piątek, 31 października 2025

Październik 2025 - Podsumowanie Miesiąca

 

Jesień w pełni, po sezonie ogórkowym wszelki ślad już znikł więc i muzycznie z tygodnia na tydzień jest coraz ciekawiej. W moim przypadku już od drugiej połowy września ilość kapitalnej wręcz muzyki rośnie w przyroście wykładniczym. Ciężko w tym wszystkim na choćby chwilę wytchnienia ale za to jest o czym pisać na blogu. A korzystając z ostatniego dnia miesiąca zapraszam na podsumowanie października. Poniżej, as usual, lista najczęściej słuchanych przeze mnie zespołów z krótkim wyjaśnieniem co, jak i dlaczego najmocniej chwyciło mnie za moje metalowe serce.

Czarny Bez - jak było dawniej tak jest i dzisiaj, bo ogień nadal płonie w ich głowach a W Blasku Księżyca to prawdziwa industrialno/folk metalową petarda (choć biorąc pod uwagę rodowód zespołu bardziej adekwatnym określeniem byłby granat ;) )

Frayle - nie wiem jakie zaklęcia wplata w swe doomgaze'owe kołysanki zespół, wiem jednak że spod uroku jaki rzucił na mnie ich nowy album jeszcze długo się nie uwolnię. Nie bardzo zresztą chcę. Pięć utworów z Heretics & Lullabies na dzisiejszej playliście nie wzięło się znikąd.

Rage - A New World Rising wydana została zaledwie półtora roku po dwupłytowej Aftrelifelines lecz w przeciwieństwie do poprzedniczki jest bardziej zwarta, kompaktowa i bezpośrednia, aż kipiąca od powerowej melodyki, speedmetalowej energii i iście thrashowej agresji. To mi się podoba!

Terra Atlantica - wielu artystów już wiązało power metal z morzem, statkami i piratami jednak dopiero ta niemiecka kapela potrafiła wpleść do swego brzmienia elementy muzyki ludowej z Karaibów nie ocierając się przy tym o kicz. I to warto docenić, a jeśli nie czujecie tego vibe'u to prócz Carribean Shores na Oceans jest jeszcze co najmniej kilka świetnych, bardziej klasycznych kompozycji 

Testament - ikona thrash metalu z Bay Area ma w swoim katalogu i płyty bliskie death metalowi i łagodniejsze, zmierzające ku klasycznemu heavy czy nawet hard rockowi. Od kilku tygodni ma też album, na którym sąsiadują ze sobą siarczysty blackened thrash i epicka power ballada a między nimi aż roi się od thrashowy/speedowej naparzanki. 

Novembers Doom - zespół z listopadem w nazwie wydaje we wrześniu album, który trafia do październikowej topki. Czego nie rozumiesz? Major Arcana ma w sobie wszystko to za co uwielbiam ekipę Paula Kuhra a nawet nieco więcej, zachęcam więc do aktywnej eksploracji albumu. Nie będziecie zawiedzeni

Type O Negative - ciężko wyobrazić sobie bardziej październikowy zespół. W tym roku tak wyszło, że  tak przy October Rust jak i równie udanym Bloody Kisses spędziłem naprawdę dużo czasu, stąd wzmianka w artykule i obecność utworów z tych dwóch płyt na playliście 

The Answer Lies in The Black Void - Transcendental to już trzeci album projektu, który swą muzykę określa właśnie mianem transcendentalnego doom metalu. Czy więc ten krążek można traktować jako pewien "utwór programowy" nowego nurtu? Myślę, że tak bo jest w tej muzyce coś wyjątkowego i na pewno przeżywa się ją mocniej niż w przypadku wielu "zwyczajnych" doomowych kapel

Closterkeller - legenda rodzimego gotyku nie zawodzi a nowy krążek, zatytułowany Argento tylko potwierdza, że w przypadku tej kapeli lepsza od złotego milczenia jest zdecydowanie srebrna mowa. A teksty na tym krążku są równie istotne jak sama muzyka. Zobaczcie sami!

Xo.eN - dopiero kilka miesięcy temu sięgnąłem po dyskografię The Gathering. Od tego czasu trafiłem już na dwa rodzime projekty, w których czuć echa Mandyliona. W przypadku tego duetu zakochałem się już przy pierwszym odsłuchu a Owoc Przegniły i Drzewo Co Nie Rzuca Cienia to stały punkt ostatnich kilku "tygodniówek"

Grailknights - panowie w strojach superbohaterów, własny świat z licznymi nawiązaniami do Władców Wszechświata a do tego epicki power naładowany elektroniką i muśnięty melodeathem. Czy to już nie przesada? Myślę, że póki każda kolejna płyta daje tyle frajdy co choćby najnowsza Forever, to niech ta bajka trwa w najlepsze 

Elettra Storm - rok temu dzięki debiutowi Powerlords, ta młoda włoska ekipa szturmem wdarła się do pierwszej ligi europejskiego power metalu. W tym roku krążkiem Evertale potwierdza, że nie był to tylko jednorazowy strzał. 

Sabaton - od dawna uważam, że Szwedom najlepiej jest w rozpędzonych, power metalowych ramach. Na Legends, nowej płycie bitewnych metalowców, takich numerów jest hmm... 2,5 i są to najchętniej słuchane przeze mnie utwory z albumu

Dolmen Gate - już drugi rok z rzędu ta portugalska ekipa udowadnia, że tradycyjny, epicki heavy metal nie umarł w 1990 roku tylko żyje i ma się dobrze. Oby więcej takich albumów jak Echoes of Ancient Tales i takich numerów jak Rising Whispers!

Poza wyżej wymienionymi artystami pojawiały się u mnie też inne zespoły, choć zdecydowanie rzadziej. Warto wspomnieć o najnowszym, bardzo eklektycznym albumie Paradise Lost z jedną z najlepszych doom metalowych power ballad w historii (Lay Your Wreath Upon the World), szkalowany za swój nu-metalizm album Remains kanadyjskiego Annihilator, na którym prócz przyzwoitych kawałków trafił się też wyśmienity Wind czy power metalowy hit ostatniego pół rocza w postaci projektu Aedan Sky. To wszystko jak zwykle zilustrowane zostało w podsumowującej miesiąc playliście. Zachęcam do zapoznania się z nią i oczywiście do dyskusji :) A wszystkim wybierającym się na groby powiem tylko, bezpiecznego weekendu!

Playlista: Październik 2025

poniedziałek, 27 października 2025

20.10-26.10.2025

 

Rzadko zdarzają się takie tygodniówki, jak nazywam dołączane do poniedziałkowych podsumowań playlisty, na których udaje się uzyskać idealną równość między utworami śpiewanymi przez kobiety i mężczyzn. Jednocześnie staram się jak ognia unikać określenia female fronted metal, kładącego od razu nacisk na żeński wokal jako główny wyróżnik danego zespołu. Zobaczycie zaraz, gdy już dzisiejszy artykuł nam się rozwinie, że to zdecydowanie inne czynniki miały wpływ na taki a nie inny skład podsumowania. 

Zacznijmy od najbardziej niezwykłej w tym gronie wokalistki. Gwyn Strang stoi za mikrofonem amerykańskiej formacji Frayle i to co tam robi to jest jakiś kosmos. Jej melodyjny szept hipnotyzuje już od pierwszych dźwięków i trzeba naprawdę uważać, by nie sprzedać duszy tej demonicznej muzyce. Ja nie uważałem i już kolejny tydzień spędzam przy czerwonym, krwawym blasku, który bije z okładki najnowszej płyty zespołu zatytułowanej Heretics & Lullabies. Jednym z największych atutów albumu jest to, że do dziś trudno mi się jednoznacznie zdecydować, jaką kompozycję wielbię najmocniej. Co kilka dni zmienia mi się hierarchia i tak jak początkowo na piedestale stawiałem Walking Wounded, później zachwycałem się partiami growlu w Heretic i Boo a już po premierze za serce chwyciło mnie dramatyczne Souvenirs of Your Betrayal, tak w mijającym tygodniu pokochałem Hymn for the Living z charakterystycznym suspensem w refrenie. Z wyżej wymienionych kawałków aż 4 znajdziecie na dzisiejszej tygodniówce i mam nadzieję, że poczujecie przy ich odsłuchu to samo co ja. 

Jedną z najbardziej charyzmatycznych rockowych wokalistek polskiej sceny muzycznej jest bez wątpienia Anja Orthodox z zespołu Closterkeller. Legenda rodzimego rocka gotyckiego proponuje nam jesień w kolorze srebrnym, zgodnie z tradycją tytułując swój jedenasty krążek Argento. Znajdziemy na nim 10 kompozycji, przeważnie nastrojowych, w takiej właśnie srebrno-szarej tonacji. Na tym stonowanym tle wyraźnie wybijają sie jednak mocny i ironiczny w przekazie Mój Sen Srebrny czy również bardziej gitarowy Mirun. Tekstowo również jest bardzo dobrze i myślę, że akurat w przypadku tej kapeli choć milczenie jest tylko srebrem, to dobrze, że po tych siedmiu latach od czasu Viridiana przestali milczeć.

