesterday Comes Around, ochrzczona już przez wielu muzycznych blogerów "powrotem do korzeni". Czy tak jest w rzeczywistości? Cóż, trudno się nie zgodzić, słuchając takich utworów jak chociażby If Love Is War czy Aiming High, rytmicznych, przebojowych i przyjemnie gitarowych. Dla miłośników stylistyki lat 80-ych jest to pozycja obowiązkowa.
Amerykańskie Disturbed to z kolei jeden ze sztandarowych przedstawicieli popularnej na początku wieku sceny nu metalowej, choć lider grupy, David Draiman kiedyś się wypowiadał, że ich muzyka jest bardziej hard rockowa niż metalowa. Myślę, że jakby ich nie szufladkować, prawdą jest, że mają na koncie kilka naprawdę solidnych, mocnych płyt, z których moja ulubioną niezmiennie pozostaje Indestructible, na której mamy m.in. epicko brzmiący utwór The Night, który trafia na dzisiejszą playlistę.
Przejdźmy teraz do doom metalu, gdyż tu też dużo się działo w ostatnim tygodniu. Był to na pewno najbardziej zróżnicowany gatunek jaki przewijał się przez moje listy odtwarzania. Psychodeliczny doom rock Year of the Cobra, doomgaze'owy (a czasem zwany też doompopowym przez swoje nawiązania do dreampopu) SOM czy death/doomowy Hanging Garden to wszystko nastrojowa i melancholija muzyka, choć każdy z wymienionych artystów inaczej nieco do tej melancholii podchodzi. I to jest w tym wszystkim najlepsze, bo sprawia że słuchacz nie ma prawa się nudzić. Dodajmy jeszcze do tego jeden z nowych singli epickiego Metallusa i mamy naprawdę ładunek wybuchowy!
Epicki jest też grecki Achelous, choć zdecydowanie bardziej osadzony w power metalowym rdzeniu. Tower of High Sorcery wydana w zeszłym roku to bardzo dobrze oceniana płyta i kolejne potwierdzenie, że grecka scena power metalowa coraz śmielej sięga po miejse w panteonie europejskiego powera, obok Niemiec, Włoch i Finlandii.
Melancholia z drugiej strony to jedna z cech, który opisac można muzykę Sirenii. Zespół założony przez Mortema Velanda, byłego gitarzystę Tristanii działa z sukcesami już 24-lata, podczas gdy macierzysta kapela muzyka uległa samorozwiązaniu 3 lata temu. Przez ten czas Sirenia wydała już 11 albumów studyjnych, nagranych z różnymi artystkami. Najdłużej w zespole utryzmała się aktualna frontwoman, Emanuelle Zoldan, którą usłyszeć możemy m.in. na mojej ulubionej płycie kapeli - Dim Days of Dolor. Warta wspomnienia jest też Monika Pedersen, która użyczyła swojego głosu na wydanej w 2007 roku Nine Destinies and a Downfall, którą na nowo odkryłem kilka dni temu. Na dzisiejszej playliście znajdziecie po jednym utworze z obu wspomnianych powyżej albumów. Warto rzucić uchem, choć tego typu symfoniczny metal nie jest już tak popularny jak te kilkanaście lat temu. A szkoda.
Tak już bywa, że pewne gatunki zyskują i tracą okresowo na popularności. Nu metal. symfonic/gothic to tylko dwa przykłady. Kolejnym jest thrash metal lat 90-tych, stylistycznie dość oddalony od swoich korzeni aczkolwiek jestem ostatnim, który by rzucał kamieniem na ówczesnie wydawane krążki klasyków gatunku. I tak na przykład Set the World on Fire pozostaje moim ulubionym albumem Annihilatora a ulubioną piosenką jest jak najbardziej nietrashowe Sounds Good To Me.
I tak oto tym jakże mocnym stanowiskiem kończę pierwsze wiosenne podsumowanie tygodnia. Czekam też oczywiście na Wasze podsumowania i zachęcam do odsłuchu przygotowanej na tę okoliczność playlisty. Trzymajcie się!
piątek, 21 marca 2025
Zima 2025 - Podsumowanie Kwartału
Zima jest kobietą. Tym stwierdzeniem pozwoliłem sobie otworzyć najnowsze podsumowanie kwartału. I to nie tylko dlatego, że w języku polskim rzeczownik określający tę porę roku jest rodzaju żeńskiego. Nie dlatego, że Międzynarodowy Dzień Kobiet wypada w marcu a więc zimowym miesiącu. U mnie zima jest kobietą, bo jedne z moich ulubionych płyt wydanych w ostatnich 90-u dniach mają właśnie przedstawicielkę płci żeńskiej za mikrofonem. A jakie to płyty, dowiecie się już za chwilę.
