Myślą przewodnią bloga jest dzielenie się moimi gustami muzycznymi z innymi, w duchu starego dobrego last.fm. Prezentuję na nim krótkie, cotygodniowe podsumowania aktualnie słuchanej muzyki, rankingi i zestawienia połączone jakimś tematem przewodnim. Do każdego postu staram się dołączyć link do dedykowanej mu playlisty na Spotify. Zapraszam do lektury szczególnie miłośników ciężkich brzmień - rocka i metalu.
piątek, 23 stycznia 2026
Rekomendacje Muzycznej Kroniki #8
poniedziałek, 19 stycznia 2026
12.01-18.01.2026
W ten jakże mroźny poniedziałek pragnę zaprosić Was na muzyczne podsumowanie tygodnia. Dźwięki, które mi przez ten czas towarzyszyły w pewien sposób korespondowały z pogodą. Znalażło się co prawda też trochę cieplejszych brzmień ale to jednak chłód był słowem kluczem łączącym ze sobą część artystów.
Pierwszy argument. Na dzisiejszej playliście najwięcej utworów należy do włoskiego projektu Arctic Plateau, grającego coś pomiędzy post-rockiem, depresyjnym blackiem i shoegaze'm. Eteryczne, chłodne dźwięki, rozmyte gitary, łagodne wokale przeplatane gdzieniegdzie rozpaczliwym, gardłowym krzykiem. Jest to muzyka, która na pewno spodoba się miłośnikom Alcest ale o bezrefleksyjnym kopiowaniu wzorów mistrze Neige'a nie ma tu mowy. Gianluca ma w rękawie sporo swoich pomyslów i z każdą kolejną płytą jego muzyczna osobowość zaznacza się coraz mocniej. Ja w tym tygodniu sumiennie przeszedłem przez wszystkie trzy albumy projektu i z każdego z nich przekazuję Wam przynajmniej jeden utwór.
Alcest a także kultowy swego czasu Lifelover stanowiły również główne źródło inspiracji dla szwedzkiego Apati, którego Morgongaden... jest jednym z moich ulubionych albumów reprezentujących nurt dsbm. Warto o nim pamiętać, bo tak jak w przypadku bardziej znanych rodaków, główny kompozytor odszedł zdecydowanie za wcześnie.
Zupełnie inny rodzaj black metalu gra francuskie Abduction. Już tydzień temu polecałem Wam ich epicki album Jehanna. Dziś mogę tylko potwierdzić, że nie było to chwilowe zauroczenie.
Zauroczony można też zostać słuchając Last Leaf Down i ich zeszłorocznego krążka Weigh of Silence. Swego czasu pisałem o nim w bardzo ciepłych słowach, później jednak stopniowo rzadziej u mnie gościł. Nie wiem czemu, bo gdy teraz przypomniałem sobie takie kompozycje jak A Quiet Lost War czy Cold Heart zaczynam żałować, że nie uwzględniłem ich w mojej całorocznej topce.
Romantyczno-gotycki klimat po wielu wielu latach przerwy udało się wskrzesić Finom z For My Pain... Przyznam, że już dawno temu straciłem nadzieję na nowy krążek tej, przynajmniej w momencie powstania, supergrupy (obok muzyków znanych z Eternal Tears of Sorrow w nagraniu debiutu brał udział m.in. sam Tuomas z Nightwisha). Czasem jednak dobrze być w błędzie a Buried Blue to naturalna kontynuacja starszej o 23(!) lata Fallen. Co ciekawe, jedną z najlepszych pozycji na trackliście jest Windows Are Weeping, przez użycie dud i gościnny wokal Troya Donockley'a mocno kojarzący się z współczesną twórczością Nightwish właśnie. Tyle, że, cóż, ten jeden tylko numer zjada wszystko to, co trafiło na Yesterwynde. Sorry Tuomas...
Kolejny tydzień jestem pod wrażeniem drugiego albumu warszawskiego Smoke Rites. I nie tylko przez wzgląd na wokal Moniki Adamskiej-Guzikowskiej w Death Is a Five Letter Word ale i za rasowy stonerowy banger w postaci The Devil's Advocate czy pozostałe 5 numerów, jakie trafiły na Eager Eyes of Talion. Napisałbym, że to gruz na światowym poziomie ale ludzie, polski gruz aktualnie to właśnie ten "international level". Nie ma więc zaskoczenia.
Zaskoczyło mnie miło natomiast Beyond the Black. Gdy w internetach pojawiały się pierwsze single zapowiadające szósty krążek niemieckiego kwartetu obawiałem się trochę o jakoś całej płyty. Po interesującym i energicznym Rising High i przebojowym utworze tytułowym kolejne dwie pozycje były takie hmm nijakie. Gdy jednak w końcu zanurzyłem się w cały krążek, słuchany od deski do deski okazało się, że niejedna struna mojej duszy zaczyna rezonować symetrycznie z muzyką zespołu i krystalicznym, mocnym jak zawsze wokalem Jennifer Haben. A liczne folkowe wstawki, jak we wspomnianym już Rising High czy urastającym do rangi najlepszego na płycie Let There Be Rain to strzał w dziesiątkę. Słucham namiętnie i nic nie zapowiada bym tego zaprzestał.
To były premiery sprzed 1,5 tygodnia a jak w moich uszach odnalazły się, dość głośne zresztą, nowości z tego piątku? Cóż, Soen i Kreator bez zaskoczenia ale i bez rozczarowania. Obie ekipy trzymają się swojego, wypracowanego przez lata stylu. Pierwsi dopieszczają lekko gotycki, melodyjny prog, raz bardziej metalowy, raz jednak bliższy nowoczesnemu hard rockowi. Coraz więcej tu Soen, coraz mniej Tool. I tak chyba powinno być. Rewolucji też nie mamy u weteranów teutońskiego thrashu, choć ostatnie kilka krążków Kreator mogło by być klasyfikowane jako melo-thrash (przez analogię do melo-deathu a to właśnie inspiracje goteborską szkołą stały za odrodzeniem jakiego zespół dostąpił przy okazji Violent Revolution). Nie spodziewałem się innego grania i może dlatego jako jeden z nielicznych w polskim internecie nie czuję się zawiedziony. A ten symfoniczno-gotycki sznyt w utworze tytułowym przywodzący na myśl moją ukochaną Endoramę to dodatkowe pól punktu za styl.
W piątek światło dzienne ujrzała też płyta, którą mogę śmiało nazwać moim największym odkryciem 2026 roku (a przynajmniej jego pierwszych kilkunasty dni). Cold Night for Alligators wpadło mi w oko przypadkiem, gdy przeglądałem nadchodzące premiery na portalu Metal Storm. W rubryce genre stało: djent/progressive math metal a gdy spojrzałem na kraj pochodzenia (Dania), wiedziałem, że moge spodziewać się czegoś niezwykłego. Przykłady takich formacji jak VOLA czy rozwiązany niedawno Isbjorg to tylko najbardziej jaskrawe przykłady tego jedynego w swoim rodzaju, chłodnego, duńskiego prog-metalu. I taką właśnie muzykę znajdziemy na With All That's Left. Trochę eteryczną, trochę połamaną, z jednej strony refleksyjną a z drugiej aż krzyczącą od nagromadzonych emocji. Czuję, że przy jej akompaniamencie spędzę niejeden styczniowy wieczór.
