poniedziałek, 12 stycznia 2026

05.01-11.01.2026

 


Jedenaście dni 2026 roku już za nami i rynek muzyczny powoli budzi się ze snu. Wśród nowości jakie trafiły do mej biblioteki w ostatnim tygodniu jest już kilka premier ale nadal jest czas na nadrabianie zaległości i polecajki od znajomych. Tak więc w dzisiejszym artykule myślę, że znajdziecie wszystkiego "po trochu".

Zacznijmy od nowości, zwłaszcza tych piątkowych. Co prawda w weekend znów wypadł mi wyjazd do rodziny więc słuchałem ich raczej z doskoku to i tak pewne utwory już utkwiły mi w pamięci. Były to Break the Silence, tytułowa piosenka z nowej płyty symfoniczno-metalowego Beyond the Black, WitchBitch Elite powracających po dłuuuugiej przerwie gotyckich metalowców z For My Pain... (serio, nie sądziłem że panowie zbiorą się i nagrają nowy album!) i coś z naszego polskiego podwórka - Death Is a Five Letter Word stoner doomowego Smoke Rites z gościnnym udziałem Moniki Adamskiej-Guzikowskiej (TOŃ). Tak, wszystkie te kawałki były wcześniej wypusczone jako single ale dla mnie to dobry punkt wyjściowy do dalszej eksploracji zawierających je wydawnictw. I taką eksplorację mam w planach na najbliższe dni. 

Singlem nie był za to Kotlin, wieńczący The Genghis Khan EP to End All Genghis Khan EPs - czteroutworową minipłytę mistrzów metalowej parodii z Nanowar of Steel. Od razu zaznaczam, nie jest to hołd oddany polskiemu producentowi ketchupu tylko jednemu z języków programowania, co ma też dość adekwatne odbicie w warstwie tekstowej.

Nowością w mojej bibliotece jest zespół Xentrix, choć generalnie wcale do "nowych" nie zależy. Ta trashowa ekipa swą karierę zaczęła bowiem w 1988 roku (a pod pierwotną nazwą nawet 4 lata wcześniej) a ja, zachęcony przez Metal Frenzi wzmiankami o "romantycznej melodyce" z ciekawości sięgnąłem po ich liczący już 37 lat debiut. I rzeczywiście Shattered Existence pełny jest "metalikowego" thrashu (zwłaszcza z okresu Ride i Master) z wyraźnie akcentowaną (ale nie tak jak w power metalu) melodyjnością. Słucha się tego bardzo przyjemnie a zwłaszcza dwóch utworó, które od razu wrzucam Wam na playlistę - Balance of Power i Crimes.

Pamiętacie może zespół Vehemence? Epicki, średniowieczny wręcz black metal, który swego czasu zagościł na chwilę na mojej stronie? Jeśli tak, to zaciekawi Was na pewno inny przedstawiciel tamtejszej sceny czarno-metalowej. Abduction to kapela na Encyklopedia Metallum klasyfikowana jako progressive black/death metal. Ja jednak na płycie Jehanne słyszę prawidziwie epicki, melodyjny black - z tnącymi niczym damascenśka stal riffami, nawałnicami perkusji i absolutnie mistrzowskim połączeniem harshów z czystym, niebezpiecznie przypominającym Tilla Lindemana wokalem. Dziękuję Jakub Fyda za polecenie kolejnej po Vehemence właśnie blackowej perełki.

Tej około black metalowej muzyki zresztą było u mnie więcej. Przypomniałem sobie m.in. jeden z albumów depresyjnego Apati - Morgondagen inställd i brist på intresse. Lata temu miałem mocną fazę na takie właśnie peryferyjne granie, mocno wchodzące w shoegaze czy depresyjny rock. W brzmieniu Apati zawsze było słychać wyraźne inspiracje absolutnymi guru tego ruchu - szwedzkim Lifelover i francuskim Alcest, co zwłaszcza czuć w moim ulubionym numerze Lamna Mig Ifred. Według niektórych te wpływy aż nazbyt silne ale jak było naprawdę chyba nigdy się nie dowiemy, bo jeden z głównych kompozytorów, Obehag zmarł w 2011 roku po przedawkowaniu metadonu.

Parę dobrych lat temu, gdy szukałem na laście zespołów podobnych do Alcest, trafiłem na włoski projekt Arctic Plateau. I choć black metalu jest tu dosłownie krztyna, całość brzmi bardziej post-rockowo i shoegaze'owo to Gianluca Divirgilio potrafi zakląć w swych dźwiękach trochę takiego mizantropijnego chłodu, łagodnej refleksji czy zimowej melancholii. Jako dobry przykład niech posłuży Alive, jedna z kilku kompozycji projektu, do której czuję największy sentyment.

Jest też jedna premiera z poprzedniego tygodnia, do której dopiero teraz porządnie przysiadłem. Mowa o Elevation death/doomowego duetu Enshine. Jest to ich pierwsza od 11 lat płyta długogrająca (nie liczę EPki Transcending Fire z 2021) i spełnia na pewno pokładane w niej nadzieję. Melancholijne, przestrzenne ale jednocześnie ciężkie granie, przewaga growlingu z krótkimi, budującymi klimat wstawkami łągodnego czystego wokalu pokazują, że w szerokim świecie doom metalu jest jeszcze miejsce na takie klasyczne, gotyckie granie. 

Podobnie rzecz ma się z czanogórskim Dvoeverie. Ich nowy album Byrdcynn regularnie gości u mnie od dnia premiery, zmienia się tylko najczęściej słuchany utwór. Tym razem najchętniej sięgam po Delight in Dark.

Pisałem na wstępie o nadrabianiu zaległości. W przypadku Power Train dowodzonej przez Tommy'ego Johanssona power metalowej Majestica nie było to stricte nadrabianie ale czułem, że po premierze nie poświęciłem jej odpowiednio dużo czasu. Wróciłem więc do niej i był to bardzo mile spędzony czas. A że przy okazji odświeżyłem sobie też Christmas Carol, epkę inspirowaną Opowieścią Wigilijną Ch. Dickensa to tylko wartość dodana.

Power metalu było zresztą więcej. Weźmy na przykład Ride Into Obsession Blind Guardian, najlepszą kompozycję inspirowaną serią pt. Koło Czasu Roberta Jordana, prywatnie moją ulubioną serią fantasy. Warto też napomknąć o Dawn of Destiny, jednej z moich ulubionych power metalowych formacji z kobiecym wokalem. W tym tygodniu przypominałem sobie ich drugi album z kapitalnym Days of Crying na czele.

Ulubioną płytą ostatniego tygodnia jest natomiast u mnie The Six Thousand nagrana przez prog-powerową grupę Sands of Eternity. Tak jak tydzień temu zachwycałem się pojedynczym 6000 tak teraz doceniam już w pełni cały krążek, solidny i pod względem kompozycyjnym, aranżacyjnym jak i melodycznym. Na dzisiejszej playliście reprezentują go aż 4 utwory, różnorodne ale w tej różnorodności jednakowo intrygujące.

Z rocka progresywnego warto wspomnieć o malezyjskim Martin Vengadesan & The Stalemate Factor (album The Rook's Siege) i jednoosobowym projekcie Cosmograf (The Orphan Epoch). Zaskakujące jest jednak jak do swojego hard-rockowo/power-popowego stylu elementy progresywne potrafił włączyć na płycie Day Trip to Narnia brytyjski Cats In Space. To już czwarty krążek tej grupy i ostatni z Paulem Manzim na wokalu. Cechą wyróżniającą go na tle całej dyskografii (sumiennie przeze mnie odsłuchiwanej od kilku tygodni) jest siedmioczęściowy The Story of Johnny Rocket, w którym znajdziemy i przebojowe melodie i instrumentalne przerywniki, i dynamiczne gitary i elektroniczne popisy. Day Trip to Narnia wskakuje niniejszym na moją prywatną listę "albumów progresywno-AOR-owych". 