NAJCZĘŚCIEJ SŁUCHANY UTWÓR
Avatarium - Lovers Give a Kingdom to Each Other - w przypadku aż trzech poprzednich płyt tego szwedzkiego doom metalowego (a może już doom rockowego?) zespołu moimi ulubionymi utworami były rytmiczne, melodyjne, wręcz przebojowe kawałki. W przypadku najnowszego dzieła Szwedów jest zgoła inaczej. Lovers... to przepiękna, romantyczno-psychodeliczna ballada, która mówi o tym, że miłość bierze co chce i gwałtownie niszczy jak nic innego na świecie ale przypomina też, że w miłości jesteśmy gotowi oddać drugiej osobie wszystko co mamy, w tym przysłowiowe Królestwo.
NAJLEPSZE ALBUMY KWARTAŁU
Jak już się pewnie spodziewacie, moim ulubionym krążkiem ostatnich miesięcy była nowa pozycja w dyskografii Avatarium. To połączenie doom metalu, bluesa i psychodelii wciągało mnie na długie, zimowe godziny choć i teraz, gdy przyroda budzi się do życia odrobina nostalgii i refleksji również się przydaje. Polecam tę płytę wszystkim miłośnikom smutnych a jednocześnie pięknych dźwięków. Równie dużo melancholii ma w sobie płyta Whisper and Wane jednoosobowego, doomgaze'owego projektu shedfromthebody. Pełne przestrzeni dźwięki i urzekający, szepczący głos Suvi Savikko to prawdziwa uczta dla serca i ucha. Poza tym w szeroko pojętym doom metalu mamy kolejną mroczną panią - Amy T. Barrysmith - wokalistkę i basistkę, która wraz z mężem perkusistą tworzy duet Year of the Cobra. Jeśli jesteście ciekawi jakie melodie można snuć przy pomocy li tylko gitary basowej koniecznie sprawdźcie nowy, eponimiczny album tego projektu. Nie zapominajmy też o naszej polskiej TONi, która na potrzeby splitu z Weedcraftem nagrała takiego monumentalnego bangera jak Wszyscy Toniemy i przedstawicielach nowej fali polskiego doom metalu z Rosary, którzy w nowy rok weszli z mocarnym The Broken Sacrament.
W power metalu albumem pierwszego rzutu powinna i jest nim nowa Avantasia. Na Hear Be Dragons czekałem z wielką niecierpliwością i choć po premierze byłem trochę zawiedziony, to jednak udało mi się wykrzesać naprawdę dużo sympatii do najnowszego dzieła Tobiasa Sammeta. Nie jest to może płyta genialna, widać też już pewien recykling pomysłów (czy to avantasiowych czy, naprawdę wyczuwalnych, tych z czasów świetności Edguya) to jednak jako całość krążek słucha się dobrze i chce się do niego wracać. Więcej żywych emocji wzbudził we mnie natomiast, dość nieoczekiwanie, Plague of Rats, doświadczonego niemieckiego Brainstorm. To już jest cięższy i surowszy power metal ale nie tracący nic z tak charakterystycznej dla gatunku melodyjności. Poza tymi dwoma albumami spodobały mi się między innymi wydawnictwa hiszpańskiej Kilmary, amerykańskiego Owlbear (kolejny mocny kobiecy głos) czy naszego rodzimego projektu Enchanted Steel. Nie sposób też nie wspomnieć o szykującym się do premiery kolejnego krążka zespole Lady Beast, bardziej nwothm niż powerowym, którego poprzedni album The Vulture's Amulet był u mnie jednym z ciekawszych muzycznych odkryć ostatnich miesięcy.
W przypadku rocka i metalu progresywnego tu poza Firend of All Creatures super-grupy Pattern-Seeking Animals nie porwaly mnie specjalnie żadne nowości, natomiast dużo czasu spędziłem przy odsłuchach mniej lub bardziej wiekowych krążków. Origin of the Storm Lee Abrahama to przykład nadrabiania zaległości z zeszłego roku a reprezentowane na dzisiejszej playliscie płyty niemieckiego The Ocean to z kolei owoc ponownego, dość głębokiego (jak to nomen omen w ocean) zanurzenia się w dyskografię zespołu.