Ostatnio mam znów ochotę na poznawanie klasyki thrash metalu. Po Xentrix i ich debiucie Shattered Existence zainspirowany ostatnią audycją Epoka Żelaza sięgnąłem po drugi krążek Flotsam and Jetsam zatytołany No Place for Disgrace. Co mogę rzec po kilku odsłuchach? Kawał dobrego thrashowego łomotu, agresywnego i szybkiego. Wydaje mi się też, że nieco mniej melodyjnego niż Doomsday... ale w dobrym thrashu to nie powinno chyba stać na pierwszym miejscu.
W dyskografii Cats in Space, przez którą podróżuję od pewnego czasu przyszła kolej na Atlantis. Pierwsza płyta z Damienem Edwardsem za mikrofonem i pierwsza, którą przesłuchałem w całosci. To właśnie pochodzący z niej Magic Lovin' Feeling jest źródlem mojej niesłabnącej od 6-7 lat fascynacji tym brytyjskim zespołem. Jest to krążek pełen przebojowych nut, soczystych gitar i głośnej perkusji, z qeenopodobnymi harmoniami wokalnymi i pewną, nieco mniejszą niż poprzednio, dozą progresywności. Głos Damiena też robi swoje, nieco cieplejszy i mniej ochrypły niż Paula Manziego ale potrafiący unieść i te bardziej agresywne linie melodyczne. Na playliście znajdziecie trzy utwory z Atlantis, z czego przynajmniej dwa (obok wspomnianego Magic też Queen of the Neverland) to absolutny top jeśli chodzi o całą dyskografię "kotów".
Ok, a gdzie power metal? Złośliwi może powiedzą, że przecież już pisałem o Kreator. Ja jednak zachowam powagę i przyznam, że rzadziej sięgam ostatnio po mój ulubiony podgatunek metalu. Czasem sobie posłucham różnych płyt niemieckiego Dawn of Destiny (z moją ulubioną Of Silence na czele), nadal mocno działa na mnie też prog/powerowy Sands of Eternity i ich utwór 6000. Na fali powtórek z zeszłego roku poświęciłem też więcej czasu debiutowi grupy Dragonknight zatytułowanemu Legions. Finowi potrafią w power metal a ich wokalista, Mikael Salo, swego czasu pokazał się z bardzo dobrej strony na pierwszej płycie Metal de Facto. I chociaż Legions ostatecznie nie trafiło do mojego Podsumowania Roku to jest to jeden z ciekawszych debiutów w gatunku ostatnich kilku lat. Dajcie mu szansę.
I to wszystko na dziś. Liczę, żę popołudnie spędzone przy dobrej muzyce ogrzeje lepiej niż ciepły koc i gorące kakao. A że można to połączyć to wiecie co robić. Link do playlisty poniżej a ja mogę Wam życzyć tylko - trzymajcie się cieplutko i dajcie znać jak Wam minął tydzień.
piątek, 16 stycznia 2026
Czarny Bez + Jarzmo, Viimaheim - Kraków 09.01.2026 - Setlista
Sława wszystkim moim czytelnikom! Jak zapewne wiecie, a przynajmniej te kilka osób, które na FB wyświetliły rolkę/relację (nie wiem szczerze mówiąc jaka jest między nimi różnica ale Twarzoksiążka zachęca do ich tworzenia bo ponoć zwiększa to zasięgi :p ) w piątek byłem na koncercie. I nie był to zwyczajny koncert tylko folkowo-gruzowo-metalowe misterium. Pierwotnie wydarzenie miało odbyć się w grudniu ale w ostatniej chwili przesunięto je o 3 tygodnie. Szczęśliwie nie na sobotę (jak miało być w grudniu), bo miałem wtedy urodziny siostrzeńca i musiałbym podjąć bardzo trudną decyzję. Na szczęście nie musiałem rozczarowywać siostry i mogłem złapać dwie sroki za ogon. Także niniejszym zapraszam na relację z tego niezwykłego koncertu.
Przyznam, że w trakcie studiów w Krakowie (zamierzchłe dzieje) miałem okazję odwiedzić kilka klubów muzycznych. Niektóre z nich zresztą już nie istnieją (jak Fabryka czy legendarny Kitsch, choć tu raczej kończyło się imprezy a nie chodziło na koncerty :p ) ale w Gwarku byłem pierwszy raz. Jest to zdecydowanie mniejszy format od również kameralnego Zaścianku ale wiecie, że takie lokale mają swój urok. Brak wyraźnych barier dzielących artystów i publikę, muzycy luźno konwersujący z fanami a potem schodzący ze sceny prosto w ich objęcia. Nie da się tego porównać ze sterylną atmosferą wielkich, stadionowych imprez. Tak też było w zeszły piątek i pozostawiło po sobie wiele ciepłych wspomnień.
Kolejnym plusem takich gigów jest obecność supportów, mniej znanych artystów, którzy dostają szansę pokazania się przed większym gronem odbiorców. Ba, czasem nawet okazuje się, że wśród nich znajdą się prawdziwe perełki, kradnące show gwiazdom wieczoru. Tego piątkowego wieczoru jako pierwszy na scenę wszedł jednoosobowy średniowieczno-rockowy zespół o nordyckiej nazwie Viimaheim. Kto (lub co) wchodzi w skład tego "zespołu"? W dłoniach buzuka, na jednej stopie tamburynka a druga uderzająca w stopę bębna, na którym siedział artysta. Od razu duże brawa za koordynację ruchową. W oczach osoby, która równocześnie potrafi tylko spać i oddychać ogarnianie tylu rzeczy naraz budziło prawidziwy podziw. Brawa również, a może przede wszystkim, należą się za muzykę, choć w całości instrumentalną to bardzo klimatyczną i niebojącą się sięgać po różne inspiracje - celtyckie, nordyckie czy nasze słowiańskie (świetna interpretacja Hej sokoły i Czerwone korale, nawiązanie do filmu Chłopi). Były też partie mocno kojarzące mi się z soundtrackiem do Aktu II z gry Diablo II (miasto Lut Gholein i pustynne krajobrazy). Viimaheim sprawnie operował też tempami, przeplatając bardziej refleksyjne, stonowane kompozycje z galopadami zahaczającymi o, jak sam stwierdził, black metal (swoją drogą czy istnieje coś takiego jak medieval acoustic black metal?). Na koniec dostaliśmy też własną interpretację klasyki viking metalu spod znaku Amon Amarth. Powiem Wam, że choć kilka razy byłem już na folk-metalowych koncertach to takie akustyczne, instrumentalne granie w wersji live było dla mnie bardzo przyjemną nowością i dobrym wprowadzeniem na resztę wieczoru. Po występie udało się nam zbić piątki, chwilę pogadać o AGH-u, UJ-ocie, windzie z Babilonu a ja zaopatrzyłem się w elegancki, drewaniany otwieracz do piwa z logiem muzyka. Do mojego ulubionego "barley wine" będzie jak ulał.
