Rzadko zdarzają się takie tygodniówki, jak nazywam dołączane do poniedziałkowych podsumowań playlisty, na których udaje się uzyskać idealną równość między utworami śpiewanymi przez kobiety i mężczyzn. Jednocześnie staram się jak ognia unikać określenia female fronted metal, kładącego od razu nacisk na żeński wokal jako główny wyróżnik danego zespołu. Zobaczycie zaraz, gdy już dzisiejszy artykuł nam się rozwinie, że to zdecydowanie inne czynniki miały wpływ na taki a nie inny skład podsumowania.
Zacznijmy od najbardziej niezwykłej w tym gronie wokalistki. Gwyn Strang stoi za mikrofonem amerykańskiej formacji Frayle i to co tam robi to jest jakiś kosmos. Jej melodyjny szept hipnotyzuje już od pierwszych dźwięków i trzeba naprawdę uważać, by nie sprzedać duszy tej demonicznej muzyce. Ja nie uważałem i już kolejny tydzień spędzam przy czerwonym, krwawym blasku, który bije z okładki najnowszej płyty zespołu zatytułowanej Heretics & Lullabies. Jednym z największych atutów albumu jest to, że do dziś trudno mi się jednoznacznie zdecydować, jaką kompozycję wielbię najmocniej. Co kilka dni zmienia mi się hierarchia i tak jak początkowo na piedestale stawiałem Walking Wounded, później zachwycałem się partiami growlu w Heretic i Boo a już po premierze za serce chwyciło mnie dramatyczne Souvenirs of Your Betrayal, tak w mijającym tygodniu pokochałem Hymn for the Living z charakterystycznym suspensem w refrenie. Z wyżej wymienionych kawałków aż 4 znajdziecie na dzisiejszej tygodniówce i mam nadzieję, że poczujecie przy ich odsłuchu to samo co ja.
Jedną z najbardziej charyzmatycznych rockowych wokalistek polskiej sceny muzycznej jest bez wątpienia Anja Orthodox z zespołu Closterkeller. Legenda rodzimego rocka gotyckiego proponuje nam jesień w kolorze srebrnym, zgodnie z tradycją tytułując swój jedenasty krążek Argento. Znajdziemy na nim 10 kompozycji, przeważnie nastrojowych, w takiej właśnie srebrno-szarej tonacji. Na tym stonowanym tle wyraźnie wybijają sie jednak mocny i ironiczny w przekazie Mój Sen Srebrny czy również bardziej gitarowy Mirun. Tekstowo również jest bardzo dobrze i myślę, że akurat w przypadku tej kapeli choć milczenie jest tylko srebrem, to dobrze, że po tych siedmiu latach od czasu Viridiana przestali milczeć.
W ogóle ostatnie miesiące to bardzo dobry czas dla miłośników kobiecych wokali w takich nastrojowych, mrocznych tonacjach. Od końca września możemy się zachwycać gotycką poezją jaką jest drugi krążek projektu Xo.eN. Wokalistka i autorka tekstów Agata Pawłowicz zamknęła w nim tyle silnych emocji, żalu, bólu i strachu ale i siły, że wystarczyłoby tego na kilka krążków. Dodając do tego majestatyczne, wypełniające tło gitary i kunsztowne syntezatorowe i klawiszowe ozdobniki dostajemy dzieło, którego nie powstydziłoby się The Gathering z okresu Mandylion/Nighttime Birds.
W ten weekend natomiast premiery miały dwie płyty, na których melancholijny doom metal pięknie łączy się z eterycznym shoegaze'em. Pierwszy to The Silver Sea zespołu Remina, na którym Heike Langhans po raz kolejny udowadnia, że aktualnie należy do ścisłej czołówki najpiękniejszych głosów na świecie. W podobnym, choć chyba jeszcze bardziej gaze'owym tonie tworzy Suvi Savikko, nie mniej utalentowana choć może nie tak znana piosenkarka i multiinstrumentalistka. Pod szyldem projektu shedfromthebody ukazała się w piątek Everything Out There Has Teeth, już druga w tym roku płyta po uwielbianym przeze mnie, styczniowym Whisper and Wane. Oba krążki to muzyka adresowana wprost do duszy słuchacza, idealna na coraz bardziej szarą jesień.