Po sobotnim koncercie Czarny Bez nadal mam w głowie niejeden kawałek, jednak najgłębiej wryła się chyba Wodnica - mitologiczne wytłumaczenie, czemu mężczyźni boją się kranu 😉 Już niedługo wrzucę relację więc stay tunes.

Nie zapomniałem też o The Riven i wydanym (już) rok temu Visions of Tomorrow, choć tym razem nad utwór tytułowy zdecydowanie przedłożyłem przebojowy i rytmiczny Set My Heart on Fire.

Na dziś to wszystko. Teraz Wy nie zapomnijcie i podrzućcie proszę swoje podsumowania lub polećcie jakąś ciekawą i pasjonującą muzykę. Zapraszam też do odsłuchu playlisty, do której odnośnik znajdziecie pod artykułem. Miłego dnia!

Playlista: 11.01.2026

piątek, 9 stycznia 2026

Marco Pastorino - Playlista Tematyczna

 


Zgodnie ze złożoną już kilkukrotnie, czy to w poprzednich postach czy komentarzach na FB, obietnicą przynoszę Wam dziś artykuł i playlistę poświęconą jednemu z najbardziej cenionych aktualnie w świecie power metalu (i nie tylko) muzykowi. Pani i Panowie, przed Wami gitarzysta i wokalista, kompozytor i autor tekstów - Marco Pastorino.

Artysta urodził się 17 września 1988 roku w Acqui Terme, niewielkim miasteczku we włoskim Piemoncie. Dorastał w okresie wielkiego power metalowego boomu w Italii, za którym stały przede wszystkim Rhapsody of Fire i Labyrinth, choć do swych ulubionych artystów zalicza przede wszystkim Edguy, Dream Theater i Savatage. Jest to wyraźnie widoczne w jego karierze muzycznej, gdyż głównie sięga po stylistykę power i prog metalową. 

Najbardziej znanym zespołem Marco, jego opus magnum jest na pewno Temperance, któremu przewodzi już trzynasty rok. Na koncie mają już siedem udanych i bardzo dobrze odebranych przez publiczność płyt. Pastorino, w zależności od albumu albo ogranicza się tylko do gry na gitarze (jak choćby na moim ulubionym Viridian) albo wspomaga też zespół wokalnie, co miało miejsce zarówno przed przyjściem Michele Guaiatolego jak i na ostatnim, wydanym przed dwoma laty Hermitage - Daruma Eyes Pt. 2, będącym swego rodzaju metalową operą. Na uwagę zasługuje też, że prócz typowo powerowego falsetu w jego repertuarze znajdziemy też bardziej agresywne formy ekspresji wokalnej.

Czytelnicy mojej strony jeszcze w pamięci na pewno mają, w co mocno wierzę, jedną z najlepszych płyt końcówki zeszłego roku. Mowa o Symphony of the Universe, drugim krążku projektu Cristiano Filippini's Flames of Heaven, będącym dla mnie jednym z symfoniczno-powerowych arcydzieł. Jeśli dobrze zinterpretowałem wywiad udzielony przez Cristiano jednemu z zagranicznych portali, autorem tekstów na tym inspirowanym anime i mangą Saint Seiya wydawnictwie jest właśnie Marco, za co ma u mnie kolejny duży plus. Zresztą, jego wokal słyszymy też na debiucie Flames of Heaven, do którego planuję wkrótce mocniej przysiąść.

W 2022 roku Pastorino połączył siły ze znanym z Serenity i Warkings Georgem Neuhauserem by nagrać z kolei power metalowy debiut roku. Mowa o projekcie Fallen Sanctuary i muzycznie dynamicznej i energetycznej a tekstowo podejmującej wiele trudnych tematów Terranova. Muzykom udało się tu odtworzyć magię towarzyszącą power metalowi w pierwszej dekadzie XXIw. Zresztą sama nazwa projektu zaczerpnięa z wydanej w 2008 roku płyty Serenity (mój pierwszy kontakt z zespołem) wiele już mówiła o ich inspiracjach. Co ważne, ptaszki śpiewają, że panowie pracują obecnie nad kontynuacją Terranovy. Czuję, że będzie na co czekać.

Sam Pastorino też dwa lata temu zasilił szeregi austriackiej kapeli i jego gitarę (a także miejscami wokal) możemy usłyszeć na płycie Nemesis AD, która jest co prawda bardziej kamelotowa niż Fallen Sanctuary ale broni się dopracowanymi i przyjemnymi dla ucha kompozycjami.

Inne power metalowe projekty i zespoły, w których słyszymy głos i/lub gitarę Marco to choćby melodic powerowy Wonders, gdzie łączy siły z niemniej utalentowanym i rozpoznawalnym muzykiem, grającym na klawiszach Bobem Katsionisem (m.in. Serious Black, Firewind, Revolution Renaissance), duety z Adrianne Cowan pod postacią Light&Shade czy nieistniejące już Bejelit

Drugim obliczem Marco Pastorino, o którym pisałem na wstępie jest to progresywne i tu przede wszystkim trzeba wspomnieć o założonym przez niego rok przed Temperance i prowadzonym niemal równolegle Virtual Symmetry. Swego czasu zaciekawiła mnie ich eponimiczna płyta z 2022 roku ale z różnych przyczyn nie mogłem poświęcić jej odpowiednio dużo czasu. Może w końcu uda się to nadrobić?

Przez kilka lat Pastorino wsytępował też przez kilka lat w prog-powerowym Secret Sphere. Jedną z nagranych wspólnie z nim płyt (Archetype) dość często słuchałem w trakcie pomaturalnych,czteromiesięcznych wakacji mam więc do niej niemały sentyment. 

Ciekawym projektem, z którym nasz dzisiejszy bohater był związany do 2011 roku był poruszający tematykę chrześcijańską prog-metalowy Timesword. Z tej współpracy została nam tylko jedna płyta, której niestety próżno szukać w streamingach ale na szczęście jest na bandcampie. Warto na niej zawiesić ucho, zwłaszcza dla wieńczącej dzieło prawie 20-minutowej suity.

Na koniec jeszcze krótka wzmianka o Even Flow, sardyńskiej grupie balansującej między progresywnym rockiem a metalem. Pastorino nagrał z nią w roli wokalisty dwa albumy i kilka EP-ek ale ich drogi artystyczne rozeszły się w zeszłym roku, a nawet i wcześniej, bo nowa wokalistka Emma wspierała zespół na koncertach już w drugiej połowie '24 roku.

Zaskoczeniem dla wszystkich może być natomiast informacje, że Marco przez kilka lat był też członkiem kapeli thrash metalowej. Mowa o The Ritual a wspólne granie zaowocowało ich jedyną płytą, wydaną w 2011 roku Beyond the Fragile Horizon. 

Oczywiście każdy goszczący w tego typu artykule artysta ma za sobą też co najmniej kilka występów gościnnych. Nie inaczej Pastorino a wśród nich szczególnie bliski mojemu sercu jest udział w nagraniach trzeciej części metalowej opery Marius Danielsen Legend of Valley Doom. Wokal Marco słychać w dwóch utworach z czego jeden z nich, Mines of Eloroth to mój absolutnie ulubiony utwór z całej dyskografii projektu. Poza tym warto wspomnieć jeszcze o obecności na płycie Re-Animated zespołu Trick or Treat, metalizującej znane nam wszystkim z kreskówek melodie.    

