piątek, 18 października 2024

You Tube Tuesday - Polecam #2

 


Po pół roku od ostatniego tego typu artykułu i niemalże rok od pierwszego "wtorkowego" posta na Facebooku zapraszam na kolejne podsumowanie serii pt. YouTube Tuesday. 

Muszę przyznać, że przez te sześć miesięcy popularność tej akcji wzrosła. Wielu z Was wrzucało własne propozycje utworów na zaproponowany przeze mnie temat. Pojawiały się ciekawe dyskusje, nawiązywały trwające do dziś znajomości a co najważniejsze, każdy z nas mógł poszerzyć swoje muzyczne horyzonty. A to przecież jest i zawsze będzie myśl przewodnia tego bloga. 

Może uznacie to za drobne dziwactwo ale mam dla Was garść statystyk dotyczących youtubowych wtorków. Otóż przez 6 miesięcy:

- 21 z 24 postów zostało skomentowanych przez Was przynajmniej jednym utworem

- 29 z 349 moich followersów podrzuciło przynajmniej jeden utwór

- łącznie zaproponowaliście 111 różnych utworów

- najbardziej popularnym tematem były "Dwie różne piosenki o tym samym tytule"

- Dio, SKA-P, King Crimson to jedyni artyści, którzy zostali przez Was dwukrotnie poleceni

- najaktywniejszym komentującym był redatkor Puszka FM z wynikiem aż 18 rekomendacji

Ze wszystkich dostępnych w Spotify Waszych propozycji stworzyłem playlistę, będącą podsumowaniem ostatniego półrocza. Uzbierało się ich aż 99! Jest to dla mnie o tyle ważna lista, że w całości stworzona przez Was. Dzięki niej odkryłem ogrom najlepszej muzyki i za to Wam wszystkim z całego serca dziękuję.

A oto lista tematów, na które znaleźliśćie czas i chęć odpowiedzieć:

- Utwory hiszpańsko-języczne

- Utwory z datą w tytule

- Utwory poświęcone podróżom kosmicznym

- Utwory z partiami mówionymi/narracją

- Świetne utwory, których nie ma w Spotify

- Najlepsze utwory, które słyszeliście na żywo

- Utwory ze słowem "smok/dragon" w tytule

- Wasze ulubione utwory z ostatniego półrocza

- Rockowo/metalowa poezja śpiewana

- Utwory wykonawców pochodzących z Hiszpanii

- Najbardziej epickie utwory, jakie znacie

- Wasze ulubione utwory o alkoholu

- Wasze ulubione utwory z gatunków -core

- Wasze ulubione utwory z gatunków -gaze

- Piosenki ze słowem "love" w tytule

- Utwory poświęcone II Wojnie Światowej

- Dwie różne piosenki o tym samym tytule

- Utwory inspirowane twórczością Tolkiena

- Utwory z solowych płyt Waszych ulubionych wokalistów

- Utwory polskich artystów

- Utwory, których słuchaliście w szkole średniej

Poniżej oczywiście link do wzmiankowanej wcześniej playlisty. Jeszcze większej i bardziej zróżnicowanej stylistycznie niż ostatnio. Wszystkim zaangażowanym w naszą cotygodniową zabawę dziękuję serdecznie i liczę, że kolejne wtorki pełne będą kolejnych niesamowitych muzycznych wrażeń! Jeżeli macie własny pomysł na temat przewodni kolejnych YouTube Tuesday'ów piszcie na priv lub zostawcie komentarz pod postem. Niech zabawa trwa!

 Playlista: Your YouTube Tuesday Recommendations #2

poniedziałek, 14 października 2024

07.10-13.10.2024

 


Dziś podsumowanie na szybko, z racji kilkudniowego city breaku w stolicy. Po kilku godzinach za kółkiem świeżość umysłu już nie ta, jeszcze bym Was zasypał wieloma niekoniecznie trafionymi dygresjami a przecież tu o muzykę chodzi najbardziej. Hmm, chyba już pierwsza dygresja za mną. Przejdźmy więc do sedna. 

Przede wszystkim do głosu powoli ponownie dochodzi power metal. Wszystko za sprawą nowego albumu austriackiego Dragony. Tak jak poprzednik, Hic Svnt Dracones to concept album rozgrywający się w alternatywnej, magicznej rzeczywistości. Muzycznie jest również magicznie i morsko, wszak to przygody Wikingów są tematem opowieści. Mamy tu sporo melodii, jest szybka perkusja i budujące atmosferę klawisze. Myślę, że w swojej kategorii to jedna z najlepszych premier października. Poza tym nadal często sięgam po włoskie Timeless Fairytale, utwory z ich debiutu A Story to Tell a zwłaszcza ten tytułowy słuchają się naprawdę dobrze. Nie sposób też nie wspomnieć o szwedzkim Krilloan. Atlantean Sword, otwierający ich drugi krążek to prawdziwy power metalowy, rozpędzony dynamit. Utwór, który za nic w świecie nie chce wyjść z głowy już od pierwszego odsłuchu.

Fani nieco bardziej surowego power metalu na pewno znają niemiecki Stormwarrior. Ich najbardziej znanym albumem jest liczący już sobie 16 wiosen Heading Northe, który swoją energią i szybkimi tempami uderza już od pierwszych dźwięków tytułowego utworu. Rzeczone Heading Northe jest zresztą moim ulubionym utworem tej kapeli, choć cała płyta skrywa niejeden skarb. Na dzisiejszej playliście macie ich dwa.

