Myślą przewodnią bloga jest dzielenie się moimi gustami muzycznymi z innymi, w duchu starego dobrego last.fm. Prezentuję na nim krótkie, cotygodniowe podsumowania aktualnie słuchanej muzyki, rankingi i zestawienia połączone jakimś tematem przewodnim. Do każdego postu staram się dołączyć link do dedykowanej mu playlisty na Spotify. Zapraszam do lektury szczególnie miłośników ciężkich brzmień - rocka i metalu.
poniedziałek, 24 listopada 2025
17.11-23.11.2025
piątek, 21 listopada 2025
Matos, Falaschi, Lione - Playlista Tematyczna
It was good while it lasted, czyli w wolnym tłumaczeniu "było miło ale się skończyło". Ten zagadkowy teskt w 6-u różnych językach pojawił się kilka dni temu w mediach społecznościowych brazylisjkiego zespołu Angra, jednego z najbardziej rozpoznawalnych przedstawicieli power i prog metalu z Ameryki Południowej. Ciężko powiedzieć na ten moment, czy oznacza to zakończenie działalności kapeli w obecnym składzie, czy może całkowite i ostateczne zejście ze sceny. Co prawa już rok temu muzycy zapowiadali dłuższą przerwę od działalności koncertowej i wydawniczej ale co innego zapowiadać a co innego zmierzyć się z konsekwencjami takiej decyzji. Co by się jednak nie wydarzyło, warto poświęcić trochę czasu na zapoznanie się z dyskografią zespołu. A że, podobnie jak choćby w przypadku Helloween za mikrofonem Angry stało przez lata trzech wybitnych piosenkarzy, dzisiejszy artykuł będzię poświęcony również ich aktywnościom poza macierzystą kapelą. Ktoś powie, ze znów piszę o Fabio Lione ale cóż, rok bez artykułu z jednym z moich ulubionych wokalistów to rok stracony. Ale po kolei, bo pierwszy funkcję tę pełnił:
Andre Matos - pochodzący z Sao Paolo wokalista i klawiszowiec. Swoje pierwsze kroki na metalowej scenie stawiał w wieku 13 lat, gdy dolączył do lokalnego zespołu Viper. Początkowo wcale nie chciał śpiewać tylko grać na klawiszach ale jak wspominał po latach, ze wszystkich członków kapeli śpiewał "najmniej źle" a jego wizualne podobieństwo do Bruce'a Dickinsona było równie mocnym argumentem za. Viper łączył w swej muzyce heavy metal z elementami muzyki klasycznej (w tym nawiązania choćby do Beethoveena) co będzie ważnym elementem późniejszej kariery piosenkarza. Po wydaniu dwóch płyt ich drogi jednak się rozeszły a zespół poszedł w strone ostrzejszego, zahaczającego o thrash grania. W 1991 roku, ukończywszy wcześniej edukację w kierunku muzyki klasycznej, wraz z Rafaelem Bittencourtem and André Linharesem powołał do życia Angrę, której pierwszy krążek (już bez Linharesa, którego zastąpił Kiko Loureiro) zaytułowany Angels Cry mocno inspirowany był europejskim power metalem spod znaku Helloween. Album zebrał świetne recenzje i do dziś uważany jest za jednego z klasyków gatunku. Muzycy poszli za ciosem i dwa kolejne krążki, Holy Land z 1996 i dwa lata młodszy Fireworks ugruntowały pozycję grupy w świecie metalu, inkorporując coraz więcej elementów progresywnych, klasycznych a nawet folkowych. Niestety w 2000 roku po serii nieporozumień drogi Matosa i zespołu rozeszły się. Wokalista założył wtedy (wespół z innymi opuszczającymi Angrę muzykami) zespół o nazwie Shaman. Pod tym szyldem wydali dwie dobrze przyjęte przez publiczność płyty ale już po kilku latach Andre został zmuszony do opuszczenia szeregów bandu. Dopiero po latach, w 2018 roku doszło do, krótkiego jak się niestety okazało, reunionu i wspólnej trasy. W późniejszym okresie wokalistę mogliśmy usłyszeć choćby na płytach takich projektów jak Avantasia, był też głównym wokalistą w projekcie Symfonia, dowodzonym przez byłego gitarzystę i założyciela Stratovarius - Timo Tolkkiego. Wydał również kilka albumów solowych a w 2012 roku wrócił na kilka lat w szeregi Viper. Nie możemy też zapominać o licznych gościnnych występach na albumach wielu power, heavy i symphonic metalowych kapel - dość wymienić choćby SoulSpell czy Trick or Treat. Niestety jego kariera urwała się nagle w dniu 8 czerwca 2019 roku - tego dnia dostał zawału serca i zmarł. W hołdzie jego postaci i dokonaniom muzycznym, miasto Sao Paolo ustanowiło w dniu jego śmierci lokalnym Dniem Heavy Metalu.