Dwie kolejne niezmiernie ważne dla mnie płyty wydane w czasie trwania astronomicznej (i kalendarzowej też) zimy to dzieła zespołów, które umieją w mrok ale każde na swój sposób. Włoska Lacuna Coil to jeden ze sztandarowych przedstawicieli fali symfoniczno-gotyckiego metalu jaka pojawiła się w pierwszej dekadzie XX wieku by potem stopniowo ulec rozmyciu i znacznemu złagodzeniu, w przypadku wielu kapel tracąc na zawsze metaliczny charakter. Na takim kursie była też ekipa Cristiny Scabbi ale udało im się wrócić na łono metalu a nawet, od 2016 roku, znacząco dociażyć brzmienie. Sleepless Empire kontynuuje obrany 9 lat temu kierunek i świetnie łączy ekstremalne elementy z gotycko-symfonicznym klimatem i wpadającymi w ucho, mocnymi melodiami. Pochodzący z tego krążka Hosting the Shadows był drugim najchętniej słuchanym przeze mnie w tym czasie utworem, tylko niewiele ustępując wspomnianym powyżej Lovers...
Druga płyta to natomiast stop dark i synthwave'a z industrialnym metalem jaki serwują nam nasi rodacy z inside her. Mimo wielu inspiracji muzykom udało się stworzyć spójne, pełne mroku, niepokoju ale i refleksji dzieło, które urozmaicają obecne w kilku utworach gościnne występy zaprzyjaźnionych wokalistek. Ja od dnia premiery singla zakochany jestem w Noc, Ogień, Ty i Magia i myślę, że jescze nie raz będę sięgał po ten niebezpiecznie zmysłowy utwór.
Na koniec tej sekcji jeszcze krótka wzmianka na temat szwedzkiego Crazy Lixx i ich albumu zatytułowanego Thrill of a Bite, którzy byli moją ulubioną premierą z kręgu hard-rock/glam/sleaze-metal. Ich muzyka to jednoznaczna odpowiedź na pytanie, zadawane w moim ulubionym utworze z tego krążka - Who Said Rock'n'Roll is Dead.
NAJWIĘKSZE ZASKOCZENIE
Cóż, kilka linijek powyżej rozpływałem się w zachwytach nad Sleepless Empire Lacuny a muszę się przyznać, że po premierze jej poprzedniczki (Black Anima z 2019) a także po pierwszych dwóch zapowiadających album singlach nie żywiłem jakichś większych oczekiwań. Jakie było moje zaskoczenie, gdy już pierwszy odsłuch sprawił, że musiałem zbierać zęby z podłogi. Czy to kwestia korzystnego układu gwiazd czy mojego chwilowego stanu psychicznego (a ten jak wiadomo ma tendencje do fluktuacji) czy po prostu serca jakie muzycy włożyli w tę płytę ale fakt jest taki, że Sleepless Empire to krążek, który z miejsca trafił do mojego TOP 3 jeśli chodzi o dyskografię tej włoskiej grupy. I mam przeczucie, że za te nieco ponad 8 miesięcy trafi też wysoko na listę najlepszych albumów roku.
NAJWIĘKSZE ROZCZAROWANIE
W tej kategorii nie ma tym razem aż takich letdownów jak chociażby Yesterwynde Nightwisha ale zarówno Bone Collector heavy/power metalowego Grave Diggera czy The Poison Touch stoner-rockowego Warlung to albumy, po których oczekiwałem więcej, zwłaszcza, że obie kapele pokazały już nie raz, że potrafią nagrać świetne, zapadające na długo w pamięć jeśli nie całe albumy, to przynajmniej pojedyncze piosenki. A tu cóż, krążki których słuchałem i dobrze się przy nich bawiłem ale po wyłączeniu odtwarzacza one też wyłączały się z mojej świadomości. Trochę szkoda ale może za jakiś czas dam im ponownie szansę i spróbuję odkryć na nowo, gdyż, żeby nie było, nie jest to też jakaś zła czy bezpłciowa muzyka (jak Yesterwynde).
