Jak się zapewne już domyślacie, nie będzie dziś "odliczania". Ostatni dzień roku to też ostatni dzień grudnia a że środy od 11 tygodni stały się areną "powtórek" z podsumowań wszystkich kolejnych miesięcy roku wypada uhonorować tę tradycję artykułem poświęconym dwunastemu z nich. A więc, drodzy czytelnicy i czytelniczki, oto grono zespołów, których w grudniu słuchałem najczęściej, wraz z krótkim komentarzem co mnie w nich zachwyciło :
Myślą przewodnią bloga jest dzielenie się moimi gustami muzycznymi z innymi, w duchu starego dobrego last.fm. Prezentuję na nim krótkie, cotygodniowe podsumowania aktualnie słuchanej muzyki, rankingi i zestawienia połączone jakimś tematem przewodnim. Do każdego postu staram się dołączyć link do dedykowanej mu playlisty na Spotify. Zapraszam do lektury szczególnie miłośników ciężkich brzmień - rocka i metalu.
środa, 31 grudnia 2025
Grudzień 2025 - Podsumowanie Miesiąca
Jak się zapewne już domyślacie, nie będzie dziś "odliczania". Ostatni dzień roku to też ostatni dzień grudnia a że środy od 11 tygodni stały się areną "powtórek" z podsumowań wszystkich kolejnych miesięcy roku wypada uhonorować tę tradycję artykułem poświęconym dwunastemu z nich. A więc, drodzy czytelnicy i czytelniczki, oto grono zespołów, których w grudniu słuchałem najczęściej, wraz z krótkim komentarzem co mnie w nich zachwyciło :
poniedziałek, 29 grudnia 2025
22.12-28.12.2025
Coraz bliżej końca roku, zbyt wieloma premierami wydawcy nas nie zasypali. Czy to więc moment na ponowny odsłuch najlepszych albumów 2025 roku? Nie do końca. Cofnąłem się w czasie nieraz, racja, ale jednak zdecydowanie dalej. Wygrzebałem też jednak garść nowości, i to całkiem konkretnych. Zobaczmy więc, czego słuchałem w tym tygodniu najczęściej.
Już kilka dni temu pisałem, że tegoroczny album Amorphis nie jest w stanie mnie porwać. Nie znaczy to, że takich właściwości pozbawione są inne pozycje z dyskografii tej zasłużonej kapeli. Eclipse, AM Universum czy choćby Skyforger to klasa sama w sobie i jak widać po playliście, chętnie do nich wracam. Trudno o lepsze połączenie melodeathu, prog-metalu i dośc szybko przemawiających do słuchacza melodii.
Za jedną z najlepszych power metalowym płyt tego roku uważam Field of Swords szwedzkiego Bloodbound. Ale to nie jej słuchałem namiętnie w tym tygodniu. Cofnąłem się aż do 2006 i debiutanckiego Nosferatu, albumu który zawsze jakoś trochę omijałem, możę dlatego, że miłość do muzyki Szwedów zawdzięczam drugiej w kolejności Book of the Dead. Niemniej jednak jest na niej sporo rasowego powera i można przy niej spędzić naprawdę żywiołowe kilkadziesiąt minut. I to niejeden raz.
W przypadku Grailknights nie cofałem się do pierwszych płyt ale po krótkiej przerwie sięgnąłem ponownie po dwa ulubione utwory z wydanej w październiku Forever. Były to dwa rozpędzone killery - Weekend Ninja i Snow in Bordeeaux. Podobnie rzecz się ma z folk powerowym Mago de Oz. La tierra de nunca jamas to moim zdaniem najlepszy numer z pachnącej jeszcze nowością Malicii, która też jest płytą wartą zainteresowania, szczególnie jeśli lubimy metal po hiszpańsku.
Pozostając w latynoskich klimatach muszę wspomnieć, że dość często słuchałem też brazylijskiego powera pod postacią dowodzonej przez obdarzoną mocnym wokalem Daisę Munhoz grupy Vandroya i pionierów tego typu muzyki w Ameryce Południowej - oczywiście chodzi o Angrę. W tym przypadku odświeżyłem sobie pierwszy album formacji, który miałem okazję przesłuchać w całosci. Aurora Consurgens nie jest może moim najukochańszym krążkiem z Edu Falaschim na wokalu (ten tytuł od zawsze nalezy do Rebirth) ale obiektywnie musze powiedzieć, że artystycznie jest chyba szczytowym osiągnięciem tej inkarnacji zespołu. Concept dotyczący depresji, dużo progresywnych zagrywek i świetna forma Edu robią niesamowitą robotę.
W tym roku sporo było u mnie włoskiego power metalu, który uważam obecnie za trzecią po Niemczech i Skandynawii siłę w Europie. Jednym z mniej znanych weteranów tej sceny jest Kaledon, podobnie jak słynniejsze Rhapsody piszący swoją własną sagę fantasy. Prócz siedmiu rozdziałów Legend of the Forgotten Reign i trzech spin-offów mają też w swojej dyskografii album Mightiest Hits, kompilację jak sama nazwa wskazuje największych hitów z lat 2002-10. W tym tygodniu słuchałem jej dość często, zwłaszcza przygotowanego specjalnie na to wydawnictwo Steel Maker i ponownie nagranego, tym razem już z wokalem Marco Palazziego (wg mnie najlepszego piosenkarza w szeregach kapeli, fajnie, że wrócił po kilkuletniej przerwie) kultowego w niektórych kręgach The New Kingdom. Oba epickie utwory są na playliście.
Czytelnicy mojej strony kojażą zapewne zespół Alterium, którego zeszłoroczny debiut trafił na listę The Best of 2025. Niektórzy siedzący mocno w power metalu słyszeli też pewnie o nieistniejącej już grupie Kalidia. Łączy je jeden wspólny mianownik - Nicoletta Rosselini - niezwykła wokalistka, cosplayerka i... weterynarz. Niedawno ukazała się nowa, już piąta płyta symphonic/gothic metalowego Walk in Darkness, w którym również słyszymy głos Nicoletty. Jest to zdecydowanie mroczniejsza i cięższa muzyka od pozostałych projektów i naprawdę ciekawym doświadczeniem jest usłyszeć piosenkarkę w takim wydaniu. Przyznam się, że poprzednich albumów formacji nie słuchałem zbyt często ale po kilku razach z co najmniej solidnym Gods Don't Take Calls czuję, że czas nadrobić zaległości.
Jeśli już zacząłem pisać o mroczniejszych dźwiękach, trzeba nadmienić, że nową muzykę przygował mój ulubiony, czarnogórski zespół metalowy. Na Byrdcynn panowie z Dvoeverie po raz kolejny składają hołd staremu (ale nie najstarszemu, tak około-iconowemu) Paradise Lost, grając ciężko, wolno ale nie odbierając utworom walorów melodycznych. Jest to już trzeci długograj Czarnogórców i mam nadzieję, że w końcu uda im się przebić do szerszego grona odbiorców niż tylko fanatyków pokroju Muzycznego Kronikarza. Myślę, że są tego warci.
Muzykę ekstremalną, choć w progresywnym wydaniu reprezentuje projekt polskiego muzyka, Rafała Bowmana, który pod szyldem Chaos over Cosmos wydał już czwarty krążek. Na Hypercosmic Paradox wspiera go tylko wokalista, pochodzacy z Pakistanu Taha Mohsin a Rafał odpowiada za wszystkie instrumenty. Wychodzi nam z tego nawałnica dźwieków, szybkiej perkusji, łamiących palce riffów i głębokiego growlingu. Jest przygniatająco, jest mrocznie jak na zdobiącej album okładce. I taka muzyka tez jest czasem potrzebna i zachęcam do dania jej szansy.
Polskim zespołem jest też Kruczy Sen, specjalizujący się w miksie rocka, stonera z folkiem. Niedawno premierę miała EPka ZwierzMiSię, będąca swego rodzaju albumem koncepcyjnym. Utwory poświęcone są zwierzętom, tak prawdziwym jak i mitologicznym (świetny Jednorożec) ale jest to zwykle tylko punkt wyjścia do poruszenia jakiejś poważnej tematyki. Muzycznie jest trochę bardziej szorstko i stonerowo niż na zeszłorocznym Pierwszym Locie ale mi to akurat wcale nie przeszkadza, poza tym są też momenty, których nie powstydziłby się i mainstreamowy Kwiat Jabłoni. A jakie? Posłuchajcie i spróbujcie ich sami odnaleźć.
Polecam też od kilku tygodni nowy krążek tRKproject, inspirowany powieścią Alicja w krainie czarów. Misternie utkane kompozycje, odpowiedni dobór wokalistów uznanych na rodzimej progresywnej scenie i ciekawie opowiedziana historia to charakterystyczne cechy projektu, za którym stoi jeden z najwybitniejszych a zdecydowanie najpracowitszy prog-rockowy muzyk w Polsce - Ryszard Kramarski.
W kategorii rock progresywny zwróćcie też uwagę na świetny album Pachinko autorstwa norweskiego zespołu Moron Police, bardzo zgrabne łączący ze sobą różne, nawet odległe inspiracje.