Edu Falaschi - drugi wokalista Angry, również Brazylijczyk i również z Sao Paolo, choć wczesne dzieciństwo spędził w Rio de Janeiro. Muzyka towarzyszyła mu od dziecka, lubił śpiewać i grać wspólnie z rodziną a gdy miał 14 lat zaczął brać lekcje gry na gitarze. Duży wpływ na niego wywarły postaci Bruce'a Dickinsona i Ronniego Jamesa Dio, choć początkowo preferował instrumentalną muzykę. Potem przyszły cover bandy a w 1990 roku powstał rockowy zespół Mitrium, grający już autorskie kompozycje. Z tą kapelą nagrał cztery utwory, które znalazły się na splicie pt. Eyes of Time. Trzy lata później, gdy Maideni szukali nowego wokalisty, Edu zgłosił się do konkursu, w którym został wybrany jako jeden z przedstawicieli swojego kraju (innym był uwaga... Andre Matos). Ostatecznie wszyscy wiedzą, że następcą Dickinsona został Blaze Bayley a Falaschi z przyczyn osobistych opuścił swój zespół. Po 4-letniej przerwie, w trakcie której co prawda grywał z przyjaciółmi w zespole Opium ale czysto dla zabawy, został zaproszony do zespołu swojego brata Tito. Z power metalowym Symbols nagrał dwie płyty, w międzyczasie biorąc też udział w sesji nagraniowej albumu Ordinary Existence zespołu Venus (hard'n'heavy). W 2000 roku ponownie wziął udział (tym razem wygrywając) w konkursie na nowego wokalistę znanego zespołu. Jak się domyślacie, była nim Angra. Dla wszystkich muzyków było to nowe otwarcie, stąd też tytuł pierwszej wspólnie nagranej płyty - Rebirth a także jednego z utworów (Nova Era). Był to świetny album, powerowy, progresywny i symfoniczny zarazem a Edu świetnie wpasował się w te kompozycje, wnosząc do nich więcej zadziorności niż poprzednik. Przez 12 lat działalności w zespole Falaschi zaśpiewał łącznie na 4 płytach, z których trzecia - Aurora Consurgence była krążkiem, dzięki któremu poznałem Angrę, darzę więc ją dużym sentymentem. W 2012 roku wokalista w zamieszczonym na swojej stronie internetowej liście otwartym poinformował fanów o odejściu z zespołu, motywując to m.in. kwestiami zdrowotnymi i problemami wewnętrznymi. Pragnął też skoncentrować się na powstałym kilka lat wcześniej zespole Almah, z którym już wtedy miał na konice 3 solidne wydawnictwa. Almah przetrwał jednak jeszcze tylko 4, choć owocne artystycznie lata a muzyk rozpoczął w pełni solową karierę. Przez cały okres swojej aktywności piosenkarz dorobił się również konkretnej listy gościnnych występów, z któych najbardziej cenię ten w utworze Chamber of Wisdom, power metalowej opery fantasy działającej pod szyldem Marius Danielsen's Legend of Valley Doom, projektu, który każdy fan epickiego powera znać absolutnie ma obowiązek.
Fabio Lione - mógłbym tutaj zrobić kopiuj i wklej z mojego artykułu na temat trzech wokalistów Rhapsody. Wiadomo, że głos Fabio zdefiniował na lata brzmienie zespołu i stał się niedoścignionym wzorem dla młodych pokoleń wokalistów. Zamiast tego napiszę w skrócie, że artysta pochodzi z Pizy we Włoszech a karierę muzyczną zaczynał od grania coverów Queen, Europe i innych gwiazd rocka lat 80-ych. Później przyszły dwie krótkie przygody z Labyrinth i Athena, włoskimi prog-powerowymi grupami aż w końcu w 1997 roku ukazała się Legendary Tales nikomu wówczas nieznanego zespołu Rhapsody. I nic już w power metalu nie było takie samo. Przez lata dzialalności w kapeli (pod różnymi nazwami i różnej konfiguracji) wokalista wyrobił sobie uznaną markę w świecie muzyki, czego dowodem jest i trasa koncertowa z Kamelot w zastępstwie za kończącego swoją przygodę z zespołem Roya Khana a i przeszło setka różnych "guest appearance'ów", którym zresztą poświęciłem osobną playlistę. Fabio był również współzałożycielem Vision Divine, pomysłodawcą Eternal Idol, miał też nagrać album z Magic Kingdom, do czego jednak ostatecznie nie doszło. Z Angrą związał się po odejściu Falaschiego, początkowo jako muzyk koncertowy ale współpraca układała się tak dobrze, że został na stałe. Z Lione na pokładzie zespół odnowił swój styl, pojawiło się więcej mroku i ciężaru, choć mocny prog-powerowy rdzeń został utrzymany. Dziś, gdy najprawdopodobniej Angra zawiesiła swoją działalność, wokalista będzie mógł skupić się na projekcie Fabio Lione's Dawn of Victory, złożonym z byłych muzyków Rhapsody i grającym klasyki legendy włoskiego metalu. Ostatnio pojawiła się też informacja o wspólnych koncertach z Lucą Turillim i orkiestrą symfoniczną jakie odbędą się w Ameryce. Jedno więc jest pewne, Fabio nudzić się nie będzie a "Rhapsody-versum" nie przestanie się poszerzać.
Ehh, miało być o Angrze a zboczyłem do Rhapsody. Na playliście dołączonej do artykułu znajdziecie 15 utworów brazylijskiej formacji i 15 kompozycji innych zeespołów, w których udzielali się lub gościnnie występowali wspomniani muzycy. Mam nadzieję, że dla miłośników progresywnego powera będzie to uczta dla uszu ale i fani innych gatunków może z ciekawością podejdą do tematu. Miłego dnia i całego weekendu!
poniedziałek, 17 listopada 2025
10.11-16.11.2025
Tradycja rzecz święta a w Muzycznej Kronice to właśnie w poniedziałek pojawiają się regularnie podsumowania tygodnia. Tak więc, by nie zanurzać tej regularności, choć po raz drugi lub trzeci rzędu ten poniedziałek jest dość pracowity w poza-blogowych strefach, sumiennie staram się Wam przekazać nawet w sposób skrótowy, po jaką muzykę najczęściej ostatnio sięgam.
Miniony tydzień upłynął mi pod znakiem wyjątkowo różnorodnych brzmień, choć wyraźnie dominowały cięższe gatunki – szczególnie te oscylujące wokół metalu atmosferycznego, post-metalu i doomowych klimatów. To właśnie w tej stylistyce znalazły się albumy, których słuchałem najchętniej: „Stargod” Astronoid, hipnotyzujący i przestrzenny, oraz pełne emocjonalnej gęstości „Everything Out There Has Teeth” projektu Shedfromthebody. W podobnej, choć bardziej przytłaczającej tonacji pobrzmiewała też Remina z „The Silver Sea”, która idealnie nadaje się na długie, jesienne wieczory. Na drugim biegunie ciężkich brzmień, ale wciąż w metalowym spektrum, znalazły się doom’n’bassowe wibracje Year of the Cobra – do ich eponimicznej płyty wróciłem po kilku miesiącach od premiery i ponownie wciągnęła mnie jej minimalistyczna, a jednocześnie potężna konstrukcja. Obok nich pojawiło się Duszno z „Okruszkami”, proponując gęste, eksperymentalne struktury o zupełnie innym charakterze, ale równie wciągające. To kolejny przykład jak może w przeciągu nastu lat zmienić się gust i perspektywa. Jeszcze 10 lat temu słysząc "shoegaze" wzdrygnął bym się z niesmakiem a teraz coraz chętniej zerkam w kierunku tej sceny. A takie albumy właśnie sprawiają, że tej śmiałości we mnie jest coraz więcej.