Jeśli lubicie power metal w tak ciężkiej, jak i folkowej odsłonie polecam włoskich krasnoludów z Wind Rose. Jestem pewien, że ich nowy album Trollslayer Was zaciekawi. Dla mnie największym plusem tego wydawnictwa jest jego równość. W przeszłości zdarzało się bowiem, że płyty zespołu zawierały 1-2 bardzo udane kompozycje i spore grono "średniaków". Tu na pewno więcej jest tych pierwszych. Kilka z nich ląduje na playliście. 

W tym tygodniu dołączyłem też do grona muzycznych blogerów, wielbiących nowy album londyńskiego Lowen. To połączenie doom metalu z progresją i elementami muzyki perskiej powala na kolana. Dodajcie do tego ciężkie gitary i wgniatającą w fotel perkusję i macie przepis na arcyciekawą i pełną emocji płytę. 
Niezwykła jest też nowa Psychlona, również dość często pojawiająca się w muzycznych podsumowaniach moich kolegów po fachu. Album ten można odkrywać na nowo przy każdym odsłuchu, tyle się na nim dzieję. Mnie w tym tygodniu skusił na ten przykład pominięty w poprzednim artykule Kaleidoscope, zwłaszcza przez ten swój psychodeliczny groove.

Jak już pewnie wiecie z Facebooka, ostatnio sporo czasu poświęcam płycie The Neonai francuskiego Lake of Tears. Jest to chyba najbardziej elektroniczna płyta tej gothic/doomowej ekipy. Nie brak tu jednak romantycznej atmosfery i tego melancholijnego klimatu, z którego ekipa Davida Brennare jest znana. Podobną rewizytę zrobiłem niedawno amerykańskiemu Khemmis. Tym razem skupiłem się na nowszych albumach, takich jak wydany w 2018r Desolation czy zeszłorocznym singlu In the Pines. Fajnie pokazują drogę jaką przechodzi zespół, od ciężkiego doomu z elementami death metalu czy stonera do bardziej tradycyjnego, doomed heavy metalu. Ciekawi mnie jaki kierunek przyjmą na nowym albumie, nad którym aktualnie pracują. 

Ponownie jak tydzień temu na playliście znalazło się miejsce dla niezwykłej Sian Blu Greenaway. Tym razem macie jeden utwór Alunah i dwa z jej solowej płyty, wydanej niedawno jako Bobbie Dazzle. Choć obie inkarnacje muzycznie są nieco inne (stoner/doom i progresywny glam-rock) to słucha się ich równie przyjemnie. 

Moja bardziej melancholijna strona nieodmiennie od kilkunastu dni nuci gotyckie, pełne smutku i nostalgii melodie wyśpiewywane ponurym głosem Petra Stepana. Tak, Noc Vlku - nowy album XIII. Stoleti to dla mnie prawdziwe objawienie tej jesieni. Można powiedzieć, że to wydawnictwo nieprzypadkowo ujrzało światło dzienne pod koniec września, idealnie budując nastrój przed nadchodzącą wielkimi krokami (a już na pewno temperaturami) trzecią porą roku. Posmutkujcie ze mną, bo wrzucam dziś 4 utwory naszych południowych sąsiadów.

Mamy dziś też dwa utwory prog-rockowego Castle Mountain Moon, w których klawisze grają pierwsze skrzypce [sic!] i dosłownie rozwalają system. Taki refleksyjny neo-prog to jest coś, co biore w ciemno. Z drugiej strony nie odpuszczam też hard-rockowemu Eclipse. Megalomanium II nie ma może aż takiej przebojowości jak pierwsza odsłona, wydana rok temu ale i tak broni się wieloma wpadającymi w ucho, dynamicznymi piosenkami. Jest to nowoczesne granie choć przyznać muszę, że i w latach 80-ych ta szwedzka kapela byłaby w czołówce aor-owych i hair-metalowych bandów.

Na sam koniec jeszcze słów kilka o krakowskim Lor, folk-popowej grupie, która od czasu do czasu pojawiała się w moich głośnikach, choć chyba jeszcze nie na tyle by trafić na łamy Kroniki. W piątek te utalentowane dziewczyny wydały swój drugi album, zatytułowany przewrotnie Żony Hollywood - pełen delikatnych melodii, magicznych skrzypiec i harmonii wokalnych. Jest tu co prawda więcej popu niż folku, jest to jednak taki naprawdę solidny i ambitny pop. Na dzisiejszą playliste wybrałem utwór fanfiction, mający w sobie coś bardzo wciągającego. Być może dzięki charakterystycznemu układowi rymów, a może za sprawą hipnotyzującej melodii bądź trochę nieśmiałemu aczkolwiek bardzo nastrojowemu wokalowi? Posłuchajcie i zdecydujcie sami.

Ok, miało być na szybko ale i tak się rozpisałem. Cóż, tak bywa. Łapcie link do playlisty i miłego odsłuchu. A z racji późnej pory też dobrej nocy!





czwartek, 10 października 2024

Lions&Tigers - Playlista Tematyczna

 


Po dwóch podobnych artykułach, dedykowanych trąbaczom i płazom, które muzycznie przeznaczone były głównie dla miłośników stonera i doom metalu, przyszedł czas na coś nieco podobnego ale zgoła innego. Dziś bohaterem są tzw. duże koty, a w zasadzie te "największe" czyli lwy i tygrysy. Ponownie mam dla Was krótkie sylwetki ośmiu zespołów, mających w nazwie jedno z tych zwierząt, tym razem jednak stylistycznie obracamy się bardziej w kategoriach melodyjnego hard rocka i tradycyjnego heavy metalu. A zatem zaczynamy!