Następnie trafiliśmy w bardziej psychodeliczne, medievalpunkowe (czyt. średniowieczna wariacja nt steampunka, nie muzyki punkowej) klimaty. Duet Jarzmo to objawienie ostatnich lat na polskiej scenie muzycznej. Muzyka ludowa w nowoczesnej, stonerowej odsłonie, hipnotyzujące, przesterowane dźwięki nyckelharpy z akompaniamentem mocnych, perkusyjnych uderzeń to sztuka jedyna w swoim rodzaju. Czytelnicy Muzycznej Kroniki pewnie kojarzą ich debiut z 2024 roku, który nieraz pojawiał się w moich tygodniowych podsumowaniach. Byłem bardzo ciekaw jak taka mocno kontemplacyjna, wymagająca skupienia muzyka wypadnie na żywo ale okazało się, że Kasia Bobik i Piotr Aleksander Nowak oczarować słuchacza potrafią nie tylko w studiu. W oparach dymu i niebiesko-pomarańczowych (jak sznurówki Piotra ;) ) świateł przenieśliśmy się w całkiem inny, surrealistyczny świat. Występ rozpoczął się od mojego ulubionego Pługa, z hipnotyzującym rytmem i przekornym tekstem. Część widowni wyraźnie była zaskoczona, nie spodziewała się chyba takich "wyższych stanów świadomości". Myślę jednak, że z każdym kolejnym utworem lepiej poznawała brzmienia duetu i potrafiła się wczuć w klimat tworzonej przez nich muzyki. Mnie osobiście urzekły zarówno już znane kawałki jak i zdolności muzyków do improwizacji. Na koniec z ust Piotra usłyszeliśmy ważną deklarację na temat streamingów i promowania przez serwisy muzyki tworzonej przy pomocy lub też wyłącznie przez sztuczną inteligencję. Muszę tu od razu uściślić dwie, no może trzy rzeczy. Gdyby nie streaming, zapewne nie poznałbym twórczości Jarzma ale jak z każdej technologii, warto korzystać z niego rozsądnie i wspierać artystów też w inny sposób, jak właśnie wizytą na koncercie czy kupnem płyt, merchu czy mp3 z bandcampa. Aplikacji do tworzenia muzyki czasem sam używam ale jedynie do ożywienia pisanych do szuflady tekstów, trochę by połechtać wlasne ego ale i tak tylko na użytek domowy a mogę już teraz zadeklarować, że łamy Muzycznej Kroniki nigdy nie staną się miejscem promocji wygenerowanej przez AI muzyki.
Przyszedł w końcu czas na gwiazdę wieczoru. Równie oryginalny choć jednak nieco inny styl prezentuje już od kilku lat skarżyski Czarny Bez. Mamy tu połączenie industrialnego metalu z muzyką ludową i tematyką słowiańską i ogólnopogańską. Muzycy "metalizują" lokalne legendy ale i opowiadają o znanych z historii wydarzeniach. Na scenie też prezentują się widowiskowo, w maskach, piórach czy klasycznie już steampunkowych okularach. Pamiętam jak lata temu usłyszałem ich po raz pierwszy za sprawą Postrzygi. Jeden odsłuch wystarczył bym wpadł w ich sidła na zawsze a piątkowe wydarzenie było dla mnie prawidziwym ukoronowaniem trwającej od 2022 roku fascynacji. Koncert zaczął się właśnie od inspirowanej historią Słowian połabskich Arkony. Dobra decyzja, bo gdy już zaczęliśmy skandować tytułowy wyraz w refrenie to tego swodobnego kontaktu z zespołem nie straciliśmy aż do ostatniej nuty. Potem przyszły kolejne mocne i rytmiczne kawałki takie jak Jaryło, Jaruna, Jarowit, Bitwa nad Tollense czy Noce Kupały. Świetnie też w wersji live sprawdziła się Makabreska czyli śpiewany w gwarze świętokrzyskiej (pozdrawiam teściów z Buska-Zdroju) Noc w leście, w wersji studyjnej jakoś zbyt często pomijany przeze mnie. Miłym zaskoczeniem była obecność Wodnicy w setliście. Jest to świetny kawałek ale przez to, że rozkręca się stopniowo nie dal każdego mógł być koncertowym pewniakiem. Zdradzę Wam, że wypadł kapitalnie. Duża w tym zasługa wokalistki, Lubej, której zdolności interpretacyjne, zabawa wokalem a nawet groźne ryki bardzo udanie zgrywa się z nieco mechaniczną, surową muzyką. Nie oznacza to oczywiście, że kompozycje nie są dopieszczone a elektroniczne wstawki, fragmenty śpiewane przez megafon czy recytowany wstęp do Peruna to smaczki, które zadowolą niejednego "konesera sztuki". Doceniam też umiejętności organizacyjne muzyków, którzy prócz gry na swoich instrumentach musieli dodatkowo obsługiwać te wszystkie efekty. Bez nich jednak brzmienie Czarnego bzu straciłoby część jedynej w swoim rodzaju magii. Magii, która unosiła się w powietrzu od pierwszych akordów Arkony aż po bisy, wśród których nie mogło zabraknąć mojej ulubionej Marzanny. Chyba nie tylko mojej, bo gdy tylko kapela wróciła na scenę, tłum jednomyślnie zaczął się domagać właśnie tego numeru. A w wersji konceertowej to była prawdziwa bomba. I choć po Marzannie zespół zaprezentował jeszcze co najmniej dwa utwory, to fraza "Ty studzisz mą gorącą krew, którą na kamień ofiarny przelałam" towarzyszyła mi przez całą drogę do domu a nawet jescze dłużej.
To był wieczór pełen emocji, spotkania z niezwykłą, daleką od mainstreamowych tropów muzyką, której kontemplacja w takiej atmosferze i takim towarzystwie była prawdziwą przyjemnością. Dziękuję wszystkim artystom i za świetny show i za chwilę rozmowy, pamiętkowe zdjęcia i autografy. Chciałbym zachować choć część tej piątkowej magii na dłużej i móc podzielić się nią z Wami. Przygotowałem więc playlistę z zagranymi na koncercie utworami. A w zasadzie dwie, bo postanowiłem przełamać choć na chwilę monopol "zielonej platformy" i dać szansę Tidalowi. Pamiętajcie jednak, używajcie streamingów rozsądnie a gdy już znajdziecie jakiś "nowy ulubiony zespół" starajcie się go wspierać też w bardziej wartościowy sposób :) Na plejkach nie ma niestety niektórych utworów Jarzmo ani całego setu Viimaheima, który swój debiut dopiero nagrywa ale podrzucam link do jego konta na YouTubie. Miłego odsłuchu i do zobaczenia gdzieś tam na jakimś innym koncercie, a tych w najbliższych miesiącach nie zabraknie!
poniedziałek, 12 stycznia 2026
05.01-11.01.2026
Jedenaście dni 2026 roku już za nami i rynek muzyczny powoli budzi się ze snu. Wśród nowości jakie trafiły do mej biblioteki w ostatnim tygodniu jest już kilka premier ale nadal jest czas na nadrabianie zaległości i polecajki od znajomych. Tak więc w dzisiejszym artykule myślę, że znajdziecie wszystkiego "po trochu".