Dość dużą grupę w tym tygodniu stanowiły również albumy z pogranicza power i symphonic metalu, pełne energii, epickich melodii i teatralnych aranżów. Wśród nich najmocniej serce biło do porywającego „Steelbound” Battle Beast, bardzo obiecującego, wydanego w piątek „Symphony Of The Universe” Cristiano Filippini’s Flames Of Heaven, a także melodyjnego, baśniowo-folkowego „Malicia” od Mägo de Oz. W tę kategorię wpisuje się również pełen świetnej zabawy i heroicznych klimatów „Forever” Grailknights oraz intensywnie przebojowy Sabaton z „Legends”. Ciekawie na tle tej grupy wypadł Elettra Storm z albumem „Evertale”, w którym mocne gitarowe riffy mieszają się z wyraźnie symfonicznym rozmachem. Z kolei Shiraz Lane na „In Vertigo” zaoferował bardziej glam metalowe, ostre a zarazem melodyjne brzmienia, idealnie uzupełniając tę część zestawienia.
Nie mogło zabraknąć także bardziej nastrojowych, melancholijnych i gotyckich klimatów. „Words of Indigo”, pierwsza od 9 lat płyta włoskiego Novembre ponownie zachwyciła mnie subtelną liryką i charakterystyczną mglistą atmosferą. W tym duchu mieści się również XIII. Stoleti z albumem „Vendetta”. Wspominam o tym krążku, gdyż jak wiecie konsekwentnie przesłuchuję całą dyskografię zespołu i tym razem trafiłem właśnie na tę pozycję; mój ulubiony utwór z płyty to bez wątpienia „Poslední letadlo do Buenos Aires”, który szczególnie zapadł mi w pamięć po październikowym koncercie – emocje, jakie wtedy wywołał, wciąż wracają przy każdym odsłuchu. W podobnie refleksyjny ton wpisał się Stworz z „U Śmierci na komornem”, oferując surowe, folkowe brzmienie zanurzone w słowiańskim pagan balck metalu.
Tym razem udało mi się podsumowanie ubrać w konkretne i zwięzłe slowa. Cóż, potrzeba chwili. Mam nadzieję, że miłośnicy elaboratów przymkną oko na taki mały wyjątek od reguły. A dla wszystkich czytelników bez wyjątku tradycyjnie polecam playlistę z trzydziestoma najczęściej słuchanymi przeze mnie utworami z ostatnich dni. Mam nadzieję, że zapragniecie zanurzyć się w tych różnorodnych muzycznych pejzażach razem ze mną.
piątek, 14 listopada 2025
Polski Hair Metal - Playlista Tematyczna
Nikki Rey z Nagłowixxx
W tym tygodniu obchodziliśmy 107-ą rocznicę odzyskania przez nasz kraj niepodległości. Rok temu z tej okazji przygotowywałem Alfabet Polskiej Muzyki, w tym zaś wpadł mi do głowy zgoła inny pomysł. Mówi się, że Polska death metalem stoi, coraz prężniej rozwija się "nowa fala polskiego doom metalu", nie mówiąc już o ciekawej i zróżnicowanej scenie black metalowej. Generalnie w większości podgatunków metalu mamy swoich godnych przedstawicieli. Jest jednak muzyka, która choć lubiana i chętnie słuchana, nie znajduje zbyt wielu chętnych do jej tworzenia. Mowa o glam metalu, zwanym też od charakterystycznych fryzur muzyków (głównie w latach 80-ych) hair metalem. Pewien wpływ na to miał pewnie fakt, że druga połowa lat 80-ych w naszym kraju była okresem trudnym, po zakończeniu Stanu Wojennego kraj pogrążał się w marazmie i recesji. Jakże więc można było w tym czasie śpiewać z taką energią i radością jak amerykańskie zespoły z Zachodniego Wybrzeża, takie jak choćby Motley Crue, Poison czy Cinderella. Na szczęście po latach moda na reaktywację tego brzmienia dotarła też do naszego kraju i w XXI wieku dorobiliśmy się kilku wartych uwagi glamowych kapel. Udało mi się dotrzeć do twórczości 8 z nich. Nadal to jednak ułamek w porównaniu choćby do Skandynawii, stąd dzisiejszy artykuł uzupełniony został o sylwetki pięciu zespołów, które przed laty zbliżały się w swej muzyce do tej estetyki ale oficjalnie nie uważały się za kapele hair metalowe. Niektóre propozycje mogą Was zaskoczyć. Tyle tytułem wstępu, przejdźmy do prezentacji wybranych przeze mnie zespołów.