1, Pride of Lions  - nie jest chyba niespodzianką, że dzisiejsze zestawienie zaczynam od tego projektu, Utalentowany gitarzysta i twórca wielu nieśmiertelnych przebojów - Jim Peterik łączy tu siły ze świetnym wokalistą jakim jest Toby Hitchcock. Wychodzi im z tego wysokiej klasy AOR, czasami bardziej progresywny, innym razem niemal hair metalowy, nie brak też w ich katalogu nostalgicznych i emocjonalnych ballad. Jeżeli chodzi o ten rodzaj muzyki, to mój absolutny numer jeden!

2. Tigertailz - zespół, który brytyjskich metalowych purystów, zapatrzonych w scenę NWOBHM przyprawiał o prawdziwy ból głowy. Bo jak tu inaczej zareagować na kolorowe stylizacje, tapirowane fryzury i muzykę głośną, przebojową i mocno melodyjną? Ja na szczęście takim purystą nie jestem i lubię się dobrze bawić przy solidnym hair metalu. A taki właśnie gra ta pochodząca z Walii kapela

3. White Lion - jeden ze sztandarowych reprezentantów amerykańskiej sceny hair metalowej w drugiej połowie lat 80-ych. Pierwsza płyta zespołu - Fight to Survive jest jeszcze mocno surowa i brudna w brzmieniu ale kolejne to już czysty ultra przebojowy glam metal. Choć tak jak większość tego typu zespołów, w latach 90-ych dopadł ich kryzys, potrafili jednak wrócić w 2008 roku z bardzo udanym i zróżnicowanym stylistycznie albumem Return of the Pride, którego niestety nie uświadczycie w stramingach. Pozostaje nam więc wsłuchiwać się w klasyczne, ejtisowe nagrania grupy pełne zapadających w ucho utworów,

4. Tygers of Pan Tang - jeden z przedstawicieli wspomnianej wcześniej sceny New Wave of British Heavy Metal. Założona w 1978 roku największe sukcesy odnosiła w latach 80-ych. Nie można jednak zapominać, że Tygrysy aktywne są do dnia dzisiejszego a ich nowsze albumy nie schodzą poniżej pewnego przyzwoitego poziomu.

5. Lionville - włosko-szwedzka kapela aor/melodic rockowa, reprezentująca barwy popularnej wytwórni Frontiers Records. Założona przez Stefano Leonettiego, w trakcie kilkunastu lat działalności miała w swoim składzie tak znane osoby jak chociażby multiinstrumentalistę Alessandro del Vecchio czy wokalistę Larsa Safsunda. W tym roku kapela planuje wydanie swojego szóstego już longplaya, na który czekam z niecierpliwością

6. Tigers of Opium - stoner rockowy rodzynek w tłumie aor/hard rock i heavy metalowców, choć jak usłyszycie choćby w utworze Diabolique, ta włoska kapela nie boi się wchodzić w bardziej melodyjne rejony. Ich najnowszy krążek zatytułowany Psychodrama został bardzo ciepło przyjęty zarówno przez słuchaczy jak i szerokie rzesze muzycznych blogerów, np naszego rodzimego Dezarbuzatora, za sprawą którego ta muzyka dotarła i do mnie.

7. Lion - trochę zapomniana już hair metalowa kapela z Los Angeles, choć swego czasu jej utwory wykorzystywano w licznych filmach czy kreskówkach. Zespół zakończył swoją działalność po ciężkim wypadku, jakiego doznał w trakcie jazdy na motorze perkusista. Zostały po nich trzy albumy długogrające, pełne dynamicznych glam metalowych hymnów i nie mniej romantycznych power ballad.

8. Alpha Tiger - niemiecki zespół heavy/power metalowy założony (pod nazwą Satin Black) w 2007 roku. Swego czasu przypadła mi do gustu ich debiutancka płyta, później jednak nieco straciłem zainteresowanie kolejnymi wydawnictwami. W dalszym ciągu jednak czasami wracam do Man or Machine. Prócz niej niemiecki skład wydał jeszcze trzy inne albumy po czym w 2018 roku uległ rozwiązaniu. 

Tradycyjnie do postu dołączona jest playlista a na niej po 4 utwory każdego ze wspomnianych zespołów. Mam nadzieję, że uda mi się Was zaciekawić i sięgniecie też po utwory czy płyty pominięte w dzisiejszym zestawieniu. Taka jest właśnie idea tego bloga, by pomagać w szukaniu coraz to nowszych dźwięków i brzmień. Tego Wam i sobie z całego serca życzę! 

A oto rzeczona playlista:

Playlista: Lions&Tigers

poniedziałek, 7 października 2024

30.09-06.10.2024

 



Poprzednie tygodnie należały niezaprzeczalnie do Krzysztofa Cugowskiego. Słuchałem namiętnie i jego najnowszej solowej płyty i moich ulubionych albumów Budki Suflera, której wokalistą był przez wiele lat. W tym tygodniu też pojawiła się osoba, której głos towarzyszył mi bardzo często. Była to jednak kobieta, obdarzona mocnym wokalem Sian Blu Greenaway.