Zacznijmy od nowości, zwłaszcza tych piątkowych. Co prawda w weekend znów wypadł mi wyjazd do rodziny więc słuchałem ich raczej z doskoku to i tak pewne utwory już utkwiły mi w pamięci. Były to Break the Silence, tytułowa piosenka z nowej płyty symfoniczno-metalowego Beyond the Black, WitchBitch Elite powracających po dłuuuugiej przerwie gotyckich metalowców z For My Pain... (serio, nie sądziłem że panowie zbiorą się i nagrają nowy album!) i coś z naszego polskiego podwórka - Death Is a Five Letter Word stoner doomowego Smoke Rites z gościnnym udziałem Moniki Adamskiej-Guzikowskiej (TOŃ). Tak, wszystkie te kawałki były wcześniej wypusczone jako single ale dla mnie to dobry punkt wyjściowy do dalszej eksploracji zawierających je wydawnictw. I taką eksplorację mam w planach na najbliższe dni.
Singlem nie był za to Kotlin, wieńczący The Genghis Khan EP to End All Genghis Khan EPs - czteroutworową minipłytę mistrzów metalowej parodii z Nanowar of Steel. Od razu zaznaczam, nie jest to hołd oddany polskiemu producentowi ketchupu tylko jednemu z języków programowania, co ma też dość adekwatne odbicie w warstwie tekstowej.
Nowością w mojej bibliotece jest zespół Xentrix, choć generalnie wcale do "nowych" nie zależy. Ta trashowa ekipa swą karierę zaczęła bowiem w 1988 roku (a pod pierwotną nazwą nawet 4 lata wcześniej) a ja, zachęcony przez Metal Frenzi wzmiankami o "romantycznej melodyce" z ciekawości sięgnąłem po ich liczący już 37 lat debiut. I rzeczywiście Shattered Existence pełny jest "metalikowego" thrashu (zwłaszcza z okresu Ride i Master) z wyraźnie akcentowaną (ale nie tak jak w power metalu) melodyjnością. Słucha się tego bardzo przyjemnie a zwłaszcza dwóch utworó, które od razu wrzucam Wam na playlistę - Balance of Power i Crimes.
Pamiętacie może zespół Vehemence? Epicki, średniowieczny wręcz black metal, który swego czasu zagościł na chwilę na mojej stronie? Jeśli tak, to zaciekawi Was na pewno inny przedstawiciel tamtejszej sceny czarno-metalowej. Abduction to kapela na Encyklopedia Metallum klasyfikowana jako progressive black/death metal. Ja jednak na płycie Jehanne słyszę prawidziwie epicki, melodyjny black - z tnącymi niczym damascenśka stal riffami, nawałnicami perkusji i absolutnie mistrzowskim połączeniem harshów z czystym, niebezpiecznie przypominającym Tilla Lindemana wokalem. Dziękuję Jakub Fyda za polecenie kolejnej po Vehemence właśnie blackowej perełki.
Tej około black metalowej muzyki zresztą było u mnie więcej. Przypomniałem sobie m.in. jeden z albumów depresyjnego Apati - Morgondagen inställd i brist på intresse. Lata temu miałem mocną fazę na takie właśnie peryferyjne granie, mocno wchodzące w shoegaze czy depresyjny rock. W brzmieniu Apati zawsze było słychać wyraźne inspiracje absolutnymi guru tego ruchu - szwedzkim Lifelover i francuskim Alcest, co zwłaszcza czuć w moim ulubionym numerze Lamna Mig Ifred. Według niektórych te wpływy aż nazbyt silne ale jak było naprawdę chyba nigdy się nie dowiemy, bo jeden z głównych kompozytorów, Obehag zmarł w 2011 roku po przedawkowaniu metadonu.
Parę dobrych lat temu, gdy szukałem na laście zespołów podobnych do Alcest, trafiłem na włoski projekt Arctic Plateau. I choć black metalu jest tu dosłownie krztyna, całość brzmi bardziej post-rockowo i shoegaze'owo to Gianluca Divirgilio potrafi zakląć w swych dźwiękach trochę takiego mizantropijnego chłodu, łagodnej refleksji czy zimowej melancholii. Jako dobry przykład niech posłuży Alive, jedna z kilku kompozycji projektu, do której czuję największy sentyment.
Jest też jedna premiera z poprzedniego tygodnia, do której dopiero teraz porządnie przysiadłem. Mowa o Elevation death/doomowego duetu Enshine. Jest to ich pierwsza od 11 lat płyta długogrająca (nie liczę EPki Transcending Fire z 2021) i spełnia na pewno pokładane w niej nadzieję. Melancholijne, przestrzenne ale jednocześnie ciężkie granie, przewaga growlingu z krótkimi, budującymi klimat wstawkami łągodnego czystego wokalu pokazują, że w szerokim świecie doom metalu jest jeszcze miejsce na takie klasyczne, gotyckie granie.
Podobnie rzecz ma się z czanogórskim Dvoeverie. Ich nowy album Byrdcynn regularnie gości u mnie od dnia premiery, zmienia się tylko najczęściej słuchany utwór. Tym razem najchętniej sięgam po Delight in Dark.
Pisałem na wstępie o nadrabianiu zaległości. W przypadku Power Train dowodzonej przez Tommy'ego Johanssona power metalowej Majestica nie było to stricte nadrabianie ale czułem, że po premierze nie poświęciłem jej odpowiednio dużo czasu. Wróciłem więc do niej i był to bardzo mile spędzony czas. A że przy okazji odświeżyłem sobie też Christmas Carol, epkę inspirowaną Opowieścią Wigilijną Ch. Dickensa to tylko wartość dodana.
Power metalu było zresztą więcej. Weźmy na przykład Ride Into Obsession Blind Guardian, najlepszą kompozycję inspirowaną serią pt. Koło Czasu Roberta Jordana, prywatnie moją ulubioną serią fantasy. Warto też napomknąć o Dawn of Destiny, jednej z moich ulubionych power metalowych formacji z kobiecym wokalem. W tym tygodniu przypominałem sobie ich drugi album z kapitalnym Days of Crying na czele.
Ulubioną płytą ostatniego tygodnia jest natomiast u mnie The Six Thousand nagrana przez prog-powerową grupę Sands of Eternity. Tak jak tydzień temu zachwycałem się pojedynczym 6000 tak teraz doceniam już w pełni cały krążek, solidny i pod względem kompozycyjnym, aranżacyjnym jak i melodycznym. Na dzisiejszej playliście reprezentują go aż 4 utwory, różnorodne ale w tej różnorodności jednakowo intrygujące.
Z rocka progresywnego warto wspomnieć o malezyjskim Martin Vengadesan & The Stalemate Factor (album The Rook's Siege) i jednoosobowym projekcie Cosmograf (The Orphan Epoch). Zaskakujące jest jednak jak do swojego hard-rockowo/power-popowego stylu elementy progresywne potrafił włączyć na płycie Day Trip to Narnia brytyjski Cats In Space. To już czwarty krążek tej grupy i ostatni z Paulem Manzim na wokalu. Cechą wyróżniającą go na tle całej dyskografii (sumiennie przeze mnie odsłuchiwanej od kilku tygodni) jest siedmioczęściowy The Story of Johnny Rocket, w którym znajdziemy i przebojowe melodie i instrumentalne przerywniki, i dynamiczne gitary i elektroniczne popisy. Day Trip to Narnia wskakuje niniejszym na moją prywatną listę "albumów progresywno-AOR-owych".