W ogóle ostatnie miesiące to bardzo dobry czas dla miłośników kobiecych wokali w takich nastrojowych, mrocznych tonacjach. Od końca września możemy się zachwycać gotycką poezją jaką jest drugi krążek projektu Xo.eN. Wokalistka i autorka tekstów Agata Pawłowicz zamknęła w nim tyle silnych emocji, żalu, bólu i strachu ale i siły, że wystarczyłoby tego na kilka krążków. Dodając do tego majestatyczne, wypełniające tło gitary i kunsztowne syntezatorowe i klawiszowe ozdobniki dostajemy dzieło, którego nie powstydziłoby się The Gathering z okresu Mandylion/Nighttime Birds.

W ten weekend natomiast premiery miały dwie płyty, na których melancholijny doom metal pięknie łączy się z eterycznym shoegaze'em. Pierwszy to The Silver Sea zespołu Remina, na którym Heike Langhans po raz kolejny udowadnia, że aktualnie należy do ścisłej czołówki najpiękniejszych głosów na świecie. W podobnym, choć chyba jeszcze bardziej gaze'owym tonie tworzy Suvi Savikko, nie mniej utalentowana choć może nie tak znana piosenkarka i multiinstrumentalistka. Pod szyldem projektu shedfromthebody ukazała się w piątek Everything Out There Has Teeth, już druga w tym roku płyta po uwielbianym przeze mnie, styczniowym Whisper and Wane. Oba krążki to muzyka adresowana wprost do duszy słuchacza, idealna na coraz bardziej szarą jesień.

Nie myślcie jednak, że kobiecy głos dobrze sprawdza się jedynie w nastrojowych, doomowo/gotyckich klimatach. Znacie może Noorę Louhimo? Ja poznałem osobiście i nawet mam z nią zdjęcie z czasu, gdy Battle Beast supportowało Powerwolf. Fiński zespół miał wtedy na koncie tylko 3 krążki ale już wtedy dawał czadu na występach. Minęło 10 lat na my słuchamy już płyty numer 7. Steelbound to solidna porcja dyskotekowego metalu, przy którym można się dobrze bawić, poskakać, nóżką potupać. Trochę obawiałem się, że muzycy zbyt mocno skręcą w rejony popowe ale na szczęście nadal wiedzą gdzie się zatrzymać a taki Twilight Cabaret mimo swoich karnawałowych klimatów to jedna z ciekawszych kompozycji. Ja jednak najbardziej cenię sobie opener w postaci The Burning Within, najbardziej power metalowego utworu na płycie. 

Wierna power metalowi na swoim drugim wydawnictwie pozostaje na pewno włoska Elettra Storm. Objawienie zeszłego roku idzie za ciosem a Evertale już od pierwszych nut kontynuuje zapoczątkowane na Powerlords wzorce. Jest szybko, symfonicznie i mega melodyjnie. Już zapowiadające album single brzmiały obiecująco ale dopiero odsłuch całości, a zwłaszcza rozpędzonych The Secrets of the Universe, utwierdził mnie w przekonaniu, że oto Italii narodził się kolejny powerowy diament.

A jakie plony wydała polska ziemia? Rzut okiem na dodany do artykułu kolaż odpowie za mnie. Czarny Bez i ich W blasku księżyca to absolutnie płyta miesiąca a prócz oryginalnego, industrialnego podejścia do słowiańskiej ludowości trzeba docenić stojącą za mikrofonem Lubę, która w swym repertuarze ma tak biały głos jak i liryczny śpiew czy rockowo/metalową drapieżność. W tym tygodniu, nieco inaczej niż poprzednio, najchętniej sięgałem po katastroficzny Słońca bogowie i to on reprezentuje skarżyską ekipę na dzisiejszej playliście. 

Dość niespodziewanie trafiłem też na trop portugalskiego zespołu Glasya. Na swoim profilu deklarują się jako "soundtrack metal" a ktoś wychowany na cinematic power metalu spod znaku Luci Turillego w jego prime timie nie mógł przepuścić takiej okazji. W piątek ukazał się Fear, trzeci album tej formacji i cóż mogę o nim powiedzieć. Generalnie mamy tu dopracowany, umiejętnie zaaranżowany metal symfoniczny z pewnymi wpływami poweru. Rzućcie uchem na znany już z singli Hunt of the Hunted i oceńcie sami. Myślę, że jeśli lubicie muzykę takich kapel jak Kamelot, Therion czy Xandria to z miejsca polubicie ekipę z Lizbony.

Okej, to była żeńska połowa playlisty. Jak odpowiedzieli na nią panowie? W tym gronie najczęściej słuchałem na pewno najpaździernikowszego zespołu na świecie, czyli Type O Negativ. Od razu mówię, że nie miało to nic wspólnego z pogłoskami o reunionie kapeli, która zakończyła działalność po śmierci charyzmatycznego wokalisty Petera Steele'a. Po prostu uważam, że październik bez choć jednego odsłuchu płyty October Rust nie jest październikiem. A że słuchając po raz n-ty Love You to Death czy kapitalnego covera Cinnamon Girl wsiąknąłem w tę groteskowo-erotyczną zieleń to zatrzymałem się dopiero na wydanej dwa lata wcześniej Bloody Kisses. Oba krążki to prawdziwe arcydzieła gothic/doom metalu i jeśli ich nie kojarzycie, polecam nadrobić zaległości. I to już!

Nie wszyscy może wiedzą ale Peter Steele miał polskie korzenie. Nie wszyscy też może wiedzą, że Polacy potrafią nie tylko w różne warianty stoner/doomu ale i klasyczny death/doom nie jest im obcy. Otóż jest sobie taki zespół jak Death Has Smoken, który wydał niedawno swój tzreci krążek pt. Elegy. I kurczę, mamy rok 2025, MDB rozstało się z Aaronem a chłopaki grają tak jakby "trójka z Peaceville" nadal rządziła sceną. Powolne, grobowe tempa, melancholijne gitary i wyraźny, pełen pasji growling świetnie pasują do tej elegijnej atmosfery.

Nie można też zapominać o Novembers Doom i ich melodyjnym death/doomie. Major Arcana, najnowsza płyta kapeli to dobrze spędzone 56 minut a ostatni na trackliście XXII pojawia się w moich tygodniówkach niemal nieprzerwanie od dnia premiery.

W rocku gotyckim my mamy Closterkeller a Czesi XIII. Stoleti. Po wyśmienitym Nosferatu przyszedł czas na kolejny krążek, Werewolf, który najmocniej kojarzy mi sie z epickim, ponad 8-minutowym Transilvanian Werewolf. Jest to kawałek, który rozwija się stopniowo, wzbogacając o brzeminie kolejnych instrumentów a powtarzany w refrenie tytuł wcale nie brzmi monotonnie a tylko jescze mocniej wgniata w siedzenie. Co prawda pozostałe utwory trochę schodzą przez to na drugi plan ale chociażby ze względu na ten jeden utwór warto zapoznać się z płytą.

Dwa tygodnie temu we wtorkowym cyklu You Tube Tuesday pytałem o utwory ze zjawiskiem atmosferycznym w tytule. Rav Reksza polecił wtedy Wind z repretuaru kanadyjskiego Annihilator. Chłopie, gdybyś wtedy wiedział jak mocno mi się to wryje do głowy. Dość powiedzieć, że dziś ten hard-rockowo/heavy metalowy banger stoi na pierwszym miejscu playlisty jako najcześciej słuchany przeze mnie utwór. Przesłuchałem też kilkukrotnie cały album Remains, uważany przez wielu za najmocniej nu metalowy w dorobku kanadyjskich thrasherów. Czy tak numetalowy jak (nie)sławny diabeł od Slayera? Po pierwsze, ja Diabolusa polubiłem i to mocno, po drugie na Remains może znajdziemy 2-3 zbliżone do estetyki nju kawałki a reszta to taki melodyjny heavy/speed/thrash typowy dla Annihilatora. Warto znać jeśli tak jak ja czujecie perwersyjny pociąg do najmniej thrashowych płyt thrash metalowych zespołów ;)

Kanada to też ojczyzna zgoła odmiennego zespołu. Billy Talent to bardzo popularna zwłaszcza na początku lat dwutysięcznych kapela grająca rock alternatywny/pop punk. Ich największym przebojem jest oczywiście wystrzałowe Fallen Leaves i czasem lubię go sobie przypomnieć ale przyznam się, że za najlepszą płytę kwartetu uważam "trójkę", na której mamy choćby bardziej nastrojowe Rusted From the Rain. Oba kawałki znajdziecie na playliście więc możecie sobie zrobić porównanie.