W serwisach streamingowych pojawił się w końcu też nowy album Cosmograf. Pod tym szyldem swoją muzykę tworzy multiinstrumentalista Robin Armstrong. The Orphan Epoch ukazał się co prawda pół roku temu i już wówczas bardzo mi się spodobał ale teraz, gdy trafił do Spotify sięgnąłem po niego ponownie i cieszę się, bo to bardzo dobra płyta, bez jednej zbędnej nuty, trafiająca zarówno do serc wrażliwych słuchaczy jak i do uszu wysublimowanych miłośników neoprogresywnego grania.
Zmieńmy jeszcze na chwilę gatunek, choć jak się za chwilę przekonacie, pewne nawiązania do neo-proga pozostaną. Cats in Space to brytyjska hard-rockowa kapela, mocno czerpiąca z dziedzictwa muzyki lat 70-ych i 80-ych z naciskiem na takie grupy jak Deep Purple, Status Quo czy Queen. Słucham ich już dobrych kilka lat, natomiast nie wszystkie albumy udało mi się dobrze poznać. Postanowiłem więc teraz udać się w podróż przez dyskografię tej oto grupy, także przez najbliższe 6-7 tygodni możecie się spodziewać stałej dawki melodyjnego, gitarowego grania w moich poniedziałkowych artykułach. Na pierwszy ogień poszedł wydany w 2015 roku Too Many Gods, najrzadziej do tej pory przeze mnie słuchany. A szkoda, bo choćby dla takich przebojowych nut jak Mr. Heartache czy Five Minutes Celebrity warto czasem po niego sięgnąć. A teraz ciekawostka, na tej i na kolejnej płycie "kotów" za mikrofonem słyszymy Paula Manziego, bardzo dobrego wokalistę, który później użyczy swego głosu na kilku albumach Areny - jednej z legen brytyjskiego neo-proga.
Na koniec najdalsza podróż w czasie bo do 1968 roku i debiutu grupy The Tangerine Zoo. Acid rock, psychodela, proto-punk, proto-metal - jednym (dwoma) słowami "bosstown sound" czyli to co muzyczny archeolodzy (i Kronikarze) lubią najbardziej.
Teraz przed Wami przedostatnia w tym roku playlista (pojutrze będzie ostatnia - stay tuned). Dajcie znać jak u Was minął ten przedłużony, świąteczny weekend. Czekam też na polecenia - jak już wspomniałem na wstępie, premier mało a głód muzyki nienasycony.
piątek, 26 grudnia 2025
Jesień 2025 - Podsumowanie Kwartału
NAJCZĘŚCIEJ SŁUCHANY UTWÓR
Rage 4 lata temu wydał świetny, jeden z najlepszych w karierze album - Resurrection Day. Mieli wtedy naprawdę dobry okres, wszak poprzednik Wings of Rage też był niczego sobie. Na kolejną płytę trzeba było poczekać nieco dłużej i przyznam się, że choć zróżnicowane i obszerne Afterlifelines nie potrafiło mnie zaciekawić na dłużej. Gdy w tym roku pojawiły się pogłoski o kolejnej płycie byłem sceptyczny, nie lepiej poczekać i podrasować materiał? Pierwszy singiel był poprawny i zacząłem utwierdzać się w swoich obawach aż przyszedł singiel nr 2 - Innovation. Cóż, siekło mnie straszliwie. Mogłem go słuchać na okrągło a gdy A New World Rising ujrzał światło dzienne nie dołączyłem do grona malkontentów, tylko doświadczałem tego ciężkiego i brutalnego wydawnictwa z prawdziwą radością. Dziś, gdy już ochłonąłem widzę, że krążek ma też swoje niedociągnięcia ale dla samego Innovation warto puścić go sobie niejeden raz.
NAJLEPSZE ALBUMY KWARTAŁU
Tych krążków jest mnóstwo. Naprawdę. Przygotowując ten artykuł miałem wrażenie, że jeśli zrobię jakiś dokładniejszy przesiew to zawsze zostanie co najmniej jeden album, którego pominięcie będzie bardzo krzywdzące.
Najwięcej jednak z tych najlepszych było w kategorii power metal. Nowy Bloodbound miażdżył swoim rycerskim impetem a Elettra Storm w bardzo melodyjnych, symfonicznych aranżach ukazywała całą magię ukrytą w głosie Crystal Emiliani. Na dokładkę dostaliśmy pompatyczny, naładowany testosteronem, superbohaterski Grailknights, mocną dawkę powera z Płw. Apenińskiego od Arcane Tales i Cristiano Filippini's Flames of Heaven i może nie tak blisko ideałowi jak poprzednik ale nadal zostawiający w tyle inne folk/powerowej formacje, najnowszy krążek hiszpańskiego Mago de Oz. Także wspomniany już powyżej krążek Rage zasługuje na uznanie, gdyż nie jest mimo wszystko jednak płytą jednego "przeboju" choć Innovation mocno wybija się ponad resztę.
Wśród płyt, na które czekałem z największą niecierpliwością było też kilkoro reprezentantów różnych odłamów doom metalu. Na pewno zaskoczył mnie wydany po kilku latach nowy krążek Novembers Doom, jak zwykle udanie łączący elementy melodyjne i doomowe z bardziej agresywnym, deathowym charakterem. Zdecydowanie jednak za serce najmocniej uchwyciło mnie Frayle, które przy Heretics & Lullabies w końcu idealnie wyważyła doomgaze'ową eteryczność z metalowym ciężarem. Prócz nich dobrze odnalazly się u mnie nowe propozycje weteranów z Paradise Lost czy duetu The Answer Lies in The Black Void. Miłośnicy bagiennych nut również mogli nacieszyć się solidnym wydawnictwem, za którym stoją czarodzieje z Bog Wizard.
Rzadko się też zdarza by różnorodne gatunki z rdzeniem -gaze w nazwie tak mocno wryły się w moją muzyczną duszę. Cóż zrobić gdy zarówno eteryczni metalowcy z Atronoid jak i warszawscy "w-buty-zagapieni" z duszno przygotowali płyty pełne emocji, refleksji i niezwykłego klimatu.
Są też gatunki, które w artykule reprezentuje tylko jeden artysta ale za to z takim albumem, że "o panie". W Blasku Księżyca miało trudne zadanie - powtórzyć sukces debiutu. Na szczęście Czarny Bez pokazał, że potrafi nie tylko utrzymać wszystkie charakterystyczne dla siebie elementy ale też dodać trochę nowych, przez co czas spędzony z ich muzyką mogę uznać za jeden z najbardziej przyjemnych i inspirujących.
Już się sporo rozpisałem ale nie mogę nie wspomnieć choćby o glam metalowym Shiraz Lane, legendzie thrashu z Bay Area czyli grupie Testament, black metalowych rodzimowiercach ze Stworza czy jednym z przodowników polskiego rocka progresywnego - Ryszardzie Kramaskkm i jego tRKprojekt. Każdy z nich wydał płytę mocno wybijająca się ponad przeciętność. Jednak to prog-metalowy Humming Whale swoim debiutem wzbił się jeszcze wyżej, stając wśród tych absolutnie naj naj ulubienczysz krążków ostatnich trzech miesięcy. Oby więcej takich debiutów.
NAJWIĘKSZE ZASKOCZENIE
Było ich kilka. I związanych z sama muzyką jak i roszadami personalnymi. Z tych drugich mamy odejście Alissy White-Gluz z Arch Enemy, Fabio Lione z Angry i Noory Louhimo z Battle Beast. Jak na razie tylko tak ostatnia ma już ogłoszone zastępstwo a w przypadku dwóch pozostałych artystów fani snują dość, moim zdaniem, nieprawdopodobne scenariusze wiążące włoskiego wokalistę ze szwedzką (a jakże) legendą melodeathowego grania. Muzycznie miłym zaskoczeniem był na pewno nowy krążek Stworza, gdyż Wojsław ostatnio skupiał się jednak na innych projektach. U śmierci na komornem jednak w jakiś sposób połączyło w sobie i depresyjność Kresu, atmosferę Wędrującego Wiatru i słowiańskość opus magnum artysty. I chwała mu za to.
NAJWIĘKSZE ROZCZAROWANIE
Nie chciałem tego pisać ale najnowsza płyta Amorphis, Borderlines za nic w świecie nie jest w stanie mnie porwać. Próbowałem wielokrotnie i nic, po prostu nic nie czuję. Czuć oczywiście, że warsztat jest dopracowany, kompozycje dobrze rozplanowane ale jakby brakło duszy. Jakby to była taka solidna rzemieślnicza robota ale bez iskry artyzmu, która tak ujmowała mnie przy okaJi Eclipse i Halo, nie mówiąc już o AM Universum.