NAJWIĘKSZE ODKRYCIA
I tu ponownie, część odkryć odkryłem przed Wami (ale masło maślane) już powyżej. Mowa oczywiście o shedfromthebody i Lady Beast. Teraz dla równowagi coś jeszcze nieodkrytego i z panami za mikrofonem. Po pierwsze Fuzz Sagrado - stonerowo-rockowa psychodelia powstała na gruzach znanego i lubianego Samsara Blues Experiment a po drugie krakowski Śmiertelnik - ciężki rock i metal, growling przeplatany z czystym wokalem i surrealistyczno-okultystyczno-poetyckie teksty. Mam nadzieję, że zachęciłem :)
OCZEKIWANA NA PRZYSZŁOŚĆ
Czas teraz na prezentacje albumów, których premiery zapowiedziane są na najbliższe trzy miesiąca a na które czekam z największym utęsknieniem. Wśród poniższych pozwoliłem sobie pominąć te z przyszłego piątku, gdyż dowiecie się o nich dość szybko z jednego z nadchodzących podsumowań tygodnia.
Elvenking - Reader of the Runes - Luna - 11.04
Messa - The Spin - 11.04
Epica - Aspiral - 11.04
Trick or Treat - Ghosted - 25.04
Ghost - Skeleta - 25.04
The Flower Kings - Love - 02.05
Lord Vigo - Walk the Shadows - 30.05
Volbeat - God of Angels Trust - 06.06
Alestorm - The Thunderfist Chronicles - 20.06
PODSUMOWANIE
Kolejna zima już za nami i w sumie nie była jakaś ciężka meteorologicznie. Natomiast miłośnicy ciężkich brzmień mogą być z niej jak najbardziej zadowoleni. Zobaczymy co przyniesie nam wiosna ale liczę, że równie dużo ciekawych, muzycznych wrażeń. Poniżej macie link do jednej z najmocniej reprezentowanych przez kobiety playlist w historii tej strony - na 40 utworów w 20 możemy usłyszeć kobiecy wokal. I uwierzcie, nie jest to jakiś socjotechniczny trik byle tylko uzyskać parytet tylko naprawdę wysoka wartość artystyczna prezentowanej muzyki. Oby więcej takich płyt (i to w przypadku każej płci bez wyjątku!). A Wy, moi drodzy, jak pod względem muzycznym wyglądała Wasza zima?
poniedziałek, 17 marca 2025
10.03-16.03.2025
Kolejny tydzień za nami i kolejny z dość dużą reprezentacją power metalu, tym razem z dużym wsparciem progresywnego rocka. Nie zabrakło jednak też innych gatunków, jednych częściej, innych rzadziej goszczących na łamach Muzycznej Kroniki. O wszystkim dowiecie się już wkrótce.
A więc power metal czyli jak to bywało w poprzednich podsumowaniach nowe krążki Avantasii i Brainstorma. Oba solidne, choć w przypadku projektu Tobiasa Sammeta liczyłem na coś więcej niż tylko "soldiność".
Coraz bardziej podoba mi się drugie wydawnictwo amerykańskiego Owlbear, charakteryzujące się mocnym kobiecym głosem, tnącymi jak brzytwa gitarami i dość ciężką, choć trzymającą sie power metalowych standardów jeśli chodzi o szybkość sekcją rytmiczną. Dziś na playliście macie do odsłuchu dwa utwory pochodzące z Feather and Claw.
Nowością natomiast jest obecność greckiego Achelousa i utworów pochodzących z wydanej w zeszłym roku płyty Tower of High Sorcery. Choć może nie całkiem, gdyż pisałem o nich w poście poświęconym Metal Storm Awards. W tym tygodniu jednak dokładnie zapoznałem się z krażkiem, który w pokonanym polu zostawił choćby takie powerowe "firmy" jak Powerwolf czy HammerFall. Muszę przyznać, że jest coś w tej epickiej i surowej muzyce a zwłaszcza w rozbudowanym, wieńczącym płytę utworze When the Angels Bleed, swoją maestrią przywodzącym na myśl mistrzów podniosłego grania z The Atlantean Kodex. Czuję, że z tym wydawnictwem spędzę jeszcze niejeden tydzień do czego i Was zachęcam.