Nie myślcie jednak, że kobiecy głos dobrze sprawdza się jedynie w nastrojowych, doomowo/gotyckich klimatach. Znacie może Noorę Louhimo? Ja poznałem osobiście i nawet mam z nią zdjęcie z czasu, gdy Battle Beast supportowało Powerwolf. Fiński zespół miał wtedy na koncie tylko 3 krążki ale już wtedy dawał czadu na występach. Minęło 10 lat na my słuchamy już płyty numer 7. Steelbound to solidna porcja dyskotekowego metalu, przy którym można się dobrze bawić, poskakać, nóżką potupać. Trochę obawiałem się, że muzycy zbyt mocno skręcą w rejony popowe ale na szczęście nadal wiedzą gdzie się zatrzymać a taki Twilight Cabaret mimo swoich karnawałowych klimatów to jedna z ciekawszych kompozycji. Ja jednak najbardziej cenię sobie opener w postaci The Burning Within, najbardziej power metalowego utworu na płycie.
Wierna power metalowi na swoim drugim wydawnictwie pozostaje na pewno włoska Elettra Storm. Objawienie zeszłego roku idzie za ciosem a Evertale już od pierwszych nut kontynuuje zapoczątkowane na Powerlords wzorce. Jest szybko, symfonicznie i mega melodyjnie. Już zapowiadające album single brzmiały obiecująco ale dopiero odsłuch całości, a zwłaszcza rozpędzonych The Secrets of the Universe, utwierdził mnie w przekonaniu, że oto Italii narodził się kolejny powerowy diament.
A jakie plony wydała polska ziemia? Rzut okiem na dodany do artykułu kolaż odpowie za mnie. Czarny Bez i ich W blasku księżyca to absolutnie płyta miesiąca a prócz oryginalnego, industrialnego podejścia do słowiańskiej ludowości trzeba docenić stojącą za mikrofonem Lubę, która w swym repertuarze ma tak biały głos jak i liryczny śpiew czy rockowo/metalową drapieżność. W tym tygodniu, nieco inaczej niż poprzednio, najchętniej sięgałem po katastroficzny Słońca bogowie i to on reprezentuje skarżyską ekipę na dzisiejszej playliście.
Dość niespodziewanie trafiłem też na trop portugalskiego zespołu Glasya. Na swoim profilu deklarują się jako "soundtrack metal" a ktoś wychowany na cinematic power metalu spod znaku Luci Turillego w jego prime timie nie mógł przepuścić takiej okazji. W piątek ukazał się Fear, trzeci album tej formacji i cóż mogę o nim powiedzieć. Generalnie mamy tu dopracowany, umiejętnie zaaranżowany metal symfoniczny z pewnymi wpływami poweru. Rzućcie uchem na znany już z singli Hunt of the Hunted i oceńcie sami. Myślę, że jeśli lubicie muzykę takich kapel jak Kamelot, Therion czy Xandria to z miejsca polubicie ekipę z Lizbony.
Okej, to była żeńska połowa playlisty. Jak odpowiedzieli na nią panowie? W tym gronie najczęściej słuchałem na pewno najpaździernikowszego zespołu na świecie, czyli Type O Negativ. Od razu mówię, że nie miało to nic wspólnego z pogłoskami o reunionie kapeli, która zakończyła działalność po śmierci charyzmatycznego wokalisty Petera Steele'a. Po prostu uważam, że październik bez choć jednego odsłuchu płyty October Rust nie jest październikiem. A że słuchając po raz n-ty Love You to Death czy kapitalnego covera Cinnamon Girl wsiąknąłem w tę groteskowo-erotyczną zieleń to zatrzymałem się dopiero na wydanej dwa lata wcześniej Bloody Kisses. Oba krążki to prawdziwe arcydzieła gothic/doom metalu i jeśli ich nie kojarzycie, polecam nadrobić zaległości. I to już!
Nie wszyscy może wiedzą ale Peter Steele miał polskie korzenie. Nie wszyscy też może wiedzą, że Polacy potrafią nie tylko w różne warianty stoner/doomu ale i klasyczny death/doom nie jest im obcy. Otóż jest sobie taki zespół jak Death Has Smoken, który wydał niedawno swój tzreci krążek pt. Elegy. I kurczę, mamy rok 2025, MDB rozstało się z Aaronem a chłopaki grają tak jakby "trójka z Peaceville" nadal rządziła sceną. Powolne, grobowe tempa, melancholijne gitary i wyraźny, pełen pasji growling świetnie pasują do tej elegijnej atmosfery.
Nie można też zapominać o Novembers Doom i ich melodyjnym death/doomie. Major Arcana, najnowsza płyta kapeli to dobrze spędzone 56 minut a ostatni na trackliście XXII pojawia się w moich tygodniówkach niemal nieprzerwanie od dnia premiery.