Pozostałe współprace Marco, jak również garść solowych utworów i kompozycje wszystkich wyżej wymienionych zespołów i projektów (po kilka najbardziej moim zdaniem reprezentatywnych) zgrupowałem na podlinkowanej poniżej playliście. Zachęcam do zapoznania się z nimi miłośników nie tylko power i prog-metalu ale każdego ceniącego sobie ambitną, doperacowaną muzykę. Miłej lektury, odsłuchu i przede wszystkim bezpiecznego weekendu dla Was!

(Źródło zdjęcia - oficjalna strona FB Marco Pastorino)

Playlista: The Best of Marco Pastorino

poniedziałek, 5 stycznia 2026

29.12.2025-04.01.2026

 


Pierwsza "tygodniówka" w Nowym Roku zawsze jest dla mnie pewną niewiadomą. Może być zdominowana przez najlepsze utwory ostatnich 12-u miesięcy, nadrabiane pod koniec grudnia zaległości płytowe czy też pojawiające się pomału po okresie świątecznym nowości. Jest to też zawsze pewne nowe otwarcie, mogące choć częściowo zakreśli ramy w jakich moje muzyczne gusta będą obracać się w nadchodzącym czasie. Ten moment właśnie nadszedł i zabieram Was w muzyczną podróż przez ostatnie 7 dni.

Podróż jak widać nie tylko metafizyczną ale i palcem po muzycznej mapie. Jak się okazało najczęściej słuchanym w tym okresie artystą był u mnie malezyjski projekt Martin Vengadesan & The Stalemate Factor, chyba jedyny znany przedstawiciel tamtejszej sceny prog-rockowej. Ich ostatnia, wydana w 2023 roku płyta The Rook's Siege spadła mi jak grom z jasnego nieba, totalnie przearanżowując moje odsłuchowe plany. Ktoś powie, że mamy tu mocno czerpiący z brytyjskich tradycji neo-prog, ktoś zwróci uwagę na pewne drobne elementy folkowe a jeszcze inny zasugeruje psychodeliczne motywy. A co na to Muzyczny Kronikarz? Każdą z tych uwag przyjmie za dobrą monetę, bo każda z tych inspiracji bliska jest mojemu sercu. Spośród kilku wrzuconych dziś na playlistę utworów najbardziej wyróżnia się prawie 12-minutowa suita The Horizon Myth ale i krótsze kompozycje w postaci The Great Robbery of Kuala Lumpur mają w sobie coś pociągającego. Dla mnie to też kolejny pozytywny impuls by w swoich poszukiwaniach nie ograniczać się stricte do klasycznie rockowo-metalowych krajów. Czuję, że przy muzyce Pana Martina spędzę jeszcze niejeden tydzień i Was do tego równie mocno namawiam.

Jeśli już o gromach mówimy, to jeszcze szybszą "karierę" zrobił u mnie utwór 6000 prog-powerowego zespołu Sands of Eternity. Pierwszy raz usłyszałem go w nocy z soboty na niedzielę i od tego czasu słuchałem go już z 7-8 razy. Ujęła mnie szczególnie to jak majestatycznie rozkręca się od spokojnego intra po coraz szybsze partie i kulminację w epickim refrenie. Od razu też zainteresowałem się całą płytą The Six Thousand, wydaną z początkiem grudnia a będącą długogrającym debiutem kapeli. Na tę chwilę, po w sumie niecałych dwóch dniach spędzonych przy niej mogę powiedzieć, że Grecy wykonali kawał dobrej roboty.

Jak już wspominałem tydzień temu, na streamingi wpadł w końcu nowy album Cosmograf, co zmotywowało mnie do powtórnej przygody z tym uznanym neo-progowym projektem. Jest tu sporo wykwintnego gitarowego grania, pięknych melodii (We Are the Young) ale i mocniejszych akcentów. Odkrywanie wszystkich smaczków to zadanie na więcej niż jeden wieczór i nie zamierzam się z tym wcale spieszyć.

Tak samo nadal potrafi mnie miło zaskoczyć nowy album tRKproject. W poprzednich postach często pisałem o utworze Ask to Way to Find It, który nadal uważam za najlepszy na ALICE. Jednak coraz bardziej zaczęła przemawiać też do mnie pięknie zinterpretowana przez Dominikę Niebudek Two Alices

Z wrzutek z piątkowego The Best of 2025 mamy natomiast mój ulubiony progresywny utwór zeszłego roku, Ocular fińskiej grupy Humming Whale i power-metalowy walec w postaci Teutonic Knights szwedzkiego Bloodbound.

Power metal co prawda nie zdominował tym razem moich playlist ale na krótkie podróże do Brazylii znalazłem czas. Ponownie padło na Aurorę Consurgens nagraną przez Angrę z Edu Falaschim w składzie i przkrój przez dwu-płytową (aj czemu tak mało!) dyskografię grupy Vandroya. Na playliście znajdziecie ich dwie piosenki, po jednej na każdy album - przepiękna balladę Why Should We Say Goodbye? z One i power-metalowy manifest I'm Alive z Beyond the Human Mind. Z około powerowych sfer, choć jednak zdecydowanie bardziej symfoniczno-gotyckich warto wyróżnić też nowy krążek Walk in Darkness zatytułowany God's Don't Take Calls a zwłaszcza świetnie zaśpiewany przez Nicolettę Rosellini podniosły i pełen emocji Across the Oceans.

Nie tylko ja przygotowywałem ostatnio swoje podsumowania roku. Ciekawą audycję zaprezentowała nam w zeszły poniedziałek Julia Miodyńska z Epoki Żelaza. To dzięki niej na łamy Muzycznej Kroniki trafia szwedzki The Riven, grający szybki i melodyjny hard-rock z wokalem brzmiącym niczym sam Klaus Maine

Melodyjny hard-rock, powerpop czy nawet pewne progresywne wstawki to też dobra charakteryzacja drugiej płyty brytyjskich Cats in Space. Scarecrow był od dawna w kręgu moich muzycznych zainteresowań ale częściej skupiałem się na nowszych dokonaniach tej grupy, począwszy od Atlantis z 2020 roku. A przecież to ta płyta kryje w sobie takie perełki jak teatralny Clown in Your Nightmare, mocno Queeno-podobny Jupiter Calling, romantyczny September Rain czy art-rockowy The Mad-Hatter's Tea Party, gdzie Paul Manzi pokazuje swój pełny potencjał i jeśli chodzi o zdolności wokalne jak i interpretacyjne. Nic dziwnego, że w jego port-folio znalazły się takie formacje jak choćby Arena czy The Sweet.

Cats in Space odtwarzają klimary lat 70-ych i 80-ych, jest zaś dziś na playliście artysta, który w tych czasach tworzył aktywnie i z sukcesami. To założyciel i lider m.in. Survivor czy bardziej współczesnego Pride of Lions - Jim Peterik. Ostatnie dwa, trzy lata to okres współpracy z wieloma utalentowanymi muzykami w ramach formuły Jim Peterik & World Stage. Aktualnie gra u mnie dośc często ich najnowszy krążek River of Music - The Power of Duets, z którego pochodzi bardzo łatwo wpadający w ucho kawałek The Cadence of Things z udziałem Jasona Scheffa, drugiego obok Petera Cetery najdłużej urzędującego frontmana legendarnej grupy Chicago.