Kiedy w tym roku brytyjska Alunah ogłosiła wydanie nowego albumu, zatytułowanego Fever Dream nikt nie spodziewał się, że ten najbardziej zróżnicowany w dorobku stonera/domowej grupy krążek będzie ostatnim nagranym ze wspomnianą wyżej wokalistką. Na szczęście Sian nie zniknęła całkiem ze sceny, zmieniła tylko nieco orbitę swoich zainteresowań. Kilka dni po informacji o opuszczeniu Alunah pojawiły się pierwsze single zapowiadające debiut nowego muzycznego tworu. Mowa o Bobbie Dazzle, w którym glam rockowa muzyka z lat 60 miesza się z psychodelią lat 70 a to wszystko podane jest w oryginalny, progresywny sposób. Sian Greenaway oprócz świetnych warunków głosowych jest też utalentowaną flecistką, co udowadnia zarówno na Fever Dream jak i na Fandabinozi, bo taką nazwę nosi pierwszy album jej nowego zespołu. Ja osobiście zachęcam was do zapoznania się z oboma wydawnictwami, na playlistę trafia bowiem aż osiem utworów ozdobionych  magicznym głosem Sian.

Tak jak Fever Dream zostało wyróżnione na wrześniowej liście Doom Charts, tak Warped Vision amerykańskiej Psychlony zameldowało się na ten liście na najwyższym stopniu podium. Szczerze? Zero zaskoczenia bo jest to jedna z najlepszych psychodelicznych płyt tego roku. Przesterowane gitary, przeszywające wokale i hipnotyzujące, wciągające melodie sprawiają że odsłuch tego albumu jest jak prawdziwy muzyczny trip. I to bez flashbacków bo mimo, że kapela trzyma się swojego stylu to z płyty na płytę widzimy jej stałą ewolucję. Na playlistę trafiły dziś trzy utwory Psychlony, z których każdy to małe arcydzieło heavy psychu. Kto nie słuchał jeszcze prędko nadrabiać zaległości!

Kolejne pochwały należą się czeskiemu XIII. Stoleti, które po dłuższej przerwie nagrało jedną z najlepszych płyt w całej swojej dyskografii. Noc vlku jest zróżnicowana ale ani na moment nie traci typowego dla trzynastki ducha. Mamy tu ponure klimaty, wstępne skrzypce i ten aksamitno-grobowy wokal Petra Stepana. Jednym słowem legenda rocka gotyckiego po raz kolejny pokazuje jak należy tworzyć w tym gatunku. Jest to tak dobra płyta że ciężko wybrać swój ulubiony utwór, stąd na dzisiejszej playliście ląduje ich aż 5.

Znalazło się też na niej miejsce dla dwóch innych klasyków ciężkiego i melancholijnego grania. Lake of Tears to jeden z pionierów gothic/doom metalu. Co roku jesień zaczynam od odsłuchu Forever Autumn, natomiast mój pierwszy kontakt z muzyką tego francuskiego zespołu miał miejsce za sprawą wydanej w 2002 roku The Neonai. Jest to najbardziej elektroniczna płyta w ich dorobku, pełna sennych, czasem post-rockowych pasaży. Moje serce szczególnie kupiły dwa utwory - Return of Ravens i Can Die No More choć jako całość album sprawdza się równie dobrze. Od tygodnia odświeżam też sobie dyskografię amerykańskiego Khemmis. Ich muzyka początkowo była bliższa stonerowej wersji doom metalu by z czasem przejść w bardziej tradycyjne i epickie klimaty. Dziś chcę Wam przedstawić pierwszy utwór tej kapeli jaki kiedykolwiek słyszałem - Ash, Cinder, Smoke z debiutanckiej Absolution. Mam nadzieję, że dla wielu z Was też będzie to pierwszy krok do poznania całej dyskografii tego utalentowanego zespołu. 

Co z pozostałych gatunków? Przede wszystkim szykuję się już na koncert Powerwolfa i Hammerfalla, jaki będzie miał miejsce w przyszłym poniedziałek w Tauron Arenie. Ich supportem jest włoska grupa Wind Rose, której muzyka to zabarwiony folkiem power metal a tematycznie skupia się na postaci krasnoludów. W piątek światło dzienne ujrzała ich nowa płyta, solidna tak jak poprzedniczki. Po kilku odsłuchach w pamięć zapadły mi póki co dwa kawałki - The Great Feast Underground i To Be a Dwarf, które mam nadzieję usłyszę na żywo. Póki co łapcie ich studyjne wersje - oba są na plejce. 

Inni przedstawiciele tego najbardziej "fantasy-oriented" gatunku metalu to Kriloan i Timeless Fairytale - ich najnowsze albumy przez wielu uważane są za jedne z najlepszych wydanych w tym roku. Jak dla mnie na pewno są w czołówce.

Pora teraz na odrobinę progresji. Tu mamy utwory, które już pewnie znacie - zarówno Lunar Effect jak i Castle Mountain Moon trafiły tydzień temu do poprzedniego podsumowania. Dziś chciałbym tylko nadmienić że Six Tales of Perception tego ostatniego to jeden z najlepszych prog-rockowych debiutów tego roku. Dziś polecam z niego dwie opowieści - subtelne i pełne kompozycyjnego artyzmu.

Poza tym mamy jeszcze bardzo przebojowe, hard-rockowe Eclipse i rozpędzony folk metalowy Velesar - zespoły, które dziś może są słabiej reprezentowane ale na pewno warto sięgnąć po ich ostatnie albumy. Czas przy nich spędzony był dla mnie naprawdę przyjemny.