NAJWIĘKSZE ODKRYCIA
W tej kategorii rzadko kiedy wymieniam równocześnie kilku artystów. Tym razem grono nowo odkrytych przeze mnie zespołów jest naprawdę spore. Wśród nich jest kilku debiutantów jak choćby prog-metalowy Humming Whale, którego Chasing Rabbits jest w ogóle jednym z najlepszych krążków tego roku w tym gatunku. Poza tym warto wspomnieć o debiucie (w końcu) shoegaze'owego duszno ale tę kapele znałem już w sumie od lutego. Do dalej, na pewno Astronoid wpadł do mojej biblioteki z impetem i na kilka tygodni zdominował playlisty swym "metalgaze'owym" brzmieniem, podobnie zresztą jak power metalowy Cristiano Filippini's Flames of Heaven.
OCZEKIWANA NA PRZYSZŁOŚĆ
Jesień dużo obiecywała i dała jeszcze więcej. Czy zimie uda się utrzymać ten trend? Mam nadzieję, że tak a oto krążki, na których premierę czekam z największą niecierpliwością:
zaułek - W lustrach anten - styczeń 2026
For My Pain... - Buried Blue - 09.01
Kreator - Krushers of the World - 16.01
Soen - Reliance - 16.01
Megadeth - Megadeth - 23.01
Big Big Train - Woodcut - 06.02
Aeon Gods - Reborn To Light - 20.02
Violet - Silhouettes (EP) - 27.02
Gladenfold - Soulbound - 27.02
Weedpecker - V - 27.02
Metal De Facto - Land Of The Rising Sun Part II - 06.03
Angus McSix - Angus McSix And The All-Seeing Astral Eye - 13.03
PODSUMOWANIE
Mam nadzieję, że wśród pojawiających się już powoli podsumowań roku (o Spotify Wrapped z końca listopada już nie mówiąc) znajdziecie chwilę czasu na lekturę artykułu poświęconemu nieco krótszemu, bo trzymiesięcznemu przedziałowi i również dodacie do niego coś od siebie. Własne kolaże, odkrycia, miłe zaskoczenia a nawet rozczarowania. Ja je skrupulatnie zanotuję w kajeciku i chętnie posłucham, jak tylko znajdę trochę więcej czasu. A teraz bywajcie kochani, do dojedzenia po świętach czeka jeszcze niejeden pyszny serniczek. A na Was oczywiście czeka też playlista:
poniedziałek, 22 grudnia 2025
15.12-21.12.2025 - Podsumowanie Tygodnia
Cześć wszystkim. Coś mi mówi, że czas na podsumowanie właśnie minionego tygodnia. Jak zwykle w okresie okołoświątecznym premier nie było zbyt dużo, jednak garść nowości zdołała przebić się do pierwszej 30-tki. I to na nich skupię się dziś w szczególności.
Druga część serii Vampiric Visions, zatytułowana Living Death a nagrana przez pochodzący z Michigan duet (a w zasadzie tercet) Lady Luna and the Devil była chyba najczęściej słuchaną przeze mnie w tym czasie płytą. W premierowy weekend (12-14) z racji wyjadzu z familią nie miałem tyle czasu i przestrzeni by w pełni go docenić ale gdy na chwilę życie wróciło do normy, zanurzyłem się w te wciągające, ponure opowieści o wampirach, zjawach i "żywych trupach". Duży plus za tę okultystyczną otoczkę, która w połączeniu z mocno psychodelicznym doomem i "wodzący na pokuszenie" wokal Pani Luny tworzy naprawdę urzekające połączenie. Nie jest to ten rodzaj muzyki, która porywa z miejsca już przy pierwszym podejściu ale niczym dobra gotycka powieść, zaprasza coraz głębiej i głębiej aż z każdą przeczytaną stroną chce się jeszcze i jeszcze.
Podobnie rzecz się miała tez z innym albumem wydanym 12 grudnia. Mowa o nowej płycie Jima Peterika nagranej w ramach projektu World Stage. Na River of Music - The Power of Duets mamy, jak sam tytuł wskazuje, wielu ciekawych, uznanych w świecie AOR i hard-rocka gości, z których jak już po raz n-ty, najbardziej cieszy mnie obecność Kevina Cronina, na co dzień frontmana REO Speedwagon. To ten artysta użyczył swego glosu w utworze Between Two Fires, jednym z dwóch najlepszych na liście. Tym drugim jest natomiast The Cadence of Things z udziałem Jasona Scheffa (zastąpił Petera Ceterę za mikrofonem grupy Chicago). Widzicie już chyba po nazwach przytoczonych kapel jakiej muzyki możemy spodziewać się na River of Music, której nurt jest żwawy, unosi statki ku bezpiecznym przystaniom ale na pewno nie gna na złamanie karku.
Teraz słów kilka o najstarszej w zestawie nowości. Nowości, bo na łamach Muzycznej Kroniki pojawia się po raz pierwszy, a najstarszej bo debiut grupy The Tangerine Zoo światło dzienne ujrzał w 1968 roku. Jest to niewątpliwie gratka dla każdego muzycznego archeologa. Psychodeliczny rock w stylu znanym wówczas jako scena bostońska (bosstown sound). Organy Hammonda, trochę gitarowego fuzzu i swój własny, separujący od hippisowskiego mainstreamu styl sprawiły, że choć kariera grupy zakończyła się u zarania następnej dekady, to po latach została doceniona jako jeden z najlepszych przedstawicieli lokalnej sceny. Polecam ten eponimiczny krążek a zwłaszcza Nature's Child będący kwintesencją brzmienia zespołu zamkniętą w niespełna 4 minutach czystej psychodelii.
Po najstarszej, czas na najmłodszą nowość. Wchodzimy w rejony metalu ekstremalnego, bo twórczość Chaos Over Cosmos, międzynarodowego projektu, za którym stoi Polak, Rafał Bowman to bardzo intensywny, progresywny metal łamany przez metalcore czy nawet techniczny death. 15 grudnia ukazał się ich nowy album, The Hypercosmic Paradox, jeszcze bardziej naładowany dźwiękami, można zaryzykować określenie, w***y w kosmos. Polecam słuchać na pełny regulator.
Singlem tygodnia zostaje natomiast Pandora, nagrana przez reprezentującą powiat oświęcimski grupę Zaułek. Muzycznie mamy tu trochę punk rockowej dynamiki i shoegaze'owej atmosfery podlanej elektronicznymi wstawkami. W warstwie tekstowej zaś dość gorzkie, autoironiczne spojrzenie na słynny mit z perspektywy głównej zainteresowanej. Do mnie to połączenie przemówiło bardzo mocno, sprawiając
Pozostańmy jeszcze na chwilę przy takich około-metalcore'owych nutach. Jeśli ktoś myślał, że moja przygoda z We Kill Cowboys to tylko mały skok w bok od dobrze znanych gatunków, był w błędzie. Dobrze mi się słucha tej południowoafrykańskiej kapeli a do Cherry Lips dołączył też kolejny regularnie odtwarzany numer, krótki i treściwy Burn the Witch.
Drugi tydzień z rzędu należał u mnie do Teda Poley'a. Ostatnio wspominałem Wam o powrotnym albumie Danger Danger, jednego z bardziej znanych zespołów hair-metalowych. Dziś, prócz dwóch utworów z rzeczonego albumu (Revolve, wyd. 2009r) na playlistę trafił też jeden utwór projektu Tokyo Motor Fist, w który Ted łączy siły ze znanym z Trixter Steve'm Brownem. Pod tym szyldem nagrali dwie płyty, z czego właśnie do liczącego już 8 lat debiutu wracam najczęściej, m.in. dzięki takim hard rockowym petardom jak Put Me To Shame.
Tydzień upłynął mi też w oczekiwaniu na zaplanowany na sobotę koncert Czarnego Bzu w Krakowie. Niestety wydarzenie przełożono na styczeń ale każdu powód jest dobry by posłuchać ponownie tak udanej płyty jak W Blasku Księżyca.
Zakończyłem też moją podróż przez dyskografię czeskiej legendy gotyckiego rocka, słuchając moich ulubionych utworów z repertuaru XIII. Stoleti. Wśród nich znalazły się nieśmiertelna Elizabeth, niezwykle ważny dla muzyków ale też i dla mnie Muj bratre muj oraz absolutne pokoncertowe odkrycie w postaci epickiego Posledni letadlo do Buenos Aires z płyty Vendetta.
Poza tym cóż, z dobrze Wam już znanej muzyki po trochę z każdego z mych ulubionych gatunków. W power metalu króluje nadal szwedzki Bloodbound ze swym poświęconym wiekom średnim Field of Swords, włoski Draconicon wplatający do symphonicznego powera trochę mroczniejszych nut i mieszające na swym najnowszym albumie heavy/power ze speed/thrashem Rage. W kategorii progresywny rock muzyczna interpretacja Alicji w Krainie Czarów od tRKproject, feerie dźwięków autorstwa Moron Police i oscylujące między rockiem, metalem a post-hc ale nadal mocno progresywny Humming Whale. Na koniec zaś po jednej nutce dla miłośników AOR-a (czyli Cassidy Paris) i ciężki, szorstki psychodeliczny kamieniarz włoskiego Black Capricorn.