Po sobotnim koncercie Czarny Bez nadal mam w głowie niejeden kawałek, jednak najgłębiej wryła się chyba Wodnica - mitologiczne wytłumaczenie, czemu mężczyźni boją się kranu 😉 Już niedługo wrzucę relację więc stay tunes.
Nie zapomniałem też o The Riven i wydanym (już) rok temu Visions of Tomorrow, choć tym razem nad utwór tytułowy zdecydowanie przedłożyłem przebojowy i rytmiczny Set My Heart on Fire.
Na dziś to wszystko. Teraz Wy nie zapomnijcie i podrzućcie proszę swoje podsumowania lub polećcie jakąś ciekawą i pasjonującą muzykę. Zapraszam też do odsłuchu playlisty, do której odnośnik znajdziecie pod artykułem. Miłego dnia!
piątek, 9 stycznia 2026
Marco Pastorino - Playlista Tematyczna
Zgodnie ze złożoną już kilkukrotnie, czy to w poprzednich postach czy komentarzach na FB, obietnicą przynoszę Wam dziś artykuł i playlistę poświęconą jednemu z najbardziej cenionych aktualnie w świecie power metalu (i nie tylko) muzykowi. Pani i Panowie, przed Wami gitarzysta i wokalista, kompozytor i autor tekstów - Marco Pastorino.
Artysta urodził się 17 września 1988 roku w Acqui Terme, niewielkim miasteczku we włoskim Piemoncie. Dorastał w okresie wielkiego power metalowego boomu w Italii, za którym stały przede wszystkim Rhapsody of Fire i Labyrinth, choć do swych ulubionych artystów zalicza przede wszystkim Edguy, Dream Theater i Savatage. Jest to wyraźnie widoczne w jego karierze muzycznej, gdyż głównie sięga po stylistykę power i prog metalową.
Najbardziej znanym zespołem Marco, jego opus magnum jest na pewno Temperance, któremu przewodzi już trzynasty rok. Na koncie mają już siedem udanych i bardzo dobrze odebranych przez publiczność płyt. Pastorino, w zależności od albumu albo ogranicza się tylko do gry na gitarze (jak choćby na moim ulubionym Viridian) albo wspomaga też zespół wokalnie, co miało miejsce zarówno przed przyjściem Michele Guaiatolego jak i na ostatnim, wydanym przed dwoma laty Hermitage - Daruma Eyes Pt. 2, będącym swego rodzaju metalową operą. Na uwagę zasługuje też, że prócz typowo powerowego falsetu w jego repertuarze znajdziemy też bardziej agresywne formy ekspresji wokalnej.
Czytelnicy mojej strony jeszcze w pamięci na pewno mają, w co mocno wierzę, jedną z najlepszych płyt końcówki zeszłego roku. Mowa o Symphony of the Universe, drugim krążku projektu Cristiano Filippini's Flames of Heaven, będącym dla mnie jednym z symfoniczno-powerowych arcydzieł. Jeśli dobrze zinterpretowałem wywiad udzielony przez Cristiano jednemu z zagranicznych portali, autorem tekstów na tym inspirowanym anime i mangą Saint Seiya wydawnictwie jest właśnie Marco, za co ma u mnie kolejny duży plus. Zresztą, jego wokal słyszymy też na debiucie Flames of Heaven, do którego planuję wkrótce mocniej przysiąść.
W 2022 roku Pastorino połączył siły ze znanym z Serenity i Warkings Georgem Neuhauserem by nagrać z kolei power metalowy debiut roku. Mowa o projekcie Fallen Sanctuary i muzycznie dynamicznej i energetycznej a tekstowo podejmującej wiele trudnych tematów Terranova. Muzykom udało się tu odtworzyć magię towarzyszącą power metalowi w pierwszej dekadzie XXIw. Zresztą sama nazwa projektu zaczerpnięa z wydanej w 2008 roku płyty Serenity (mój pierwszy kontakt z zespołem) wiele już mówiła o ich inspiracjach. Co ważne, ptaszki śpiewają, że panowie pracują obecnie nad kontynuacją Terranovy. Czuję, że będzie na co czekać.
Sam Pastorino też dwa lata temu zasilił szeregi austriackiej kapeli i jego gitarę (a także miejscami wokal) możemy usłyszeć na płycie Nemesis AD, która jest co prawda bardziej kamelotowa niż Fallen Sanctuary ale broni się dopracowanymi i przyjemnymi dla ucha kompozycjami.
Inne power metalowe projekty i zespoły, w których słyszymy głos i/lub gitarę Marco to choćby melodic powerowy Wonders, gdzie łączy siły z niemniej utalentowanym i rozpoznawalnym muzykiem, grającym na klawiszach Bobem Katsionisem (m.in. Serious Black, Firewind, Revolution Renaissance), duety z Adrianne Cowan pod postacią Light&Shade czy nieistniejące już Bejelit.
Drugim obliczem Marco Pastorino, o którym pisałem na wstępie jest to progresywne i tu przede wszystkim trzeba wspomnieć o założonym przez niego rok przed Temperance i prowadzonym niemal równolegle Virtual Symmetry. Swego czasu zaciekawiła mnie ich eponimiczna płyta z 2022 roku ale z różnych przyczyn nie mogłem poświęcić jej odpowiednio dużo czasu. Może w końcu uda się to nadrobić?
Przez kilka lat Pastorino wsytępował też przez kilka lat w prog-powerowym Secret Sphere. Jedną z nagranych wspólnie z nim płyt (Archetype) dość często słuchałem w trakcie pomaturalnych,czteromiesięcznych wakacji mam więc do niej niemały sentyment.
Ciekawym projektem, z którym nasz dzisiejszy bohater był związany do 2011 roku był poruszający tematykę chrześcijańską prog-metalowy Timesword. Z tej współpracy została nam tylko jedna płyta, której niestety próżno szukać w streamingach ale na szczęście jest na bandcampie. Warto na niej zawiesić ucho, zwłaszcza dla wieńczącej dzieło prawie 20-minutowej suity.
Na koniec jeszcze krótka wzmianka o Even Flow, sardyńskiej grupie balansującej między progresywnym rockiem a metalem. Pastorino nagrał z nią w roli wokalisty dwa albumy i kilka EP-ek ale ich drogi artystyczne rozeszły się w zeszłym roku, a nawet i wcześniej, bo nowa wokalistka Emma wspierała zespół na koncertach już w drugiej połowie '24 roku.
Zaskoczeniem dla wszystkich może być natomiast informacje, że Marco przez kilka lat był też członkiem kapeli thrash metalowej. Mowa o The Ritual a wspólne granie zaowocowało ich jedyną płytą, wydaną w 2011 roku Beyond the Fragile Horizon.
Oczywiście każdy goszczący w tego typu artykule artysta ma za sobą też co najmniej kilka występów gościnnych. Nie inaczej Pastorino a wśród nich szczególnie bliski mojemu sercu jest udział w nagraniach trzeciej części metalowej opery Marius Danielsen Legend of Valley Doom. Wokal Marco słychać w dwóch utworach z czego jeden z nich, Mines of Eloroth to mój absolutnie ulubiony utwór z całej dyskografii projektu. Poza tym warto wspomnieć jeszcze o obecności na płycie Re-Animated zespołu Trick or Treat, metalizującej znane nam wszystkim z kreskówek melodie.