1. Silver Samurai - zespół założony w 2005 roku w Tychach, na swoim koncie ma jedną płytę, zatytułowaną jakże trafnie Back to the 80's. Krążek ten swego czasu dołączony był do jednego numeru pisma muzycznego Hard Rocker. W ten sposób właśnie poznałem i mocno wkręciłem się w tę bezkompromisową, hedonistyczną muzykę, czego zwieńczeniem był mój udział w kameralnym koncercie jaki zespół dał w grudniu 2010 roku w krakowskim klubie Kornet
2. June 66 - młoda, pruszkowska kapela sięgająca w swojej muzyce po najlepsze wzorce wypracowane w latach 80-ych na Sunset Strip. Przez pewien czas o zespole zrobiło się głośno w związku z udziałem basistki, Sofii w programie Top Model, gdzie doszła do ścisłego finału. W tym roku drogi zespołu i modelki rozeszły się a światło dzienne ujrzał debiutancki album Run For Your Love, o którym w ciepłych słowach pisałem przy okazji lipcowych i sierpniowych podsumowań
3. Sleazy Sweet - glam metal z kobiecym, drapieżnym wokalem, który narobił nieco zamieszania pamiętnym występem w Must Be The Music. I choć kapeli nie udało się przekonać jurorów to wydany jakiś czas później debiut Sleazy Party mnie osobiście bardzo się spodobał. Czuć tu echa wczesnego Skid Row, Lity Ford czy Vixen ale najważniejsza jest duch rock'n'rolla, którego jak już zdołali przekonać się telewidzowie, im nie brakuje
4. Nasty Crue - panowie o swojej muzyce mówią per "new wave of hair metal" a stylistycznie bardzo zapatrzeni są choćby w Steel Panther. Na uwagę zasługuje fakt, że ich ostatni album, wydany w 2017 roku Riots In Heaven wyprodukowany został przez samego Alessandro del Vecchio, ikonę włoskiej wytwórni Frontiers, odpowiedzialnej za prawdziwy revival glam metalu i AORa
5. Steel Velvet - hard rockowa grupa, powstała w 2008 roku w Strzyżowie na podkarpaciu. Ich celem jest popularyzacja melodyjnego hard rocka w naszym kraju, w czym pomóc mają dwie płyty studyjne i jedna koncertówka. Inspirację czerpią z twórczości takich legend jak Whitesnake, Bon Jovi czy Rainbow. I choć mniej tu metalu a więcej hard rocka, myślę, że można ich włączyć w glamowe ramy
6. White Highway - warszawska grupa, powstała na gruzach wcześniejszej, gothic-metalowej Aurora Aeris. Nową nazwę zaczerpnięto z utworu grupy Saraya (mało dziś znanej a na przykład przeze mnie kiedyś chętnie słuchanej). Ich muzyka balansuje pomiędzy hard rockiem a glam metalem. Na koncie mają tylko jeden album, liczący już sobie 7 lat Hittin' the Ride ale jego członkowie udzielają się też aktywnie w formacji Still of the Night, jedynym polskim tribute bandzie poświęconym muzyce hair metalowej lat 80-ych
7. Red Ripper - młoda (założona rok temu) warszawska kapela a zarazem pierwszy i jedyny girlsband w dzisiejszym zestawieniu. Zapatrzone w lata 80-e i hair metal dziewczyny pracują cały czas nad autorskim materiałem a w październiku tego roku zaliczyły swój debiut na scenie supportując wspomniane powyżej Sleazy Sweet
8. GauGan - górnośląska kapela, która jak sama mówi łączy blask i styl hair metalu z mocnym heavy metalowym brzmieniem. Trudno się z tym nie zgodzić a opublikowane dotychczas utwory (w tym jeden dokładnie wczoraj) brzmią naprawdę obiecująco
9. IRA - pierwsze trzy płyty tego popularnego zespołu rockowego, wydane w okresie 1989-93 można śmiało określić mianem hair metalowych. Zarówno przez swoją przebojowość, tematykę oscylującą wokół dobrej zabawy, miłości lirycznej i bardzie fizycznej (choć oczywiście nie tylko) ale i samą stylizację muzykówm której szczególnie na początku nie powstydziłoby się Motley Crue. Później zespół skręcił w stronę jeszcze cięższych brzmień (album Znamię) by po reaktywacji krążyć od pop-rocka po melodyjny hard rock
10. Fatum - warszawski zespół założony w 1984 roku, grając klasyczny heavy metal. Po kilku latach instrumentarium zespołu poszerzyło się o klawisze, co zmieniło nieco styl w stronę łagodniejszego, melodyjnego hard rocka. Na pierwszych płytach - Manii Szybkości i Demonie dominuje już ten rodzaj muzyki, której blisko do rządzącego wtedy za oceanem hair metalu a utwór Zamknięta w moim sercu to wg mnie jedna z najlepszych polskich power ballad. Zespół wielokrotnie kończył działalność i reaktywował się, mimo śmierci w 2002 roku wieloletniego wokalisty i klawiszowca, Krzysztofa Ostasiuka
11. Azyl P - kapela założona w 1982 roku w Szydłowcu, znana ze swoich ciężkich gitarowych ale i niezwykle przebojowych kawałków, wpisujących się w taki bardziej szorstki wariant glam rocka i hair metalu, choć pewnie nikt w zespole za grających taką muzykę się nie uważał. Największe sukcesy święcił w latach 82-86. Później kilkukrotnie reaktywowany, również po śmierci oryginalnego wokalisty (tu Andrzej Siewierski)
12. Zanderhaus - zespół powołany do życia w 1996 roku przez gitarzystę Piotra Zandera, znanego wcześniej z gry w pop-rockowym Lombardzie, dla którego napisał kilka najostrzejszych kawałków w ich dyskografii (m.in. dynamiczne Znowu Radio). Na wokalu wspomagał go, uwaga, Janusz Radek a ich jedyny wydany długograj, 36 i 6 aż kipi od ciężkich i melodyjnych kawałków, nie odbiegających zbytnio brzmieniem od przebojów hair metalowych czy AOR-owych
13. Lady Pank - tak, to nie żart, grupa Jana Borysewicza i Janusza Panasewicza na dwóch plytach wydanych u zarania lat 90-ych, czyli Zawsze tam gdzie Ty i NaNa prezentowała muzykę, którą śmiało można by określić ich własną wariacją na temat melodyjnego hard rocka i hair metalu. Mocna sekcja rytmiczna, sieczące ostro gitary i energia płynąca z takich utworów jak Jak Igła, Kupiłem Sobie Psa czy liryczność zawarta w tytułowej power balladzie z pierwszego z wspomnianych albumów dawały nam cząstkę Sunset Strip w szarej i brudnej Polsce epoki przemian ustrojowych. Co było potem wszyscy wiemy ale akurat ja do tych dwóch krążków wracam bardzo regularnie.