I to już koniec. Liczę, że playlista z dzisiejszym podsumowaniem przypadnie Wam do gustu i że polecicie mi też jakieś zespoły czy plyty, które Waszym zdaniem dobrze by do niej pasowały. Sława!

Playlista: 06.10.2024

piątek, 4 października 2024

Wrzesień 2024 - Podsumowanie Miesiąca

 


Kolejny miesiąc roku za nami. Pora więc na muzyczne podsumowanie września. Jak zwykle przy tej okazji mam dla Was krótkie notatki na temat arystów, których chciałbym wyróżnić. Uzbierało się ich dużo ale ja skupię się na tych najbliższych sercu i uchu. A więc zaczynajmy!

Bonsai Kitten - za nowy album Let it Burn, na którym coraz dalej odchodzą od swoich punkobilly'owych korzeni na rzecz bardziej metalicznych brzmień. Nadal jednak jest szybko, energicznie i drapieżnie choć pojawiają się też dłuższe i rozbudowane kompozycje. 

Szlugazer - za przekonanie mnie do shoegaze'a. Zanim poznałem ten krakowski skład raczej stroniłem od takiej muzyki. Wszystko zmieniło się za sprawą wydanej na wiosnę EP-ki a Domki z Azbestu, pierwszy długograj kapeli pokazał mi, że gapiąc się na buty można tworzyć ambitne i pełne emocji dźwięki, które na długo zostają w pamięci

Mammoth Volume - za połączenie pustynnego i dusznego klimatu stoner rocka z kunsztowną i nieraz zaskakującą progresją. Raised Up By Witches to druga z kolei płyta Szwedów po kilkunastoletniej przerwie. Druga niezwykle udana. Mam więc nadzieję, że z ich strony czeka nas jeszcze niejedna dostawa najlepszej muzyki

Epica - za całokształt twórczości, za wszechobecne symfoniczne wstawki, za piękny wokal Simone i te bardziej brutalne momenty, które sprawiają, że odsłuch albumów formacji to podróż przez przeróżne stany emocjonalne

Tezza F - za klasyczny, melodyjny, symfoniczny power metal. Kolejny udany debiut w tym gatunku. A skąd? Z Włoch, a jakże by inaczej?

Black Sites - za progresywny i mroczny hard rock. Albumy tej amerykańskiej formacji liczą zwykle tylko kilka kompozycji, za to na pewno stawiają na jakość a nie ilość.

Bostone - za świetny debiut w postaci wydanego niedawno Dark Times. Tłuste riffy, mroczny klimat i wwiercające się w ucho powolne melodie - to wszystko zamknięte w 40 minutach pierwszej klasy kamieniarza. Szkoda tylko, że ta polska kapela jest póki co tak skandalicznie nieznana...

Krzysztof Cugowski - za przyjemny, niepisany na siłę blues rockowy album Wiek to tylko liczba. Już sam tytuł krażka mówi nam wszystko bo Pan Krzysztof mimo 70-tki na karku nadal świetnie operuje głosem i nie schodzi poniżej pewnego poziomu

Wciórności - za debiutancki album pt. Upiory, na którym muzycy zawarli wszystko to, za co kochamy ich muzykę. Szczególne wyróżnienie dla Litanii do przydrożnego krzyża, której intrygujący tekst zahacza nieco o apokryf a nawet herezję, jest jednak niezwykle ciekawą interpretacją tematu

XIII. Stoleti - za singiel Ze stromu listi uz pada, który spełnił moje marzenia o nowej płycie czeskich gotyckich rockmanów. Album Noc vlku jest już na rynku i niepodzielnie triumfuje w moich głośnikach, stąd spodziewajcie się dość częstej obecności "trzynastki" w moich kolejnych podsumowaniach

Elephant Tree - za 10 lat działalności, świętowane przy pomocy EP-ki, na której znajdziemy m.in. utwór Sunday - eteryczny, melancholijny i niczym nie ustępujący najlepszym numerom grupy. Liczę, że ta mini-płytka to tylko rozgrzewka przed pełnoprawnym longplayem. 

My Dying Bride - za płytę 34,788%... Complete, kontrowersyjną w dniu premiery a docenianą dopiero po latach. Ja często do niej wracam i zachęcam do tego każdego fana umierającej panny młodej. 


Prócz wymienionej powyżej dwunastki warto wymienić też artystów, którzy wydali swe nowe płyty wcześniej (prog-rockowy Ritual, powerowy Drakkar) jak i te, z którymi dopiero pod koniec września zacząłem się osłuchiwać i z dużym prawdopodobieństwem będą grać pierwsze skrzypce w październikowych chartsach (hard rockowe Eclipse czy powerowy Krilloan). Sporo czasu poświęciłem też na okresowe powroty do starszych płyt, (Cisza Budki Suflera, Hell Yeah! hard-rockowego Black'n'Blue), także tych odkrytych na nowo wiele lat po premierze (tu przede wszystkim Journey of Souls space/power metalowego Keldian). 

Wszystko to składa się na wrześniową playlistę. Macie tu 30 zróżnicowanych utworów, więc myślę, że każdy czytelnik bloga znajdzie w niej coś dla siebie. A może odkryje coś całkiem nowego? Trzymajcie się i niech ten październik będzie dla wielu z Was dużo szczęśliwszy od września!

Playlista: Wrzesień 2024

poniedziałek, 30 września 2024

23.09-29.09.2024

 


Bez zbędnych wstępów zapraszam na ostatnie we wrześniu podsumowanie tygodnia. 