Jeszcze starsze są dokonania bostońskiej grupy The Tangerine Zoo, których debiut z 1968 roku nie chce mi wyjść z głowy. Takie psychodeliczne, brudne, zwiastujące nadejście hard-rocka czy heavy metalu granie zawsze jest u mnie miło widziane i kto wie, może niedługo dołączy do nich większe grono mało znanych a wartych uwagi kapel.

Jeszcze mało znany ale aspirujący na pewno do wyższych zasięgów jest nasz rodzimy Kruczy Sen, który dwa lata temu zachwycił mnie swym Pierwszym lotem a teraz, na przełomie starego i nowego roku umila czas nową Ep-ką o uroczym tytule ZwierzMisie. Muzycznie mniej folkowo niż na debiucie, zaskakujące, metaforyczne teksty i dopracowane wykonanie to wszystko zasługuje na pochwałę. Mamy tu tylko sześć numerów ale aż połowa z nich trafiła na playlistę. Mam nadzieję, że Wam się spodobają.

Po "uroczej" EP-ce czas na mroczny, ciężki i agresywny finał. Lady Luna and the Devil nadal oczarowuje mnie swymi okultystycznymi, wampirycznymi wizjami prowadzonymi powolnymi tempami i podniosłą melodyką a czarnogórskie Dvoeverie umiejętnie łączy ciężar z melancholią, growling z gotyckim, matowym wokalem, sprawiając że ich najnowszy album Byrdcynn w niczym nie ustępuje klasykom gatunku z lat 90-ych.

Jak zapewne wiecie black metal nie pojawia sie tu zbyt często. Zazwyczaj by tak się stało musi mieć jakąś wartość dodaną, coś wyróżniającego na tle rzeszy innych zdawałoby się podobnie brzmiących zespołów. W przypadku włoskiego Obscura Domini tym czynnikiem jest klawiszowo-organowa otoczka, nadająca muzyce bardzo symfoniczno-atmosferycznego brzmienia. I choć długość utworów zawarta na płycie (zatytułowanej iście black-metalowo) Sepulchral Echoes Beneath the Wthered Sky nie przekracza przeważnie 7-minut to budowany tu klimat naprawdę działa na wyobraźnię. Szczególnie polecam piąty na trackliście In the Silence of the Void, w którym za typową dla bm "ścianę dźwięku" odpowiadają właśnie klawisze. Na plus również bardzo dobra dykcja i barwa "głosu" wokalisty, ułatwiająca odbiór całości.

Jak widzicie, podsumowanie przedstawia się dość ciekawie. Mam nadzieję, że znajdziecie tu coś dla siebie. Zachęcam do odsłuchu tradycyjnej playlisty i podzielenia się swoimi wrażeniami z tego przełomowego tygodnia.

Playlista: 04.01.2026

piątek, 2 stycznia 2026

The Best of 2025 - Podsumowanie Roku

 


Nadeszła wreszcie ta oczekiwana chwila, gdy 365 dni słuchania muzyki, setki albumów, tysiące artystów i dziesiątki tysięcy utworów można w końcu zebrać w jednym miejscu i z tego kłębowiska wyłuskać to, co we właśnie minionym roku było najlepsze. Nie był to oczywiście łatwy wybór. Początkowo zamierzałem przygotować, podobnie jak w zeszłym roku, top 30 wydanych w 2025 albumów ale dość szybko okazało się, że takie ograniczenie z pewnością byłoby niesprawiedliwością wobec co najmniej kilku równie udanych i ważnych dla mnie wydawnictw. Poluzowałem więc nieco kryteria i w ten sposób przedstawiam Wam 36 najlepszych moim zdaniem płyt tego roku i jeden absolutnie wyjątkowy split:

1. Avatarium - Between You, God, the Devil and the Dead - gdzieś pomiędzy psychodelicznym doom metalem a depresyjnym bluesem tkwi sekret tego krążka, tego pięknego a jednocześnie przejmującego brzmienia, którego tkanie ta szwedzka ekipa doprowadziła do perfekcji

2. Froglord - Metamorphosis - wskażcie mi proszę inną płytę, gdzie obok tłustego i dusznego stoner/sludge/doomu mamy też cover Aerosmith, solo na harmonijce ustnej i odgłosy kumkania żab? Kreatywność Żabiego Lorda nie zna granic i z każdą kolejną metamorfozą dowozi jeszcze lepszą i bardziej zaskakującą muzykę

3. Judicator - Concord - po bardzo progresywnym i eksperymentalnym The Majesty of Decay, John Yelland z ekipą ponownie sięgnął po więcej powerowych elementów co w połączeniu z westernowymi wpływami dało nam power metalową płytę roku

4. Frayle - Heretics & Lullabies - trzecia płyta amerykańskiej formacji, na której idealnie wyważono proporcje pomiędzy shoegazową eterycznością a doom metalowym ciężarem, sięgając również po pewne do tej pory niespotykane elementy

5. Avantasia - Here Be Dragons - mam nieodparte wrażenie, że z płyty na płytę typowej dla tego projektu magii jest coraz mniej, nie mogę jednak zaprzeczyć, że w sferze melodii i przyjemności płynącej ze słuchania nowe dzieło Tobiasa Sammeta nadal ma wiele do zaoferowania

6. Elettra Storm - Evertale - nie jest łatwo w rok po premierze absolutnie kapitalnego debiutu wrócić z równie solidnym krążkiem, włoskim muzykom jednak ta sztuka się udała a Evertale brzmi jeszcze lepiej, ciekawiej i dojrzalej niż Powerlords

7. Humming Whale - Chasing Rabbits - są takie płyty, których premiery nie możemy się doczekać już od pierwszej styczności z pierwszym promującym ją singlem. Tak miałem z debiutem tej fińskiej prog-metalowej formacji i mogę już otwarcie powiedzieć, że w tym gatunku nie mają sobie równych

8. Katatonia - Nightmares as Extensions of the Waking States - tym krążkiem Jonas miał udowodnić, że poradzi sobie bez Andersa. Czy to mu się udało? Według mnie tak i choć to już coraz bardziej progresywny metal niż znany nam od lat depressive/gothic/doom, Nightmares pokazują nam stale rozwijający się i szukający nowych form wyrazu zespół 

9. Lacuna Coil - Sleepless Empire - album, po którym nie spodziewałem się niczego wielkiego ląduje w pierwszej dziesiątce podsumowania roku - cóż, każdy ma prawo do błędu a zespołowi życzę jeszcze niejednej tak niesamowitej płyty

10. Bloodbound - Field of Swords - czasem zamiast skomplikowanej taktyki wszystkie problemy rozwiązać może jedna, potężna szarża ciężkiej kawalerii - i tak też jest z tą płytą

11. Year of the Cobra - Year of the Cobra - jeśli nazywasz imieniem zespołu swój trzeci krążek to może być to zwiastun zmian albo artystyczny manifest. W tym przypadku zdecydowanie to drugie, bo mamy tu wszystkie charakterystyczne dla tego stoner/doomowego duetu elementy w najlepszym możliwym wydaniu

12. Czarny Bez - W Blasku Księżyca - muzyka folkowa w połączeniu z industrialnym metalem, do tego nieco gotyckiej atmosfery i przepis na świetny, nieszablonowy album gotowy. 