Utwory powyższych wykonawców znajdziecie na poniższej playliście. W większości przypadków wybrałem po 3 utwory ale niektóre zespoły mają na koncie po 2 single, więc większego wyboru nie miałem. Łącznie dało to jednak i tak 2,5 melodyjnego, przebojowego i gitarowego grania, do zapoznania z którym serdecznie zapraszam. A jeśli znacie i polecacie jakieś inne lokalne glam i hair metalowe kapele, piszcie w komentarzu. Niech dowie się o nich szersze grono słuchaczy!
poniedziałek, 10 listopada 2025
03.11-09.11.2025
Witam Was moi drodzy czytelnicy. Zapraszam na cotygodniowe podsumowanie. Postaram się tym razem nie rozpisywać, gdyż czas jak się okazuje bywa dość ograniczonym zasobem. Także zerknij my sobie, jakie albumy grały u mnie ostatnio najczęściej.
Zacznijmy od power metalu. Tu dominował głównie Forever od superbohatera kiego Grailknights - triumfalny, melodyjny i pełen ironicznego patosu. Bardzo cenię też Evertale, drugi album włoskiego Elettra Storm, gdzie obok symfonicznego przepychu i błyskawicznych temp dostajemy też łatwo wpadające w ucho melodie. Kolejne dwa albumy, Legends Sabatonu i Steelbound Battle Beast nie wnoszą niby nic nowego do brzmienia tych zespołów ale w swojej niszy to nadal solidna porcja odpowiednio historii ubranej w metalowe brzmienia i bombastycznego disco metalu.
Na uwagę zasługuje też Gladenfold, zespół dotychczas rzadko przeze mnie słuchany. Niedawno panowie zapowiedzieli nowy album, zaprezentowali ciekawy singiel a ja dzięki temu w końcu zabrałem się za poprzednie wydawnictwo - docenione choćby w Metal Storm Awards - Nemesis. Mamy tu bardzo zgrabne połączenie power metalu z melodeathem, momentami czuć tu Kamelot, w innym miejscu bardziej Soilwork ale przede wszystkim jest to po prostu Gladenfold.
Kolejne trzy albumy to różnie pojmowany folk metal. Najpierw hiszpański Mago de Oz i ich nowa płyta pt. Malicia. Zespół gra dalej to co umie najlepiej, celtycki folk połączony z melodyjnym power metalem. Jak zwykle mamy tu kilka łatwo przyswajalnych przebojów ale album jako całość trochę traci na swojej długości. Kilka mniej udanych utworów mniej i byłoby celująco.
Czarny Bez już znacie. Industrialny metal romansujacy ze słowiańskim folkiem. Muzyka oryginalna i naprawdę wciągająca.
Jest jeszcze Stworz, który niedawno wydał swój nowy krążek zatytułowany U Śmierci na komornem. Pogański black metal z jak zwykle poetyckimi tekstami. Nie ma tu może takiej depresyjnosci jak w pokrewnym mu Kresie ale czuć tę słowiańską nostalgię, do której się już przyzwyczailiśmy.
Słów kilka należy się polskiemu Aquilla, który w poprzednim tygodniu nie dostał ode mnie tyle czasu na ile zasłużył. Sentinels of a New Dawn to porządny heavy metal, szybki, z odpowiednią dawką melodii ale nie wchodzący we flower metalowe klimaty. Jest surowo, jest żelaziście niczym w pulpowej fantastyce lat 30-ych.
Testament na Para Bellum wchodzi momentami na iście black metalowe terytoria ale cóż, każde nawet najtwardsze metalowe serce wzruszy się przy nastrojowej power balladzie. I taka jest Meant to Be, trochę zaskakująca ale mająca w sobie to coś.
Power ballady były bardzo lubiane przez kapele hair i glam metalowe, na które "prawdziwi thrasherzy" zwykli patrzeć z góry. Ironia losu, ona gatunki spotkał ten sam los wraz z nastaniem ery grunge'u. Na szczęście jak widać i jeden i drugi powstał jak feniks z popiołów. Jeśli chodzi o glam metal, teraz często określany mianem sleaze metalu to centrum tego ruchu stała się Skandynawia. Zerknijcie ma fiński Shiraz Lane i płytę In Vertigo, duch lat 80-ych wiecznie żywy.
Żeby jednak nie było tak kolorowo przejdźmy w mroczniejsze klimaty. Miłośnicy stoner doomu uwielbiają bagienne klimaty a Bog Wizard na swym najnowszym dziele, Satanik Panik dowozi naprawdę błotnistą muzę, świetny groove, gitarowy brud i szorstki wokal sprawiają, że można zapaść się w tę muzykę niczym Frodo w bagna na Polach Dagorlad.
W końcu miałem też więcej czasu na Howling Giant i album Crucible & Ruin. Ten kosmiczny stoner z progresywnym sznytem został wybrany albumem miesiąca przez Doom Charts, grzechem więc byłoby nie zapoznać się z nim. I dobrze, bo płyta naprawdę nieziemska.
Odświeżałem sobie też krążek Emerald Forest and the Blackbird fińskich death/doom metalowców że Swallow the Sun. Pamiętam jak w roku premiery album był dość słabo oceniany, ja też wtedy uwagi na niego nie zwróciłem. Dopiero po dwóch latach dałem im kolejną szansę i totalnie odleciałem. Ten romantyzm, ten nastrój zaklęty w dźwiękach czekał chyba aż dojrzeję i jako słuchacz i jako człowiek. Do dziś uważam go za absolutny top 3 w dyskografii zespołu a Labirynth of London (czwarty utwór w serii The Horror) mogę słuchać bez końca.