W minionym tygodniu wróciłem też do jednego z ciekawszych debiutów 2023 roku a mianowicie Legends & Lores fińskiego Chamelion. Mamy tu typowy dla tego kraju klawiszowo-gitarowy dynamiczny power metal z majestatycznymi, melodyjnymi refrenami co dobrze słychać chociażby w The Demonic Creatures of the Night - kawałku, który w roku premiery jakoś mocno mnie nie wzruszył a teraz stał się nagle głównym bohaterem tego muzycznego powrotu. W sumie to chyba dobrze świadczy o płycie, że nawet po kilku latach można ja na nowo odkrywać.
Czas przejść do prog-rocka a zwłaszcza jego nurtu zwanego neo-progiem, choć jak wszyscy wiemy granice między różnymi odmianami tej muzyki są dość płynne. Niemniej jednak z tym stylem zwykle kojarzy się zespół Millenium, którego założycielem jest jeden z najzdolniejszym muzyków polskiego rocka Ryszatd Kramarski. Nie będę jednak dziś pisał ani o Millenium ani o, kapitalnym jakby nie było tRKproject a o eponimicznej płycie projektu Fatherson, w którym panu Ryszardowi partneruje pełniący rolę wokalisty syn Michał. Ta współpraca zaowocowała płytą pełną pięknych dźwięków, zróżnicowanych emocji i chwytających za serce melodii. Utwory płyną powoli, nigdzie się nie spiesząc, snując swoje opowieści niczym najlepszy gawędziarz. Muzycznie mamy tu głównie subtelny, bardzo balladowy neo-prog, który z krótkich jak na progresywne standardy utworów potrafi wycisnąć tyle emocji co niejeden artysta z dwudziestominutowej suity.
Nastrój i emocje to też atrybuty brazylijskiego artysty Cristiano Varisco, które w tym przypadku pełnią funkcję naracyjną, gdyż mamy tu do czynienia z w pełni instrumentalną muzyką (nie licząc okazjonalnie pojawiających się wokaliz). Generalnie jest to fajny przykład łączenia ze sobą różnych stylów, psychodelii, prog-rocka, bluesa czy muzyki ludowej. Jeśli zastanawialiście się kiedyś jak może brzmieć flamenco-rock (a taka nazwa pojawia się w literaturze fachowej) to włączcie sobie choćby Dunes & Mares z płyty Aline i przekonajcie się na własnej skórze. Do mojej wrażliwości tej muzyce udało się trafić, może do Waszej też się uda.
Wróćmy jednak do Europy, a konkretnie do Szwecji, bo stamtąd pochodzi zespół Karmakanic, będący jednym z naprawdę dużego grona side-projectów muzyków związanych z The Flower Kings. Tak się składa, że większość tych projektów urosło do rangi pełnoprawnych kapel a nowe albumy każdego z nich to ważne wydarzenie na prog-rockowej scenie. Nie inaczej jest w przypadku krążka zatytułowanego Transmutation. Mamy na nim 7 kompozycji, z których najdłuższa, zamykający płytę utwór tytułowy liczy sobie ponad 20-minut. Większość jednak to takie bardziej klasyczne 5-7 minutowe "piosenki", mające jednak w sobie to "coś" co sprawia, że słucha się ich nie tylko dla, wpadających w ucho swoją drogą, melodii ale też dla ciekawości i satysfakcji jaka daje odsłuch dobrze rozplanowanej i wartościowej artystycznie muzyki.
W dalszym ciągu chętnie sięgam też po najnowszą płytę prog-rockowej supergrupy The Pattern-Seeking Animals a także po klasykę gatunku w postaci A Farewell to Kings kanadyjskiego Rush.
Kanada jednak nie słynie tylko i wyłącznie z prog-rocka, choć w tej kategorii może poszczycić się kilkoma naprawdę świetnymi ekipami. Mocną reprezentację kraina klonowego liścia ma również w thrash metalu. Dziś napiszę kilka słów o Annihilatorze, choć akurat moja ulubiona płyta tego zespołu, Set the World on Fire była, jak to przydarzyło się większości przedstawicieli tego gatunku w latach 90-ych, odejściem od klasycznie speed/thrashowego grania ku bardziej radiowemu graniu. Dobrze to widać zwłaszcza w pół-akustycznym (choć osobiscie bardzo lubianym przeze mnie) Sounds Good to Me. Nie oznacza to jednak, że cała płyta jest utrzymana w tym właśnie tonie. Mamy też fajny, ciężki i nieco połamany rytmicznie Bats in the Belfry, do którego też często i chętnie wracam.