13. Duszno - Okruszki - nie sądziłem nigdy, że jakakolwiek shoegaze'owa płyta zrobi na mnie takie wrażenie, czasy się jednak zmieniają a ja mam nadzieję, że duszno te zmiany ominą i jeszcze nie raz mnie tak pozytywnie zaskoczą

14. Grailknights - Forever - bombastyczny power metal w spandeksowych strojach superbohaterów? bez takiej płyty żadna roczna topka nie ma u mnie racji bytu!

15. Novembers Doom - Major Arcana - sześć lat przyszło nam czekać na nowy krążek amerykańskich pionierów death/doom metalu i jak widać (i słychać) był to czas wykorzystany naprawdę bardzo dobrze

16. Blackbriar - A Thousand Little Deaths - to już trzeci album holenderskiej kapeli ale u mnie absolutnie symfoniczno-metalowe odkrycie roku. Żałuję, że dopiero teraz sięgnąłem po ich twórczość

17. Harem Scarem - Chasing Euphoria - w kategorii AOR/melodyjny hard rock bezapelacyjnie płyta rocku, jest gitarowo i przebojowo a wokal Harry'ego Hessa im starszy tym lepszy - Canada is still great!

18. Trick or Treat - Ghosted - Włosi ponownie sięgają po ikony popkultury, pisząc utwory inspirowane horrorami, komiksami i grami komputerowymi. I ponownie wychodzi im z tego soczysty i radosny power metal

19. Paradise Lost - Ascension - najbardziej eklektyczna płyta w dorobku legendy doom metalu i choć mówi się, że gdy coś jest "do wszystkiego, to jest do niczego" w tym przypadku to powiedzenie można wyrzucić do kosza

20. Shiraz Lane - In Vertigo - czy znacie pojęcie new wave of scandinavian hair metal? Nowa płyta Finów (tak, wiem, że niekoniecznie Finlandia to Skandynawia) potwierdza, że to tam przeniosło się centrum przebojowego, ekstrawaganckiego metalu

21. Warkings - Armageddon - bitewny heavy/power metal ma się dobrze a poznawanie historii w towarzystwie melodyjnej, epickiej muzyki to czysta przyjemność

22. Rage A New World Rising - po obszernej (może nawet zbyt), bardziej symfonicznej Afterlifelines niemieckie trio atakuje intensywnym, nowoczesnym power/speed/groove metalem i kurczę, daje radę

23. Shedfromthebody - Whisper and Wane - fińska artystka wydała w tym roku aż dwie eteryczne, doomgaze'owe płyty ale to pierwsza z nich porusza więcej strun w moim sercu 

24. Messa - The Spin - włoscy doom metalowcy nie wydali do tej pory dwóch takich samych płyt. Co więcej każda kolejna pokazuje zespół z jeszcze lepszej, niespotykanej strony.

25. Epica - Aspiral - ponad 20 lat doświadczenia, mocna pozycja na symfoniczno-metalowej scenie i wiele docenianych przez krytyków i fanów płyt,  - to wszystko sprawia, że oczekiwania co do każdej kolejnej są coraz wyższe. Póki co, ten 10-y już raz, Holendrzy stanęli na wysokości zadania

26. Aedan Sky - The Universal Realm - symfoniczno-power metalowa opera muzyków znanych m.in. z Galderii czy KingCrown, według mnie jeden z najlepszych debiutów 2025 roku

27. Bog Wizard - Satanik Panik - duszny, bagienny stoner doom, pokręcony, surrealistyczny i psychodeliczny - czy trzeba dodawać coś więcej?

28. Astronoid - Stargod - niezwykły album niezwykłego trio, określającego swą muzykę mianem dream thrashu, na który składa się miks post-rocka, shoegaze'u i post-metalu

29. Alice Cooper - The Revenge of Alice Cooper - płyta nagrana w składzie sprzed 50-u lat i niosąca ze sobą dużo tej rock'n'rollowej, lekko surrealistycznej energii

30. Arcane Tales - Ancestral War - epic symphonic power metal, neoklasycystyczna gitara i teksty osadzone w wymyślonym świecie fantasy - brzmi znajomo? Tak, to już ósma płyta Luigiego Sorrano

31. Cristiano Filippini's Flames of Heaven - Symphony of the Universe - rewelacja ostatniego kwartału roku, niesamowicie wciągająca płyta, pełna drobiazgowych orkiestracji, podniosłego klimatu i zostających na długo w głowie melodii a to wszystko osadzone w realiach mojego ulubionego anime

32. Terra Atlantica - Oceans - kolejne potwierdzenie, że marynistyczny power metal nie musi być koniecznie śpiewaniem o piratach, ale i gamratkach, choć odrobiny karaibskiego ducha tutaj też nie zabrakło

33. Sabaton - Legends - zespół który się kocha lub nienawidzi, ja jestem gdzieś po środku i muszę powiedzieć, że od premiery Horeos co drugą ich płytę darzę niemałą sympatią

34. Mago de Oz - Malicia - płyta bardziej typowo-magodeozowa niż zeszłoroczna Alicia, i być może dlatego nie jest wyżej w zestawieniu. Generalnie kawał dobrego folk/powera ale gdyby ją odchudzić o jakieś 20% walczyłaby o pierwszą dziesiątkę

35. Sodom - The Arsonist - nie jestem specjalistą od thrashu ale dla mnie to płyta roku w tej kategorii, agresywna, dynamiczna i z tą nienarzucającą się ale jednak zaznaczoną melodyjnością

36. Kilmara - Journey to the Sun - kataloński power metal - nie uświadczymy tu folkowych nut w języku urzędowym, jest za to bardziej metalicznie, elektronicznie i futurystycznie

Wyróżnienie specjalne - split roku - TOŃ & Weedcraft - Księgi Wieczyste - refleksyjna liryczność i organiczny instrumentalizm stworzyły razem czworogłową bestię, przytłaczającą słuchacza swym kamieniarsko-gruziarskim ciężarem

Co mogę powiedzieć na koniec tak obszernego podsumowania. Mam świadomość, że jeszcze niejeden artysta powienien się tu znaleźć, wyrzuty sumienia będą mnie pewnie gryźć jeszcze przez kilka nocy. Trzeba jednak wziąć odpowiedzialność za swoje decyzje a o tych niewyróżnionych mimo wszystko pamiętać i czekać z niecierpliwościa na nowe kompozycje. Poniżej obszerna playlista, na której znajdziecie co najmniej po 1 utworze z wyżej wymienionych albumów. Mam nadzieję, że niejedno z Was spędzi przy niej przyjemnie czas a nuż, odkryje też coś nowego. I tego Wam właśnie życzę w 2026 roku!