Na koniec męski, żołnierski, rycerski power metal. Tu szczególnie muszę docenić kostiumowych superbohaterów z Grailknights. Są kapele, które skupiają się tak na fantastycznym koncepcie, prezencji scenicznej i grotesce, że cierpi na tym sama muzyka. My Polacy szukać daleko nie musimy - jest taki zespółco zaczyna się na N a kończy na K. Grailknights natomiast nie stronią i od dowcipu i od przerysowanego patosu ale ich kompozycje nadal daja niezłego kopa i po prostu wciągają swoimi melodiami, tłustą i dynamiczną sekcją rytmiczną oraz gitarowo/syntezatorowymi pojedynkami. To wszystko udało się zawrzeć na kolejnej już płycie a takie kawałki jak Weekend Ninja i Snow in Brodeaux lubię sobie puścić po kilka razy dziennie. Obowiązkowo na pełny regulator.

Doceniam też nowy krążek Sabaton. Legends to może i bezpieczna płyta, mocno osadzona w sabatonowej bańce ale na szczęście tym razem Szwedom udało się wpleść w jej strukturę więcej power metalowym elementów. I to właśnie te najszybsze kawałki, z Maid of Steel i Hordes of Khan na czele uważam za najmocniejsze punkty tracklisty. I często ich słucham. Głośno.

A jak głośno słucham nowej płyty Rage? Hmm gdy leci Innovation bądź Beyond the Shield of Misery to ogranicza mnie jedynie wytrzymałość bębenków. Myślę, że jako lekarz nie powinienem propagować postaw antyzdrowotnych ale cóż, jest w tej muzyce coś takiego, że aż chce się poczuć ten speed metalowy łomot by już po wszystkim osiągnąć katharsis.

I tego Wam moi drodzy życzę, by muzyka była dla Was nie tylko przyjemnością ale i formą regulacji emocji i redukcji napięcia. Dajcie też znać, które płyty i zespoły pomagały Wam w samoregulacji w ostatnim tygodniu. Link do tygodniówki tam gdzie zawsze. Miłego odsłuchu i całego tygodnia!

Playlista: 26.10.2025

piątek, 24 października 2025

XIII. Stoleti w Zaścianek Kraków - Setlista


Są takie zespoły, które cieszą się w naszym kraju większą popularnością niż u siebie a każdy kolejny koncert to gwarancja sold outu. Dlatego też trzeba się spieszyć z kupnem biletów. Gdy więc w czerwcu ogłoszono, że XIII. Stoleti zagra jesienią w Krakowie od razu kupiłem bilet. Miałem nosa, bo już kilka dni przed koncertem biletów nie było. Dziś natomiast, gdy już emocje opadły siadam do jak najrzetelniejszej, choć naznaczonej mocno subiektywnie uwielbieniem dla czeskich gothic-rockowców relacji z wydarzenia.

Zacznijmy może od lokalizacji. W Klubie Zaścianek byłem po raz pierwszy. Wcześniej miasteczko AGH kojarzyło mi się głównie ze Studio, w którym swego czasu byłem choćby na Therionie. Cóż, studentem nie jestem od 2010 roku a na AGH i tak nie studiowałem. Mniejsza o to. Sam klub z zewnątrz sprawiał wrażenie mocno kameralnego ale w środku miejsca było w sam raz. A publiczność jak można się było spodziewać dopisała. Ludzie w różnym wieku tłumnie stawili się już o 20-ej, gdy na scenie pojawił się support w postaci warszawskiego Fright Night. 

Klub skąpał się w zimnych, niebieskich światłach a przed nami pojawilo  się czterech ubranych na czarno, w obowiązkowych czarnych okularach dżentelmenów. Rozpoczęła się Noc Wampirów, jak brzmiał tytuł jednej z fajniej zagranych na koncercie kompozycji. Ogólnie to była moja pierwsza styczność z kapelą (nie licząc kilku odsłuchów w streamingach kilka dni przed koncertem) i bawiłem się dobrze. Muzyka w klimatach gotycko-punkowo-doomowych przywodziła na myśl najbardziej październikową kapelę świata, czyli niezapomniane Type O Negative. Wokalista sprawnie operował swym głębokim głosem okazjonalnie wchodząc w wysokie rejestru i piski a la King Diamond. Nic dziwnego, sam nosił bowiem pod skórzaną kurtką T-Shirt "potężnego Duńczyka". Publiczności też się podobało, choć nie była to może muzyka do szalonego headbangingu a do punurego tupania nóżką. Szał pojawił się na koniec, gdy warszawiacy odegrali Dig Up Her Bones, gotyckiego klasyka od Misfits. 

Wszyscy widzieli jednak, że to będzie tylko przystawka przed daniem głównym. O 21 klub wypełnił się już po brzegi a na scenie przy dźwiękach intra do monumentalnego utworu Gotika zameldowali się nasi czescy bohaterowie. Myliłby się jednak ten, kto liczył na odegranie w całości tytułowego utworu z drugiej płyty "trzynastek". Zamiast tego otrzymaliśmy idealny na wejście, synthowo-rockowy banger Fatherland. Już po chwili wszyscy skandowali w refrenie tytułową frazę, co bardzo fajnie prowadził basista kapeli, Miroslav Palecek. Takich momentów było zresztą więcej. Widownia świetnie znała teksty utworów i naprawdę, chóralnie odśpiewywane gotycko rockowe hity nabierały jeszcze większej mocy. Co ważne, praktycznie każdy album zespołu miał swojego przedstawiciela w setliscie. Od debiutanckiego Amuletu po wydany rok temu Noc vlku. Z tego właśnie krążka pochodzi bardzo ważny dla mnie, a przede wszystkim dla panów Stepan, wokalisty Petra i perkusisty Pavla. Mowa oczywiście o Muj bratre, muj, poświęcony braterskiej więzi łączącej obu muzyków. Tym bardziej fajnie było go wysłuchać i zaśpiewać u boku swojego własnego brata. Wiadomo natomiast, że w setliście zespołu, który nagrał kilkanaście płyt może zabraknąć utworów, na które najbardziej czekaliśmy. Mnie osobiście brakowało trochę epickiego Transilvanian Werewolf czy dynamicznego Vampyres ale przy poziomie wybranych przez zespół utworów nie zamierzam narzekać. Ważne, że pojawiła się przepiękna (a w wersji koncertowej przyprawiająca o dreszcze) Elizabeth, odśpiewana wspólnie od pierwszych do ostatnich nut. Największe jednak wrażenie zrobił na mnie utwór pochodzący z płyty Vendetta, jednej z dwóch które najsłabiej znam. Rozpoczęła go od hipnotyzującej partii syntezatorów grająca na klawiszach, zjawiskowa Andrea Kozen. Potem weszła perkusja i gitary, w tym budujące napięcie slide'y Petra po gryfie a jak przyszło do refrenu to Poslednie letadlo do Buenos Aires unosiło się po całym Zaścianku. Koncert wieńczyły wspomniana już Elizabeth, mroczny Upir s houlsemi i akustyczne Ruze a kriz z debiutu. Po ostatnim dźwięku jeszcze długo dziękowaliśmy zespołowi za wspaniały wieczór aż w końcu pełni niezapomnianych wrażeń udaliśmy się do domów.

Do dziś gdy myślę o sobotnim wieczorze wracają do mnie te wszystkie emocje, klimat muzycznych misteriów a matowy głos Petra Stepana rezonuje mi w głowie aż miło. Cieszę się, że mogłem zobaczyć na żywo XIII. Stoleti, jeden z zespołów, które w pewien sposób wpłynęły na ukształtowanie się mojego muzycznego gustu. Tak więc jedno z muzycznych marzeń spełnione, czas więc na kolejne.

A czy ktoś z Was był też tego dnia w Zaścianku albo w przeszłości uczestniczył w koncercie Stoleti? Piszcie o swoich wrażeniach a ja zostawiam jeszcze koncertową set, wróć playlistę z utworami zabranymi w sobotę.

Playlista: XIII. Stoleti at Zaścianek, Kraków

poniedziałek, 20 października 2025

13.10-19.10.2025

 


To już drugi albo i trzeci tydzień z rzędu obfitujący w wyczekiwane przeze mnie od miesięcy premiery. Jak sobie z tym poradziłem i czy nieco starsze (o kilkanaście dni) albumy wytrzymały próbę czasu dowiecie się poniżej. 

Trochę jednak na przekór nowości zostawię na koniec. Najpierw skupię się na albumach najczęściej słuchanych w perspektywie całego tygodnia. Tu dominują dwa krążki. W Blasku Księżyca Czarnego Bzu i Heretics & Lullabies Frayle. Ten pierwszy to jedyna w swoim rodzaju synteza industrialnego metalu z muzyką ludową a drugi miesza ze sobą to co najlepsze w death/doom metalu i pokrewnym mu, choć bardziej eterycznym doomgaze'ie. Pierwszy wciąga mechanicznym rytmem i zgrabnymi melodiami, drugi przygniata mroczną i duszną atmosferą. Oba zaś łączy jedna, chyba najważniejsza cecha, już po pierwszym odsłuchu ciężko się od nich oderwać.

W końcu przekonałem się też do nowego Testamentu. Para Bellum jawi się jako album zróżnicowany, nawiązujący tak do początkowego okresu jak i złagodzonego The Ritual czy zahaczającego o death metal The Gathering. Ekipa Chucka Billy'ego nie stawia sobie żadnych ograniczeń, łącząc siarczyście mocne thrashowe bangery (High Noon) ze smakowitą power balladą (Meant to You). Takiej muzyki nam potrzeba i czuję, że będzie się tu ją długo jeszcze grało.