Doom metal to aktualnie chyba najszerzej eksplorowany podgatunek metalu, jednym z pokrewnych mu stylów jest doomgaze. Można do niego zaliczyć m.in. Frayle choć ostatni krążek mail w sobie więcej metalicznego pierwiastka. Z drugiej strony, eterycznie i ambientowe podchodzi do tematu Suvi Savikko w swym projekcie shedfromthebody. Everything Out There Has a Teeth to drugi krążek artystki wydany w tym roku a kryje się na nim utwór, którego się nie spodziewałem. Nature's Weapon odchodzi od ambientowego doomgaze'u w brzmienie alternatywne, którego nie powstydziliby by się twórcy post-hc. Musicie tego posłuchać.
Doomgaze to nie jedyny gatunek pokrewny metalowi, który czerpie wzorce z shoegaze'u. W muzyce amerykańskiego Astronoid post-metal wzbogacony jest o shoegaze'owe elementy. Efekt końcowy jest bardzo ciekawy i powiem Wam, że wydana w piątek płyta Stargod była najczęściej słuchaną przeze mnie premierą weekendu.
O Ethel Cain chciałbym napisać coś więcej, bo w końcu zmierzyłem się z płytą Willoughby Tucker, I’ll Always Love You ale czuję, że są w polskim internecie osoby, które piękniej opiszą tę płytę (np. Partyturiada). Wszystkim pozostałym polecam po prostu zasłuchać się w tych nastrojowych dźwiękach.
Teraz obowiązkowa rubryka pod nazwą kolejny album XIII. Stoleti. Tydzień temu miałem pisać o Ztraceni w karpatech, moim ulubionym krążku zespołu ale jakoś tak wyszło, że nie załapał się do podsumowania. W tym tygodniu wziąłem się za następną płytę, w sumie trochę pomijaną przeze mnie - Metropolis. Wyróżnia się ona na tle pozostałych bardzo dużą koncentracją na budujących klimat syntezatorach. Drugim wyróżnikiem są też po raz pierwszy chyba w historii zespołu teksty po angielsku, jak świetny London After Midnight. Cieszę się, że w tym tygodniu udało mi się poświęcić czas na dokładne zapoznanie się z tym krążkiem, bo dziś wiem że bym tego żałował.
Na sam koniec podrzucam Wam klasykę symfonicznego metalu. Zespol Therion to absolutna legenda metalu. Na koncie ma kilkanaście i więcej płyt a wśród tej chmary za jedno ze szczytowych osiągnięć uważana jest płyta Vovin. Jak jednak nie kochać płyty, na której jest takie barokowo-metalowe misterium jak Rise of Sodom and Gomorrah.
Ok, tydzień się skończył tak jak i artykuł. Potomnym zostawiam playlistę z najczęściej słuchanych w tym czasie utworami. Liczę, że się Wam spodobają i że podzielicie się swoimi statystykami.
piątek, 7 listopada 2025
Wąsopadowe Wyzwanie Muzyczne - Top Lista
Listopad jest już od wielu lat uznany za miesiąc profilaktyki męskich nowotworów, przede wszystkim raka prostaty i raka jądra. Solidaryzujemy się z pacjentami zmagającymi się z tymi chorobami i przypominamy jak ważna jest profilaktyka (w tym przypadku regularne samobadanie u każdego i okresowa kontrola markera PSA u osób z grup podwyższonego ryzyka). Tak się składa, że wśród moich znajomych dwie osoby zmagały się z rakiem jądra, ostatecznie ich walka zakończyła się powodzeniem ale nie wszyscy mają tyle szczęścia. Należy pamiętać, że wiele chorób i zaburzeń (tak somatycznych jak i psychicznych) odpowiednio wcześnie wykrytych można z powodzeniem leczyć, a przynajmniej kontrolować ich przebieg. W listopadzie, zwanym też przez to wąsopadem (ang. Movember) zwyczajem stało się juz zapuszczanie wąsów. Z racji tego, że jednak prowadzę stronę o charakterze muzycznej a moich wąsów, nawet jeśli bym zapuścił, jakoś bardzo eksponować nie mam potrzeby, postanowiłem niejako w ramach rekompensaty podjąć się krążącego od lat po internecie wyzwania muzycznego. Akurat listopad ma 30 dni, więc na każdy dzień miesiąca mogę przygotować jakąś konkretną piosenkę. Nie będę jednak publikował codziennie po jednej, tylko w playlistowym duchu od razu przedstawię Wam całą trzydziestkę. A pod artykułem znajdziecie link do wąsopadowej playlisty. Podrzucam też hiperłącze do strony, na której znajdziecie wszystkie potrzebne informacje nt męskich nowotworów.
A oto moja próba zmierzenia się z "czalendżem:
DZIEŃ 1. Piosenka, którą lubisz, z kolorem w tytule - Big Big Train - Theodora in Green and Gold - nie jeden a dwa kolory a dzięki tej kompozycji zakochałem się w muzyce angielskich prog-rockowców
poniedziałek, 3 listopada 2025
27.10-02.11.2025
Czołówka się trzyma - skomentował zaprzyjaźniony bloger, gdy ujrzał mój albumowy kolaż z mijającego tygodnia. Cóż, nie będę kłamać, są takie krążki, które wchodzą na długo do głowy. Niemniej jednak nie jest tak bym się całkiem zamknął na nowe. Po prostu nie zawsze najświeższe premiery zaczynają wyścig z pole position. I choć tak właśnie było w tym tygodniu, warto i o nich kilka słów napisać. Zapraszam więc do lektury!