Playlista: The Best of 2026


środa, 31 grudnia 2025

Grudzień 2025 - Podsumowanie Miesiąca


Jak się zapewne już domyślacie, nie będzie dziś "odliczania". Ostatni dzień roku to też ostatni dzień grudnia a że środy od 11 tygodni stały się areną "powtórek" z podsumowań wszystkich kolejnych miesięcy roku wypada uhonorować tę tradycję artykułem poświęconym dwunastemu z nich. A więc, drodzy czytelnicy i czytelniczki, oto grono zespołów, których w grudniu słuchałem najczęściej, wraz z krótkim komentarzem co mnie w nich zachwyciło :

Cristiano Filippini's Flames of Heaven - za rozmach i kunszt z jakim opowiadają nam znane z anime Rycerze Zodiaku historie, tworząc prawdziwą Symfonię Wszechświata 

Humming Whale - za pełen pomysłów i zapadających w pamięć melodii debiut, który choć powstawał lata to porwał mnie już po pierwszej spędzonej z nim godzinie 

Moron Police - za wielobarwny świat tkany przy pomocy różnych nurtów rocka progresywnego ale jak to w sztuce być powinno - tworzący razem spójną i ciekawą całość 

Lady Luna and the Devil - za drugą część gotyckiej historii pt. Vampiric Visions, równie klimatyczną, wciągającą i melodyjną jak w przypadku bardzo lubianej przeze mnie poprzedniczki 

Bloodbound - za to co w listopadzie, rozpędzony rycerski power Metal, którego nigdy nie mam dosyć

Amorphis - mogę trochę psioczyć na nowy album ale za całokształt twórczości ta szwedzka ekipa zawsze będzie miała u mnie w pełni zasłużony szacunek

tRKproject -  za kolejną już baśń opowiedzianą przy pomocy najwyższej jakości progresywnego rocka, i po raz kolejny duży plus za dobór wokalistów, których słucha się z prawdziwą przyjemnością 

Cassidy Paris - za młodzieńczą energię jaką wkłada w swoją muzykę i za wytrwałość, dzięki której po nagłym odejściu połowy zespołu potrafiła się podnieść i wrócić jeszcze mocniejsza 

Black Capricorn - czasem przypadkiem trafimy na kapelę, która zaczaruje nas na dłuższy czas i tak właśnie miałem z włoskimi psychodelicznymi doom metalowcami, za ten przypadek i za muzykę 666-krotne dzięki 

Draconicon - za zaprezentowanie mroczniejszej strony symfonicznego power metalu. I za tego smoka na okładce Dark Side of Magic

Chaos Over Cosmos - czasem życzymy muzykom "połamania palców". Mam nadzieję, że przy nagrywaniu The Hypercosmic Paradox żadne kończyny nie ucierpiały bo to, co wyczynia tu gitara przechodzi ludzkie pojęcie. Takiego technicznego prog-metalu nam trzeba

The Tangerine Zoo - za niezwykłą podróż do Bostonu końca lat 60, gdzie psychodelicznych oparach kwasu 8 coś co kiedyś będzie z bankiem i metalem

Oromet - za 43 minuty majestatycznej, przytłaczającej muzyki zamkniętej trzech utworach, jak to bywa w przypadku funeraldów metalu 

Jim Peterik & World Stage - za to z czego słynie ten ceniony gitarzysta - melodyjne, gitarowe granie z obowiązkowo przebojowymi melodiami

Z pozostałych artystów, których słuchałem chętnie ale jednak zdecydowanie rzadziej wyróżnić pragnę neo-progresywny Cosmograf, legendę szwedzkiego hard rocka Treat i współczesną reinkarnację Kiss, noszącą jakże znamienną nazwę Starmen. Nie sposób też nie wspomnieć o interesującym przedstawicieli rodzimego post-metalu (Here on Earth), heavy/power metalowym Steel Arctus czy grających melodyjny metalcore We Kill Cowboys z RPA. 

Jak widać, grudzień upłynął mi głównie pod znakiem muzycznych opowieści i podróży - czy to palcem po muzycznej mapie świata czy w czasie ku korzeniom ciężkiego grania. Tego też życzę Wam w Nowym Roku, by każdy dzień był przygodą, godną niejednej fascynującej opowieści. A moje grudniowe podróże zgrupowałem w podlinkowaną poniżej playlistę. Miłego odsłuchu, może komuś potrzeba "gotowca na wieczór" ;)





poniedziałek, 29 grudnia 2025

22.12-28.12.2025

 


Coraz bliżej końca roku, zbyt wieloma premierami wydawcy nas nie zasypali. Czy to więc moment na ponowny odsłuch najlepszych albumów 2025 roku? Nie do końca. Cofnąłem się w czasie nieraz, racja, ale jednak zdecydowanie dalej. Wygrzebałem też jednak garść nowości, i to całkiem konkretnych. Zobaczmy więc, czego słuchałem w tym tygodniu najczęściej.

Już kilka dni temu pisałem, że tegoroczny album Amorphis nie jest w stanie mnie porwać. Nie znaczy to, że takich właściwości pozbawione są inne pozycje z dyskografii tej zasłużonej kapeli. Eclipse, AM Universum czy choćby Skyforger to klasa sama w sobie i jak widać po playliście, chętnie do nich wracam. Trudno o lepsze połączenie melodeathu, prog-metalu i dośc szybko przemawiających do słuchacza melodii. 

Za jedną z najlepszych power metalowym płyt tego roku uważam Field of Swords szwedzkiego Bloodbound. Ale to nie jej słuchałem namiętnie w tym tygodniu. Cofnąłem się aż do 2006 i debiutanckiego Nosferatu, albumu który zawsze jakoś trochę omijałem, możę dlatego, że miłość do muzyki Szwedów zawdzięczam drugiej w kolejności Book of the Dead. Niemniej jednak jest na niej sporo rasowego powera i można przy niej spędzić naprawdę żywiołowe kilkadziesiąt minut. I to niejeden raz.

W przypadku Grailknights nie cofałem się do pierwszych płyt ale po krótkiej przerwie sięgnąłem ponownie po dwa ulubione utwory z wydanej w październiku Forever. Były to dwa rozpędzone killery - Weekend Ninja i Snow in Bordeeaux. Podobnie rzecz się ma z folk powerowym Mago de Oz. La tierra de nunca jamas to moim zdaniem najlepszy numer z pachnącej jeszcze nowością Malicii, która też jest płytą wartą zainteresowania, szczególnie jeśli lubimy metal po hiszpańsku. 

Pozostając w latynoskich klimatach muszę wspomnieć, że dość często słuchałem też brazylijskiego powera pod postacią dowodzonej przez obdarzoną mocnym wokalem Daisę Munhoz grupy Vandroya i pionierów tego typu muzyki w Ameryce Południowej - oczywiście chodzi o Angrę. W tym przypadku odświeżyłem sobie pierwszy album formacji, który miałem okazję przesłuchać w całosci. Aurora Consurgens nie jest może moim najukochańszym krążkiem z Edu Falaschim na wokalu (ten tytuł od zawsze nalezy do Rebirth) ale obiektywnie musze powiedzieć, że artystycznie jest chyba szczytowym osiągnięciem tej inkarnacji zespołu. Concept dotyczący depresji, dużo progresywnych zagrywek i świetna forma Edu robią niesamowitą robotę.

W tym roku sporo było u mnie włoskiego power metalu, który uważam obecnie za trzecią po Niemczech i Skandynawii siłę w Europie. Jednym z mniej znanych weteranów tej sceny jest Kaledon, podobnie jak słynniejsze Rhapsody piszący swoją własną sagę fantasy. Prócz siedmiu rozdziałów Legend of the Forgotten Reign i trzech spin-offów mają też w swojej dyskografii album Mightiest Hits, kompilację jak sama nazwa wskazuje największych hitów z lat 2002-10. W tym tygodniu słuchałem jej dość często, zwłaszcza przygotowanego specjalnie na to wydawnictwo Steel Maker i ponownie nagranego, tym razem już z wokalem Marco Palazziego (wg mnie najlepszego piosenkarza w szeregach kapeli, fajnie, że wrócił po kilkuletniej przerwie) kultowego w niektórych kręgach The New Kingdom. Oba epickie utwory są na playliście.