Rzadko natomiast słucham pop punku. Z tego gatunku, niegdyś bardzo popularnego w rockowym mainstreamie mam może 2-3 wykonawców, których szczerze lubię. O Good Charlotte pisałem przy okazji ich nowej płyty w wakacje. Tym razem za to sięgnąłem po starsze kawałki kanadyjskiego Billy Talent. Fallen Leaves znają chyba wszyscy, ja jednak nieco bardziej preferuję ich trzecią płytę i znajdujący się na niej Pocketful of Dreams, zadziorny i wpadający w ucho.

Odświeżyłem sobie też jedną z lepszych stoner/psychowych płyt tego roku. Sub Rosa niemieckiego Daevar zachwyca mnie swoją melodyjnością tak kontrastującą z dusznymi, nieco przybrudzonymi gitarami. Szczególnie dobrze widać to w Siren Song, mojej ulubionej kompozycji z całej dyskografii tego doom grunge'owego trio.

W ostatnich tygodniach pisałem też o Silent Revenge, czwartej płycie power metalowej Hibrii. Jest to dobry album ale jednak sercem i duszą do dziś (a to już 17 lat) jestem za ich "dwójką", rozpędzonym i rozgrzewającym do czerwoności intensywnością dźwięków The Skull Collectors. To tu znajdziecie takie petardy jak choćby Devoted to Your Fear czy bijący po pysku od pierwszych taktów Tiger Punch

Dla przeciwwagi mam natomiast kompozycję The House of the Setting House, pochodzącą z Illwill, przedostatniej jak do tej pory płyty zespołu (a w zasadzie projektu) Lake of Tears. Sam album, poza wydanym w 1994 roku debiutem, to chyba najcięższy punkt dyskografii legendarnych już gothic/doom metalowców. Wspomniany utwór to jednak łagodniejsza, melancholijna kompozycja, z których zresztą David Brennare i co. jest najbardziej znany. 

Miłośnicy zarówno melancholijnego jak i ciężkiego grania ogólnie nie mogą w październiku narzekać. Poza wyróżnionym na wstępie Frayle, świetne krążki wydali też weterani amerykańskiego death/doomu z Novembers Doom jak i niezwykle oryginalny, bardzo nastrojowo grający projekt The Answer Lies in the Black Void, nazywający swoją muzykę transcedentalnym doom metalem. I choć na playliście znajdziecie dziś tylko po 1 kompozycji obu wykonawców, to zachęcam do zapoznania się z pełnymi płytami. Z poprzedniego tygodnia zaś przypominam o bloom metalowym Sunbreather, który każdy miłośnik Elephant Tree znać powinien.

Było trochę o doomie, teraz może power? Tu mamy kilka mocnym punktów. Symfoniczno-metalowe Aedan Sky, morsko, oceaniczno, karaibska Terra Atlantica i szybkie, ostre jak brzytwa, niemal thrashowe Rage. Każda z tych kapel nagrała płytę, która ma duże szanse znaleźć się w mojej całorocznej topce.

Zgodnie z planem eksploruję dalej dyskografię gothic rockowej legendy zza południowej granicy. Ten tydzień spędziłem więc z albumem Nosferatu, trzecią pozycją w dyskografii XIII. Stoleti. Już sam tytuł nawiązuje do zawartej na płycie tematyki, dobrze wpisującej się w ramy gatunkowe. Jest to jeden z najlepiej ocenianych przez fanów albumów zespołu i cóż, coś w tym jest. Mamy tu pięknie pogrzebowo brzmiące syntezatory, soczyste gitary, hipnotyzujące rytmy i górujący nad wszystkim, charakterystyczny wokal Petra Stepana. Gdy już przyzwyczaicie się do uroków czeskiego języka to jestem pewien, że opowiedziane przez zespół historie wciągną Was na długo.

Ok, czas na nowości. Na pierwszy ogień idzie album, który liczy już sobie ponad 3 tygodnie ale na łamach Kroniki występuje po raz pierwszy. Xo.eN tworzą dwie intrygujące muzyczne osobowości. Agata Pawłowicz wokalistka i autorka tekstów najbardziej znana chyba z działalności w dark alternatywnej Desdemonie i Marek Noski, kompozytor i multiinstrumentalista. Wydany pod koniec września Nic to już ich druga wspólna płyta, pełna podniosłych i wzruszających dźwięków, emocjonalnych, osobistych tekstów i niepowtarzalnego klimatu. Można co prawda powiedzieć, że duch starego The Gathering nawiedza dość często tę płytę ale nie sposób docenić też, że dwójka artystów zostawia w niej też swoje własne, oryginalne piętno. Mnie najmocniej za serce chwyciły dwie kompozycje, przejmujący Owoc przegniły i również dramatyczne ale jednak pełne wewnętrznej siły Drzewo, co nie rzuca cienia.

Trochę na przekór aktualnej modzie, nie w piątek ale środę, 15 października światło dziennej ujrzało nowe dzieło grupy Closterkeller. Argento kończy trwającą 8 lat, najdłuższą w dziejach kapeli ciszę wydawniczą. Czy zespół dobrze wykorzystał ten czas? Myślę, że tak. Mamy tu bowiem dość zróżnicowany materiał, są i łagodne, quasiballadowe kompozycje, pełne mistycznego nastroju ale i trafi się niejeden ostrzejszy numer. Na mnie największe wrażenie, i to od pierwszego odsłuchu (tuż po północy z wtorku na środę) zrobił Mój sen srebrny, buntowniczy i z odpowiednią ironią opisujący aktualną sytuację w kraju. 

A w naszym kraju dzieje się też sporo dobrego. Kolejnym, czwartym już rodzimym wykonawcą, o ktróym wspominam jest podkarpacki Iron Head, którego można opisać jako melodyjny metalcore. Teraz albo Nigdy to ich drugi krążek i czuć, że muzycy mają już więcej doświadczenia. Utwory są bardziej dopracowane choć nie tracą nic ze swojego dynamizmu i tego buntowniczego ognia. Teksty są bezpośrednie, bez niepotrzebnych alegorii i metafor ale trafiają w sedno, jak choćby traktująca o codziennych zmaganiach z rzeczywistością i swoimi własnymi wymaganiami Nieustanna walka. Mam nadzieję, że zespół wie dobrze, za czym goni i będzie to realizował dalej z taką samą konsekwencją, nie bacząc na "szczekanie psów".

Zostały nam jescze okołopowermetalowe premiery. Chyba do każdej z nich podchodziłem jednocześnie z niecierpliwością ale i dystansem. Czy to Battle Beast, Sabaton czy może nieco mniej znany od nich Human Fortress obdarowywali nas singlami, z których jedne były lepsze a drugie, cóż takie "meh". Ostatecznie jednak muszę powiedzieć, że każdemu z tej trójki udało się moje obawy rozwiać. Steelbound, Legends i Stronghold to albumy solidne, które każdy miłośnik gatunku polubi. Równocześnie nie są to jednak płyty przełomowe ale cóż, takie trafiają się może raz czy dwa w życiu. Pojedyncze próbki każdej płyty macie na playliście, ciekawi mnie Wasze zdanie na ten temat.

Na koniec muzyka z nieco innej beczki. Multivariate Outliers to niemieckie trio, którego muzykę można zaliczyć do szeroko pojętego alternatywnego rocka. Ja, po odsłuchu All the Colors in Display, drugiej płyty zespołu, mogę pokusić się nawet o określenie sentymentalny rock. Delikatne gitary, łagodne brzmienie i właśnie ta sentymentalność (rozumiana jako nurt w poezji końca XVIII wieku) w poruszaniu tematyki miłosnej była dla mnie miłą odskocznią od cięższej muzyki, choć nie powiem, potrafiła chwycić za serce równie mocno jak niejedna z wyżej wymienionych kapel.

Na dziś już wszystko. Poniżej obowiązkowy kolaż i playlista z najchętniej słuchanymi w ostatnim tygodniu utworami. Może znajdą się wśród nich też takie, które Was zaciekawiły lub dopiero zaciekawią. Zapraszam do dyskusji i jestem ciekaw, co u Was było najczęściej grane.





piątek, 17 października 2025

YouTube Tuesday #4

 

24-ego października 2023 roku zapytałem Was, jakie są Wasze ostatnie muzyczne odkrycia, zapoczątkowując tym samym cykl pt. You Tube Tuesday. Odpowiedziało mi wtedy 6 osób, które serdecznie z tego miejsca pozdrawiam. Od tego czasu Ziemia już prawie dwukrotnie okrążyła Słońce a na facebookowej stronie Muzycznej Kroniki co wtorek pojawia się prosta szara plansza z pytaniem, na które odpowiadacie w ulubiony przez muzycznych maniaków sposób - wrzucając pasujący do tematu utwór. Cieszy mnie takie zaangażowanie a z tej początkowej szóstki komentujących zrobiła się 16-tka, 26-tka itd. Łącznie myślę, że swój ślad zostawiło prawie lub nieco ponad pięćdziesiąt osób, co pozwala mi mieć nadzieję, że taka forma interakcji z czytelnikami Wam się spodobała. Dziś po raz już czwarty chciałbym pokrótce podsumować kolejne sześć miesięcy istnienia cyklu i podzielić się z Wami garścią statystyk.