Jak już o thrashu mowa to nie sposób nie wspomnieć o Birth of Malice teutońskiego Destruction. Jest to płyta szybka, głośna i agresywna czyli taka jaka powinna być. Tydzień temu polecałem Wam głównie kawałek Cyber Warfare, dziś zaś dodatkowo zachęcam do odsłuchu Dealer of Death, który atakuje słuchacza szybkim rytmem i wściekłym głosem Schmiera. Jest w dechę!
Albumy nawiązujące do stylistyki thrash metalowej ma też w swojej dyskografii poznańskie Turbo. Dziś jednak wspomnę o albumie Blizny, który premierę miał w ten piątek. Z racji weekendowego wyjazdu nie miałem odpowiednio dużo czasu by do niego dobrze przysiąść ale już teraz moją uwagę zwrócił utwór Na dno, gdzie do soczystego metalowego instrumentarium świetnie wpasowuje się mądry tekst i chwytliwa melodia prowadzona charyzmatycznym głosem Tomka Struszczyka. Prócz tego numeru mam też jeszcze kilku faworytów ale myślę, że więcej będę mógł Wam napisać dopiero za tydzień. Jak pokazał sam zespół, pośpiech w przypadku tej muzyki nie jest zbyt modny ;)
Podobnie rzecz się miał z innym wydanym w piątek albumem, Let the Light In doomgaze'owego SOM, po którym bardziej się prześlizgnąłem niż wsłuchałem ale nawet te kilka spinów pozwoliły mi zasmakować obecnych na krażku eterycznych i przestrzennych dźwięków. Na playistę wrzucam dziś tylko The Light, który akutalnie najmocniej siedzi w mej pamięci ale zakładam, że już kolejne podsumowanie będzie bardziej obfite w utwory tego bardzo ciekawego zespołu.
Dość często sięgałem też po nowy krążek austriackiego Torpedo Torpedo zatytułowany Arrows of Time. Mamy na nim osiem kompozycji utrzymanych głównie w estetyce heavy psychu choć niepozbawionych nieco progresywnego sznytu, który najmocniej zaznacza się chyba w moim ulubionym Templates of Utopia.
Ostatnia audycja Epoki Żelaza przypomniała mi o istnieniu zespołu Swedish Erotica, który swego czasu (jesień 2023) gościł w moich głośnikach regularnie. Tym sposobem przypomniałem sobie debiut kapeli, w której wokalistą był znany później z m.in. Therion czy Krux Mats Leven. W przeciwieństwie do obu wspomnianych przed chwilą zespołów, Swedish Erotica to pełna melodii, bombastyczna pochwała (hair)metalowego życia, tak dobrze wyrażona zwłaszcza w mogącym być hymnem każdego młodego pokolenia We're Wild Young and Free.
Na koniec jeszcze trochę bardziej alternatywnego grania, i tego bardziej metalowego (nu metalowe Disturbed i moja od lat ulubiona płyta Draimana i spółki - Indestructible) i rockowego (czy też crank-wave'owego czyli polskie Loveworms). Jak już pewnie się przekonaliście, nie zamykam się na nowe brzmienia i chętnie sięgam po to, co dla "metalowych gatekeeperów" jest nie do przyjęcia.
Tym jakże mocnym stanowiskiem kończymy dzisiejszej podsumowanie. Do artykułu jak zwykle dołączam ciekawą (mam nadzieję) i zróżnicowaną playlistę, która zapewnić Wam może ponad 2 godziny muzycznych podróży. Czekam tez z niecierpliwością na Wasze podsumowania. Rock on!
piątek, 14 marca 2025
4x4- Częściowe Utwory
Dziś wracamy do dwukrotnie już użytego formatu 4x4, tym razem jednak zamiast skupić się na całych albumach czy EP-kach postanowiłem pochylić się nad pojedynczymi utworami. A w zasadzie poczwórnymi, gdyż bohaterami dzisiejszego artykułu są kompozycje podzielone bądź składające się z czterech różnych części. Pewnie od razu nasuwa się Wam skojarzenie z prog-rockowymi suitami i nie jest ono na pewno mylne. Mamy bowiem dziś zarówno utwory z kręgu progresywnego rocka, mamy jedną rozbudowaną suitę ale są też kawałki o standardowej długości powiązane ze sobą tematycznie. Zacznijmy więc prezentację.