Jak widać, nie musi być nawałnicy premier by uznać tydzień za udany. Ja bawiłem się dobrze a jak Wy? Zapraszam do dyskusji i zapoznania z playlistą zawierającą jak zwykle 30 najczęściej słuchanych przeze mnie w tym tygodniu utworów.
piątek, 19 grudnia 2025
Apes & Monkeys - Playlista Tematyczna
W trakcie katechezy zakonnica opowiada dzieciom o tym jak Bóg stworzył Adama i Ewę. Zgłasza się Jasio: A tata opowiadał mi, że pochodzimy od małp. A zakonnica na to: Powiedz swojemu tacie, że historia Waszej rodziny nie ma nic wspólnego z historią rodzaju ludzkiego. Badum tss...
Dawno nie było tu czerstwego żartu prowadzącego. Dawno nie było też "zwierzęcej playlisty". Dziś, gdy Rok Boży (bądź nieboży) 2025 zbliża się ku końcowi warto na chwilę ożywić obie te tradycje. Żart już mamy z głowy, może przejdźmy więc do prezentacji kilku wartych uwagi kapel, które w nazwie mają słowo "małpa". Słowo, które w języku angielskim występuje podwójnie, jako "ape" czyli małpa człekokształtna i "monkey" - bardziej ogólnie i głównie w kontekście małpiatek. Stąd mamy serię filmów (tylko oryginalna, żadne tam rebooty) Planet of the Apes a nie Monkeys ;) To tylko taka dygresja, nie jest to wszak strona o filmach. Dobra, przechodząc do sedna, dziś przygotowałem sylwetki 10-u zespołów i podobnie jak w przypadku artykułu o żabach i ropuchach, po którym nic już nie było takie samo w świecie fuzzu i gruzu :P jest tu sporo właśnie takiej dusznej, sladżowo-kamieniarskiej muzy, choć trafią się oczywiście wyjątki, w tym jeden na pewno baaardzo niespodziewany element. A jaki? Przeczytajcie a się dowiecie.
Ape Skull - włoskie trio grające szeroko pojętego stoner rocka, z wyraźnymi wpływami bluesa, funku i psychodelii. Na koncie trzy solidne albumy, z których najszybciej i najmocniej jednak wchodzi s/t debiut z 2013 roku
Monkey3 - najbardziej chyba znany zespół w dzisiejszym artykule. Założony w 2001 roku w Lozannie specjalizuje się w instrumentalnych, kosmiczno-psychodelicznych brzmieniach, pełnych ciężkich gitarowych riffów i hipnotyzujących, klawiszowych pejzaży
Apewards - jedno z moich ciekawszych odkryć tego roku. Niemieckie trio, łączące duszne, pustynne nuty z psychodelicznymi klimatami i hard-rockową dynamiką.
Iron Monkey - angielski zespół sludge/doom metalowy, agresywny i bezpośredni. W 1999 roku zawiesili działalność, by po latach (już bez zmarłego w 2002 roku wokalisty Johnny'ego Morrow'a) wrócić jako duo i dowieźć kolejne tłuste, gęste i plugawą płyty
Ape Cave - na bandcampie zespół tak opisuje swoją muzykę - primal, progressive, psychedelic. Jest to jak najbardziej adekwatna charakterystyka, ja dodam jeszcze, że ta pochodząca z Portland grupa mocno inspirowała się naturą, z naciskiem na pustynie, kaniony, wulkany. Inspirowała, gdyż niestety w 2022 po wydaniu finalnej płyty Language of the Earth muzycy zawiesili jej działalność i skupili na innych projektach...
Bog Monkey - Bagienna Małpa zaprasza na noise-rockowo/sludge-doomową imprezę - będzie tłusto, duszno i psychodelicznie. Obecność obowiązkowa!
Second Hand Apes - przenosimy się do Finlandii, do Krainy Tysiąca Jezior. Czy nie jest tam zbyt zimno i wilgotno by tworzyć tak kamienistą, fuzzy-doomową odmianę rocka? W żadnym wypadku!
Robot Death Monkey - piwo, stoner, groove i twardziele z filmów akcji lat 80-ych - jesteście gotowi na takie połączenie? Gwarantuję, że z RDM to muzyczna jazda bez trzymanki
Ape Machine - trudno zliczyć inspiracje, jakimi kierują się członkowie zespołu pisząc muzykę ale jedno jest pewne, coś dla siebie znajdą tu zarówno fani psychodelii lat 70-ych, klasycznego rocka, bluesa, stonera czy szeroko pojętej progresji
Monkey Temple Nepal - prawdziwa gratka dla wszystkich muzycznych podróżników. Prawdopodobnie pierwszy alt-rockowy zespół z ukrytego wysoko w Himalajach Nepalu. Ich sława, umocniona dobrze przyjętym na lokalnym rynku debiutem powoli rozlewa się na całą południową Azję. Jest więc tylko kwestią czasu aż dotrze do Europy. Może więc warto zrobić ten krok i "posłuchać ich zanim to jeszcze było modne"
Posłuchać generalnie możecie wszystkich wymienionych artystów. Na dzisiejszej playliście wybrałem po cztery najbardziej znane, najciekawsze bądź najbardziej przeze mnie lubiane utwory z dyskografii każdego z 10-u zespołów. Macie więc łącznie ponad 3,5 godziny ciężkiej, nieraz przytłaczającej ale jednocześnie wciągającej jak ruchome piaski muzyki, do odsłuchu której gorąco zachęcam. Dajcie też znać, jeśli któraś grupa zrobi z Wami to co niegdyś Froglord z Markiem z Gruz Culture Propaganda ;)
poniedziałek, 15 grudnia 2025
08.12-14.12.2025
Jak co poniedziałek zapraszam na muzyczne podsumowanie mojego tygodnia. Grało u mnie sporo ciekawej muzyki z różnych gatunków, zarówno tych najbardziej preferowanych jak i rzadziej "dodawanych do kolejki".
W czołówce nadal power metal i przede wszystkim świetny Bloodbound, który na Field of Sword przenosi nas do wieków średnich, ery zamków i rycerzy. I tak właśnie brzmi ta płyta, niczym szarża ciężkiej jazdy, rozbijająca w pył strwożonych pikinierów. Szybka perkusja, ostre gitary, gdzieniegdzie klawiszowe fanfary i porywające melodie - kwintesencja power metalu.
Nieco bardziej rozbudowaną, zwłaszcza o elementy symfoniczne muzykę tworzy Cristiano Filipini z zespołem Flames of Heaven. Pod względem ogólnego wrażenia, melodyjności czy mocy może nieco ustępuje szwedzkiej kapeli ale tak epickiej atmosfery jak w Darkside of Gemini jednak Bloodbound dawno nie osiągnął.
Coś w sobie ma też Draconicon, może mniej znany zespół z Włoch ale w albumie Dark Side of Magic z 2021 roku jest coś takiego, jakaś nomen omen niezwykła magia, która przyciąga do siebie swym nieco mniej pompatycznym, surowszym ale równie melodyjnym brzmieniem.
Są też takie płyty, które za pierwszym razem nie zachwyciły, za drugim nie przemówiły do siebie i potrzeba było kilku kolejnych odsłuchów by docenić zarejestrowane na nich kompozycje. Dobrym przykładem może być heavy/powerowy Steel Arctus. Przez 2 tygodnie od premiery Dreamruler nie potrafił się przebić przez wysyp innych, bardziej wówczas zajmujących mnie premier. Mamy jednak plot twist i dziś mogę powiedzieć, że to album bardzo solidny, mogący pochwalić się niejednym bangerem, wśród których najmocniej w pamięć zapada nie bawiący się w półśrodki, bezpośredni Defender of Steel. Steel Arctus to już kolejny przykład na to, że grecka scena to aktualnie czwarta siła na erenie europejskiego powera.
Podobnie jak z Dreamruler, miałem też z nową płytą szwedzkiego Treat, drugiego obok Europe najbardziej znanego przedstawiciela ejtisowego hard rocka. Ich nagrany w '87 Dreamhunter w niczym nie ustępuje słynnemu The Final Countdown a wśród krążków wydanych w XXI wieku, po reunionie, również znajdzie się kilka wyróżniających się pozycji. Pod koniec listopada ukazała się natomiast płyta nr 10, ztytułowana The Wild Cart i cóż, poza znanym z singli 1985 ani mnie nie rozpaliła ani tez jakoś nie odrzuciła. Dałem jej jeszcze jednak szansę i z dnia na dzień coraz bardziej się do niej przekonywałem. Nie jest to może ani wspomniany już wcześniej Dreamhunter ani świetny The Endgame sprzed 3 lat ale na pewno można spędzić przy nim niejedną fajną chwilę a miłośnicy AOR-a, glam metalu czy melodyjnego hard rocka nie powinni być zawiedzeni.
Zresztą, melodyjne gitarowe granie było u mnie obecne również za sprawą wschodzącej gwiazdy AOR-a - Cassidy Paris (kapitalny numer Give Me Your Love) i inspirowanej Kiss kapeli Starmen (w której każdy muzyk występuje w makijażu inspirowanym scenicznym alter-ego Paula Stanleya). Dodajmy do tego jedną z legend hair metalu, czyli Danger Danger, który, co ważne, w XXI wieku też potrafił nagrać bardzo udany krążek. Mowa o Revolve z 2009 roku, kończący się jednym z najlepszych kawałków w całej historii zespołu, znanym już moim facebookowym czytelnikom, Dirty Mind.