Pozostałe współprace Marco, jak również garść solowych utworów i kompozycje wszystkich wyżej wymienionych zespołów i projektów (po kilka najbardziej moim zdaniem reprezentatywnych) zgrupowałem na podlinkowanej poniżej playliście. Zachęcam do zapoznania się z nimi miłośników nie tylko power i prog-metalu ale każdego ceniącego sobie ambitną, doperacowaną muzykę. Miłej lektury, odsłuchu i przede wszystkim bezpiecznego weekendu dla Was!
(Źródło zdjęcia - oficjalna strona FB Marco Pastorino)
poniedziałek, 5 stycznia 2026
29.12.2025-04.01.2026
Pierwsza "tygodniówka" w Nowym Roku zawsze jest dla mnie pewną niewiadomą. Może być zdominowana przez najlepsze utwory ostatnich 12-u miesięcy, nadrabiane pod koniec grudnia zaległości płytowe czy też pojawiające się pomału po okresie świątecznym nowości. Jest to też zawsze pewne nowe otwarcie, mogące choć częściowo zakreśli ramy w jakich moje muzyczne gusta będą obracać się w nadchodzącym czasie. Ten moment właśnie nadszedł i zabieram Was w muzyczną podróż przez ostatnie 7 dni.
Podróż jak widać nie tylko metafizyczną ale i palcem po muzycznej mapie. Jak się okazało najczęściej słuchanym w tym okresie artystą był u mnie malezyjski projekt Martin Vengadesan & The Stalemate Factor, chyba jedyny znany przedstawiciel tamtejszej sceny prog-rockowej. Ich ostatnia, wydana w 2023 roku płyta The Rook's Siege spadła mi jak grom z jasnego nieba, totalnie przearanżowując moje odsłuchowe plany. Ktoś powie, że mamy tu mocno czerpiący z brytyjskich tradycji neo-prog, ktoś zwróci uwagę na pewne drobne elementy folkowe a jeszcze inny zasugeruje psychodeliczne motywy. A co na to Muzyczny Kronikarz? Każdą z tych uwag przyjmie za dobrą monetę, bo każda z tych inspiracji bliska jest mojemu sercu. Spośród kilku wrzuconych dziś na playlistę utworów najbardziej wyróżnia się prawie 12-minutowa suita The Horizon Myth ale i krótsze kompozycje w postaci The Great Robbery of Kuala Lumpur mają w sobie coś pociągającego. Dla mnie to też kolejny pozytywny impuls by w swoich poszukiwaniach nie ograniczać się stricte do klasycznie rockowo-metalowych krajów. Czuję, że przy muzyce Pana Martina spędzę jeszcze niejeden tydzień i Was do tego równie mocno namawiam.
Jeśli już o gromach mówimy, to jeszcze szybszą "karierę" zrobił u mnie utwór 6000 prog-powerowego zespołu Sands of Eternity. Pierwszy raz usłyszałem go w nocy z soboty na niedzielę i od tego czasu słuchałem go już z 7-8 razy. Ujęła mnie szczególnie to jak majestatycznie rozkręca się od spokojnego intra po coraz szybsze partie i kulminację w epickim refrenie. Od razu też zainteresowałem się całą płytą The Six Thousand, wydaną z początkiem grudnia a będącą długogrającym debiutem kapeli. Na tę chwilę, po w sumie niecałych dwóch dniach spędzonych przy niej mogę powiedzieć, że Grecy wykonali kawał dobrej roboty.
Jak już wspominałem tydzień temu, na streamingi wpadł w końcu nowy album Cosmograf, co zmotywowało mnie do powtórnej przygody z tym uznanym neo-progowym projektem. Jest tu sporo wykwintnego gitarowego grania, pięknych melodii (We Are the Young) ale i mocniejszych akcentów. Odkrywanie wszystkich smaczków to zadanie na więcej niż jeden wieczór i nie zamierzam się z tym wcale spieszyć.
Tak samo nadal potrafi mnie miło zaskoczyć nowy album tRKproject. W poprzednich postach często pisałem o utworze Ask to Way to Find It, który nadal uważam za najlepszy na ALICE. Jednak coraz bardziej zaczęła przemawiać też do mnie pięknie zinterpretowana przez Dominikę Niebudek Two Alices.
Z wrzutek z piątkowego The Best of 2025 mamy natomiast mój ulubiony progresywny utwór zeszłego roku, Ocular fińskiej grupy Humming Whale i power-metalowy walec w postaci Teutonic Knights szwedzkiego Bloodbound.
Power metal co prawda nie zdominował tym razem moich playlist ale na krótkie podróże do Brazylii znalazłem czas. Ponownie padło na Aurorę Consurgens nagraną przez Angrę z Edu Falaschim w składzie i przkrój przez dwu-płytową (aj czemu tak mało!) dyskografię grupy Vandroya. Na playliście znajdziecie ich dwie piosenki, po jednej na każdy album - przepiękna balladę Why Should We Say Goodbye? z One i power-metalowy manifest I'm Alive z Beyond the Human Mind. Z około powerowych sfer, choć jednak zdecydowanie bardziej symfoniczno-gotyckich warto wyróżnić też nowy krążek Walk in Darkness zatytułowany God's Don't Take Calls a zwłaszcza świetnie zaśpiewany przez Nicolettę Rosellini podniosły i pełen emocji Across the Oceans.
Nie tylko ja przygotowywałem ostatnio swoje podsumowania roku. Ciekawą audycję zaprezentowała nam w zeszły poniedziałek Julia Miodyńska z Epoki Żelaza. To dzięki niej na łamy Muzycznej Kroniki trafia szwedzki The Riven, grający szybki i melodyjny hard-rock z wokalem brzmiącym niczym sam Klaus Maine.
Melodyjny hard-rock, powerpop czy nawet pewne progresywne wstawki to też dobra charakteryzacja drugiej płyty brytyjskich Cats in Space. Scarecrow był od dawna w kręgu moich muzycznych zainteresowań ale częściej skupiałem się na nowszych dokonaniach tej grupy, począwszy od Atlantis z 2020 roku. A przecież to ta płyta kryje w sobie takie perełki jak teatralny Clown in Your Nightmare, mocno Queeno-podobny Jupiter Calling, romantyczny September Rain czy art-rockowy The Mad-Hatter's Tea Party, gdzie Paul Manzi pokazuje swój pełny potencjał i jeśli chodzi o zdolności wokalne jak i interpretacyjne. Nic dziwnego, że w jego port-folio znalazły się takie formacje jak choćby Arena czy The Sweet.
Cats in Space odtwarzają klimary lat 70-ych i 80-ych, jest zaś dziś na playliście artysta, który w tych czasach tworzył aktywnie i z sukcesami. To założyciel i lider m.in. Survivor czy bardziej współczesnego Pride of Lions - Jim Peterik. Ostatnie dwa, trzy lata to okres współpracy z wieloma utalentowanymi muzykami w ramach formuły Jim Peterik & World Stage. Aktualnie gra u mnie dośc często ich najnowszy krążek River of Music - The Power of Duets, z którego pochodzi bardzo łatwo wpadający w ucho kawałek The Cadence of Things z udziałem Jasona Scheffa, drugiego obok Petera Cetery najdłużej urzędującego frontmana legendarnej grupy Chicago.