Voo Voo - Wizyta I, II, III, IV z albumu Voo Voo (1986)
Z muzyką zespołu dowodzonego przez Wojciecha Waglewskiego pierwszy raz zetknąłem się w 2007 roku dzięki serii wydawniczej Gwiazdy Polskiej Muzyki lat 80-ych. Byłem wtedy na początku swojej muzycznej drogi i chłonąłem jak gąbka wszystko co tylko wiązało się z rockiem i metalem. Z tej początkowej fascynacji został mi sentyment do Voo Voo i później z mniej lub większym zainteresowaniem śledziłem nowe albumy grupy. Na wspomnianej powyżej kompilacji znalazło się sporo utworów z wydanego w 1986 roku eponimicznego debiutu. Wśród nich były właśnie cztery części Wizyty, nieco szalonej, psychodelicznej i ironicznej jak poczucie humoru frontmana. Jak to zwykle przy muzyce Voo Voo mamy tu miks rocka, folku, muzyki orientalnej czy nawet jazzu. Utwory składające się na wizytę są mocno zróżnicowane od energetycznej, wręcz punkowej jedynki po surrealistyczną dwójkę czy moja ulubioną mocno psychodeliczną trójkę. Wszystkie cztery części składają się na przejmującą opowieść o przemijaniu, wręcz rozpływanie się jak cień podmiotu lirycznego w Wizycie III. Jeżeli szukacie niezwykłych, psychodelicznych doznań a kamieniarz i gruz trochę Wam się już przejadł to zachęcam do zapoznania się z debiutem Voo Voo. Oprócz Wizyty mamy na niej też równie szaloną Fazę, kolejny kilkuczęściowy utwór, o którym można napisać niejeden elaborat.
Sylvan - Farewell to Old Friends Pt. 1, 2, 3, 4 z albumu Sceneries (2012)
Niemiecki Sylvan w swojej muzyce łączy elementy symfonicznego i neo-progresywnego rocka z bardziej klasycznym gitarowym graniem, nie bojąc się również wypadów w bardziej metalowe rejony. Ich cechą charakterystyczną są misternie tkane melodie, charakterystyczny subtelny wokal i gitarowo-klawiszowe popisy. Licząca już sobie 13 lat płyta Sceneries jest uważana za jeden z najlepszych albumów kapeli. W całości składa się z pięciu czteroczęściowych kompozycji, których moją ulubioną jest zamykające płytę Farewell to Old Friends. W czym kryje się jego magia? Prześledźmy po kolei każdy kawałek. Part 1 opiera się głównie na gitarach akustycznych, ze spokojnym, komfortowym początkiem, który wraz z dołączeniem się kolejnych instrumentów nabiera coraz bardziej niepokojącego klimatu. Drugą część otwiera nieco szybsza instrumentalna cześć ze stylizowaną na akordeon grą klawiszy, która po chwili jednak zwalnia do cięższego, średniego tempa i ponownie niespokojnej atmosfery. Następnie mamy Part 3, gdzie główną rolę pełnią instrumentalne popisy gdzieniegdzie uzupełniane o przesterowany, nieco zawodzący wokal. Dzięki takiemu zagraniu napięcie w dalszym ciągu narasta by osiągnąć katharsis w balladowym, spokojnym zakończeniu. Podsumowując, Farewell to Old Friends to emocjonująca, dźwiękowa podróż, do udziału w której każdego zachęcam. A jeżeli sięgnięcie po cały album Sceneries mogę Wam zagwarantować, że każda z czterech pozostałych kompozycji oferuje zbliżone doznania. Co więcej, mimo prog-rockowej prowieniencji jest to muzyka łatwa w odbiorze i przemawiającą do wrażliwości każdego miłośnika ambitnego, rockowego grania.