Na początek wspomniana czołówka. Tu nieprzerwanie rządy sprawują Słowianie z Czarnego Bzu z płytą W Blasku Księżyca. Ich industrial metalowe interpretacje ludowej muzyki to coś niespotykanego na scenie muzycznej, nie tylko rodzimej. Tym bardziej na uznanie zasługuje fakt, że wysoki poziom utrzymuja na kolejnym krążku, gdy już sam efekt zaskoczenia nie działa tak mocno. Do pieca dołożyło też Frayle, mieszające psychodeliczny doom metal z shoegaze'm i ponownie większą ilością agresywnych wokali uzupełniających hipnotyzujące szepty wokalistki. W porównaniu do eterycznej poprzedniczki, Heretics & Lullabies to naprawdę rozdzierający trzewia, emocjonalny ogień. Kroku próbują dotrzymać im grające szybko i agresywnie heavy/power metalowe Rage i thrashowy Testament ale mimo całej swojej energii nie są w stanie w pełni wybić mi z głowy wspomnianej powyżej dwójki.
Jest jednak kilka zespołów, które również aspiruje do zawładnięcia moim sercem i duszą. Pierwszy z nich to pochodząca z Włoch Elettra Storm. Evertale to ich drugi album, następca rewelacyjnych Powerlords, uznanych za jedno z największych power metalowych objawień zeszłego roku. Zjawiskowa Crystal Emiliani z kolegami poszli za ciosem i serwują nam kolejne 9 kapitalnych numerów, dynamicznych, bardzo melodyjnych i umiejętnie zaaranżowanych w symfoniczne smaczki. Najszybciej serce bije oczywiście przy tych nomen omen najszybszych kawałkach, takich jak The Secrets Of the Universe (najczęściej słuchany przeze mnie utwór w tym tygodniu), Master of Fairytales (mocno "kai hansenowy") czy Blue Phoenix (świetny wybór na pierwszy singiel). Warto jednak wspomnieć, że pozostała szóstka to też naprawdę warte uwagi kompozycje.
Zespół Grailknights stawia również na power metal ale ciężki, bombastyczny i bardzo przebojowy. Forever to ich kolejny album, który trzyma poziom a jego wielokrotny odsłuch zamiast nudzić sprawia coraz więcej przyjemności. Umiejętne wykorzystanie elektroniki nie zabija gitar i metalowego pierwiastka a tym bardziej uwypukla klimat towarzyszący muzyce (co jak wiemy nie udaje się każdemu). Teksty z definicji nie są pisane na serio ale mimo to fajnie posłuchać i zanucić takie hity jak Weekend Ninja czy Snow in Bordeaux i na chwilę oderwać się od rzeczywistych problemów.
Złośliwi mogliby nazwać projekt Arcane Tales takim "DIY Rhapsody". Fakt, że stojący za nim Luigi Serrano nie kryje fascynacji legendą włoskiej sceny power metalowej a główną inspiracją do tworzenia muzyki było nagranie swojego wymarzonego albumu Rhapsody. Podobieństw jest dużo. Fantastyczny setting, własna historia (Luigi pisze też książki fantasy), miks elementów symfonicznych z power metalem i neoklasycystyczny styl gry na gitarze powinny spodobać się zwłaszcza miłośnikom Rhapsody z okresu gdy Luca i Alex wspólnie dowodzili zespołem. Od 2016 roku pod szyldem Arcana Tales ukazało się już 8 albumów z czego najnowszy Ancestral War liczy sobie dopiero 14 dni. Co o nim sądzę? Bardzo mi się podoba, jest pełen epickich galopad, fragmentów śpiewanych w bardziej agresywnym stylu (co nasuwa nawet mocniejsze skojarzenia z Bal-Sagoth niż Rhapsody) i spokojniejszych, pełnych rozmachu, muzycznych pejzaży. Gdyby to zespół Luci i Alexa nagrał ten krążek, mógłby spokojnie wypełnić przestrzeń między Power of the Dragonflame a drugą Symphony. Ja jak mówiłem, jestem na tak, nie kryję zachwytu i gorąco polecam!
Teraz coś dla spragnionych i wiecznie marzących o przebojowych latach 80-ych. Era popularności hair metalu wybuchła z wielką mocą i po kilku latach wypaliła się by około 92-93 roku zrobić miejsce dla brutalnie realistycznego grunge'u. Po latach jednak ochota na energetyzujące, melodyjne i odpowiednio ciężkie granie wróciła a ojczyzną nowej fali hair metalu stała się Skandynawia. Shiraz Lane to kapela z Finlandii, którą na celowniku miałem już od kilku lata ale jakoś nigdy nie było dobrego momentu by się za nią zabrać. Trzeba było czekać do premiery singla Come Alive zapowiadającego płytę In Vertigo. Ten soczyście gitarowy kawałek porwał mnie bez reszty i sprawił, że wprost nie mogłem doczekać się premiery całej płyty. Co prawda w premierowy weekend (czyt. poprzedni) jakoś nie przebiła się do tygodniowej topki ale już od poniedziałku słucham jej głośno i pozwalam sobie na może trochę nieśmiałe ale jednak pląsy w rytm niejednego obecnego na niej przeboju. Takie utwory jak właśnie Come Alive, Babylon czy Sayonara Love mają w swoich melodiach coś, co wydaje się, że już gdzieś słyszeliśmy i to w mainstreamowym popie ale wzmocnione ostrą gitarą i mocną sekcją rytmiczną nabierają ciężaru i mocy, z miejsca ładując baterię w nawet najbardziej zblazowane, jesienne dni. Miodzio!
Jest kilka albumów, w które trzeba się wsłuchać by odkryć ich pełną moc. Nie ma tam miażdżących uszy swoją energią kanonad ale emocjonalnie człowiek też może zostać sponiewierany. Tu liczy się właśnie atmosfera i umiejętność wniknięcia w serce niemal niepostrzeżenie, między jednym a drugim mglistym dźwiękiem. Taką moc mają płyty Reminy i shedfromthebody, gdzie doom przenika się z shoegaze'em a post-metal z atmosferycznym rockiem. Jest niespokojnie, jest onirycznie i jest "śmiertelnie pięknie". Polecam odpowienio The Silver Sea i Everything Out There Has a Teeth wszystkim, którzy potrafią nie tylko słuchać ale i czuć muzykę.