Jeszcze starsze są dokonania bostońskiej grupy The Tangerine Zoo, których debiut z 1968 roku nie chce mi wyjść z głowy. Takie psychodeliczne, brudne, zwiastujące nadejście hard-rocka czy heavy metalu granie zawsze jest u mnie miło widziane i kto wie, może niedługo dołączy do nich większe grono mało znanych a wartych uwagi kapel.
Jeszcze mało znany ale aspirujący na pewno do wyższych zasięgów jest nasz rodzimy Kruczy Sen, który dwa lata temu zachwycił mnie swym Pierwszym lotem a teraz, na przełomie starego i nowego roku umila czas nową Ep-ką o uroczym tytule ZwierzMisie. Muzycznie mniej folkowo niż na debiucie, zaskakujące, metaforyczne teksty i dopracowane wykonanie to wszystko zasługuje na pochwałę. Mamy tu tylko sześć numerów ale aż połowa z nich trafiła na playlistę. Mam nadzieję, że Wam się spodobają.
Po "uroczej" EP-ce czas na mroczny, ciężki i agresywny finał. Lady Luna and the Devil nadal oczarowuje mnie swymi okultystycznymi, wampirycznymi wizjami prowadzonymi powolnymi tempami i podniosłą melodyką a czarnogórskie Dvoeverie umiejętnie łączy ciężar z melancholią, growling z gotyckim, matowym wokalem, sprawiając że ich najnowszy album Byrdcynn w niczym nie ustępuje klasykom gatunku z lat 90-ych.
Jak zapewne wiecie black metal nie pojawia sie tu zbyt często. Zazwyczaj by tak się stało musi mieć jakąś wartość dodaną, coś wyróżniającego na tle rzeszy innych zdawałoby się podobnie brzmiących zespołów. W przypadku włoskiego Obscura Domini tym czynnikiem jest klawiszowo-organowa otoczka, nadająca muzyce bardzo symfoniczno-atmosferycznego brzmienia. I choć długość utworów zawarta na płycie (zatytułowanej iście black-metalowo) Sepulchral Echoes Beneath the Wthered Sky nie przekracza przeważnie 7-minut to budowany tu klimat naprawdę działa na wyobraźnię. Szczególnie polecam piąty na trackliście In the Silence of the Void, w którym za typową dla bm "ścianę dźwięku" odpowiadają właśnie klawisze. Na plus również bardzo dobra dykcja i barwa "głosu" wokalisty, ułatwiająca odbiór całości.
Jak widzicie, podsumowanie przedstawia się dość ciekawie. Mam nadzieję, że znajdziecie tu coś dla siebie. Zachęcam do odsłuchu tradycyjnej playlisty i podzielenia się swoimi wrażeniami z tego przełomowego tygodnia.
piątek, 2 stycznia 2026
The Best of 2025 - Podsumowanie Roku
Nadeszła wreszcie ta oczekiwana chwila, gdy 365 dni słuchania muzyki, setki albumów, tysiące artystów i dziesiątki tysięcy utworów można w końcu zebrać w jednym miejscu i z tego kłębowiska wyłuskać to, co we właśnie minionym roku było najlepsze. Nie był to oczywiście łatwy wybór. Początkowo zamierzałem przygotować, podobnie jak w zeszłym roku, top 30 wydanych w 2025 albumów ale dość szybko okazało się, że takie ograniczenie z pewnością byłoby niesprawiedliwością wobec co najmniej kilku równie udanych i ważnych dla mnie wydawnictw. Poluzowałem więc nieco kryteria i w ten sposób przedstawiam Wam 36 najlepszych moim zdaniem płyt tego roku i jeden absolutnie wyjątkowy split:
1. Avatarium - Between You, God, the Devil and the Dead - gdzieś pomiędzy psychodelicznym doom metalem a depresyjnym bluesem tkwi sekret tego krążka, tego pięknego a jednocześnie przejmującego brzmienia, którego tkanie ta szwedzka ekipa doprowadziła do perfekcji
2. Froglord - Metamorphosis - wskażcie mi proszę inną płytę, gdzie obok tłustego i dusznego stoner/sludge/doomu mamy też cover Aerosmith, solo na harmonijce ustnej i odgłosy kumkania żab? Kreatywność Żabiego Lorda nie zna granic i z każdą kolejną metamorfozą dowozi jeszcze lepszą i bardziej zaskakującą muzykę
3. Judicator - Concord - po bardzo progresywnym i eksperymentalnym The Majesty of Decay, John Yelland z ekipą ponownie sięgnął po więcej powerowych elementów co w połączeniu z westernowymi wpływami dało nam power metalową płytę roku
4. Frayle - Heretics & Lullabies - trzecia płyta amerykańskiej formacji, na której idealnie wyważono proporcje pomiędzy shoegazową eterycznością a doom metalowym ciężarem, sięgając również po pewne do tej pory niespotykane elementy
5. Avantasia - Here Be Dragons - mam nieodparte wrażenie, że z płyty na płytę typowej dla tego projektu magii jest coraz mniej, nie mogę jednak zaprzeczyć, że w sferze melodii i przyjemności płynącej ze słuchania nowe dzieło Tobiasa Sammeta nadal ma wiele do zaoferowania
6. Elettra Storm - Evertale - nie jest łatwo w rok po premierze absolutnie kapitalnego debiutu wrócić z równie solidnym krążkiem, włoskim muzykom jednak ta sztuka się udała a Evertale brzmi jeszcze lepiej, ciekawiej i dojrzalej niż Powerlords
7. Humming Whale - Chasing Rabbits - są takie płyty, których premiery nie możemy się doczekać już od pierwszej styczności z pierwszym promującym ją singlem. Tak miałem z debiutem tej fińskiej prog-metalowej formacji i mogę już otwarcie powiedzieć, że w tym gatunku nie mają sobie równych
8. Katatonia - Nightmares as Extensions of the Waking States - tym krążkiem Jonas miał udowodnić, że poradzi sobie bez Andersa. Czy to mu się udało? Według mnie tak i choć to już coraz bardziej progresywny metal niż znany nam od lat depressive/gothic/doom, Nightmares pokazują nam stale rozwijający się i szukający nowych form wyrazu zespół
9. Lacuna Coil - Sleepless Empire - album, po którym nie spodziewałem się niczego wielkiego ląduje w pierwszej dziesiątce podsumowania roku - cóż, każdy ma prawo do błędu a zespołowi życzę jeszcze niejednej tak niesamowitej płyty
10. Bloodbound - Field of Swords - czasem zamiast skomplikowanej taktyki wszystkie problemy rozwiązać może jedna, potężna szarża ciężkiej kawalerii - i tak też jest z tą płytą
11. Year of the Cobra - Year of the Cobra - jeśli nazywasz imieniem zespołu swój trzeci krążek to może być to zwiastun zmian albo artystyczny manifest. W tym przypadku zdecydowanie to drugie, bo mamy tu wszystkie charakterystyczne dla tego stoner/doomowego duetu elementy w najlepszym możliwym wydaniu
12. Czarny Bez - W Blasku Księżyca - muzyka folkowa w połączeniu z industrialnym metalem, do tego nieco gotyckiej atmosfery i przepis na świetny, nieszablonowy album gotowy.