Melodyjnie i z charakterystycznym brzmieniem (już od lat) gitary grają też oczywiście weterani z Lady Pank. Na nowym krążku 45 pełno jest przyjemnych dla ucha, ironizujących kawałków. W tym tygodniu najchętniej słuchałem utworu Moje życie, kojarzącego się trochę z It's My Life Bon Joviego. Nie jest to oczywiście glam metal (choć LP kiedyś zbliżyło się nieco do tego stylu, patrzcie artykuł o polskim glam/hair metalu) ale wpada w ucho równie łatwo i nie razi mainstreamową popeliną.
Polską muzykę reprezentują dziś jeszcze dwa ciekawe zespoły. Here on Earth. Od kilku lat balansują na granicy rocka alternatywnego i post-rocka, wydając po drodze kilka dobrze odbieranych przez słuchaczy i krytyków albumów. Nie inaczej jest z ich najnowszym dziełem pt. Zaświat, na którym poetyckie, wymagające teksty łączą się z równie atmosferyczną i intrygującą muzyką.
Od kilku tygodni z głowy nie może mi wyjść warszawska Schema. Po wydanym niedawno monumentalnym i wiele obiecującym singlu Wejdź w moje bramy i mistrzowskim debiucie (Pierwsze zauroczenie), do którego wracam regularnie od kilku lat zmierzyłem się w końcu z do tej pory nieco pomijana EP-ką Miasto nierzeczywiste. Te cztery kompozycje zawsze gdzieś kątem oka (ew ucha) wyłapywałem ale jeszcze szybciej mi umykały i dopiero teraz, mając więcej czasu i przestrzeni postanowiłem oddać im sprawiedliwość. I nie żałuję. Jest tu 100% znanej i lubianej przeze mnie Schemy, może jeszcze bardziej surowej, przybrudzonej i nie tak podniosłej ale przemawiające równie mocno jak w przypadku późniejszych dzieł. Szczególnie ujęła mnie Industria, jej tekst i sunąca się niczym mgła przez poprzemysłowe ruiny melodia. I ten religijny pierwiastek, sprawiający wrażenie jakiegoś postindustrialnego misterium. Nie można być fanem polskiego doomu nie przesłuchawszy choć raz tego numeru. Amen.
Ok, nie kończę jeszcze. Przyznam się, że miałem ostatnio spory apetyt na ep-ki doom metalowych kapel, sięgnąłem bowiem tez po pierwsze wydawnictwo amerykańskiego Frayle, czteroutworową The White Witch. I ponownie ciekawie było posłuchać gdzie mistrzowie szpetaneg doom-gaze'a byli w 2018 roku, wiedząc dokąd zawędrowali przez kolejne 7 lat (vide moje jesienne podsumowania). Efektem tych zainteresowań jest obecność na playliście otwierającego EP-kę Let the Darkness In. Ciekaw jestem, czy Wam się spodoba.
Wchodząc na jescze wyższe poziomy doom metalowej gęstości ponownie proponuję zanurzyć się w twórzość funeralnego Oromet. Ich nowy krążek, The Sinking Isle to tylko trzy kompozycje ale każda potrafi mocno wbić się w serce. Przoduje w tym zwłaszcza ostatni na liście, Foresaken Tarn, przy którym naprawdę można poczuć się niczym na brzegu śmiertelnie cichego, skąpanego w bagiennych oparach, odartego z wszelkiego życia stawu.
Jeżeli szukacie natomiast doom metalowej psychodelii a sercom Waszym bliskie są zarówno wczesne płyt Black Sabbath jak i majestatyczne tempa Candlemass, nie możecie przegapić włoskiego Black Capricorn. Ja rok temu przegapiłem premierę Sacrifice Darkness ... and Fire ale na szczęście udało mi się nadrobić zaległości, bo płyta to iście intrygująca. Najlepiej zaś do przedstawionego kilka zdań wcześniej opisu pasuje utwór The Night That Came to Take You Away, chyba najcięższy z ich dyskografii. Polecam!
W tym tygodniu zakończyłem moją przygodę z dyskografią XIII. Stoleti, docierając do zeszłorocznej Noc vlku, płyty niespodziewanej i niespodziewanie udanej. Jak pewnie pamiętacie, trafiła ona na listę najlepszych albumów 2024 roku i teraz, po blisku 15 miesiącach od premiery zdecydowanie pozytywnie przeszła "weryfikację". Alchemistuv dum, Cerna kocka czy absolutnie najlepszy Muj bratre muj nadal mają w sobie to "coś" i super, bo "trzynastki" to zespół, który w rocku gotyckim jest u mnie, obok Inkubus Sukkubus, numerem 1!
Trochę mniej czasu minęło za to od premiery ostatniej plyty symfoniczno-metalowego Blackbriar, raptem cztery miesiące. Tu też nic się nie zmienia, The Last Sigh of Bliss potrafi poruszyć wrażliwe struny mej osobowości i niech to robi jak najdłużej. Muzycznego piękna nigdy za wiele.
Czas teraz na odrobinę progresji. Pozwólcie, że zacznę od frazeologizmu - nie chodzi o to, by złapać króliczka ale by gonić go. Tak się składa, że debiut fińskiego Humming Whale nosi tytuł Chasing Rabbits a ja, choć od premiery minął już prawie miesiąc, nadal odkrywam nowe warstwy, smaczki, inspiracje etc. Tym razem obok ulubionych Ocular i Hountor mocno wkręciłem się też w utwór tytułowy, zdradzający dość wyraźne wpływy hardcore'a.
Nie wiem jak Wy ale ja okładkę płyty traktuję jako integralną część dzieła, dopełniającą całość i/lub dopowiadającą opowieść do końca. W przypadku albumu Pachinko norweskiego Moron Police intensywność kolorów na froncie zdecydowanie koresponduje z intensywnością dźwięków na dysku. Muzyka jest zróżnicowana, czerpiąca i z folku i rocka i metalu, świetnie brzmiąca i w wersji rozpędzonej (mój ulubiony Alfredo and the Afterlife) i spokojniejszej, neo-progowej (Nothing Brakes). Zważywszy na fakt, że to odpowiednio numer 2 i 1 na trackliście, wyobraźcie sobie, że dalej jest równie ciekawie.
O nowej płycie Amorphis nie pisałem tu zbyt często. Krótko mówiąc, Borderlands nie wzbudziło we mnie większych emocji. Nie znaczy to jednak, że nie szanuję i nie lubię twórczości Finów. Otóż ostatnie kilka dni spędziłem bawiąc się wyśmienicie przy liczącym sobie już 16 lat Skyforger. Ciekawy fakt - pochodząca z niego Silver Bride to ulubiony utwór zespołu wśród moich znajomych (przynajmniej wg last.fm). I trudno im się dziwić.
Na koniec coś z innej bajki, choć nadal w szeroko pojętych ramach rocka i metalu. Dość przypadkowo natrafiłem niedawno na nową EP-kę pochodzącej z Kapsztadu grupy We Kill Cowboys. Back From the Dead aż kipi od punkowo-hardcore'owej energii, podanej w nowoczesnym, zahaczającym o "post" stylu. Szczególnie polecam Wam numer Cherry Lips, sprawdzający się świetnie gdy zamiast walczyć ze smokami i nurzać się w beznadziei, pragniecie po prostu "ponapier***ć". Amen.
Drugi amen w artykule ale tym razem już ostateczny. Tak wyglądał mój tydzień, a jak tam u Was? Zapraszam do dyskusji i polecania swoich odkryć. Jeszcze tylko link do playlisty i "niech gra muzyka!"
piątek, 12 grudnia 2025
Lynx Music: Polecam
Po długiej, prawie półtorarocznej przerwie powracam do formatu artykułu, w którym polecam Wam konkretną wytwórnię płytową i wydane przez nią albumy. Pierwotny zamysł na dziś też zresztą był inny. Myślałem o wpisie poświęconym Ryszardowi Kramarskiemu, którego najnowsza płyta Alice, wydana pod szyldem tRKproject zachwyca mnie w ostatnim czasie. Nie jest to zreszta jedyne pola działalności tego wybitnego klawiszowca i kompozytora. Jest też założycielem legendy rodzimego neo-proga, zespołu Millenium, znanego do 1999 roku jak Framauro (co ciekawe,w 2020 roku ten drugi został reaktywowany i aktualnie obie kapele działają równocześnie) a na wiosnę tego roku pokazał światu nagraną wraz z synem płytę FatherSon, która nieraz już gościła na łamach Muzycznej Kroniki. Najważniejszy jednak dla dzisiejszego artykułu moment nadszedł w 1998 roku wraz z powstaniem Lynx Music, niezależnej wytwórni płytowej, zorientowanej przede wszystkim na promocję szeroko pojętej muzyki art-rockowej.