Zaczynamy podobnie jak w zeszłym tygodniu. Wiek to tylko liczba jest solową płytą Krzysztofa Cugowskiego. Były frontman Budki Suflera stawia na niej na solidną porcję bluesowo-rockowego grania. Utwory są zróżnicowane, od dynamicznych i niemalże hard rockowych po klasyczne ballady rockowe. Towarzyszą im często refleksyjne teksty, pasujące do kogoś kto dźwiga na karku te 70-parę lat ale w dalszym ciągu ma coś do przekazania tak młodszym jak i równym sobie wiekiem słuchaczom. Ja oczywiście zaliczam się do tej pierwszej grupy ale czuję, że przesłanie Pana Krzysztofa trafia też do mojej własnej podświadomości. A o to chyba w muzyce chodzi. Ambitne teksty przez długi czas były jednym ze znaków rozpoznawczych macierzystej kapeli wokalisty. Z repertuaru Budki Suflera wróciłem ostatnio do mojej ulubionej płyty z późniejszego okresu działalności grupy. Cisza to płyta kompletna, z pazurem i z refleksją, a głos Cugowskiego jest tu w szczytowej formie. Posłuchajcie zresztą sami. Na playliście znajdziecie 4 utwory z solowego albumu piosenkarza i trzy pochodzące ze wspomnianej przed chwilą płyty. 

Wokalistą nieco innego pokroju, choć też obdarzonym bardzo dobrym głosem jest Marcin "Velesar" Wieczorek. Swego czasu był frontmanem legendarnej już polskiej formacji folk metalowej - Radogosta. Niestety nagrana z nim płyta The Dark Side of the Forest z angielskimi tekstami budziła mieszane uczucia. Rozstanie, które nastąpiło jakiś czas później wyszło na dobre obu stronom. Velesar ze swoim własnym zespołem wydał już trzy świetne płyty, pełne szybkiego i dynamicznego folk metalu. Ostatnia z nich, Pogorzelisko ujrzała światło dzienne w zeszłą niedzielę i od tego czasu nie ma dnia, bym jej nie słuchał. Mamy tu chwytliwe melodie, udane połączenie gitar, rozpędzonej perkusji z szaleńczą grą skrzypiec i fletu a każdy z utworów opowiada interesującą historię. Moim ulubionym jest Kamienny Tron ale pozostałe trzy, które wrzucam na playlistę ustępują mu tylko nieznacznie. Nie zapominajcie też, że album składa się z 10 kompozycji a gdybym nie ograniczał się do tradycyjnej 30-tki to i kilka z nich też bym wyróżnił. Naprawdę, w kategorii folk metal Pogorzelisko jest jedną z kandydatek do tytułu płyty roku, i to nie tylko wśród rodzimych wykonawców. Brawo!

Nieco bardziej na południe znajduje się kraj, którego mieszkańcy mówią zbliżonym językiem do Polaków. W tej krainie, zwanej niekiedy Bohemą lata temu powstał zespół, który złotymi zgłoskami zapisał się w historii gotyckiego rocka, zdobywając popularność na całym świecie mimo trzymania się kurczowo strefy wolnej od angola. Pewnie się już domyślacie, że chodzi o XIII. Stoleti. Ta czeska formacja powraca w tym roku z pierwszym krążkiem z premierowym materiałem od wydanego w 2016 roku Intacto. Czy tak długa przerwa wyszła Czechom na dobre? Jak najbardziej. Na poprzednim krążku czuć było już pewne zmęczenie materiału a Noc vlku ponownie brzmi świeżo. Zespół czerpie pełnymi garściami z własnych doświadczeń (ponad 30 lat na scenie to niemało), dzięki czemu kompozycje są zróżnicowane i naprawdę dopracowane do ostatniej nuty. Mamy tu momenty wolniejsze, bliskie nawet epic doom metalowi (Pan havranu), spokojne ballady z pięknymi klawiszami (Cerna kocka) czy też utwory osobiste i pełne refleksji, utrzymane w średnim tempie Moj bratre moj. Jest to płyta, którą można zapętlać w nieskończoność. Gorąco polecam!

Kolejnym albumem, który słucha się bardzo fajnie, dzięki dynamicznym, wpadającym w ucho utworom jest druga część Megalomanium szwedzkiego Eclipse. Zespół Erika Martenssona po raz kolejnu udowadnia, że tradycje melodyjnego i przebojowego heavy metalu w najwierniejszej formie przetrwały właśnie w Skandynawii. Takie utwory jak The Spark, Falling to My Knees czy przejmujący Still My Hero to prawdziwe muzyczne petardy. Dynamiczne melodie, pełne energii gitary, doniosła sekcja rytmiczna, fragmenty śpiewane wspólnie przez wszystkich członków zespołu (tzw gang vocals) - nie powstydziłby się tego żaden amerykański band z Zachodniego Wybrzeża. Co ważne, Szwedzi nie tyle kopiują opracowane przez innych wzorce co rozwijają w sposób jak najbardziej twórczy.

Jeśli już przy melodyjnym rocku jesteśmy to warto zwrócić uwagę na niemiecką kapelę Violet, grającą mocno inspirowany latami 80-ymi aor. Niedawno ukazał się pierwszy singiel zapowiadający ich drugi album. Angelina (Talk to Me) z miejsca stała się jendym z częściej słuchanych przeze mnie numerów. Wszystko przez zaraźliwą melodię, ciekawy bridge z wstawkami wokalnymi gitarzysty i ogólnie bardzo ejtisowy klimat. I tak jak przy poprzedniej kapeli, ciężko posądzić Niemców o ślepe naśladownictwo. Czekam z niecierpliwością na więcej.