Otóż:

- wszystkie z 25 postów zostało skomentowanych przez Was przynajmniej jednym utworem

- 42 z 619 moich followersów podrzuciło przynajmniej jeden utwór

- łącznie zaproponowaliście 273 różnych utworów, cztery utwory zostały natomiast podlinkowane dwukrotnie (Closterkeller - A Ona, Ona, Kwoon - Life, Mike Oldfield - To France i P.O.D. - Youth of Nation)

- najbardziej popularnym tematem były "Wasze ulubione soundtracki"

- najczęściej przez Was polecanymi wykonawcami byli Iron Maiden i Ozzy Osbourne (6-krotnie)

- najaktywniejszymi komentującymi byli

    - Marcin Misiek - 50 poleceń

    - Alicia Giordana - 43 polecenia

    - Beata Gracz - 30 poleceń

    Paweł Niechajowicz - 25 poleceń

    - Połamane Dźwięki 20 poleceń

    - Dezarbuzator - 13 poleceń

 Z ciekawości spojrzałem też na statystyki z poprzednich dwóch podsumowań. Różnica jest kolosalna - 273 polecone utwory w porównaniu z odpowiednio 117 i 111. Playlista, którą z nich zmontowałem to, uwaga, 23 godziny i 54 minuty słuchania. Proponuję więc wracać do niej często lecz na krótsze seanse ;) Nasuwa mi się w związku z tym myśl, czy by takich postów nie publikować częściej, np co 4 miesiące. Wtedy możliwość odsłuchu wszystkich Waszych propozycji stałaby się bardziej realistyczna. Wspomniana playlista jest też ciekawym odwzorowaniem Waszych muzycznych zainteresowań a mam wrażenie, że Muzyczna Kronika skupia miłośników naprawdę różnorodnych gatunków i stylów, choć wiadomo, że osadzonych w rockowo-metalowym rdzeniu. Znalazły się na niej i darkwave i folk, power metal i atmosferyczny, mizantropijny wręcz black a melancholie doom metalu sąsiadują z glam rockowym hedonizmem. To wszystko potwierdza też moją tezę, że czytelnicy Kroniki to ludzie z otwartym umysłem i stale łaknący czegoś nowego. Mam więc nadzieję, że wspólnymi siłami tę misję udaje nam się realizować i dziękuję za tak istotny w nią wkład. Miłego weekendu!

Playlista: YouTube Tuesday #4

poniedziałek, 13 października 2025

06.10-12.10.2025

 


Cóż, moi drodzy. Bez zbędnych wstępów powiem, że nadszedł wreszcie tydzień, na który od dawna czekałem. Nadszedł i pozamiatał a po obcowaniu z niektórymi premierami do dziś zbieram zęby z podłogi. Lecimy więc z tym koksem.

Polski folk metal to gatunek z którym mam długą historię, pełną okresów fascynacji jak i cichych dni (a nawet lat). Na szczęście od początku trzeciej dekady obecnego stulecia widać, że nurt ten ma się dobrze i stale rozszerza zakres swojego repertuaru. W 2022 roku płyta Ludzie, Duchy, Bogi zadebiutował skarżyski Czarny Bez, z miejsca robiąc furorę miksem słowiańskosci z elektroniczno/industrialnym metalem. Od razu było też wiadomo, że przy produkcji drugiej płyty poprzeczka będzie zawieszona bardzo wysoko a słuchaczy nie zainteresuje "drugi raz to samo". Jak więc na tle debiutu wypada wydane w czwartek W Blasku Księżyca? Jak najbardziej na plus. Oczywiście trzon i dusza muzyki została zachowana ale pojawiło się więcej urozmaiceń, w tym m.in. akustyczne pasaże, odważniejsze sięganie po gotyckie czy space rockowe wątki a nawet odważna zabawa z groteską (a raczej makabreską). Również teksty utworów są bardziej różnorodne, poza ludową i pogańską tematyką mamy trochę historii, w tym tej najdawniejszej jak w jednej z najlepszych na krążku Bitwie nad Tollense  czy przepuszczonego oczywiście pzrez słowiański filtr postapo w Słońca bogach. Nie można też zapomnieć, że całość zagrana jest na wysokim poziomie, z dbałością o szczegóły i przede wszystkim niezwykłą przebojowością co widać już było w singlowej Południcy a po premierze chyba jeszcze mocniej wybrzmiewa w bardzo piosenkowej (ale to żadna wada) Nawce. Czarny bzie, ja dziękuję za ten krążek ale obawiam się, że inni artyści mogą mieć Wam za złe, że pochłonięty blaskiem księżyca rzadziej będę zerkał w stronę ich muzyki.

A tej, i to absolutnie pierwszoligowej jest więcej. Folk metalowcy lubią śpiewać o wiedźmach a amerykański Frayle prawdziwą wiedźmę ma za mikrofonem. Jak inaczej bowiem określić eteryczny, mistyczny wręcz głos Gwyn Strang, urzekający, rozdzierający duszę i hipnotyzujący szept? Śledzę losy tego zespołu od czasu debiutanckiego 1692 i zapowiadany od kilku miesięcy Heretics & Lullabies był jedną z najbardziej oczekiwanych przeze mnie premier drugiej połowy roku. I jak najbardziej to czekanie zostało wynagrodzone. Dostajemy bowiem płytę piękną, rozmarzoną ale i z intensywnie metalowymi momentami (których trochę mi brakowało na eterycznej, doomgaze'owej Skin & Sorrow). W kilku utworach pojawiają się partie growlingu, wzbogacając przekaz i ładunek emocjonalny jaki ta muzyka ze sobą niesie. Słychać też, że konstruując utwory, muzycy nie ograniczali niczym swojej kreatywności co najlepiej wybrzmiewa w wypuszczonym kilka dni przed premierą płyty singlu Boo. A czemu? Posłuchajcie to zrozumiecie. Prócz niego, na playlistę wrzucam Wam jeszcze dwa kawałki, znany już od lipca Walking Wounded i coraz mocniej władający moją jaźnią Souvenirs of Your Betrayal. Mam nadzieję, że i Wy zanurzycie się w to muzyczne misterium bez reszty.

Wśród grona świetnych premier, o których pisałem na wstępie mamy też jeden debiut. Sunbreather to kapela identyfikująca się jako bloom metalowa. A z czym to się je? Podając za oficjalnym kontem zespolu - mieszanka psychodelii, stonera, grunge'u i doomu. Muszę przyznać, że każdą z tych czterech składowych da się usłyszeć w zawartych na eponimicznej płycie kompozycjach, choć przeważa jednak trzon stoner/doomowy w stylu pokrewnym chociażby ich krajanom z Elephant Tree. Jeśli więc szalejecie za twórczością londyńskiego kwartetu, dźwięki serwowane przez trio z Leeds również znajdą drogę do Waszej duszy.

Niektórzy twierdzą, że stoner/doom ma w sobie więcej z kultu niż z tradycyjnej muzyki. Ja zgodzić się z tym mogę tylko w przypadku jednego kultu, Żabiego Lorda. Kto raz zetknie się z muzyką Froglorda a każdą środę zaczyna od hasła "it's wednesday dudes" ten wie, że nawet po dłuższej abstynencji, głód tych mistycznych dźwięków jest tak duży, że wraca się do nałogu. A najbardziej chyba mistyczną płytą brytyjskich kultystów jest nomen omen The Mystic Toad, pełna psychodelicznych inkantacji, stoner/sludge'owego brudu i transowych melodii. I ona właśnie przez ostatnie siedem dni dość często mi towarzyszyła.

Mamy październik, więc jest to idealny miesiąc do kontemplacji innej legendy gatunku (tak, jak dla mnie Froglord za życia stał się już legendarny). Pewnie domyślacie się, że chodzi o zespół mający na koncie płytę October Rust. Owszem, sięgnąłem ponownie (przerwa była dość długa) po twórczość nieodżałowanego Petera Steele'a i zespołu Type O Negative, brodząc w ponurych dźwiękach niczym w zielonej mgle, w tym charakterystycznym odcieniu zieleni jaki emanował zawsze z okładek ich płyt. I choć wspomnianą wyżej październikową rdzę wielbię najmocniej, aktualnie częściej sięgam po ich ostatni album, Dead Again i utwór [sic!] September Sun.

Ogólnie minione tygodnie to czas częstej zadoomy. Nowości od Paradise Lost, Novembers Doom i The Answer Lies in the Black Void to albumy od solidne po wyśmienite i czuję, że będą u mnie jeszcze często grane. Kto jeszcze ich nie słuchał, polecam nadrobić zaległości. Taka "smutna" z definicji muzyka potrafi pomóc (ale specjalisty niestety nie zastąpi) wyregulować własne emocje czy zredukować napięcie psychiczne. 