Trochę więcej czasu potrzebowałem też by się zapoznać z debiutem (trochę naciąganym bo zespół pod inną nazwą działał już wcześniej) wrocławskiego Octotankera zatytułowanym Voidhopper. Na szczęście udało mi się w końcu zabrać za te kosmiczno-gruziaste dźwięki a przełom miesięcy upłynął mi na psychodelicznych dryfach po dystopijnych, przygnębiających przestrzeniach. Mam tylko jedną uwagę, redaktor Adamska zapowiadała, że drugi singiel z albumu będzie prawidziwym bangerem. Powiem tyle, doceniam Starhips ale to przy The Source and the River are One odlatywałem najmocniej.
Teraz czas na krążki solidne, dobre i poprawne. Pierwsza grupa to na pewno nowy Sabaton, na którym znajdziemy kilka rzeczywiście przyjemnie słuchających się numerów, jak choćby bardzo klasyczna, powerowa Maid of Steel. Bardzo udany jest też concept album Fear, za który odpowiadają portugalscy "soundtrack metalowcy" z Glasya. Choć historia opowiedziana tą płytą jest nieco inna to przez wzgląd na pewne okoliczności przywodzi mi na myśl arcydzieło wśród koncepcyjnych wydawnictw czyli Mercy Falls prog/powerowego Seventh Wonder. To chyba dość mocne wyróżnienie. Z dystansem podchodziłem do drugiej płyty Memories of Old, nagranej już bez znanego wśród fanów gatunku wokalisty i gitarzyty Tommy'ego Johanssona. Po w sumie już 10 dniach spędzonych przy Never Stop Believing muszę stwierdzić, że trochę nad wyraz się obawiałem. Płyta jest przyzwoita, choć momentami utworom brakuje ikry. Za samo jednak Fire in the Night, płynące na podwójnej stopie z niesamowitą lekkością należy się zespołowi duży plus. Podobnie mam z Human Fortress i albumem Stronghold - sporo poprawnych utworów, dobrze zagranych ale prawdziwy ogień udaje się zespołowi wykrzesać dopiero w zamykającym album (a w zasadzie jego pierwszą płytę) The Darkest Hour.
Wspomniałem na wstępie, że trochę nowości przedostało się do moich głośników w tym tygodniu. Nim jednak się nimi zajmę jeszcze dwa krótkie wspomnienia. Jedno bolesne, gdyż kilka dni temu dowiedzieliśmy się o śmierci Marcie Free, wokalistki znanej i szanowanej w świecie AOR-a i melodyjnego rocka. To jej głos (a w zasadzie jeszcze wtedy jego, Marka Free, byla to bowiem osoba transpłciowa) słychać przede wszystkim w klasyku Iron Eagle (Never Say Die) grupy King Kobra jak i na płytach Singal czy Unruly Child, mniej znanych ale skandalicznie niedocenionych grup. To właśnie repertuar tego ostatniego zespołu, po informacji o śmierci piosenkarki zacząłem sobie przypominać. Dziś więc, podobnie jak wczoraj na FB, podrzucam Wam chyba najlepszy utwór a na pewno najmocniej wybrzmiewający w tym momencie, Livin' In Someone Else's Dream. R.I.P.
Drugie wspomnienie dotyczy zespołu, który już od długiego czasu nie wydał nowej muzyki. Aktywność w social mediach też ucichła. Nie wiadomo więc jaki jest aktualny status zespołu, natomiast jego muzykę w sieci nadal można znaleźć i od kilku dni zacząłem się nią raczyć po co najmniej kilkuletniej przerwie. A przecież Die Laughing słuchać zacząłem niemal równolegle z Inkubus Sukkubus, innym uznanym gothic-rockowym zespołem. Tu też mieliśmy piękny i mocny głos wokalistki, nawet bardziej operowy niż w przypadku Candii z IS, muzyka też mocniej organowa. Taki gotyk z prawdziwego zdarzenia bez punk-rockowych dodatków. Jeśli te kilka zdań Was zaciekawiło zapraszam na playlistę, macie tam dwa chyba najlepsze, a na pewno moje ulubione numery - Glamour and Suicide i Firedance.
Ok, to teraz w końcu wspomniana nowość. Było kilka ciekawych krążków wydanych w ten piątek, niestety nie na wszystkie starczyło czasu (weekend jednak z wiadomych względów mocno wyjazdowy). Do topki przebiła się nowa płyta Mago de Oz, folk-powerowej instytucji muzycznej z Madrytu. Malicia utrzymuje chwalony już przy okazji wcześniejszej o półtora roku Alicii [sic!] balans między szybkością a ludowością ale trochę traci, jak wiele płyt tej kapeli, na zbyt długim czasie trwania. 15 utworów (z miniaturkami co prawda licząc) w kontraście do 9 na poprzedniczce sprawia, że po pierwszych kilku odsłuchach wiele kompozycji trochę zlewa się ze sobą. Myślę jednak, że album potrzebuje czasu a ja już wyłuskuję z niego pierwsze wybijające się kawałki. Takim jest np. La Terra de Nunca Jamas trochę przypominający Helloween z okresu drugich Keepersów choć z obowiązkowym celtyckim antruażem.
Ok, więc była już i czołówka i peleton, odblokowaliśmy też nową postać. Cóż nam więc pozostaje jak tylko grać. Grać muzykę z playlisty gdziekolwiek jesteście, na słuchawce, Hi-Fi czy w samochodzie. Niech Wam towarzyszy dziś i przez cały nadchodzący tydzień. Link poniżej:
Najpopularniejsze
-
W dzisiejszym artykule chciałbym podzielić się moimi ulubionymi płytami z gatunku, który kiedyś (dobre 14-15 lat) był dla mnie ważny, lecz...
-
Po kilku artykułach poświęconych wyłącznie polskiej scenie folkowej, folk-rockowej czy folk metalowej przyszedł czas, by nieco szerzej spo...
-
Po artykułach poświęconym nieznanym i niedocenianym kapelom hair i power metalowym czas na gatunek z drugiej strony mojego muzycznego spek...