Silverlane - The White Lady, Pt. 1 - A Ghost Appears, Pt. 2 - Golden Needle, Pt. 3 - Between the Trees, Pt. 4 - Days of Sorrow z płyty Above the Others (2010)
Czy ktoś pamięta jeszcze dziś niemiecki zespół Silverlane? Pod koniec pierwszej dekady XXI wieku byli objawieniem tamtejszej sceny power metalowej a oba wydane wtedy albumy zbierały wyśmienite recenzje. Niestety zmiany personalne i różne zawirowania zatrzymały tę prężnie rozwijającą się karierę. W 2022 roku kapelę stać było jeszcze na nagranie trzeciego albumu, który jednak przeszedł zupełnie bez echa. W końcu rok temu muzycy podjęli decyzję o definitywnym zakończeniu działalności. Dziś jednak, zamiast rozpaczać nad nieuchronnym losem cofnijmy się w czasie do 2010 roku i okresu, gdy za mikrofonem stał Ecki Singer, którego głos był jednym ze znaków rozpoznawczych zespołu. Na wydanej wtedy płycie Above the Others mamy cztery utwory składające się na historię Białej Damy. Pierwsza część White Lady to wprowadzająca w temat gitarowo-klawiszowa ballada po której następuje bardzo "kamelotowa", power metalowa Golden Needle. Uwielbiam refren tej piosenki, bardzo fajnie rozwijający omawianą historię. Trzecia część pełni bardziej narracyjną formę. Są to niespełna trzy minuty klimatycznego, symfonicznego grania, stanowiącego wprowadzenie do epickiego zakończenia, którym jest podniosłe, soczyste Days of Sorrow. Jest to jedna z kompozycji, których refren dosłownie śpiewa się sam. Zawsze kiedy wracam do pierwszych płyt Silverlane zastanawiam się, jak potoczyłyby się losy tego zespołu w alternatywnym świecie, bo jak widać i słychać, panowie (i pani klawiszowiec) potencjał mieli naprawdę spory.
Magic Pie - A Life's Work, Pt. 1 (Questions Unanswered), Pt. 2 (Overture), Pt. 3 (Brand New Day), Pt. 4 (The Suffering Joy)
Drugi w dzisiejszym zestawieniu przedstawiciel rocka neo-progresywnego, tym razem z Norwegii. Moja przygoda z tym zespołem zaczęła się dobrych kilka lat temu, gdy pierwszy raz usłyszałem utwór Motions of Desire z albumu o takim samym tytule. Muszę przyznać, że mocno mnie wtedy siekło i z uporem maniaka zacząłem poznawać pozostałe płyty kapeli. Na każdej z pięciu, jak dotąd wydanych płyt (a w drodze jest już szósta) muzycy umieszczają co najmniej jeden ponad 10-minutowy utwór, czy to pod postacią jednolitej suity czy, jak w przypadku trzech pierwszych krążków, kompozycji podzielonej na kilka osobnych części. Jedną z nich jest właśnie wydana w 2011 The Suffering Joy i czteroczęściowy A Life's Work. Zaczyna się on od spokojnego, klawiszowego Questions Answers, który przechodzi w instrumentalną Overture a następnie w kolejny spokojny, pięknie ozdobiony subtelną gitarą i klawiszowym syntezatorem Brand New Day. Po trzech niedługich przystawkach przechodzimy jednak do dania głównego, którym jest 17-minutowa część czwarta, od której podtytułu cały album bierze swą nazwę. No i cóż, tu mamy już w pełni symfoniczno-prog rockowe granie. Epicka, pełna instrumentalnego artyzmu i niezapomnianych wokalnych melodii suita to niezaprzeczalnie najlepszy moment tego jakże udanego albumu. Na dzisiejszej playliście jest też specjalnie umieszczona na końcu, by po odlsuchu jeszcze na długo została w Waszych uszach i pamięci. Mam nadzieję, że na zapowiedzianym na 16 mają albumie pt. Maestro norwescy proggersi utrzymają poziom prezentowany na The Suffering Joy i innych starszych albumach. Bardzo na to liczę.
I to już wszystko na dziś. Jak już zapowiedziałem powyżej, do artykułu dołączam oczywiście playlistę z z wszystkimi wymienionymi w tekście utworami. Dajcie znać, który z nich spodobał się wam najbardziej. A może macie jakieś swoje ulubione czteroczęściowe kompozycje?
poniedziałek, 10 marca 2025
03.03-09.03.2025
Najpopularniejsze
-
Zgodnie ze złożoną dwa tygodnie temu obietnicą, prezentuję dziś kolejnych artystów, którzy zdecydowali się obserwować mój facebookowy fan...
-
Ostatni artykuł z kategorii Nieznane i Niedoceniane poświęcony rockowi neoprogresywnemu opublikowałem dość dawno, bo przed 3 miesiącami. W ...
-
Jednym z pierwszych artykułów na tym blogu, był ten poświęcony zespołom posiadającym w nazwie słowa Mammoth i Elephant ( tu ). Dziś po pra...