I tu właśnie, gdy zacząłem przeglądać listę wydanych przez Lynx Music albumów dostrzegłem jak wielu z tych artystów znam i doceniam, o niejednym też pisałem już na tej stronie. Poza wspomnianymi już powyżej projektami pana Ryszarda warto wymienić łódzkie Let See Thin, weteranów krakowskiej sceny z Albion (i jego alternatywę w postaci Noibla) czy polsko-boliwijski ewenement, czyli ATAN, którego album Ugly Monster zdobi moją kolekcję CD. W barwach Lynx Music ukazała się też pierwsza w XXI wieku płyta z premierowym materiałem rzeszowskiej kapeli RSC, jednej z najoryginalniejszych w polskim rocku lat 80-ych. Żeby jednak nie budować fałszywej narracji, że Lynx skupia się tylko na muzyce mocno zapatrzonej w przeszłość (początki neo-proga to wszak 1983 i Strip for a Jester’s Tear Marillionu), dodam, że w katalogu wytwórni znajdziemy też debiuty instrumentalnego, post-rockowego YENISEI czy stoner-rockowej Fangi. Świadczy to tylko o tym, że raz, świat ambitnego rocka nie zmierza wcale ku końcowi i dwa, że label pana Kramaskiego jeszcze nieraz zaskoczy nas czymś interesującym i intrygującym zarazem.
A drobne próbki albumów, które mnie osobiście zaskoczyły i ciężko się od nich oderwać znajdziecie na poniższej playliście. 15 wykonawców, 60 utworów i blisko 5 godzin muzyki idealnej na długie, w zasadzie już prawie zimowe wieczory. Takiej, którą najlepiej kontemplować w półmroku, z lampką wina (lub w moim przypadku raczej szklanką portera) w dłoni. Miłego odsłuchu!
poniedziałek, 8 grudnia 2025
01.12-07.12.2025
Ho, ho, ho! Czy to już czas na podsumowanie tygodnia? Jak najbardziej. Zobaczmy więc, jak wygladają moje muzyczne statystyki po tym mikołajkowym tygodniu.
Najczęściej zdecydowanie sięgałem w tym czasie po muzykę power metalową - szybką, podniosła i melodyjną. Tak się złożyło, że w listopadzie swoje premiery miało kilka naprawdę solidnych albumów utrzymanych w tym nurcie. Szczególnie wyróżnić warto krążek zatytułowany Symphony of the Universe, za którym stoi gitarzysta i klawiszowiec Cristiano Filippini, wspierany przez muzyków znanych z wielu innych zasłużonych włoskich kapel. To już drugi album pod szyldem Flames of Heaven i muszę przyznać, że wśród trzynastu kompozycji (w tym dwa krótkie instrumentale) co najmniej kilka to absolutne earwormy. I nie chodzi tu tylko o tę typową powerową melodykę ale i umiejętne wykorzystanie elementów symfonicznych, budowanie klimatu (jak w ponad 8-minutowym Darkside of the Gemini) orarz solidny warsztat poszczególnych członków zespołu, z prawdziwym człowiekiem renesansu jakim jest Marco Pastorino (tu w roli wokalisty) na czele.
Dużo radości sprawia mi tez odsłuch najnowszego dzieła Szwedów z Bloodbound. Panowie nie zmienili zwycięskiej formuły jaką zaprezentowali na Tales from the North (jak dla mnie jedna z powerowych płyt '23 roku) a nawet dopieścili ją o więcej folkowych elementów. Nadal jest szybko, bombastycznie i ultraprzebojowo ale ciekawa praca klawiszy dodaje utworom rycerskiego nastroju.
W paźdzerniku jak pewnie pamiętacie jarałem się mocno płytą Oceans zespołu Terra Atlantica a zwłaszcza singlem Carribean Shores, ciekawym połączeniem power metalu z muzyką karaibską. Tym razem sięgnąłem po starszy krążek zespołu - wydany w 2020 roku Age of Steam. Jest to zdecydowanie bardziej surowa płyta ale nie brak na niej kapitalnych, łatwo wpadających w ucho numerów. Do mnie najmocniej przemawia Across the Sea of Time, który po krótkim intro mocnym uderzeniem wprowadza w "epokę pary". Można powiedzieć, że panowie naprawdę dołożyli tu do pieca.
Dość przypadkiem trafiłem też na inny krażek z początku lat 20-ych naszego wieku. Jest nim Dark Side of Magic włoskiej kapeli Draconicon. Jej okładka mignęła mi na głownej stronie last.fm wśród polecanych albumów. Zaciekawiony czarnym smokiem na tle purpurowego nieba (kto słuchający powera nie kocha smoków?) wyszukałem kilka pochodzących z niej utworów i kurde, dobrze się przy nich bawiłem. Jest to taki "włoski" neoklasycystyczny power jaki znamy od czasów Legendary Tales czy innego SOELa ale utrzymany w nieco mroczniejszym tonie. Jako przykład polecam Fiery Rage, który był pierwszym odsłuchanym przeze mnie numerem z DSoM. Może Was też zaczaruje?
Przejdźmy jeszcze na chwilę do Hiszpanii, która co prawda nie ma aż tak znanej power metalowej sceny jak Włochy ale jednak potrafiła wydać na świat kilka wyjątkowych zespołów. Weźmy na przykład pochodzący z Madrytu Dark Moor, swego czasu mocno nasycony muzyką symfoniczną. Ekipa aktywna jest już od 1993 roku, czyli tyle co niejedna włoska gwiazda gatunku (a w zasadzie jedna choć w kilku różnych wersjach). Przez ten czas popełnili niejeden genialny album ale też zdarzały się spektakularne klapy. Ja jednak wolę pamiętać o tych dobrych czasach, gdy światło dzienne ujrzało ich siódme dzieło, zatytułowane Autumnal. W tym tygodniu dość regularnie sięgałęm po niego i choć ulubionym utworem nadal pozostaje inspirowane losami Ofelii An End So Cold, to tym razem najwięcej czasu spędziłem przy On the Hill of Dreams, w którym gitary prowadzą ciekawy dialog z orkiestracjami. Polecam wszystkim miłośnikom symfonicznego spojrzenia na muzykę metalową.
Wszystkim spragnionym muzycznych wyzwań proponuję kącik poświęcony rockowi i metalowi progresywnemu. O debiucie grupy Humming Whale piszę juz od dwóch, trzech tygodni ale nie sposób oderwać się od tego ciężkiego, przemyślanego a jednocześnie tak po skandynawsku (choć Finlandia to w sumie nie Skandynawia :P ) chłodnego grania. Coraz bardziej też w Chasing Rabbits słyszę echa genialnego AM Universum, wydanego przed laty przez Amorphis jeszcze z Pasim Koskinenem na wokalu.
Jeśli o Chasing Rabbits pisałem, że jest trochę chłodna to płyta, o której teraz napiszę jest zdecydowanie bardziej ciepła i kolorowa. Już sama okładka Pachinko, przedstawiająca zmieniającego się w drzewo triceratops atakuje nas wieloma gorącymi barwami. Muzycznie również to "feeria barw i dźwięków" z wycieczkami w stronę flamengo rocka (tak, istnieje coś takiego i ma zresztą długa historię), hammondowymi popisami i nieraz zapierającymi dech w piersiach tempami jak w Alfredo and the Afterlife. Aż wierzyć się nie chce, że autorzy tego fenomenu, Moron Police pochodzą z Norwegii!
W sobotę byłem z rodziną w Teatrze Groteska na przedstawieniu dla dzieci z okazji Mikołajek. Grano Alicję w Krainie Czarów i to był dość ciekawy zbieg okoliczności, gdyż jak już Wam pewnie wiadomo, niedawno ukazała się nowa płyta tRKproject, na której Ryszard Kramarski inspiruje się własnie powieścią Lewisa Carolla. Dzięki temu synestetycznemu doznaniu z jeszcze większym zaintrygowaniem sięgałem po płytę Alice, co znalazło odzwierciedlenie w umiesczeniu dwóch pochodzacych z niej kompozycji na dzisiejszej playliście.
W piątek ukazał się tez drugi, a w zasadzie trzeci singiel promujący nadchodzący album zespołu Big Big Train. Brytyjczycy od wielu lat są moim ulubionym zespołem grającym rock neoprogresywny. I choć po śmierci Davida Longdona pewna czastka ich magii odeszła na zawsze, nowy wokalista, Alberto Bravin godnie go zastąpił a i muzycznie zespół daje radę. The Sharpest Blade to nieco pokręcona kompozycja, pozbawiona standardowego zwrotka-refren układu z dominującymi partiami wiolonczeli. Jest w niej jednak to coś i czuję, że przy zaplanowanym na luty The Woodcut spędzę niejeden zimowo-wiosenny wieczór.