Zgodnie z zapowiedzią z zeszłego tygodnia, zacząłem po kolei odsłuchiwać dyskografię XIII. Stoleti. W tym tygodniu przyszedł czas na jedną z moich ulubionych płyt. Wydana w 1994 roku Gotika bywa czasem krytykowana za nierówność i bardziej popowe brzmienie, choć osobiscie uważam, że to tu poraz pierwszy gotycka dusza zespołu objawiła się światu w pełni a taka Markyza z obrazu, może i jest trochę pop-rockowa ale ten teskt, klimat i saksofon tworzą niezwykły efekt. Świetny jest też zaśpiewany w formie dialogu Mistr a marketka z kapitalną pracą basu czy przejmująca, chyba najlepsza w dorobku zespołu, zagrana na pianinie ballada Ten stary dum se rozpada.  Liczę, że choć jeden z nich usłyszę na sobotnim koncercie.

Wyjdźmy może jednak w końcu na bardziej słoneczny brzeg muzyki metalowej. Power metal ogólnie jest postrzegany jako pozytywna muzyka i wielu artystów przekazuje za jej pośrednictwem dużo dobrych emocji, nadziei i wiary w zwycięstwo dobra nad złem. Jedny z nich jest Terra Atlantica, która jak już zapewne wiecie dodatkowo wplotła do tego karaibskie motywy. Dzięki temu otrzymaliśmy utwór Carribean Shores, który cytując klasyka "wziął mnie z zaskoczenia" i teraz leci z głośników po kilka razy dziennie. 

W powera można jednak też bardziej agresywnie i z większą złością. Dobrym przykładem jest działający na scenie od lat 80-ych zespół Rage. A New World Rising to wg rachuby kapeli ich 27 album a muzyka jaką na nim znajdziemy to właśnie szybki, techniczny i agresywny heavy/speed/power metal. Na uwagę zasługuje różnorodność wokalna, Peavy Wagner przechodzi bowiem płynnie od wysokich rejestrów przez thrashową chrypę i szorstkość po niemal death metalowe growle a wszystko to zgrabnie zgrywa się z warstwą instrumnetalną. 

Taki agresywny power tworzy też brazylijska Hibria. Jak już pisałem w osobnym poście, znam dobrze ich kilka krążków ale ostatnio Mar Boro zasugerował mi odsłuch pochodzącej z 2013 roku Silent Revenge. Mniej więcej w tym okresie straciłem zainteresowanie kapelą a po części też i szersze zamiłowanie do muzyki, skupiając się tylko na kilku, kilkunastu najbardziej lubianych wykonawcach. Postanowiłem więc rzetelnie odrobić pracę domową i muszę pochwalić panów zza Oceanu, bo słucha się tego dobrze, album nagrany jest z werwą choć może trochę mniejszy nacisk położono na melodie. Fajny jest utwór tytułowy, przyjemnie się słucha też ballady Shall I Keep on Burning więc myślę, że fani takiego szorstkiego powera znajdą tu coś dla siebie.

Od dwóch tygodni zasłuchuję się też w drugi krążek portugalskiego Dolmen Gate, pełen epickiego heavy metalu. Jest to muzyka, która śmiało mogłaby służyć za podkład muzyczny do opowieści o kolejnych przygodach Conana barbarzyńcy, nieśmiertelnego Kane'a czy innych bohaterów pulpowych opowiadań. Jest w tej muzyce coś, co do takiego bezrefleksyjnego miłośnika fantastyki jak ja trafia od razu i naprawdę uprzyjemnia dzień.

Przenieśmy się jeszcze na chwilę w lata 90-e, zwłaszcza w Ameryce trudne dla fanów klasycznych odmian metalu. To jednak czas, gdy powtórnie narodziła się Pantera, tym razem jako reformator thrashu i apostoł nowego gatunku znanego dziś jako groove metal. Jak już pisałem tydzień temu, wzięło mnie na nią po wielu wielu latach przerwy a tym razem, prócz Cowboys From Hell sięgnąłem po inny z ich ikonicznych albumów, dwa lata młodszy Vulgar Display of Power. W tym samym okresie (mowa o całej dekadzie) trzy albumy z autorskim materiałem wydała Metallica i tu napiszę może coś, co wielu uzna za herezję ale z nich moim ulubionym jest nie czarny album ale trochę lekceważone jako leftover z sesji nagraniowej niezby udanej poprzedniczki, Reload. Jest tu i trochę starego ognia w otwierającym krążek Fuel, trudnych emocji w przejmującym The Unforgiven II (wg mnie najlepszej z całej trójki tak zatytułowanych utworów) a nawet typowe dla późniejszej Mety, marszowe kompozycje mają sens i jakiś konkretny kierunek. Nie jest to oczywiście poziom klasycznych albumów ale uważam, że niesłusznie wrzuca się Reload do jednego worka z dużo słabszym Load.

Na koniec jeszcze pragnę polecić Wam utwór The Hanging Tree brytyjskiego zespołu Arena. Jest to ponad 7 minut misternie utkanych dźwięków, emocji i świetnie operującego głosem i jego ekspresją wokalu. Utwór pochodzi z 1998 roku a lata 90-e w świecie rocka neo-progresywnego akurat były bardzo, bardzo udane. 

Wymienione wyżej krążki i pojedyncze utwory były dla mnie źródłem wielu niezapomnianych wrażeń i silnych emocji, tak że nawet teraz, gdy choć ułamek tych uczuć ubierałem w słowa czuję, jakbym je nadal przeżywał. I mam nadzieję, że podobnie będziecie się czuć, słuchając dołączonej do artykułu playlisty. Czekam też na Wasze podsumowanie, zdradźcie proszę, jaka muzyka skradła Wam serca i dusze w ostatnim tygoniu...

Playlista: 12.10.2025

piątek, 10 października 2025

Rekomendacje Muzycznej Kroniki #7

 


Podobno najtrudniej zarobić pierwszy milion a potem już idzie z górki. Niektórzy mówią też, że tę pierwszą bańkę trzeba po prostu ukraść, inni znowu zdobywają ją ciężką pracą swoich rodziców. I to właśnie starsze pokolenia jeszcze przez długi czas po denominacji milionami nazywały sto złotych. Czemu o tym mówię? Otóż facebookowy fanpage Muzycznej Kroniki przekroczył kolejną setkę polubień. Od kilku dni jest Was już ponad 600 i jak się okazuje, dużo łatwiej jednak było dobić do setki niż osiągnąć i utrzymać "szóstkę" z przodu. Wśród kolejnej centurii obserwujących znalazły się dwadzieścia dwa zespoły muzyczne i to tradycyjnie już, dzisiejszy artykuł chciałbym poświęcić na krótką prezentację każdego z nich. Mam nadzieję, że dzięki temu dotrą do szerszego i stale rosnącego grona słuchaczy. 

A oto i oni, uszeregowani w kolejności polubienia mojej strony:

1. Optical Sun - pochodząca z Lublina ekipa obracająca się w estetyce sludge, stoner i doom metalowej. Kilka tygodni temu światło dzienne ujrzała ich druga płyta zatytułowana Diabeł, na której wspomniane powyżej elementy wzbogacono o poezję i cytaty z filmu Andrzeja Żuławskiego tworząc prawdziwie wielowymiarowe dzieło

2. Severe Overbite - pod tą nazwą kryje się szwedzki duet grający wierny tradycji, klasyczny heavy metal. Jest surowo, jest old schoolowo i jest fajnie, a o to w muzyce chodzi.

3. Yardburn - warszawska kapela, którą ciężko przypisać do konkretnego stylu muzycznego. W ich utworach grunge sąsiaduje z thrash czy nawet death metalem a skoczne nuty a la country&western z iście hardcore'owym naparzaniem po garach

4. Become Ethereal - symfoniczny metal z kobiecym wokalem rodem z dobrze znanego miłośnikom skoków narciarskich Salt Lake City. Na koncie póki co kilkanaście dobrze rokujących singli, czekamy więc na pierwszą LP

5. P.I.O. - bardzo interesujący duet z Warszawy, inspirujący się mocno sceną cold wave, post-punk czy new romantic. Wydane do tej pory single są nie powiem, dość intrygujące tym bardziej więc jestem ciekaw zapowiadanej przez zespół Ep-ki

6. Lazersleep - wydany w czerwcu debiutancki krążek tej fińskiej formacji nosi tytuł Gravity. Muzyka na nim zawarta jest jednak na tyle hipnotyzująca, że wcale nie czuć tej siły przyciągania a zamiast tego wpadamy w trans unosząc się coraz wyżej i wyżej wprost w ramiona psychodelicznej nirwany

7. Aeveris - belgijska kapela grająca nowoczesny metal, oparty o melodyjne riffy, intensywną sekcję rytmiczną i zróżnicowane techniki wokalne. Pozycja obowiązkowa dla fanów Trivium, Lamb of God czy At the Gates

8. Cobalt Wave - jedno z objawień rodzimej sceny prog metalowej. Debiut gdańskiej formacji, Men.Mind.Machine to niezwykły miks psychodelii, klasycznego art-rocka i nowoczesnego prog-metalu. Nic dziwnego, że wśród krytyków i słuchaczy cieszy się bardzo dobrą opinią

9. Fusskalt - chłodny i surowy niczym duńskie powietrze stoner rock. Na koncie mają dwie płyty, z któtych ostatnia - eponimiczna i nagrana z nowym wokalistą została doceniona przez redaktorów skupionych wokół Doom Charts, i to dwukrotnie!