13. Duszno - Okruszki - nie sądziłem nigdy, że jakakolwiek shoegaze'owa płyta zrobi na mnie takie wrażenie, czasy się jednak zmieniają a ja mam nadzieję, że duszno te zmiany ominą i jeszcze nie raz mnie tak pozytywnie zaskoczą
14. Grailknights - Forever - bombastyczny power metal w spandeksowych strojach superbohaterów? bez takiej płyty żadna roczna topka nie ma u mnie racji bytu!
15. Novembers Doom - Major Arcana - sześć lat przyszło nam czekać na nowy krążek amerykańskich pionierów death/doom metalu i jak widać (i słychać) był to czas wykorzystany naprawdę bardzo dobrze
16. Blackbriar - A Thousand Little Deaths - to już trzeci album holenderskiej kapeli ale u mnie absolutnie symfoniczno-metalowe odkrycie roku. Żałuję, że dopiero teraz sięgnąłem po ich twórczość
17. Harem Scarem - Chasing Euphoria - w kategorii AOR/melodyjny hard rock bezapelacyjnie płyta rocku, jest gitarowo i przebojowo a wokal Harry'ego Hessa im starszy tym lepszy - Canada is still great!
18. Trick or Treat - Ghosted - Włosi ponownie sięgają po ikony popkultury, pisząc utwory inspirowane horrorami, komiksami i grami komputerowymi. I ponownie wychodzi im z tego soczysty i radosny power metal
19. Paradise Lost - Ascension - najbardziej eklektyczna płyta w dorobku legendy doom metalu i choć mówi się, że gdy coś jest "do wszystkiego, to jest do niczego" w tym przypadku to powiedzenie można wyrzucić do kosza
20. Shiraz Lane - In Vertigo - czy znacie pojęcie new wave of scandinavian hair metal? Nowa płyta Finów (tak, wiem, że niekoniecznie Finlandia to Skandynawia) potwierdza, że to tam przeniosło się centrum przebojowego, ekstrawaganckiego metalu
21. Warkings - Armageddon - bitewny heavy/power metal ma się dobrze a poznawanie historii w towarzystwie melodyjnej, epickiej muzyki to czysta przyjemność
22. Rage - A New World Rising - po obszernej (może nawet zbyt), bardziej symfonicznej Afterlifelines niemieckie trio atakuje intensywnym, nowoczesnym power/speed/groove metalem i kurczę, daje radę
23. Shedfromthebody - Whisper and Wane - fińska artystka wydała w tym roku aż dwie eteryczne, doomgaze'owe płyty ale to pierwsza z nich porusza więcej strun w moim sercu
24. Messa - The Spin - włoscy doom metalowcy nie wydali do tej pory dwóch takich samych płyt. Co więcej każda kolejna pokazuje zespół z jeszcze lepszej, niespotykanej strony.
25. Epica - Aspiral - ponad 20 lat doświadczenia, mocna pozycja na symfoniczno-metalowej scenie i wiele docenianych przez krytyków i fanów płyt, - to wszystko sprawia, że oczekiwania co do każdej kolejnej są coraz wyższe. Póki co, ten 10-y już raz, Holendrzy stanęli na wysokości zadania
26. Aedan Sky - The Universal Realm - symfoniczno-power metalowa opera muzyków znanych m.in. z Galderii czy KingCrown, według mnie jeden z najlepszych debiutów 2025 roku
27. Bog Wizard - Satanik Panik - duszny, bagienny stoner doom, pokręcony, surrealistyczny i psychodeliczny - czy trzeba dodawać coś więcej?
28. Astronoid - Stargod - niezwykły album niezwykłego trio, określającego swą muzykę mianem dream thrashu, na który składa się miks post-rocka, shoegaze'u i post-metalu
29. Alice Cooper - The Revenge of Alice Cooper - płyta nagrana w składzie sprzed 50-u lat i niosąca ze sobą dużo tej rock'n'rollowej, lekko surrealistycznej energii
30. Arcane Tales - Ancestral War - epic symphonic power metal, neoklasycystyczna gitara i teksty osadzone w wymyślonym świecie fantasy - brzmi znajomo? Tak, to już ósma płyta Luigiego Sorrano
31. Cristiano Filippini's Flames of Heaven - Symphony of the Universe - rewelacja ostatniego kwartału roku, niesamowicie wciągająca płyta, pełna drobiazgowych orkiestracji, podniosłego klimatu i zostających na długo w głowie melodii a to wszystko osadzone w realiach mojego ulubionego anime
32. Terra Atlantica - Oceans - kolejne potwierdzenie, że marynistyczny power metal nie musi być koniecznie śpiewaniem o piratach, ale i gamratkach, choć odrobiny karaibskiego ducha tutaj też nie zabrakło
33. Sabaton - Legends - zespół który się kocha lub nienawidzi, ja jestem gdzieś po środku i muszę powiedzieć, że od premiery Horeos co drugą ich płytę darzę niemałą sympatią
34. Mago de Oz - Malicia - płyta bardziej typowo-magodeozowa niż zeszłoroczna Alicia, i być może dlatego nie jest wyżej w zestawieniu. Generalnie kawał dobrego folk/powera ale gdyby ją odchudzić o jakieś 20% walczyłaby o pierwszą dziesiątkę
35. Sodom - The Arsonist - nie jestem specjalistą od thrashu ale dla mnie to płyta roku w tej kategorii, agresywna, dynamiczna i z tą nienarzucającą się ale jednak zaznaczoną melodyjnością
36. Kilmara - Journey to the Sun - kataloński power metal - nie uświadczymy tu folkowych nut w języku urzędowym, jest za to bardziej metalicznie, elektronicznie i futurystycznie
Wyróżnienie specjalne - split roku - TOŃ & Weedcraft - Księgi Wieczyste - refleksyjna liryczność i organiczny instrumentalizm stworzyły razem czworogłową bestię, przytłaczającą słuchacza swym kamieniarsko-gruziarskim ciężarem
Co mogę powiedzieć na koniec tak obszernego podsumowania. Mam świadomość, że jeszcze niejeden artysta powienien się tu znaleźć, wyrzuty sumienia będą mnie pewnie gryźć jeszcze przez kilka nocy. Trzeba jednak wziąć odpowiedzialność za swoje decyzje a o tych niewyróżnionych mimo wszystko pamiętać i czekać z niecierpliwościa na nowe kompozycje. Poniżej obszerna playlista, na której znajdziecie co najmniej po 1 utworze z wyżej wymienionych albumów. Mam nadzieję, że niejedno z Was spędzi przy niej przyjemnie czas a nuż, odkryje też coś nowego. I tego Wam właśnie życzę w 2026 roku!
Najpopularniejsze
-
W dzisiejszym artykule chciałbym podzielić się moimi ulubionymi płytami z gatunku, który kiedyś (dobre 14-15 lat) był dla mnie ważny, lecz...
-
Podobno najtrudniej zarobić pierwszy milion a potem już idzie z górki. Niektórzy mówią też, że tę pierwszą bańkę trzeba po prostu ukraść, ...
-
Końcówka sierpnia, końcówka wakacji i ostatnie tygodnie naprawdę "nieletniego" lata - dobry czas by przyjść do Was z muzycznym p...