Czytelnicy mojej strony kojażą zapewne zespół Alterium, którego zeszłoroczny debiut trafił na listę The Best of 2025. Niektórzy siedzący mocno w power metalu słyszeli też pewnie o nieistniejącej już grupie Kalidia. Łączy je jeden wspólny mianownik - Nicoletta Rosselini - niezwykła wokalistka, cosplayerka i... weterynarz. Niedawno ukazała się nowa, już piąta płyta symphonic/gothic metalowego Walk in Darkness, w którym również słyszymy głos Nicoletty. Jest to zdecydowanie mroczniejsza i cięższa muzyka od pozostałych projektów i naprawdę ciekawym doświadczeniem jest usłyszeć piosenkarkę w takim wydaniu. Przyznam się, że poprzednich albumów formacji nie słuchałem zbyt często ale po kilku razach z co najmniej solidnym Gods Don't Take Calls czuję, że czas nadrobić zaległości. 

Jeśli już zacząłem pisać o mroczniejszych dźwiękach, trzeba nadmienić, że nową muzykę przygował mój ulubiony, czarnogórski zespół metalowy. Na Byrdcynn panowie z Dvoeverie po raz kolejny składają hołd staremu (ale nie najstarszemu, tak około-iconowemu) Paradise Lost, grając ciężko, wolno ale nie odbierając utworom walorów melodycznych. Jest to już trzeci długograj Czarnogórców i mam nadzieję, że w końcu uda im się przebić do szerszego grona  odbiorców niż tylko fanatyków pokroju Muzycznego Kronikarza. Myślę, że są tego warci.

Muzykę ekstremalną, choć w progresywnym wydaniu reprezentuje projekt polskiego muzyka, Rafała Bowmana, który pod szyldem Chaos over Cosmos wydał już czwarty krążek. Na Hypercosmic Paradox wspiera go tylko wokalista, pochodzacy z Pakistanu Taha Mohsin a Rafał odpowiada za wszystkie instrumenty. Wychodzi nam z tego nawałnica dźwieków, szybkiej perkusji, łamiących palce riffów i głębokiego growlingu. Jest przygniatająco, jest mrocznie jak na zdobiącej album okładce. I taka muzyka tez jest czasem potrzebna i zachęcam do dania jej szansy.

Polskim zespołem jest też Kruczy Sen, specjalizujący się w miksie rocka, stonera z folkiem. Niedawno premierę miała EPka ZwierzMiSię, będąca swego rodzaju albumem koncepcyjnym. Utwory poświęcone są zwierzętom, tak prawdziwym jak i mitologicznym (świetny Jednorożec) ale jest to zwykle tylko punkt wyjścia do poruszenia jakiejś poważnej tematyki. Muzycznie jest trochę bardziej szorstko i stonerowo niż na zeszłorocznym Pierwszym Locie ale mi to akurat wcale nie przeszkadza, poza tym są też momenty, których nie powstydziłby się i mainstreamowy Kwiat Jabłoni. A jakie? Posłuchajcie i spróbujcie ich sami odnaleźć.

Polecam też od kilku tygodni nowy krążek tRKproject, inspirowany powieścią Alicja w krainie czarów. Misternie utkane kompozycje, odpowiedni dobór wokalistów uznanych na rodzimej progresywnej scenie i ciekawie opowiedziana historia to charakterystyczne cechy projektu, za którym stoi jeden z najwybitniejszych a zdecydowanie najpracowitszy prog-rockowy muzyk w Polsce - Ryszard Kramarski.

W kategorii rock progresywny zwróćcie też uwagę na świetny album Pachinko autorstwa norweskiego zespołu Moron Police, bardzo zgrabne łączący ze sobą różne, nawet odległe inspiracje. 

W serwisach streamingowych pojawił się w końcu też nowy album Cosmograf. Pod tym szyldem swoją muzykę tworzy multiinstrumentalista Robin Armstrong. The Orphan Epoch ukazał się co prawda pół roku temu i już wówczas bardzo mi się spodobał ale teraz, gdy trafił do Spotify sięgnąłem po niego ponownie i cieszę się, bo to bardzo dobra płyta, bez jednej zbędnej nuty, trafiająca zarówno do serc wrażliwych słuchaczy jak i do uszu wysublimowanych miłośników neoprogresywnego grania. 

Zmieńmy jeszcze na chwilę gatunek, choć jak się za chwilę przekonacie, pewne nawiązania do neo-proga pozostaną. Cats in Space to brytyjska hard-rockowa kapela, mocno czerpiąca z dziedzictwa muzyki lat 70-ych i 80-ych z naciskiem na takie grupy jak Deep Purple, Status Quo czy Queen. Słucham ich już dobrych kilka lat, natomiast nie wszystkie albumy udało mi się dobrze poznać. Postanowiłem więc teraz udać się w podróż przez dyskografię tej oto grupy, także przez najbliższe 6-7 tygodni możecie się spodziewać stałej dawki melodyjnego, gitarowego grania w moich poniedziałkowych artykułach. Na pierwszy ogień poszedł wydany w 2015 roku Too Many Gods, najrzadziej do tej pory przeze mnie słuchany. A szkoda, bo choćby dla takich przebojowych nut jak Mr. Heartache czy Five Minutes Celebrity warto czasem po niego sięgnąć. A teraz ciekawostka, na tej i na kolejnej płycie "kotów" za mikrofonem słyszymy Paula Manziego, bardzo dobrego wokalistę, który później użyczy swego głosu na kilku albumach Areny - jednej z legen brytyjskiego neo-proga.

Na koniec najdalsza podróż w czasie bo do 1968 roku i debiutu grupy The Tangerine Zoo. Acid rock, psychodela, proto-punk, proto-metal - jednym (dwoma) słowami "bosstown sound" czyli to co muzyczny archeolodzy (i Kronikarze) lubią najbardziej. 

Teraz przed Wami przedostatnia w tym roku playlista (pojutrze będzie ostatnia - stay tuned). Dajcie znać jak u Was minął ten przedłużony, świąteczny weekend. Czekam też na polecenia - jak już wspomniałem na wstępie, premier mało a głód muzyki nienasycony.

Playlista: 28.12.2025

piątek, 26 grudnia 2025

Jesień 2025 - Podsumowanie Kwartału

 


Przy podsumowaniu lata pisałem, że czekam na potężny ładunek dobrej muzyki jesienią. Myślę, że masa premier jakim zasypały mnie ostatnie miesiące w pełni spełniły moje oczekiwania. Dziś gdy opada już nieco kurz po świątecznej zawierusze a astronomiczna zima już dość mocno daje się we znaki pora na podsumowanie jesieni.

NAJCZĘŚCIEJ SŁUCHANY UTWÓR

Rage 4 lata temu wydał świetny, jeden z najlepszych w karierze album - Resurrection Day. Mieli wtedy naprawdę dobry okres, wszak poprzednik Wings of Rage też był niczego sobie. Na kolejną płytę trzeba było poczekać nieco dłużej i przyznam się, że choć zróżnicowane i obszerne Afterlifelines nie potrafiło mnie zaciekawić na dłużej. Gdy w tym roku pojawiły się pogłoski o kolejnej płycie byłem sceptyczny, nie lepiej poczekać i podrasować materiał? Pierwszy singiel był poprawny i zacząłem utwierdzać się w swoich obawach aż przyszedł singiel nr 2 - Innovation. Cóż, siekło mnie straszliwie. Mogłem go słuchać na okrągło a gdy A New World Rising ujrzał światło dzienne nie dołączyłem do grona malkontentów, tylko doświadczałem tego ciężkiego i brutalnego wydawnictwa z prawdziwą radością. Dziś, gdy już ochłonąłem widzę, że krążek ma też swoje niedociągnięcia ale dla samego Innovation warto puścić go sobie niejeden raz. 