10. Villain In Me - Finów i Estończyków łączy bardzo dużo, lecz do tej pory ci drudzy nie mogli poszczycić się porządną power metalową ekipą (których po drugiej stronie Zatoki Fińskiej mamy na pęczki). Na szczęście od kilku lat w Tallinie działa zespół, który ma szansę zmienić ten stan rzeczy. I trzymam za nich kciuki!

11. This Love is Drone - stonerowy fuzz i kosmiczne syntezatory to dość niecodzienne połączenie ale w wykonaniu tej kanadyjskiej kapeli brzm to niezwykle intrygująco. Polecam zarówno niemal w pełni instrumentalny debiut jak i wydaną wczoraj Ep-kę, na której obok remiksów trafia się też pełnoprawny, wokalny utwór

12. Buffalo - australijska kapela, której album Volcanic Rock można śmiało zaliczyć do grono proto-metalowych wydawnictw. Z czasem panowie skręcili bardziej w stronę southern rocka (co też im zgrabnie wychodziło - patrz album Mother). Aktualnie działa pod szyldem Revisited i przewodnictwem wokalisty Dave'a Tice'a

13. Dumb Moon - mroczny, gotycki art-rock coraz mocniej skręcający w stronę metalowej estetyki a to wszystko na małopolskiej ziemi. Gorąco polecam każdemu miłośnikowi nastrojowej ale też intensywnej muzyki, której nie tylko się słucha ale przede wszystkim przeżywa każdą cząstką swojej duszy

14. Czarny Bez - jeden z najoryginalniejszych zespołów folk metalowych. Połączenie muzyki ludowej z elektroniką i mechaniczną grą perkusji rozwaliło system trzy lata temu za sprawą debiutu a od wczoraj mamy już płytę numer dwa, która nie tylko konsoliduje wątki znane z jedynki wzbogacając się o kolejne inspiracje 

15. Loftpeople - belgijski duet (a prywatnie małżeństwo) grający muzykę mocno zakorzenioną w latach 90-ych. Trochę tu popu, trochę rocka i piosenki autorskiej co w połączeniu daje przyjemne i odprężające dźwięki 

16. Jarzmo - czy zastanawialiście się kiedyś, jak brzmiałby stoner rock grany na średniowiecznych instrumentach? Już nie musicie, bo ten krakowski duet przychodzi nam w sukurs swoimi niezwykłymi kompozycjami

17. 13 Piętro - opolski zespół balansujący na pograniczy hard rocka i heavy metalu z dość wyraźnym kamieniarskim pierwiastkiem. Założony w 2007 roku, powraca po długiej przerwie z nowym, obiecująco brzmiącym materiałem

18. Szczeciński Zespół Dupa - alternatywne, intensywne granie, mające dużo wspólnego z dawnym punkiem choć nie tylko. Ciekawym, co jeszcze kryje się pod tą jakże antysystemową nazwą odsyłam do twórczości zepsołu

19. Falanster - antycywilizacyjny projekt muzyczny Cypriana Kraszewskiego, trochę tu punkowej antystemowości ale i industrialnego chłodu i bardziej psychodelicznych klimatów. Muzyka niełatwa przy pierwszym ale z każdym kolejnym odsłuchem docenia się jej oryginalność

20. Hemiboreal - mroźny, atmosferyczny black metal niosący w sobie ducha minnesockich lasów. W drugiej połowie września ukazał się pierwszy singiel projektu zatytułowany po prostu Hemiboreal (The Forest Is Home)

21. Pinn Dropp - warszawska grupa prog-rockowa założona w 2015 roku przez Piotra Syma, do którego dołączył utalentowany multiinstrumentalista i wokalista Mateusz Jagiełło. Muzyka zespołu powinna być Wam znana, gdyż o ich najnowszym krążku, For the Love of Drama na łamach Kroniki wspominałem już wielokrotnie

22. The Answer Lies In the Black Void - kolejny w tym zestawieniu duet, tym razem węgiersko-holenderski złożony z wokalistki Martiny Horvath i multiinstrumentalisty Jasona Köhnena. Wspólnie tworzą niezwykły, eteryczny i pełen dramaturgii doom metal, który pochłania bez reszty na długie, długie godziny

Utwory wszystkich wyżej wymienionych wykonawców trafiają oczywiście na dołączoną do artykułu playlistę. Łącznie macie tam około 5 godzin muzyki, oscylującej od lekkiego pop-rocka po mizantropijne, black-metalowe tonacje. Jest to zarówno wyraz uznania dla muzyków jak i drobny upominek dla Was, w podziękowaniu za to, że wspólnie - słuchacze i artyści, piszemy tę Naszą Muzyczną Kronikę. 

Kłaniam się w pas, 
Wasz Kronikarz



poniedziałek, 6 października 2025

29.09-05.10.2025

 


Kolejny tydzień skąpał się w odmętach historii. Tydzień wakacyjny, tydzień cypryjski jakby to powiedzieli w Lidlu ;) Cóż więc pozostaje mi w ten deszczowy, mglisty poniedziałek jak przedstawić Wam muzyczne podsumowanie tego okresu.

Tym razem muszę powiedzieć, że jestem zadowolony z power metalowej strony mojej biblioteki. Coraz bardziej doceniam bowiem nowy album Rage. Po dwupłytowym Aftrelifelines, który był dobrym wydawnictwem choć nie uniknął pułapki zwanej stosunkiem ilości do jakości dostajemy A New World Rising, który zaciekawił mnie dopiero trzecim singlem, agresywnym Innovation. Teraz widzę, że na albumie mamy więcej dynamicznego grania w duchu niemieckiego speed/power metalu. 

Inną z nowości, o której nie wspomniałem poprzednim razem jest wydany pod koniec września krążek Oceans, czwarty w dyskografii zespołu Terra Atlantica. Ekipa Tristana Hardensa porzuca tu już całkiem steampunkową tematykę na rzecz marynistycznej. I wychodzi im to bardzo fajnie, zwłaszcza w rewelacyjnym karaibsko brzmiącym Carribean Shores. Warty polecenia jest też utrzymany w średnim tempie, melodyjny Raven in the Dark. 

Ciekawych płyt jest więcej. Pochodzące z Portugalii Dolmen Gate w piątek zaprezentowało swoje drugie wydawnictwo, zatytułowane Echoes of Ancient Tales. Jest tu może mniej powera a więcej epickiego grania w stylu nwothm ale każdy fan podniosłego i melodyjnego grania powinien być ukontentowany. Mnie jak do tej pory najbardziej spodobał się utwór Rising Whispers i to on znajduje się na dzisiejszej playliście. 

Poza tym sporo słuchałem wydanych we wrześniu symfoniczno-powerowych Aedan Sky z Francji i włoskiego Tezza F. Są to płyty szanujące klasyczne ramy gatunku ale potrafiące bardzo dobrze w nich się odnaleźć i wykrzesać tyle łatwo wpadających w ucho nut, że chapeaus bas.

W dalszym ciągu też zasłuchuję się w brazylijską GaiaBeta, będącą nieco surowszą wariacją na temat power metalu. Trochę surowo brzmi też debiut kanadyjskiego Tales of Destiny. Na Ashes of Destiny dostajemy kawał żywiołowego, nieoszlifowanego powera a wokalista, choć wchodzi często w typowe dla gatunku falsety, zdecydowanie lepiej radzi sobie w szorstkim, agresywniejszym wydaniu. Niemniej można na to przymknąć oko i chłonąć autentyczną energię, którą aż kipi od tego krążka.

Tydzień cypryjski więc nie omieszkałem pominąć mojego ulubionego zespołu pochodzącego z wyspy Afrodyty. I choć moje ulubione płyty z dyskografii Arrayan Path noszą numery 4, 7 i 9 to nie można zapomnieć o "dwójce" czyli wydanej w 2010 roku Terra Incognita. Nie jest może tak bogato aranżowana jak jej młodsze siostry ale poziom kompozycji już wtedy był wysoki. Posłuchajcie choćby epickiego The Blood Remains on the Believer. Jest ogień i stal!

Cypr miał też swojego reprezentanta w serwisie Doom Charts. To tam znalazłem pierwszą wzmiankę o stoner rockowym Mental Soup. Wyszukałem ich w streamingach i mocno wkręciłem się zwłaszcza w rock'n'rollowy Come a a Little Closer, który towarzyszył mi często w trakcie wakacji.

A więc przeszliśmy do doomu. Cóż, jest kilka wrześniowych płyt, które mogą trafić do całorocznych topek. Mamy tu eklektyczne o przejmujące Ascension legendarnego Paradise Lost i Major Arcana - mroczną i przytłaczającą nową płytę Novembers Doom. Dwie bardzo udane o pełne emocji płyty, które po prostu trzeba znać!