Jesienno-zimowe klimaty to też dobry grunt pod doom metal. Trochę go u mnie było i to takiego naprawdę ciężkiego. Od kiedy ukazał się singiel Wejdź w moje bramy, regularnie słucham warszawskiej death/doomowej Schemy. I choć ich najnowsza kompozycja ma w sobie więcej progresji, trochę może i stonerowego klimatu to nadal jest to ta majestatyczna, epicka fabryka dźwięków jak na świetnym Pierwszym Zauroczeniu, z którego pochodzi Latarnik, mój absolutnie ulubiony numer zespołu. Dziś odpalając dołączoną do artykułu playlistę będziecie mieli okazję porównać oba wyżej wymienione utwory. I powiem Wam, że wybór tego lepszego będzie cholernie trudny.
Jeszcze ciężej, jeszcze bardziej ponuro i złowrogo brzmi Oromet. Amerykański duet to aktualnie jeden z najlepszych moim zdaniem przedstawicieli funeral doomu a wydana na początku listopada The Sinking Isle tylko to potwierdza. Mamy tu tylko trzy kompozycje, dwie po 10 i jedną ponad 20-minutową ale przez cały czas trwania albumu nie ma ani jednego momentu znużenia. A głęboki, death metalowy growl jakim dysponuje Dan Aguilar przenika swoim niesamowity vibrato do szpiku kości. Najlepiej to słychać w zamykającym płytę Foresaken Tarn, po który sięgam najczęściej.
Z włoskim Black Capricorn pierwszy raz zetknąłem się rok temu, gdy ich płytę Sacrifice Darkness... and Fire wyróżniło w jednym ze swych miesięcznych podsumowań renomowane Doom Charts. Zetknąłem się, posłuchałem ze dwa razy i zapomniałem. Los jednak bywa przekorny ("chce ze mną grać w poke... stop!) i gdy w zeszłym tyogdniu z ciekawości sięgnałem po tę samą płytę, będąc przekonanym że nigdy jej nie słyszałem, coś zaskoczyło i tak oto leci u mnie teraz codziennie. Jak pokrótce można opisać twórczość Włochów? Momentami minimalistyczna, psychodelicznie hipnotyzująca, innym razem przygniatająca cięższymi brzemieniami a wokalnie zbliżająca się do klasycznego Black Sabbath - czy potrzebne są jakieś lepsze rekomendacje?
Do inspiracji doom metalem przyznaje się też białostocki Hukoskop, określający się mianem doomgaze'u. Czuć to na tegorocznym Onirium, intrygującym concept albumie poświęconym tematyce snu. Tak się jednak składa, że w tym tygodniu najczęściej grał u mnie otwierający krążek Kogo zabił wąż? gdzie dominującymi wpływami są przede wszystkim post-punk i coldwave a którego największym atutem jest niewątpliwie dość ironiczny i przemycający dość stary już easter egg tekst.
Jak już przy różnej maści gaze'ach jesteśmy, nie zapomnijcie sprawdzić ostatnich wydawnictw shoegaze'owego duszno i post-metal/metalgaze'owego Astronoid. Coś czuję, że tak papierki i okruszki jak i Stargod u niejednego muzycznega zapaleńca trafią do tegorocznych topek.
Ciekawą propozycją jest Zaświat, czwarty już album alt/post-rockowego zespołu Here on Earth. Pochodząca z Katowic grupa oddaje w nasze ręce 10 zmuszających do myślenia i zostających na dłużej w głowie kompozycji, z których jak na razie najmocniej na mnie oddziaływuje znana już z singla We mnie, w tobie, pięknie opisująca relację dwojga ludzi, którą każdy może interpretować na swój własny sposób.
Prócz niezalu, czasem warto sięgnąć po grupę, która już od dawna działa w rockowym mainstreamie ale mimo 45 lat na karku nadal ma w sobie sporo, może już nie buntu ale ironii i niepokorności. Tak, Lady Pank nadal umie w rock i potwierdza to na płycie zatytułowanej po prostu 45. Z właściwym sobie luzem i humorem rozprawia się z codziennymi absurdami i aktualną sytuacją w kraju, jak w 500 plus ale i gdy trzeba bardziej refleksyjnie i miłośnie, nie stroni od autoironii (tu za przykład niech posłużą radiowe Motyle). Generalnie cieszy, że dalej czuć tu fajne gitary choć żeby czerpać z tej płyty maximum przyjemności warto od razu założyć, że rewolucyjnych zmian w brzmieniu spodziewać się nie należy. Ale chyba nie tego oczekuje się od "znanych i lubianych?".
Bardzo klasycznie, choć ostrzej bo na granicy hard rocka i AORu grają dwie kolejne ekipy. Cassidy Paris to australijska dziewczyna z gitarą, dobrym wokalem i zamiłowaniem do przebojowego, ostrego grania co dobrze sprawdza się na płycie Bittersweet. Starmen natomiast to totalny worshipping Paula Stanleya i grupy Kiss. Autorski i dający z siebie na Starmenized II więcej niż ich idole w ostatnich latach. Polecam!
Zostało nam jeszcze XIII. Stoleti i kolejna płyta w ich dyskografii. Frankenstein to w sumie kompilacja niż pełnoprawny długograj. Jak przeczytałem lata temu w jednej recenzji - pozszywany z martwych ciał remixów, rerecordingów, rarytasów i dwóch premierowych numerów. Trudno się nie zgodzić ale dla samego utworu tytułowego, który świetnie wypada w wersji koncertowej warto dać mu szansę. Ważne w tym wszystkim jest to, że w roku wydania tego krążka, Petr Stepan zarzekał się, że zdecydowanie bardziej od nagrywania nowych płyt woli granie koncertów. Na szczęście po kilku latach zdanie zmienił ale o tym, mam nadzieję, za tydzień.
Tak więc, żeby to tygodniowe oczekiwanie umilić podrzucam Wam aktualną "tygodniówkę" - link poniżej. Czekam też jak zawsze na Wasze podsumowania i zapraszam do dyskusji. Dzielmy się i muzyką i refleksjami.
piątek, 5 grudnia 2025
Damian Wilson - Playlista Tematyczna
poniedziałek, 1 grudnia 2025
24.11-30.11.2025
Niektórzy z nas zapewne otworzyli dziś pierwsze okienka w kalendarzu adwentowym. Ja myślami jestem jeszcze przy ostatnim tygodniu listopada i jak się pewnie domyślacie, zapraszam na jego podsumowanie.
Zaczniemy od power metalu, bo grający właśnie ten rodzaj muzyki Bloodbound był bezapelacyjnie najczęściej słuchaną przeze mnie w tym czasie kapelą a utwór Teutonic Knights, utrzymany w ultraszybkim tempie i wzbogacony nieco folkowo-brzmiącymi klawiszami z wynikiem 18-u odsłuchów okazał się liderem mojego last.fmowego rankingu. Cała płyta Field of Swords, z której pochodzi ten numer taka właśnie jest, bardzo szybka, melodyjna i z ciekawie wykorzystanymi klawiszami, raz właśnie imitującymi flet czy piszczałki, innym razem wpadające w ejtisowe synthy. Cieszy generalnie fakt, że kapela znów sunie właściwymi torami i potrafi nagrać 2 lub 3 równe, wysoko oceniane płyty pod rząd, bez potknięć w rodzaju chociażby interesującej ale zbyt na siłę unowocześnionej Tabula Rasa czy pozbawionej wewnętrznego ognia, płaskiej Rise of the Dragon Empire.
Flety i piszczałki jak widać dobrze wpisują się w power metalowe lore, o czym przekonuje nas też, po raz n-ty zresztą, hiszpański Mago de Oz. Malicia to podobnie jak starsza o rok, Alicia en el Metalverso płyta, na której z dwójki folk/power dominuje zdecydowanie ten drugi człon. Mamy utwory utrzymane w średnim lub szybkim tempie, posiadające tę celtycką melodykę, którą uwielbiam ale jednak mocno osadzoną w metalowych ramach. Nie jest to może tak równy album jak poprzedniczka ale na uwagę zasługuje też nieco mroczniejszy ton w jakim została nagrana, czego symbolem jest na pewno przejmujący Mi cuerpo y yo nos dejamos de hablar.
Prócz szwedzkiego i hiszpańskiego powera, trochę czasu poświęciłem też włoskim wykonawcom a musicie wiedzieć, że Półwysep Apeniński wyrasta na trzecią siłę w europowerze, po Niemczech i właśnie Skandynawii. O Arcane Tales pisałem już nieraz, wspomnę tylko, że każdy miłośnik Rhapsody (zwłaszcza tego z pierwszej sagi) musi dać szansę Luigiemu i jego muzyce. Solidny album nagrał też zespół tworzący pod szyldem Christiano Filippini's Flames of Heaven. Symphony of the Universe jak juz nazwa wskazuje ma w sobie sporo elementów symfonicznych ale i progresywnych. Przede wszystkim jednak pochwalić należy zdolność do tworzenia przyjemnych dla ucha i zapadających w pamięć utworów, z których jeden znajduje się na dzisiejszej playliście.
Symfoniczny metal we wszystkich jego odmianach nie powstałby jednak bez szwedzkiej bestii, czyli zespołu Therion. Wiadomo, że przełomowym albumem kapeli jest Theli ale dla mnie najważniejsza zawsze była i będzie Lemuria, tez dlatego, że utwór tytułowy był moim pierwszym kontaktem z muzyką pana Christophera Johnssona.