W rocku gotyckim my mamy Closterkeller a Czesi XIII. Stoleti. Po wyśmienitym Nosferatu przyszedł czas na kolejny krążek, Werewolf, który najmocniej kojarzy mi sie z epickim, ponad 8-minutowym Transilvanian Werewolf. Jest to kawałek, który rozwija się stopniowo, wzbogacając o brzeminie kolejnych instrumentów a powtarzany w refrenie tytuł wcale nie brzmi monotonnie a tylko jescze mocniej wgniata w siedzenie. Co prawda pozostałe utwory trochę schodzą przez to na drugi plan ale chociażby ze względu na ten jeden utwór warto zapoznać się z płytą.
Dwa tygodnie temu we wtorkowym cyklu You Tube Tuesday pytałem o utwory ze zjawiskiem atmosferycznym w tytule. Rav Reksza polecił wtedy Wind z repretuaru kanadyjskiego Annihilator. Chłopie, gdybyś wtedy wiedział jak mocno mi się to wryje do głowy. Dość powiedzieć, że dziś ten hard-rockowo/heavy metalowy banger stoi na pierwszym miejscu playlisty jako najcześciej słuchany przeze mnie utwór. Przesłuchałem też kilkukrotnie cały album Remains, uważany przez wielu za najmocniej nu metalowy w dorobku kanadyjskich thrasherów. Czy tak numetalowy jak (nie)sławny diabeł od Slayera? Po pierwsze, ja Diabolusa polubiłem i to mocno, po drugie na Remains może znajdziemy 2-3 zbliżone do estetyki nju kawałki a reszta to taki melodyjny heavy/speed/thrash typowy dla Annihilatora. Warto znać jeśli tak jak ja czujecie perwersyjny pociąg do najmniej thrashowych płyt thrash metalowych zespołów ;)
Kanada to też ojczyzna zgoła odmiennego zespołu. Billy Talent to bardzo popularna zwłaszcza na początku lat dwutysięcznych kapela grająca rock alternatywny/pop punk. Ich największym przebojem jest oczywiście wystrzałowe Fallen Leaves i czasem lubię go sobie przypomnieć ale przyznam się, że za najlepszą płytę kwartetu uważam "trójkę", na której mamy choćby bardziej nastrojowe Rusted From the Rain. Oba kawałki znajdziecie na playliście więc możecie sobie zrobić porównanie.
Na koniec męski, żołnierski, rycerski power metal. Tu szczególnie muszę docenić kostiumowych superbohaterów z Grailknights. Są kapele, które skupiają się tak na fantastycznym koncepcie, prezencji scenicznej i grotesce, że cierpi na tym sama muzyka. My Polacy szukać daleko nie musimy - jest taki zespółco zaczyna się na N a kończy na K. Grailknights natomiast nie stronią i od dowcipu i od przerysowanego patosu ale ich kompozycje nadal daja niezłego kopa i po prostu wciągają swoimi melodiami, tłustą i dynamiczną sekcją rytmiczną oraz gitarowo/syntezatorowymi pojedynkami. To wszystko udało się zawrzeć na kolejnej już płycie a takie kawałki jak Weekend Ninja i Snow in Brodeaux lubię sobie puścić po kilka razy dziennie. Obowiązkowo na pełny regulator.
Doceniam też nowy krążek Sabaton. Legends to może i bezpieczna płyta, mocno osadzona w sabatonowej bańce ale na szczęście tym razem Szwedom udało się wpleść w jej strukturę więcej power metalowym elementów. I to właśnie te najszybsze kawałki, z Maid of Steel i Hordes of Khan na czele uważam za najmocniejsze punkty tracklisty. I często ich słucham. Głośno.
A jak głośno słucham nowej płyty Rage? Hmm gdy leci Innovation bądź Beyond the Shield of Misery to ogranicza mnie jedynie wytrzymałość bębenków. Myślę, że jako lekarz nie powinienem propagować postaw antyzdrowotnych ale cóż, jest w tej muzyce coś takiego, że aż chce się poczuć ten speed metalowy łomot by już po wszystkim osiągnąć katharsis.
I tego Wam moi drodzy życzę, by muzyka była dla Was nie tylko przyjemnością ale i formą regulacji emocji i redukcji napięcia. Dajcie też znać, które płyty i zespoły pomagały Wam w samoregulacji w ostatnim tygodniu. Link do tygodniówki tam gdzie zawsze. Miłego odsłuchu i całego tygodnia!
Playlista: 26.10.2025