NAJLEPSZE ALBUMY KWARTAŁU

Tych krążków jest mnóstwo. Naprawdę. Przygotowując ten artykuł miałem wrażenie, że jeśli zrobię jakiś dokładniejszy przesiew to zawsze zostanie co najmniej jeden album, którego pominięcie będzie bardzo krzywdzące. 

Najwięcej jednak z tych najlepszych było w kategorii power metal. Nowy Bloodbound miażdżył swoim rycerskim impetem a Elettra Storm w bardzo melodyjnych, symfonicznych aranżach ukazywała całą magię ukrytą w głosie Crystal Emiliani. Na dokładkę dostaliśmy pompatyczny, naładowany testosteronem, superbohaterski Grailknights, mocną dawkę powera z Płw. Apenińskiego od Arcane Tales i Cristiano Filippini's Flames of Heaven i może nie tak blisko ideałowi jak poprzednik ale nadal zostawiający w tyle inne folk/powerowej formacje, najnowszy krążek hiszpańskiego Mago de Oz. Także wspomniany już powyżej krążek Rage zasługuje na uznanie, gdyż nie jest mimo wszystko jednak płytą jednego "przeboju" choć Innovation mocno wybija się ponad resztę.

Wśród płyt, na które czekałem z największą niecierpliwością było też kilkoro reprezentantów różnych odłamów doom metalu. Na pewno zaskoczył mnie wydany po kilku latach nowy krążek Novembers Doom, jak zwykle udanie łączący elementy melodyjne i doomowe z bardziej agresywnym, deathowym charakterem. Zdecydowanie jednak za serce najmocniej uchwyciło mnie Frayle, które przy Heretics & Lullabies w końcu idealnie wyważyła doomgaze'ową eteryczność z metalowym ciężarem. Prócz nich dobrze odnalazly się u mnie nowe propozycje weteranów z Paradise Lost czy duetu The Answer Lies in The Black Void. Miłośnicy bagiennych nut również mogli nacieszyć się solidnym wydawnictwem, za którym stoją czarodzieje z Bog Wizard.

Rzadko się też zdarza by różnorodne gatunki z rdzeniem -gaze w nazwie tak mocno wryły się w moją muzyczną duszę. Cóż zrobić gdy zarówno eteryczni metalowcy z Atronoid jak i warszawscy "w-buty-zagapieni" z duszno przygotowali płyty pełne emocji, refleksji i niezwykłego klimatu. 

Są też gatunki, które w artykule reprezentuje tylko jeden artysta ale za to z takim albumem, że "o panie". W Blasku Księżyca miało trudne zadanie - powtórzyć sukces debiutu. Na szczęście Czarny Bez pokazał, że potrafi nie tylko utrzymać wszystkie charakterystyczne dla siebie elementy ale też dodać trochę nowych, przez co czas spędzony z ich muzyką mogę uznać za jeden z najbardziej przyjemnych i inspirujących. 

Już się sporo rozpisałem ale nie mogę nie wspomnieć choćby o glam metalowym Shiraz Lane, legendzie thrashu z Bay Area czyli grupie Testament, black metalowych rodzimowiercach ze Stworza czy jednym z przodowników polskiego rocka progresywnego - Ryszardzie Kramaskkm i jego tRKprojekt. Każdy z nich wydał płytę mocno wybijająca się ponad przeciętność. Jednak to prog-metalowy Humming Whale swoim debiutem wzbił się jeszcze wyżej, stając wśród tych absolutnie naj naj ulubienczysz krążków ostatnich trzech miesięcy. Oby więcej takich debiutów.


NAJWIĘKSZE ZASKOCZENIE

Było ich kilka. I związanych z sama muzyką jak i roszadami personalnymi. Z tych drugich mamy odejście Alissy White-Gluz z Arch Enemy, Fabio Lione z Angry i Noory Louhimo z Battle Beast. Jak na razie tylko tak ostatnia ma już ogłoszone zastępstwo a w przypadku dwóch pozostałych artystów fani snują dość, moim zdaniem, nieprawdopodobne scenariusze wiążące włoskiego wokalistę ze szwedzką (a jakże) legendą melodeathowego grania. Muzycznie miłym zaskoczeniem był na pewno nowy krążek Stworza, gdyż Wojsław ostatnio skupiał się jednak na innych projektach. U śmierci na komornem jednak w jakiś sposób połączyło w sobie i depresyjność Kresu, atmosferę Wędrującego Wiatru i słowiańskość opus magnum artysty. I chwała mu za to.


NAJWIĘKSZE ROZCZAROWANIE

Nie chciałem tego pisać ale najnowsza płyta Amorphis, Borderlines za nic w świecie nie jest w stanie mnie porwać. Próbowałem wielokrotnie i nic, po prostu nic nie czuję. Czuć oczywiście, że warsztat jest dopracowany, kompozycje dobrze rozplanowane ale jakby brakło duszy. Jakby to była taka solidna rzemieślnicza robota ale bez iskry artyzmu, która tak ujmowała mnie przy okaJi Eclipse i Halo, nie mówiąc już o AM Universum.

NAJWIĘKSZE ODKRYCIA

W tej kategorii rzadko kiedy wymieniam równocześnie kilku artystów. Tym razem grono nowo odkrytych przeze mnie zespołów jest naprawdę spore. Wśród nich jest kilku debiutantów jak choćby prog-metalowy Humming Whale, którego Chasing Rabbits jest w ogóle jednym z najlepszych krążków tego roku w tym gatunku. Poza tym warto wspomnieć o debiucie (w końcu) shoegaze'owego duszno ale tę kapele znałem już w sumie od lutego. Do dalej, na pewno Astronoid wpadł do mojej biblioteki z impetem i na kilka tygodni zdominował playlisty swym "metalgaze'owym" brzmieniem, podobnie zresztą jak power metalowy Cristiano Filippini's Flames of Heaven. 

OCZEKIWANA NA PRZYSZŁOŚĆ

Jesień dużo obiecywała i dała jeszcze więcej. Czy zimie uda się utrzymać ten trend? Mam nadzieję, że tak a oto krążki, na których premierę czekam z największą niecierpliwością:

zaułek - W lustrach anten - styczeń 2026

For My Pain... - Buried Blue - 09.01

Kreator - Krushers of the World  - 16.01

Soen - Reliance - 16.01

Megadeth - Megadeth - 23.01

Big Big Train - Woodcut - 06.02

Aeon Gods - Reborn To Light - 20.02

Violet - Silhouettes (EP) - 27.02

Gladenfold - Soulbound - 27.02

Weedpecker - V - 27.02

Metal De Facto - Land Of The Rising Sun Part II - 06.03

Angus McSix - Angus McSix And The All-Seeing Astral Eye - 13.03


PODSUMOWANIE

Mam nadzieję, że wśród pojawiających się już powoli podsumowań roku (o Spotify Wrapped z końca listopada już nie mówiąc) znajdziecie chwilę czasu na lekturę artykułu poświęconemu nieco krótszemu, bo trzymiesięcznemu przedziałowi i również dodacie do niego coś od siebie. Własne kolaże, odkrycia, miłe zaskoczenia a nawet rozczarowania. Ja je skrupulatnie zanotuję w kajeciku i chętnie posłucham, jak tylko znajdę trochę więcej czasu. A teraz bywajcie kochani, do dojedzenia po świętach czeka jeszcze niejeden pyszny serniczek. A na Was oczywiście czeka też playlista:

Playlista: Jesień 2025

Najpopularniejsze