Po dłuższej przerwie, więcej miejsca w artykule i na dołączonej do niego playliście zyskała muzyka progresywna. Duża w tym zasługa dwóch płyt - jednej rockowej a drugiej metalowej. Alice to kolejny juz album wydany przez Ryszarda Kramarskiego w ramach tRKprojekt. Kontynuuje on baśniowo-legendarno-mitologiczne wątki prezentowane choćby na kapitalnej Odyssey 9999. I ta nowa płyta to również neo-progresywna uczta dla uszu. Misternie utkane kompozycje, zagrane i zaśpiewane z pasją z miejsca zabierają słuchacza we wspólną podróż z tytułową Alicją. Duży plus za dobór zaproszonych gości, wśród których znajduje się śmietanka rodzimego neo-progu a także syn kompozytora, Michał, którego powinniscie kojarzyć z ich wspólnej płyty, wydanej w marcu tego roku jako FatherSon.
Humming Whale to fiński zespół grający szeroko pojęty metal progresywny, nie bojący się sięgać zarówno po lżejsze, refleksyjne tony jak i bardziej core'owe, agresywniejsze brzmienia. Z tej mieszanki zaś wychodzi Chasing Rabbits, jeden z lepszych prog-metalowych debiutów 2025 roku. Prócz wspominanego już przeze mnie kilkukrotnie, przebojowego Ocular, tym razem chciałem zwrócić Waszą uwagę na bardziej skomplikowany ale równie dobrze słuchający się Hountor. Ona numery są na playliście ale zapewniam, że na nich zbiór świetnych kompozycji jakie kapela ma w zanadrzu się nie kończy. Od czegoś jednak trzeba zacząć ;)
Trzeci progresywny zespół, o którym dziś pragnę napisać kilka słów to francuski Erewän. Od wyżej wymienionych wyróżnia się na pewno bardziej filmowym klimatem, celtyckimi wpływami i subtelnymi elementami symfonicznymi. Niektórzy dziennikarze do opisu muzyki zawartej choćby na Soul is the Key, najnowszej płyty zespołu używają nawet określenia progresywny folk ale zapewniam Was, że rockowego feelingu tu nie brak.
Wspominałem na samym początku, że Teutonic Knights było jednym z dwóch najczęsciej słuchanych przeze mnie w zeszłym tygodniu kawałków. Jeśli zadajecie sobie pytanie, kto był tym drugim już spieszę z odpowiedzią: Papierki i okruszki shoegaze'owego Duszno. Ten utwór ma w sobie coś takiego, że ciągle mogę go sobie nucić pod nosem, choć nie jest to bynajmniej żadna przyjemna piosenka o miłości, mająca poprawić nam nastrój w chociażby poniedziałkowy poranek. Jest w nim i gorzka refleksja i smutek ubrany w zdawałoby się lekkie i eteryczne dźwięki. W ogóle, takiego gaze'owego grania trafiło mi się ostatnio więcej. Post-metal zabarwiony shoegaze'm tworzy amerykański Astronoid a ich nowy krążek, wydany z początkiem miesiąca Stargod to niezwykły przykład emocjonalnie ciężkiego a zarazem uroczego muzycznie przekazu. Jeszcze dalej w "ciężkości" idzie debiutujące niedawno szkockie Cwfen, prezentując zabarwiony post-blackiem doomgaze. Jeśli lubicie takie przytlaczające, rozmazane dźwięki zilustrowane melodyjnym szeptem i gdzieniegdzie wzmocnione black metalowym screamem to Sorrows spełni Wasze oczekiwania w 100 procentach. Podobnie zresztą sprawa ma się z polskim Hukoskopem, choć na Onirium, concept albumie skupionym jak sama nazwa wskazuje na tematyce snu kompozycje są niezwykle zróżnicowane. W opisie kapeli na Spotify czytamy, że grają doomgaze. I zgodzę się, jednak dodałbym do tego i trochę post-punku, post-blacka, może szczyptę coldwave'u. Każdy opis jest dobry, jeżeli tylko odda tę oniryczną nomen omen atmosferę jaka snuje się z głośników podczas odsłuchu albumu. Jak już pewnie na moim Facebooku widzieliście, mniej najmocniej urzekł utwór Nie budź mnie i to on znajduje się na dzisiejszej playliście, będąc chyba najlepszym łącznikiem między shoegaze'ową gromadką i doom metalowym tercetem, o którym opowiem za chwilę.
A więc tak, trzy doom metalowe kepele, trzy różne spojrzenia na ten gatunek. Idąc po miejscach na playliście mamy tu bagienny, tłusty i przytłaczający sludge/doom (Bog Wizard), spowijający swą gotycką atmosferą progresywny doom od włoskiego Novembre i wykuty w piekielnej kuźni, tradycyjny i epicki Metallus, do którego najnowszego albumu (We're All Doomed - wydany w marcu b.r.) co jakiś czas bardzo chętnie powracam.
Przed nami pozostały jeszcze cztery gatunki muzyczne, z których każdy reprezentowany jest tylko przez jednego wykonawcę. Zacznijmy od szwedzkiego Treat, bo to kapela, która zaczynała karierę mniej więcej wtedy co ich bardziej znani krajanie z Europe. Muzykę też grali podobną - melodyjny i przebojowy hard rock bliski momentami estetyce hair metalowej. W latach 80-ych była to szalenie popularna muzyka, której krach nastąpił jak wszyscy wiemy wraz z eksplozją grunge. Obie kapele jednak jakoś przetrwały ten trudny czas a pierwsza z nich wydała właśnie kolejny krążek. Kolejny solidny krążek, trzeba dodać. Co prawda pierwszy singiel zapowiadające The Wild Card jakoś mnie nie porwał, to już drugi z kolei 1985 sprawił, że zaiskrzyło. Dziś, gdy od premiery LP minęło już 9-10 dni mogę śmiało powiedzieć, że to właśnie 1985, po amerykańsku przebojowe to najlepszy numer na płycie. Dobrych momentów jest jednak więcej, jak choćby One Minute to Breathe i mam nadzieję, że w następnych tygodniach wspólnie będziemy odkrywać kolejne perełki.
W moim cotygodniowym odkrywaniiu dyskografii XIII. Stoleti przyszedł czas na Intacto, płytę dobrą ale mam wrażenie nieco zapomnianą i lekceważoną przez twardogłowych fanów. A jest na niej garść porządnego rocka gotyckiego, trzynatkowa atmosfera nie ulotniła się nigdzie a punkowe gitary potrafią jak zwykle wzmocnić ten "horrorowy" przekaz. Sam jednak też jakoś często do Intacto nie wracam ale w tym tygodniu z prawdziwym zadowoleniem zasłuchiwałem się takie piosenki jak choćby Cerna vez, którą znajdziecie na playliście.
W kwestii melodeathu nie jestem specjalistą, słucham może 4-5 kapel i to głównie tych najbardziej znanych (i w sumie obecnie już mało melodeathowych). Wśród nich jest duńskie Mercenary, na które trafiłem lata temu dość przypadkowo ale utwór My World Is Ending (błędnie otagowany w internecie jako power metal) zachwycił mnie od pierwszego odsłuchu. Ta melodia, ta przygnębiająca podniosłość i żal bijące z głosu wokalisty zrobiły swoje. Później oczywiście zapoznałem się z innymi kawałkami, typowo już melodeathowymi ale to ta pierwsza kompozycja najmocniej wryła się w pamięć. I jak widać wraca co jakiś czas.
Na sam koniec podrzucam Wam jeszcze Stosy, mocny kawałek pochodzący z najnowszej płyty pagan black metalowego Stworza zatytułowanej U Śmierci na komornem. Tytuł krążka ma znaczenie, bo klimat utworów dość często jest grobowo-refleksyjny ale to właśnie w kulturze ludowej "śmierć" była zawsze bardziej oswojona niż w mieście, gdzie cytując słowa pewnego rekolekcjonisty sprzed lat "wygnaliśmy śmierć do szpitali". I czuć to w tekstach i muzyce, jaką Wojsław tym razem nam prezentuje.
Tym akcentem dobiliśmy do końca. A że każdy koniec zawsze jest początkiem to ja zapraszam do odsłuchu playlisty, dzielenia się Waszymi podsumowaniami i oczywiście życzę jak najbardziej udanego tygodnia i wielu wielu godzin spędzonych przy ulubionej muzyce!
Najpopularniejsze
-
Podobno najtrudniej zarobić pierwszy milion a potem już idzie z górki. Niektórzy mówią też, że tę pierwszą bańkę trzeba po prostu ukraść, ...
-
W dzisiejszym artykule chciałbym podzielić się moimi ulubionymi płytami z gatunku, który kiedyś (dobre 14-15 lat) był dla mnie ważny, lecz...
-
Końcówka sierpnia, końcówka wakacji i ostatnie tygodnie naprawdę "nieletniego" lata - dobry czas by przyjść do Was z muzycznym p...