Jeśli chcecie zaś jeszcze więcej emocji, polecam najnowszy krążek The Answer Lies in the Black Void. Jest na nim kompozycja Sine Morbo, przy której odsłuchu zawsze mam ciarki. Polecam to piękno każdej wrażliwej, niekoniecznie tylko metalowej duszy. 

Na playliście znajdziecie też utwór, od którego nie umiem się uwolnić - The Last Sigh of Bliss holenderskiego Blackbriar czyli symfoniczno-metalowa perełka.

Z drugiej strony, bardziej brutalnej bo i tematyka Lasu Trumien to nie rurka z kremem tylko makabryczne historię kryminalne. Całkiem niespodziewanie, przynajmniej dla mnie polscy sludge'owym wypuścili EPke Breslau Spleen, z której szczególnie w pamięć zapadł mi Strzelec Wyborowy. 

Następny akapit zacznę wątkiem autobiograficznym. W latach 2000-10 mieszkałem w Sandomierzu i wówczas gdzieś obiła mi się o uszy nazwa Corruption, jako najsłynniejszego lokalnego zespołu metalowego. Nigdy jakoś nasze drogi się nie przecięły aż do tego roku. Sięgnąłem bowiem po nowe wydawnictwo zespołu, Tequila Songs and Desert Winds i kurka, dobre to. Czuć meksykański vibe ale czego oczekiwać po zespole założonym w "Sandomingo"?

Gdy we wrześniu wspominałem o zespole IRA pisałem, że u nas nie ma zbyt wielu kapel inspirowanych sceną hair metalową. W latach 90ych była IRA, Zanderhaus, potem koło 2010 przez chwilę Silver Samurai i dopiero od niedawna coś się w temacie ruszyło. W lecie debiut zaliczył June 66 a niedawno inna młoda kapela – Sleazy Sweet. I to ich płyta, Sleazy Party grała u mnie dość często w ostatnim czasie. Muszę przyznać, że to porządna robota a power ballada It's Nothing w niczym nie ustępuje amerykańskim pierwowzorom. Ja do fascynacji hair metalem przyznaję się otwarcie i na pewno będę śledził dalszy rozwój tej i innych rodzimych kapel.

Od hair metalu zaczynała też Pantera, jeden z symboli groove metalu. Nie jestem jakimś jej psychofanem ale płytę Cowboys From Hell od czasu do czasu sobie lubię przypomnieć. Choćby dla kapitalnego utworu tytułowego czy szybkiego Primal Concrete Sledge.

Ok, mieliśmy już i power i doom i nawet hair metal a co słychać w prog rocku? Tu przyznaję się, trochę mniej było słuchane. W zasadzie tylko nowa EPka Kepler Ten, zatytułowana Random Number Generator: Episode 1 gościła u mnie regularnie. Jest to fajna, ambitna muzyka, tym razem mocniej wysycona elektroniką i w nieco zdehumanizonym, chłodnym klimacie. 

W związku ze zbliżającym się koncertem XIII.Stoleti w Krakowie, gdzie planuję się pojawić, rozpocząłem kolejny dyskografiowy challenge. Tym razem tydzień po tygodniu, album po albumie odsłuchuje dyskografię czeskiej legendy gotyckiego rocka. Pierwszy na liście jest Amulet, z którego do tej pory kojarzyłem głównie utwór Justina - jeden z największych "przebojów" grupy, która powstała z punk rockowego HNF. I trochę tego brudnego punku, a momentami i zimnego post punku czuć na tej płycie. Jest na pewno bardziej surowa niż późniejsze dokonania ale po tych kilku dniach spędzonych z Amuletem nauczyłem się to doceniać. Poza tym najfajniejsze w tym całym odsłuchiwaniu dyskografii jest właśnie obserwacja ewolucji brzmienia danego zespołu. A Amulet to dobry punkt wyjścia do dalszej eksploracji popularnych "trzynastek".

Trzynastki trzynastkami, dziś mamy jednak 6 października, poniedziałek godziny wieczorne, wypada więc by w końcu podsumowanie znalazło się w internecie. Niniejszym rzucam więc link to cotygodniowej playlisty I wciskam przycisk opublikuj. A Wy piszcie w komentarzach co u was najczęściej grało w tym tygodniu.

Playlista: 05.10.2025

czwartek, 2 października 2025

Wrzesień 2025 - Podsumowanie Miesiąca

 


Mijają dni a Kraków robi się coraz mniej przejezdny. Po wakacyjnej lanie wrócili do szkół uczniowie i już dojazd do pracy z Wieliczki na 7:30 staje się tym trudniejszy im więcej drzemek wynegocjuję od swojego budzika. Teraz nadchodzi kolejny armageddon - powrót studentów. Tak, właśnie zaczął się październik. Nim jednak w pełni wejdziemy w studencki sezon i polskie temperatury, przesyłam Wam odrobinę cypryjskiego słońca i podsumowanie miesiąca. A tu jak zwykle lista zespołów, które szczególnie zasługują na wyróżnienie:

IRA - od kilku lat bez nowego materiału ale ten stary słucha się aż miło - czy to liczący sobie już ponad 30 lat Mój Dom czy nowszy o ponad dekadę Ogień. I za ten całokształt polecam tego użytkownika 

Blackbriar - za symfoniczno-gotycki metal który prócz diwy za mikrofonem (tu urocza i utalentowana Zora Cock) potrafi urzec również muzyką, emocjonalną i liryczną 

Aedan Sky - za power metalową space operę, która nie jest co prawda nową Galderią ale godnie ją zastępuje jako zdecydowanie jedna z najbardziej udanych płyt jakie ten gatunek zrodził w ostatnich kilku miesiącach 

Axxis - za obchodzącą w przyszłym roku 20-lecie wydania płytę Doom of Destiny, najlepszą w dyskografii tej niemieckiej kapeli i jedną z najlepszych w power metalu w ogóle 

38 Special - za pokazanie, że jubileusz 50-lecia istnienia zespołu można uczcić nie tylko sentymentalnym "world tourem", składanką greatest hits w oryginalnych bądź nowych aranżacjach ale można też nagrać kompletnie nowy album, pełen energii, świeżości i przebojowości. Taki jest właśnie Milestone - czapki z głów panowie!

Primal Fear - za to, że choć trochę marudziłem i narzekałem to polubiłem Domination i chętnie do niego wracam, co nie spotkało kilku innych uznanych, niemieckich firm

Kaipa - za niejeden a prawie trzy miesiące spędzone na stopniowym odkrywaniu dyskografii tej legendarnej progresywnej grupy. A że gra ona w sposób niezwykle piękny i kunsztowny, ten czas to była czysta przyjemność

Pinn Dropp - za nowy album, jak przystało na prog-rock dość mocno zróżnicowany, pełny mocniejszych akcentów i refleksyjnej zadumy a przede wszystkim wysokiego poziomu nagrywających go muzyków, którzy tchnęli w For the Love Of Drama odrobinę magii

Mob Rules - za najlepszą powerową płytę przełomu sierpnia i września, agresywną i dynamiczną, surową na niemiecką modłę a melodyjną na modłę europejską 

Paradise Lost - za to, że na Ascension potrafili ze sobą połączyć elementy z prawie każdego okresu swej działalności (no może bez ery Hosta), twierdząc wg mojego własnego paradajsometru najlepszy album od wydanego w 2009 roku Faith Divides Us...

Novembers Doom - za powrót po kilku latach z nowym materiałem, który brzmi jak Novembers Doom ale zwłaszcza w rodzajach ekspresji wokalnej potrafi zaproponować coś nowego

Castle Rat - za pokazanie, że epicko doom metal potrafią nie tylko epigoni Candlemass ale można też tę podniosłość i zamiłowanie do fantastyki zaszczepić na bardziej kamienistej glebie 

Villain In Me - za udowodnienie światu, że w Estonii też można grać power metal na wysokim, nie ustępującym niczym większym kuzynom z północy, poziomie

Tierramystica - za powrót w chwale po 12 latach jakie upłynęły od premiery poprzedniej płyty Brazylijczyków, powrót który przez swoje indiańskie motywy okazał się bodaj najbardziej oryginalną power metalową płytą w tym roku

Oczywiście powyższa czternastka nie wyczerpuje w całości tematu. Inni artyści jednak, chociażby hair metalowy Cats In Boots, occult-rockowy Year od the Goat, weterani AOR-a z FM czy jedna z najlepszych płyt szwedzkiego Draconian - Turning Season Within równie zapewniły mi solidną dawkę muzycznych wrażeń. Nie były to jednak aż tak intensywne doznania. Niemniej jednak każdy z wymienionych w tekście zespołów trafił na dzisiejszą playlistę z przynajmniej jednym utworem. Zachęcam do odsłuchu - łącze tam gdzie zawsze i oczywiście piszcie jak u Was wyglądał wrzesień. Trzymajcie się!

Playlista: Wrzesień 2025

Najpopularniejsze