Ważną dla mnie premierą, jaka miała miejsce w piątek był album Warped Vision angielskiej Psychlony. Ta grająca neopsychodeliczny hard rock kapela trafiła do mnie dwa lata temu za sprawą Doom Charts. Jej poprzedni długograj, Palo Verde został zasłużenie wybrany albumem miesiąca. Teraz, gdy w moje ręce trafiło kolejne wydawnictwo kapeli oczekiwania miałem spore. I muszę przyznać, że Psychlona w pełni je spełniła. Otrzymujemy tu kawał naprawdę solidnego, urozmaiconego stonerowo/psychodelicznego grania. Muzycy nie boją się przesterowywać swoich gitar czy bawić się brzmieniem wokalu, tworząc w efekcie parny i duszny klimat. Już tytuł jednego z utworów, który wybrałem na playlistę (Smoke) obrazuje nam z czym będziemy mieć tu do czynienia. Ja jestem jak najbardziej na tak i czuję, że kolejne podsumowanie będzie w dużej mierze zdominowane przez Psychlonę. 

Dzięki Doom Charts miałem też po raz pierwszy styczność z twórczością londyńskiego The Lunar Effect. W kwietniowym zestawieniu ich drugi album Sounds of Green and Blue zajął drugie miejsce, ustępując tylko greckim miłośnikom trębaczy z Acid Mammoth. Mnie w tamtym czasie jednak na tyle zdominował debiut polskiego Tet, że na resztę wartościowej muzyki brakło po prostu czasu. Na szczęście w zeszłym tygodniu na jednej z zaprzyjaźnionych grup na Facebooku pojawił się pochodzący ze wspomnianej wyżej płyty utwór Ocean Queen a ja, korzystając z przymusowego odpoczynku od pracy (opieka nad przeziębionym dzieckiem, lecz czy to odpoczynek sami oceńcie ;) ) mogłem dać Brytyjczykom jeszcze jedną szansę. I dobrze się stało, bo The Lunar Effect to prawdziwa uczta dla każdego miłośnika progresywnego stonera, zahaczającego czasem o blues czy nadal dość kontrowersyjny grunge. A samo Ocean Queen ląduje na dzisiejszej playliście. Mam nadzieję, że tak jak w moim przypadku, będzie to dla Was tylko punkt wyjśćia do głębszego zanurzenia się w te psychodeliczne i niezwykle ambitne dźwięki.

A skoro było coś o progresji to nie sposób nie wspomnieć o dwóch niezwykle utalentowanych zespołach. Castle Mountain Moon to tegoroczny debiutant ale już wydane w lipcu Six Tales of Perception pokazuje, że mamy do czynienia z czymś wyjątkowym. Ja osobiście dopiero zaczynam przygodę z tą płytą ale już po kilku odsłuchach mogę Wam polecić refleksyjną i pełną emocji kompozycję Who. Drugim zespołem zaś jest Barock Project, o którym dość często pisałem czerwcu przy okazji premiery albumu Time Voyager. W tym tygodniu wróciłem na dłużej do tego krążka i dzięki temu odkryłem na nowo utwór Shibuya 3 A.M., który poprzednio nieco skrył się w cieniu bardziej "popularnych" kawałków. Teraz jednak dostrzegam pełnię artyzmu z jakim skomponowano i dopieszczono tę kompozycję i śmiało mogę ją uznać, za jeden z najciekawszych momentów na płycie. Jestem ciekaw Waszego zdania.

Co tu jeszcze mamy. Jak od miesiąca klika utworów holenderskiej Epici, trochę power metalu (Krilloan, Vision Divine, Tezza F i Eagleheart) a także jedną kompozycję z najnowszego albumu stoner/doomowej Alunah. 

I to już wszystko. Jak zwykle 30 utworów na playliście, do której link znajdziecie poniżej. Miłej lektury i odsłuchu a ja czekam na Wasze chartsy i polecajki. Trzymajcie się!

Playlista: 29.09.2024

piątek, 27 września 2024

4x4 - Playlista Tematyczna

 


Cześć wszystkim! Dziś mam dla Was playlistę, na którą trafiły cztery albumy czterech różnych zespołów, których łączy jedna cecha - na każdym z nich znajdziecie tylko 4 utwory (nie licząc ewentualnych bonusów, ale o nich nie dziś). Są to albumy, które darzę dużym sentymentem i spędziłem przy nich niejeden długi jesienny wieczór. Gdyż, tak, pomimo tego że ich tracklisty są dość krótkie, znajdziecie na nich kilkadziesiąt minut najlepszej muzyki. A oto i bohaterowie dzisiejszego artykułu:

1. Capilla Ardiente - The Siege (2019)

Położone wzdłuż zachodniego wybrzeża Ameryki Południowej Chile można uznać za najbardziej epic doom metalowy kraj kontynentu. Dość wymienić choćby Procession, debiutujący w zeszłym roku BlackFlow czy właśnie szykujący się do premiery swojego trzeciego długograja Capilla Ardiente. My dziś skupimy się na ich drugim krążku, liczącym już sobie 5 lat. Zespół być może nie wydaje albumów w jakimś zawrotnym tempie ale zwykle jest to rekompensowane ich jakością. Tak też sytuacja ma się z The Siege. Mamy tu cztery trwające plus minus 10-minut kompozycje, utrzymane głównie w średnich tempach i pełne podniosłej atmosfery. Niemniej jednak każda z nich zapada w pamięć i nie ma nawet krótkiej chwili znużenia. Kapela dba o to, by zawsze coś się w tych utworach działo - są i zmiany tempa i melodii, choć co najważniejsze bez utraty pewnej spójności. Dużą rolę gra tu masywna i wgniatająca w fotel sekcja rytmiczna a także wokal Felipe Plaza Kutzbacha, idealnie nadający się do tego rodzaju muzyki (co muzyk pokazał stojąc za drążkiem wspomnianego wcześniej Procession czy na naprawdę udanym, tegorocznym krążku SCALD). Jeśli chodzi o mnie to najczęściej wracam do drugiego na płycie, nieco bardziej kompaktowego jak na standardy zespołu The Crimson Fortress ale nie oszukujmy się, każdy z pozostałych trzech to małe arcydzieło epickiego doom metalu.

2. King Buffalo - Acheron (2021)

W 2021 roku amarykański zespół zapowiedział premierę nie jednego, nie dwóch ale trzech nowych albumów. Każdy z nich miał być nagrany w nieco innym stylu, adekwatnym do okresu pandemii, który miał wpływ na powstające kompozycje. Drugą częścią tej swoistej trylogii był wydany pod koniec tamtego roku Acheron. W przeciwieństwie do poprzednika jak i następcy, ten krążek charakteryzował się długimi, skomplikowanymi formami muzycznymi. Śmiało można powiedzieć, że jest to najbardziej progresywny punkt w dyskografii kapeli. Każdy instrument odgrywa tu ważną rolę, jest miejsce i na dużo basowych zagrywek, magicznie hypnotyzujące gitary jak i perkusję, która dopełnia pełnego psychodelii klimatu. I choć od premiery albumu minęło już 3 lata, cały czas mam wrażenie, że każdy kolejny odsłuch zawartych na nim utworów pozwala mi odkryć w nich coś dotychczas nieznanego. Myślę, że to najlepsza laurka jaką mogę wystawić tak niezwykłej i intrygującej płycie.

3. The Tangent - Songs from the Hard Shoulder (2022)

Tego zespołu fanom progresywnego rocka nie trzeba przedstawiać. Każdy inny powinien wiedzieć, że solowy (mniej lub bardziej) projekt Andy'ego Tillsona obecny jest na scenie od 2002 roku a opisywany dziś przeze mnie krążek to już 12e dzieło w jego długiej karierze. Mamy tu cztery premierowe utwory (w streamingach jest jeszcze bonus ale to taki reprise utworów z poprzednich albumów), z czego trzy to rozbudowane kilkunastominutowe suity a czwarta to swingująca, prowadzona przez dęciaki blues rockowa "piosenka". W tych dłuższych kompozycjach dostajemy za to całe bogactwo klawiszowych zagrywek ale i elektryczne gitary nie pozostają za bardzo w cieniu. Nie są to jednak typowe dla choćby power metalu pojedynki keyboardu z gitarą ale raczej coś na kształt filozoficznego dialogu. Instrumenty nie rywalizują ze sobą a raczej dopełniają się, można by rzec - kończą za siebie zdania. Nad tym wszystkim unosi się łagodny wokal Tillsona, który z charakterystycznym brytyjskim akcentem snuje nam swoje opowieści. Jest to też, jak to w prog-rocku powinno bywać, bardzo dopieszczony i starannie nagrany album, nie znajdziemy tu jednego zbędnego dźwięku ani jednej fałszywej nuty. Jeżeli jednak tak długie kompozycje są dla Was trudne do przełknięcia, możecie przesłuchać singlowych wersji niektórych utworów, zedytowanych do mniej więcej pięciu minut. Czy jednak jest sens odzierać tak niezwykłe suity z całej ich złożoności i aranżacyjnego bogactwa? Nie sądzę...

4. Tet - Tet (2024)

Ulubionym polskim poetą metalowców jest na pewno Tadeusz Miciński. Po wiersze tego tworzącego na przełomie XIX i XX wieku artysty sięgał już i Behemoth jak i folkowy Radogost. Są jednak zespoły, które zamiast czerpać ze spuścizny dawno zmarłych poetów, sami zaklinają w swoich tekstach ten młodopolski symbolizm. Jednym z nich jest debiutujący w tym roku zespół Tet, odwołujący się w swojej muzyce do stonera, doom metalu, psychodelii czy nawet kraut-rocka. Efektem tego jest niezwykle intrygująca, przejmująca i zmuszająca do myślenia muzyka. Eteryczne dźwięki, podkreślone aksamitnym, sennym wokalem dodają całości magicznego charakteru. Obcowanie z tak delikatną a jednocześnie złożoną twórczością to coś, co na długo zostaje w pamięci. Na self-tittled debiucie znajdują się, zgadnijcie, cztery utwory - trzy pierwsze z poetyckimi tekstami a ostatni na liście Włóczykije daje pole do popisu intstrumentalistom. Każdy z nich to minimum 10 emocjonujących, psychodelicznych minut do zanurzenia się w które gorąco wszystkich zachęcam.

Podsumowując, na dzisiejszej playliście znajdziecie tylko 16 utworów ale składają się one na nieco ponad 3 godziny przemyślanej i emocjonującej muzyki. Mam nadzieję, że zdecydujecie się ruszyć ze mną w tę niezwykle wciągającą i pełną niepowtarzalnych doznań muzyczną podróż. Wystarczy wcisnąć play...

Playlista: 4x4

Najpopularniejsze